wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 065 365
  • Obserwuję1 393
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 554 163

Nicholas Blake - Niech bestia zdycha

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :883.4 KB
Rozszerzenie:pdf

Nicholas Blake - Niech bestia zdycha.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nicholas Blake
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 12 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 175 stron)

CZĘŚĆ PIERWSZA 20 czerwca 1937 r. Mam zamiar zabić człowieka. Nie znam jego nazwiska, nie wiem, gdzie mieszka, nie mam pojęcia, jak wygląda. Jednak zamierzam go znaleźć i zabić... Łaskawy czytelniku, musisz mi wybaczyć ten melodramatyczny początek. Nie brzmi on jak pierwsze zdania z moich powieści detektywistycznych. Nieprawdaż? Tylko że ta historia nigdzie nie zostanie opublikowana, a określenie „łaskawy czytelniku” jest wyłącznie zwrotem grzecznościowym. No, może niezupełnie zwrotem grzecznościowym. Zamierzam popełnić coś, co świat nazywa zbrodnią. Każdy przestępca nie mający wspólnika potrzebuje osoby, której mógłby powierzyć straszną tajemnicę. Samotność, przerażająca izolacja zbrodni i stan zawieszenia są ciężarem nie do udźwignięcia przez jednego człowieka. Wcześniej czy później przestępca wszystko wyjawi. Albo, jeżeli będzie miał silną wolę, zdradzi go superego, ten wewnętrzny moralista drażniący skrytość, nieśmiałość lub pewność siebie. Zmuszać go będzie do mówienia, wciągać w pułapkę zadufania, obciążać dowodami i grać rolę prowokatora. Wszystkie siły prawa i porządku są bezradne wobec człowieka całkowicie pozbawionego sumienia. Jednak w nas wszystkich istnieje przymus odbywania pokuty, poczucie winy, wewnętrzny zdrajca. Jesteśmy zdradzani przez tkwiący w nas fałsz. Jeżeli nie przyznamy się słowami, sprawią to mimowolne czyny. Dlatego właśnie zbrodniarz wraca na miejsce przestępstwa. Dlatego ja piszę ten pamiętnik. Wyimaginowany czytelniku, hypocrite lecteur, mon semblable, mon frère, masz być moim spowiednikiem.

Niczego przed tobą nie będę ukrywał. Jeżeli to możliwe, to ty ocalisz mnie przed szubienicą. Stosunkowo łatwo mogę wyobrazić sobie zbrodnię, gdy siedzę tutaj w bungalowie, który wynajął mi James, abym mógł dojść do siebie po załamaniu nerwowym. (Nie, łaskawy czytelniku, nie jestem obłąkany. Od razu możesz odrzucić tę myśl. Nigdy nie byłem zdrowszy na umyśle. Winny, ale nie szalony.) Łatwo sobie wyobrażam tę zbrodnię, gdy patrzę przez okno na błyszczący w zachodzącym słońcu Złoty Przylądek, na kruche łamiące się fale zatoki, na wygięte ramię rzeki Cobb obejmujące dziecięce łódki, bo to wszystko przypomina mi Martiego. Gdyby Martie nie został zabity, jeździlibyśmy na piknik na Złoty Przylądek. Pluskałby się w morzu w jasnoczerwonym kostiumie kąpielowym, z którego był tak dumny. Dzisiaj byłyby jego urodziny i obiecałbym mu, że nauczę go pływać łódką, kiedy skończy siedem lat. Martin był moim synem. Pewnego wieczoru, sześć miesięcy temu, przechodził przez ulicę obok naszego domu. Szedł do wsi, by kupić cukierki. Dla niego mógł to być tylko paraliżujący błysk świateł wyłaniających się zza zakrętu, chwila z nocnych koszmarów, a potem uderzenie pogrążyło wszystko w wiecznej ciemności. Ciało zostało odrzucone do rynsztoka. Martin zginął na miejscu, zanim zdążyłem do niego dotrzeć. Cukierki rozsypały się po całej drodze. Przypominam sobie, że zacząłem je zbierać ‒ wydawało się, że nic innego nie można zrobić ‒ aż do momentu, kiedy na jednym z nich dostrzegłem krew. Potem dość długo byłem chory: zapalenie opon mózgowych, załamanie nerwowe. Oczywiście chciałem umrzeć. Martie był wszystkim, co miałem ‒ Tessa zmarła w trakcie jego porodu. Kierowca, który zabił Martiego, nie zatrzymał się. Policji nie udało się go odszukać. Na podstawie siły, z jaką odrzucone zostało ciało, i zadanych ran policjanci stwierdzili, że pojazd musiał wyjechać ze ślepego zaułka z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę. To tego mężczyznę muszę znaleźć i zabić. Nie sądzę, żebym był w stanie napisać dzisiaj coś więcej. 21 czerwca Łaskawy czytelniku, obiecałem, że nie będę przed tobą niczego ukrywał, ale już złamałem przyrzeczenie. Jednak to ukrywałem też przed sobą, aż do

momentu, kiedy byłem w stanie spojrzeć temu w twarz. Czy to była moja wina? Czy powinienem pozwolić Martiemu iść samemu do wioski? Dzięki Bogu, skończyłem. W udręce związanej z zapisywaniem tych pytań omal nie przebiłem stalówką kartki papieru. Czuję się słaby, jakby z ropiejącej rany wyciągnięto mi grot strzały, ale cierpienie jest rodzajem ulgi. Pozwól, czytelniku, że przyjrzę się ostrzu, które mnie powoli zabijało. Gdybym nie dał Martiemu dwóch pensów, gdybym z nim wyszedł tego wieczoru albo wysłał panią Teague, nie zostałby zabity. Pływalibyśmy teraz na zatoce lub łowili krewetki znad brzegu Cobb. Może schodzilibyśmy po stoku góry wśród tych ogromnych żółtych kwiatów... jak one się nazywają? Martie zawsze chciał poznać wszystkie nazwy, ale teraz nie widzę sensu, by się nad tym zastanawiać. Chciałem, żeby wyrósł na osobę niezależną. Po śmierci Tessy istniało niebezpieczeństwo, że otoczę go przesadną miłością. Próbowałem nauczyć go samodzielności, więc musiałem pozwolić mu na podejmowanie ryzyka. Do wioski chodził sam dziesiątki razy. Kiedy pracowałem, przez całe przedpołudnia bawił się z wiejskimi dziećmi. Był bardzo ostrożny przy przechodzeniu przez ulicę, a poza tym ruch na drodze obok nas jest niewielki. Kto mógł przypuszczać, że zza zakrętu wypadnie szatan. Sądzę, że popisywał się przed jakąś cholerną pasażerką lub był pijany. A potem nie miał odwagi, by się zatrzymać i pomóc. Tessa, kochanie, czy była to moja wina? Nie chciałabyś, żebym trzymał go pod pierzyną, prawda? Nie lubiłaś, jak cię rozpieszczano lub się tobą opiekowano. Byłaś piekielnie niezależna. Nie. Mój rozum podpowiada mi, że miałem rację, jednak nie mogę się zupełnie pozbyć widoku rozerwanej papierowej torebki. To mnie nie oskarża, ale nie pozwala też na odnalezienie spokoju. Jest to subtelnie naprzykrzający się duch. Dokonam zemsty dla samego siebie. Zastanawiam się, czy koroner poczynił jakieś krytyczne uwagi na temat mojego „niedbalstwa”. W szpitalu nie pozwolono mi przeczytać raportu. Wiem jedynie, że wniesiono oskarżenie przeciw nieznanemu lub nieznanym zabójcom. Zabójca! Człowiek, który zamordował dziecko. Nawet jeśli go schwytają, zostanie tylko osadzony w więzieniu, a potem wyjdzie na wolność, by znów wpaść w szał... chyba że odbiorą mu prawo do życia. Ale czy są w stanie to zrobić? Muszę go znaleźć i unieszkodliwić. Jego zabójca powinien zostać uwieńczony kwiatami (gdzie ja coś takiego czytałem?) jako

