wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 185 019
  • Obserwuję1 451
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 719 711

Nik Pierunow - Kroniki Hjorwardu - Część 1 - Śmierć bogów - Księga Hagena

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Nik Pierunow - Kroniki Hjorwardu - Część 1 - Śmierć bogów - Księga Hagena.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nik Pierumow
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 26 osób, 24 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 437 stron)

Nik Pierumow Śmierć Bogów. Księga Hagena (Gibel Bogov) Kroniki Hjörwardu Przełożyła Ewa Skórska

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1 - Niepokojące wieści z Gnipahelliru, mój tanie. Konie szły tuż przy pasie przyboju. Fale leniwie lizały brzeg lekko spadzistego kamienistego nasypu, za którym, w pewnym oddaleniu, stromo wzbijały się w niebo cielska szarych skał. Kamienie poprzecinały pęknięcia i szczeliny, w których zdążyły już wyrosnąć karłowate sosny. Spiczaste kamienne kły, ulubiona broń Oceanu, wystawały gdzieniegdzie nad wodą. Pachniało wodorostami, ponad falami latały mewy. Sześciu jeźdźców w szarych płaszczach z grubej wełny jechało dwójkami wzdłuż brzegu. Czterech z nich miało długie miecze przy lewym boku, rękojeść klingi piątego, umocowanej za plecami, wystawała znad prawego ramienia; szósty zadowalał się potężną sękatą pałką. Głowy wędrowców osłaniały jednakowe wełniane czapki, przypominające te, które noszą kowale, żeby nie przypalić włosów podczas pracy. Patrząc na jeźdźców, trudno było określić ich status czy rodzaj zajęcia. Wszyscy jak jeden mąż byli w sile wieku i mieli ogorzałe twarze; umiejętnością posługiwania się bronią przypominali królewskich gwardzistów Widrira, krojem ubrań i rozmową - wolnych członków wspólnoty z okolic Żelaznego Lasu, a siodła i uprząż koni nasuwały myśl o pastuchach z Rogheim. - Niepokojące wieści z Gnipahelliru, mój tanie - powtórzył półgłosem jeden z jeźdźców, zwracając się do mężczyzny z klingą za plecami, który niedawno dołączył do grupy. Wojownik skinął głową, pozwalając mówiącemu kontynuować. - Karły Rödulswallu znów palą Lasy Jalini. Dym zasnuł północne niebo i ptaki, oszalałe i oślepłe, rozbijają się o skały. Dym sięgnął do siedziby Garma, który się obudził. * Niedobre nowiny zostały wygłoszone. Tan wysłuchał wiadomości w milczeniu, skłonił nieznacznie głowę. - Co jeszcze? - rzucił. - Ruszenie w Himinwagarze - odezwał się inny jeździec. - Władca Hjörlejf wyruszył na Widrira. - Na Widrira? - Przywódca uniósł brew. - Nie spodziewałem się tego po Hjörlejfie! Okazuje się, że to zdeterminowany śmiałek! - Krąży pogłoska - ciągnął jeździec, zniżając głos - niepewna i niejasna, rozprzestrzeniana przez Nocne Amazonki... że do Hjörlejfa przybył tajny poseł z wyspy Brandey! - Wyspa Czarnych Magów to postrach całej ziemi - mruknął tan. - Co mogli wywęszyć ci zjadacze padliny? Mów dalej! Czy już po bitwie?

- Gdy wyjeżdżaliśmy z Erwasundu, Widrir zaczynał zbierać oddziały. Hjörlejf przekroczył rzekę Hator na północnej granicy Strzeżonego Królestwa. - Jasne - rzekł tan i umilkł zasępiony. Jego towarzysze cierpliwie czekali. - Lodin! Kanut! Isung! Za tamtą skałą zawrócicie ścieżką do boru Walie i dalej pojedziecie traktem do przylądka Stavsnes. Tam krasnoludy mają dostarczyć broń. Odbierzcie ją tylko - zapłacono im z góry. Drakkary dotrą do przylądka za trzy dni, licząc od dzisiaj. Załadujecie broń i pojedziecie na Hedinsey. Frodi i Gudmund! Odprowadzicie mnie do Żywych Skał i stamtąd skręcicie do Rödulswallu. Znajdziecie Strażników Zasłony Jalini i ostrzeżecie ich przed budzącym się Garmem. Potem udacie się na zachód, do zatoki Unawagar. Znajdziecie tam wioskę. Nie szczędząc złota, kupcie łódź i wyjdźcie w morze. Musicie dotrzeć do Hedinseyu, zanim rozpęta się burza. Czekajcie na mnie na wyspie do następnego księżyca. Jeśli nie wrócę... zabierzecie Uving i poszukacie sobie i drużynie nowych ziem. Słuchajcie mojego Nauczyciela... I pamiętajcie - wszyscy przysięgaliście na Osiem Żelaznych Gwoździ Bram Niflhelu, że będziecie służyć mojemu synowi! - Pamiętamy, tanie - powiedział głucho Frodi, który trzymał w poprzek siodła potężną pałę. - Dotrzymamy przysięgi albo odejdziemy do Helu, okryci wzgardą. Ale... mój tanie, wiem, że nigdy nie zadajemy ci pytań, a jednak teraz się ośmielę. Dlaczego szukasz pewnej śmierci przy Żywych Skałach? Stamtąd się nie wraca! Wykonaj rozkaz, Frodi! Wy wszyscy również! - odparł surowo tan, kończąc rozmowę, i chlasnął Konia wodzami. sposępmiali jeźdźcy ruszyli za nim.. * Na wschodzie dopiero zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki świtu, a wszędzie wokół - w rowach, szczelinach, rozpadlinach - nadal leżała noc. Niewysoka, zgrabna postać bezszelestnie przemykała się między drzewami, schodząc w dół do szemrzącego strumienia. Nad brzegiem przystanęła i pochyliła się, wsuwając do wody szczupłe dziewczęce dłonie. Nogi w miękkich, skórzanych półbutach stąpały cicho po igliwiu, wargi bez chwili przerwy wypowiadały bezgłośne słowa, słowa układały się w zdania, a z każdą nową strofą miarowych dwuwierszy na dno głębokiego, porośniętego młodniakiem parowu powracała Ciemność. Zarysy korzeni, pni, gałęzi drżały i rozpływały się, jakby zasnute mgłą, strumień szemrał coraz ciszej, jakby zapadając w sen, a wąskie dłonie powoli poruszały się nad glinianą czarą pełną zaczerpniętej wody. Bohaterowie dawnych dni, uczestnicy bitwy na Borghildowym Polu, gdzie starły się pułki siedmiu czarnoksięskich królestw, wiedzieliby, co zrobić, widząc tę dziewczynę. Magowie z wyspy Brandey udzieliliby jej wsparcia.

Człowiek w szarym stroju i z miękką maską na twarzy obserwował dziewczynę, nie odrywając od niej wzroku. W dłoni trzymał stalową czteroramienną gwiazdkę z ostrymi krawędziami. Nie szeptał zaklęć, bardziej licząc na swoją broń niż na Odległe i Starożytne Moce. Nie rozumiał tego, co właśnie widział i słyszał - i dlatego się nie bał. Ciekawiło go to. Zwlekał. Woda w czarze zaciągnęła się cienkim lodem, rozległ się syk. Korzenie drzew poruszyły się, jakby próbując wydostać się z ziemi, dziewczyna zaczęła drobnymi krokami okrążać czarę. Ręce rozrzuciła na boki, z jej głowy zsunęła się gruba, bezkształtna czapka, rozsypały się gęste, krótko i nierówno przycięte kasztanowe włosy. Każdy recytowany przez nią dwuwiersz spadał jak uderzenie młota. Lód zaczynał nabierać purpurowej barwy, jakby płynęła w nim ludzka krew. Człowiek w szarym stroju musiał wziąć się w garść, żeby nie poddać się napływającemu znienacka strachowi. Miał wrażenie, że do jego oczu dostała się woda, obraz nagle rozmazał się i stracił ostrość. Wszystko przebiegało tak, jak mówił Opiekun, a przecież mówił też, że w żadnym razie nie wolno czekać do końca obrzędu! Z krótkim wydechem-okrzykiem dziewczyna uderzyła w czarę prawą, zaciśniętą w pięść dłonią. Lód pękł, purpurowe bryzgi strzeliły w górę. Ból wygiął jej delikatne ciało w łuk, głowa odchylała się coraz bardziej, wydawało się, że dziewczyna niczego nie widzi ani nie słyszy. Wojownik w szarym stroju zrobił krótki wymach - i śmiercionośna gwiazdka pomknęła prosto w odsłoniętą szyję. Ale delikatne, wąskie dłonie okazały się szybsze - zaczerpnęły z czary ognistą wodę, chlusnęły w stronę nadlatującej broni. Metal zapłonął niczym papier i rozpadł się na niewidoczny popiół. Rozległ się okropny chichot. Żaden człowiek, nawet najbardziej złośliwy, nie zdołałby roześmiać się w ten sposób. Wojownik znieruchomiał, nie sięgając nawet do rękojeści swego krótkiego, zakrzywionego miecza. Z czary wyskoczyła struga płynnego ognia i od razu go otuliła od stóp do głowy. Upadł, nie wydając żadnego dźwięku, ogień zaś, posłuszny władczemu gestowi delikatnej dłoni, natychmiast znikł, kryjąc się z powrotem w czarze. Dziewczyna, chichocząc, pochyliła się nad ciałem wojownika. Z niekobiecą siłą obracała ciężkie ciało, lecz nie znalazła żadnych znaków, herbów ani amuletów. Krzywy miecz zaszczyciła krótkim spojrzeniem i odrzuciła na bok - zwykła klinga, wytwór ludzkich rąk. Ale gdy ciało mężczyzny ze złością cisnęła na ziemię, miecz podniosła. Muskając stal, delikatnymi palcami przebiegła po klindze raz, drugi, trzeci... Jej wargi poruszyły się, posłuszne słowom Mocy, w czarze zawrzał płynny ogień. Klinga została zanurzona w płomieniu, lecz stal nie stopiła się jak zwykła ludzka broń, tylko pokryła głęboką czernią. Tak na przesłuchaniu milczy człowiek silny duchem, dumnie odwracając się od swoich katów. Ale to okazało się wystarczające. Dziewczyny oczy zapłonęły nienawiścią. Teraz już

