wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 13 - Wróg w płatkach róż

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 13 - Wróg w płatkach róż.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 34 osób, 34 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 286 stron)

J. D. ROBB WRÓG W PŁATKACH RÓ

To prawda, mówi o snach, Które s dzie mi chorego umysłu Pocz tymi z pró nej fantazji. William Shakespeare Lecz ka dy zabija to, co pokochał Niektórzy czyni to gorzkim spojrzeniem Inni pochlebnym słowem. Tchórz zabija zdradzieckim pocałunkiem miałek - ostrzem miecza! Oscar Wilde

1 mier nawiedzała j w snach. Ona była dzieckiem, które dzieckiem nie było, walczyła z duchem, który nigdy nie umierał, bez wzgl du na to, jak cz sto nurzała r ce w jego krwi. Pokój był zimny jak grób, wypełniony czerwonym blaskiem neonu, który rozpalał si ja niej, to znów przygasał za brudnymi szybami okien. wiatło rozlewało si na podłodze, na krwi, na jego ciele. Dotykało tak e jej, skulonej w rogu, ciskaj cej w dłoni okrwawiony sztylet. Ból był wsz dzie, przenikał j ot piaj cymi falami, które nie miały pocz tku ani ko ca, lecz kr yły nieustannie, docierały do ka dej komórki jej ciała. Do złamanej ko ci przedramienia, do policzka, w który uderzył j wierzchem dłoni. Do jej wn trza, które znów rozdarł podczas gwałtu. Okrywał j płaszcz bólu i przera enia. I jego krew. Miała osiem lat. Widziała par z własnego oddechu. Male kie obłoczki, duszki, które mówiły jej, e yje. Czuła w ustach własn krew, jej straszliwy metaliczny smak i wo ukryt tu pod wie ym zapachem mierci - smród whisky. Ja yj , a on nie. Ja yj , a on nie. Bez ko ca powtarzała w my lach te słowa, próbuj c zrozumie ich sens. Ja yj . On nie. Oczy miał otwarte i przytomne, wpatrzone w ni . U miechni te. Nie pozb dziesz si mnie tak łatwo, dziewczynko. Oddychała szybko, nerwowo, chwytała łapczywie powietrze, jakby chciała krzycze , wyrzuci z siebie cały strach i ból. Lecz z jej ust wydobyło si tylko ciche skamlenie. Narozrabiała , co? Jakby nie mogła robi tego, co ci ka . Jego głos był taki miły, rozpromieniony rado ci bardziej niebezpieczn od najwi kszego nawet gniewu. Kiedy si miał, krew s czyła si z ran, które mu zadała. Co si dzieje, dziewczynko? Zapomniała j zyka w g bie? Ja yj , a ty nie. Ja yj , a ty nie. Tak my lisz? Poruszył palcami, jakby w szyderczym pozdrowieniu. J kn ła ze zgrozy, widz c krople krwi opadaj ce z jego paznokci. Nie je, nie pije, a chodzi i bije.

Przepraszam. Nie chciałam tego. Nie rób mi wi cej krzywdy. Ranisz mnie. Dlaczego musisz mnie rani ? Bo jeste głupia. Bo mnie nie słuchasz! Bo - i to jest prawdziwy powód - mog . Mog robi z tob co tylko zechc , i nikogo to nie b dzie obchodzi . Jeste niczym, jeste nikim i nie zapominaj tym, ty mała suko. Zacz ła płaka , zimne łzy spływały po krwawej masce na jej twarzy. Id sobie. Id sobie st d i zostaw mnie w spokoju! Nie zrobi tego. Nigdy tego nie zrobi . Ku jej przera eniu podniósł si na kolana. Przykucn ł niczym jaka koszmarna ropucha, okrwawiony i u miechni ty. Przygl dał si jej. Sporo w ciebie zainwestowałem. Czas i pieni dze. Kto ci daje dach nad głow ? Kto ci napełnia oł dek? Kto zabiera ci w podró e po naszym wspaniałym kraju? Wi kszo dzieciaków w twoim wieku nic jeszcze nie widziała, a ty i owszem. Ale czy ty si czego uczysz? Nie, nie uczysz si . Wypełniasz swoje obowi zki? Nie. Ale zaczniesz to robi . Pami taj o tym, co ci powiedziałem zaczniesz na siebie zarabia . Podniósł si na równe nogi, pot ny m czyzna z dło mi zaci ni tymi w pi ci. Teraz tatu musi ci ukara . Zrobił chwiejny krok w jej stron . Była niegrzeczn ... dziewczynk ... Nast pny krok. Bardzo niegrzeczn ... dziewczynk ... Obudził j jej własny krzyk. Zlana potem, dr ała z zimna i przera enia. Chwytała łapczywie powietrze, zmagała si gwałtownie z po ciel , któr owin ła wokół siebie, gdy rzucała si przez sen. On czasami j wi zał. Przypomniawszy sobie o tym, j kn ła cicho i z jeszcze wi ksz pasj zacz ła zdziera z siebie prze cieradło. Uwolniona, stoczyła si z łó ka i przykucn ła na podłodze, niczym kobieta gotowa do ucieczki lub walki. - wiatła! Pełna moc. O Bo e, Bo e ... Ogromny pi kny pokój wypełnił si blaskiem, który przegonił ostatnie lady ciemno ci. Mimo to Eve rozgl dała si uwa nie, szukaj c duchów, które wci napawały j strachem. Powstrzymała napływaj ce do oczu łzy. Były bezu yteczne, stanowiły oznak słabo ci. Nie mogła da si zastraszy snom. I duchom. Wci jednak dr ała, gdy podniosła si z kucek i usiadła na skraju wielkiego łó ka.

Wielkiego i pustego, bo Roarke był w Irlandii - podj ta przez ni próba sp dzenia w tym miejscu samotnej nocy bez koszmarów sko czyła si druzgoc c kl sk . Czy to oznacza, e jestem ałosnym tchórzem? - zastanawiała si . Idiotk ? Czy po prostu m atk ? Kiedy gruby kocur, Galahad, tr cił j swym wielkim łbem w rami , przygarn ła go. Porucznik Eve Dallas, policjantka z jedenastoletnim sta em, siedziała na łó ku i tuliła do siebie kota, niczym małe dziecko, które szuka pocieszenia u pluszowej maskotki. Mdło ci podchodziły jej do gardła. Kołysała si jednostajnie, próbuj c powstrzyma wymioty, nie pozwoli , by upokorzyło j własne ciało. - Zegar - rzuciła w powietrze, a wy wietlacz obok jej łó ka zapłon ł zielonym wiatłem. Pierwsza pi tna cie. wietnie. Min ła ledwie godzina, odk d poło yła si spa . Odło yła kota na bok i wstała. Ostro nie, niczym staruszka, zst piła z podestu i przeszła do łazienki. Poprosiła o lodowato zimn wod i obmywała ni twarz, podczas gdy Galahad uło ył si mi dzy jej nogami niczym gruba, puchata poduszka. Eve siedziała przez chwil w bezruchu, wsłuchana w mruczenie zadowolonego kocura, wreszcie podniosła głow i spojrzała na swe odbicie w lustrze. Jej twarz była niemal równie bezbarwna jak woda, która ciekła z kranu. Ciemne oczy miała podkr one, przekrwione ze zm czenia. Włosy zbiły si w jedn zmierzwion mas , ko ci wydawały si zbyt ostre, zbyt bliskie powierzchni. Usta za du e, nos zwyczajny. Do diabła, co takiego widział w niej w Roarke? - zastanawiała si . Mogła do niego zadzwoni . W Irlandii min ła ju szósta rano, a m Eve był rannym ptaszkiem. Zreszt nawet gdyby go obudziła, nie miałby do niej pretensji. Mogła uruchomi ł cze i wybra numer, a na ekranie pojawiłaby si jego twarz. A on zobaczyłby w jej oczach koszmar. Co by im z tego przyszło? Kto , kto jest wła cicielem wi kszej cz ci znanego wszech wiata, ma prawo do spokojnej podró y, podczas której nie b dzie dr czy go ona. W tym przypadku do wyjazdu zmusiło go co wi cej ni interesy. Uczestniczył w uroczysto ci pogrzebowej przyjaciela i z pewno ci wolałby unikn dodatkowych stresów czy zmartwie . Cho nigdy o tym nie rozmawiali, wiedziała, e ograniczył kilkudniowe podró e do niezb dnego minimum. Koszmary nie nawiedzały jej z tak sił , gdy był w łó ku obok. Nigdy dot d nie miała takiego snu jak dzisiaj, kiedy ojciec mówił do niej ju po mierci. Mówił rzeczy, które - była tego niemal pewna - powtarzał cz sto za ycia. Przypuszczała, e doktor Mira, psycholog nowojorskiej policji, sp dziłaby cały dzie na badaniu znacze i symboliki tego snu.