dobroczyńca ludzkości. Nie, nie oszukuj się. To, co zamierzasz zrobić, nie ma nic wspólnego z abstrakcyjną sprawiedliwością. Jednak zastanawiam się, co powiedział koroner. Może dlatego zasiedziałem się w tym bungalowie, choć tak naprawdę jestem już całkiem zdrów ‒ obawiam się, co powiedzą sąsiedzi. Spójrz, to idzie człowiek, który pozwolił, żeby zabito jego dziecko; tak stwierdził koroner. Niech diabli wezmą ich i koronera! Już dawno mieli powody, by nazywać mnie mordercą, więc, na Boga, dlaczego miałoby mieć to teraz znaczenie. Pojutrze wracam do swojego domu. To ustalone. Dziś wieczorem napiszę do pani Teague i każę jej przygotować dom. Już zetknąłem się z najgorszym po śmierci Martiego i uczciwie wierzę, że nie muszę się o nic oskarżać. Kuracja została zakończona. Mogę poświęcić się całym sercem jedynej rzeczy, która pozostała mi do zrobienia. 22 czerwca James złożył mi krótką wizytę dziś po południu; „żeby po prostu zobaczyć, jak się czujesz”. Miłe z jego strony. Był zaskoczony, że wyglądam znacznie lepiej. „Wszystko dzięki zbawiennemu pobytowi w twoim domu” ‒ odparłem. Chyba nie mogłem mu powiedzieć, że znalazłem cel w życiu. To mogłoby doprowadzić do niewygodnych pytań. Przynajmniej na jedno z nich sam nie byłbym w stanie odpowiedzieć. „Kiedy po raz pierwszy postanowiłeś zamordować Iksa?” jest takim pytaniem (tak jak: „kiedy się we mnie zakochałeś?”), które wymaga całego wykładu, by na nie odpowiedzieć. Poza tym potencjalni mordercy, inaczej niż kochankowie, nie są skłonni mówić o sobie... pomimo że treść tego pamiętnika temu przeczy. Mówią po przestępstwie. Zbyt wiele, nieszczęśnicy! No cóż, mój nieznany spowiedniku, sądzę, że najwyższy czas, żebym przedstawił informacje o sobie ‒ wiek, wzrost, wagę, kolor oczu, kwalifikacje do popełnienia przestępstwa i temu podobne. Mam trzydzieści pięć lat, sto siedemdziesiąt cztery centymetry wzrostu, brązowe oczy i twarz wyrażającą posępną życzliwość, niczym u sowy płomykówki... w każdym razie tak Tessa zwykła mawiać. Dziwnym kaprysem losu włosy mi jeszcze nie posiwiały. Nazywam się Frank Cairnes. Kiedyś siedziałem przy biurku (nie powiem, że pracowałem) w Ministerstwie Pracy, ale pięć lat temu otrzymany spadek i wrodzone lenistwo kazały mi złożyć rezygnację i osiąść w domku na wsi,

gdzie Tessa i ja zawsze chcieliśmy mieszkać. „Teraz mogłam była umrzeć” ‒ jak mówią słowa piosenki. Zajmowanie się ogrodem i łódką to było jednak za mało, nawet biorąc pod uwagę mój talent do próżnowania, więc zacząłem pisać powieści detektywistyczne pod pseudonimem Felix Lane. Zdarza się, że całkiem niezłe i przynoszą mi zaskakująco wysoki dochód, ale nie jestem w stanie przekonać siebie, że to poważny rodzaj literatury, zatem Felix Lane zawsze pozostawał osobą anonimową. Moi wydawcy są zobowiązani, by nie ujawniać jego tożsamości. Początkowo byli przerażeni, że autor nie chce podpisywać swojej grafomanii, ale potem zaczęli to doceniać. Dobry chwyt reklamowy ‒ pomyśleli ‒ i zaczęli to wykorzystywać. Bardzo jednak chciałbym wiedzieć, kto z „szybko rosnącej rzeszy czytelników” (określenie wydawców) dałby choć pół pensa, by poznać prawdziwe nazwisko Felixa Lane'a. Dość, już nic więcej złego o Feliksie Lane; w najbliższej przyszłości będzie bardzo użyteczny. Dodam też, że kiedy sąsiedzi zapytają, co piszę, odpowiem: zajmuję się Wordsworthem. Dużo wiem o jego życiu, ale prędzej zjem beczkę soli, niż napiszę jego biografię. Skromnie mówiąc, moje kwalifikacje do popełnienia morderstwa są raczej marne. Jako Felix Lane zaznajomiłem się trochę z medycyną sądową, kodeksem karnym i procedurami policyjnymi. Nigdy nie strzelałem z żadnej broni, a trułem co najwyżej szczury. Moja znajomość kryminologii mówi mi, że jedynie generałowie, lekarze i właściciele kopalń są w stanie uniknąć odpowiedzialności za zbrodnie... ale może wyrządzam niesprawiedliwość nieprofesjonalnym mordercom. Jeżeli chodzi o mój charakter, najłatwiej go określić na podstawie tego pamiętnika. Lubię myśleć, że jest pośledniejszego rodzaju, pod którym być może ukrywa się wyrafinowany... Wybacz mi, drogi, nie istniejący czytelniku, moją pretensjonalną gadatliwość. Zagubiony człowiek, który jest sam na dryfującej krze, musi ze sobą porozmawiać. Jutro wracam do domu. Mam nadzieję, że pani Teague wydała wszystkie zabawki. Kazałem jej to zrobić. 23 czerwca Dom wygląda tak samo. Dlaczego miałoby być inaczej? Czyżbym spodziewał się, że ściany będą płakać? To typowe dla ludzkiej bezczelności ‒

złudne oczekiwanie, że zmieni się oblicze świata ze względu na nasze małe tragedie. Oczywiście, dom jest taki sam, z wyjątkiem tego, że zniknęło z niego życie. Widzę, że na rogu postawili znak ostrzegawczy. Jak zwykle za późno. Pani Teague jest bardzo przytłoczona. Wydaje się, że bardzo to przeżywa. A może przybrała pogrzebową minę tylko ze względu na mnie. Gdy ponownie czytam to ostatnie zdanie, stwierdzam, że jest wyjątkowo złośliwe. Wyraża zawiść, że ktoś inny kochał Martiego, miał udział w jego życiu. Dobry Boże, czyżbym stawał się jednym z ojców, którzy chcą mieć dzieci wyłącznie dla siebie. Jeśli tak, to jestem jedynie zdolny do morderstwa. ...Właśnie kiedy to pisałem, weszła pani Teague. Na jej ogromnej zaczerwienionej twarzy rysowała się skrucha, ale też i stanowczość, niczym u nieśmiałej osoby, która postanowiła złożyć skargę, lub u komunikanta wracającego od ołtarza. ‒ Proszę pana, po prostu nie mogę tego zrobić ‒ powiedziała. ‒ Nie mam serca. ‒ Czego zrobić? ‒ spytałem. ‒ Rozdać je wszystkie ‒ zaszlochała. Rzuciła kluczyk na stół i wypadła z pokoju. Był to klucz od szafki z zabawkami. Poszedłem na górę do pokoju dziecinnego i otworzyłem szafkę. Musiałem to zrobić od razu, bo w przeciwnym razie nigdy bym tego nie uczynił. Bezmyślnie patrzyłem dłuższą chwilę na zabawki ‒ na model garażu, na lokomotywę i starego misia z jednym okiem. Te trzy były jego ulubionymi. Przypomniał mi się wiersz Coventry'ego Patmore'a...* Położył, tak najbliżej jego dłoni Pudełko żetonów i z żyłkami kamyk Z plaży szkła kawałek wygładzony I muszelek kilka z nimi Butelkę z dzwonkami ciętymi I te dwie miedziane francuskie monety, wybrane wielce By ukoić jego smutne serce. * „Toys” (Zabawki) ‒ C. Patmore'a (1823-1896), ang. poety, późnego romantyka. Pani Teague miała rację. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem czegoś, co nie pozwoliłoby zasklepić się ranom. Te zabawki są lepszym przypomnieniem niż nagrobek. Nie pozwolą mi zasnąć, będą dla kogoś oznaczały śmierć.

