wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 194 456
  • Obserwuję1 454
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 744 291

Nicholas Pileggi - Chłopcy z ferajny

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Nicholas Pileggi - Chłopcy z ferajny.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nicholas Pileggi
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 53 osób, 29 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (1)

Gość • 18 miesiące temu

Dzieki, pozdrawiam

Transkrypt ( 25 z dostępnych 211 stron)

Nicholas Pileggi Chłopcy z ferajny Przełożył Bernard Andrzejewski WYDAWNICTWO »ARAMIS« - KRAKÓW 1991 GTW

Tytuł oryginału: WISEGUY Life in a Mafia Family Copyright © 1985 by Pileggi Literary Properties, Inc. Cover photo copyright © 1990 Warner Bros © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo »Aramis«, Kraków 1991 Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca Kraków, zam. 3652/91

WSTĘP 22 maja 1980 roku, we wtorek, człowiek o nazwisku Henry Hill zrobił to, co wydawało mu się jedyną rozsądną rzeczą: postanowił przestać istnieć. Przebywał właśnie w więzieniu hrabstwa Nassau, mając w perspektywie dożywocie za udział w wielkiej aferze narkotykowej. Prokuratorzy generalni przesłuchiwali go na okoliczność jego roli w rabunku sześciu milionów dolarów z niemieckich linii lotniczych Lufthansa, największego udanego skoku w historii USA. W kolejce za prokuraturą federalną stała już policja nowojorska, aby przepytać go w związku z dziesięcioma morderstwami, które miały miejsce tuż po zbrojnym napadzie na Lufthansę. Natomiast Departament Sprawiedliwości chciał z nim porozmawiać o jego związkach z zabójstwem, w które wplątany był również Michele Sindona, skazany już wcześniej włoski finansista. A z kolei Jednostka Uderzeniowa do Walki ze Zorganizowaną Przestępczością pragnęła uzyskać dane o koszykarzach z bostońskiej drużyny uniwersyteckiej, których Hill zdołał przekupić w związku z machinacjami z obcinaniem punktów. Agenci skarbowi poszukiwali skrzyń z bronią automatyczną i minami typu Claymore, które ukradł z arsenału w Connecticut. Biuro prokuratora okręgowego z Brooklynu chciało zdobyć informacje na temat ciała, które znaleziono w ciężarówce - chłodni, a które było tak zmarznięte, że potrzeba było aż dwóch dni, nim odtajało na tyle, iż lekarz sądowy mógł dokonać sekcji. Kiedy zaledwie trzy tygodnie wcześniej zaaresztowano Henry'ego Hilla, fakt ów nie stanowił żadnej ważnej wiadomości. W gazetach na pierwszych stronach nie było o nim żadnych artykułów, a wiadomości wieczorne też nie poświęciły mu obszerniejszej wzmianki. Jego aresztowanie mogłoby się wydawać jednym spośród całej serii innych, świadomie rozdmuchiwanych akcji wykrywania przesyłek narkotyków, które corocznie zwykła organizować policja, z myślą o rozgłosie, jaki mógłby uwieńczyć jej wysiłki. Niemniej aresztowany Henry Hill stanowił bezcenną zdobycz. Hill wyrósł wśród ferajny. Był wprawdzie tylko mechanikiem, ale wiedział wszystko. Wiedział - i to dosłownie - gdzie zostały pogrzebane trupy. I policja wiedziała, że gdyby zechciał mówić, dałby jej w ręce klucz do aresztowania i postawienia w stan oskarżenia całych tuzinów ludzi. A nawet gdyby Henry Hill w ogóle nic

nie mówił, to i tak przecież wiedział, że zostanie zdmuchnięty przez własnych kumpli, tak samo jak niemal wszyscy, którzy zamieszani byli w skok na Lufthansę. W więzieniu Hill otrzymał wiadomość: jego protektor, Paul Vario, siedemdziesięcioletni szef rodziny, w którego domu Henry wyrastał od dzieciństwa, oświadczył, że z nim zrywa, a James - „Jimmy Gościówa” - Burke, najbliższy przyjaciel Henry'ego, jego powiernik i wspólnik, człowiek, z którym przeprowadzał różne kombinacje i skoki, odkąd tylko skończył trzynaście lat, planuje sprzątnięcie go. W tych właśnie okolicznościach Henry podjął decyzję: stanie się częścią Federalnego Programu Ochrony Świadków Departamentu Sprawiedliwości. Jego żona, Karen, i ich dzieci - Judy, lat piętnaście, i Ruth, lat dwanaście - przestaną istnieć wraz z nim. Otrzymają nową tożsamość. Należy tu jeszcze dodać, iż zerwanie z dotychczasowym istnieniem było dla Henry'ego Hilla rzeczą łatwiejszą niż dla przeciętnego obywatela, gdyż faktyczne dowody jego ziemskiego bytu były niezwykle nikłe. Jego dom figurował na teściową. Samochód został zarejestrowany na żonę. Jego karty ubezpieczeniowe i prawa jazdy - miał jednych i drugich po kilka - były sfałszowane i nigdy nie płacił podatków. Nigdy nawet nie leciał samolotem z biletem opiewającym na własne nazwisko. Właściwie jedynym dokumentem, który dowodził niezbicie, iż niejaki Henry Hill w ogóle żył i działał - oprócz jego metryki urodzenia - była żółta karta, fiszka z policyjnej kartoteki aresztowań, jaką zdążono mu założyć, gdy był ledwie nastoletnim terminatorem ferajny. W rok po aresztowaniu Henry'ego Hilla zwrócił się do mnie jego obrońca, który oświadczył, że Hill szuka kogoś, kto mógłby spisać historię jego życia. A ja, przez znaczną część mej dziennikarskiej kariery, pisywałem wiele o postaciach ze świata zorganizowanej zbrodni i zdążyły mnie już znudzić egotyczne brednie oszustów - analfabetów, przybierających pozy dobrotliwych Ojców Chrzestnych. Na dodatek nigdy nie słyszałem o Henrym Hillu. W swoim biurze mam cztery pudła fiszek, na których z obowiązku notowałem nazwiska i różne szczegóły dotyczące każdej większej i mniejszej postaci ze świata gangów, na jaką natknąłem się w prasie lub też na sali sądowej. Kiedy w nich poszperałem, odkryłem, iż mam tam fiszkę z Hillem, założoną w roku 1970 i błędnie identyfikującą go jako członka rodziny przestępczej Josepha Bonanno. A jednak, z całej tej góry danych, które zaczęli gromadzić na jego temat prokuratorzy federalni od czasu aresztowania, czyli o rok wcześniej, i z ogromu nadziei, jaką wiązali z nim w roli świadka, wynikało niezbicie, że warto przynajmniej poznać Henry'ego Hilla. Ponieważ był objęty Federalnym Programem Ochrony Świadków, spotkanie musiało odbyć się w miejscu, gdzie jego bezpieczeństwo byłoby gwarantowane. Poinstruowano mnie,

bym spotkał się z dwoma szeryfami federalnymi przy kasie linii Braniff na lotnisku La Guardia. Kiedy tam się stawiłem, obaj funkcjonariusze mieli już dla mnie bilet. Zapytali mnie, czy aby nie potrzebuję pójść do toalety. Stwierdziłem, że jak na agentów federalnych jest to dość dziwne pytanie, lecz wyjaśnili mi, że z chwilą, kiedy wręczą mi bilet, nie będą mogli ani na chwilę spuścić mnie z oczu, dopóki nie wsiądziemy do samolotu. Nie mogli pozwolić sobie na ryzyko, że mógłbym określić miejsce przeznaczenia i przekazać komuś wiadomość, dokąd lecę. Jak się okazało, samolot, do którego wsiedliśmy, nie był wcale maszyną linii Braniff, a pierwsze miejsce, w którym wylądowaliśmy, nie było bynajmniej miejscem, gdzie oczekiwał nas Henry Hill. Tego dnia przyszło mi odbyć znacznie więcej lotów, by w końcu dotrzeć do miasta, gdzie - jak się później dowiedziałem - Hill i jego obstawa agentów federalnych przybyli o parę godzin wcześniej. Hill był zadziwiającym człowiekiem. Nie wyglądał ani też nie zachowywał się tak jak większość ulicznych bandziorów, z którymi się zetknąłem. Mówił składnie i dość gramatycznie. Od czasu do czasu uśmiechał się nawet. Wiedział sporo na temat świata, w którym wyrósł, ale mówił o nim z dziwną obojętnością i wyłapywał wszelkie szczegóły okiem człowieka z zewnątrz. Większość gangsterów, z którymi w ciągu lat przeprowadzałem wywiady do moich artykułów i książek, nie była w stanie spojrzeć na swoje doświadczenia zupełnie beznamiętnie, choćby nawet w tym stopniu, by móc ustawić fakty swego życia w jakiejś perspektywie. Tak ślepo podążali ścieżką nakazów gangu, że ledwie dostrzegali to, co działo się wokół nich. Lecz Henry Hill rozglądał się na wszystkie strony. Fascynował go cały świat, w którym wyrósł, i niewiele było tam rzeczy, których by nie pamiętał. Henry Hill był bandziorem. Był wymuszaczem. Odstawiał różne kanty i rozbijał łby konkurentom. Wiedział, jak należy przemówić komuś do ręki i jak kogoś oszukać. Był gangsterem pierwszej wody, gangsterem z kręgu zorganizowanej zbrodni, który jednak potrafił należycie się wysłowić; tym rodzajem rzadkiego ptaka, który winien zadowolić w jednakowym stopniu zarówno socjologów, jak i gliny. Na ulicy on i jego przyjaciele zwykli o sobie mówić per „łebskie chłopaki”. Wydaje mi się, że książka o jego życiu pozwoli nam w jakiś sposób ogarnąć od wewnątrz ów świat, o którym zazwyczaj słyszy się tylko od kogoś z zewnątrz lub też wszelkie dane o nim docierają do nas jedynie z samego wierzchołka, od capo di tutti capi.