To te w niczym by mi nie pomogło, uznała Eve. Zatrzyma wi c ten mały klejnot dla siebie. We mie prysznic, potem zabierze ze sob kota i wyjdzie na pi tro, do swego gabinetu. Tam oboje wyci gn si na fotelu i prze pi jako reszt nocy. Do rana koszmar straci sw moc. Pami taj, co ci powiedziałem. Nie mog , pomy lała Eve, wchodz c pod prysznic i zamawiaj c wod o temperaturze trzydziestu stopni. Nie mog . Nie mogła i nie chciała. Była ju nieco spokojniejsza, gdy wyszła spod prysznica i - cho uwa ała to za ałosny gest - wło yła koszul m a. Podnosiła wła nie kota, gdy rozbrzmiał sygnał ł cza umieszczonego obok łó ka. Roarke, pomy lała uradowana. Potarła policzkiem o głow Galahada i odebrała telefon. - Dallas, słucham? - Wiadomo dla porucznik Eve Dallas ... mier przychodziła nie tylko w snach. Eve stała teraz nad ni , w wie ym powietrzu wczesnego czerwcowego poranka. Policyjna ta ma odgradzała cz chodnika i kolorowe rabatki z petuniami zdobi cymi wej cie do budynku. Eve miała szczególn słabo do petunii, obawiała si jednak, e tym razem nie poprawi jej nastroju. Ani teraz, ani jeszcze przez jaki czas. Kobieta le ała twarz do ziemi. S dz c po uło eniu ciała i ilo ci krwi rozbryzganej na betonie, niewiele z tej twarzy zostało. Eve spojrzała w gór , na elegancki, szary wie owiec z półkolistymi balkonami i srebrnymi wst gami wind. Dopóki nie ustal to samo ci zmarłej, nie b d mogli okre li , sk d dokładnie spadła. Albo wyskoczyła. Albo została wypchni ta. Eve miała tylko pewno , e był to bardzo długi upadek. - Sprawd cie odciski palców - poleciła. Spojrzała na Peabody, która przykucn ła obok ciała i otworzyła torb ze sprz tem zabezpieczaj cym. Czapka policyjna le ała idealnie na jej równo przyci tych włosach. Ma pewne r ce, pomy lała Eve, i pewne oko. - Mo e zajmiesz si ustaleniem czasu mierci. Zaskoczona asystentka podniosła na ni wzrok. - Ja? - Ustal to samo ofiary i czas zgonu. Sporz d opis miejsca wypadku i ciała. Mimo ponurych okoliczno ci Peabody była wyra nie podekscytowana tym zadaniem. - Tak jest. Pani porucznik, policjant, który pojawił si tu jako pierwszy, ma

potencjalnego wiadka. - wiadka z góry czy z dołu? - Z dołu. - Dobra, zajm si tym. - Jeszcze przez chwil Eve stała jednak w miejscu, obserwuj c poczynania Peabody, która zdejmowała odciski palców martwej kobiety. Cho jej dłonie i stopy zabezpieczone były specjalnymi ochraniaczami, unikała kontaktu z ciałem zmarłej i przeprowadziła cał operacj szybko i zr cznie. Eve skin ła głow z aprobat i przeszła do umundurowanych policjantów, którzy otaczali miejsce wypadku. Cho dochodziła dopiero trzecia nad ranem, na ulicy zebrała si ju grupka gapiów. Pojawili si tak e pierwsi dziennikarze: wykrzykiwali pytania w stron Eve i próbowali zdoby cho by gar informacji, które mogliby umie ci w porannych wydaniach dzienników. Jaki ambitny straganiarz wykorzystał sytuacj i uruchomił przeno ne stoisko z przek skami. Nad jego grillem unosił si dym przesycony zapachem sojowych kiełbasek i cebuli. Najwyra niej nie brakowało mu klientów. W roku 2059 mier nadal budziła zainteresowanie ywych i tych, którzy wiedzieli, jak zrobi na niej interes. Ulic przemkn ła taksówka; kierowca nawet nie przyhamował, by przyjrze si zbiegowisku. Gdzie z dala dobiegało zawodzenie syreny policyjnej. Eve odwróciła si do jednego z policjantów. - Podobno mamy wiadka. - Tak jest. Sier ant Young zaprowadził j do wozu. Nie chciał, eby rzucili si na ni dziennikarze. - Dobrze. - Eve spojrzała na twarze ludzi zgromadzonych za policyjn barierk . Widziała na nich przera enie, ekscytacj , ciekawo i pewien rodzaj ulgi. Ja yj , a ty nie. Otrz sn ła si z tych rozmy la i poszła odszuka sier anta Younga oraz wiadka. Wzi wszy pod uwag okolic , w jakiej doszło do wypadku - bo mimo eleganckiego wygl du i kwietnych rabatek wie owiec stał na skraju dzielnicy o nie najlepszej reputacji - spodziewała si ujrze osob do towarzystwa albo jak narkomank . Z pewno ci nie przypuszczała, e zobaczy drobn , dobrze ubran blondynk o ładnej i znajomej twarzy. - Doktor Dimatto. - Porucznik Dallas? - Louise Dimatto przechyliła głow , a rubinowe kolczyki w jej uszach błysn ły jak krople krwi. Wchodzisz do rodka czy ja wychodz na zewn trz?

Eve wskazała kciukiem na zewn trz i otworzyła szerzej drzwi samochodu. - Prosz wyj . Poznały si minionej zimy, w klinice, gdzie Louise toczyła trudn walk o uratowanie jak najwi kszej liczby bezdomnych i biedaków. Była bogata i pochodziła z dobrej rodziny, Eve wiedziała jednak, e Louise nie boi si ubrudzi sobie r k. Omal nie zgin ła, pomagaj c Eve podczas paskudnej wojny, któr ta stoczyła tej trudnej zimy. Eve ogarn ła spojrzeniem jaskrawoczerwon sukni Louise. - Wizyta domowa? - Randka. Niektórzy z nas próbuj prowadzi normalne ycie towarzyskie. - Jak poszło? - Wzi łam taksówk do domu, wi c sama si domy l. – Młoda lekarka przeci gn ła dłoni przez swe krótkie bursztynowe włosy. Dlaczego wi kszo z nich jest taka nudna? - Wiesz, to pytanie, które dr czy mnie dniem i noc . - Kiedy Louise si roze miała, Eve odpowiedziała jej u miechem: - Miło ci znów zobaczy ... mimo wszystko. - Miałam nadziej , e wpadniesz kiedy do kliniki, przekonasz si , jakie usprawnienia mogłam wprowadzi dzi ki twojej ... darowi nie. - My lałam, e w wi kszo ci cywilizowanych krajów nazywa si to szanta em. - Szanta , darowizna ... Nie dzielmy włosa na czworo. Pomogła uratowa kilka ludzkich istnie . To powinno by równie satysfakcjonuj ce jak łapanie tych, którzy je niszcz . - Dzisiaj wła nie jedno stracili my. - Eve odwróciła Si , spojrzała na nieruchome ciało. - Co o niej wiesz? - Wła ciwie nic. My l , e mieszkała w tym budynku, ale nie wygl da teraz najlepiej, wi c nie mog by pewna. - Louise wzi ła gł boki oddech i pomasowała dłoni kark. - Przepraszam, ale musz troch ochłon . Nie zdarzyło mi si jeszcze, eby czyje ciało spadło niemal prosto na moj głow . Wiele razy widziałam ludzk mier , cz sto gwałtown i bolesn , ale to było ... - Rozumiem. Chcesz usi ? Napi si kawy? - Nie, nie. Pozwól tylko, e ci o tym opowiem. – Louise uspokoiła si , ci gn ła ramiona, wyprostowała lekko plecy. Byłam na randce z pewnym facetem, zjedli my razem kolacj i pojechali my do klubu w centrum. Było tak nudno, e w ko cu zdecydowałam si wróci do domu i zamówiłam taksówk . Przyjechałam tu około pierwszej trzydzie ci. - Mieszkasz w tym budynku? - Tak, na dziesi tym pi trze. Mieszkanie sto pi . Zapłaciłam taksówkarzowi,