wiedziała. Znowu odchyliła głowę do tyłu, na jej szyi nabrzmiała niebieska żyła, z gardła wyrwało się pełne śmiertelnej groźby wycie - tak wilczyca przysięga pomścić swoje dzieci. Jeden ruch ręki i czara zaciągnęła się skorupką przypominającą zakrzepłą ludzką krew. Naczynie z ogniem zostało ukryte w worku i krzaki z lekkim szelestem zamknęły się za odchodzącą. Nocna Amazonka podjęła trop. Frodi i Gudmund rozgrzewali konie, podążając na północny wschód, gdzie za niewysokim łańcuchem starych gór, startych wodą i wiatrem, leżały ziemie Rödulswallu, kwitnącego ogrodu Jalini, Władczyni Zielonego Świata. Ponura niegdyś i bezpłodna ziemia stała się symbolem potęgi Bogini i po dziesięcioleciach jej uporczywej pracy pokryła się pięknymi, nieprawdopodobnymi, rosnącymi wyłącznie tutaj drzewami, krzewami i kwiatami. O tym wszystkim, o walce Jalini z karłami, uparcie broniącymi swego prawa do życia zgodnie z obyczajami przodków, na ziemiach należących do nich od dawna, opowiedziano szczegółowo w „Ożywieniu Rödulswallu”. Frodi i Gudmund byli już wiele mil od granicy, gdy ujrzeli obłoki dymu zasnuwające całe niebo. Niskie chmury, podkarmiane tysiącami wzbijających się w górę szaroczarnych słupów dymu, zawisły niczym złowróżbna zasłona, na zawsze ukrywająca słońce przed światem. Wiatr strzępił jej brzegi, rwał ją na kawałki, ale z dołu napierały coraz to nowe kłęby i natychmiast zapełniały dziury. Frodi i Gudmund popatrzyli na siebie i dali koniom ostrogę. Od Rödulswallu dzieliła ich ostatnia lesista dolina i wojownicy postanowili nie zatrzymywać się na nocleg. W tych dzikich ziemiach, wśród nielicznych ludzkich osad, włóczyły się istoty pradawne, potężne i niezbyt lubiące przybyszów - po co kusić los? A za dnia szybkie konie wyniosą ich z każdej opresji. Droga ostro skręciła. Jechali po zewnętrznej krawędzi, żeby nie wpaść znienacka na jadących z przeciwka, minęli olszynowy zagajnik i wtedy ich oczom ukazała się dziwna kompania siedząca na zwalonym w poprzek drogi drzewie. Wymachując nogami w butach z czerwonej skóry, rozmawiając z ożywieniem, siedziało pięciu niskich drzewnych krasnoludów z łukami na kolanach. Mamrocząc coś pod nosem i przewracając żółtymi sowimi oczami, niczym kudłata góra wznosił się bagienny troll. W milczeniu siedział kobold, trzymając na kolanach długie utrudzone ręce z płaskimi, pokrytymi odciskami dłońmi, a na samym brzegu pnia zastygł czujny elf w lazurowej zbroi, trzymający w ręku wąską, długą klingę mieniącą się wszystkimi barwami tęczy. Za jego plecami stał alw - jego strój pokrywały * Alwy i elfy uważano często za ten sam naród. Nic bardziej biednego! Alwy to twór wielkich elfickich mistrzów przeszłości, zostali stworzeni jako istoty dobre. W pewnym

momencie jednak wielu z nich zaczęła ciążyć zależność od tych, którzy ich zrodzili, część opuściła ziemie elfów i zaczęła żyć między ludźmi, nigdy jednak nie łącząc się z nimi. Uwolnione alwy stworzyły własne królestwo Alwland, zajęły się różnymi rodzajami magii, wypróbowując ją na sąsiadach. Takich alwów ludzie rzecz jasna niezbyt lubią, zdarza się, że dochodzi nawet do starć. dziesiątki, może nawet setki ponaszywanych stalowych, opierzonych igieł, obok leżała kusza naładowana jednym z takich „pocisków”. Z podobną kompanią nie stykał się jeszcze żaden z wojowników tana Hagena. Musiało zdarzyć się coś niesłychanego, by te istoty zebrały się razem. Frodi i Gudmund ściągnęli wodze. - Pozwólcie nam przejechać, czcigodni - rzekł Frodi w języku przyjętym do komunikacji między ludźmi i nieludźmi, składającym się ze słów różnych ras. Powiedział „czcigodni”, choć osobiście nie czuł żadnej czci ani nawet szacunku do bagiennego krwiopijcy trolla czy drzewnych krasnoludów, tak różnych od ich górskich krewnych, wielkich mistrzów swojego fachu. - Nie możecie przejść - warknął w odpowiedzi kobold. - Walka tam teraz idzie nie na żarty, puścili w ruch magię. Właśnie dlatego tutaj siedzimy, żeby chronić wędrowców. Było jasne, że kobold nie jest tu najważniejszy, i Frodi zsiadł z konia, kłaniając się elfowi. Nie znał i nie mógł znać tajemnego języka elfów, zresztą nawet samego Pierworodnego widział po raz trzeci w życiu. Elfy niezwykle rzadko pojawiały się na ziemiach ludzi, a o tym, gdzie właściwie mieszkają, wiedzieli jedynie nieliczni Mądrzy. - Nie przywiodła nas tutaj próżna ciekawość - rzekł Frodi. - Musimy odszukać Strażników Zasłony Jalini. - Towarzystwo na kłodzie poruszyło się niespokojnie. - Mamy dla nich ważne wiadomości. Pozwól nam przejechać. Elf podniósł na niego duże, zasnute ciężkimi myślami oczy, obrzucił wojownika spojrzeniem krótkim niczym pchnięcie noża i znowu odwrócił wzrok. - Służysz tanowi Hagenowi - powiedział, nie tyle pytając Frodiego, ile raczej informując swoich towarzyszy. - Dobrze. Możecie ruszać w dalszą drogę. Ale w Rödulswallu trwa wojna... Będziecie mogli liczyć tylko na siebie. Zamilkł - w lesie zaskrzeczały sroki, a sekundę później z krzaków wyskoczył jak kula z procy jeszcze jeden krasnolud. - Idzie! Idzie! Idzie prosto na nas! Idzie!!! - wrzeszczał, ledwie łapiąc dech. Sądzę, że lepiej będzie, jeśli odjedziecie natychmiast. - Oczy elfa zapłonęły zimnym blaskiem. Jego pstrokaty oddział już zdążył się ukryć i przyczaić. Alw, najwyraźniej jeden z Oddanych, zwlekał, trzymając kuszę w pogotowiu i patrząc wyczekująco na elfa. - Skoro znaleźliście się w niebezpieczeństwie, naszym obowiązkiem jest pomóc wam i walczyć razem z wami - odpowiedział twardo Gudmund, obnażając miecz.

