wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 194 456
  • Obserwuję1 454
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 744 291

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 09 -Aż po grób

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 09 -Aż po grób.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 47 osób, 52 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 370 stron)

J.D. ROBB Aś PO GRÓB Dla bogów jesteśmy niczym muchy dla swawolnych chłopców, zabijają nas dla zabawy Szekspir

Polityka, w pospolitym rozumieniu tego słowa, jest rzeczą nieczystą Jonathan Swift

PROLOG Drogi Towarzyszu. My, Kasandra. Zaczęło się. Wszystko, nad czym pracowaliśmy, do czego przygotowywaliśmy się, ćwicząc, czemu poświęciliśmy Ŝycie, jest gotowe do akcji. Po jakŜe długim brzasku nareszcie nadchodzi świt. Osiągniemy postawiony ponad trzydzieści lat temu cel. Spełnimy obietnicę. Pomścimy krew męczennika. Wiemy, Ŝe się o nas troszczysz - Wiemy, Ŝe jesteś rozwaŜny. To cechy mądrego przywódcy. Uwierz, Ŝe wzięliśmy do serca Twoje rady i ostrzeŜenia. Moratorium w tej sprawiedliwej i okrutnej wojnie nie przerwiemy bitwą, która mogłaby się skończyć poraŜką. Jesteśmy doskonale wyposaŜeni, nasza sprawa ma wielkie poparcie finansowe, rozwaŜyliśmy wszelkie ewentualności i posunięcia. Wysyłamy Ci, Drogi Przyjacielu i Towarzyszu, tę transmisję, radośnie przygotowując się do kontynuowania naszej misji. Cieszymy się, przelana juŜ została bowiem pierwsza krew. Okoliczności postawiły na naszej drodze godnego, jak się o tym przekonasz, przeciwnika. Dołączyliśmy do tego przekazu dossier porucznik Eve Dallas z tak zwanej Policji Miasta Nowy Jork, Wydziału Zabójstw, abyś mógł poznać ją lepiej. Pokonanie takiego przeciwnika sprawi, Ŝe nasze zwycięstwo będzie jeszcze słodsze. Ponadto jest ona jednym z symboli zepsutego i represyjnego ustroju, który zamierzamy zniszczyć. Na to miejsce skierowała nas Twoja mądra rada. śyjemy wśród śałosnych pachołków stojącego na glinianych nogach ustroju, nosimy nasze uśmiechnięte maski, ale gardzimy ich miastem i całym systemem ucisku i rozkładu. Dla ich ślepych oczu staliśmy się jednymi z nich.

Gdy poruszamy się po rozpustnych i plugawych ulicach, nikt nie zadaje nam pytań. Jesteśmy niewidzialni, cienie pośród cieni, tacy, jakimi Zgodnie z Twoją nauką i Tego, którego oboje kochaliśmy, powinni być najprzebieglejsi bojownicy. A gdy zniszczymy jeden po drugim symbole tego spasionego społeczeństwa, demonstrując naszą sile. i nasz jasny projekt nowego królestwa, tamci zadrŜą. Zobaczą nas i przypomną sobie o Nim. Pierwszym symbolem pełnego chwaty naszego zwycięstwa będzie Jego pomnik. Na Jego podobieństwo. Jesteśmy wierni i mamy długą pamięć. Jutro usłyszysz pierwszy odgłos bitwy. Opowiadaj o nas wszystkim zwolennikom, wszystkim wiernym. My, Kasandra. 1 Tej właśnie nocy jakiś Ŝebrak umarł niezauwaŜony pod ławką w Parku Greenpeace. Profesor historii upadł zakrwawiony z podciętym gardłem metr od frontowych drzwi swego mieszkania za dwanaście kredytów, które miał w kieszeni. Jakiejś kobiecie ugrzązł w gardle ostatni okrzyk, gdy padała pod pięściami kochanka. Ale niezaspokojona śmierć nadal zataczała koło swym kościstym palcem, aŜ wetknęła go radośnie między oczy niejakiego J. Clarence'a Bransona, pięćdziesięcioletniego wiceprezesa firmy „Narzędzia i Zabawki Bransona”. Był to człowiek sukcesu, bogaty, nieŜonaty, nie byle kto i nie bez przyczyny współwłaściciel wielkiej międzyplanetarnej korporacji. Drugi syn z trzeciej generacji Bransonów, zaopatrujących świat i jego satelity w urządzenia i przyrządy słuŜące rozrywce, Ŝył z gestem. I tak samo umarł. Serce J. Clarence'a przeszyła jednym z jego przegubowych wierteł stalowooka kochanka, która, po przyszpileniu go do ściany, zgłosiła wydarzenie

policji, po czym usiadła, sącząc spokojnie czerwone wino do chwili, gdy na miejsce przybyli pierwsi funkcjonariusze. Siedząc wygodnie w fotelu z wysokim oparciem, ustawionym naprzeciwko wirtualnego ognia, nadal sączyła wino, podczas gdy porucznik Eve Dallas badała zwłoki. - Jest z całą pewnością martwy - rzuciła zimno do Eve. Nazywała się Lisbeth Cooke i zarabiała na Ŝycie jako szef reklamy w firmie swego nieŜyjącego kochanka. Miała czterdzieści lat, była niewątpliwie pociągająca i uchodziła za świetnego pracownika. Wiertło Branson 8000 jest znakomitym narzędziem, zaprojektowanym po to, by zadowolić zarówno fachowców, jak hobbystów. Jest bardzo mocne i precyzyjne. - Ho, ho. - Eve przypatrywała się twarzy ofiary. Wypielęgnowanej i interesującej, na której śmierć wyrzeźbiła rys przykrego zdumienia. Przód niebieskiego szlafroka nasiąknięty był krwią, która rozlewała się połyskliwą kałuŜą po podłodze. - Nie ma wątpliwości, dokonano tego tutaj. Peabody, poinformuj pannę Cooke o przysługujących jej prawach. Gdy asystentka przystąpiła do działania, Eve nadal dokumentowała czas i przyczynę śmierci. Nawet w przypadku dobrowolnego przyznania się do winy sprawcy morderstwa naleŜało postępować zgodnie z przepisami. Narzędzie będzie wzięte jako dowód rzeczowy, ciało zabrane i poddane sekcji, a miejsce zabezpieczone. Dając znak ekipie dochodzeniowej, aby przystąpiła do pracy, Eve przeszła kilka kroków po królewskim czerwonym dywanie i siadła naprzeciwko Lisbeth przy interesującym ogniu kominka, który bił obfitym ciepłem oraz światłem. Nic nie mówiła, czekając przez chwilę na reakcję szykownej brunetki w Ŝółtym jedwabnym kostiumie, śmiesznie spryskanym świeŜą krwią. Nie uzyskała jednak niczego więcej oprócz uprzejmie pytającego spojrzenia. - A więc... czy zechce mi pani o tym opowiedzieć?