wysiadłam. To była ciepła noc. Pomy lałam, taka pi kna noc, a ja straciłam j przez tego nudziarza. Stałam wi c przez kilka minut na chodniku i zastanawiałam si , czy powinnam wej do rodka, czy wybra si na spacer. W ko cu postanowiłam, wjecha na gór , zrobi sobie drinka i posiedzie na balkonie. Odwróciłam si , zrobiłam krok w stron drzwi. Nie wiem, dlaczego spojrzałam do góry; nic nie słyszałam. Ale spojrzałam, a ona wła nie leciała, z włosami rozwianymi jak skrzydła. To trwało ledwie kilka sekund; nim zrozumiałam, co widz , uderzyła ju w ziemi . - Nie wiesz, sk d wypadła? - Nie. Leciała w dół, bardzo szybko. Jezu, Dallas ... – Louise musiała przerwa na moment, odsun sprzed oczu natr tny obraz. - Uderzyła tak mocno ... To był d wi k, który jeszcze przez długi czas b d słysze w snach. Upadła nie dalej jak dwa metry od miejsca, w którym stałam. - Znów wzi ła gł boki oddech, zmusiła si do spojrzenia na ciało. W jej oczach obok zgrozy pojawiło si współczucie. - Ludzie my l , e doszli ju do granic swoich mo liwo ci. e ju nic im nie zostało. Ale myl si . Zawsze jest nadzieja. Zawsze warto spróbowa jeszcze raz. - My lisz, e ona sama wyskoczyła? Louise powróciła spojrzeniem do twarzy Eve. - Tak, chyba tak ... Jak ju powiedziałam, nic nie słyszałam. adnego krzyku, płaczu. Nic tylko trzepot włosów na wietrze. Chyba wła nie dlatego spojrzałam w gór - zastanawiała si gło no Louise. - Wi c jednak co usłyszałam. Trzepotały na wietrze, jak skrzydła. - Co zrobiła potem? - Sprawdziłam jej puls. - Louise wzruszyła ramionami. - Wiedziałam, e nie yje, ale i tak sprawdziłam. Potem wyj łam ł cze i skontaktowałam si z policj . My lisz, e kto j wypchn ł? No tak, dlatego tu jeste . - Na razie nic jeszcze nie my l . - Eve spojrzała ponownie na budynek. Gdy przyjechała na miejsce wypadku, w kilku oknach płon ło ju wiatło, teraz doł czyły do nich kolejne, tak e wie owiec wygl dał jak ogromna srebrno - czarna szachownica postawiona na sztorc. - Wydział zabójstw zawsze zajmuje si takimi wypadkami. To standardowa procedura. No dobrze, na razie to wszystko. Id do domu, we jakie prochy, prze pij si . Nie rozmawiaj z dziennikarzami, gdyby zdobyli od kogo twoje nazwisko. - Dzi ki za dobr rad . Dasz mi zna , kiedy ju ... kiedy b dziecie wiedzie , co si z ni stało? - Tak, zrobi to. Chcesz, eby odprowadził ci który z moich ludzi? - Nie, dzi ki. - Louise rzuciła ostatnie spojrzenie na ciało. Nie była to udana noc, ale

prze yłam ju gorsze. - Rozumiem. - Pozdrowienia dla Roarke' a - dodała Louise i ruszyła w stron wej cia do budynku. Jej miejsce u boku Eve zaj ła Peabody. - Znamy ju to samo ofiary, pani porucznik. Bryna Bankhead, lat dwadzie cia trzy, rasy mieszanej. Samotna. Zajmowała apartament 1207 w tym budynku. Pracowała u Saksa przy Pi tej Alei. Bielizna. Ustaliłam czas zgonu na pierwsz pi tna cie. - Pierwsz pi tna cie? - powtórzyła Eve i pomy lała o zielonym wy wietlaczu zegara przy jej łó ku. - Tak jest. Robiłam wszystkie pomiary dwukrotnie. Eve zmarszczyła czoło, spogl daj c na sprz t pomiarowy i na kału krwi obok ciała. - wiadek zeznała, e wypadek miał miejsce około pierwszej trzydzie ci. Kiedy odebrano zgłoszenie? Zakłopotana Peabody poł czyła si z central , by ustali czas zgłoszenia. - Pierwsza trzydzie ci sze - odparła po chwili i westchn ła ci ko. - Musiałam spieprzy co przy pomiarach - zacz ła. Przepraszam ... - Nie przepraszaj, dopóki sama ci nie powiem, e co spieprzyła . - Eve przykucn ła, otworzyła własn torb ze sprz tem pomiarowym i wyj ła swoje przyrz dy. Przeprowadziła test po raz trzeci, osobi cie. - Ustaliła czas zgonu prawidłowo. Do oficjalnej dokumentacji - kontynuowała, wł czaj c nagrywanie. - Ofiara zidentyfikowana jako Bryna Bankhead, przyczyna mierci nieokre lona. Czas zgonu - pierwsza pi tna cie, ustalony przez sier ant Deli Peabody i prowadz c ledztwo porucznik Eve Dallas. Przewró my j na plecy, Peabody. Asystentka przełkn ła z trudem lin , powstrzymuj c pytania, które cisn ły jej si na usta, i nudno ci podchodz ce do gardła. Na moment oczy ciła umysł z wszelkich uczu , pó niej jednak pami tała, e przypominało to przewracanie torby pełnej połamanych patyków pływaj cych w g stej cieczy. - Uderzenie zniszczyło w znacznym stopniu twarz ofiary. - Boziu ... - j kn ła słabo Peabody. - Ko czyny i tułów tak e zostały powa nie uszkodzone, trudno wi c okre li w tej chwili, czy przed mierci ofiara odniosła jakie inne rany. Ciało jest nagie. Ofiara ma kolczyki. - Eve wyj ła małe szkło powi kszaj ce, przyjrzała si z bliska uszom kobiety. - Wielobarwne kamienie w złotych oprawach, tak jak oczko pier cionka na rodkowym palcu prawej dłoni.