- Głupcze! - Elf podniósł głos, tracąc cierpliwość. - Czekamy na Nocną Amazonkę, która złapała trop. Będziecie przeszkadzać, a nie pomagać. Odjedźcie stąd natychmiast i niech was Jamert prowadzi! Nie dało się nie posłuchać tego pełnego mocy głosu, tego władczego spojrzenia oczu niebieskich jak morze. Słowa Pierworodnego niosły w sobie jakąś magię. Frodi pokornie skinął głową i poprowadził konia, omijając zwalone drzewo, chociaż jeszcze nigdy nie skłonił się przed nikim prócz Hagena, którego sam uznał za silniejszego. Ale nie zdążyli odjechać. Nagle, jakby utkana z warstw powietrza, na drodze pojawiła się otulona zielonym płaszczem zgrabna, dziewczęca postać. Kaptur odrzuciła za plecy i wojownicy Hagena oniemieli - to miała być Nocna Amazonka? Ta ładna, skromna, zarumieniona młodziutka dziewczyna z krótkimi kasztanowymi włosami?... Tylko skąd przy pasie ten dziwny zakrzywiony miecz? Z góry spadła bezgłośnie szczelna sieć o podwójnym splocie - ale nim nakryła tę, którą elf nazwał Nocną Amazonką, czyli krótko mówiąc wiedźmę, dziewczyna zdążyła unieść czarę nad głową i czara wypluła strumień ognia. Sznury sieci stanęły w ogniu, w jednej chwili przemieniając się w popiół. Wówczas elf czystym i mocnym głosem wymówił zaklęcie. Frodi usłyszał w tym głosie huk górskich strumieni niszczących zapory, łoskot spadających lawin, ryk szalejącego podczas sztormu morza... Zaklęcie runęło na wiedźmę jak dach domu na zaskoczonych mieszkańców w czasie trzęsienia ziemi. Ani Frodi, ani Gudmund nie wiedzieli, dlaczego Nocna Amazonka tak beztrosko przyjęła tę nierówną walkę - przecież po Zaklęciu Otaczającym nie zdoła już z niego wyjść. A wystarczyło spokojnie ominąć zasadzkę lasem; tak przynajmniej postąpiliby oni, doświadczeni wojownicy. Krople płynnego ognia, hojnie zaczerpniętego wąską dłonią, poleciały na wszystkie strony, a tam, gdzie spadały, pojawiały się rdzawe języki płomieni. Dopiero teraz Frodi uświadomił sobie, że oto są świadkami rzeczy niezwykłej - wszystkie Nocne Amazonki bały się Parzącego, tego pierwotnie czystego, boskiego początku, a ona... jak, na litość Jambrena, zdołała zawładnąć ogniem?! Gudmundowi zdawało się, że myślał o tym wszystkim w chwili ataku, ale tak naprawdę zdumienie przyszło później, on i Frodi ledwie zdążyli paść plackiem na ziemię, gdy wokół wszystko zapłonęło - na szczęście krople płynnego ognia nie spadły na ich odzież czy zbroję. Dym zasnuł świat i wojownicy Hagena nie mogli zobaczyć, co stało się potem. Słyszeli jedynie wielogłosy ryk, pisk i wycie, trzask zwalnianych cięciw - aż w końcu wszystko umilkło. Oszołomiony Frodi podniósł głowę. Ogień, posłuszny bezgłośnej komendzie, gasł szybko, jakby w strugach gwałtownej ulewy. Węgle syczały ze złością. Był tutaj cały oddział myśliwych polujących na Nocną Amazonkę. Martwy troll w

zwęglonej odzieży leżał z rozrzuconymi łapami twarzą do ziemi, nieopodal upadły spalone żywcem krasnoludy, przypominając teraz ohydne głownie. Kobold zsunął się do rowu, jakby chciał się ukryć, i tam umarł. A przed dymiącym jeszcze pniem zagradzającego drogę drzewa leżały obok siebie elf i alw. Wyglądały, jakby nic im się nie stało, jakby po prostu zasnęły, jednak i one albo już umarły, albo właśnie konały. Nieruchoma dłoń alwa ściskała rozpaloną kuszę. Frodi pochylił się nad elfem. Pierworodny nie odniósł żadnych ran, ale umierał. Powoli uniósł powieki. Oczy nadal patrzyły przenikliwie i srogo, lecz z każdą chwilą uchodziło z nich życie. Gudmund, tknięty impulsem, pochylił się, przysuwając ucho do poruszających się warg. - Niech któryś z was... jedzie... do doliny Brunewagar. Tam jest zgromadzenie... uprzedźcie... Opiekuna... Elf westchnął... i skonał. Nocna Amazonka zniknęła. Dla prawdziwego wojownika zostawienie bez pochówku poległych w boju byłoby grzechem śmiertelnym, więc Frodi i Gudmund musieli się tu na jakiś czas zatrzymać. Nierozpoznawalne, spalone, czarne ciała krasnoludów zabrali ich płaczący krewni - kilkudziesięciu mieszkańców lasu. Pomogli również donieść trolla do jego cmentarza, głębokiego bagnistego dołu pośród trzęsawisk, na których żył. Kobolda przyjęły skały - mała jaskinia, potem na głucho zamurowana. Elfa i alwa wojownicy Hagena złożyli na pospiesznie skleconej tratwie i spuścili na spokojną leśną rzeczkę. Taki był zwyczaj - bez względu na to, w jakim miejscu Pierworodnego dopadła śmierć, należało położyć go w łodzi albo na tratwie i powierzyć jego ciało najmniejszemu choćby strumyczkowi. Woda przeniesie je przez wszystkie progi i podwodne przeszkody do brzegów morza. Legenda głosi, że stamtąd, w postaci niewidzialnych duchów, elfy podążają na zachód, żeby w nieznanych ziemiach narodzić się na nowo. - Gdzie jest Brunewagar? - zapytał posępnie Frodi Gudmunda. - Siedem czy osiem dni drogi na wschód. Słyszałem o tych ziemiach. Zgromadzenie to pewnie klasztor, który stoi tam jeszcze od czasów Drugiego Wtargnięcia Rakota. - Już pamiętam! - Frodi klepnął się w czoło. - Ale to... dziwne miejsce. - Dziwne i obcy nie są tam lubiani, a jednak musimy tam dotrzeć. Nie lubię tych Nocnych Amazonek, nieważne, co o nich tan mówi. - Tak, on nie pozwala ich zabijać, każe się tylko bronić. Ale my dostaliśmy rozkaz! Zapomniałeś o Strażnikach? - Nie zapomniałem. Lecz coś mi się zdaje, że ta płomienna czara wyrządzi jeszcze wiele zła. Rozdzielimy się, przyjacielu. Ja pojadę do klasztoru, a ty poszukasz Strażników. Nie traćmy czasu na próżne gadanie, przed tanem wytłumaczę się sam. Frodi tylko stęknął. Wiedział, że przekonywanie kompana nie ma sensu. Gudmund zawrócił

konia na wschód.

Rozdział 2 Stałem oparty o srebrną poręcz i w milczeniu patrzyłem w dół, gdzie widać było niejasne, zasnute mgiełką zarysy Świata. W tej chwili pode mną, w granicach Ziem Śmiertelnych, z dala od ażurowych balustrad Zamku Wszystkich Starożytnych, wznoszącego się na szczycie Słupa Tytanów, w nędznej chacie miał się urodzić mój Uczeń. Z tyłu rozlegał się delikatny dźwięk kryształowych dzwoneczków - ludzki los wyłaniał się z zakreślonego śmiertelnego kręgu. Mój Uczeń! Czekałem długie dziesięć wieków, aż inni podzielą władzę, lecz Prawo Przeznaczenia jest nieubłagane - Mag nie może nie mieć Uczniów, którzy są jego narzędziem poznawania Świata, oddziaływania na Świat. Rada Pokolenia może zesłać Maga jedynie na pewien czas. Ja otrzymałem najwyższy wyrok. Myślę, że Makran i Esteri z przyjemnością skończyliby ze mną raz na zawsze, gdyby tylko Prawo Starożytnych nie uniemożliwiło zabójstwa Maga przez Maga... Jeszcze żaden z czarowników mojego Pokolenia nie nauczył się omijać tego prawa. Jedyne, co mogli zrobić, to skłonić Radę do osądzenia i wykluczenia mnie. Jednak termin wygnania upłynął i ja wróciłem, znacznie silniejszy, niż się spodziewali. Przewędrowałem wężowe ścieżki, zwiedziłem mysie nory, leciałem powietrznymi trasami ważek i niewidocznymi trasami duchów, byłem na Wschodzie i Zachodzie, rozmawiałem z alwami i karłami, krasnoludami i elfami, ludźmi i goblinami, wkroczyłem nawet na zakazane tereny Widm i powróciłem z Wiedzą. Na tchnących śmiertelną zarazą bagnach Południa bezkostne szare istoty odkrywały mi tajniki swojego pochodzenia; odlegli potomkowie Księżycowego Zwierza, wilki księżycowe, podczas długich nocy w usianych szkieletami wąwozach Björswerdenu zdradzali mi tajemnice swoich przeobrażeń; czarne, przypominające gigantyczne robale stwory w bezdennych przepaściach Moranii z sykiem opowiadały o pochodach do Helu i o prawach Czarnego Traktu. Rozmawiałem z nieboszczykami, Pozbawionymi Spokoju, z czarownikami i szamanami Śmiertelnych, którym Starożytni wiele wyjawili w swych Objawieniach. Magowie mojego Pokolenia zamknęli przede mną drogi do tego, co tajemne, musiałem więc szukać innych ścieżek. Dowiedziałem się wielu rzeczy. Zmieniłem się. Czy pozostali to zrozumieli? W przestworzach nieba narodził się wiatr, przeleciał nad wieżami Zamku starożytnych, bawiąc się wymyślnymi wiatrowskazami. Nadal rozmawiały ze sobą cichnące dzwoneczki. W dole płynęły chmury... Ktoś bezszelestnie stanął za moimi plecami. Spiąłem się, lecz nie odwracałem. Do licha, to ona, znowu ona! Czego chce tym razem? Jakaś nowa gra?... - Gratuluję, Hedinie - usłyszałem jej głos, łagodny, czarujący, a jednocześnie tak szczery, zdawałoby się, że nie można nim kłamać. Czyżby naprawdę się cieszyła? Ona, która dołożyła