- Oszukiwał mnie - stwierdziła apatycznie Lisbeth. - Zabiłam go. Eve przyjrzała się jej stanowczym zielonym oczom, zobaczyła w nich gniew, ale nie dostrzegła ani wstrząsu, ani Ŝalu. - Czy pokłóciliście się? - Powiedzieliśmy sobie parę słów. - Lisbeth podniosła kieliszek z winem do swych pełnych, umalowanych warg, mających ten sam intensywny winny kolor. - Większość z nich wyszła ode mnie. J.C. myślał powoli. - Wzruszyła ramionami, wywołując szelest jedwabiu. - Akceptowałam to, a nawet uwaŜałam, Ŝe pod wieloma względami jest to miłe. Ale my zawarliśmy układ. Poświęciłam mu trzy lata Ŝycia. Nachyliła się, jej oczy przepełniły się złością, kryjącą się pod pozorami chłodu. - Trzy lata, czas, w którym mogłabym zainteresować się czymś innym, zawrzeć jakiś inny układ, być w innych związkach. Ale byłam wierna. On nie był. Wciągnęła powietrze, znów się wyprostowała, niemal się uśmiechnęła. - Teraz on nie Ŝyje. - Tak, to zauwaŜyliśmy. - Eve usłyszała obrzydliwe cmoknięcie oraz zgrzyt, gdy ekipa usiłowała usunąć z ciała i kości długi stalowy brzeszczot. - Panno Cooke, czy przyniosła pani to narzędzie z zamiarem uŜycia go jako broni? - Nie, naleŜało do J.C. On czasem zajmował się majsterkowaniem. Chyba właśnie to czynił - zastanawiała się, rzucając przelotne spojrzenie na ciało, które w balecie upiornych ruchów odrywała od ściany ekipa działająca na miejscu zbrodni. - Zobaczyłam je tutaj, na stole, i pomyślałam sobie, och, Ŝe się znakomicie nadaje. Prawda? Więc podniosłam je i włączyłam. No i uŜyłam go. Nie moŜna było prościej, pomyślała Eve i podniosła się. - Panno Cooke, ci funkcjonariusze wezmą panią na komendę. Będę musiała zadać pani trochę więcej pytań.

Lisbeth posłusznie dopiła resztkę wina i odstawiła kieliszek. - Wezmę tylko płaszcz. Peabody kiwała głową, widząc, jak Lisbeth narzuca drugie, czarne futro z norek na zakrwawiony jedwab i prześlizguje się między dwoma mundurami policjantów z całą ostentacją kobiety zmierzającej na następną, ekscytującą imprezę towarzyską. - Rety, to przekracza wszelkie wyobraŜenia. Przewierca faceta, a potem podaje nam sprawę jak na talerzu. Eve otuliła się skórzaną kurtką i uwaŜnie, uŜywając rozpuszczalnika, oczyściła ręce z krwi oraz posmarowała je kremem. - Ekipa, kiedy skończy pracę, niech opieczętuje to miejsce. Nie udowodnimy jej morderstwa pierwszego stopnia. Takie właśnie było, ale załoŜę się, Ŝe w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wniesiona zostanie prośba o uznanie go za zabójstwo bez premedytacji. - Nieumyślne zabójstwo? - Autentycznie wstrząśnięta, Peabody z otwartymi ustami patrzyła na Eve. Wchodziły właśnie do windy, aby zjechać na dół. - Daj spokój, Dallas. W Ŝadnym wypadku. - Oto sposób. - Eve spoglądała w ciemne, oddane oczy Peabody, przyglądała się jej prostej, szczerej twarzy, ukrytej pod przyciętymi równo włosami i policyjną czapką. Prawie Ŝałowała, Ŝe musi zachwiać jej niezłomną wiarą w system. - Potwierdzenie, Ŝe wiertło naleŜało do zamordowanego, będzie wskazaniem, Ŝe nie ona przyniosła narzędzie zbrodni. Wyklucza to premedytację. Teraz jest w niej duma i spora doza szaleństwa, ale po kilku godzinach w celi, jeśli jeszcze nie przed osadzeniem w areszcie, odezwie się w niej instynkt samozachowawczy i wezwie prawnika. Jest inteligentna, więc będzie się mądrze broniła. - Tak, ale mamy tu zamiar. Zły zamiar. Właśnie złoŜyła zeznanie do akt. Była to wielka księga praw. O ile Eve wierzyła bardzo w tę księgę, jednocześnie wiedziała, Ŝe jej karty często bywają zamazane.

- I wcale nie musi się wypierać tego zabójstwa, wystarczy, aby upiększyła sytuację. Kłócili się. Była zdruzgotana, wyprowadzona z równowagi. Być moŜe groził jej. W chwili gniewu, a moŜe lęku, chwyciła za wiertło. Eve wyszła z windy, przeszła przez obszerny hali z róŜowymi, marmurowymi kolumnami i lśniącymi ornamentami z motywem drzew. - Chwilowe ograniczenie poczytalności - kontynuowała. - MoŜliwe, Ŝe szarpanina w obronie własnej, chociaŜ to bzdura. Ale Branson miał około metra osiemdziesięciu centymetrów wzrostu przy wadze stu kilogramów, a ona około metra sześćdziesięciu i pięćdziesięciu kilogramów. Mogło tak być. Następnie w szoku natychmiast powiadamia policję. Nie próbuje uciekać albo zaprzeczać temu, co zrobiła. Bierze na siebie odpowiedzialność, czym zyskuje w oczach członków ławy przysięgłych, jeśli w ogóle dojdzie do procesu. OskarŜyciel publiczny wie o tym, więc będzie apelował. - To przykre. - Będzie miała czas - powiedziała Eve, gdy wyszły na zewnątrz i przejął je chłód tak dojmujący, jak dojmujące było cierpienie wzgardzonej kochanki, teraz juŜ znajdującej się w areszcie. - Straci pracę, zaciągnie niemały kredyt na adwokata. Zrobi, co tylko będzie mogła. Peabody rzuciła okiem na pojazd do przewoŜenia zwłok. - Ta sprawa powinna pójść gładko. - Bywa, Ŝe często najwięcej kantów mają te na pozór gładkie. - Otwierające drzwi swego samochodu, Eve uśmiechnęła się. - Rozchmurz się, Peabody. Doprowadzimy sprawę do końca, ona z tego nie wyjdzie. Czasem trzeba się zadowolić tym, co się ma. - Nie wygląda na to, by go kochała. - Jakby w odpowiedzi na uniesione brwi Eve, Peabody wzruszyła ramionami. - To dało się łatwo poznać. Była tylko wściekła, bo on rŜnął inne. - Ale ostatecznie to ona go przerŜnęła. A więc pamiętaj, wierność popłaca.

