wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 064 046
  • Obserwuję1 392
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 551 773

Nora Roberts - Celebryci I Smierc

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts - Celebryci I Smierc.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 115 osób, 105 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 527 stron)

NORA ROBERTS pisząca jako J.D.Robb

Celebryci i śmierć Tytuł oryginału: CELEBRITY IN DEATH Od sławy do niesławy wiedzie szeroka droga. THOMAS FULLER Żądza władzy, dominacji nad innymi rozpala serce bardziej niż inne namiętności. TACYT Rozdział 1 Z frustracją i pewnym żalem przyglądała się za- mordowanemu mężczyźnie. Leżał na kanapie koloru do- brego merlota, krew utworzyła plamę na jasnoszarej koszuli poniżej serca, w którym tkwił srebrny skalpel. Beznamiętnie i z ponurą miną spoglądała na trupa, pokój, a także tacę z artystycznie ułożonymi owocami i se- rem, ustawioną na niskim stoliku. – Znowu z bliskiej odległości. – Jej głos, podobnie jak wzrok, był wyprany z wszelkich emocji. Wyprostowała się. – Wyłączył androida, zaprogramował domowy sys- tem zabezpieczeń na „Nie przeszkadzać”. A potem się po- łożył, nie przejmując się, że ktoś może tu wejść, pochylić się nad nim. Może zażył środki uspokajające. Zlecimy ba- danie toksykologiczne, ale nie sądzę, żeby wyniki coś wy- kazały. Znał ją. Nie obawiał się o życie, kiedy weszła do tego poko-

ju. Skierowała się do drzwi. Na korytarzu ładna blon- dynka siedziała na podłodze, głowę wsparła na rękach; obok niej stała, uśmiechając się z wyższością, świeżo upie- czona pani detektyw, mocno zbudowana młoda kobieta o krótkich włosach. Zatrzymała się na progu, tyłem do zamordowanego. – Cięcie! Kapitalnie zagrane. Na znak reżysera w makiecie gabinetu nieżyjącego Wilforda B. Icove’a juniora zapanował zgiełk i harmider. Porucznik Eve Dallas, która kiedyś stała w praw- dziwym gabinecie Icove’a nad trupem – lecz wtedy denat nie usiadł i nie podrapał się po tyłku, jak teraz ten mężczy- zna – otrząsnęła się z dziwnego uczucia déjà vu. – Ale super, no nie? – Peabody wykonała obok niej krótki, powściągliwy taniec, unosząc i opuszczając obcasy różowych, kowbojskich butów. – Naprawdę jesteśmy na planie zdjęciowym i oglądamy siebie. I całkiem dobrze się prezentujemy. – To upiorne. A jeszcze bardziej upiorne, pomyślała Eve, było widzieć siebie – albo kogoś bardzo do siebie podobnego – zmierzającego ku niej z szerokim, zadowolonym uśmie- chem na twarzy. Chyba się tak nie uśmiecha, co? To naprawdę upiorne. – Porucznik Dallas, świetnie, że udało się pani wpaść na plan. Marzyłam o poznaniu pani. – Aktorka wyciągnęła

rękę. Eve nie pierwszy raz widziała Marlo Durn, ale po- przednio ta kobieta była lekko opaloną blondynką o ciem- nozielonych oczach. Patrząc teraz na jej krótkie, zmierzwione, brązowe włosy, brązowe oczy, a nawet płyt- ki dołeczek w brodzie, taki sam jak jej, poczuła się odrobi- nę nieswojo. – I detektyw Peabody. – Marlo oddała garderobia- nej długi, skórzany płaszcz, w którym przed chwilą grała – kopię płaszcza podarowanego Eve przez męża, kiedy pro- wadziła śledztwo w sprawie Icove’ów. – Jestem pani zagorzałą fanką, pani Durn. Widzia- łam wszystkie filmy z pani udziałem. – Marlo – poprawiła aktorka Peabody. – Ostatecz- nie jesteśmy partnerkami. A więc co panie o tym myślą? – Wskazała dekoracje, a na jej palcu błysnęła obrączka ślub- na, identyczna z tą, którą nosiła Eve. – Bliskie to rzeczywi- stości? – Tak – przyznała Eve. Zupełnie jak prawdziwe miejsce zbrodni z kręcącymi się wokół ludźmi. – Roundtreemu, to znaczy reżyserowi, zależy na maksymalnym autentyzmie. – Marlo skinęła głową w kie- runku przysadzistego mężczyzny, pochylonego nad moni- torem. – I zawsze udaje mu się dopiąć swego. Między innymi dlatego uparł się, żeby wszystko kręcić w Nowym Jorku. Mam nadzieję, że udało się paniom tu rozejrzeć, zo- rientować się, jak wygląda nasza praca. Jak tylko się do- wiedziałam o zamiarze nakręcenia tego filmu, bardzo chciałam dostać tę rolę. Nawet jeszcze przed przeczyta-