24 czerwca Dzisiaj rano rozmawiałem z sierżantem Elderem. Dziewięćdziesiąt kilogramów mięsa i kości, jakby powiedział saper, i około miligrama mózgu. Błędny, arogancki wzrok tępego człowieka obdarzonego władzą. Dlaczego zawsze dotyka nas wewnętrzny paraliż, kiedy spotykamy się z policjantem? Przypuszczalnie to strach wywołuje taką reakcję. Czujemy się jak marynarz, który na żaglowcu natknął się na admirała Rodney a. Policjant zawsze przyjmuje postawę obronną. Broni się przed przedstawicielami „wyższych klas”, bo mogą mu bardzo zaszkodzić, gdyby zrobił fałszywy krok. Broni się przed ludźmi z nizin społecznych, bo reprezentuje prawo i porządek, które oni z wielu powodów mogą uważać za swoich naturalnych wrogów. Gdyby tylko to. Elder dał pokaz zwykłej, nadętej i oficjalnej powściągliwości. Ma zwyczaj drapania się po płatku prawego ucha i patrzenia na ścianę ponad głową rozmówcy. Bardzo mnie to irytowało. Powiedział, że śledztwo jest wciąż prowadzone, każdy trop zostanie sprawdzony. Zbadano ogromną ilość informacji, ale jak dotąd nie mają żadnej wskazówki. Oczywiście oznacza to, że znaleźli się w ślepej uliczce i nie chcą się do tego przyznać. Mam wolną rękę. Czysta walka. Jestem zadowolony. Postawiłem Elderowi piwo, co go trochę otworzyło. Udało się z niego wydobyć parę szczegółów na temat śledztwa. Policja z pewnością była dostatecznie dokładna. Oprócz apelów w BBC o zgłaszanie się świadków, wydaje się, że policjanci odwiedzili każdy warsztat samochodowy w hrabstwie. Pytali, czy nie naprawiano pogiętych błotników, zderzaków, uszkodzonych chłodnic itd. Bardziej lub mniej taktownie przesłuchano właścicieli samochodów w promieniu wielu mil, żeby stwierdzić, gdzie były ich auta w czasie wypadku. Potem policjanci chodzili od domu do domu wzdłuż przypuszczalnej trasy, którą jechał ten typek. Przepytali właścicieli stacji benzynowych i członków towarzystw automobilowych. Tego wieczoru odbywał się wyścig samochodowy i policja sądzi, że ten facet mógł być jednym z kierowców, którzy zboczyli z trasy ‒ z pewnością jechał tak, jakby chciał nadrobić stracony czas ‒ ale na następnym punkcie kontrolnym nie stwierdzono, żeby któryś z samochodów został uszkodzony. Na podstawie czasów podanych przez sędziów na tym punkcie i wcześniejszym policjanci

uznali, że żaden z kierowców nie był w stanie zrobić objazdu przez naszą wioskę. W tym dochodzeniu mogła być jakaś luka, ale muszę sądzić, że policja by ją odkryła. Mam nadzieję, że wydobyłem te wszystkie informacje, nie okazując się nieczułym i zbyt natarczywym. Chyba można spodziewać się po przygnębionym ojcu, że będzie chciał to wszystko wiedzieć? No cóż, nie przypuszczam, żeby Elder był szczególnie rozmiłowany w psychologii morderstw. Jednak jest inny dręczący problem. Czy może mi się powieść, jeżeli nie udało się to całej policji? Rozmawiamy o szukaniu igły w stogu siana! Chwilkę! Gdybym chciał schować igłę, nie wybrałbym stogu siana. Ukryłbym ją wśród innych igieł. Tak więc Elder był przekonany, że uderzenie podczas wypadku musiało spowodować jakieś uszkodzenie samochodu, choć Martie był lekki jak piórko. Najlepszym sposobem na ukrycie uszkodzenia jest spowodowanie większych zniszczeń w tym samym miejscu. Gdybym potrącił dziecko i wygiął na przykład błotnik, a chciałbym to ukryć, upozorowałbym wypadek ‒ uderzył samochodem w bramę lub drzewo. To by zamaskowało ślady wcześniejszej kolizji. Muszę zatem stwierdzić, czy jakieś samochody nie zostały w ten sposób rozbite tego wieczoru. Rano zadzwonię do Eldera i zapytam. 25 czerwca Pudło. Policja już o tym pomyślała. Sądząc po tonie w głosie Eldera, jego szacunek do pogrążonego w rozpaczy ojca został poważnie nadszarpnięty. Grzecznie i wyraźnie wyjaśnił, że policja nie chce być pouczana przez dyletantów. Zbadano wszystkie wypadki samochodowe w okolicy, by sprawdzić, czy spowodowane były w „dobrej wierze”, jak to określił ten nadęty głupek. To oszałamia, wyprowadza z równowagi. Nie wiem, od czego zacząć. Jak mogłem pomyśleć, że wyciągnę jedynie rękę i znajdę człowieka, którego szukam? To musiał być początek megalomanii, która dotyka mordercę. Po rozmowie telefonicznej z Elderem dziś rano poczułem się zdenerwowany i zniechęcony. Nic do roboty, tylko wałęsać się po ogrodzie. Wszystko przypomina mi Martiego, nawet te głupie róże.

Kiedy Martie był berbeciem, zwykle mi towarzyszył, gdy w ogrodzie wybierałem kwiaty do wazonów. Pewnego dnia zauważyłem, że obciął główki kilkudziesięciu róż przeznaczonych na wystawę. Były to wspaniałe ciemnoczerwone kwiaty o nazwie Noc. Byłem na niego wściekły, nawet wtedy gdy się zorientowałem, że w ten sposób chciał mi pomóc. Bestialski postępek z mojej strony. Nie można go było udobruchać przez wiele godzin. W taki sposób niszczone jest zaufanie i niewinność. Teraz kiedy nie żyje i, jak sądzę, nie ma to żadnego znaczenia, to jednak żałuję, że wtedy straciłem panowanie nad sobą. Dla niego musiało to wyglądać jak koniec świata. Do diabła, staję się sentymentalny. Zaraz zacznę spisywać jego dziecięce powiedzonka. A dlaczego nie? Gdy spoglądam teraz na trawnik, przypominam sobie, jak zobaczył dżdżownicę rozciętą na pół przez kosiarkę. Połówki skręcały się, jakby chciały się połączyć. Powiedział wtedy „Tatuś, patrz, dżdżownica przetacza się jak pociąg”. To błyskotliwe, pomyślałem. Ze swoim darem do tworzenia metafor mógłby zostać poetą. Jednak tym, co rozpoczęło ciąg sentymentalnych wspomnień, było moje wyjście do ogrodu dziś rano. Zauważyłem, że obcięte zostały czubki wszystkich róż. Serce we mnie zamarło (to określenie z moich kryminałów). Przez chwilę myślałem, że ostatnie sześć miesięcy było tylko nocnym koszmarem i Martie wciąż żyje. Bez wątpienia jakiś dzieciak z wioski zrobił głupiego psikusa, jednak bardzo mnie to przygnębiło. Czułem, że wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Przypadek i litościwa Opatrzność mogłyby mi oszczędzić przynajmniej kilku róż. Przypuszczam, że powinienem donieść Elderowi o tym akcie wandalizmu, ale przecież nie mogę się czymś takim przejmować. W płaczu jest coś nieznośnie teatralnego. Mam nadzieję, że pani Teague mnie nie słyszała. Jutro wieczorem przejdę się po pubach i zobaczę, czy uda mi się uzyskać jakieś informacje. Nie mogę bez końca krążyć po mieszkaniu. Dlatego teraz, przed pójściem do łóżka, wpadnę do Petersa na drinka. 26 czerwca Dreszcz związany z ukrywaniem jakiejś tajemnicy jest jedyny w swoim rodzaju. Takiego uczucia doświadcza bohater opowieści, który w kieszonce na piersi nosi ładunek wybuchowy, a w kieszeni spodni trzyma zapalnik.