Natychmiast po włączeniu silnika zapiszczał samochodowy wideofon. - Tu Dallas. - Cześć, Dallas. Tu Ratso. Eve spojrzała na szczurzą twarz i niebieskie, rozbiegane jak szklane kulki oczy, które pojawiły się na ekranie. - Nigdy bym tego nie odgadła. Wciągnął ze świstem powietrze, co mogło uchodzić za śmiech. - Taa, prawda. Taa. Więc słuchaj, Dallas, mam cosik dla ciebie. A moŜe byśmy się spiknęli i ubili interes? W porząsiu? - Jadę teraz do centrali. Prowadzę sprawę. A moja zmiana skończyła się przed dziesięcioma minutami, więc... - Mam cosik dla ciebie. Prima wiadomości. Warte czegoś. - No, zawsze tak mówisz. Nie zabieraj mi czasu, Ratso. - To jest naprawdę niezłe. - Niebieskie oczy ruszały się na jego chudej twarzy jak paciorki. - Mogę być w Brew w ciągu dziesięciu minut. - Daję ci pięć, Ratso. Na razie ćwicz zwięzłość wypowiedzi. Przerwała połączenie i ruszyła szybko w kierunku centrum. - Pamiętam go z akt - zauwaŜyła Peabody. - To jeden z twoich informatorów. - Tak, właśnie siedział dziewięćdziesiąt dni za drobne szwindle. Udało się odrzucić oskarŜenie o nieprzyzwoite obnaŜanie się. Ratso lubi spuszczać spodnie, gdy jest wstawiony. Jest nieszkodliwy - dodała Eye. - Na ogół zarzuca mnie bzdetami, ale od czasu do czasu przychodzi z solidnymi informacjami. Brew jest po drodze, a ta Cooke moŜe jeszcze trochę poczekać. Znajdź numer seryjny narzędzia zbrodni. Sprawdź, czy naleŜało do ofiary. Potem odszukaj najbliŜszych krewnych. Powiadomię ich natychmiast, gdy Cooke znajdzie się w areszcie. Noc była czysta i zimna, ostry wiatr wciskał się do miejskich wąwozów, ścigając przechodniów aŜ do ich mieszkań. Uliczni kramarze trwali przy swych

wózkach, drŜąc w dymie i smrodzie smaŜonych na grillu sojowych hot dogów, z nadzieją doczekania się paru głodnych dusz, dość odwaŜnych, by stawić czoło kąsającemu mrozem lutemu. Zima roku 2059 była sroga i spadły zarobki. Eve i Peabody opuściły okolicę eleganckiej Upper East Side z czystymi, niepopękanymi chodnikami oraz umundurowanymi odźwiernymi, i jechały na południowy zachód, gdzie ulice były wąskie, hałaśliwe, a okoliczni mieszkańcy poruszali się szybko, z oczami wbitymi w ziemię i dłońmi zaciśniętymi na portfelach. Odrzucone na krawęŜniki resztki ostatniej śnieŜycy były brudne od sadzy. Mało widoczne zamarznięte kałuŜe nadal czyhały na nieuwaŜnych przechodniów. Nad głowami migotał billboard z niebieskim, południowym morzem, okolonym białym jak cukier piaskiem. Baraszkująca wśród fal piersiasta blondyna miała na sobie niemal wyłącznie opaleniznę i zapraszała cały Nowy Jork, aby przybywał na wyspę i się bawił. Eve pomyślała o paru dniach na wyspie Roarke'a. Słońce, piasek i seks, popuściła wodze wyobraźni, przeciskając się przez rozgorączkowany wieczorny tłum. Jej mąŜ z radością dostarczyłby jej tych trzech rzeczy, a ona była prawie gotowa mu to zasugerować. Za tydzień lub dwa, zadecydowała. Kiedy upora się z robotą papierkową, wypełni zaległe wezwania sądowe i znajdzie kilka brakujących ogniw. Poza tym uznała, Ŝe musi poczuć się trochę pewniej, by mogła pozostawić pracę. Niedawno przecieŜ utraciła odznakę i niemal zagubiła się na swej drodze, więc odczuwała wyrzuty sumienia. Gdy wszystko dopiero co wróciło do normy, nie mogła palić się do odłoŜenia obowiązków i oddania się przyjemnościom. Zanim znalazła miejsce do parkowania na rampie drugiego poziomu ulicy w pobliŜu Brew, Peabody dysponowała juŜ informacjami, o które ją prosiła. - Zgodnie z seryjnym numerem, narzędzie zbrodni naleŜało do ofiary.

- Zaraz weźmiemy się do sprawy morderstwa - powiedziała Eve, schodząc w dół na pierwszy poziom. - Prokurator nie będzie tracił czasu, zajmując się udowadnianiem premedytacji. - Ale ty myślisz, Ŝe poszła tam, aby go zabić. - O, tak. - Eve przecięła chodnik, idąc w kierunku przytłumionych świateł reklamy ruchomego kufla z piwem ze spływającą mętną pianą. Brew serwował tanie drinki i stęchłe orzeszki do piwa. Jego klientelę tworzyli drobni przestępcy, urzędnicy najniŜszego szczebla z niedrogimi towarzyszkami, jak równieŜ nieliczne dziewczyny, zajmujące się naciąganiem facetów, aczkolwiek tutaj naciągać nie miały kogo. Powietrze było zatęchłe i przegrzane, rozmowy rozproszone i sekretne. Nieliczne spojrzenia, jakie dało się dostrzec w mętnym świetle, zatrzymały się na Eve i natychmiast uciekły. Gdyby nawet nie było przy niej umundurowanej Peabody, szeptano by, Ŝe to glina. Rozpoznano by ją po tym, jak stała: czujne, wysokie, smukłe ciało, bystre brązowe oczy, skoncentrowane i beznamiętne, rejestrujące twarze i istotne szczegóły. Tylko niewtajemniczeni widzieliby w niej jedynie kobietę z krótkimi, trochę nierówno przyciętymi kasztanowatymi włosami, o szczupłej twarzy z ostrymi rysami i z płytkim dołeczkiem na brodzie. Bywalcy Brew, w większości tu obecni, potrafili wyczuć glinę na odległość. Wypatrzyła Ratsa, którego wydłuŜona, szczurza twarz była prawie zupełnie ukryta w kuflu z piwem. Idąc w jego kierunku, słyszała hałas kilku odsuwających się niepewnie krzesełek i zobaczyła trochę pleców, które zgarbiły się lękliwie. KaŜdy ma coś na sumieniu, pomyślała i szczerząc zęby, posłała Ratsowi ostry uśmiech.