niem książki Nadine Furst. A pani, obie panie, to przeżyły naprawdę. Och, plotę trzy po trzy. Roześmiała się krótko, swobodnie. – Skoro już mowa o wielkich fankach... Od miesię- cy staram się wczuć w postać Eve Dallas. Nawet parę razy towarzyszyłam parze detektywów, kiedy Roundtreemu nie udało się nakłonić pani ani pani komendanta, byście się zgodzili, żebym razem z K. T. z bliska przyjrzała się wa- szej pracy. I – ciągnęła, nie dając dojść Eve do słowa – do- piero wtedy w pełni zrozumiałam, dlaczego nie wyraziliście zgody. – Cieszę się. – Znów mówię od rzeczy. K. T.! Chodź tu i poznaj prawdziwą detektyw Peabody. Pochłonięta dyskusją z Roundtreem aktorka spoj- rzała w ich stronę. Eve dostrzegła na jej twarzy irytację, którą dopiero po chwili zastąpiła mina, przybierana – zdaniem Eve – na użytek publiczności. – Cóż za zaszczyt. – K. T. uścisnęła im ręce, zmie- rzyła Peabody wzrokiem od stóp do głów. – Zapuszczasz włosy. – Tak jakby. Dopiero co widziałam cię w filmie „Łza”. Byłaś absolutnie rewelacyjna. – Porwę Dallas na kilka minut. – Marlo wzięła Eve pod rękę. – Napijmy się kawy – zaproponowała, odciąga- jąc Eve z planu zdjęciowego i prowadząc przez makietę drugiego piętra domu Icove’ów. – Producenci załatwili dla mnie gatunek kawy, którą pani pije, no i się od niej uzależ-

niłam. Poprosiłam swoją asystentkę, żeby przygotowała dla nas wszystko w mojej przyczepie. – Nie musi pani wrócić na plan, Marlo? – Moja praca w dużej mierze składa się z czekania. Przypuszczam, że podobnie, jak praca policjantów. – Ma- szerując szybkim krokiem w wysokich butach, spodniach z szorstkiej tkaniny, z bronią w kaburze – Eve przypuszcza- ła, że to rekwizyt – Marlo poprowadziła ją przez studio fil- mowe. Mijały plany zdjęciowe, sprzęt, grupki ludzi. Eve przystanęła na widok makiety sali ogólnej wy- działu. Biurka pełne papierzysk, tablica, której widok spra- wił, że cofnęła się w czasie do poprzedniej jesieni, boksy, porysowana podłoga. Brakowało jedynie gliniarzy... I zapachu rafinowa- nego cukru, kiepskiej kawy oraz potu. – Wszystko jak trzeba? – Tak... Chociaż chyba jest trochę większa niż w rzeczywistości. – Na ekranie nie będzie wyglądała na taką dużą. Tuż obok odtworzyli również pani gabinet, więc mogą mnie czy innych kręcić, jak tędy przechodzimy. Chce pani rzucić okiem? Minęły atrapę ściany, jakieś puste pomieszczenie, które– jak przypuszczała Eve – też nie będzie widoczne na ekranie, i znalazły się w niemal idealnej makiecie jej gabi- netu w komendzie. Odtworzono nawet wąskie okno, ale wychodziło na studio, nie na Nowy Jork. – Komputerowo wygenerują widok, budynki, ruch powietrzny – powiedziała Marlo, kiedy Eve podeszła do

okna, żeby przez nie wyjrzeć. – Już kręciliśmy tu kilka scen, podobnie jak scenę w sali konferencyjnej, gdy przed- stawiła pani spisek... Icove, Unilab, Brookhollow Acade- my. Dialog bez żadnych poprawek wzięto z książki. Podobno moje kwestie niewiele się różnią od tego, co na- prawdę pani wtedy mówiła. Nadine świetnie udało się wpleść wydarzenia autentyczne we wciągającą fabułę. Chociaż przypuszczam, że rzeczywistość była rów- nie emocjonująca. Ogromnie panią podziwiam. Zaskoczona i lekko speszona, Eve się odwróciła. – To, czym się pani zajmuje na co dzień – ciągnęła Marlo ~jest niezwykle ważne. Jestem dobra w tym, co ro- bię. Jestem cholernie dobra w tym, co robię, i uważam, że moja praca jest ważna. Może nie tak ważna, jak rozpraco- wanie szajki o światowym zasięgu, zajmującej się klono- waniem ludzi, ale bez sztuki, opowieści i tych, którzy w nich występują, świat byłby smutniejszy. – Z całą pewnością. – Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, uświadomiłam sobie, że nigdy nie grałam postaci, której tak bardzo chciałam oddać sprawiedliwość. Nie tylko z uwagi na to, że może mi ona przynieść Oscara – chociaż ta złota błyszcząca statuetka pięknie by się prezentowała na kominku – ale ponieważ to ważna rola. Wiem, że przyglą- dała się pani kręceniu tylko jednej sceny, ale mam nadzie- ję, że gdyby dostrzegła pani jakiś fałsz, coś, co by pani nie pasowało, powiedziałaby mi pani o tym. – Wszystko mi pasowało. – Eve wzruszyła ramio- nami.