Pochyliła si ni ej, tak e jej usta dotykały niemal szyi ofiary. Peabody tymczasem musiała si zmaga z drug fal mdło ci. - Pani porucznik ... - Perfumy. U ywała perfum. Powiedz mi, Peabody, czy o pierwszej w nocy chodzisz po swoim mieszkaniu w drogich kolczykach, do tego wyperfumowana? - Je li o pierwszej w nocy jeszcze nie pi , to zazwyczaj chodz po mieszkaniu w moich pluszowych kapciach. Chyba e ... - Tak. - Eve podniosła si z kl czek. - Chyba e masz towarzystwo. - Odwróciła si do technika z ekipy medycznej. Zabierzcie j . Chc , eby jak najszybciej przeprowadzono sekcj . Niech sprawdz dobrze, czy przed mierci miała jakie kontakty seksualne i czy nie była wcze niej raniona. Peabody, my tymczasem obejrzymy sobie jej mieszkanie. - Nie wyskoczyła sama. - Wszystko na to wskazuje. - Weszły do holu. Małe ciche pomieszczenie znajdowało si pod stał obserwacj kamer. Potem dostarczysz mi dyskietki ochrony. - Eve zwróciła si do asystentki. - Na razie tylko te z holu i z dwunastego pi tra. W ciszy przeszły do windy, Eve zamówiła dwunaste pi tro. Peabody przest powała z nogi na nog , wreszcie si odezwała, sil c si na swobodny ton: - No tak ... B dziesz wzywa tych z działu elektronicznego? Eve wło yła r ce do kieszeni i wbiła wzrok w wypolerowane metalowe drzwi windy. Romantyczny zwi zek Peabody z Janem McNabem, detektywem z Wydziału Przest pstw Elektronicznych, rozleciał si ostatnio z wielkim hukiem. Gdyby kto zechciał wcze niej wysłucha jej rad, pomy lała gorzko Eve, nie spełniona miło dwojga policjantów nie le ałaby teraz w gruzach, bo w ogóle nie miałaby miejsca. - Daj sobie spokój, Peabody. - To racjonalne pytanie zwi zane ci le z procedur , a nie z ... niczym innym. - Peabody przemawiała sztywnym tonem, w którym kryło si jednocze nie oburzenie i zranione uczucia i zło . Jest w tym naprawd dobra, pomy lała Eve. - Je li jako inspektor prowadz cy ledztwo uznam, e niezb dna jest nam pomoc wydziału elektronicznego, z pewno ci skorzystam z tej pomocy. - Mogłaby poprosi o kogo innego, a nie tego, którego imienia nie chc nawet gło no wymawia - mrukn ła Peabody. - Feeney zarz dza WPE. Nie b d mu mówi , którego ze swych ludzi ma

oddelegowa do tej sprawy. Do diabła, Peabody, wcze niej czy pó niej trafisz na McNaba i b dziesz musiała z nim pracowa i dlatego wła nie nie powinna była nigdy pozwoli , eby ci przeleciał. - Mog z nim pracowa . Wcale mi to nie przeszkadza - o wiadczyła Peabody z moc , opuszczaj c wind . - Jestem profesjonalistk , w odró nieniu od osób, które zawsze si m drz i popisuj , a w dodatku przychodz do pracy w dziwacznych ubraniach. Eve stan ła przed drzwiami mieszkania Bankhead i uniosła lekko brwi. - Twierdzisz, e nie jestem profesjonalistk ? - Nie, sk d! Ja ... - Peadoby rozlu niła nagle ramiona, a do jej oczu powrócił u miech. - Nigdy nie nazwałabym twoich ubra dziwacznymi, Dallas, cho jestem niemal pewna, e masz na sobie m sk koszul . - No dobrze, skoro ju przeszła ci zło , to wł cz z powrotem nagrywanie. Otwieram drzwi do mieszkania ofiary za pomoc uniwersalnego kodu - o wiadczyła Eve, otwieraj c zamki. Uchyliła drzwi i przyjrzała im si uwa nie. - Wewn trzny ła cuch i zatrzaski nie były u ywane. wiatła w holu i pokoju s przygaszone. Co czujesz, Peabody? - Hm ... wieczki, mo e perfumy. - Co widzisz? - Ładnie urz dzone mieszkanie. Obraz przedstawia ... ukwiecon wiosenn ł k . Na stoliku obok sofy stoj dwa kieliszki i otwarta butelka wina, co oznacza, e ofiara miała tego wieczoru towarzystwo. - Dobrze. - Cho Eve miała nadziej , e asystentka wyci gnie nieco dalej id ce wnioski, skin ła głow . - Co słyszysz? - Muzyk . Działa system audio. Skrzypce i fortepian. Nie rozpoznaj melodii. - Nie chodzi o konkretn melodi , tylko o jej nastrój - odparła Eve. - Romans. Rozejrzyj si jeszcze raz wokół siebie. Wszystko jest na swoim miejscu, czyste, eleganckie, zorganizowane. Zostawiła jednak otwart butelk wina i u ywane kieliszki. Dlaczego? - Nie miała okazji, by je uprz tn . - Ani wył czy muzyki i wiatła. - Eve przeszła dalej, zajrzała do kuchni przylegaj cej do pokoju. Blat był czysty i pusty, le ał na nim tylko korkoci g i korek. - Kto otworzył wino, Peabody? - Najprawdopodobniej jej towarzysz. Gdyby zrobiła to sama, to bior c pod uwag stan całego mieszkania, schowałaby korkoci g, a korek wyrzuciła do mieci. - Mmm ... Drzwi na balkon w salonie zamkni te i zabezpieczone od wewn trz. Je li było to samobójstwo albo nieszcz liwy wypadek, to nie doszło do niego tutaj. Sprawd my sypialni .

- Nie uwa asz, eby to było samobójstwo albo wypadek? - Na razie nic nie uwa am. Wiem tylko, e ofiar była samotna kobieta, która utrzymuje swoje mieszkanie w idealnej czysto ci, i e dowody wskazuj na to, e sp dziła przynajmniej cz tego wieczoru w czyim towarzystwie. Eve przeszła do sypialni. Tu tak e grała muzyka, senne, płynne tony, które zdawały si unosi w lekkim wietrze wpadaj cym do pokoju przez otwarte drzwi balkonu. Łó ko było zasłane, a rozrzucona po ciel pokryta setkami ró owych płatków ró . Obok łó ka le ała czarna sukienka, czarna bielizna i czarne buty wieczorowe. Pod cianami migotały dopalaj ce si wiece. - Przeprowad analiz miejsca zbrodni - poleciła Eve. - Wygl da na to, e przed mierci ofiara odbywała lub zamierzała odby stosunek seksualny. Ani tutaj, ani w salonie nie wida adnych ladów walki, co oznacza, e stosunek odbył si lub był planowany za zgod obu stron. - To nie był seks, Peabody. To było uwodzenie. B dziemy musieli dowiedzie si , kto uwiódł kogo. Zbadaj całe mieszkanie, a potem załatw mi te dyskietki ochrony. - Eve nało yła na r ce substancj zabezpieczaj c i otworzyła szuflad w stoliku nocnym. - Szuflada ze skarbami. - Słucham? - Szuflada seksu, Peabody. Zapasy samotnej dziewczyny, mi dzy innymi kondomy. Ofiara lubiła m czyzn. Kilka butelek smakowych olejków do ciała, wibrator na wypadek, gdyby musiała lub chciała zaspokoi si sama, ma dopochwowa. Standardowe, powiedziałabym nawet konserwatywne przybory. adnych gad etów czy materiałów, które wskazywałyby, e ofiara preferowała kontakty z t sam płci . - Wi c jej towarzysz był m czyzn . - Albo kobiet , która chciała poszerzy horyzonty Bankhead. Dowiemy si tego, kiedy obejrzymy materiał z kamer ochrony. Mo e dopisze nam szcz cie i przy sekcji zwłok lekarze znajd co w niej. Eve weszła do łazienki s siaduj cej z sypialni . Była l ni co czysta, nawet obszyte wst kami r czniki wisiały w idealnym porz dku. Na półkach stały kolorowe mydełka w wymy lnych opakowaniach, perfumowane kremy w szklanych i srebrnych słoikach. - Przypuszczam, e jej partner nie przychodził si tutaj umy . Sprowad tu ekip - poleciła. - Niech sprawdz , czy nasz Romeo nie zostawił jednak jakich ladów. - Otworzyła lustrzane drzwiczki szafki z lekarstwami, przejrzała zawarto . Zwykłe podr czne rodki, nic ci kiego. Półroczny zapas dwudziestoo miodniowych tabletek