- Ta speluna nie zmienia się, Ratso, i ty takŜe nie. ZrewanŜował się jej swym świszczącym śmiechem, niemniej nerwowo błądził wzrokiem po porządnym, jak spod igły, mundurze Peabody. - Nie trza było brać obstawy, Dallas. O Jezu, myślałem, Ŝeśmy kumple. - Moi kumple kąpią się regularnie. - Skinęła głową, domagając się krzesła dla Peabody, potem siadła. - Ona jest moja - powiedziała zwyczajnie. - Taa, słyszałem, Ŝeś wziena szczeniaka do tresury. - Spróbował się uśmiechnąć, demonstrując pogardę dla higieny jamy ustnej, ale Peabody przyjęła to chłodnym spojrzeniem. - Ona jest w porządku, no nie, jest w porządku, bo jest twoja. Ja teŜ twój, no nie, Dallas? Prawda? - No, nie mam tu wielkiego szczęścia. - Kelnerka zmierzała do nich, ale wystarczyło jedno spojrzenie Eve, by zmieniła kierunek, zostawiając ich w spokoju. - Co masz dla mnie, Ratso? - Mam dobry towar i mogę dostać więcej. - Wykrzywił swą nieszczęsną twarz w grymasie, który, jak domyślała się Eve, uwaŜał za oznakę przebiegłości. - Gdybym miał ciut gotówki. - Nie płacę z góry. Z tej racji, Ŝe mogłabym nie zobaczyć twej okropnej mordy przez następnych sześć miesięcy. Znów wydał swój charakterystyczny świst, siorbnął piwo i posłał jej pełne nadziei spojrzenie maleńkich, załzawionych oczek. - Prowadzę z tobą uczciwy interes, Dallas. - Więc zacznij go prowadzić. - Dobra, dobra. - Wygiął swoje małe, chude ciało nad tym, co pozostało w kuflu. Na czubku jego głowy ukazało się idealnie równe kółko łysiny, nagiej jak pupa niemowlęcia. Było ono prawie rozczulające, a z pewnością atrakcyjniejsze od zwisających wokół niego tłustych kosmyków szarych włosów. - Znasz Fixera?

- Jasne. - Odchyliła się trochę, nie tyle, by się rozluźnić, co uniknąć falowania nieświeŜego oddechu swego informatora. - Jeszcze na chodzie? Chryste, musi mieć ze sto pięćdziesiąt lat. - No, nie jest taki stary. Dziewięćdziesiątka, moŜe ze dwa lata więcej, i całkiem Ŝwawy. - Ratso z zapałem pokiwał głową, tak Ŝe jego tłuste kosmyki zaczęły podskakiwać. - Dbał zawsze o siebie. Jadł zdrowo, uprawiał regularnie seks zjedna dziewczyną z Avenue B. No wiesz, mówił, Ŝe seks trzyma ciało i umysł zestrojone. - Opowiedz mi o tym - mruknęła Peabody, zarabiając łagodną naganę w spojrzeniu Eve. - Mówisz o nim w czasie przeszłym. Ratso zamrugał. - Hę? - Czy coś się stało Fixerowi? - Taa, ale czekaj. Nie tak do przodu. - Zanurzył chude palce w płytkiej miseczce smutno wyglądających orzeszków. Gryzł je resztką zębów, patrząc w sufit i starając się uporządkować rozbiegane myśli. - Jakiś miesiąc temu musiałem... Miałem ekran ścienny, trzeba było przy nim trochę popracować... Brwi Eve uniosły się pod grzywką. - Aby przestał być gorącym towarem - powiedziała łagodnie. Znów wciągnął powietrze i zasiorbał. - Widzisz, on niby upadł, a ja wzionem go do Fixera, aby cosik z tym zrobić. Facet, myślę, jest geniusz, nie? Ze wszystkim potrafi zrobić, Ŝeby pracowało jak cholernie, fabrycznie nowe. - I jest tak zdolny, Ŝe potrafi zmienić numery seryjne. - Taa, no dobra. - Uśmiech Ratsa był niemal słodki. - Zaczelim gadać, a Fixer, on wie, Ŝe ja zawsze szukam okazyjnej roboty. Mówi, jak dostał fuchę. Wielka. Prawdziwa bomba. Kazali mu robić zapalniki czasowe i zdalne sterowanie, i małe pluskwy, i inne gówno. Zrobił tyŜ trochę detonatorów. - Powiedział ci, Ŝe składał urządzenia wybuchowe?