– Tyle tylko, że to dziwne i według mnie trochę niesamowite patrzeć, jak ktoś, udający mnie, robi to, co ja robiłam, mówi to, co powiedziałam. Skoro więc czułam się dziwnie, musiało być wszystko jak należy. Marlo uśmiechnęła się szeroko. Nie, pomyślała Eve, z całą pewnością ja tak się nie uśmiecham. – Świetnie. – A tutaj... – Eve obróciła się wśród dekoracji, uda- jących jej gabinet. – Odczuwam nieprzepartą ochotę, by usiąść za biurkiem i zabrać się do pracy papierkowej. – Carmandy byłaby zachwycona, gdyby to usłysza- ła. Jest głównym scenografem. Napijmy się tej kawy. Wkrótce znów będę potrzebna na planie. Kiedy wyszły na październikowe słońce, Marlo po- wiedziała, wskazując ręką: – Jeśli pójdziemy tędy, zobaczy pani makiety nie- których pomieszczeń z domu Roarke’a i Dallas. Są olśnie- wające. Czy Preston, asystent reżysera, powiedział pani, że chcą zrobić kilka zdjęć pani i Peabody podczas waszej wi- zyty w studiu? Wykorzystają je później w kampanii pro- mocyjnej. Zajmuje się nią Valerie Xaviar, rzeczniczka praso- wa wytwórni. Ona tym wszystkim dyryguje. – Coś mi się obiło o uszy. Marlo znów się uśmiechnęła i krótko, lekko uści- snęła ramię Eve. – Wiem, że niespecjalnie się pani do tego pali, ale to będzie ogromna reklama dla filmu... Wszyscy aktorzy i

cała ekipa realizatorska bardzo się ucieszą. Mam nadzieję, że dziś wieczorem pojawi się pani na kolacji razem z Roar- kiem. – Mamy taki zamiar. – Nie uda się od tego wymi- gać, pomyślała Eve. Marlo spojrzała na nią i wybuchnęła śmiechem. – Żałuje pani, że nie ma pani jakiejś pilnej sprawy, by móc się wykręcić od tej kolacji. – Chyba rzeczywiście jest pani dobra w tym, co robi, Marlo. – Będzie fajniej, niż pani przypuszcza. Co nie takie trudne, bo uważa pani, że to będą katusze. – Czy założyliście podsłuch w moim gabinecie? – Nie, ale lubię sobie wyobrażać, że wiem, co się dzieje w pani głowie. – Marlo dotknęła skroni. – Dlatego wiem, że będzie się pani bawiła znacznie lepiej, niż pani przypuszcza. I po- kocha pani Juliana. Doskonale naśladuje Roarke’a – jego akcent, mowę ciała, to nieuchwytne poczucie władzy i zmysłowość. A poza tym jest przystojny, zabawny, czaru- jący. Bardzo lubię z nim pracować. Czy prowadzi pani te- raz jakieś śledztwo? – Właśnie zakończyliśmy jedno kilka dni temu. – Sprawę Ośrodka Whitwood? Tak przynajmniej określają ją w mediach. Jak już powiedziałam, jestem na bieżąco. Ale nawet jeśli sama nie prowadzi pani śledztwa, nadzoruje pani inne dochodzenia, zeznaje w sądzie, kon- sultuje się z pracownikami swojego wydziału. Ma pani mnóstwo spraw na głowie. Zajmowanie się...

Marlo urwała, bo nagle zabrzęczał komunikator Eve. – Dallas. – Dyspozytor do porucznik Eve Dallas. Proszę na- tychmiast udać się na Zachodnią Trzecią numer dwanaście. Podejrzenie zabójstwa. – Potwierdzam. Już tam jadę razem z detektyw De- lią Peabody. – Rozłączyła się i zatelefonowała do Peabody. – Mamy pilne wezwanie. Spotkamy się koło moje- go wozu. Wcisnęła komunikator do kieszeni i spojrzała na Marlo. – Przykro mi. – Ależ rozumiem. Dostała pani nową sprawę, aku- rat kiedy się tu zatrzymałyśmy. To prawdopodobnie głupie pytanie, ale jakie to uczucie, kiedy otrzymuje się wiado- mość, że ktoś nie żyje? – Że pora zabrać się do pracy. Dziękuję za oprowa- dzenie mnie po studiu. – Pokazałam pani jedynie drobny jego fragment. Wytwórnia Big Bang Productions właściwie odtworzyła świat Dallas tu, w Chelsea Piers. Będziemy tu kręcić jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie, może trzy. Może jeszcze się uda pani tu zajrzeć. – Może. Muszę już iść. Zobaczymy się wieczorem, jeśli obowiązki zawodowe mi pozwolą. – Powodzenia. Eve wróciła na parking dla VIP–ów, gdzie zostawi-