1 Henry Hill wkroczył w życie ferajny niemal przez przypadek. W roku 1955, kiedy miał jedenaście lat, przypałętał się na obskurny postój taksówek przy 391 Pine Street, w pobliżu Pitkin Avenue, w tej części Brooklynu, która zawiera się pomiędzy Brownsville, a East New York, szukając pracy w niepełnym wymiarze godzin, słowem pracy po szkole. Jednopiętrowy budynek, ze sklepem od frontu, z postojem taksówek obok i z biurem ruchu w środku, znajdował się dokładnie po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu, gdzie mieszkał wraz z matką, ojcem, czterema starszymi siostrami i dwoma braćmi. To właśnie miejsce intrygowało Henry'ego nieomal od zarania pamięci. Nawet nim jeszcze poszedł, by szukać tam pracy, widywał długie czarne cadillaki i lincolny wjeżdżające w przecznicę. Obserwował pozbawione wyrazu twarze facetów zachodzących na postój i zapamiętał na zawsze ich dziwne, obszerne płaszcze. Niektórzy z nich byli tak postawni, że kiedy gramolili się z wozów, resory dźwigały się o dobre parę cali. Pożerał wzrokiem ich błyszczące sygnety i wysadzane drogimi kamieniami klamry pasków u spodni, a także grube złote bransoletki, które utrzymywały na przegubach ich rąk cienkie niczym opłatek platynowe zegarki. Mężczyźni na postoju nie przypominali jakoś nikogo z sąsiedztwa. Nosili już od rana jedwabne garnitury i wysiadając z wozów, by rozprostować kości i trochę porozmawiać, wieszali na zderzakach chusteczki do nosa. Henry widział, że parkowali w niedozwolonych miejscach, lecz nigdy nie dostawali mandatów, nawet gdy ktoś z nich przystanął tuż przy samym hydrancie przeciwpożarowym. W zimie widywał pługi z miejskiego przedsiębiorstwa komunalnego, odgarniające najsampierw śnieg z postoju taksówek, nim jeszcze wzięły się za oczyszczanie szkolnego podwórka i terenów szpitalnych. W lecie słyszał wrzawę towarzyszącą całonocnym grom w karty i wiedział, że nikt - nawet pan Mancuso, który mieszkał na dole i psioczył na wszystko - nie ośmieli się złożyć na to skargi. Faceci z postoju taksówek byli nadziani. Wymachiwali zwitkami dwudziestodolarówek, dorównującymi średnicą piłkom do softballu, i obnosili na palcach pierścienie z różowymi brylantami wielkości laskowych orzechów. Widok całego tego bogactwa, potęgi władzy i dostatku był wprost oszałamiający. Z początku rodzice Henry'ego byli wprost zachwyceni, że ich nieletni, lecz energiczny

syn znalazł pracę tuż naprzeciwko. Ojciec Henry'ego, Henry Hill senior, ciężko pracujący elektryk w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym, zawsze był zdania, że młodzież powinna pracować i poznawać wartość pieniędzy, których tak bardzo się zawsze domaga. Musiał ze swojej pensji utrzymywać siedmioro dzieci, toteż każdy dodatkowy zarobek był mile widziany. Odkąd mając dwanaście lat przybył do Stanów Zjednoczonych z Irlandii, wkrótce po śmierci swego własnego ojca, Henry Hill senior musiał utrzymywać matkę i trzech młodszych braci. To właśnie praca już od najmłodszych lat - jak twierdził - uczy młodych ludzi wartości pieniądza. A młodzież amerykańska, odmiennie niźli dzieci w jego ojczystej Irlandii, zdawała się przedłużać swój okres dorastania bardziej, niż to było konieczne. Matka Henry'ego, Carmela Costa, również była zachwycona tym, że jej syn znalazł pracę nie opodal domu, lecz z całkiem innych powodów. Po pierwsze wiedziała, że praca jej syna sprawi przyjemność ojcu. Po drugie, miała nadzieję, że praca tuż po szkole zdoła utrzymać chłopca dość długo poza domem, tak iż nie będzie on wszczynał ciągłych kłótni z siostrami. A przy tym praca Henry'ego sprawi, iż ona sama będzie mieć więcej czasu dla Michaela, swego najmłodszego syna, który urodził się z wadą kręgosłupa i spędzał czas w łóżku lub w fotelu inwalidzkim. Ponadto Carmela Hill ucieszyła się bardzo - można by rzec, iż radość jej graniczyła wręcz z zachwytem - gdy tylko dowiedziała się, że Variowie, rodzina, której własnością był postój taksówek, pochodzą z tej samej części Sycylii co i ona. Carmela Costa przybyła wprawdzie do Stanów jako małe dziecko i już w wieku siedemnastu lat poślubiła rosłego, przystojnego, czarnowłosego irlandzkiego chłopaka, którego poznała w sąsiedztwie, lecz nigdy nie zatraciła poczucia więzów ze swą dawną ojczyzną. Zawsze prowadziła sycylijską kuchnię, robiąc na przykład domowe makarony i zaznajamiając swego młodego małżonka z sosem z anchois i kalmarami, wyrzuciwszy przedtem na śmietnik jego butelkę z keczupem. Nadal wierzyła w religijne moce pewnych świętych z zachodniej Sycylii, takich jak Santa Pantaleone, patron od bólu zębów. I, jak wielu przedstawicieli emigracji, sądziła, że ludzie mający jakiś związek z jej starym krajem są również w pewnej mierze związani i z nią. Toteż myśl, że jej syn dostał swą pierwszą pracę u paesani, stanowiła odpowiedź na rozliczne modlitwy. Nie upłynęło jednak zbyt wiele czasu i rodzice Henry'ego musieli zmienić zdanie co do pracy syna po lekcjach. Po pierwszych dwóch miesiącach stwierdzili, że to co wpierw miało charakter pracy w niepełnym wymiarze godzin, zamieniło się dla chłopaka w pełnowymiarowy przymus. Henry junior spędzał cały czas na postoju. I musiał tam być nawet wtedy, gdy matka zapragnęła go wysłać z jakimiś poleceniami. Był na postoju rano, nim udał się do szkoły; był również po południu, gdy już powrócił z lekcji. Ojciec pytał go o zadania

domowe. „Odrabiam je na postoju”, twierdził Henry. Matka zauważyła, że nie bawi się już teraz ze swymi równolatkami. „Bawimy się, ale na postoju”, brzmiała odpowiedź syna. „Mój ojciec zawsze był zły. Urodził się już taki. Był zły, że musi tak ciężko pracować, i to prawie za darmo. Elektrycy, nawet jeśli należeli do związku, w owych czasach nie zarabiali zbyt wiele. Był zły, że nasz dom z trzema sypialniami jest taki rozwrzeszczany, że hałasują w nim moje siostry, dwaj bracia i ja. Zwykł był krzyczeć, że pragnie jedynie spokoju i ciszy, ale wtedy już wszyscy siedzieliśmy cicho jak myszki pod miotłą i tylko on ryczał, wrzeszczał i rzucał naczyniami o ścianę. Był zły, że mój brat Michael urodził się sparaliżowany od pasa w dół. Ale przede wszystkim był zły o to, że cały czas plątałem się po postoju. »To zwykłe dranie!«, Wykrzykiwał. »Napytasz sobie biedy«. Ale ja najzwyczajniej w świecie udawałem, że nie wiem, o co mu chodzi, i mówiłem, że biegam tylko na posyłki, choć naprawdę roznosiłem zakłady, i przysięgałem, że chodzę do szkoły, choć już od paru tygodni nawet do niej nie zajrzałem. Ale on nie dał się nabrać. Wiedział, co jest naprawdę grane na postoju, i od czasu do czasu, kiedy wyszedł z siebie, dawał mi zdrowy wycisk. Ale wtedy już o to nie dbałem. Każdy musi kiedyś oberwać, co swoje”. W roku 1955 Przedsiębiorstwo Taksówek i Limuzyn do Wynajęcia przy Euclid Avenue, przebiegającej w Brooklynie pomiędzy Brownsville a East New York, było czymś więcej niż tylko centrum dyspozycyjnym dla taksówek w całej okolicy. Było to miejsce spotkań graczy na wyścigach, pokątnych doradców prawnych, bukmacherów, handicapperów, eks - dżokejów, facetów z wyrokami, lecz warunkowo zwolnionych, robotników budowlanych, działaczy związkowych, miejscowych politykierów, kierowców taksówek, maklerów, przeróżnych szemranych speców od loterii, macherów od zwolnień za kaucją, bezrobotnych kelnerów, rekinów lichwy, wysłużonych gliniarzy, a nawet paru emerytowanych zbirów z czasów Korporacji Zbrodni. Była to również nieoficjalna kwatera główna Paula Vario, wschodzącej gwiazdy jednej z pięciu zorganizowanych zbrodniczych rodzin miasta, człowieka, który prowadził w owym czasie wszystkie nielegalne interesy w okolicy. Vario, w ciągu całego życia, nieustannie powracał do więzienia. W roku 1921, kiedy miał jedenaście lat, odsiedział siedem miesięcy za włóczęgostwo, podczas następnych lat bywał aresztowany za lichwę, włamania, unikanie płacenia podatków, przekupstwo, przyjmowanie nielegalnych zakładów, nieposłuszeństwo wobec wyroków sądu, a także różnego rodzaju napady i inne wykroczenia. Z biegiem lat, gdy zyskał sobie rozleglejsze wpływy, większość wysuwanych przeciwko niemu zarzutów była z reguły oddalana, gdyż bądź to świadkowie nie zechcieli się stawić, bądź też bardzo wyrozumiali sędziowie woleli raczej ukarać go grzywną niż wsadzać do więzienia. (Ot, choćby sędzia Sądu Najwyższego