tylu starań, żeby pogrzebać wszystkie moje przedsięwzięcia? - Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, zapomniałbyś o wszystkim i jedynym twoim pragnieniem stałaby się zemsta - zauważyła półgłosem, nie kryjąc, że czyta w moich myślach. Zapomniałem się i myślałem otwarcie, jak człowiek. - Liczyłam, że na mnie nie będziesz się mścił... Albo przynajmniej zaczniesz nie od razu, a gdy ochłoniesz, zrozumiesz, że nikomu z Rady - mnie również - twoje szaleństwo nie pozostawiło innego wyjścia. - Sygrlinn! - Przyznaję, że wymówiłem jej imię ze sporym trudem. Teraz nie zdoła już nic przeczytać w moim umyśle. - Nie mówmy o przeszłości. Co się stało, to się nie odstanie, przeszłości nikt nie jest władny zmienić. Pamiętaj, że się nie ukorzyłem. - Czy myślisz, że rozmawiałabym z tobą, gdybyś wyrzekł się samego siebie? Jesteś tym, kim jesteś. Czarodziejka Sygrlinn. Jedna z najpotężniejszych z naszego Pokolenia. Wprowadzona w tajemnice Wyższej Magii, jedna z czternastu Magów tworzących Radę Pokolenia... A w przeszłości mój główny przeciwnik. To ona przemieniła w proch twierdzę moich uczniów, zniszczyła tak długo tworzone przeze mnie Nocne Imperium, na ruinach mojego dziecięcia wznosząc swoje ukochane Strzeżone Królestwo. A niegdyś, u zarania naszego Pokolenia, moja ukochana. - I co dalej? - nie wytrzymałem. - O czym pogawędzimy? Powspominamy, jak wznoszono Błękitne Miasto? A może jednak porozmawiamy o czymś mniej odległym? O, mam tak wiele do opowiedzenia! Na przykład, jak przeżyć wśród wiecznych lodów Hwerjelundu, wolą sprawiedliwej Rady pozostając bez władzy nad Ogniem! Posłuchaj, a nuż ci się kiedyś przyda... Powstrzymała mnie gestem - nie gniewnym i nie wzgardliwym, lecz jak mi się zdawało, pełnym współczucia. - Czemu tak mówisz, Hedinie? - Przechyliła głowę na bok. - Powiedz lepiej, co planujesz dla swojego Ucznia? Na pewno wymyśliłeś coś niezwykłego! Zgodnie z Prawem Starożytnych żaden Mag nie może wtrącać się w sprawy między innym Magiem i jego Uczniami; nawet Rada nie miała do tego prawa. Nie mogłem zrozumieć, do czego ona zmierza. - Powiedz coś - poprosiła nagle. - Zamknąłeś się i nie wiem, o czym myślisz, ale nie musisz powoływać się na Kodeks Złotego Kręgu, mogę to zrobić sama. Dajmy spokój wszystkim prawom i ustaleniom! Po prostu jestem ciekawa! Przecież wiesz, że nigdy cię nie zdradziłam i nie zaatakowałam od tyłu. Posłałam ci wyzwanie zgodnie ze wszystkimi kanonami Starożytnych - na dwadzieścia jeden dni przed wojną. Poza tym... - Poza tym? Jakie to ma teraz znaczenie! - Nie mogłem pohamować goryczy i od razu zauważyłem w oczach Sygrlinn cień satysfakcji. Chyba bawiło ją szukanie dziur w pancerzu mojego spokoju.

Straciłem cierpliwość. Ruszyłem do ataku z uniesioną przyłbicą jak za dawnych lat. - Będę miał Ucznia - powiedziałem powoli, patrząc jej prosto w oczy. - Ucznia, który zostawi daleko w tyle wszystkich innych. Dam mu to, czego nie dałem jeszcze nikomu, stanie się wielkim wojownikiem, znawcą sztuki wojennej i magicznej, nauczę go czuć żądzę wiedzy i zaspokajać ją, a on wzniesie królestwo, jakiego nie znała historia Śmiertelnych! Odpowiedzią na moją zapalczywą tyradę był grymas rozczarowania na twarzy Sygrlinn. Przerwałem, tak jak przerywałem niegdyś, widząc najmniejsze oznaki jej niezadowolenia. Pokręciła głową, odwracając wzrok. - To wszystko? - spytała rozczarowana. - Nie usłyszałam nic nowego, a spodziewałam się czegoś znacznie więcej, Hedinie! Czy jedyne, o czym myślisz, to wojna? Doskonale wiedziałem, co ma na myśli, mówiąc „więcej”. - Cóż jeszcze oprócz wojny może być godnym zajęciem dla mężczyzny? - Zacząłem się z nią drażnić, starając się, by każde moje słowo brzmiało niczym tajemna myśl, której wreszcie udało się wyrwać na zewnątrz. - Wojna jest szczytem ludzkiego ducha i losu! I zrobię wszystko, żeby tym razem nic nie przeszkodziło mojemu Uczniowi wznieść się na prawdziwe wyżyny chwały! A co uzyskam ja - wybacz, to na razie tajemnica. Wprawdzie posłałaś mi wyzwanie, ale sama rozumiesz... - Twoja siła polega między innymi na tym - głos Sygrlinn zabrzmiał niespodziewanie spokojnie - że nigdy nie wiadomo, czy mówisz poważnie, czy żartujesz. Ale czy przeszłość niczego cię nie nauczyła? Tworzyłeś wojowników, potężnych i silnych, odnoszących zwycięstwa, a potem wszystko skończyło się strasznym pogromem i rzeką krwi twoich kontynuatorów! Popełniła błąd, przyjmując moralizatorski ton. Nie znoszę, gdy ktoś mnie poucza. - Pozwolisz, że o tym zadecyduję sam - uciąłem. - Dlaczego wszystkie kobiety, a w szczególności czarodziejki, tak lubią wścibiać nos w nie swoje sprawy? Nie byłbym sobą, gdybym nie podpowiedział mojemu Uczniowi, żeby trzymał się z daleka od waszego rodu! - Czy nie dlatego chcesz uczynić ze swojego Ucznia ascetę, że sam nie miałeś większego powodzenia u naszego, jak się wyraziłeś, rodu? Cios poniżej pasa. - Nie wnikam, jak i czego ty uczysz swoich wychowanków - odparłem, wpadając w złość. Zacisnąłem szczęki. - Więc zostaw mnie w spokoju! - Ja cię zostawię, Hedinie - odparła ze smutkiem. - Ale inni... - Z innymi sobie poradzę! - I odejdziesz na wygnanie, jak poprzednio? Uważaj, tym razem Merlin może odważyć się na coś więcej... Czy kiedykolwiek pozwoliła, żeby ostatnie słowo w dyskusji nie należało do niej?

* Sygrlinn zniknęła - albo rozpłynęła się w powietrzu, co tak lubiła robić, gdy wracała na ziemię, albo wybrała inną, nieznaną mi drogę. Nie wiedziałem, gdzie się podziała, tak czy inaczej na Radzie już jej nie było. Uspokajałem się powoli. Kim teraz była dla mnie Sygrlinn? Dawnym wrogiem, który daje do zrozumienia, że nie miałby nic przeciwko zawarciu pokoju? Starym przyjacielem, który usiłuje mnie uchronić przed popełnieniem fatalnego błędu? W tym momencie uderzył Wielki Zamkowy Dzwon i wszystkie myśli wyleciały mi z głowy. Ożył Dzwon, odlany tak dawno temu, że nawet Starożytnym wydarzenia tamtych dni wydawały się baśnią. Ileż to lat nie słyszałem tego dumnego i władczego brzmienia, płynącego z bezkresów Środkowego Nieba! Zupełnie zapomniałem o jego oddziaływaniu na takich jak ja... Głowę ścisnęło imadło tępego bólu - Rada jeszcze nie do końca zdjęła ze mnie werdykt winy. Gdybym zbliżył się do Zamku w dniach wygnania, przed upłynięciem terminu, dźwięki Dzwonu doprowadziłyby mnie do szaleństwa. Krwawa mgła zasłaniająca moje oczy odpływała powoli i niechętnie. Nadal jednak skręcało mnie z bólu, a twarz zalewał pot. Mag nie może się obejść bez cielesnej powłoki, ale na Wielkiego Ducha, ileż przysparza ona niewygód!... Zresztą tyleż samo co przyjemności. - Hedin, który Poznał Ciemność! - rozległ się płynący zewsząd i znikąd zimny głos. Po raz pierwszy od tysiąca lat wymienił moje imię razem z tytułem. Wielki Merlin, przywódca Rady Pokolenia. Dokładnie tak samo, bez emocji wygłaszał słowa wyroku w dniach mojej klęski. Mimo najszczerszych chęci z potęgą Merlina nie mogłem tu walczyć. Na razie. Kamienne płyty się rozstąpiły i zobaczyłem znajomą do bólu, niezmienioną mimo upływu tysiącleci Salę Rady. Pośrodku ogromny stół z hebanu, na ścianach tkane złotem i srebrem gobeliny z herbami członków Rady, kryształowa Kula Przeznaczenia na marmurowym postumencie w głębi sali i trzynaście par spoglądających na mnie oczu. Tylko trzynaście - Sygrlinn na Radzie nie było. Zacisnąłem zęby. Opór zaczął się, nim zdążyłem przekroczyć próg. Żaden z nich mi nie wierzył. Nie mogli zmienić zatwierdzonego Pieczęcią Wieczności postanowienia i dlatego stałem tutaj, a nie wisiałem przykuty do jednej z Dolnych Ziem... Następnym razem przed tym się nie cofną. Poślą Astralnego Posłańca do samego pałacu Przedwiecznych Władców po decyzję - przecież tak właśnie rozprawili się z Rakotem. Ale nie ja pierwszy naruszę ten kiepski pokój! Posłuszny surowej etykiecie skłoniłem się, dotykając prawą ręką serca. Pod nogami zapłonęła srebrzysta dróżka - od progu do Kuli Przeznaczenia.