ła swój wóz. Nie cieszyła się, że ktoś zginął, ale skoro lu- dzie i tak umierają, nie była nieszczęśliwa, że dzięki nowej sprawie uniknie tej głupiej sesji zdjęciowej. Pomyślała, że Marlo Dum jest ujmująca, może tro- chę afektowana, ale ujmująca, inteligentna i niemęcząca. Lecz musiała przyznać, że było trochę denerwujące patrzeć na kogoś tak podobnego do siebie. W dodatku w pomiesz- czeniu tak przypominającym to, gdzie ona zwykle przeby- wa. Świat Eve Dallas. Hm. – Wiadomo było, że dostaniemy nową sprawę. – Pojawiła się zdyszana Peabody. – Ale tu fajnie! I Preston... Preston Sty- kes, asystent reżysera, powiedział, że mogę zagrać epizod! W przyszły weekend będą kręcili sceny plenerowe, mogę być przechodniem... Pokażą mnie z bliska, może nawet dostanę jakąś kwestię. Założę się, że wyskoczy mi jakiś pryszcz. – Dotknęła ręką twarzy, jakby sprawdzała. – Za- wsze człowiekowi wyskakują pryszcze, kiedy pokazują go w zbliżeniu. – To dla mnie nie pierwszyzna... Zbliżenia, nie pryszcze. Nie interesują mnie twoje pryszcze. – To będzie mój pierwszy występ w filmie. – Delia usadowiła się na miejscu dla pasażera, a Eve usiadła za kierownicą. – A dziś wieczorem będziemy się zadawać z wiel- kimi tego świata na przyjęciu. Zjem kolację z gwiazdami filmu, z celebrytami, w eleganckiej rezydencji przy Park

Avenue, należącej do jednego z najbardziej rozrywanych reżyserów z Hollywood, poznam najpotężniejszego i naj- bardziej szanowanego producenta, założyciela wytwórni Big Bang Productions. – Przestała sprawdzać, czy wysko- czyły jej jakieś pryszcze, i przycisnęła dłoń do żołądka. – Trochę mnie mdli. – Będziesz mogła się wyrzygać w eleganckim ki- belku w domu jednego z najbardziej rozrywanych reżyse- rów z Hollywood. – Roundtree ciebie szukał. Już chciał wysłać gońca, żeby cię odnalazł. – Doświadczałam surrealistycznego przeżycia, bę- dąc oprowadzaną przez swojego sobowtóra po swoim wła- snym wydziale. – Och! Moje biurko! Mogłam usiąść przy swoim biurku. Mogłam usiąść za twoim biurkiem. – Nie. – Przecież to tylko plan zdjęciowy. – Itak nie. – Jesteś wredna. Druga ty jest miła. Pozwoliła mi zwracać się do niej po imieniu. A druga ja wydaje się tro- chę jędzowata. – No proszę. Znaleźli odpowiednie aktorki do obsa- dzenia w roli ciebie i mnie. – Bardzo śmieszne, cha, cha, cha. Rozmawiała ze mną może przez trzydzieści sekund, a potem zaczęła mnie olewać. I wiesz, co powiedziała? – Skąd mam wiedzieć, skoro mnie przy tym nie było?

– To ci powiem. – Peabody, z nachmurzoną miną wyglądając przez okno, włożyła swoje okulary przeciwsło- neczne ze szkłami we wszystkich kolorach tęczy. – Powie- działa, że jeśli Nadine przedstawiła w swojej książce mój wierny portret, to proponuje mi kurs asertywności. W prze- ciwnym razie wiecznie pozostanę podwładną albo w naj- lepszym razie pomagierką. Bo ze swoją uległą postawą nigdy nie awansuję. Eve ogarnęła irytacja. Jej partnerka była wystarcza- jąco asertywna, by spowodować wszczęcie śledztwa i po- łożyć kres działalności nieuczciwych gliniarzy. – Nie wydaje się trochę jędzowata, tylko jest stu- procentową jędzą. A ty nie jesteś podwładną. – Racja. Jestem twoją partnerką. Zgoda, jesteś pa- nią porucznik, ale to nie znaczy, że jestem podlizującą się podwładną, we wszystkim uległą. – Wykonywanie rozkazów to nie przejaw służal- czości, tylko cecha dobrego gliniarza. Poza tym często się mądrzysz. – Wielkie dzięki. Bardzo się sobie nie podobałam. – Mnie dużo się w tobie nie podoba. Mojej drugiej mnie też. – Teraz już nic z tego nie rozumiem. – Marlo i K. T. niezbyt się nawzajem lubią. Widać to, gdy nie pokazuje ich kamera. Kiedy reżyser zawołał „cięcie”, każda poszła w swoją stronę, nie rozmawiały ze sobą ani na siebie nie patrzyły, póki Marlo nie zawołała K. T., żeby przywitała się z nami. – Chyba mam klapki na oczach, bo tego nie zauwa-