Brooklynu, Dominic Rinaldi, ukarał go pewnego razu grzywną w wysokości 250 dolarów na podstawie oskarżeń o przekupstwo i nielegalną działalność, które to zarzuty mogły go posłać za kraty na piętnaście lat). Vario próbował utrzymać choć na skromną skalę pewne pozory ładu w dzielnicy znanej skądinąd z rozbojów. Nie znosił zbędnej przemocy (to znaczy tej, której sam nie nakazał) głównie dlatego, że źle wpływała na interesy. Zwłoki, porzucone na ulicy, zawsze przysparzały kłopotów i denerwowały policję, na której w owych czasach można było na ogół polegać, że będzie z grubsza rzecz biorąc przymykać oko na większość spraw mafii. Paul Vario był potężnym mężczyzną, mierzył sześć stóp wzrostu i ważył ponad 240 funtów, a wydawał się jeszcze większy, niż był w istocie. Miał grube ramiona, klatkę piersiową godną zapaśnika sumo i poruszał się niezdarnym chodem olbrzyma, który wie, że ludzie i wydarzenia mogą na niego poczekać. Nie wiedział, co to lęk, i nie sposób go było znienacka zaskoczyć. Nagły strzał z rury wydechowej lub czyjeś przeraźliwe wołanie o pomoc sprawiało co najwyżej, iż Paul Vario z wolna odwracał głowę. Wydawało się, iż kule wcale się go nie imają. Roztaczał wokół siebie coś w rodzaju atmosfery letargu, która niekiedy towarzyszy władzy absolutnej. Nie znaczy to, że Vario, jeśli chciał, nie potrafił się szybko poruszać. Henry widział kiedyś, jak porwał z samochodu ucięty kij do baseballa i popędził z nim przez pięć pięter w pogoni za facetem, który miał mu zwrócić pożyczkę wraz z lichwiarskim procentem. Ale zazwyczaj Vario nie lubił się przemęczać. Mając dwanaście lat Henry został jego chłopcem na posyłki. Dostarczał Variowi chesterfieldy i kawę - czarną, bez cukru ani śmietanki - i roznosił jego polecenia. Po kilkadziesiąt razy wsiadał i wysiadał z czarnej impali Paulie'ego, gdyż objeżdżali miejsca spotkań w całym mieście. Vario czekał za kierownicą, natomiast Henry doprowadzał doń na rozmowy kumpli i interesantów. „Na Sto Czternastej Ulicy, we wschodnim Harlemie, przeróżni starsi faceci, ci tacy cholernie podejrzliwi, patrzyli na mnie spod przymrużonych powiek, ilekroć tylko Paulie przyprowadził mnie do jakiegoś klubu. Byłem małym smarkiem, a oni zachowywali się tak, jakbym był co najmniej gliną. W końcu kiedy jeden z nich zapytał Paulie'ego, kim jestem, on spojrzał na nich tak, jak gdyby byli zdrowo stuknięci. »Kim jest?« Powtórzył. »To kuzyn. Związki krwi.« I od tej pory to nawet mumie się do mnie uśmiechały. Uczyłem się różnych rzeczy i robiłem forsę. Kiedy na przykład oczyściłem łódź Paulie'ego, to nie tylko dostawałem zapłatę, ale mogłem także spędzić resztę dnia na łowieniu ryb. Musiałem tylko pamiętać, żeby Paulie'emu i tej reszcie facetów na pokładzie nie zabrakło zimnego piwa i wina. Paulie miał łódź w Sheepshead Bay, która nie miała wypisanej na dziobie żadnej nazwy. Paulie nigdy nie umieszczał na niczym swojego nazwiska. Nigdy

nawet nie miał wizytówki na drzwiach. Ani telefonu. Nienawidził telefonów. Za każdym razem, kiedy bywał zwijany, podawał adres swojej matki na Hemlock Street. Przez całe życie miał łodzie, ale żadnej z nich nigdy nie nazywał. I zawsze mi powtarzał: »Nigdy niczego nie podpisuj nazwiskiem!« Toteż nigdy tego nie robiłem. Musiałem zawsze wiedzieć, czego Paul chce, nawet kiedy on sam tego jeszcze nie wiedział. Wiedziałem, jak pojawiać się przy nim i jak znikać bez słowa. Miałem to we krwi. Nikt mnie niczego nie uczył. Nikt nigdy nie powiedział: »Zrób to« czy »Nie rób tamtego«. Po prostu sam wszystko wiedziałem. Nawet wówczas, kiedy miałem zaledwie dwanaście lat. Przypominam sobie, że kiedyś, po paru miesiącach mojej służby, Paul był na postoju, a kilku facetów z innej dzielnicy przyszło z nim pogadać. Więc wstałem, żeby wyjść. Nie trzeba było mi tego mówić. Kręciło się tam jeszcze paru innych chłopaków i wszyscy wstaliśmy, żeby się stamtąd wynieść. Ale właśnie wtedy Paulie uniósł wzrok. Zobaczył, że wychodzę. »W porządku« mówi i uśmiecha się do mnie. »Ty możesz zostać«. Pozostali faceci wyszli. Wiedziałem, że bali się nawet obejrzeć za siebie, ale ja zostałem. Zostałem na całe dwadzieścia pięć lat”. Kiedy Henry zaczął pracować na postoju, Paul Vario rządził już całym Brownsville - East New York niczym jakiś miejski radża. Kontrolował niemal cały nielegalny hazard, lichwę, kanty z zatrudnieniem i numery z wymuszaniem w całej okolicy. Jako na wysokiej rangi członku zbrodniczej rodziny Lucchese, na Variu spoczywała odpowiedzialność za utrzymanie porządku w wyjątkowo niezdysplinowanych środowiskach miasta. Łagodził więc niesnaski; kładł kres starym vendettom i rozstrzygał spory między szczególnie upartymi durniami. Zatrudniając swych czterech braci jako pełnomocników i wspólników, Vario dyskretnie kontrolował kilka legalnych przedsiębiorstw w swojej okolicy, włączając w to postój taksówek. Należała do niego „Presto Pizzeria”, przepastna restauracja, i stoisko z pizzą przy Pitkin Avenue, tuż za rogiem nie opodal postoju. Tam właśnie Henry nauczył się gotować, tam również nauczył się fachu kontrolera rachunków banku ubezpieczeniowego Varia, który zajął sutereny pizzerii na pomieszczenia dla księgowych. Do Varia należała również kwiaciarnia „Fountainbleu” przy Fulton Street, oddalona mniej więcej o sześć przecznic od postoju. Tam Henry nauczył się usztywniać kwiaty przy pomocy drutu, wplatając je w wymyślne wieńce pogrzebowe zamawiane dla zmarłych członków związków zawodowych. Starszy brat Varia, Lenny, był szychą w Związku Budowlanych i eks - przemytnikiem alkoholu. Szczycił się tym, że pewnego razu został aresztowany wraz z Luckym Luciano. Lenny, który uwielbiał ciemne okulary zakrywające aż pół twarzy i mocno wypolerowane