Zrobiłem kilka pierwszych kroków. Kręciło mi się w głowie, w skroniach tętniła krew. Usiłowałem trzymać się prosto i już gdzieś w głębi mnie zaczęła wrzeć szalona, obłąkana radość, stopniowo przebijając się do górnych warstw świadomości - jakbym wychodził z zatęchłego bagna miraży na twarde kamienie rzeczywistego świata. Uczeń! Dla mnie to słowo huczało niczym miriady organów, płonęło wszystkimi ogniami wszechświata i Światłem Obiecanego. Znowu wróciłem do życia, znowu żyłem! Trzynaście par spokojnych, obojętnych oczu śledziło każdy mój ruch, czułem nacisk cudzych spojrzeń... Musiałem zamknąć swój umysł - choć wiedziałem, że to jedynie nasili podejrzenia. Lecz jeśli weźmie się za mnie sam Merlin... Mógłbym bronić się tu nawet przed nim, ale wówczas poznałby tajemnicę mojej nowej osłony. Nie wolno nie doceniać sił Wielkiego Maga. I chociaż czułem jego uwagę, jego ostre, przenikające coraz głębiej spojrzenie, ograniczyłem się do zwykłej magicznej obrony, co dla Merlina było niczym stary zamek dawno porzuconego domu dla prawdziwego złodzieja. - Który Poznałeś Ciemność, czas twojej kary minął - rzekł Merlin, nie wstając i patrząc mi prosto w oczy. Ledwie wystarczało mi sił, żeby nie odwrócić wzroku. - Nie możemy dłużej pozbawiać cię prawa do nauczania. Nie liczę na twoją poprawę i mówię o tym otwarcie, przy wszystkich. Jednocześnie muszę cię przestrzec - jeśli powrócisz do dawnych praktyk, przeciwko tobie wystąpi już nie tylko Sygrlinn. Wystąpię ja sam i nie żałując sił, wyślę Astralnego Posłańca po zezwolenie na odpowiednią karę, jeśli znowu się zbuntujesz. Nie radzę ci iść drogą Rakota. A teraz... - Merlin, wbrew wszelkim zwyczajom i tradycjom, nie wstał, żeby razem ze mną sięgnąć po Ziarno Losu z Kuli Przeznaczenia, lecz demonstracyjnie usadowił się wygodniej w fotelu. - Teraz idź i weź to, co należy ci się zgodnie z Prawem Starożytnych. I klnę się na Księżycowego Zwierza, że gdyby nie to prawo, nie stałbyś tu dzisiaj. Merlin nigdy nie zniżał się do oszustw, zasadzek i podstępnych ataków zza węgła, więc jego słowa nie zdumiały mnie, chociaż zabrzmiały niezwykle. Surowe kary istniały od zawsze, lecz po upływie terminu wygnania wszyscy, a przede wszystkim Merlin, usiłowali traktować odstępcę bardzo serdecznie, ani jednym słowem czy gestem nie wracając do przeszłości. Ale jego stosunek do mnie nie był zaskoczeniem. Merlin nie na darmo nosił tytuł Wielkiego, on wiedział to, czego jeszcze długo nie domyśli się żaden z członków Rady: że nie uspokoję się, dopóki nie zajmę - co najmniej - jego miejsca albo dopóki nie zostanę wyrzucony poza granice tego Świata. Przede mną wielkie czyny, zaplanowałem coś niebywałego, coś, do czego przydałoby się stanowisko Przywódcy Rady. I gdyby Merlin nie wypowiedział tych słów, trudno byłoby mi podnieść broń przeciwko niemu. Lecz wojna została wypowiedziana. Trzynastu tworzących Radę Magów powiadomiło mnie, że nie pozwolą, bym zrobił cokolwiek ponad to, co jest ogólnie przyjęte dla Maga. Doskonale! Spróbujcie powstrzymać mnie tym razem!

Przyznaję, że dodawałem sobie w ten sposób animuszu. Wiedziałem, że na razie, aby mnie powstrzymać, wystarczy dwóch czy trzech członków Rady - chociaż musieliby się porządnie wysilić. Lecz jeśli Merlin zdecyduje się wystąpić przeciwko mnie osobiście, będzie ze mną kiepsko. Dziwna rzecz, myśli rozbłyskiwały w mojej świadomości, jakbym wszystko przemyślał gruntownie dawno temu, a przecież wchodząc na płyty Powietrznej Przystani Zamku Wszystkich Starożytnych, miałem pewność, że nie będę musiał walczyć z całą Radą, najwyżej z Makranem i Esteri. Ale nie chciałem kłamać samemu sobie, więc pomyślałem: Wiedziałeś przecież, że nigdy ci nie przebaczą. Wiedziałeś, sam się do tego nie przyznając. Cóż, lepiej późno niż wcale. I od razu musiałem stłumić swoje myśli - Merlin, bezceremonialnie przebijający się do mojego umysłu, niemal pokonał ostatnie bariery mojej ochrony. Ale nie na darmo tak długo wędrowałem między Śmiertelnikami. Ludzie, jakby w ramach rekompensaty za znikomość ich ziemskiej drogi, posiadają zdumiewające talenty, a jednym z nich jest umiejętność wewnętrznego milczenia i błyskawicznej zmiany myśli. Użyłem teraz tego sposobu, zachowując tajemnicę nowej ochrony na czarną godzinę. I jeśli nawet Wielki Merlin przeczytał coś w mojej świadomości, to jedynie irytację z powodu jego natrętnej uwagi. Zatrzymałem się przed Kulą Przeznaczenia. Ziarno Losu Ucznia, którego przeznaczyli mi Przedwieczni, płonęło purpurą, leżąc w swoim kryształowym gnieździe i pulsując w rytm serca dziecka, które jeszcze nie opuściło matczynego łona. Utkwiłem wzrok w Ziarnie - jeszcze nigdy jego kolor nie był tak zbliżony do koloru krwi. To będzie wojownik, wielki wojownik! Panowie Losów niczego nie ukrywali. O, Wszechpotężni Starożytni, ileż było w nim przyrodzonego okrucieństwa! Świetnie. To znaczy, że przyjmie moje nauki od razu, ponieważ będą odpowiadały jego wewnętrznej potrzebie. Trudno byłoby wymarzyć sobie lepszego Ucznia do zamyślonego przeze mnie dzieła. Dzwoneczki ucichły. Wybór został dokonany, pozostawało jedynie wyjąć Ziarno. Powoli wyciągałem do niego rękę, próbując sobie przypomnieć, jak odbywało się to ostatnim razem. Ale wtedy, zgodnie z obyczajem, pomagał mi Merlin, a teraz Przywódca Rady ograniczył się do obserwacji. Nagle mnie olśniło. Chcą, żebym zabił własnego Ucznia od razu przy jego narodzinach! Wszystko odbyłoby się zgodnie z prawem - Mag, który nie zdołał wziąć Ziarna, na długi czas zostaje pozbawiony prawa do wzięcia następnego. Chociaż, z drugiej strony, po długotrwałym wygnaniu ten „długi czas” wydałby mi się okamgnieniem - czymże jest jedno stulecie w porównaniu z dziesięcioma wiekami? No cóż, nie pozostawało mi nic innego, jak podjąć to wyzwanie. Powoli, bardzo powoli musnąłem Ziarno - i nędzarka mieszkająca w rozwalającej się chacie poczuła pierwsze skurcze porodowe. Podążyłem tam wszystkimi siłami świadomości. Zobaczyłem żałosny, zbity z kawałków

desek kulawy stół, wyszczerbione naczynia, łóżko - stertę brudnych łachmanów oraz leżącą na tych łachmanach kobietę. Nikogo przy niej nie było. Nie miałem prawa złościć się na Przeznaczenie czy przeklinać Merlina. Gdy na świat przychodzą Uczniowie Magów, porody są zawsze ciężkie i o wiele bardziej niebezpieczne niż zwykłe. Często zdarza się, że matki umierają, niejednokrotnie umierają również dzieci. Spróbowałem przygasić złowieszczy blask Ziarna, palącego się wewnętrznym płomieniem. Udało mi się, chociaż czułem się tak, jakbym gołymi rękami ściskał rozżarzony do czerwoności metal. Kobieta poczuła krótkotrwałą ulgę. Ale to dawało mi jedynie kilka minut przerwy. Zadanie nadal pozostawało nierozwiązane, a co gorsza, nie widziałem żadnych możliwości rozwiązania! Mogłem zrobić jedną rzecz - zakazaną nie tylko mnie, ale w ogóle wszystkim Magom. Tego sposobu użyto raptem kilka razy i zawsze niezbędna była pomoc całej Rady zebranej w Zamku Starożytnych, żeby od użycia tego środka cały Świat nie stanął do góry nogami. Mimo całej swojej potęgi i wiedzy, Mag nie może bezpośrednio osłonić nikogo przed fizyczną śmiercią z Zamku Starożytnych, musi użyć pośredników, pojawiających się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Zmrużyłem oczy. Bardzo wyraźnie, jakby z lotu ptaka, ujrzałem chatę, otaczające ją pola i ogrody, płoty i szopy, inne domy, drogi... Skoncentrowałem całą swoją wolę, paląc ją w zimnym ogniu Zamkowego Ogniska, i niczym płonący niebiański bolid spadłem na Świat, ognistą klingą rozcinając warstwy Rzeczywistości, zmuszając do wrzenia Rzeki Czasu. Władczo rozsunąłem warstwy bytu, szczodrze czerpiąc siły z arsenału wyposażonego przez Wszystkich Starożytnych. Wypadłem ze zwykłej przestrzeni, nic nie widząc przed sobą, czując jedynie wibrującą pod moimi nogami podłogę. Wokół Zamku szalało ogniste tornado, fala uderzyła w trwałe przypory, stałem się niemy, wchłaniając coraz to nowe strumienie niebywałych wizji, szukałem kogoś, kto mógłby uratować mojego Ucznia. I zanim uwolnione przeze mnie widmowe Smoki Czasu, zamieszkujące jego bezkresne fale, wczepiły się kłami w Świat, znalazłem w końcu człowieka, którego szukałem, i rozcinając, rozrąbując przeszkody, podążyłem wprost do niego... Kupiec poczuł lekkie zawroty głowy. Gdy minęły, podejrzliwy handlarz postanowił na wszelki wypadek odpocząć. Karawana zjechała z traktu i niemal od razu pomocnicy i sam kupiec ujrzeli przekrzywioną chatynkę, z której dobiegały rozdzierające jęki, najwyraźniej kobiece. - Zajrzyj no tam, sprawdź, co się dzieje - polecił kupiec pomocnikowi, który nie bez wstrętu wsunął głowę przez uchylone drzwi. - Baba rodzi, panie! - krzyknął, odwracając się. - Męczy się widać!... - Anzelmie, pomóżcie jej - rzekł kupiec, człowiek dość serdeczny i ludzki.