antykoncepcyjnych. Szuflada obok umywalki wypełniona była starannie uło onymi kosmetykami. Szminki, sztuczne rz sy, farby do twarzy i ciała. Sp dzała przed tym lustrem mnóstwo czasu, rozmy lała Eve. S dz c po małej czarnej sukience, winie i wieczkach, wyj tkowo du o czasu sp dziła tu minionego wieczoru. Przygotowuj c si dla m czyzny. Eve powróciła do ł cza umieszczonego w sypialni i odtworzyła ostatni rozmow . Stała w bezruchu i słuchała, jak liczna Bryna Bankhead, odziana w mał czarn , rozmawia o planach na wieczór z brunetk o imieniu CeeCee. Jestem troch zdenerwowana, ale przede wszystkim podniecona. Wreszcie si spotkamy. Jak wygl dam? Wygl dasz cudownie, Bry. Pami taj tylko, e prawdziwa randka to co innego ni elektroniczny flirt. Nie spiesz si , dzi wieczorem pozwól mu tylko na kolacj w jakiej restauracji, dobrze? Jasne. Ale naprawd czuj si tak, jakbym ju dobrze go znała, CeeCee. Mamy ze sob tak wiele wspólnego i korespondujemy ju od tygodni. Poza tym to ja zaproponowałam to spotkanie, a on powiedział, by my spotkali si w jakim publicznym miejscu, ebym nie czuła si skr powana. Jest taki troskliwy, taki romantyczny. Bo e, spó ni si . Nienawidz si spó nia . Musz i . Nie zapominaj o niczym. Chc zna szczegóły. Jutro opowiem ci o wszystkim. ycz mi szcz cia, CeeCee. Naprawd my l , e to mo e by wła nie ten. - Tak - mrukn ła Eve, wył czaj c ł cze. - Ja te tak my l .

2 Po powrocie do swego gabinetu w komendzie Eve przejrzała dyskietki ochrony z dnia poprzedzaj cego noc morderstwa. Ludzie wchodzili i wychodzili. Mieszka cy i go cie. Jej uwag przykuły dwie szczupłe, bli niaczo podobne blondynki, które przechadzały si po holu jako osoby do towarzystwa. Podwójna przyjemno , pomy lała, obserwuj c, jak jedna z nich rozmawia przez telefon, druga za notuje czas i miejsce nast pnego spotkania. Bryna Bankhead wpadła do holu o szóstej czterdzie ci pi , z cał stert zakupów i uroczym rumie cem na buzi. Szcz liwa, pomy lała Eve. Podniecona. Chce jak najszybciej wyjecha na gór , wyj nowe ubrania i si nimi nacieszy . Wyk pie si , zrobi sobie makija , kilka razy zmieni zdanie co do kreacji, któr powinna wło y na wieczór. Mo e przygotuje jak drobn przek sk , by nerwy nie ciskały jej zbyt mocno oł dka. Typowa samotna kobieta w oczekiwaniu na randk . Kobieta, która nie wie, e nim noc dobiegnie ko ca, b dzie tylko kolejnym numerem w policyjnej statystyce. Tu przed siódm trzydzie ci do holu weszła Louise. Ona tak e poruszała si szybko - ale robiła to zawsze. W jej oczach nie było radosnego błysku, ekscytacji wywołanej zbli aj cym si spotkaniem. Wydawała si rozproszona i zm czona. Doktor Dimatto nie niosła adnych zakupów, zauwa yła Eve. Tylko sprz t medyczny i torb wielk jak Idaho. Niezbyt typowa samotna kobieta, która wygl dała tak, jakby z góry ju zało yła, e czeka j nieudany wieczór. I która nie wiedziała, e wieczór ten zako czy si tragicznym i przera aj cym wydarzeniem. Louise była szybsza od Bryny. Ju o ósmej trzydzie ci wyszła z windy wbita w zabójcz czerwon sukienk . Od wie ona i wymuskana, nie wygl dała ju jak przepracowany, oddany szczytnym ideałom krzy owiec. Wygl dała bardzo kobieco i seksownie. Facet, który min ł j w holu, najwyra niej zgadzał si z t opini . Kiedy przechodzili obok siebie, spogl dał z aprobat na jej kształtny tyłeczek. Louise albo tego nie zauwa yła, albo wcale jej to nie obchodziło, nie zaszczyciła go bowiem nawet najmniejszym spojrzeniem. Z windy wysiadł tak e jaki dzieciak, na oko osiemnastoletni. Ubrany był w czarny skórzany kombinezon, pod pach niósł skuter powietrzny. Rzucił go na podłog , a gdy otworzyły si przed nim drzwi holu, wskoczył na ze zr czno ci

i wdzi kiem, którego nie mogła nie podziwia , i błyskawicznie znikn ł w ciemno ci nocy. Eve s czyła powoli kaw , obserwuj c, jak Bryna opuszcza budynek tu przed dziewi t . Nie zwa aj c na to, e ma buty na wysokich obcasach i e jeden nieostro ny krok mo e sko czy si dla niej bolesnym skr ceniem kostki, prawie biegła, by nie spó ni si na wyt sknione spotkanie. Jej włosy uło one były w sztywn , l ni c konstrukcj , przypominaj c wie z ko ci słoniowej. Na twarzy o delikatnej karmelowej barwie płon ły rumie ce ekscytacji i zdenerwowania. Niosła mał wieczorow torebk , a jej uszy zdobiły wielobarwne kolczyki. - Peabody, sprawd wszystkie kursy taksówek w pobli u tego budynku. Spieszy si , wi c je li nie była umówiona gdzie w pobli u, to na pewno wzi ła taksówk . - Eve zacz ła przesuwa szybciej obraz, zwalniaj c tylko wtedy, gdy kto wchodził do rodka lub wychodził. - Była atrakcyjn kobiet - my lała gło no. - Wydawała si do rozs dna, miała swoje mieszkanie, dobr prac . Dlaczego kto taki szuka partnera przez sie ? - Łatwo ci mówi - mrukn ła Peabody, ci gaj c na siebie roze lone spojrzenie przeło onej. - O Jezu, Dallas, ty jeste m atk . My, samotne kobiety, yjemy w d ungli, pełnej małp, w ów i pawianów. - Flirtowała kiedy przez sie ? Peabody zaszurała nerwowo nogami. - Mo e. I nie chc o tym rozmawia . Rozbawiona Eve powróciła do ledzenia nagra z holu budynku. - O wiele, wiele dłu ej byłam samotn kobiet ni m atk . Nigdy nie zni yłam si do flirtu w sieci. - Wielka mi sztuka, kiedy kto jest wysoki i szczupły, ma niesamowite kocie oczy i seksowny dołek w brodzie. - Podrywasz mnie, Peabody? - Mej miło ci do ciebie nie da si opisa adnymi słowami, Dallas, ale postanowiłam, e nie b d ju nigdy wi za si z policjantami. - Bardzo rozs dnie. Oho, s . Zatrzymaj obraz. Zegar w rogu ekranu wskazywał jedenast trzydzie ci osiem. W ci gu niecałych trzech godzin Bryna najwyra niej zd yła si ju bli ej zapozna ze swoim elektronicznym kochankiem. Szli obj ci wpół, przytuleni i roze miani. - Facet wygl da ... wietnie - o wiadczyła Peabody, pochylaj c si ni ej nad ekranem. - Spełnienie marze ka dej panienki. Wysoki, przystojny brunet. Eve j kn ła cicho. M czyzna rzeczywi cie był wysoki i szczupły. Długie kr cone włosy okrywały jego ramiona wspaniał g st grzyw . Miał poetycznie blad skór , od której