paznokcie, był łącznikiem pomiędzy Paulem a miejscowymi przedsiębiorcami budowlanymi i szefami odpowiednich firm, którzy płacili haracz bądź w gotówce, bądź też w nie rzucających się w oczy usługach, aby móc zyskać sobie gwarancję, że na miejscach podjętych przez nich budów nie będzie ani strajków, ani też pożarów. Paul Vario był drugim co do starszeństwa w rodzinie. Natomiast Tommy Vario - trzeci - był także delegatem związku budowlanych i miał na swym koncie kilka aresztowań za przeprowadzanie nielegalnych machinacji hazardowych. Tommy doglądał dla Varia akcji przyjmowania zakładów i udzielania pożyczek na dziesiątkach placów budowy. Następny w kolejności, Vito Vario, znany również jako Tuddy, zarządzał postojem taksówek, gdzie Henry podjął swą pierwszą pracę. To właśnie Tuddy Vario zatrudnił Henry'ego w dniu, kiedy chłopak pojawił się na postoju. Salvatore „Babe” Vario, najmłodszy z braci, odpowiadał za gry w „latającą kartę” i w kości w mieszkaniach, suterenach szkolnych i na zapleczach garaży każdej nocy i dwa razy dziennie w weekendy. Babe miał również w swej pieczy akcję „udobruchali”, czyli opłacania miejscowych glin, aby zbytnio się nie mieszały. Wszyscy bracia Vario byli żonaci, mieszkali w tej samej dzielnicy i wszyscy mieli dzieci, niektóre z nich właśnie w wieku Henry'ego. W weekendy bracia Vario wraz z rodzinami zbierali się zazwyczaj w domu matki (ich ojciec, nadzorca budowlany, zmarł, gdy jeszcze byli dziećmi), gdzie spędzali hałaśliwe popołudnia na grze w karty i nie kończącej się uczcie, złożonej z makaronu, cielęciny i potrawki z kurcząt, wyłaniających się niemal bez przerwy z kuchni starszej pani Vario. Dla Henry'ego nie było nic bardziej ekscytującego, nie było też lepszej zabawy niźli zgiełk gier i jedzenie w owe popołudnia. Przez życie Varia przewijała się tasiemcowa procesja przyjaciół oraz krewnych: większość z nich wsuwała mu za pazuchę złożone banknoty dolarowe. W piwnicy znajdowały się automaty do gier, a na dachu siadały gołębie. Były też tace cannoli, włoskich babeczek napełnianych śmietanką, przysyłanych tu jako podarunki, a także kadzie lemoniady i gelato. „Od pierwszego dnia, gdy przyszedłem na postój, wiedziałem, że znalazłem swój dom... Zwłaszcza kiedy Variowie odkryli, że jestem półkrwi Sycylijczykiem. Patrząc z perspektywy stwierdzam, że wszystko się zmieniło, kiedy tylko dowiedzieli się o mojej matce. Nie byłem tam po prostu jeszcze jednym dzieciakiem z sąsiedztwa, który pomagał przy robocie. Znalazłem się nagle w ich domach. Buszowałem w ich lodówkach. Załatwiałem sprawunki dla ich żon i bawiłem się z dziećmi. Dawali mi wszystko, czego potrzebowałem. Nawet zanim poszedłem pracować na postoju, to miejsce wprost mnie fascynowało. Miałem zwyczaj przyglądać się tamtejszym facetom z okna i marzyłem, żeby być takim jak

oni. W wieku dwunastu lat moją ambicją było zostać gangsterem. Być »łebskim«. Gdyż dla mnie bycie »łebskim« oznaczało coś znacznie lepszego niż bycie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Oznaczało to władzę wśród ludzi, którzy sami nie uznawali władzy. Oznaczało to, że ma się ekstra zarobki w robotniczej dzielnicy, gdzie nie było przecież żadnych przywilejów. Będąc »łebskim« miało się świat u stóp. Marzyłem o tym, żeby być właśnie takim, podobnie jak inne dzieci marzą o zostaniu lekarzem, gwiazdą filmową, strażakiem albo znanym piłkarzem”. I nagle Henry odkrył, że wszystkie drogi stoją przed nim otworem. Nie musiał czekać w kolejce po świeży chleb u miejscowego włoskiego piekarza w niedzielne poranki. Właściciel po prostu wychodził zza lady, wpychał mu pod pachę najcieplejsze bochenki i jeszcze machał na pożegnanie ręką. Ludzie przestawali parkować na podjeździe Hillów, choć przecież ojciec Henry'ego nigdy nie miał samochodu. Pewnego dnia chłopcy z sąsiedztwa przynieśli nawet matce zakupy do domu. Zdaniem Henry'ego w życiu doczesnym nie mogło być lepszego świata niźli świat „łebskich”, do którego w dodatku on mógł po prostu wkroczyć. Tuddy (Vito) Vario, który prowadził postój, już od paru tygodni rozglądał się za bystrym, szybkim chłopakiem. Tuddy stracił lewą nogę na wojnie koreańskiej i chociaż przyzwyczaił się do swego kalectwa, nie mógł przecież się poruszać tak szybko, jak tego pragnął. Tuddy potrzebował kogoś, kto by mu pomagał czyścić taksówki i limuzyny. Kogoś, kto błyskawicznie pobiegłby za róg do „Pizzerii Presto” i przyniósł mu pizzę. Kogoś, kogo mógłby posłać do maleńkiego barku z grillem i czterema stokerami, odległego o dwie przecznice, którego sam zresztą był właścicielem, żeby odciążyć kasę. Słowem, kogoś na tyle bystrego, żeby prawidłowo zrealizował zamówienia na kanapki, i na tyle szybkiego, żeby powracał doń z wciąż jeszcze gorącą kawą, a piwem schłodzonym tak, jakby dopiero co wyjęto je z lodówki. Inni chłopcy, nie pomijając w tym względzie nawet jego własnego syna, Vito juniora, byli wprost beznadziejni. Ślamazarne mięczaki, żyli jak we mgle. Czasami któryś z nich przyjmował zlecenie, a potem znikał bez śladu. Tuddy potrzebował bystrego dzieciaka, który by wiedział, na jakim świecie żyje. Który umiałby rozpychać się łokciami. Dzieciaka, któremu można by było zaufać. Henry Hill nadawał się wprost idealnie. Był szybki i bystry. Szybciej załatwiał polecenia niż którykolwiek z jego poprzedników i wykonywał wszystko prawidłowo. Za dolca od sztuki czyścił taksówki i limuzyny (tych ostatnich używano do miejscowych pogrzebów, ślubów i dowożenia grubych ryb na seanse gry w karty i kości, organizowane

przez Varia), ażeby potem przecierać je jeszcze raz, już za darmo. Tuddy tak bardzo chwalił sobie jego rzetelność, że już po dwóch miesiącach pracy Henry'ego na postoju zaczął go uczyć prowadzenia taksówek i limuzyn. Była to cudowna chwila - Tuddy wychodził z biura niosąc dlań książkę telefoniczną na podkładkę, tak aby Henry mógł usiąść i widzieć jeszcze cokolwiek ponad deską rozdzielczą, przekonany, iż ten dwunastolatek nauczy się prowadzić jeszcze przed upływem dnia. W rezultacie zabrało to aż cztery dni, niemniej pod koniec tygodnia Henry umiał już ostrożnie przeprowadzać wozy pomiędzy wężami i pompami stacji benzynowej. Po sześciu miesiącach Henry Hill prowadził limuzyny z dokładnością co do cala i z piskiem opon hamował na parkingu, podczas gdy jego szkolni koledzy przyglądali mu się z podziwem i zazdrością zza zniszczonego drewnianego płotu. Raz Henry spostrzegł nawet ojca, który nigdy nie nauczył się prowadzić wozu, jak ten przygląda mu się ukradkiem przez szpary w deskach. Tego wieczoru Henry spodziewał się, że ojciec wspomni coś o jego nowych umiejętnościach, ale Hill - senior zjadł obiad w milczeniu. A Henry, rzecz jasna, wiedział, że lepiej nie poruszać tego tematu. Im mniej mówiło się o jego pracy na postoju, tym lepiej. „Byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Tacy ludzie jak mój ojciec nie potrafili tego zrozumieć, ale ja byłem teraz częścią czegoś. Do czegoś przynależałem. Traktowano mnie jak dorosłego. Żyłem niczym w bajce. Chłopcy przyjeżdżali, rzucali mi kluczyki i pozwalali parkować swoje cadillaki. Niewiele widziałem ponad kierownicą, a przecież parkowałem prawdziwe cadillaki”. Mając dwanaście lat Henry Hill zarabiał więcej, niż potrafił wydać. Z początku zapraszał kolegów z klasy na konne wycieczki po szlakach wiodących przez mokradła Canarsie. Czasami fundował im dzień pobytu w wesołym miasteczku w Steeplechase, a na dokładkę skok spadochronowy z wysokości 260 stóp. Z czasem jednak znudził się kolegami ze szkoły i zmęczył swoją zasobnością. Stwierdził natomiast niebawem, że żadne galopady na zziajanych koniach ani też żadne wesołe miasteczka nie mogą się równać z przygodami, które przeżywa na postoju taksówek. „Mój ojciec był typem faceta, który pracuje ciężko przez całe życie, ale nigdy nie ma na nic forsy. Kiedy byłem mały, zwykł był mówić, że jest »człowiekiem z podziemia«, i wtedy chciało mi się płakać. Pomógł zorganizować związek zawodowy elektryków, Local Three, toteż ludzie stamtąd złożyli mu w dzień pogrzebu kwiaty na grobie. Pracował w