Jeden z jego towarzyszy, w płaszczu i czapce lekarza, skłonił się i skrył w chacie. Ścianami Zamku wstrząsał niewiarygodny sztorm. Niewidoczne fale oszalałych Mocy przelewały się przez niego, jakby już za chwilę miały wyszarpnąć gwóźdź scalający warstwy Rzeczywistości. Cała Rada z Merlinem na czele zerwała się na równe nogi, tworząc szeroki krąg. Jeśli nie uspokoją wywołanego przeze mnie trzęsienia Świata, Zamek Starożytnych rozpadnie się w pył. Trudno będzie tego uniknąć, ale nie jest to niemożliwe. A ja, nie pozwalając sobie na chwilę przerwy, ostrożnie ciągnąłem Ziarno Losu w górę z jego kryształowego pojemnika. Szalejąca w Rzeczywistościach i Między-Rzeczywistościach burza mało mnie obchodziła. Płomyk Ziarna pulsował między moimi dłońmi. Ostrożnie, starając się nie zachwiać i nie szarpać, wstrzymując oddech, ciągnąłem Ziarno do siebie. Merlin krzyknął głośno, stojąc nad płonącym Zamkowym Ogniskiem, a ja, choć pochłonięty wyjmowaniem Ziarna, nie mogłem nie zachwycić się gigantyczną potęgą, jaką włożył w zaklęcie. Ściągnięte przez niego moce mogły poradzić sobie ze średniej wielkości Ciemną Armią. I gdy zabrzmiały słowa potężnego zaklęcia Merlina, w końcu wyjąłem swoją bezcenną zdobycz. Ziarno Losu leżało na mojej dłoni. ...A doktor Anzelm trzymał na rękach czerwonego, pomarszczonego noworodka, który od razu zaczął głośno, ze złością krzyczeć. Po zaklęciu Merlina burza cichła, wibracje podłogi i ścian powoli słabły. Poczułem zgodne, potężne uderzenia zjednoczonych sił Magów Rady, przesunięte przeze mnie warstwy wszechświata powoli wracały na swoje miejsca. Ziarno Losu schowałem do woreczka na piersi i od razu poczułem płynące od niego ciepło. Nie miałem nic więcej do załatwienia w Zamku (nawet nie wszedłem do swoich komnat), nie było też sensu żegnać się z kimkolwiek. Nie patrząc na nikogo, wyszedłem, aż do samej balustrady czując na plecach zimne spojrzenie Wielkiego Merlina. Zostawiając nieco pieniędzy i jedzenia kobiecie, która powoli dochodziła do siebie po ciężkim porodzie, kupiec polecił ruszać w drogę. Doktor Anzelm osiodłał swojego spokojnego konia, wydawał się czymś nadzwyczaj poruszony, można nawet powiedzieć - wystraszony. - Wygląda pan na bardzo wzburzonego, Anzelmie - zauważył kupiec, który już zapomniał o swoim pragnieniu odpoczynku. - Co pana tak zdumiało? - Zdumiało? - wyszeptał gorączkowo doktor, rozglądając się i nachylając do ucha kupca. - Powiedzcie lepiej - przeraziło! Wiele porodów odebrałem w swoim życiu, ale jeszcze nigdy nie widziałem noworodków z oczami starców! - Czyżby? - zapytał z powątpiewaniem kupiec, człowiek rozsądny i trzeźwo myślący. - Jestem tego absolutnie pewien. - Anzelm skinął głową. - To były oczy złego starca, który

długo żył i wiele widział. A potem wydało mi się, że tracę rozum - te straszne oczy nagle się zmniejszyły, zmieniły i stały się oczami zwykłego dziecka. Brr! Jasny Jamercie, chroń nas przed wizjami Mroku! - Anzelm uczynił ręką gest ochronny. Kupiec powtórzył ten gest, choć bez zbytniej nabożności. Widać było, że opowieść młodego doktora nie wywarła na nim większego wrażenia. Karawana stopniowo skryła się za zakrętem... Odprowadziłem ich wzrokiem, szczelniej otulając się swoim szarym żebraczym płaszczem. Cóż... całkiem sympatyczne miejsce, czysto, niedaleko źródło... Wieś w odległości pół mili, nieopodal las, rzeka... Zaraz zobaczymy, gdzie się tu można urządzić... Chyba tutaj, za wzgórkiem, żeby tak nie ciągnęło od wody. Rozwiązałem worek i wyjąłem naostrzoną siekierę ciesielską. Już po godzinie stał przede mną dość znośny szałas, który miał mi służyć, dopóki nie zdobędę lepszego mieszkania. No cóż, muszę się na razie rozstać z myślami o pałacach i piernatach. Rozłożyłem swoje rzeczy i poszedłem do chaty przez drogę. - Czy można? - zastukałem ostrożnie kosturem w futrynę. Pytanie zadałem wyłącznie z grzeczności, rozeschnięte i popękane drzwi i tak były uchylone. - Kogo tam Ciemność niesie? - odpowiedział ochrypły, słaby głos. - Słyszałem, że dziś urodziłaś, przyszedłem się dowiedzieć, czy czegoś nie potrzeba - wyjaśniłem, na razie nie wchodząc. - Wody albo drew... Jestem twoim nowym sąsiadem. - No, no - kobieta uśmiechnęła się złośliwie w kącie izby (skąd ma jeszcze siłę na złośliwość?). - Przez całe życie tylko szturchali i potrącali, nikt dobrego słowa nie powiedział, a dzisiaj jeden za drugim przychodzą współczuć i pomagać. Wejdź, współczujący, zobaczymy, kim jesteś. Dziecko zaczęło płakać. Wioska, nieopodal której stały nasze chaty, nazywała się Jol. Żeby w niej zamieszkać, nowo przybyły musiał zapłacić podatek, a jeśli nie mógł, nie miał prawa osiedlić się bliżej niż w odległości pół mili od najdalszych domostw. Ze Swawą, matką dziecka, dogadaliśmy się szybko. Z tego, co zrozumiałem, prawdziwą żebraczką nigdy nie była, zresztą o przeszłości mówiła niechętnie, a ja się nie dopytywałem i nie próbowałem wywiedzieć swoimi sposobami - po co mi to? I tak już wkrótce nie mogła się beze mnie obejść. W jej ramionach chłopiec zanosił się płaczem, nawet najedzony, u mnie na rękach natychmiast się uspokajał i zasypiał. Ponadto znalazłem wspólny język ze starszym Jolu i zacząłem korzystać za grosze z ludzi i bydła. Potem przepowiedziałem pogodę, zawstydzając wiejskich znawców, i na wiosnę ja i Swawa mogliśmy już zamieszkać we wsi, lecz kobieta nie chciała. Nie mogła zapomnieć ludziom krzywd i poniżeń. To akurat było mi na rękę. Im mniej świadków, tym lepiej. Nie da się ukryć, że Swawa okazała się złą matką. Tak przywykła do mojej pomocy, że już

po kilku miesiącach nawet nie prosiła, lecz domagała się pieniędzy na alkohol. Dawałem jej, żeby móc samemu zająć się Hagenem. Nadałem mu to imię na cześć mojego drugiego Ucznia, który zmarł na moich oczach - Hagena z Tron je, zaufanego królów Wormsu; o ich strasznej śmierci ułożono niemało pieśni. Już wkrótce chłopiec całkowicie przeszedł pod moją opiekę. Minął rok, bogaty i obfity, potem drugi... Hagen rósł, nazywał mnie dziadkiem, zadawał ciągle pytania „dlaczego”, aż wreszcie, pewnego pięknego dnia, gdy skończył sześć lat, oznajmił, że chce się nauczyć bić. W duchu otarłem pot z czoła - i zacząłem go uczyć. Pół roku później Hagena bali się już wszyscy chłopcy, nawet czternastoletnie wyrostki. Gdy skończył osiem lat, odebrał życie swemu pierwszemu Wrogowi - groźnemu wilkowi, stając przeciwko niemu ze scyzorykiem. Trzy lata później wieś spalono za zaleganie z podatkami. Pijany strażnik uderzył mieczem Swawę, ściskającą kurczowo worek mąki, i od razu upadł - Hagen skoczył mu na ramiona z belki sufitowej, bez wahania wbijając ostry nóż w miejsce pod uchem. Ja w tym czasie leżałem bez ruchu, udając, że straciłem przytomność pchnięty przez strażnika, który wdarł się do chaty, i w milczeniu obserwowałem Hagena. Chłopak nie zawiódł moich oczekiwań. Trząsł mną ze wszystkich sił, wołał, ale to stropienie trwało zaledwie kilka sekund. Potem chwycił odpowiedni środek z mojego worka i ja „odzyskałem przytomność”. - Żyjesz? Nie złamał ci nic? Stał przy mnie z krwią zabitego przez siebie człowieka na rękach i łzami złości w oczach. - Trochę tylko poturbował. To nic, wydobrzeję. Zuch z ciebie! - Byśmy im dali, gdybyś nie upadł! - Jeszcze odpłacimy im za wszystko, za twoją matkę również. Ale w tym celu musisz się uczyć. - Będę! Będę! A ty... będziesz mnie uczył? - Oczywiście, Hagenie.