Musi jedynie go nacisnąć, a wtedy on i wszystko w promieniu dwudziestu jardów wyleci w powietrze, by przynieść mu sławę. Takie emocje odczuwałem, kiedy kochałem się skrycie w Tessie; w piersi ukrywałem niebezpieczny, uroczy i wybuchowy sekret. Ponownie owładnęło mną to uczucie, gdy wczoraj wieczorem rozmawiałem z Petersem. To dobry człowiek, ale nie przypuszczam, żeby spotkał się z czymś bardziej melodramatycznym niż narodziny dziecka, artretyzm lub grypa. Nie przestawałem się zastanawiać, co by rzekł, gdyby wiedział, że siedzi z nim potencjalny morderca i pije jego whisky. W pewnym momencie miałem nieprzepartą chęć wygadać się przed nim. Naprawdę muszę bardzo uważać. To nie jest gra. Nie chodzi o to, że by mi nie uwierzył, ale nie chcę, by mnie odesłał z powrotem do kliniki lub, co gorsza, wysłał gdzieś na „obserwację”. Z radością usłyszałem od Petersa ‒ kiedy się w końcu zdecydowałem o to zapytać ‒ że podczas dochodzenia nic nie mówiono o mojej odpowiedzialności za śmierć Martiego. Jednak to wciąż mnie dręczy. Patrzę w twarze ludzi z wioski i zastanawiam się, co tak naprawdę „o mnie myślą. Na przykład pani Anderson, wdowa po naszym ostatnim organiście. Dlaczego przechodząc dzisiaj rano przez ulicę, umyślnie unikała spotkania ze mną? Zawsze bardzo lubiła Martiego. W istocie rozpieszczała go truskawkami, kremem, podejrzanymi galaretkami i, kiedy wydawało się jej, że tego nie widzę, ukradkowymi uściskami. Nie lubił tych czułości tak samo jak ja. No cóż, biedna kobieta nigdy nie miała dzieci, a śmierć Andersona pogrążyła ją do końca. Wolę, żeby mnie nie zauważała, niż miałaby się nade mną roztkliwiać. Podobnie jak wielu ludzi, którzy prowadzą samotny tryb życia ‒ w sensie psychicznym, mam na myśli ‒ jestem bardzo wrażliwy na opinie o sobie. Z nienawiścią wyobrażam sobie, że mógłbym być człowiekiem powszechnie znanym i lubianym, typem bratałaty, jednak myśl, że ludzie mogą być do mnie nieprzychylnie nastawieni, wzbudza mój głęboki niepokój. To niezbyt sympatyczna cecha pożądać sprzeczności. Nie mogę być jednocześnie lubiany przez sąsiadów i odnosić się do nich z rezerwą. Ale z drugiej strony, jak wcześniej zaznaczyłem, nie zamierzam być zbyt miłą osobą. Idę prosto do „Siodlarza”. Stawię czoła opinii publicznej u samych jej źródeł. Może też znajdę tam jakąś wskazówkę, choć przypuszczam, że Elder przesłuchał wszystkich tamtejszych bywalców.

Później W ciągu ostatnich dwóch godzin wypiłem około dziesięciu kufli piwa, ale wciąż jestem trzeźwy. Wydaje się, że moje rany są zbyt głębokie, by mogły je wyleczyć miejscowe środki znieczulające. Wszyscy byli życzliwie nastawieni. W każdym razie nie jestem winowajcą. ‒ To okrutny skandal ‒ oświadczyli. ‒ Dla takich szubienica to zbyt wiele łaski. ‒ Brakuje nam tego małego zucha. To był bystry chłopak. ‒ Tak powiedział stary pasterz Barnett. ‒ Te wasze samochody są przekleństwem w okolicy. Gdybym mógł, tobym wyznaczył przeciw nim jakieś prawa. Bert Cozzens, wiejski mądrala, oznajmił: ‒ Myto na drogach. To jest myto na drogach. Naturalna selekcja, jeśli mnie pan rozumie. Przeżywa najlepiej przystosowany. I nie mam zamiaru pana urazić. Wszyscy panu współczujemy w tym koszmarnym nieszczęściu. ‒ Przeżywa najlepiej przystosowany? ‒ spytał piskliwym głosem młody Joe. ‒ Bert, co więc tu robisz? Chyba przeżywają najgrubsi. ‒ To graniczyło z nieprzyzwoitością i młody Joe został zgaszony. To porządni ludzie ‒ nigdy nie podchodzą do śmierci kołtuńsko, cynicznie lub zbyt sentymentalnie. Mają do niej właściwy, realistyczny stosunek. Ich dzieci muszą radzić sobie same. Nie stać ich na niańki, trzymanie dzieci pod kloszem lub wyszukane jedzenie. Nigdy więc nie przyszło im do głowy, by oskarżać mnie, że pozwalałem Martiemu dorastać samodzielnie, tak jak ich dzieci. Mogłem to wiedzieć. Obawiam się jednak, że poza tym nie będą mi pomocni. Podsumował to Ted Barnett: ‒ Dalibyśmy sobie obciąć palce prawej ręki, żeby znaleźć tego łobuza, który to zrobił. Widzieliśmy, jak po wypadku przez wioskę jechał jakiś samochód a może dwa, ale nikt się im uważnie nie przyglądał. Nikt nie wiedział, co się stało. Światła oślepiały i... eee... nie można było zobaczyć numerów ani niczego. Poza tym to robota tej cholernej policji, tylko że Elder spędza czas na... ‒ Tu nastąpiły oszczercze spekulacje na temat rozrywek ‒ głównie erotycznych, jak się wydaje ‒ naszego zacnego sierżanta. To samo w „Lwie i Jagnięciu” i w „Koronie”. Dużo dobrej woli, ale żadnych informacji. W ten sposób niczego nie osiągnę. Muszę spróbować

zupełnie innego sposobu. Ale jakiego? Dzisiaj jestem za bardzo zmęczony, żeby myśleć. 27 czerwca Odbyłem długi spacer w kierunku Cirencester. Szedłem granią, z której z Martiem puszczaliśmy małe szybowce. Był zwariowany na ich punkcie. Przypuszczalnie rozbiłby się w samolocie, gdyby samochód nie był pierwszy. Nigdy nie zapomnę sposobu, w jaki obserwował szybowce. Patrzył z namaszczeniem, jego twarz była napięta, jakby chciał im powiedzieć, żeby unosiły się i szybowały w nieskończoność. Cała ta okolica go przypomina. Jak długo tu stałem, rana w moim sercu pozostawała nie zagojona. Tego chciałem. Wydaje się, że ktoś chce się mnie pozbyć. Wszystkie lilie białe i krzewy tytoniu rosnące na klombie pod moim oknem w nocy zostały wyrwane i wyrzucone na ścieżkę. Raczej nad ranem, bo o północy wszystko było w porządku. Żaden dzieciak z wioski nigdy by dwa razy tego nie powtórzył. Wrogość tego czynu trochę mnie niepokoi, ale nie zamierzam dać się zastraszyć. Niezwykła myśl przyszła mi właśnie do głowy. Czyżbym miał śmiertelnego wroga, który celowo zabił Martiego, a teraz niszczy wszystko, co kocham? Dziwactwo. To pokazuje, do jakich wniosków może dojść umysł, gdy człowiek jest samotny. Jeżeli dalej tak pójdzie, to będę bał się wyjrzeć przez okno. Dzisiaj spacerowałem szybko, tak że mój umysł nie mógł za mną nadążyć. Na kilka godzin uwolniłem się od natarczywych myśli. Teraz czuję się odświeżony. Zatem, za twoją zgodą, hipotetyczny czytelniku, zacznę myśleć na papierze. Jaka jest nowa linia postępowania, którą muszę obrać? Najlepiej, jak zapiszę ją jako ciąg założeń i wniosków. Oto one: 1) Nie ma sensu stosować metod policyjnych. Policja ma znacznie większe możliwości, a mimo wszystko nie odniosła sukcesu. Wniosek jest taki, że muszę wykorzystać swoje mocne strony ‒ na przykład jako autor kryminałów wyobrazić sobie, jak działa umysł przestępcy. 2) Gdybym potrącił dziecko i uszkodził samochód, instynktownie unikałbym głównych dróg, gdzie uszkodzenie mogłoby zostać