drapaczach chmur na Manhattanie i budynkach mieszkalnych w Queens, ale jakoś nigdy nie mógł się wyprowadzić z naszego ciasnego trzypokojowego domku, gdzie gnieździło się aż siedmioro dzieci, w tym jedno z chorym kręgosłupem, leżące ponadto w jego łóżku. Wprawdzie starczało nam forsy na jedzenie, ale jakoś nigdy nie było jej za wiele. A ja co dnia widywałem, jak różni tacy, nie tylko sami »łebscy«, tłuką forsę. Nie chciałem, żeby sposób życia mojego starego przeszedł z kolei na mnie. Choćby nie wiem jak głośno wrzeszczał i nie wiem jak mnie tłukł, nie przejmowałem się jego drętwymi gadkami. Chyba w ogóle ich nie słuchałem, bo zbyt byłem zajęty rozmyślaniem o dniach wypłaty. Uczyłem się zarabiać. Codziennie czegoś się uczyłem. No i każdego dnia, to tu, to tam, podłapywałem gdzieś dolara. Słuchałem, jak ludzie mówią o przeróżnych machlojkach, i widziałem, jak zgarniają szmal. Było to całkiem normalne. A ja codziennie byłem tam, na postoju. Przez cały dzień przychodziły tu i wychodziły jakieś fanty. Trzeba było na przykład opchnąć skrzynię kradzionych tosterów, bele trefnego kaszmiru prosto z ciężarówki albo kartony bezpodatkowych papierosów, podprowadzanych jakimś kierowcom - kowbojom, którzy nawet nie mogli poskarżyć się glinom. Niebawem już dostarczałem kupony loteryjne do mieszkań i domów w całej dzielnicy, a Variowie mieli takich facetów z maszynkami do liczenia, którzy sumowali cały dzienny utarg. Ludzie wynajmowali Variom pokój w mieszkaniu za 150 dolców tygodniowo, wraz z darmowym telefonem. To był dobry interes. Chłopcy z naszej ferajny korzystali z takiej mety tylko przez dwie albo przez trzy godziny dziennie, późnym popołudniem: podliczali zakłady loteryjne i zakreślali dane wszystkich wygrywających. Wiele razy te mety, które wynajmował Paulie wraz ze swoimi specami od numerków, należały do rodziców dzieci, z którymi chodziłem do szkoły. Z początku dziwili się widząc, jak wchodzę z torbą na zakupy pełną kuponów. Myśleli, że przyszedłem tylko pobawić się z ich dziećmi. Ale szybko dowiadywali się, kim jestem. I później już wiedzieli, że dorastam w trochę inny sposób. Kiedy zgarnąłem już kilka pierwszych dolców, szarpnąłem się na to, żeby pójść na zakupy bez matki. Poszedłem więc do sklepu Benny'ego Fielda przy Pitkin Avenue. Tam właśnie »łebscy« fundowali sobie ubrania. Wyszedłem ubrany w dwurzędowy gang, ciemnoniebieski w paseczki, z tak spiczastymi klapami, że mogli mnie zdrutować za sam wygląd. Byłem jeszcze dzieciakiem. I czułem się taki dumny. Kiedy wróciłem do domu, matka tylko raz na mnie spojrzała i wrzasnęła: »Wyglądasz jak zwykły bandzior!« I wówczas poczułem się jeszcze lepiej.” Mając trzynaście lat Henry od roku pracował na postoju. Był przystojnym chłopakiem

z wyrazistą, szczerą twarzą i olśniewającym uśmiechem. Gęste czarne włosy zaczesywał gładko do tyłu. Jego ciemnobrązowe oczy były tak bystre i lśniące, że aż zdawały się jarzyć podnieceniem. Był zwinny. Już wcześniej nauczył się unikać ciosów rozgniewanego ojca, a teraz stał się mistrzem w ucieczkach przed strażnikami na torach wyścigowych, którzy utrzymywali, że jest jeszcze za młody, ażeby kręcić się koło klubu, zwłaszcza w porze nauki w szkole. Z daleka wyglądał niemal jak miniatura któregoś z tych ludzi, tak bardzo przez siebie podziwianych. Nosił mniej więcej takie same ubrania, próbował naśladować zamaszyste gesty „chłopców z ferajny” i podobnie jak oni zajadał scungilli oraz potrawy z kalmarów, chociaż brało go na wymioty, i sączył całymi litrami wrzącą gorzką kawę, choć smakowała okropnie i tak bardzo parzyła mu wargi, że oczy miał pełne łez. Był nędzną karykaturą gangstera, małym chłopcem pozującym na „ferajnę”. Lecz poznawał przy tym zarazem nieznany dotąd świat, traktując okres nauki i lata terminowania z o wiele większą powagą, niźli zwykli to czynić nieletni samuraje czy nawet młodzi mnisi buddyjscy.

2 „Kręciłem się po postoju od rana do nocy i codziennie uczyłem się czegoś nowego. Nim skończyłem trzynaście lat, zbierałem już numerki i sprzedawałem sztuczne ognie. Nakłaniałem kierowców taksówek, by kupowali dla mnie transportery piwa, a potem odsprzedawałem to piwo drożej dzieciakom na podwórku szkolnym. Dla niektórych młodocianych włamywaczy z sąsiedztwa pełniłem funkcję kogoś w rodzaju pasera. Dawałem im forsę, a potem sprzedawałem z zyskiem przenośne radio albo karton swetrów, podprowadzone przez nich któremuś z facetów z postoju. Przed świętami, które wiązały się na ogół z większymi pieniędzmi, na przykład przed Wielkanocą albo Dniem Matki, zamiast iść do szkoły, wybierałem się w kurs wraz z Johnnym Mazzollą, ażeby »spylać flotę«. Johnny, który mieszkał naprzeciwko postoju i grał na wyścigach jak wariat, brał mnie od czasu do czasu ze sobą i chodziliśmy »spylać« podrobione dwudziestki, które on kupował od fałszerza Bensie'ego w Ozone Park po dziesięć centów za punkt. Chodziliśmy od sklepu do sklepu, z jednej dzielnicy do drugiej; Johnny czekał w samochodzie, ja zaś wbiegałem do sklepu i kupowałem coś za dolara czy dwa, płacąc fałszywą dwudziestką. Johnny nauczył mnie kiedyś, jak postarzać fałszywe banknoty zimną kawą i popiołem z papierosów, a potem zostawiać je, żeby wyschły. Nauczył mnie, jak udawać przed kasą, że mi się spieszy. Polecił mi również, żebym za każdym razem miał przy sobie nie więcej niż jeden banknot. W ten sposób, jeśli cię nakryją, mówił, będziesz mógł udawać, że ktoś ci go wcisnął. Miał rację. To działało. Parę razy mnie przyłapano, ale zawsze potrafiłem się jakoś wyłgać płaczem. Byłem przecież dzieckiem. Zaczynałem płakać, wrzeszczeć i nawijać, że będę musiał powiedzieć matce, co takiego się stało. A ona mnie stłucze za to, że pewnie zgubiłem te pieniądze. Potem wybiegałem ze sklepu, najszybciej jak tylko się dało, i wyruszaliśmy do innej dzielnicy. W jednej dzielnicy działaliśmy zwykle przez parę dni... Dopóki nasze dwudziestki nie zaczęły trafiać do miejscowych banków i nie zaniepokoiły ludzi w sklepach. Bo wtedy kasjerzy umieszczali sobie gdzieś w zasięgu ręki listę numerów seryjnych fałszywych banknotów, a my musieliśmy czym prędzej zmywać się gdzieś dalej. Pod koniec »spylania« mieliśmy całą furę dwudolarowych zakupów, paczek fistaszków, papierosów, żyletek i mydeł, które musieliśmy dekować na tylnym siedzeniu

wozu, tak żeby nic nie było widać przez szybę. Przed Bożym Narodzeniem Tuddy nauczył mnie, jak wiercić otwory w pniach nędznych, wyłysiałych choinek, które dostawał skądś za darmo, a potem wpychać osobne gałęzie. Wpychałem więc tyle gałązek, że nawet marne, rachityczne drzewka zaczynały sprawiać wrażenie bujnych jodeł. A potem sprzedawaliśmy je po ekstra cenie, zazwyczaj nocą i najczęściej wokół przystanku metra przy Euclid Avenue. Dopiero po dniu lub dwóch gałązki obluzowywały się i zaczynały wypadać, a pod ciężarem ozdóbek rozsypywały się jeszcze bardziej. Cały czas odstawialiśmy jakieś nowe numery. Wszystko było jednym wielkim kantem. Tuddy załatwił mi pracę przy rozładunku dostaw do supereleganckiego włoskiego sklepu spożywczego, a wszystko tylko po to, żebym mógł wrzucać co droższe produkty przez okna do taksówek Tuddy'ego, zaparkowanych specjalnie w pobliżu. Nie dlatego, żeby Tuddy, Lenny albo Paul potrzebowali tych rzeczy - importowanej oliwy z oliwek, prosciutto czy tuńczyków. Variowie mieli aż nadto pieniędzy, żeby móc ze sto razy kupić ten cały interes. Chodziło o to, że rzeczy skradzione zawsze smakowały lepiej niż kupione. Pamiętam, że wiele lat później, kiedy całkiem dobrze mi się wiodło w interesach z kradzionymi kartami kredytowymi, Paulie zawsze prosił mnie o jakieś lewe karty, ilekroć wraz z żoną, Phyllis, wybierali się gdzieś wieczorem. Paulie nazywał kradzione karty »Muldoons« i zawsze twierdził, że alkohol wypity na ich konto smakuje o wiele lepiej. Niektórych ludzi zdziwi może fakt, że taki gość jak Paul Vario, capo w mafijnej rodzinie Lucchese, mógł sobie pozwolić na taki numer, jak wieczorny wypad do miasta z żoną, i na ryzyko, że ktoś go nakryje na korzystaniu ze skradzionej karty kredytowej. Lecz każdy, kto zna chłopców z ferajny, zrozumie od razu, że największą przyjemnością w tej imprezie było dla Paulie'ego to, że cała rzecz odbywała się na czyjś rachunek. Nie muzyka, występy czy nawet jedzenie - a on kochał jedzenie - ani to, że wybierał się do miasta z Phyllis, którą przecież uwielbiał. Prawdziwą frajdą dla Paulie'ego, największą jego przyjemnością było po prostu to, że może kogoś obrobić, a cała rzecz ujdzie mu bezkarnie. Po spędzeniu około sześciu miesięcy na postoju zacząłem pomagać Variom przy grach w karty i w kości. Spędzałem całe dnie z Brunem Facciolo gromadząc stoliki do gry w kości, takie same jak te, które mają w Las Vegas. Za to w nocy naprowadzałem mu grube ryby z przeróżnych miejsc dzielnicy, właścicieli takich interesów, jak sklep ze słodyczami w tunelu pod linią kolejki naziemnej przy Liberty Avenue lub delikatesów przy Pitkin Avenue, do mieszkań i melin, gdzie właśnie danego wieczora zabawiano się grą. Parę razy zorganizowano je w suterenie mojej własnej szkoły, Junior High School 149, przy Euclid