Rozdział 3 Po rozstaniu z Frodim i Gudmundem Hagen pojechał na południe. W drodze nie spotkał żadnej żywej istoty. Do kamienistych zboczy głębokiego wąwozu, przez który jechał, przytulały się jedynie stare sosny. Kary źrebiec szedł naprzód, posłuszny jeźdźcowi, ale czasem, przestraszony, zaczynał chrapać i zapierać się, a wtedy Hagen musiał zsiadać i uspokajać konia. Mimo palącego niemiłosiernie słońca nie zdjął zbroi - od kilku godzin czuł na plecach czyjś wrogi, nieludzki wzrok. Mimo to się nie odwracał. Z doświadczenia wiedział, że nieczłowiek albo atakuje od razu, albo nie atakuje wcale. W okolicach Żywych Skał nie było ani garryd, ani hedów. Jedynie mormaty, ludojadysamotnicy, koszmarne twory Rakota z czasów rozkwitu jego potęgi, pół ośmiornice, pół ptaki, czasami zapędzały się tutaj, żeby zapaść w czarny sen w Płomiennej Dolinie. Żyła tu również jeszcze jedna istota, do której właśnie zmierzał Hagen. Wiedział, że w sprawie Garma najlepiej byłoby poradzić się Nauczyciela, ale ten wyruszył na jedną ze swych zagadkowych wędrówek i do jego powrotu - a nigdy się nie spóźniał - pozostawały dwa miesiące. Garmem, Psem karmionym w Helu mięsem nieboszczyków, należy zająć się jak najszybciej, w przeciwnym razie... Czarownik mówił, że wtedy Bogowie zstąpią z niebios przed czasem, a to oznaczałoby fiasko wszystkich, z takim trudem przygotowywanych zamysłów! I dopóki wieści nie dotarły do Tronów Władców, on, Hagen z Jolu, tan Hedinseyu, musi sam pokonać potwora. Ale kto, do licha, z takim uporem wpatruje się w jego plecy? Przecież wiadomo, że do Żywych Skał ludzie tak po prostu nie chodzą, panujący w tym miejscu strach przegoni każdego, prócz tego, kto, podobnie jak Hagen, umiał Kierować i Podporządkowywać. Ale kto mógł tak bezczelnie gapić się w plecy człowieka posiadającego te umiejętności? Co to za dziwne śledzenie, jeśli to było śledzenie? A może to jakiś niedoświadczony amator ludzkiego mięsa? Tan demonstracyjnie po raz kolejny sprawdził, czy miecz łatwo wysuwa się z pochwy. Słynna błękitna stal musiała dać prześladowcy do myślenia. Znali ją wszyscy, nawet najgłupsze garridy i bezmózgie hedy. Nie mówiąc już o Nocnych Amazonkach. Jednak uparte spojrzenie nie zniknęło. Hagen wzruszył ramionami. Dobrze, chce patrzeć, to niech sobie patrzy. Załatwić skradającego się z tyłu nieczłowieka można, ale to dość kłopotliwe, zresztą po co? Nikt nie zaryzykuje starcia ze Starym Hroptem, a do niego właśnie zmierzał tan. O Hropcie wiedzieli wszyscy, lecz niewielu ośmielało się pojawiać w jego majętnościach. Powiadano, że jest jakoś związany z Orlangurem i Demogorgonem. A tych dwóch wszyscy żywi - oczywiście z wyjątkiem Mądrych - bali się bardziej niż śmierci czy hańby. Uważano, że nad jednym i drugim sprawują obaj władzę. Dlatego Hropt miał do czynienia z wieloma, ale nikt nie ważył się mieć do czynienia z nim. Hagen podejrzewał (Nauczyciel nieraz o tym wspominał), że siły Żywych Skał słuchają właśnie Hropta. Staremu udało się stworzyć niewielki zakątek, w

którym był niemal wszechpotężny. Wąwóz zamienił się w wąski kamienisty parów, wilgotny i zimny, pod końskimi kopytami niespodziewanie coś zamruczało, posypało się kilka kamieni. Ostatnie ostrzeżenie dla szaleńca, który zdołał dotrzeć do samych Wrót. Trzeba się tu zatrzymać, zanim pojawią się Kamienni Strażnicy. Ciekawe, jak poradzi sobie z nimi ten, kto szedł z tyłu? Hagen wyjął z przytroczonej do siodła torby zapasowy płaszcz, omotał nim źrebcowi łeb, potem odpasał miecz, odłożył łuk i kołczan. Przeciwko Kamiennym Strażnikom wszelka broń jest bezsilna. Można mieć jedynie gołe ręce. I wolę. Z góry stoczył się potężny głaz, z iskrzeniem i łoskotem uderzając w inny. Strażnicy są w pobliżu, a istota, która szła z tyłu, nadal tu jest i chyba nigdzie się nie spieszy. Ta postać ciekawiła Hagena nie mniej niż czekające go spotkanie z Hroptem. Skała po prawej stronie pękła z hukiem, niczym przejrzały owoc. Deszcz ostrych odłamków przysypał wszystko wokół (Hagen zdążył wymówić Zaklęcie Odgrodzenia, chroniąc siebie i konia), a potem z rozwalonych kamiennych ruin wyłoniła się potworna istota. Sam jej wygląd mógł pozbawić przytomności nawet straceńczo odważnego człowieka. Ogromna głowa kołysała się na cienkiej, wężowej szyi, potężny tułów podtrzymywały cztery kolumnowe nogi, stwór pędził, groźnie wyciągając przed siebie długie szponiaste łapy oplecione grubymi sznurami mięśni. Czy raczej czegoś przypominającego mięśnie - ciało Strażnika składało się z drobnych i średnich kamieni. Hagen błyskawicznie spiął się i rozluźnił. Tylko Śmiertelni, którzy nie przeszli Wtajemniczeń, wychodzą na podobne z podobnym. Miecz odbijają mieczem, słowo słowem (do czasu, oczywiście), na widok kamiennego stwora też pewnie złapaliby kamień. Mądrzy uczą inaczej. W Przyrodzie świerk daje świerk, wilczyca rodzi wilczęta, wszystko, co żyje, rodzi sobie podobne. W Magii zaś coś daje początek swojemu przeciwieństwu. Skały nie można rozbić podniesionym z ziemi otoczakiem, ale może to zrobić ludzka ręka pozbawiona stalowej powłoki. Dlatego Hagen stanął naprzeciw Kamiennego Strażnika bezbronny, z zaciśniętymi pięściami, jakby chciał wziąć udział w publicznej walce młodzików. Ale Kamienny Strażnik nie zwrócił na młodego tana najmniejszej uwagi i przemknął obok niego, rycząc jak setka głodnych lwów goniących zdobycz. Hagen osłupiał. Czegoś takiego jeszcze nie widział, o czymś takim nie słyszał, coś takiego nie przyszłoby mu do głowy. Potworna istota, twór Żywych Skał pędził nie na niego, istotę z krwi i kości, lecz na jego niewiadomego prześladowcę. „Padnij!”. Zanim świadomość Hagena odebrała ten wściekły krzyk, ten rozkaz przychodzący z zewnątrz, ciało już go wykonało - i w samą porę. Prześladująca tana istota doskonale wiedziała, do czego zdolni są rozwścieczeni Kamienni Strażnicy, i wykorzystała okazję, próbując