żyłam. Ale masz rację. Chyba trudno tak blisko z kimś współpracować, udawać wzajemną sympatię i szacunek, kiedy naprawdę czuje się coś innego. – Dlatego nazywa się to grą. – Mimo wszystko. Och, i myślę, że ta druga ja ma większy tytek ode mnie. – Z całą pewnością. – Naprawdę? – Peabody, właściwie nie przyglądałam się jej tył- kowi i rzadko mam okazję oglądać twój. Ale chętnie przy- znam, że ma większy tyłek od ciebie, jeśli sprawi ci to przyjemność i będziemy mogły przestać rozmawiać o lu- dziach Hollywood. – Dobra, tylko jeszcze jedno. Druga ja jest również kłamczuchą. Powiedziała, że musi się przygotować do następnej sceny, ale kiedy mijałam przyczepy w drodze na parking dla VIP–ów, zobaczyłam ją... I usłyszałam. Waliła w drzwi jednej z przyczep, wydzierając się na całe gardło: „Wiem, że tam jesteś, ty łobuzie, otwórz te cholerne drzwi”. I tym podobne rzeczy. – Czyja to była przyczepa? – Nie wiem, ale K. T. była maksymalnie wkurzona i w ogóle się nie przejmowała tym, że ktoś ją usłyszy, a kręciło się tam mnóstwo osób. – Zawsze mówiłam, że jesteś jędzą, masz okropny charakter i brak ci klasy. Peabody westchnęła i się uśmiechnęła. – Ale nie jestem podwładną.

– Skoro to uzgodniłyśmy – powiedziała Eve, za- trzymując się za radiowozem – może zajmiemy się tym trupem. – Wizyta na planie zdjęciowym, trup i kolacja z ce- lebrytami. To naprawdę dobry dzień. *** Ale nie dla Cecila Silcocka. On zakończył już swój dzień na kafelkach w lam- parci wzór we własnej wyrafinowanej kuchni. Krew z rany na głowie utworzyła kałużę na złotych płytkach w czarne cętki. Zdaniem Eve w efekcie podłoga trochę przypomina- ła śmiertelnie ranne zwierzę. Rana Cecila z całą pewnością była śmiertelna. Krew wsiąkła również w cieniutki, biały, kaszmirowy szla- frok, który miał na sobie, zanim jego głowa weszła w kon- takt z tępym przedmiotem o solidnym ciężarze, a następnie z kafelkami. Sądząc po ranie ciętej na czole, Eve się domy- śliła, że Cecil uderzył głową również w kant czarnej wyspy kuchennej ze złotym blatem. Poza tym w kuchni, aneksie jadalnym, salonie, sy- pialni, pokoju gościnnym i łazience panował idealny po- rządek, wszystkie pomieszczenia przypominały wzorcowe ekskluzywne pokazowe mieszkanie. – Brak śladów włamania – poinformował Eve funk- cjonariusz, stojący w drzwiach. – Małżonek ofiary jest w sypialni. Mówi, że wyjechał z miasta na dwa dni, wrócił do domu wcześniej – był spodziewany dopiero po południu – i znalazł zwłoki. – Gdzie jego walizka?

– W sypialni. – Zapoznajmy się z zapisami kamer monitorują- cych. – Małżonek mówi, że kiedy się pojawił, alarm był wyłączony. Twierdzi, że ofiara często zapominała aktywować alarm. – I tak sprawdzimy zapisy kamer. – Eve wrzuciła z powrotem do torby puszkę z substancją zabezpieczającą i ukucnęła obok zwłok. – Peabody, potwierdź tożsamość, określ godzinę zgonu. Uderzono go czymś z całych sił w lewą część głowy, skroń, oczodół. Czymś szerokim, cięż- kim i płaskim. – Potwierdzam, że ofiara to Cecil Silcock, lat pięć- dziesiąt sześć, zameldowany pod tym adresem. Od czte- rech lat w związku małżeńskim z Paulem Havertoem. Jest właścicielem i dyrektorem zarządzającym firmy „Dobre czasy”, organizującej przyjęcia. – Dla niego to już koniec dobrych czasów. – Eve przysiadła na piętach i rozejrzała się wokoło. – Brak śla- dów włamania. A mieszkanie wygląda, jakby je posprząta- ły i wychuchały dobre duszki. Ma na palcu obrączkę – założę się, że platynową – z wielkim brylantem. Raczej można wykluczyć kradzież jako motyw. Z uwagi na biżu- terię i sporo sprzętu elektronicznego najwyższej klasy, któ- ry można łatwo wynieść. – Zgon nastąpił o dziesiątej trzydzieści sześć. Skoro jest tak ubrany i brak śladów włamania, to znaczy, że mu- siał znać zabójcę. Wpuścił go, przyszedł tutaj, może aby