Avenue. Babe Vario przekupił tam portiera. Ja pilnowałem, czy nie ma gdzieś glin, zwłaszcza tajniaków albo tych z Wydziału czy Komendy Głównej, którzy w owych czasach zwykli przeszkadzać w grze. Miejscowymi łapsami nie musiałem się przejmować. Zawsze byli u nas na liście płac. Za to tak się wyszkoliłem, że tajniaka wyczuwałem na odległość. Tajniacy zawsze nosili koszule wypuszczane na spodnie, żeby móc jakoś ukryć broń i kajdanki. Jeździli nieodmiennie tymi samymi brudnymi, czarnymi plymouthami. Spisaliśmy nawet ich numery rejestracyjne. Mieli taki sposób chodzenia po ulicy albo prowadzenia wozu, jakby z góry mówili: »Ostrożnie, koleś, jestem gliną!« Byłem na nich wyczulony jak radar. Po prostu wiedziałem. Te partie kart to było coś fantastycznego. Zazwyczaj grało się od trzydziestu do czterdziesty facetów. Mieliśmy paru nadzianych gości z centrów odzieżowych. Businessmanów. Właścicieli knajp. Maklerów. Speców od spraw związkowych. Lekarzy. Dentystów. Było to jeszcze na długo przedtem, nim stało się rzeczą zwyczajną polecieć do Las Vegas albo wyskoczyć na noc do Atlantic City. I prawie każdy chłopak z ferajny w mieście przychodził do nas grać. Same gry obsługiwali zawodowcy, ale pieniędzmi zajmowali się wyłącznie Variowie. Prowadzili księgi i trzymali kasę. Faceci, którzy prowadzili grę, dostawali zwyczajne honorarium albo procent, zależnie od zysku. Byli takimi samymi profesjonalistami jak ci, którzy obsługują gry w kasynach czy objazdowych wesołych miasteczkach. Gry w karty obsługiwali zawodowi rozdawacze kart, a gry w kości - kasjerzy i krupierzy, tak jak w normalnych kasynach. Byli tam również portierzy - zwyczajni ludzie z postoju - którzy sprawdzali wszystkich wchodzących do pomieszczenia, a ponadto podlegli Paulie'emu lichwiarze. Z każdej puli pobierano pięć lub sześć procent na rzecz kasyna. Był także barman, który bez przerwy podawał drinki. Biegałem po kawę i kanapki do delikatesów Ala i Evelyn, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że mógłbym zgarnąć dużo więcej forsy, gdybym sam produkował te sandwicze. Miałem z tym kupę roboty, ale zgarniałem kilka dodatkowych dolców. Robiłem to zaledwie od paru tygodni, gdy Al i Evelyn przyłapali mnie raz na ulicy. Zaciągnęli do sklepu. Chcieli ze mną pogadać, tak przynajmniej mówili. Podobno interes im nie szedł. Odkąd zacząłem sam robić kanapki, tracili bardzo dużo, nie zarabiając na grach. Chcieli dobić targu. Jeżeli znowu zacznę kupować u nich kanapki, odpalą mi po pięć centów od każdego dolara. Brzmiało to wspaniale, ale ja nie od razu na to poleciałem. Chciałem się trochę nasycić tak wspaniałą okazją. A oni zaczęli mnie traktować jak dorosłego. »No dobra« powiedział Al, a Evelyn zmarszczyła czoło. »Niech będzie siedem centów na dolarze«. »W porządku «, mówię mu na to spokojnie, choć niewiele brakowało, a zacząłbym skakać z radości. Bo to był mój

pierwszy numer, a miałem wtedy zaledwie trzynaście lat. Cudowne czasy. Wszędzie wtedy było pełno naszych chłopców z ferajny. Był rok 1956, tuż przed Apalachin, kiedy to na »łebskich« zwaliły się wszystkie kłopoty, a Szalony Joe Galio postanowił wypowiedzieć swojemu bossowi, Joe'emu Profaci, wojnę na całego. Wtedy poznałem świat. I wtedy to po raz pierwszy w życiu ujrzałem Jimmy'ego Burke'a. Przychodził do nas pograć. W owym czasie nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat, ale był już legendą. Stawał w drzwiach, a wszyscy, którzy wtenczas pracowali w spelunie, aż szaleli z zachwytu. Potrafił dać portierowi stówę, za to tylko, że otworzył mu drzwi. Facetom, którzy obsługiwali grę, wpychał setki dolców do kieszeni. Barman zakosił stówę tylko za to, że miał w porę pod ręką kostki lodu. Słowo daję, ten facet to miał kasę! Dawał mi po pięć dolarów za każdym razem, ilekroć tylko przyniosłem mu kanapkę albo piwo. Dwa piwa, dwie piątki. Wygrywał czy przegrywał, rzucał forsę na stół i rozdawał napiwki. Po pewnym czasie, kiedy mnie trochę poznał i dowiedział się, że trzymam z Paulem i Variami, zaczął mi dawać po dwadzieścia dolców za każdą przyniesioną kanapkę. Dosłownie faszerował mnie dolarami. Dwudziestak tu, dwudziestak tam. Nie przypominał nikogo z dotychczas znanych mi ludzi. Variowie, podobnie jak większość Włochów, byli raczej skąpi. Od czasu do czasu rzucali wprawdzie dolara, lecz zaraz potem tego żałowali. Nie znosili tracić zielonych. A Jimmy był facetem z zupełnie innego świata. Był zda się jednoosobową orkiestrą. Był także jednym z największych w mieście złodziei. Uwielbiał kraść. To znaczy, sprawiało mu to przyjemność. Uwielbiał sam rozładowywać uprowadzone ciężarówki, aż pot ciekł mu strumieniami po twarzy. Musiał obrabiać setki ciężarówek rocznie, w większości wypadków tych jadących na albo z lotniska. Większość uprowadzających, w ramach ostrzeżenia, zabiera zwykle kierowcy prawo jazdy. Bo wtedy kierowca wie, że ty wiesz, gdzie on mieszka, i jeśli będzie nazbyt usłużny wobec glin lub facetów z towarzystwa ubezpieczeniowego, to może mieć kłopoty. Jimmy zdobył swój pseudonim „Jimmy Gościówa”, bo choć - jak wszyscy inni - zabierał kierowcy prawo jazdy, to jednak, zanim zmył się na dobre, wsuwał mu do portfela całe pięćdziesiąt dolców. Nie sposób powiedzieć, z iloma ludźmi zdążył się zaprzyjaźnić na lotnisku. Wszyscy go bardzo kochali. Kierowcy dawali jego ludziom cynk o ważniejszych kursach. Pewnego dnia sprawy zdążyły przybrać taki obrót, że gliny musiały wystawić niemal całą armię, ażeby go powstrzymać, ale i tak im się to nie udało. Wyszło na jaw, że Jimmy umiał sobie blatować gliniarzy. Bo Jimmy potrafiłby skaperować nawet świętego. Powiadał, że przekupywanie glin przypomina mu karmienie słoni w zoo. »Potrzeba ci tylko orzeszków«. Jimmy, ilekroć tylko oglądał filmy, zawsze trzymał stronę występujących tam