dosięgnąć człowieka. Połyskliwy stalowy dysk ściął tanowi lok włosów na karku i z wizgiem wbił się w kamień. Rozległ się zgrzyt i broń miotająca zadrżała w szczelinie otoczonej obłoczkami kamiennego kruszywa. Hagen poczuł, jak robi mu się zimno w środku. Przeciwko niemu użyto rzeczy legendarnej, tak śmiercionośnej, że nawet Nauczyciel przypominał sobie jedynie dwa wypadki, gdy człowiekowi udało się przeżyć zetknięcie z nią. Dysk Jamerta! Nauczyciel opowiadał o Wielkiej Świątyni Słońca w stolicy Strzeżonego Królestwa, gdzie na wysokich tarasach skąpanych w słonecznych promieniach, w pucharach z kryształu trzymano pięć takich Dysków niczym największe relikwie. Kapłani Jamerta władają potężnymi siłami, podporządkowując sobie różne magiczne istoty - pytanie tylko, dlaczego Świątynia Słońca postanowiła zabić Hagena! Tymczasem Kamienny Strażnik dobiegł do krzaków, w których czaił się wysłannik Światła. Hagen usłyszał ryk potwora, a potem pełen nienawiści i gniewu okrzyk bojowy, z jakim wojownicy zadają wrogowi ostatni cios. Krzyczała kobieta. W odpowiedzi Strażnik ogłuszająco ryknął i zaczęła się walka. Jednak Hagen nie mógł jej obserwować - patrzył wyłącznie na Dysk. Przed tą bronią nie można się ukryć - raz rzucony, Dysk sam znajdzie swój cel. W tych rzadkich wypadkach, gdy ofiara zdoła się uchylić, Dysk Jamerta, nawet wbity w kamień, ziemię, drzewo czy utopiony w rzece, wyrwie się na wolność i dopadnie tego, który mu został przeznaczony. Dysk drwi sobie ze wszelkich zbroi, tnie żelazo jak cienkie płótno i dopiero stygnąc w krwi ofiary, uspokaja się i wraca do ręki tego, kto go posłał. Wibrując z lekkim buczeniem, Dysk Jamerta zaczął powoli wysuwać się z kamienia. Po raz drugi Hagen nie może liczyć na szczęście... Z rozmachu chlasnął nożem po swoim lewym nadgarstku. Ciepłe strużki krwi spłynęły w podstawioną dłoń. Szybciej, szybciej... Dysk miał do pokonania ostatni cal... Nie czekając, aż garść się wypełni, Hagen wylał na Dysk swoją krew. W tej samej chwili śmiercionośna, połyskliwa broń wyskoczyła wreszcie z kamienia i zastygła, zdezorientowana krwią człowieka, którego miała zabić. Hagen czym prędzej chlusnął następną garść. Dysk z lekkim brzękiem potoczył się po kamieniach w stronę krzaków, skąd go rzucono. Uwierzył. Oddychając szybko, Hagen upadł plecami na kamienie, nawet nie czując bólu. Oszukał Dysk. Nie na darmo był Uczniem Maga. W chwilę później prawą ręką już przewiązał płótnem rozcięty nadgarstek lewej i pobiegł za Dyskiem, wyciągając miecz. Czasu miał niewiele - za chwilę broń wróci do rąk wroga. Biegł tak, jak go uczono, i tylko nieludzko bystre oko mogłoby dojrzeć jego cień migający w prześwitach między głazami. Niełatwo jest tak biec, prócz znajomości Słów Mocy trzeba

wiedzieć, co zrobić, by słowa zadziałały. Tymczasem między Kamiennym Strażnikiem i niewiadomym prześladowcą Hagena trwała zaciekła walka. Coś ze świstem cięło powietrze, nie stal, raczej krótki bat, i ten dźwięk raz po raz zagłuszał wściekły ryk Strażnika. Kim była istota potrafiąca stawić opór niemal niepokonanemu potworowi? Przygotowując się do starcia z Kamiennym Strażnikiem, Hagen nie liczył na zwycięstwo, strażnik miał zobaczyć w nim „swojaka”. Twór Żywych Skał nigdy nie zaatakowałby tana z taką nienawiścią... A skoro ten, kto śledził Hagena, był taki silny, to jak go pokonać? Niespodziewanie Kamienny Strażnik zawył dziko w przedśmiertnej męce i umilkł, z hurgotem upadając na ziemię. Gdy hałas upadku ucichł, ucho Hagena wychwyciło krótki jęk, żałosny, pełen zdumienia i niemal dziecięcej urazy. Głowa Kamiennego Strażnika rozpadła się na drobne kamyczki, a nieco wyżej, wśród stratowanych krzaków, tan zobaczył smukłe dziewczęce ciało - zaszklone oczy spoglądały w niebo, szary płaszcz Nocnej Amazonki był zachlapany krwią, prawa ręka nienaturalnie wygięta... Gdyby Frodi i Gudmund mogli zerknąć na zabitą, uznaliby ją za rodzoną siostrę widzianej przez nich czarownicy. I nie pomyliliby się zbytnio. Hagen uważnie obejrzał martwą dziewczynę. Właściwie nie wyglądała na typową Nocną Amazonkę, ale przy bliższych oględzinach trudno było nie dostrzec charakterystycznej pionowej źrenicy, jak u drapieżnych ptaków. Nauka mistrza nie poszła w las i tan Hedinseyu patrzył na zabitą jak na przedmiot, który należy zbadać, nie czując przy tym ani żalu, ani wstrętu. Dysk Jamerta spokojnie leżał obok ciała, lecz Hagen nawet nie wyciągnął do niego ręki. Nauczyciel pewnie umiałby go wziąć, ale on na razie dysponował niewystarczającą wiedzą. Za chwilę Połyskliwy krążek dostanie rozkaz powrotu do świątyni i wyruszy w daleką drogę. Biada temu, kto zechce go pochwycić! Nocna Amazonka nie miała przy sobie żadnej innej broni. Hagen znalazł jedynie wymyślny klucz od zamka, wyraźnie krasnoludzkiej roboty. Schował go do kieszeni - przyjrzy mu się później, znacznie bardziej zainteresował go niegasnący cień świadomości młodej czarownicy. Zamknął oczy i wyciągnął rękę nad głową dziewczyny. To, co zobaczył, było bardzo niezwykłe jak na Nocną Amazonkę. Jednobarwny u ludzi i jednoznacznie szary u zwykłych wiedźm, ten cień okazał się wielobarwny, szarość i czerń łączyła się z błękitem i zielenią, a na krawędziach barw delikatnie świeciła gasnąca teraz złota nitka. Nauczyciel wspominał o tym... To przecież znak związku z siłami magicznymi! Co powiedziałby Hagen, gdyby wiedział, że w cieniu jego własnej świadomości jest identyczna nić - jak u wszystkich Śmiertelników, którzy stali się Uczniami Magów? *

Tan spieszył się, poganiał konia niepewnie stąpającego po ostrych kamieniach. Do siedziby Starego Hropta pozostało jeszcze kilka lig, noc nadciągała nieubłaganie, a wraz z jej nadejściem wszystkie siły Żywych Skał zwrócą się przeciwko Hagenowi - wysuszą jego mózg i młody tan upadnie wśród skał z pustymi, wypalonymi oczodołami... Kamienny Strażnik zginął, Hagen nie wydobył od niego Zaklęcia Przejścia, pozostając dla Żywych Skał jedynie nienawistnym, ciepłokrwistym stworzeniem. Gdy po zachodzie słońca na niebo wzejdzie blady, zabójczy księżyc, skały zyskają swą prawdziwą moc. Jeśli Hagen nie zdąży dotrzeć do Hropta, będzie z nim bardzo źle. Oto kolejna zagadka, myślał Uczeń Maga. Ktoś bardzo potężny postanowił ze mną skończyć. Kto i dlaczego? Próbował przypomnieć sobie ludzi, którzy mogliby pragnąć jego śmierci i jeszcze nie zostali wysłani do Helu, ale szybko stracił rachubę. Który z nich stoi wystarczająco wysoko, żeby namówić kapłanów Jamerta do zwrócenia się przeciwko tanowi Hedinseyu? A może, przemknęła niespokojna myśl, może to któryś z wrogów Nauczyciela? Łamanie sobie nad tym głowy nie miało sensu. Nauczyciel zawsze mawiał: „Skoncentruj się na tym, co możesz zrobić”. Teraz trzeba znaleźć się jak najszybciej pod dachem Hropta i właśnie o tym należy myśleć. Zdążył. Na szarych cielskach gór jeszcze nie zgasły promienie zachodzącego słońca, a już ukazała mu się okrągła dolina leżąca u wyjścia z wąwozu. Właśnie tam do zbocza przytuliło się domostwo Hropta zbudowane z niewyobrażalnie starych bierwion. Dwie dłuższe ściany, odsunięte od zbocza góry, zamykała wąska fasada z jednym oknem i drzwiami, niskimi i szerokimi. Nieco z boku stała szopa z koniowiązem. Hagen narzucił wodze na hak, nasypał źrebcowi owsa i głośno zastukał rękojeścią miecza w okute brązem drzwi. - Wejdź, kimkolwiek jesteś! - zahuczał w odpowiedzi niski głos. - Wchodź, otwarte. Hagen pchnął drzwi i wszedł, kłaniając się nisko futrynie. W obszernej sieni panował półmrok, pęki zawieszonych pod sufitem ziół pachniały aromatycznie. Skąd Hropt je bierze? Przecież tu jak okiem sięgnąć kamienna pustynia! Następne drzwi otworzył już sam gospodarz, wychodząc gościowi na spotkanie. Stary Hropt był wysoki i barczysty, mijające lata nie zdołały pochylić jego pleców, miał iście królewską postawę. Poprzecinana głębokimi zmarszczkami twarz z orlim nosem i szerokimi łukami brwi była twarzą wojownika, który wiele widział, niejedno przeżył i nigdy nie został pokonany. Można go było wziąć za szanowanego jarla czy nawet króla południowych wybrzeży. Jego oczy płonęły takim ogniem, że tylko nieliczni mogli wytrzymać to spojrzenie. Na przykład Mag Hedin. Hropt nosił zwykłe odzienie z szarego płótna, ale na jego wzorzystym pasie wisiał krótki,