- No, niby byliśmy kumplami, więc tak, mówił mi. Powiedział, Ŝe oni słyszeli, Ŝe robił takie rzeczy, kiedy był w wojsku. A oni płacili cięŜką forsę. - Kto płacił? - Nie wiem. On teŜ, niech ci się nie wydaje, Ŝe wiedział. Mówił o dwóch facetach, przychodzili do niego i dawali listę towaru i trochę kredytów. On to gówno budował, wiesz? Wtedy dzwonił pod numer, co mu dali, zostawiał wiadomość. Niby, Ŝe produkty są gotowe, a te dwa facety przychodzili znów, brali towar i dawali resztę pieniędzy. - A on, co myślał, Ŝe po co to chcieli? Ratso uniósł kościste ramiona, potem spojrzał Ŝałośnie na pusty kufel. Znając zwyczaj, Eve uniosła palec i obróciła go w kierunku kufla Ratsa. Rozjaśnił się natychmiast. - Dzięki, Dallas. Dzięki. Suszy mnie, wiesz? Suszy mnie, kiedy mówię. - Więc do rzeczy, Ratso, dopóki masz jeszcze trochę śliny w ustach. Gdy podeszła kelnerka, aby nalać do jego kufla płynu o barwie moczu, rozpromienił się. - Dobrze, dobrze. Więc on mówił, Ŝe sobie myśli, Ŝe ci faceci wyglądają, jakby chcieli rozwalić bank albo sklep jubilerski, albo co. Pracował nad jakimś obwodem omijającym dla nich i wykapował, Ŝe zapalniki czasowe i zdalnie sterowane mają dać wybuch tym ładunkom, które dla nich sporządził. Powiedział, Ŝe moŜe będą chcieli mieć jakiegoś kurdupla, co będzie umiał znaleźć drogę pod ulicą. No i Ŝe moŜe wtrąci jakie słówko za mną. - Od czego są przyjaciele. - Taa, no właśnie. Potem, jakie dwa tygodnie później, mam od niego telefon. Jest, widzisz, naprawdę nerwowy. Mówi, Ŝe interes nie jest taki, jak myślał. śe to cholerne gówno. Prawdziwe gówno. Nie widzi w tym Ŝadnego sensu. Jeszcze nigdy nie słyszałem, Ŝeby stary Fixer tak gadał. Miał prawdziwego pietra. Powiedział coś, Ŝe się boi, aby to nie było drugie Arlington, i Ŝe musi się ukryć na chwilę. I czy moŜe zamelinować się u mnie, aŜ wykapuje,

co robić dalej. To ja powiedziałem jasne, no jasne, wpadnij tu. Ale on juŜ nie wpadł. - MoŜe ukrył się gdzie indziej? - Taa, ukrył się. Pod wodą, wyłowili go z rzeki dwa dni temu. Po stronie Jersey. - O, bardzo mi przykro. - Taa. - Ratso w zadumie wpatrywał się w piwo. - Był w porządku, wiesz? Słyszałem, Ŝe ktoś odcion mu język. - Podniósł małe oczka i patrzył ponuro na Eve. - Co to za człowiek, Ŝeby zrobić takie świństwo? - To niedobra sprawa, Ratso. Źli ludzie. To nie moja działka - dodała. - Mogę rzucić okiem na teczkę z aktami, ale niewiele mogę zrobić. - Wykończyli go, bo wykapował, co chcą zrobić? Prawda? - Tak, moŜna powiedzieć, Ŝe to pasuje. - No to musisz wykapować, co chcą zmalować, prawda? Wykapujesz, Dallas, zatrzymasz ich i dasz im po nosie za to, co zrobili Fixerowi. Jesteś gliną od morderstw, a oni go zamordowali. - To nie takie proste. Ta sprawa nie naleŜy do mnie - powtórzyła. - Jeśli go wyłowili w New Jersey, to nawet nie jest rejon tego cholernego miasta. Mało prawdopodobne, aby gliny, które nad tym pracują, uprzejmie zgodziły się na wścibianie nosa w ich śledztwo. - Jak myślisz, ilu gliniarzy będzie się troszczyć o kogoś takiego jak Fixer? Stłumiła westchnienie. - Jest mnóstwo gliniarzy, którzy będą. Mnóstwo takich, Ratso, co wyprują Ŝyły, aby doprowadzić do końca sprawę, którą się zajmują. - Ty będziesz pracowała cięŜej. Powiedział to prosto, z niemal dziecięcą wiarą w oczach. Sumienie Eve dało znać o sobie niespokojem. - A ja znajdę dla ciebie kupę materiału. Jeśli Fixer mówił coś do mnie, moŜebne, Ŝe mówił teŜ komu innemu. On nie bał się tak łatwo, wiesz. Przeszedł

przez wojny miejskie. Ale tamtego wieczoru, kiedy do mnie dzwonił, miał cholernego pietra. Nie załatwiliby go w taki sposób, jakby chcieli obrobić bank. - MoŜe i nie. - Ale wiedziała, Ŝe byli tacy, co wypatroszyliby turystę za zegarek i parę powietrznych butów. - Zajrzę do tego. Nie mogę obiecać niczego więcej. Znajdź, co się da, co moŜna by dodać do tej sprawy, i bądź ze mną w kontakcie. - Taa, dobrze. W porządku. - Wykrzywił usta w uśmiechu. - Dojdziesz, kto tak załatwił Fixera. Inne gliny, one nie wiedzą o tym gównie, w które wpadł, nie? Więc to jest dobry materiał, jaki ja ci daję. - Tak, całkiem dobry, Ratso. - Wstała, wydobyła z kieszeni czek i połoŜyła na stole. - Chcesz, abym znalazła teczkę tego topielca? - spytała Peabody, gdy wyszły na zewnątrz. - Tak. Jutro, i to dość wcześnie. - Gdy wspięły się do samochodu, Eve włoŜyła ręce do kieszeni. - Zajmij się teŜ Arlington. Zobacz, jakie budynki, ulice, ludzie, przedsiębiorstwa, i tak dalej, mają tę nazwę. Jeśli coś znajdziemy, będziemy mogły to przekazać oficerowi prowadzącemu śledztwo. - Ten Fixer, czy dla kogoś pracował? - Nie. - Eve wcisnęła się za kółko. - Nie znosił glin. - Zmarszczyła na chwilę brwi i zabębniła palcami. - Ratso ma mózg wielkości ziarnka soi, ale co do Fixera, trafił w sedno. Fixer nie bał się i był chciwy. Zakład miał otwarty przez siedem dni w tygodniu, pracował w nim sam. KrąŜyły plotki, Ŝe pod kontuarem trzyma swój stary wojskowy miotacz ognia i nóŜ myśliwski. Zwykł się chełpić, Ŝe moŜe pofiletować człowieka tak szybko i łatwo jak pstrąga. - Wygląda na niezłego dowcipnisia. - Był twardy i zgorzkniały, więc prędzej nasikałby policjantowi w oczy, niŜ w nie spojrzał. Jeśli chciał się wycofać z tego interesu, to musiał być na krawędzi przepaści. Nic innego nie zepchnęłoby tego starucha z drogi.