zaparzyć kawę albo coś w tym rodzaju. Buch! – i po Ceci- lu. – Być może. Albo, skoro jest tak ubrany, Cecil miał towarzystwo pod nieobecność swego małżonka, którą to nieobecność w mieście potwierdzimy. Przyszedł tu, żeby przygotować śniadanie, a osoba, dotrzymująca mu towa- rzystwa, walnęła go z całych sił. Albo małżonek wrócił, stwierdził, że Cecil jest niegrzecznym chłopcem, i rąbnął go w głowę. Wrócił mundurowy. – Alarm był wyłączony przez ostatnich dwadzieścia osiem godzin, pani porucznik. Nie ma nic z ostatniej nocy ani dzisiejszego ranka. – Rozumiem. Zacznijcie wypytywać sąsiadów. Może ktoś coś widział. Eve włożyła mikrogogle i uważnie obejrzała zwło- ki. – Cecil jest równie czyściutki, jak mieszkanie. Pachnie cytrynami. – Przybliżyła twarz do twarzy denata, wciągnęła powietrze nosem. – Ale czuję również kawę. Wziął prysznic i napił się kawy, zanim oberwał w głowę. Nie widać obrażeń, świadczących, że się bronił, ani innych ran. Otrzymał cios, upadł, uderzył głową o kant wyspy, a drugą skronią o kafelki. Dziwne, prawda? – Dlaczego? – Wszystko jest takie czyste, takie wysprzątane. – Denat był człowiekiem schludnym. – Być może. Prawdopodobnie tak. – Eve zdjęła go- gle, wyprostowała się. – Brak autokucharza. Co to za dom?

– Zajrzała do lodówki. – Wszystko bardzo świeże i też lśni czystością. – Zaczęła otwierać szafki, szuflady. – Dużo garn- ków, rondli, gadżetów, naczyń, kieliszków i te pe. – Wy- ciągnęła wielką, ciężką patelnię. Szeroką, o płaskim dnie. – Waży swoje. – Och, moja babcia ma taką. Żeliwna. Przysięga, że dostała ją od swojej babki. Eve przyjrzała się patelni, znów przykucnęła, wło- żyła gogle, by jeszcze raz zbadać ranę z boku głowy Ceci- la. Wyciągnęła z torby jeszcze jeden przyrząd, dokonała pomiaru. Skinęła głową. – Pasuje. Umieść w torbie na dowody i podpisz. Niech technicy sprawdzą, czy są na niej jakieś ślady. Czyli Cecil miał towarzystwo, przyszli tu razem, stanęli koło wy- spy kuchennej. Ale brak śladów, że coś gotowali, a ponie- waż nie ma tu autokucharza, jak w każdej normalnej kuchni w znanym, cywilizowanym świecie, musiał korzy- stać z naczyń. A co z kawą? – Stoi tutaj urządzenie przypominające ekspres. Wsypuje się całe ziarna kawy, wlewa wodę, urządzenie samo miele ziarna i parzy kawę. – Ale jest czyste i puste. – Może nie zdążył przygotować kawy, nim oberwał w głowę. – Czuć od niego kawę. Nie przyszedł tu z zabójcą, który walnął go ciężkim przedmiotem. Założę się, że to że- liwne naczynie okaże się narzędziem zbrodni. Jeśli je wy- jął, gdzie jest cała reszta, to, co zamierzał ugotować? Jeśli

kłóci się z kimś, czy myśli o szykowaniu śniadania? Dlaczego zabójca nie zostawił narzędzia zbrodni na wierzchu albo nie zabrał go z sobą? Zamiast tego umył je i odstawił na miejsce. – Jeśli szykujesz śniadanie, co robisz w pierwszej kolejności? – Kawę. – Wszyscy tak robią i Cecil zdradził mi, że postąpił identycznie. Ale nie ma kawy, nie ma kubka ani filiżanki. Peabody zacisnęła usta, zmrużyła oczy i próbowała zobaczyć to, co widziała Eve. – Może już zjadł czy zjedli, posprzątali. A potem doszło do sprzeczki. – Możliwe, ale jeśli tak, czy ta patelnia nadal była na widoku, by ktoś mógł nią walnąć Cecila? Wszystko odłożono na miejsce, a ona została pod ręką? Bo to... – Uniosła zabezpieczoną patelnię. – To narzędzie, które na- winęło się pod rękę. Ktoś się wkurzył, złapał ją, walnął. Nie otworzył szuflady, by ją wyjąć, wybrać akurat tę, a po- tem zadać cios. Peabody połączyła kropki. – Uważasz, że to sprawka małżonka, który szybko wszystko posprzątał, a potem dopiero wezwał policję. – Ciekawa jestem, jak Havertoe dostał się do mieszkania. Pora na pogawędkę z nim. Eve zwolniła mundurowego, siedzącego z Haverto- em, zlecając mu pójść do kolegi, który przepytywał sąsia- dów. Tak jak kuchnia, główna sypialnia mogła wystąpić w reklamie Modnego Miejskiego Domu. Od smukłych srebr-