odcinały si wyra nie małe błyszcz ce szmaragdy osadzone w k ciku ust i na ko ci policzkowej, w pobli u ucha. T sam zielon barw miały jego oczy. Cienka linia starannie przystrzy onej brody biegła od dolnej wargi w dół podbródka. Miał na sobie ciemny garnitur i rozpi t pod szyj koszul równie szmaragdowozielon . - Ładna parka - dodała Peabody. - Bryna wygl da, jakby nie le sobie popiła. - To co wi cej ni alkohol - odparła Eve i poleciła, by komputer zrobił zbli enie na twarz kobiety. - Ma w oczach narkotykowy błysk. On? - Zbli enie na twarz m czyzny. Całkiem trze wy. Skontaktuj si z kostnic . Chc , eby zwrócili szczególn uwag na zawarto toksyn w jej organizmie. Komputer? Czekam na instrukcje ... - Tak, tak, spróbujmy wykona pewne drobne zadania. Poniewa od niedawna, po długich i usilnych staraniach, miała wreszcie nowy sprz t, miała te nadziej . - Odszukaj w bankach identyfikacyjnych dane m czyzny, którego twarz znajduje si teraz na ekranie. Chc zna jego nazwisko. Otwieram banki identyfikacyjne. Poszukiwanie ograniczy do miasta, stanu, kraju czy Ziemi? Eve poklepała metalow obudow maszyny. - O, to mi si podoba. Zacznijmy od Nowego Jorku. Kontynuuj przegl danie zawarto ci dysku w normalnym tempie. Wykonuj ... Komputer mruczał cicho, a obraz na ekranie znów zacz ł si porusza . Bryna i jej towarzysz zatrzymali si przed drzwiami windy, m czyzna uniósł jej dło do ust. - Dobrze, teraz obraz z windy numer dwa, jedenasta czterdzie ci. Na monitorze pojawił si widok z wn trza windy. Eve obserwowała, jak w drodze na dwunaste pi tro para kochanków poczyna sobie coraz mielej. M czyzna całował delikatnie czubki palców Bryny, potem pochylił si , by wyszepta jej co do ucha. W ko cu to ona przyspieszyła tempo, przyci gn ła go do siebie, przywarła do jego ciała i ust. To jej r ka wsun ła si pomi dzy nich, si gn ła w dół. Kiedy rozsun ły si drzwi windy, wytoczyli si na zewn trz, wci zamkni ci w u cisku. Eve po raz kolejny poprosiła o zmian dysku i obserwowała par kochanków, kiedy ci zmierzali do drzwi mieszkania. Bryna miała drobne kłopoty z rozkodowaniem zamków, straciła na moment równowag i oparła si o kochanka. Kiedy weszła do rodka, ten zatrzymał si na progu.

D entelmen w ka dym calu, pomy lała Eve, z ciepłym u miechem na ustach i niemym pytaniem w oczach. Zaprosisz mnie do rodka? Widziała, jak zza drzwi wysuwa si r ka Bryny, chwyta m czyzn za klapy marynarki. Wci gn ła go do rodka i zatrzasn ła drzwi. - To ona tego chciała - stwierdziła Peabody, spogl daj c spod uniesionych brwi na monitor. - Tak, ona tego chciała. - Nie chc przez to powiedzie , e zasłu yła na mier . Chodzi mi tylko o to, e on nie naciskał. Nawet kiedy zacz ła si do niego dobiera w windzie, nie naciskał. Wi kszo facetów w tym momencie ju wsadziłaby jej łapsko pod spódnic . - Wi kszo facetów nie rozrzuca płatków ró na po cieli. Eve przyspieszyła nagranie, zatrzymała obraz, gdy drzwi mieszkania Bryny ponownie si otworzyły. - Zwró uwag , o której godzinie niezidentyfikowany m czyzna opuszcza mieszkanie ofiary. Pierwsza trzydzie ci sze . Dokładnie w tym samym czasie odebrali my zgłoszenie wypadku. Louise powiedziała, e sprawdziła najpierw puls. Dajmy jej kilka sekund na otrz ni cie si z szoku, kilka sekund na podej cie do ofiary, czas na sprawdzenie pulsu, a potem wyci gni cie telefonu i wybranie numeru. On nie mógł wtedy zrobi wi cej, ni wyj z balkonu, przej przez mieszkanie i otworzy drzwi. Komputer, kontynuuj przegl danie. - Trz sie si - mrukn ła Peabody. - Tak, i mocno poci. - Ale nie biegnie, dopowiedziała Eve w my lach. Rozgl dał si nerwowo na boki, gdy szedł korytarzem do windy. Lecz nie biegł. Obserwowała go, gdy jechał na dół, oparty plecami o cian , ze skórzan torb mocno przyci ni t do piersi. Nie stracił głowy, zauwa yła. My lał do trze wo, by zjecha do podziemi budynku, zamiast do holu, i wyj z niego korytarzem przeznaczonym dla dostawców, a nie głównymi drzwiami. - W mieszkaniu nie znalazły my adnych ladów walki. Od chwili mierci do momentu, gdy spadła na ziemi , upłyn ło te zbyt mało czasu, by zd ył posprz ta mieszkanie. Ale ona była martwa, nim wypadła z balkonu. Nim j wyrzucił - poprawiła si Eve. - Za ywała narkotyki, ale w mieszkaniu nie było adnych zabronionych rodków. Przeka tym z laboratorium, eby sprawdzili skład wina w butelce i kieliszkach. Potem id do domu, prze pij si troch . - Skontaktujesz si z Feeneyem? B dziesz potrzebowała tych z elektronicznego do sprawdzenia jej komputera i e - maili, które wymieniała z podejrzanym. - Zgadza si . - Eve wstała z krzesła i cho wiedziała, e to bł d, zamówiła w

autokucharzu jeszcze jedn fili ank kawy. Odłó osobiste urazy na bok i bierz si do pracy. - Byłabym wdzi czna, gdyby dała t sam rad McNabowi. - Robi ci problemy? - Zaskoczona Eve odwróciła si do niej. - Tak. No... niezupełnie. - Peabody wypu ciła gło no powietrze. - Nie. - Wi c o co chodzi? - Stara si , ebym wiedziała o wszystkich gor cych kobietach, z którymi sypia, odk d si rozeszli my. I nie ma nawet na tyle przyzwoito ci, by powiedzie mi o tym prosto w twarz. Po prostu dba o to, bym usłyszała o wszystkim od innych. - Wygl da na to, e ju doszedł do siebie. Ale to ty go rzuciła , Peabody. I spotykasz si z Charlesem. - Charles to zupełnie inna historia - odparła Peabody z naciskiem. Chodziło o seksownego m czyzn do towarzystwa, który stał si jej bliskim przyjacielem. I który nigdy nie był jej kochankiem. - Mówiłam ci ju . - Ale nie powiedziała McNabowi. Twoja sprawa - dodała Eve szybko, kiedy jej asystentka otworzyła usta, gotowa wda si w dłu sz dyskusj . - A ja nie chc ju o tym słysze . Skoro McNab chce przelecie wszystkie kobiety w okr gu, a nie cierpi na tym jego działalno zawodowa, to ju nie moja sprawa. Ani twoja, kole anko. Przeka moje polecenia do laborato um i id do domu. Masz si stawi do pracy o ósmej zero zero. Gdy została ju sama, Eve usiadła ponownie za biurkiem. - Komputer, stan poszukiwa identyfikacyjnych? Poszukiwania uko czone w osiemdziesi ciu o miu przecinek dwóch dziesi tych procent. Brak danych. - Rozszerz poszukiwania na bank identyfikacyjny stanu. Przyj łem. Eve opadła na oparcie krzesła i poci gn ła łyk kawy. Miała nadziej , e wkrótce pozna nazwisko tajemniczego kochanka, e odda sprawiedliwo Brynie Bankhead. Mimo pot nej dawki kofeiny Eve za yła wi cej snu na podłodze swego biura ni w wielkim pustym łó ku w domu. Po przebudzeniu rozszerzyła zakres bezskutecznych dot d poszukiwa identyfikacyjnych. Potem przeszła do łazienki, umyła si , przeczesała palcami włosy i zamówiła kolejn fili ank kawy. Tu po ósmej wkroczyła do gabinetu kapitana Feeneya w Wydziale Przest pstw Elektronicznych. Feeney stał przed autokucharzem, odwrócony do niej plecami. Podobnie jak Eve ubrany był w koszul z podwini tymi r kawami, na któr nało ył szelki z kabur na słu bow bro . Jego sztywne kasztanowe włosy prawdopodobnie widziały tego ranka