- Chyba coś słyszę? - Pochylając głowę, Peabody przyłoŜyła do ucha dłoń zwiniętą w trąbkę. - Aha, to pewnie odgłos twojego wsysania się w sprawę. Eve odbiła od ulicy trochę silniej, niŜ to było konieczne. - Zamknij się, Peabody. Straciła kolację, co było tylko z lekka irytujące. Ale fakt, Ŝe miała rację co do zachowania prokuratora i jego zgody na prośbę Lis Cooke, doprowadzał ją do wściekłości. Ostatecznie zarzut o morderstwo drugiego stopnia, myślała Eve, wchodząc do domu, mógłby poleŜeć odrobinę dłuŜej. Teraz, po niewielu godzinach od chwili, gdy Eve zaaresztowała ją pod zarzutem zabójstwa J. Clarence'a Bransona, Lisbeth wyszła za kaucją i bardzo moŜliwe, Ŝe teraz siedziała wygodnie we własnym apartamencie z kieliszkiem czerwonego wina i uśmiechem zadowolenia na twarzy. Summerset, lokaj Roarke'a, wśliznął się do foyer, aby powitać ją zbolałym spojrzeniem i dezaprobującym prychnięciem. - Znów jest pani bardzo późno. - Tak? A ty znów jesteś antypatyczny. - Rzuciła kurtkę na balustradę schodów. - RóŜnica między nami jest taka, Ŝe ja jutro mogę być punktualna. ZauwaŜył, Ŝe nie była blada i nie wyglądała na znuŜoną, co było dwoma wczesnymi objawami przepracowania. Wolałby znosić potępieńcze męki, niŜ przyznać, nawet przed samym sobą, Ŝe sprawiło mu to przyjemność. - Roarke - powiedział zimnym tonem, gdy przefrunęła obok niego i zaczęła wchodzić na schody - jest w sali magnetowidowej. - Summerset lekko uniósł brwi. - Drugi poziom, czwarte drzwi po prawej. - Wiem, gdzie to jest - mruknęła niezgodnie z prawdą. Ale znalazłaby to miejsce, chociaŜ dom był ogromny, z labiryntem pokoi, z mnóstwem skarbów i niespodzianek. Ten człowiek niczego sobie nie odmawia, pomyślała. A dlaczego miałby to robić? Odmawiano mu wszystkiego w dzieciństwie, a on zarobił, w ten czy inny sposób, na wszelkie wygody, które teraz miał do dyspozycji.

Jednak w rzeczywistości jeszcze po roku nie przywykła do tego domu, do ogromnej kamiennej budowli z jej występami, wieŜami i ziemią, obfitującą w rzadkie rośliny. Nie przywykła do bogactwa i sądziła, Ŝe nigdy nie przywyknie. Był to ten rodzaj finansowej potęgi, która mogła władać zarówno hektarami polerowanego drewna, iskrzącego szkła, artystycznymi przedmiotami z innych krajów i stuleci, jak dostarczać prostych przyjemności obcowania z miękkimi tkaninami, aksamitnymi poduszkami. W rzeczywistości poślubiła Roarke'a niezaleŜnie od jego pieniędzy, niezaleŜnie od sposobu, w jaki zarobił znaczną ich część. Miała wraŜenie, Ŝe zadurzyła się w nim w tym samym stopniu dla jego ciemnych, jak jasnych stron. Weszła do sali z długimi, luksusowymi sofami, ogromnymi ekranami i skomplikowanym pulpitem sterowniczym. Był tam uroczy staroświecki barek, połyskujący wiśniowym drewnem, stołki obite skórą i wykończone miedzią. Rzeźbiona komoda z toczonymi drzwiami mieściła, przypominała to sobie słabo, mnóstwo dyskietek ze starymi nagraniami, które jej mąŜ tak bardzo lubił. Lśniącą podłogę pokrywały chodniki o bogatych wzorach. Płonący ogień - a nie komputerowo generowane złudzenie - wypełniał palenisko z czarnego marmuru i ogrzewał śpiącego przed nim, tłustego, zwiniętego w kłębek kota. Zapach trzaskających, palących się szczap mieszał się z upojnym, narkotycznym zapachem świeŜych kwiatów, strzelających z miedzianego wazonu, prawie tak wysokiego jak Eve, i z wonią świec jarzących się złoto nad lśniącym obramowaniem kominka. Na ekranie widoczne było w czarno - białym kolorze eleganckie przyjęcie. Ale całą jej uwagę przyciągał, i władał nią niepodzielnie, męŜczyzna wyciągnięty wygodnie na pluszowej sofie z kieliszkiem wina w ręce. Jakkolwiek romantyczne i zmysłowe mogły być stare filmy na taśmie wideo z ich nastrojowymi cieniami i tajemniczą atmosferą, męŜczyzna, który je oglądał, o wiele je przewyŜszał. A w dodatku istniał w trzech realnych wymiarach.

TeŜ był ubrany na czarno i biało, kołnierz miękkiej białej koszuli miał niedbale odpięty. Długie, zasłonięte ciemnymi spodniami nogi kończyły się białymi, gołymi stopami. Zastanowiło ją, Ŝe nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego jest to dla niej tak wyjątkowo seksowne. Ale to jego twarz przykuwała zawsze jej uwagę, ta wspaniała twarz anioła skaczącego do piekła ze światłem grzechu w Ŝywych niebieskich oczach, z uśmiechem wykrzywiającym usta pełne poezji. Ta twarz obramowana była gładkimi, opadającymi prawie do ramion czarnymi włosami stanowiącymi pokusę dla kobiecych palców i dłoni. Teraz jego twarz uderzyła ją tak, jak uderzała często wtedy, gdy ujrzała ją po raz pierwszy: na ekranie komputera w swoim biurze, w czasie śledztwa w sprawie morderstwa. Był na skromnej liście podejrzanych. Rok temu, uprzytomniła sobie. Minął tylko rok od chwili, gdy ich losy się skrzyŜowały. I odmieniły nieodwracalnie. Teraz, chociaŜ nie wydobyła z siebie najcichszego dźwięku, chociaŜ nie 'podeszła bliŜej, on odwrócił głowę. Ich oczy się spotkały. Uśmiechnął się. Serce w jej piersi wykonało długie, powolne wahnięcie, co nieodmiennie zdumiewało ją i Ŝenowało. - Halo, pani porucznik. - Wyciągnął rękę na przywitanie. Podeszła do niego przez cały pokój, ich palce połączyły się. - Hej! Co oglądasz? - „Ciemne zwycięstwo”. Bette Davis. Ślepnie i na koniec umiera. - No tak, to wciąga. - Ona robi to tak odwaŜnie. - Pociągnął ją lekko za rękę, aby PołoŜyła się przy nim na sofie. Gdy się ułoŜyła, a jej ciało łatwo i naturalnie przylgnęło do niego, uśmiechnął się. Wiele potrzeba było czasu i wzajemnego zaufania, zanim udało mu się namówić ją do odpoczynku w taki sposób, zanim zaakceptowała jego i to, co chciał jej dawać.