zauważone. Szybko usiłowałbym go naprawić. Jednak zgodnie z informacjami od policji sprawdzono wszystkie warsztaty samochodowe, a wszystkie naprawy uszkodzeń po wypadkach znalazły „niewinne” wyjaśnienia. Oczywiście właściciel warsztatu w jakiś sposób mógł oszukać, ale przypuszczalnie nie będę w stanie stwierdzić w jaki. Co z tego wynika? (a) ‒ samochód mimo wszystko nie został uszkodzony... ale eksperci twierdzą, że jest to bardzo mało prawdopodobne, (b) ‒ przestępca pojechał bezpośrednio do swojego garażu i do tej pory trzyma samochód pod zamknięciem. To możliwe, lecz wyjątkowo nieprawdopodobne, (c ) ‒ przestępca sam dokonał naprawy. To z pewnością najbardziej prawdopodobna możliwość. 3) Załóżmy, że facet sam naprawił samochód. Czy to coś o nim mówi? Tak. Musi być fachowcem, mieć do swojej dyspozycji odpowiednie narzędzia. Ale nawet najmniejsze wgłębienie w błotniku trzeba wyklepać, a hałas z tym związany mógłby obudzić nawet umarłego. Obudzić! Właśnie. Musiał naprawiać samochód w nocy po wypadku, żeby następnego dnia nie było żadnych śladów kolizji. Jednak odgłos stukania w nocy obudziłby ludzi i wzbudził podejrzenia. 4) Nie wyklepywał uszkodzeń tamtej nocy. Jednak niezależnie czy trzymał samochód w prywatnym czy publicznym garażu, stukanie młotkiem z pewnością zwróciłoby na niego uwagę, nawet gdyby odłożył naprawę do rana. 5) Niczego nie wyklepywał. Jednak musimy założyć, że w jakiś sposób dokonano naprawy. Jakim ja jestem głupcem! Żeby wyklepać najmniejsze nawet wgięcie, trzeba zdjąć błotnik. Zatem jeżeli ‒ do wysnucia takiego wniosku jesteśmy zmuszeni ‒ przestępca nie mógł pozwolić sobie na hałas podczas naprawy, to musiał usunąć zniszczone części i zastąpić je zapasowymi. 6) Załóżmy, że zamontował nowy błotnik... przypuszczalnie też zderzak lub lampę i pozbył się uszkodzonych części. Co z tego wynika? Musi być niezłym mechanikiem i mieć dostęp do zapasowych części. Innymi słowy, musi pracować w warsztacie. Co więcej, jest

jego właścicielem, bo tylko właściciel garażu może ukryć fakt, że wykorzystał jakieś części z magazynu. Dzięki Bogu! Wydaje się, że w końcu do czegoś doszedłem. Człowiek, o którego mi chodzi, jest właścicielem dobrze wyposażonego warsztatu. Jednak przypuszczalnie nie jest to duży warsztat, bo w takim kierownik lub jakiś pracownik, a nie właściciel, zajmowałby się kontrolą części zamiennych w magazynie. A może przestępca jest kierownikiem lub urzędnikiem w dużym warsztacie? Obawiam się, że to znów zwiększa liczbę możliwości. Czy jestem w stanie wyciągnąć jakieś wnioski na podstawie rodzaju wypadku? Patrząc z miejsca kierowcy, Martie przechodził z lewej strony drogi na prawą. Jego ciało zostało odrzucone do rynsztoka po lewej. To sugeruje, że uszkodzona została lewa strona samochodu, szczególnie, gdy skręcił w prawo, by uniknąć zderzenia. Błotnik po lewej, zderzak lub reflektor. Reflektor... coś mi się nasuwa. Pomyśl. Pomyśl... Mam! Na drodze nie było szkła. Jaki rodzaj reflektora jest najmniej podatny na rozbicie? Osłonięty metalową siatką. Ten typ możecie zobaczyć w niskich, szybkich samochodach sportowych. Zatem musiał to być szybki samochód (z doświadczonym kierowcą), skoro tak szybko wyjechał zza zakrętu i nie wypadł z drogi. Podsumujmy. Są podstawy, żeby z dużym prawdopodobieństwem założyć, że przestępca jest wprawnym, brawurowym kierowcą; jest właścicielem lub kierownikiem dobrze wyposażonego warsztatu i posiada samochód sportowy z osłoniętymi metalową siatką reflektorami. Ten samochód jest prawdopodobnie całkiem nowy, bo w przeciwnym razie zauważono by różnicę między oryginalnym prawym błotnikiem a nowym po lewej stronie, choć przypuszczam, że przestępca mógł go przygotować, żeby wyglądał jak używany ‒ odrapać, przybrudzić itd. A, jeszcze jedno: albo jego warsztat znajduje się gdzieś na odludziu, albo skutecznie go zaciemnił. W przeciwnym bowiem razie mógł zostać zauważony, jak dokonuje naprawy w nocy. Musiał również wyjść na zewnątrz tej nocy, żeby pozbyć się uszkodzonych części; wrzucił je do pobliskiej rzeki lub zarośli ‒ nie mógł pozwolić sobie na wyrzucenie ich na złom. O Jezu, już dawno minęła północ. Muszę iść spać. Teraz, kiedy zrobiłem dobry początek, czuję się jak nowo narodzony. 28 czerwca

Rozpacz. Jak kiepsko to wygląda w świetle poranka. Gdy zaczynam o tym myśleć, nie jestem nawet pewien, czy są jakieś samochody z drucianymi osłonami na reflektorach. Na chłodnicach tak, ale czy na przednich światłach? Ale to można łatwo sprawdzić. Jednak gdy założymy, że mój tok rozumowania jakimś cudem jest poprawny, wciąż jestem prawie tak samo daleko od znalezienia przestępcy. Prawdopodobnie istnieją tysiące warsztatów, których właściciele mają samochody sportowe. Wypadek wydarzył się około dwadzieścia minut po szóstej. Zakładając, że przestępca poświęcił maksymalnie trzy godziny na zamontowanie nowych części i pozbycie się starych, wciąż miał dziesięć godzin czasu w nocy, żeby uciec, co oznacza, że jego garaż może znajdować się gdzieś w promieniu trzystu mil. Być może trochę mniej. Ze śladami bestialstwa na samochodzie, chyba nie zatrzymywał się, żeby zatankować. Jednak trzeba pomyśleć o wszystkich garażach w promieniu stu mil. Czy mam zamiar dotrzeć do wszystkich i pytać właścicieli, czy mają samochody sportowe? A jeśli uzyskam odpowiedź twierdzącą, co wtedy? Perspektywa jest równie przerażająca jak myśl o nieskończonych granicach wieczności. Moja nienawiść do tego człowieka musiała pozbawić mnie zdrowego rozsądku. Chyba jednak nie to jest przyczyną mojej depresji, ale anonimowy list, podrzucony, zanim ktokolwiek się obudził ‒ przypuszczalnie przez tego samego szaleńca czy też wstrętnego dowcipnisia, który zniszczył moje kwiaty. To działa mi na nerwy. A oto ten list ‒ tani papier, duże litery. Nic szczególnego. ZABIŁEŚ GO. DZIWIĘ SIĘ, JAK ŚMIESZ POKAZYWAĆ SIĘ WE WIOSCE PO TYM, CO WYDARZYŁO SIĘ TRZECIEGO STYCZNIA. NIC NIE ROZUMIESZ? MY NIE CHCEMY CIEBIE TUTAJ I ZROBIMY COŚ TAKIEGO, ŻE BĘDZIESZ ŻAŁOWAŁ SWOJEGO POWROTU. KREW MARTIEGO JEST NA TWOICH RĘKACH. Wygląda, że ten list pisała wykształcona osoba. Albo osoby, jeżeli słowo „my” cokolwiek oznacza. Och, Tessa, co mam zrobić? 29 czerwca