oszustów. Swoich dwóch synów nazwał Frank James Burke i Jesse James Burke. Był z niego kawał chłopa i wiedział, jak się zachować. Wyglądał jak bokser. Miał złamany nos i szybkie ręce. Jeżeli tylko ktoś zaczynał choć trochę rozrabiać, Jimmy w sekundę był przy nim. Łapał gościa za krawat i wgniatał mu podbródek w stół, nim jeszcze facet zdołał zdać sobie sprawę, jaką to burzę rozpętał. Jeśli miał szczęście, to Jimmy puszczał go z życiem. Ale Jimmy miał opinię szajbusa. Mógł rozwalić faceta jak nic. Co do tego nie było wątpliwości - Jimmy mógł kogoś zatłuc, i to równie łatwo jak podać mu rękę. Nie robiło mu to różnicy. Przy obiedzie potrafił być najlepszym facetem na świecie, ale potem, na deser, mógł cię znienacka załatwić. Będąc tak bardzo groźnym, był postrachem wielu innych zabijaków. Nikt naprawdę nie wiedział, co Jimmy o nim myśli, bo Jimmy był zawsze cwańszy niż większość facetów, wśród których się obracał. Zarabiał mnóstwo szmalu. Przy tym zawsze robił pieniądze dla Paulie'ego i jego ludzi, toteż tak czy owak tolerowano jego szaleństwo”. Na czternaste urodziny Tuddy i Lenny Vario obdarowali Henry'ego legitymacją związku zawodowego murarzy. Nawet wtedy, w 1957, praca w związku zawodowym robotników budowlanych była rzeczą bardzo opłacalną (190 dolarów tygodniowo), a poza tym upoważniała jego członków do rozległej opieki zdrowotnej i innych pomniejszych świadczeń, takich jak płatny urlop i zwolnienia chorobowe. Właśnie za taką legitymację związkową większość ciężko pracujących robotników z sąsiedztwa drogo by zapłaciła - gdyby kiedykolwiek mieli dość pieniędzy, aby coś takiego kupić. Henry dostał ją po to, by można go było umieścić na liście płac przedsiębiorcy budowlanego jako faceta o „nie normowanym czasie pracy”, a jego wypłatę podzielić między Variów. Legitymacja ta miała mu również ułatwić codzienne zbieranie zakładów i spłat pożyczek z miejsc budowy. W ciągu całych miesięcy, zamiast chodzić do szkoły, Henry inkasował forsę po różnych budowach, a potem przynosił ją do suteren pod „Pizzeria Presto”, gdzie sporządzano zbiorcze rachunki. „Radziłem sobie całkiem nieźle. Lubiłem chodzić po budowach. Wszyscy wiedzieli, kim jestem. Wszyscy wiedzieli, że trzymam z Paulem. Czasami, ponieważ byłem członkiem związku, pozwalali mi zlewać gumowym szlauchem wszystkie nowe cegły. Uwielbiałem to robić. To była, frajda. Lubiłem patrzeć, jak cegła zmienia kolor. A potem, kiedy któregoś dnia wróciłem z pizzerii do domu, mój ojciec czekał na mnie z paskiem w jednej, a listem w drugiej garści. List był od szkolnego inspektora do spraw wagarowiczów. Pisał w nim, że już od paru miesięcy nie było mnie w szkole, a ja tutaj zmyślam swoim starym, że codziennie tam

chodzę. Zabierałem nawet książki, jakby wszystko było jak należy, a potem zostawiałem je na postoju. Równocześnie wmawiałem Tuddy'emu, że w szkole zaczęły się już wakacje i że z rodzicami nie ma żadnych problemów. Bo w tamtych czasach byłem po trosze w takiej sytuacji, że musiałem kombinować na wszystkie strony jednocześnie. Tego wieczoru dostałem od ojca takie baty, że następnego dnia Tuddy i inni faceci dopytywali mnie, co takiego się stało. Więc powiedziałem im. Powiedziałem im nawet, że bardzo mi przykro, ale chyba będę musiał zrezygnować z moich robót murarskich. A Tuddy mi na to, żebym się nie łamał. I powiedział, żebym z paroma chłopakami z postoju wziął sobie wóz i przejechał się trochę. Więc jeździliśmy sobie w kółko, a ja w dalszym ciągu nie wiedziałem, co jest właściwie grane. W końcu Tuddy kazał nam przystanąć. Wskazał mi listonosza, który roznosił pocztę po drugiej stronie ulicy. »Czy to jest wasz listonosz?« Zapytał. Skinąłem głową, że tak. I zaraz, całkiem niespodziewanie, dwóch facetów wysiadło z samochodu i schwyciło listonosza. Nie mogłem w to uwierzyć. W biały dzień. Tuddy i paru innych wyskakują z wozu i uprowadzają naszego listonosza! Gość został wepchnięty na tylne siedzenie i zrobił się szary na twarzy. Aż wstyd mi było na niego patrzeć. Nikt nic nie mówił. W końcu wszyscy wróciliśmy do pizzerii i Tuddy zapytał go, czy wie, kim jestem. Niby ja. Facet skinął głową, że tak. Tuddy zapytał go, czy wie, gdzie mieszkam. Facet znowu skinął głową. Tuddy powiedział, że od tej chwili cała korespondencja ze szkoły ma być doręczana do pizzerii, a jeśli on jeszcze kiedykolwiek zaniesie jakiś list ze szkoły do mojego domu, to Tuddy wsadzi go do pieca do pieczenia pizzy, i to nogami naprzód. I tak też było. Nie przychodziły już żadne pisma od inspektorów do spraw wagarowiczów. Żadne listy ze szkoły. A tak, na dobrą sprawę, to nie było w ogóle listów od nikogo. W końcu, po kilku tygodniach, matka musiała iść na pocztę i złożyć zażalenie”. Odtąd Henry już rzadko zadawał sobie trud chodzenia do szkoły. Nie było to zresztą konieczne. Rzecz w ogóle przestała się liczyć. Było jednak coś zabawnego w siedzeniu na lekcjach poświęconych dziewiętnastowiecznej amerykańskiej demokracji, skoro żyło się w świecie osiemnastowiecznego sycylijskiego bandytyzmu. „Pewnego wieczoru, będąc w pizzerii, usłyszałem nagle jakiś hałas. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem faceta, który biegł przez Pitkin Avenue w kierunku sklepu i wrzeszczał co sił w płucach: »Postrzelili mnie!« Był pierwszym człowiekiem ranionym z broni palnej, jakiego w życiu widziałem. Z początku wyglądało to tak, jak gdyby niósł od rzeźnika paczkę surowego mięsa obwiązaną białym sznurkiem, ale kiedy się zbliżył, zobaczyłem, że to jego

ręka. Po prostu w trakcie wystrzału usiłował ochronić się dłonią. Larry Biello, ten stary, który był w pizzerii kucharzem i odsiedział dwadzieścia pięć lat za zabicie policjanta, wrzasnął na mnie, żebym zamknął drzwi. Zrobiłem to czym prędzej. Wiedziałem już, że Paulie nie byłby tym zachwycony, gdyby ktoś tutaj umarł. Więc zamiast go wpuścić, złapałem tylko krzesło i wyniosłem je na ulicę, żeby mógł sobie usiąść i poczekać na karetkę. Zdjąłem fartuch i owinąłem mu go wokół ręki, aby zatamować krew. Bo facet tak strasznie krwawił, że fartuch przesiąknął krwią w ciągu paru sekund. Wszedłem do środka i przyniosłem jeszcze kilka innych fartuchów. Zanim przyjechała karetka, facet był już właściwie martwy. Gdy pierwsze emocje opadły, Larry Biello był po prostu wściekły. Powiedział, że jestem ostatni kretyn. I skończony głupol. Zarzucał mi również, że zmarnowałem niepotrzebnie aż osiem fartuchów, toteż pamiętam, że było mi łyso. W gruncie rzeczy miał rację. Mniej więcej w tym samym czasie pewien gość z Południa uruchomił swój postój tuż za rogiem, na Glenmore Avenue. Nazwał go »Rebelianckie Towarzystwo Taksówkowe«. Pochodził z Alabamy czy może z Tennessee. Odsłużył wojsko i ledwie się tylko ożenił z tutejszą dziewczyną, a już wydawało mu się, że może mieć ten postój i konkurować z Tuddym. Obniżył ceny. Pracował na okrągło. Wprowadził specjalną zniżkę dla zabieranych z ostatniego kursu metra i z przystanków autobusowych na Liberty Ayenue, a do tego woził swych pasażerów gdzieś aż w odległe zakątki Howard Beach i Rockaways. Albo nie wiedział, jak się sprawy mają, albo po prostu był głupi. Tuddy posłał swych ludzi, żeby pogadali z facetem. Powiedzieli, że to uparty zawodnik. Więc Tuddy poszedł sam z nim porozmawiać i powiedział mu, że nie ma wystarczającego ruchu dla dwóch przedsiębiorstw. Być może ruch nawet by i był, ale teraz już Tuddy nie chciał w pobliżu żadnej konkurencji. I w końcu pewnego dnia, kiedy już przestał się snuć po postoju niczym potępieniec, kazał mi, żebym przyszedł po północy w umówione miejsce. Nie mogłem w to uwierzyć. Aż dygotałem z emocji. Przez cały dzień nie mogłem o niczym innym myśleć. Wiedziałem, że Tuddy wykombinował coś z myślą o »Rebelianckim«, lecz nie wiedziałem, co. Kiedy zjawiłem się o północy, Tuddy czekał już na mnie. Z tyłu wozu miał pięciogalonową baryłkę benzyny. Przez jakiś czas jeździliśmy sobie po okolicy, dopóki w kantorze »Rebelianckiego Towarzystwa Taksówkowego« na Glenmore Avenue nie pogasły światła. Wtedy Tuddy podał mi owinięty w szmaty młotek. Ruchem głowy wskazał pobocze jezdni. Podszedłem do pierwszej z rebelianckich gablot, zacisnąłem powieki i zamachnąłem się z całej siły. Zasypały mnie odłamki szkła. Szedłem tak od wozu do wozu. Tymczasem Tuddy miął gazetę i lał na nią benzynę. Namoczony papier wsuwał przez okienka, które ja dopiero co roztrzaskałem.