nych słupków i narzuty w biało–czarne pasy, na której sta- rannie rozmieszczono białe i czarne poduszki, przez błysz- czące, lustrzane komody i dzieła sztuki o osobliwie wygiętych liniach, po falisty wazon z jednym spiczastym, czerwonym kwiatem, który według Eve mógł ukrywać pod płatkami ostre, cienkie jak igły ząbki. Przed szerokimi drzwiami na taras siedział skulony na kanapie o srebrnym oparciu i czerwonych poduchach Paul Havertoe, międląc w ręku mokrą chusteczkę. Eve oceniła, że jest jakieś dwadzieścia lat młodszy od martwego małżonka. Gładka, przystojna twarz była opalona na jasnozłoto, co stanowiło przyjemny kontrast z karmelową, bujną czupryną. Miał na sobie eleganckie, uprasowane w kant dżinsy i nieskazitelnie białą koszulę. Eve przypuszczała, że ich właściciel sporo czasu spędza w siłowni. Kiedy spojrzał na Eve, zobaczyła, że oczy miał ko- loru śliwkowego, w tej chwili spuchnięte od płaczu. – Jestem porucznik Dallas, a to detektyw Peabody. Bardzo mi przykro w związku z poniesioną przez pana stratą, panie Havertoe. – Cecil nie żyje. Eve wyczuła poprzez łzy odrobinę melasy i magno- lii. – Wiem, że to trudne chwile, ale musimy zadać panu kilka pytań. – Bo Cecil nie żyje. – Tak. Dla pana bezpieczeństwa nagramy tę rozmo- wę, panie Havertoe.

I przeczytam panu przysługujące panu prawa, żeby miał pan pełną jasność w tej kwestii. Dobrze? – Czy to konieczne? – Tak będzie lepiej. Postaramy się, żeby trwało to jak najkrócej. Czy chciałby pan, żeby się z kimś skontakto- wać w pana imieniu, z przyjacielem, członkiem rodziny, zanim zaczniemy? – Nie... Nie mogę myśleć. – Jeśli uzna pan, że chciałby, by ktoś panu towarzy- szył, proszę nam powiedzieć. – Usiadła naprzeciwko nie- go, odczytała przysługujące mu prawa. – Czy rozumie pan swoje prawa i obowiązki? ~Tak. – Dobrze. Wyjechał pan z miasta? – Byłem w Chicago u klienta. Przygotowujemy im- prezy. Wróciłem dziś rano i... – Wrócił pan dziś rano z Chicago. O której godzi- nie? – Wydaje mi się, że koło jedenastej. Planowałem, że wrócę nie wcześniej niż o czwartej, ale udało mi się szybciej wszystko załatwić. Chciałem zrobić Cecilowi niespodziankę. – Czyli przebukował pan bilet na wcześniejszy lot? – Tak, właśnie to zrobiłem. Udało mi się przylecieć wcześniejszym wahadłowcem, załatwić transport z lotni- ska, żeby zrobić Cecilowi niespodziankę. – Dusząc szloch, przycisnął mokrą chusteczkę do twarzy. – Wiem, że doznał pan okropnego wstrząsu. Z usług jakiej firmy przewozowej pan skorzystał, panie Ha-

vertoe? Dla porządku. – Zawsze korzystamy z usług Delux. – Rozumiem. I kiedy znalazł się pan w domu – cią- gnęła Eve, gdy Peabody cicho wyszła z pokoju – co pan zobaczył? – Wszedłem, wniosłem tu torbę, ale Cecila nie było w sypialni. – Czy zwykle przebywał w domu o tej porze dnia? – Dziś miał pracować w domu. Po południu umówił się z klientem. Powinienem do niego zadzwonić. – Beznamiętnie rozejrzał się po pokoju zapłakanymi oczami. – Powinie- nem... – Pomożemy panu. Co zrobił pan potem? – Zawołałem go... Jak to się zwykle robi. Pomyśla- łem, że musi być w gabinecie. Gabinet sąsiaduje z kuchnią, okno wychodzi na podwórze, bo kiedy Cecil pracuje, lubi spoglądać na nasz mały ogródek. I zobaczyłem go na pod- łodze. Nie żył. – Czy czegoś pan dotykał w kuchni? – Dotknąłem Cecila. Wziąłem go za rękę. Nie żył. – Zna pan kogoś, kto pragnąłby śmierci Cecila? – Nie. Nie. Wszyscy kochają Cecila. – Nieco te- atralnym gestem przycisnął mokrą chusteczkę do serca. – Kocham Cecila. – Jak pan przypuszcza, kogo wpuścił do środka, bę- dąc tylko w szlafroku? – Myślę... – Havertoe z trudem próbował opanować drżenie ust. – Myślę, że Cecil miał romans. Myślę, że spo-