Najciemniej jest przed świtem! Polowanie się zaczęło! Pozwólcie mi przywitać nowy dzień banałami. Dzisiaj rano wyprowadziłem samochód. Wciąż byłem głęboko zrozpaczony, więc pomyślałem, że pojadę do Oxfordu i spotkam się z Michaelem. Skorzystałem ze skrótu prowadzącego z Cirencester do drogi na Oxford. Jest to wąski szlak poprzez wzgórza, gdzie nigdy nie byłem. Po deszczu wszystko wydawało się ożywione, skrzyło się w świetle słonecznym. Patrzyłem w bok, ponad wrzosowiskami, na zadziwiające pole koniczyny koloru rozgniecionych malin, kiedy wjechałem do brodu. Samochód przetoczył się na drugą stronę i zgasł. Nie mam najmniejszego pojęcia, co się dzieje pod maską, ale kiedy mój wóz się zatrzymuje, wystarczy chwilę poczekać, a potem zwykle rusza. Wyskoczyłem na zewnątrz i strząsałem wodę z ubrania ‒ po wjechaniu do brodu woda opryskała mnie dużym strumieniem ‒ kiedy zwrócił się do mnie facet opierający się o bramę farmy. Wymieniliśmy kilka żartów na temat tego prysznica. Potem ten jegomość zauważył, że coś takiego wydarzyło się tutaj pewnego wieczoru zimą. Obojętnie, tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę, zapytałem, jaki to był dzień. Pytanie okazało się inspirujące. Przeprowadził wyjątkowo skomplikowane rozważania, w które włączył teściową, chorą owcę, popsute radio, i odparł: ‒ Trzeciego stycznia. Tak, trzeciego stycznia. Nie pomyliłem się. Po zmroku. W tym momencie ‒ dobrze wiecie, jak czasami przychodzą do głowy idiotyczne, nieistotne zdania ‒ oczami wyobraźni zobaczyłem słowa: „Obmyte Krwią Baranka”. Teraz przypominam sobie, że widziałem je po drodze na metodystycznej kaplicy. Napis na murze, mający więcej niż jedno znaczenie. Następnie słowo krew skierowało moje myśli na anonimowy list, który dostałem wczoraj. „Krew Martiego jest na twoich rękach.” W jednej chwili opadła mgła i zobaczyłem wyraźnie, jak zabójca Martiego szybko wjeżdża do wody. Podobnie jak ja, ale on zrobił to celowo. Żeby zmyć krew Martiego z samochodu. Całkowicie zaschło mi w ustach, kiedy tak obojętnie, jak tylko potrafiłem, zadałem pytanie: ‒ Czy może sobie pan przypomnieć, która dokładnie była godzina, kiedy ten facet wjechał do brodu?

Odpowiedź zajęła trochę czasu. Wszystko drżało w niepewności, ale utarte schematy myślenia okazały się skuteczne. Odparł: ‒ Około siódmej. Może za dziesięć, piętnaście. Aaa, tak. Mniej więcej za kwadrans siódma. Moja twarz musiała być zadumana. Zauważyłem, że mężczyzna patrzy na mnie, z zaciekawieniem, więc zareagowałem z dużym entuzjazmem. ‒ Zatem musiał to być mój przyjaciel! Mówił mi, że zabłądził, kiedy wyjechał ode mnie i wpadł do sadzawki gdzieś na wzgórzach Cotswolds. Mimo oszołomienia mój umysł dokonywał pewnych ustaleń. Jechałem tutaj trochę ponad pół godziny. Szybkim samochodem, jeżeli znał drogę i nie zatrzymywał się, by spoglądać do mapy, Iks mógł tego dokonać od dwadzieścia po szóstej, kiedy wydarzył się wypadek, do za piętnaście siódma. Ponad siedemnaście mil w dwadzieścia pięć minut. Średnia prędkość czterdzieści mil na godzinę. Możliwe w przypadku samochodu sportowego. Ryzykowałem wszystko, zadając następne pytanie. ‒ To był niski, sportowy samochód? Zauważył pan może, jakiej marki? Może numer rejestracyjny? ‒ Szybko wjechał do wody, ale nie znam się dobrze na markach samochodów. Było ciemno, a światła mnie oślepiały. Widziałem z daleka. Nie przypominam sobie też numerów. CAD, czy coś takiego. ‒ Tak! ‒ wykrzyknąłem. (CAD to nowe oznakowanie samochodów z hrabstwa Gloucestershire. To ogranicza liczbę możliwości.) Pomyślałem, że z dobrymi światłami tylko szaleniec wjechałby z pełną prędkością do strumienia, chyba że kierowca chciał zmyć krew z maski samochodu. Ja wjechałem tak szybko do wody tylko dlatego, że oglądałem widoki, czego się nie robi w ciemną noc. Dlaczego poprzednio w moich rozważaniach nie wziąłem pod uwagę krwi? Oczywiście gdyby Iks musiał się gdzieś zatrzymać, ślady krwi na samochodzie mogłyby zostać zauważone. Trudniej byłoby wyjaśnić ich obecność niż uszkodzenie błotnika. Z drugiej strony istniało pewne ryzyko dla zabójcy, gdyby się zatrzymał i wytarł krew szmatą ‒ nie jest łatwo pozbyć się zakrwawionego materiału. Znacznie prościej wjechać do strumienia i pozwolić, żeby woda zrobiła swoje. Przypuszczalnie zatrzymał samochód, by się przekonać, czy krew została zmyta dokładnie. Zaalarmowało mnie to, co powiedział mężczyzna. Jego ogorzała twarz przybrała podejrzany wyraz. ‒ Robi wrażenie, co? Wyjątkowa piękność z niej, prawda? Przez chwilę myślałem, że mówi tak o samochodzie. Potem, ku mojemu

przerażeniu, zdałem sobie sprawę, że chodzi o Iksa. Z pewnych względów nigdy nie przyszło mi do głowy, że osoba, której szukam, może być kobietą. ‒ Nie wiedziałem, że mój przyjaciel miał... aaa... pasażera. ‒ Zająknąłem się, próbując maksymalnie wykorzystać sytuację. ‒ O, tak ‒ odparł. (Dzięki Bogu, co za ulga!) Zatem w samochodzie był mężczyzna z kobietą. Ten łobuz popisywał się przed nią. Próbowałem nakłonić mężczyznę do opisania „mojego przyjaciela”, ale efekty były skromne. ‒ Zadbany, potężny gość. Bardzo grzeczny. Jego przyjaciółka chyba była przestraszona, że wjechali w taką wodę. Bez przerwy powtarzała: „Och, George, pospiesz się. Nie będziemy tutaj tkwili całą noc”. Ale on się nie spieszył. Stał tak jak pan, opierał się o błotnik i rozmawiał grzecznie. ‒ Opierał się o ten błotnik? Właśnie tu? ‒ spytałem oszołomiony szczęśliwym zbiegiem okoliczności. ‒ No, ten. Czas zauważyć, że opierałem się o przedni błotnik z lewej strony, ten sam, który, jak przypuszczałem, Iks uszkodził w swoim samochodzie. Opierał się o niego, żeby ukryć uszkodzenie przed człowiekiem, z którym rozmawiał. Tak taktownie, jak tylko potrafiłem, zadałem jeszcze kilka pytań, ale nie byłem w stanie dowiedzieć się niczego więcej o mężczyźnie lub jego samochodzie. Znalazłem się w kropce. Chcąc coś powiedzieć, zacząłem niesmacznie żartować. ‒ No cóż, muszę zapytać George'a o tę jego przyjaciółkę. Trudno to sobie wyobrazić. Jest żonaty. Ciekawe, kim ona jest. Żart odniósł swój skutek. Facet podrapał się po głowie. ‒ Muszę pomyśleć. Ja znam jej nazwisko, ale wyleciało mi z głowy. W tamtym tygodniu widziałem ją na filmie. W Cheltenham. Była w samej bieliźnie, i do tego skąpej. ‒ Grała w filmie w bieliźnie? ‒ No, w bieliźnie. Matka była bardzo oburzona. Ale jak ona się nazywa...? Matka! Z farmy wyszła kobieta. ‒ Matka, jaki to film oglądaliśmy w tamtym tygodniu? Ten pierwszy. ‒ Ten dodatkowy? „Kolana pokojówki”. ‒ No. Właśnie. „Kolana pokojówki”. A ta młoda dama, pokojówka... to Polly, co? I wcale nie pokazała swoich kolan.