Ukończywszy robotę Tuddy wziął pustą beczułkę, skręcił w przecznicę i pomknął przed siebie. Nikt wówczas wcale by na to nie wpadł, że Tuddy nie ma nogi. Wcześniej powiedział mi, że byłoby to idiotyczne, gdybyśmy tak obaj stali na środku ulicy z pustym kanistrem po benzynie, kiedy już wybuchnie pożar. Wcisnął mi w garść kilka pudełek zapałek i kazał czekać, aż da zza rogu znak. Kiedy w końcu pomachał do mnie ręką, potarłem pierwszą zapałkę. Później podpaliłem całe pudełko, tak jak mnie tego nauczono. Szybko wrzuciłem je przez rozbite okienko taksówki, tak by uniknąć eksplozji oparów benzyny. Podszedłem do drugiego wozu i zapaliłem następne pudełko, a potem trzecie i czwarte. Kiedy przystanąłem obok czwartej z rzędu taksówki, usłyszałem pierwszy wybuch. Powiało żarem. Dalsze eksplozje następowały teraz jedna po drugiej, lecz ja biegłem tak szybko, że nawet nie miałem czasu obejrzeć się za siebie. Na rogu ujrzałem Tuddy'ego. Spostrzegłem go tylko dzięki pomarańczowym odblaskom pożogi. Wymachiwał pustym kanistrem. Zupełnie niczym zwrotniczy chorągiewką, tak jakby musiał jeszcze powtarzać, iż powinienem teraz zmykać ile sił w nogach”. Kiedy zaaresztowano go po raz pierwszy, Henry miał zaledwie szesnaście lat. On i syn Paula, Lenny, który miał wówczas lat piętnaście, dostali od Tuddy'ego kartę kredytową Texaco. Otrzymali też polecenie udania się na stację benzynową przy skrzyżowaniu Pennsylvania Avenue i Linden Boulevard, aby tam kupić dwie zimowe opony do samochodu żony Tuddy'ego. „Tuddy nawet nie sprawdził, czy karta jest kradziona, czy też nie. Po prostu dał mi ją i posłał na stację benzynową, gdzie już nas znali. Gdyby mi wcześniej dał cynk, że karta jest kradziona, może wyszedłbym jakoś na swoje. Wiedząc, że karta jest trefna, dałbym ją facetowi na stacji i powiedział mu: »Masz, weź sobie pięćdziesiąt dolców za jej zwrócenie, a mnie odpal połowę«. I dzięki temu zarobiłbym coś na tej karcie, tylko że wówczas Tuddy nie dostałby żadnych opon. No więc Lenny i ja pojechaliśmy na stację i kupiliśmy opony. Facet z obsługi musiał je jeszcze założyć na felgi. Zapłaciliśmy za nie przy pomocy karty, a później jeszcze ruszyliśmy sobie w mały kurs, na dobrą godzinę. Gdy wróciliśmy na stację, gliny już na nas czekały. Przyczaili się z boku. Wszedłem, a tu wyskakuje dwóch w cywilu i mówią, że jestem aresztowany. Lenny zwiał. Nałożyli mi kajdanki i zabrali na posterunek przy Liberty Avenue. Na komendzie wepchnęli mnie do celi, a ja zacząłem odgrywać cwaniaka. »Wyjdę stąd za godzinę«, mówię gliniarzom.»Nic przecież nie zrobiłem«. Wypisz wymaluj George

Raft. Tuddy i Lenny zawsze mi powtarzali, że przy glinach to ani pary z ust. Nic im nigdy nie mówić. A tu w pewnym momencie jeden z gliniarzy powiedział, że chce, abym mu coś podpisał. Musiał być chyba nie tego. »Niczego nie podpisuję«, mówię mu. Tuddy i Lenny mówili, że mogę im co najwyżej podać samo nazwisko. Tyle, że oni z początku nie wierzyli, że nazywam się Henry Hill. Oberwałem od jednego z nich wyłącznie dlatego, że facet nie mógł uwierzyć, że smarkacz, który zadaje się z takimi ludźmi, z jakimi ja się zadawałem, mógł nosić tak szacowne nazwisko jak Hill. Po niecałej godzinie na posterunku zjawił się Louis Delenhauser. Wyciągacz Louie, adwokat. Bo Lenny pobiegł na postój i powiedział, że nakryli mnie z tą kartą kredytową. Dlatego przysłali mi Louie'ego. Wszystkim się zajęli. Po odsiadce w areszcie komendy gliny zabrały mnie do sądu, a kiedy sędzia ustanowił pięćset dolarów kaucji, pieniądze zaraz się znalazły i wyszedłem na wolność. Gdy odwróciłem się, żeby wyjść z sali sądowej, stwierdziłem, że wszyscy Variowie stoją z tyłu pod ścianą, tylko Paulie'ego nie było, bo odsiadywał właśnie trzydzieści dni za niestawienie się na przesłuchanie. Ale wszyscy inni uśmiechali się do mnie; zaczęli mnie ściskać, całować i poklepywać po plecach. To było tak, jakbym właśnie ukończył jakąś ważną szkołę. Tuddy cały czas wrzeszczał: »Straciłeś cnotę! Straciłeś cnotę!« Bo to naprawdę było coś ważnego. Po opuszczeniu sądu Lenny, Duży Lenny i Tuddy zabrali mnie do baru „Krewetka” Vincenta w Little Italy na scungilli i wino. Zrobili z tego całe przyjęcie. Potem, kiedy już wróciliśmy na postój, wszyscy tam na mnie czekali, ażeby jeszcze trochę poświętować. W dwa miesiące później Wyciągacz Louie wybronił mnie od zarzutu »usiłowania drobnej kradzieży« i dostałem jedynie sześć miesięcy w zawieszeniu. Być może cała ta historia mogła skończyć się lepiej. Gdyż, patrząc na to z perspektywy czasu, z pewnością byłoby wielkim idiotyzmem tak wcześnie zapaskudzić sobie hipotekę. Tyle, że w owych czasach wyrok w zawieszeniu nie oznaczał w papierach nic szczególnie groźnego. Byłem po prostu wdzięczny, że ferajna opłaciła mi najmimordę i że moja matka wraz z ojcem o niczym się nie dowiedzieli. Powoli jednak zacząłem się robić nerwowy. A ojciec stawał się coraz gorszy. Pewnego razu w piwnicy znalazłem jego spluwę i zaniosłem ją naprzeciwko, żeby pokazać Tuddy'emu. Potem znów odłożyłem ją na miejsce. Tuddy wspominał mi parę razy, że chciałby pożyczyć pukawkę dla jakichś swoich przyjaciół. Nie bardzo mi się to wprawdzie uśmiechało, lecz z drugiej strony nie chciałem mu odmawiać. I w końcu zacząłem mu pożyczać tę broń, by otrzymać ją z powrotem po dniu lub dwóch. Owijałem ją starannie w szmaty, ażeby wyglądała tak samo jak przedtem, i kładłem w piwnicy na górnej półce tuż za rurami.

Pewnego razu poszedłem tam, aby znowu wziąć spluwę dla Tuddy'ego, i wówczas nie znalazłem jej. Pewnie mój ojciec domyślił się, co takiego robię. Nic o tym nie wspomniał, ale wiedziałem już, jak się sprawy mają. Przypomniało mi to czekanie na krzesło elektryczne. Miałem już niemal siedemnaście lat. Poszedłem do biura werbunkowego i próbowałem zaciągnąć się do wojska. Pomyślałem, że to dobry sposób, aby wymknąć się ojcu i aby Tuddy wraz z Paulem nie pomyśleli sobie, że jestem na nich wściekły. Faceci w biurze werbunkowym powiedzieli mi, że muszę odczekać, aż skończę siedemnaście lat, i wówczas dopiero moi rodzice albo opiekunowie będą mnie mogli zapisać. Poszedłem więc do domu i powiedziałem ojcu, że chcę się zaciągnąć do spadochroniarzy. Powiedziałem mu też, że to on musi mnie zapisać. Wtedy uśmiechnął się i zawołał matkę oraz rodzeństwo. Matka sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale ojciec naprawdę był uszczęśliwiony. Tego popołudnia udałem się do biura werbunkowego przy Dekalb Avenue i załatwiłem co potrzeba. Na drugi dzień zjawiłem się na postoju i powiedziałem Tuddy'emu, w czym rzecz. Uznał, że zwariowałem. Powiedział, że wezwie Paula. I wreszcie pojawił się Paulie, bardzo tym przejęty. Usiadł ze mną na osobności. Spojrzał mi prosto w oczy i zapytał, czy wszystko w porządku i czy aby na pewno mówię mu o wszystkim. »Wszystko jest jak trzeba«, odrzekłem. »A jesteś tego pewny?« »Tak« potwierdziłem. Więc on zamilkł na dłuższą chwilę. Siedzieliśmy na zapleczu biura przy postoju, otoczeni przez ludzi Paula. Na ulicy stały dwa samochody, a w nich siedzieli nasi ludzie z obstawy. Miejsce było bezpieczne niczym grób, ale on mówił szeptem. Powiedział, że jeśli chcę się z tego wycofać, to on już to załatwi z biurem werbunkowym. I że wykupi mi moje papiery. »Nie, dzięki« odrzekłem. »Równie dobrze mogę odsłużyć, co swoje«„.