Moja policjantka, myślał, bawiąc się jej włosami. Jej mroczne zaułki i przeraŜająca odwaga. Moja Ŝona z jej opanowaniem i potrzebami. Przesunął się lekko, zadowolony, Ŝe umieściła głowę na jego ramieniu. Gdy juŜ posunęła się tak daleko, Eve pomyślała, Ŝe byłoby całkiem nieźle, gdyby zdjęła buty i pociągnęła łyk z jego kieliszka z winem. - Dlaczego oglądasz ten stary film, przecieŜ znasz finał? - Tylko być, oto co się liczy. Czy jadłaś kolację? Zaprzeczyła i oddała mu wino. - Zaraz coś sobie wezmę. ZmitręŜyłam tyle czasu przez sprawę, która wydarzyła się tuŜ przed końcem zmiany. Kobieta przyszpiliła do ściany pewnego męŜczyznę jego własnym wiertłem przegubowym. Roarke z trudem przełknął wino. - Dosłownie czy w przenośni? Zachichotała lekko, z przyjemnością smakując wino, które sobie podawali. - Dosłownie. Bransonem 8000. - Uff! - Na mur. - Skąd wiesz, Ŝe to była kobieta? - Bo gdy przygwoździła go do ściany, zgłosiła to i czekała na nas. Byli kochankami, on robił skoki w bok, więc ona przewierciła jego zdradliwe serce długim na sześćdziesiąt centymetrów stalowym wiertłem. - Dobrze, to go nauczy. - W tonie jego głosu wyczuła Irlandię, więc podniosła głowę, aby mu się przyjrzeć. - Zaatakowała serce. Ja, ja bym mu przewierciła jaja. Samo sedno, nie sądzisz? - Kochana Eve, jesteś kobietą bardzo prostolinijną. - Pochylił głowę, aby ustami dotknąć jej warg, jedno muśnięcie, potem dwa.

Usta jej zapłonęły, ręce uniosły się, by pochwycić jego gęste, czarne włosy i przyciągnąć go jeszcze bliŜej. Wziąć go jeszcze głębiej. Zanim zdołał się przesunąć, aby odstawić wino, ona skoczyła i siadając na nim okrakiem, strąciła kieliszek na podłogę. Uniósł brwi i gdy zręcznymi palcami zaczął rozpinać jej bluzkę, oczy mu zajaśniały. - Powiedziałbym, Ŝe teraz teŜ wiemy, jaki będzie finał. - Tak. - Szczerząc zęby, schyliła się, by ugryźć go w pośladek. - Tylko być, niebawem się przekonamy, jak to będzie tym razem. 2 Zakończywszy rozmowę z biurem prokuratora, Eve zachmurzyła się nad swym biurkowym wideofonem. Prokurator przychylił się do prośby o drugi stopień dla Lisbeth Cooke. Zabójstwo drugiego stopnia, myślała z obrzydzeniem, dla kobiety, która na trzeźwo, z zimną krwią przerwała Ŝycie kogoś, kto nie potrafił zapanować nad swoim fiutem. W najlepszym razie odsiedzi rok w zakładzie o najlŜejszym rygorze, gdzie będzie malowała paznokcie i poprawiała swój pieprzony tenisowy serwis. Bardzo prawdopodobne, Ŝe za jakąś okrągłą sumkę podpisze kontrakt na dysk i wideo opisujące jej historie, następnie zrezygnuje z pracy i przeprowadzi się na Martynikę. Eve pamiętała, Ŝe powiedziała Peabody, aby cieszyła się tym, co moŜna zyskać, ale sama nie spodziewała się, Ŝe będzie to tak niewiele. Była pewna, Ŝe kaŜe prokuratorowi, a powie to temu pozbawionemu kręgosłupa kurduplowi w krótkich, zwięzłych słowach, aby poinformował najbliŜszego krewnego, Ŝe sprawiedliwość jest zbyt przeciąŜona, aby się przejmować tą sprawą, i Ŝeby wyjaśnił, skąd ten cholerny pośpiech, bez czekania na jej raport.

Zaciskając zęby w przewidywaniu jego kaprysów, zabębniła pięścią w komputer i zaŜądała protokołu z sekcji Bransona. Okazało się, Ŝe był zdrowym, pięćdziesięciojednoletnim męŜczyzną. Nie miał najmniejszych uszkodzeń ciała, prócz przykrej dziury zrobionej przez obracające się ostrze wiertła. Ani śladu narkotyków czy alkoholu, zanotowała. Nic, co bywało na niedawną aktywność seksualną. Zawartość Ŝołądka o zwykłym posiłku, złoŜonym z pasty marchwiowej z groszkiem w lekkim kremowym sosie, z białego kruchego chleba i herbaty ziołowej, wszystko spoŜyte niecałą godzinę przed śmiercią. Bardzo pospolity posiłek jak na tak wyrafinowanego podrywacza. Ale kto powiedział, zadała sobie pytanie, Ŝe był podrywaczem, prócz kobiety, która go zabiła? W tym cholernym pośpiechu, aby zamknąć sprawę, nie dali jej nawet czasu na zweryfikowanie motywu zabójstwa drugiego stopnia. Wyobraziła sobie, Ŝe gdy to się dostanie do mediów, a niewątpliwie dostanie się, wielu zawiedzionych partnerów seksualnych zacznie zerkać na składzik z narzędziami. Kochanek cię zdenerwował, pomyślała. Dobrze, zobaczymy, jak mu będzie smakował Branson 8000 - ulubione narzędzie fachowców i powaŜnych hobbystów. Och, tak, myślała, Lisbeth Cooke mogłaby zorganizować krzykliwą kampanię reklamową właśnie pod tym kątem. SprzedaŜ skoczyłaby niebotycznie. Ludzkie związki stanowią dla społeczeństwa najbardziej zaskakującą i brutalną formę rozrywki. Z dogrywki piłkarskiej większość potrafi zrobić rodzaj towarzyskich porachunków. A jednak samotne dusze wciąŜ tych związków szukają, wciąŜ do nich lgną, trapią się nimi i walczą o nie oraz opłakują ich utratę. Nic dziwnego, Ŝe świat jest pełen czubków.