tykał się z kimś. – Dlaczego tak pan myśli? – Kilka razy późno wrócił do domu i... Świadczyły o tym różne rzeczy. – Czy rozmawiał pan z nim o tym? – Wszystkiemu zaprzeczył. – Kłóciliście się? – Wszystkie pary się kłócą. Byliśmy szczęśliwi. Uszczęśliwialiśmy się nawzajem. – Ale miał romans. – Przelotny. – Havertoe otarł oczy. – Nie trwałby długo. Ten, z kim się spotykał, musiał go zabić. – A z kim według pana się spotykał? – Nie wiem. Z jakimś klientem? Z kimś, kogo po- znał na jednej z naszym imprez? Spotykamy masę ludzi. Jest wieczna pokusa zboczenia z drogi. – Macie imponujące mieszkanie, panie Havertoe. – Jesteśmy z niego bardzo dumni. Często przyjmu- jemy gości. Tego zresztą wymaga nasza praca. I to dobra reklama dla nas. – Przypuszczam, że dlatego posprzątał pan kuchnię – rzuciła od niechcenia Eve, kiedy wróciła Peabody. – Nie chciał pan, żeby ludzie zobaczyli bałagan. – Słucham? – Czy Cecil przygotowywał śniadanie, kiedy pan wrócił wcześniej, niż się pana spodziewał? Czy już zjadł? Czy coś świadczyło, że nie był sam? Że zdradzał pana pod pańską nieobecność? Był bardzo niegrzecznym chłopcem. – Nie żyje. Nie powinno się tak o nim mówić.

– O której godzinie wrócił pan do domu? – Jak już powiedziałem, chyba koło jedenastej. – To dziwne, panie Havertoe – odezwała się Peabo- dy. – Bo pański wahadłowiec wylądował o ósmej czter- dzieści pięć. – Miałem kilka spraw do załatwienia... – A kierowca z Delux przywiózł pana pod dom o dziewiątej dziesięć. – Poszedłem na spacer. – Z bagażem? – Eve przechyliła głowę. – Niepraw- da. Wszedł pan do domu o dziewiątej dziesięć i zaczę- liście się kłócić z Cecilem, kiedy jeden z was lub obaj pa- rzyliście kawę, szykowaliście śniadanie. Chciał pan wiedzieć, z kim był Cecil, kiedy pan bawił w Chicago. Chciał pan, żeby Cecil przestał pana zdradzać. Po- kłóciliście się, złapał pan żeliwną patelnię, zamachnął się nią. Był pan wściekły. Tyle pan dla niego zrobił, a on nie potrafił dochować wierności. Któż mógłby mieć panu za złe, że poniosły pana nerwy? Nie chciał go pan zabić, prawda, Paul? Tylko w gniewie zamachnął się pan patel- nią. – Nie zrobiłem tego. Wszystko panie źle zrozumia- ły. – Nieprawda. Wrócił pan do domu wcześniej. Przy- puszcza! pan, że przyłapie go pan z kimś? – Nie, nie, to nie tak. Chciałem mu sprawić niespo- dziankę. Chciałem, żeby wszystko było po staremu. Przy-

rządziłem dla niego jego ulubione śniadanie! Koktajl Mi- moza z sokiem z mandarynki, kawę orzechową, jajka Be- nedict, francuską grzankę malinową. – Zadał sobie pan wiele trudu. – Wszystko przyrządziłem własnoręcznie, zastawi- łem stół jego ulubioną porcelaną. – A on tego nie docenił. Poświęcił pan tyle czasu i trudu, żeby przyrządzić dla niego coś wyjątkowego, a on tego nie docenił. – Potem... Potem poszedłem na spacer. Poszedłem na spacer, a kiedy wróciłem, nie żył. – Nie, Paul. Pokłóciliście się, uderzył go pan. To był odruch. Był pan taki zły, że złapał pan patelnię i za- machnął się nią. A potem było już za późno. Więc sprząt- nął pan kuchnię, odłożył wszystko na miejsce. – Kiedy martwy Cecil leżał na podłodze, pomyślała Eve. – Wyszo- rował pan żeliwną patelnię. – Ze śladami krwi na dnie. – Wszystko pan wysprzątał, tak, jak lubił Cecil. – Nie chciałem tego zrobić! To był wypadek. – Rozumiem. – Oświadczył, że chce rozwodu. Robiłem dla niego wszystko, opiekowałem się nim. Powiedział, że go przytła- czam, że ma dosyć tego, że grzebię w jego rzeczach, sprawdzam jego rozkład dnia, ciągle do niego wydzwa- niam. Miał tego dosyć. Miał dosyć mnie. Przygotowałem dla niego śniadanie, a on zażądał rozwodu. – Przykre – zauważyła Eve.