grzebie , ale wcale nie wygl dały na bardziej uporz dkowane ni fryzura Eve. Weszła do rodka, przymru yła oczy. Wci gn ła powietrze. - Co tu tak pachnie? Feeney obrócił si na pi cie. Jego obwisła, poczciwa twarz wyra ała kompletne zaskoczenie. I poczucie winy, pomy lała Eve. - Nic. Co si dzieje? Ponownie wci gn ła powietrze. - P czki. Masz tu p czki. - zamknij si . zamknij si . - Podszedł szybko do drzwi i je zatrzasn ł. - Chcesz, eby zleciał mi si tu cały wydział? - Wiedz c, e zatrza ni te drzwi nie s adn przeszkod dla zgłodniałych policjantów, zamkn ł je starannie na dwa zamki. - Czego chcesz? - Chc p czka. - Posłuchaj, Dallas, moja ona dostała ostatnio fioła na punkcie zdrowej ywno ci. W domu nie mo na zje nic prócz jakich wi stw z tofu i liofilizowanych warzyw. M czyzna musi od czasu do czasu wchłon troch tłuszczu i cukru, inaczej cierpi na tym cały jego organizm. - Jestem po twojej stronie, jak wielu innych. Daj mi p czka. - Cholera. - Zrezygnowany, wrócił do autokucharza i otworzył drzwiczki. W rodku le ało sze pachn cych, lekko podgrzanych p czków. - A niech mnie ... wie e p czki. - W cukierni za rogiem co rano robi kilka prawdziwych. Wiesz, ile sobie ycz za jedno takie cudo? Szybka niczym błyskawica, Eve si gn ła do wn trza autokucharza, porwała p czka i wbiła we z by. - Warte s ka dej ceny - powiedziała z ustami pełnymi smakowitego ciasta. - Błagam ci , nie rób hałasu. Je li zaczniesz gło niej mlaska , te hieny wywa drzwi. - Feeney tak e wzi ł sobie p czka i przymkn ł oczy po pierwszym k sie. - Nikt nie chce y wiecznie, prawda? Powtarzam onie ci gle: jestem gliniarzem, gliniarze codziennie staj w obliczu mierci. - Zgadza si . Masz te galaretk ? Nim zd yła ponownie si gn do wn trza autokucharza, zatrzasn ł drzwiczki. Bardzo rozs dnie. - Wi c skoro jestem gliniarzem, stawiam czoło mierci, i tak dalej, to chyba mog wchłon troch tłuszczu? - I to bardzo smacznego tłuszczu. - Zlizała z palców lukier. Mogłaby, korzystaj c z szanta u, wyci gn od niego drugiego p czka, ale tyle dobra

naraz z pewno ci by jej zaszkodziło. Miałam w nocy trupa. Upadek z dwunastego pi tra. - Samobójca? - Nie. Kiedy spadła, była ju martwa. Czekam na wyniki z laboratorium, ale wygl da mi to na zabójstwo na tle seksualnym. Miała randk z nowym chłopakiem, elektroniczni kochankowie. Mam go na dyskietce, kiedy wchodzi do budynku i wychodzi po morderstwie, ale nie znale li my jego danych. Chciałabym, eby odszukał go przez jej komputer. - Masz ten komputer? - Tak. Został zatrzymany z reszt materiałów dowodowych. Ofiara nazywa si Bryna Bankhead, sprawa H - 78926B. - Dobra, ode l kogo do tego. - Dzi ki. - Eve zatrzymała si jeszcze na moment przy wyj ciu. - Feeney, je li przeka esz t spraw McNabowi, popro go, eby troch ... hm ... hamował si w obecno ci Peabody. Feeney skrzywił si z bolesnym zakłopotaniem. - O Jezu, Dallas. - Wiem, wiem. - Przeci gn ła dłoni przez włosy. - Ale skoro ja musz si m czy z ni , to ty mo esz pom czy si z nim. - Mogliby my zamkn ich w jednym pokoju i poczeka , a wszystko sobie wyja ni . - Dobra, w ostateczno ci mo emy spróbowa i takiego rozwi zania. Daj mi zna , kiedy znajdziecie co ciekawego w komputerze ofiary. P oszukiwania nie dawały adnych rezultatów. Bez wi kszej nadziei Eve poszerzyła ich zakres na cał planet . Sporz dziła wst pny raport dla komendanta, potem przesłała go przez wewn trzn sie centrali. Poleciła Peabody, by ta pogoniła techników z laboratorium i kostnicy, po czym wyszła do s du, gdzie miała zło y zeznania w pewnej sprawie. Dwie i pół godziny pó niej wypadła w ciekła z gmachu s du, przeklinaj c wszystkich prawników wiata. Wyj ła komunikator i przywołała asystentk . - No i co? - Nie mamy jeszcze ostatecznych wyników bada . - Cholera! - Ci ki dzie w s dzie, co? - Wygl dało to tak, jakby obro ca chciał wmówi przysi głym, e nowojorska policja ochlapała krwi osob jego niewinnego klienta, jego pokój hotelowy i ubrania tylko po to, by zniesławi psychopatycznych turystów, którzy d gaj no em swoje ony podczas mał e skich kłótni. - Có , nie popuszczaj za to Izbie Handlowej.

- Ha, ha. - Zidentyfikowali my kobiet , z któr Bankhead rozmawiała przez teleł cze kilka godzin przed mierci . CeeCee Plunkett. Pracowały razem w dziale bielizny u Saksa. - We jaki radiowóz. Spotkamy si na miejscu. - Tak jest. Proponuj , eby my zjadły lunch w tej licznej kafejce na szóstym pi trze. Potrzebuje pani protein, pani porucznik. - Zjadłam dzi p czka. - U miechaj c si zło liwie, Eve zako czyła rozmow , przerywaj c gło ny j k zawodu i zazdro ci asystentki. Nastroju nie poprawiła jej wcale podró przez zakorkowane miasto. Samochody przemieszczały si tak powoli, e gotowa była porzuci wóz i odby cał drog pieszo. Dopóki nie spojrzała na zatłoczone chodniki. Nawet na niebie było ciasno - dryfuj ce reklamy, autobusy powietrzne, tramwaje pełne turystów. Wsz dzie panował nieopisany hałas. Buczały autobusy, tr biły klaksony, gło no rozbrzmiewała muzyka reklam - wi kszo tych odgłosów stanowiła bezpo rednie pogwałcenie prawa o zanieczyszczeniach d wi kowych, prawa, którym nikt si nie przejmował i którego nikt nie egzekwował. Z jakiego niezrozumiałego powodu sam ci ar tego hałasu uspokoił Eve, pomógł jej si zrelaksowa . Do tego stopnia, e gdy utkn ła w korku przed wiatłami na rogu Madison i Trzydziestej dziewi tej, wychyliła si z okna i odezwała si uprzejmym tonem do straganiarza na lizgaczu: - Poprosz pepsi. - Mał , redni czy du , droga pani? Uniosła lekko brwi, zaskoczona. Tak miły straganiarz musiał by androidem albo od niedawna pracowa w zawodzie. - Niech b dzie du a. - Si gn ła do kieszeni po drobniaki. Kiedy pochylił si , by wzi od niej pieni dze, zobaczyła, e nie jest to android ani nowicjusz. Dawała mu jakie dziewi dziesi t lal. Jego l ni cy u miech wiadczył o tym, e po wi ca higienie lamy ustnej znacznie wi cej czasu ni wi kszo jego kolegów po fachu. - Pi kny dzie , prawda? - zagadn ł. Spojrzała na zatłoczone ulice, na warstw pojazdów, które przesłaniały niemal całe niebo w tej dzielnicy. - Chyba pan artuje. Sprzedawca znów odpowiedział jej u miechem. - Ka dy dzie ycia jest pi kny, panienko. Pomy lała o Brynie Bankhead. - Pewnie ma pan racj . Otworzyła kubek z pepsi i s cz c w zamy leniu zimny napój, przesuwała si powoli