ZauwaŜyła błysk obrączki ślubnej i drgnęła. To co innego, zapewniła siebie. PrzecieŜ ona niczego nie szukała. Samo ją to znalazło i powaliło jak sprawny chwyt poniŜej kolan. A jeśli Roarke zadecydowałby kiedyś, Ŝe chce odejść, prawdopodobnie pozwoliłaby mu na to. Ciągłe odrzucanie ciała. Całkowicie zdegustowana, odwróciła się do komputera i zaczęła wystukiwać raport śledczy, którym urząd prokuratorski najwyraźniej nie zamierzał się przejmować. Uniosła wzrok, gdy w drzwi wsadził głowę detektyw Jan McNab. Długie, złote włosy miał dzisiaj zawiązane w kucyk, a ucho było przyozdobione tylko jednym opalizującym kółkiem. Najwyraźniej po to, aby zrównowaŜyć ten konserwatywny styl, załoŜył gruby sweter w krzyczące zielenie i błękity, który zwisał mu do bioder, wtłoczonych w czarne, rurowate spodnie. Całości obrazu dopełniały lśniące niebieskie buty. Uśmiechał się do niej śmiałymi oczami, osadzonymi w ładnej twarzy. - Hej, Dallas, skończyłem sprawdzanie kontaktów i osobistego notatnika twojej ofiary. Materiały z jego biura dopiero nadeszły, ale wydaje mi się, Ŝe chciałabyś zobaczyć, co znalazłem do tej pory. - Więc dlaczego nie mam twojego raportu w komputerze na moim biurku? - spytała sucho. - Pomyślałem, Ŝe przyniosę go osobiście. Uśmiechając się przyjaźnie, rzucił dyskietkę na biurko, sam siadając na jego rogu. - McNab, to Peabody zbiera dla mnie informacje. - Tak. - Wzruszył ramionami. - Więc jest na swym stanowisku? - Nie interesujesz jej, przyjacielu. Przyjmij ode mnie to stwierdzenie. Odwrócił głowę i zaczął krytycznie przyglądać się własnym paznokciom. - Kto powiedział, Ŝe ja się nią interesuję? Ona nadal chodzi z Monroe, prawda?

- Nie rozmawiamy o tym. Ich oczy spotkały się na chwilę, podzielając niejasną dezaprobatę, której Ŝadne z nich nie chciało okazać, dla zainteresowania Peabody gładkim i moŜe nawet atrakcyjnym, dyplomowanym kolegą. - Pytam ze zwykłej ciekawości. - Więc zapytaj ją o to sam. I złóŜ mi meldunek - dodała cicho. - Zrobię to. - Znów się uśmiechnął. - To da jej okazję do warknięcia na mnie. Ma wspaniałe zęby. Wstał, zrobił rundę po ciasnym gabinecie Eve. Oboje byliby zaskoczeni, gdyby się dowiedzieli, Ŝe w tej chwili ich myśli na temat związków międzyludzkich biegną po równoległych torach. Gorąca randka McNaba z konsultantką lotów pozaplanetarnych wystygła i zupełnie się zepsuła ostatniego wieczoru. Teraz myślał, Ŝe dziewczyna go znudziła, co wydawałoby się wprost niemoŜliwe, gdy się patrzyło na jej niewątpliwie wspaniałe piersi, przykryte czymś srebrnym i przejrzystym. Nie mógł wzbudzić w sobie prawdziwego zapału, bo jego myśli stale zbaczały i zatrzymywały się przy pewnej zadziornej policjantce w wyprasowanym mundurze. Co ona, u diabła, pod tym nosi, zastanawiał się teraz, tak samo jak zastanawiał się nieopatrznie poprzedniej nocy. Te rozwaŜania spowodowały, Ŝe wcześnie zakończył wieczór, tak tym irytując konsultantkę lotów, Ŝe gdy oprzytomniał, nie miał juŜ Ŝadnej szansy na następne podejście do jej pięknych piersi. Stwierdził, Ŝe spędza zbyt wiele wieczorów samotnie w domu, wpatrując się w ekran. To mu coś przypomniało. - Ostatniej nocy złapałem teledysk z Mavis. Wstrząsająca. - Tak, całkiem niezła. - Eve pomyślała o swej przyjaciółce, odbywającej teraz swe pierwsze tournee i promującej własny krąŜek pod patronatem rozrywkowej gałęzi firmy Roarke'a. Teraz Mavis dawała z siebie wszystko,

śpiewając w Atlancie. Mavis Freestone, pomyślała z czułością Eve, przebyła daleką drogę od wypluwania płuc dla ćpunów i pijaków w spelunkach w rodzaju “Niebieskiej Wiewiórki”. - Teledysk zaczyna iść w górę. Roarke sądzi, Ŝe w przyszłym tygodniu znajdzie się w pierwszej dwudziestce. McNab zadźwięczał Ŝetonami kredytowymi w kieszeni. - Znaliśmy się kiedyś. Udaje, pomyślała Eve, ale pozwoliła mu na to. - Myślę, Ŝe Roarke planuje przyjęcie lub coś podobnego, aby uczcić jej powrót. - Tak? Super. - Nagle oŜywił się, słysząc nieomylny dźwięk policyjnych butów stukających o wytarte linoleum. Gdy Peabody przekroczyła próg, McNab miał ręce w kieszeni, a na twarzy wyraz zupełnego braku zainteresowania. - Przyszła informacja z posterunku... - przerwała, nachmurzywszy się. - Czego chcesz, McNab? - Wielokrotnego orgazmu, jaki wy, dziewczęta, moŜecie mieć na zawołanie. Peabody opanowała rodzący się śmiech. - Pani porucznik nie ma czasu dla twoich Ŝałosnych Ŝartów. - W rzeczy samej ten jeden dosyć się porucznik spodobał - powiedziała Eve, przewracając oczami, gdy Peabody rzuciła na nią wściekłe spojrzenie. - Zaczynaj, McNab, koniec zabawy. - Pomyślałem - wrócił do swej relacji - Ŝe zainteresuje cię fakt, iŜ przeglądając kontakty i magazyny pamięci, nie znajduje się niczego, co by wychodziło od denata lub do niego przychodziło, co byłoby transmisją do jakiejś innej kobiety, nie do zabójczyni, albo teŜ transmisją nie do osób z jego personelu. Nie ma zapisanych w elektronicznym notesie innych spotkań - mówił gładko, uśmiechając się radośnie do Peabody - niŜ te, w które była zaangaŜowana Lisbeth a którą często nazywa Lissy, moje kochanie.