‒ Na moje to idiotyczny film ‒ rzekła kobieta. ‒ Nasza Gertie jest służącą, ale nie ma koronkowej bielizny ani czasu, żeby paradować jak ta przeklęta Polly. Gdyby tak robiła, dostałaby za swoje. ‒ Mówi pan, że dziewczyna mojego przyjaciela, która wtedy wieczorem była z nim, grała rolę Polly w filmie? ‒ Mogę przysiąc. Nie ma co wpędzać tego dżentelmena w kłopoty, nie? He, he. Ta dama z samochodu cały czas odwracała głowę. Jak mówię, nie chciała, żeby ktoś ją poznał. Była porządnie zdenerwowana, kiedy ten dżentelmen włączył światło w samochodzie. „George, wyłącz to cholerstwo”, powiedziała. To wtedy udało mi się spojrzeć na jej twarz. Kiedy zobaczyłem tę waszą Polly na filmie, mówię do matki: „Matka, czy to nie ta młoda kobieta z samochodu, który stanął w sadzawce?!” Nie było tak? ‒ Było. Wkrótce potem odjechałem, przeklinając ich w duchu, że wszystko traktują tak jednostronnie. Mówili jedynie o zakazanym związku, który mógł łączyć tych dwoje ludzi. Nie byli w stanie przypomnieć sobie nazwiska aktorki, która grała Polly, więc pojechałem prosto do Cheltenham i dowiedziałem się tego. „Kolana pokojówki” to brytyjski film. Łatwo to można odgadnąć na podstawie tytułu, charakterystycznego dla brytyjskiego talentu do wulgarnego Świn tuszenia. Dziewczyna nazywa się Lena Lawson. Jest, jak to się mówi, „gwiazdką filmową” (Boże, co za określenie). W tym tygodniu ten film wyświetlają w Gloucester. Jutro tam pojadę i uważnie się jej przyjrzę. Nic dziwnego, że policja nie przesłuchała tych ludzi jako świadków. Ich farma znajduje się na odludziu, przy drodze, gdzie nawet w dzień przejeżdża bardzo mało samochodów. Nie słyszeli apelu BBC, bo ich radio wtedy się popsuło. W każdym razie, czy można było łączyć tę parkę w samochodzie z wypadkiem, który wydarzył się dwadzieścia mil dalej? Są też dane na temat Iksa. Ma na imię George. Jego samochód jest zarejestrowany w hrabstwie Gloucestershire. To i fakt, że wiedział o istnieniu rozlewiska na drodze (z pewnością nie miał czasu, by szukać takich miejsc na mapie) każe sądzić, że mieszka w tym hrabstwie. Poza tym Lena Lawson jest jego słabym punktem. Mam tu na myśli, że dziewczyna była wyraźnie przestraszona, kiedy ten farmer zobaczył ich w strumieniu. Powiedziała: „Och, George, pospiesz się”, próbowała ukryć twarz. Mój następny krok to skontaktować się z nią. Dobrze przyciśnięta na pewno pęknie.

30 czerwca Dziś wieczorem widziałem Lenę Lawson. Muszę powiedzieć, że to bystra osóbka. Powinienem się z nią spotkać. Ale film, pożal się Boże! Po śniadaniu wiele godzin poświęciłem na szukanie garaży, których właściciele mają inicjały zaczynające się od litery G. Na liście znalazło się ponad dziesięć nazwisk. To dziwne uczucie patrzeć na taką listę, wiedząc, że zamierza się wymazać jedno nazwisko. Moje myśli zajmuje plan działania. Nie zapiszę go, dopóki nie wypracuję schematu postępowania. Czuję, że Felix Lane stanie się użyteczny. Ale te drobiazgi, szczegóły, które trzeba zaplanować, zanim dopadnie się ofiarę, są w stanie wykończyć każdego. Łatwiej chyba zorganizować wyprawę na Mount Everest. 2 lipca To interesujący komentarz na temat ułomności ludzkiego intelektu, nawet ponadprzeciętnego. Przez dwa dni głowiłem się nad planem idealnego morderstwa, a dopiero tego wieczoru zdałem sobie sprawę, że jest zupełnie zbędny. Ponieważ nikt oprócz mnie (i przypuszczalnie Leny Lawson) nie wie, że George jest człowiekiem, który zabił Martiego, niemożliwe jest, żeby odkryto moje motywy. Dobrze wiem, że brak motywów to nie wszystko; mogą pojawić się dodatkowe okoliczności, które umożliwią skazanie winnego. Jednak w rzeczywistości tylko naoczny świadek może dostarczyć niezbitych dowodów. Zakładając, że George i Lena nie skojarzą Felixa Lane'a z Frankiem Cairnesem, ojcem dziecka, które przejechali, nikt nie będzie w stanie znaleźć związku między mną a George'em. Przecież żadne moje zdjęcie nie pojawiło się w gazetach w związku ze śmiercią Martiego. Upewniłem się co do tego. Pani Teague nie dała reporterom żadnych szans. Jedynymi ludźmi, którzy wiedzą, że Frank Cairnes to Felix Lane, są moi wydawcy, ale oni przysięgali, że dochowają tajemnicy. Zatem jeżeli mądrze rozegram karty, będę musiał jedynie zaznajomić się z Leną Lawson jako Felix Lane, poznać dzięki niej George'a i zabić go. Gdyby przypadkiem ona lub George czytali moje powieści detektywistyczne i dotarł do nich ten zagadkowy tekst „kim jest Felix Lane?”, odpowiem po prostu, że to chwyt reklamowy wydawcy i że

Felix Lane to prawdziwe nazwisko. Ryzykowne jest jedynie, gdyby jakiś znajomy przyłapał mnie, że udaję kogoś innego w obecności Leny, jednak nie sądzę, żeby trudno było tego uniknąć. Z tego powodu zapuszczę brodę, zanim skontaktuję się ze słodką gwiazdką. George zabierze tajemnicę śmierci Martiego do grobu (gdzie będzie miał całą wieczność na medytowanie nad zezwierzęceniem piratów drogowych). W tym samym grobie pogrzebane zostaną motywy zbrodni. Jedyne potencjalne niebezpieczeństwo stanowić będzie Lena. Być może jej też będę musiał się pozbyć, ale miejmy nadzieję, że nie... choć teraz nie mam powodu uważać, że jej zniknięcie byłoby wielką stratą. Wymyślony spowiedniku, czyżbyś nieżyczliwie oceniał moją chęć ratowania skóry? Miesiąc temu, kiedy myśl o zabiciu mordercy Martiego zaczęła świtać mi w głowie, pragnąłem śmierci. Jednak z jakichś powodów nabierałem chęci do życia, gdy rozkwitała we mnie gotowość do popełnienia morderstwa. Oba te pragnienia rozwijały się niczym nierozłączne bliźniaki. Czuję, że zemsta nie byłaby pełna, gdybym nie uszedł bezkarnie, tak jak to prawie udało się George'owi. George. Zacząłem go już traktować jak starego znajomego. Niemal jak kochanek niecierpliwie i z niepokojem oczekuję na spotkanie z nim. Jednak nie mam prawdziwego dowodu, że jest on tym, który zabił Martiego; nic więcej, tylko jego dziwne zachowanie przy strumieniu i wewnętrzne przekonanie, że mam rację. Jak będę mógł to udowodnić? Czy kiedykolwiek będę w stanie to zrobić? Nieważne. Nie przekroczę rzeki, póki do niej nie dojdę. Muszę jedynie pamiętać, że mogę bezkarnie zamordować George'a, Iksa czy też kogokolwiek innego tylko wtedy, gdy nie będę za dużo myślał lub nie stracę głowy. To musi być wypadek. Żadnych nonsensownych myśli o wyrafinowanej truciźnie lub alibi nie do podważenia. Wystarczy lekkie pchnięcie, kiedy będziemy spacerować po urwisku lub przechodzić przez ulicę. Nikt nie dowie się, dlaczego chciałem go zabić, więc nikt nie będzie miał powodu, by wątpić, że był to autentyczny wypadek. Mimo wszystko jest mi przykro, że to musi tak wyglądać. Obiecywałem sobie, że znajdę satysfakcję z jego agonii ‒ nie zasłużył na szybką śmierć. Chciałbym przypalać go powoli, kawałek po kawałku, lub obserwować, jak mrówki dziurawią jego żywe tkanki. Albo podać strychninę, która skręca