po Madison. Przy Pi dziesi tej Pierwszej zjechała na parking, wcisn ła si w wolne miejsce i wyj ła odznak słu bow . Potem wzi ła gł boki oddech, przygotowuj c si wewn trznie do czekaj cego j trudnego zadania, i weszła do działu kosmetycznego domu handlowego Saksa. Przy drzwiach kr yły elegancko wystrojone androidy, czyhaj ce na oszołomionych kolorowym i bogatym wystrojem klientów. Wspierały ich zast py ludzkich sprzedawców, którzy obsługiwali poszczególne stoiska i patrolowali alejki pomi dzy półkami, wypatruj c - zdaniem Eve - nielicznych uciekinierów. Powietrze ci kie było od zapachu ró nego rodzaju kosmetyków. oKobieta android o l ni cych fioletowych włosach przemkn ła błyskawicznie mi dzy półkami, by zablokowa Eve drog . K tem oka Eve widziała, jak w sukurs idzie jej nast pny android, kobieta srebrnej skórze i zabójczo czerwonych ustach. - Dobry wieczór, witamy w domu handlowym Saksa. Mamy dzi premier nowego zapachu ... - Je li spadnie na mnie cho by jedna, jedyna kropla, wsadz ci t buteleczk do gardła. Tobie te , srebrzysta dziewczyno ostrzegła androida, który zachodził j z boku. - W istocie, prosz pani, wystarczy jedna kropla Orgasmy, by oczarowa kochanka pani marze . Eve odsun ła na bok poł kurtki i postukała palcem w pistolet. - Wystarczy jeden strzał, eby trafiła do mieci. No ju , zejd mi z drogi. Android pospiesznie usun ł si na bok. Eve słyszała jeszcze, jak wzywa ochron , kiedy sama przedzierała si przez tłum klientów i konsultantów. Uniosła wy ej odznak , gdy w jej stron ruszyły dwa androidy w mundurach. - Policja Nowego Jorku. Sprawa słu bowa. Trzymajcie tych przekl tych handlarzy z dala ode mnie. - Tak jest, pani porucznik. Czy mo emy pani w czym pomóc? - Tak. - Schowała odznak do kieszeni. - Gdzie jest dział bielizny? Tu przynajmniej nie przybiegaj do człowieka z nar czami bielizny, pomy lała Eve, kiedy wysiadła na wła ciwym pi trze. Jednak i tu bombardowano klientów natłokiem zmysłowych towarów i obrazów; nieziemsko zgrabne modelki androidy przechadzały si po sklepie odziane jedynie w seksown bielizn lub koszule nocne. Ludzcy sprzedawcy nosili przynajmniej prawdziwe ubrania. Niemal od razu odszukała CeeCee Plunkett. Poczekała jednak odganiaj c si od natr tnych sprzedawców - a ta sko czy transakcj i zapakuje towar . - Pani Plunkett?

- Tak. Czym mog pani słu y ? Eve pokazała jej odznak . Czy mo emy tu gdzie spokojnie porozmawia ? CeeCee miała ró owe policzki, które nagle stały si miertelnie blade. Jej ładne bł kitne oczy otworzyły si szeroko. O Bo e, Bo e, to Bry. Co stało si Brynie. Nie przyszła do pracy. Nie odpowiada na telefon. Co jej si stało. Czy mo emy gdzie porozmawia ? Ja ... Tak. - Przyciskaj c dłonie do skroni, CeeCee rozejrzała si . - Przymierzalnia, ale nie powinnam schodzi ze stoiska ... Hej. - Eve przywołała androida w l ni cym czarnym staniku i majteczkach. - Zajmij si tym na chwil . Któr dy? - spytała CeeCee i Przeszła za lad , by wzi j pod r k . Tam, z tyłu. Czy ona jest w szpitalu? W którym? Pojad j odwiedzi . Kiedy znalazły si ju w niewielkiej kabinie przymierzalni, Eve machinalnie zamkn ła drzwi. W rogu stał mały, obity pluszem 1.1horcL Podprowadziła tam CeeCee. Prosz usi . Stało si co złego. - Dziewczyna pochwyciła Eve za rami . Co bardzo złego. Tak. Przykro mi. - To nigdy nie było i nie mogło by łatwe. Musiała zrobi to szybko, jeden cios w serce zamiast długiej udr ki niepewno ci. - Bryna Bankhead zmarła dzi nad ranem. CeeCee potrz sn ła głow , wci kr ciła ni powoli, kiedy pierwsze łzy napłyn ły jej do oczu i spłyn ły po policzkach. Miała wypadek? Próbujemy ustali , co si wła ciwie stało. - Rozmawiałam z ni . Rozmawiałam z ni wczoraj wieczorem. Wybierała si na randk . Prosz , niech mi pani powie, co jej si stało. Media doniosły ju o wypadku i okoliczno ciach mierci młodej kobiety. Nawet je li nie znały jeszcze jej nazwiska, to z pewno ci bliskie były ju uzyskania tej informacji. - Bryna Bankhead ... wypadła z balkonu. - Wypadła? - CeeCee zacz ła podnosi si ze stołka, potem jednak ponownie na nim usiadła. - To niemo liwe. To po prostu niemo liwe. Ten balkon jest zabezpieczony. - Prowadzimy ledztwo, panno Plunkett. Byłabym pani wdzi czna, gdyby zechciała pani odpowiedzie na kilka pyta . Czy mog wł czy dyktafon? - Nie mogła stamt d spa . - W głosie dziewczyny, prócz szoku, pojawił si gniew i oburzenie. - Nie była głupia ani niezdarna. Nie spadłaby stamt d.

Eve wyj ła dyktafon. - Zamierzam si dowiedzie , co zaszło tam naprawd . Nazywam si Dallas, porucznik Eve Dallas - o wiadczyła dla potrzeb nagrania i by przedstawi si CeeCee. - Jestem inspektorem prowadz cym ledztwo w sprawie mierci Bryny Bankhead. Przesłuchuj pani , CeeCee Plunkett, bo była pani przyjaciółk zmarłej. Rozmawiała pani z ni wczoraj wieczorem przez teleł cze, tu przed tym, jak opu ciła swoje mieszkanie. - Tak. Tak. Zadzwoniła do mnie. Była taka zdenerwowana, taka podniecona. - Głos CeeCee załamał si na moment. - Och, Bry ... - Dlaczego była zdenerwowana i podniecona? - Miała randk . Pierwsz randk z Dantem. - Jak brzmi jego nazwisko? - Nie wiem. - Dziewczyna si gn ła do kieszeni po chusteczk , zamiast jednak wytrze oczy, podarła j na drobne kawałki. Poznali si przez Internet. Nie znali swoich nazwisk, to cz umowy. Dla bezpiecze stwa. Od jak dawna kontaktowała si z tym m czyzn ? - Od dwóch, trzech tygodni. - Jak si poznali? - W poetyckiej grupie dyskusyjnej. To była dyskusja o poezji romantycznej na przestrzeni wieków i... O Bo e ... - CeeCee pochyliła si do przodu i ukryła twarz w dłoniach. - Była moj najlepsz przyjaciółk . Dlaczego to spotkało wła nie j ? - Czy Bryna Bankhead zwierzała si pani ze swoich sekretów? - Mówiły my sobie o wszystkim. Wie pani, jak to jest mi dzy przyjaciółkami. Mniej wi cej, pomy lała Eve. - Wi c, o ile pani wiadomo, była to jej pierwsza randka z Dantem? - Tak. Dlatego była taka podekscytowana. Kupiła now sukienk i buty. I te pi kne kolczyki ... - Czy prawdopodobne jest, by ju podczas pierwszej randki sprowadziła go do swojego mieszkania i uprawiała z nim seks? - Nie, to do niej zupełnie niepodobne. - CeeCee roze miała si nerwowo. - Bry miała wiele dziwnych zwyczajów i przes dów zwi zanych z seksem i stopniami znajomo ci. Ka dy jej chłopak musiał przej przez co , co nazywała prób trzydziestodniow , zanim poszła z nim do łó ka. Powtarzałam jej cz sto, e nic nie zachowuje wie o ci przez miesi c, ale ona ... - CeeCee umilkła nagle. - Co pani wła ciwie chce przez to powiedzie ? - Próbuj tylko naszkicowa sobie jej obraz. Czy za ywała narkotyki? Cho w oczach dziewczyny l niły jeszcze łzy, jej spojrzenie gwałtownie stwardniało.