ciało człowieka w sztywną pętlę. Na Boga, chciałbym stoczyć go wprost do piekła... Na to weszła pani Teague. ‒ Pisze pan książkę? ‒ spytała. ‒ Tak. ‒ Ma pan szczęście, że może czymś zająć swoje myśli. ‒ Tak, pani Teague, dużo szczęścia ‒ rzekłem łagodnie. Ona też, na swój sposób, była dumna z Martiego. Już dawno przestała czytać moje gryzmoły leżące na biurku. Zwykłem na nim zostawiać notatki do apokryficznej biografii Wordswortha, co ją skutecznie odstraszyło. ‒ Lubię dobre książki ‒ powiedziała kiedyś ‒ ale nie te pańskie mądrości. Od tego boli mnie brzuch. Mój staruszek to był czytelnik. Przeczytał całego Szekspira, Dantego, Marie Corelli. Próbował mnie do tego skłonić. Powiedział, że powinnam rozwijać umysł. ‒ Niech to pani zostawi mnie ‒ mówię. ‒ Jeden mól książkowy w domu wystarczy. Dantem nie posmaruje pani chleba. Jednak zawsze trzymałem moje notatki do kryminałów pod kluczem. Tak samo zamykam mój pamiętnik, choć gdyby jakiś laik znalazł go, mógłby się jedynie upewnić, że to tylko jeden z kolejnych dreszczowców Felixa Lane'a. 3 lipca Dzisiaj po południu wpadł do mnie generał Shrivenham. Wciągnął mnie w długą dyskusję na temat dystychu elegijnego. Wspaniały człowiek. Dlaczego tak jest, że wszyscy generałowie są inteligentni, życzliwi, uroczy i mądrzy, podczas gdy pułkownicy niezmiennie nudni, a majorzy przeważnie nieznośni. To mogłoby być przedmiotem badań. Powiedziałem generałowi, że wkrótce wyjeżdżam na długie wakacje. Nie jestem w stanie wytrzymać w miejscu, które przypomina mi o Martiem. Spojrzał na mnie wyjątkowo przenikliwie szczerymi, niebieskimi oczami i powiedział: ‒ Mam nadzieję, że nie zamierzasz robić nic głupiego. ‒ Głupiego? ‒ powtórzyłem tępo. Przez chwilę myślałem, że w jakiś sposób odkrył moją tajemnicę. Jego słowa brzmiały niemal jak oskarżenie. ‒ Mhm ‒ mruknął. ‒ Pijaństwo. Kobiety. Szukanie uciech życia. Polowanie na niedźwiedzie. To wszystko to czysta głupota. Praca jest jedynym lekarstwem, wierz mi.

Ulga, że tylko to miał na myśli, sprawiła, iż poczułem słabość do starszego pana. Zapragnąłem się zwierzyć, by wynagrodzić mu to, że nie odkrył mojej tajemnicy. Interesująca reakcja. Powiedziałem mu więc o anonimowym liście i zniszczonych kwiatach. ‒ Naprawdę? ‒ usłyszałem wtedy. ‒ Okropne. Nie lubię czegoś takiego. Rozumiesz, jestem łagodnym człowiekiem. Nienawidzę strzelania do zwierząt i temu podobnych rzeczy. Oczywiście, kiedy służyłem w wojsku, trochę polowałem. Głównie na tygrysy, ale to było dawno, w Indiach. Piękne zwierzęta, pełne gracji, szkoda do nich strzelać. Szybko z tego zrezygnowałem... Chciałem powiedzieć, że nie miałbym żadnych skrupułów, żeby strzelać do typka, który pisze anonimowe listy. Poinformowałeś już Eldera? Odparłem, że nie. Oczy generała rozbłysły ulgą. Nalegał, żebym pokazał mu ten list i klomby ze zniszczonymi kwiatami. Zadawał dużo pytań. ‒ Ten typek zjawia się wcześnie rano, tak? ‒ zapytał, lustrując teren. W końcu jego wzrok spoczął na jabłoni. Potem przyjrzał mi się krytycznie, z lekceważeniem. ‒ Tutaj, co? Trzeba usiąść wygodnie. Dywanik, flaszka, broń. Dostać go, gdy znajdzie się na odkrytym terenie. Zostaw to mnie. Po chwili zrozumiałem, że ma zamiar usiąść na drzewie ze swoim sztucerem na słonie i wystrzelić w kierunku autora anonimowego listu. ‒ Nie, do cholery, nie może pan tego zrobić. Mógłby go pan zabić. Generał był urażony. ‒ Mój drogi kolego ‒ rzekł ‒ przecież nie chcę wpędzić cię w kłopoty, tylko go trochę przestraszyć. To wszystko. Takie typki jak on, to tchórze. Założę się, że potem będziesz miał go z głowy. I jak najdalej od policji, to zaoszczędzi problemów. Musiałem się z nim zgodzić. Kiedy odchodził, powiedział: ‒ Chyba masz rację. Mówię o kobiecie. Trzeba tylko ostrożnie na nie polować. Bo można się pomylić. Z daleka to wszystkie wyglądają tak samo. Ale głowa do góry, Cairnes. Pomyśl, jakiej chcesz kobiety. Nie trzpiotki, ale porządnej, czułej. Dobrze się zastanów, czy chcesz akurat tej. Musisz mieć kogoś do kłótni, bo zaczniesz się kłócić sam ze sobą. Tacy samotni jak ty lubią myśleć, że są samowystarczalni. Zajmują się tylko sobą. A co wtedy? Samobójstwo lub dom wariatów. Dwie możliwości, ale żadna z nich dobra. Sumienie robi z nas tchórzy. Nie oskarżasz się o śmierć chłopaka, tak? Nie ma potrzeby, mój drogi kolego. Hmm. Niebezpieczne, jak będziesz się nad tym zastanawiał.

Samotni ludzie to łatwy cel dla szatana. No, wpadnij kiedyś do mnie. Dużo mam malin w tym roku. Wczoraj nażarłem się ich jak świnia. Do widzenia. Jest ostry jak brzytwa ten stary druh. Jego chaotyczny, dosadny sposób mówienia to oszustwo. Przypuszczalnie zaadoptował go jako kamuflaż, by zaskakiwać i tłamsić swoich mniej utalentowanych kolegów, albo po prostu w celach samoobrony. „Zaczniesz się kłócić sam ze sobą” ‒ jeszcze nie, w każdym razie nie teraz. Mam inną awanturę na oku, większą grę niż polowanie na tygrysy lub ściganie anonimowych autorów listów. 5 lipca Dzisiaj rano kolejny anonimowy list. Bardzo nieprzyjemny. Nie mogę pozwolić, żeby ten człowiek rozproszył moją uwagę, właśnie kiedy muszę skupić się na najważniejszej sprawie. Jednak nie chcę angażować w to policji. Czuję, że gdybym wiedział, kim on jest, przestałbym się martwić tymi głupimi wybrykami. Wcześnie pójdę spać i nastawię budzik na czwartą. To powinno być odpowiednio wcześnie. Potem pojadę do Kemble i złapię poranny pociąg do Londynu. Mam umówiony lunch z Holtem, moim wydawcą. 6 lipca Nie miałem szczęścia. Mój anonimowy wróg nie pojawił się. Jednak powiodło mi się w Londynie. Powiedziałem Holtowi, że chcę umieścić akcję mojej nowej powieści detektywistycznej w studiu filmowym. Dał mi list polecający do Callaghana, ważnej osoby w studiu, w którym pracuje Lena Lawson. Holt delikatnie żartował z mojej brody, która jest teraz w trudnym okresie; moją twarz pokrywa twarda szczecina. Wymijająco powiedziałem mu, że w ten sposób się maskuję. Ponieważ w studiu zjawię się jako Felix Lane i przypuszczalnie spędzę tam sporo czasu na gromadzeniu materiałów, nie chcę, by mnie rozpoznano jako Franka Cairnesa. Mogę tam mieć znajomych z czasów studiów w Oxfordzie lub z pracy urzędniczej. Holt przyjął to za dobrą monetę. Przyglądał mi się z niepokojem, jak wydawcy patrzą na swoich najlepszych autorów ‒ jakby oni byli kapryśnymi zwierzętami, które w każdej chwili mogą zacząć się dąsać lub będą próbowały uciec z cyrku. Teraz trochę się prześpię. Znów nastawiłem budzik na czwartą.