wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 17 - Powtórka ze śmierci

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 17 - Powtórka ze śmierci.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 43 osób, 47 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 301 stron)

J.D. ROBB POWTÓRKA ZE ŚMIERCI Tytuł oryginału IMITATION IN DEATH

PROLOG Pogoda była jak wściekła dziwka, której złości nic nie jest w stanie złagodzić. Sierpień przyniósł na spoconych plecach wrzesień, by ten dusił Nowy Jork wilgotnym i cuchnącym powietrzem. Zdaniem Jacie Wooton lato 2059 roku było zabójcze. Dochodziła druga nad ranem. Z barów wysypywali się klienci, by przed powrotem do domu poszukać dodatkowych wrażeń. Serce nocy - tak lubiła określać porę, kiedy przychodzili do niej ci, którzy mieli pieniądze na zaspokojenie żądzy. Po tym, jak spieprzyła sobie życiorys zabawą z nielegalnymi substancjami i kilkoma odsiadkami, dostała licencję tylko na ulicę. Teraz była czysta i znów chciała uczciwie wspinać się po szczeblach kariery w zawodzie prostytutki, aż na szczyt, między bogatych i samotnych. Na razie jednak musiała zarobić na cholerne utrzymanie, tymczasem w taki upał nikt nie miał ochoty na seks, a jeszcze mniej na płacenie. W ciągu ostatnich dwóch godzin spotkała tylko kilka koleżanek, które stwierdziły, że klimat odbiera im ochotę na seks, a forsa przestaje je interesować. Jacie była profesjonalistką i za taką uważała się od ponad dwudziestu lat, kiedy to po raz pierwszy zrobiła użytek ze swojej licencji. Pociła się w upale, ale nie narzekała. Podczas okresu próbnego na ulicy miała gorsze chwile, lecz nie dala się złamać. Nie upadnie. Na kolanach czy na plecach - zależnie od indywidualnych upodobań klienta - będzie robić swoje. Rób swoje, powtarzała sobie. Forsa do banku. Maksymalne wykorzystanie czasu. Za kilka miesięcy wróci do apartamentu na Park Avenue, gdzie jest jej miejsce. Czasami w głowie Jacie rodziła się obawa, że może trochę się postarzała i zrobiła zbyt miękka jak na ulicę. Wtedy po prostu blokowała tę myśl i mocniej koncentrowała się na złapaniu kolejnego klienta. Tylko jeden klient. Poza tym wiedziała, że jeśli nie złapie dziś jeszcze jednego klienta, po opłaceniu czynszu nie zostanie jej nic na zabiegi upiększające. A lekki retusz był jej bardzo potrzebny. Nie to, żeby nie była wciąż atrakcyjna, powtarzała sobie w duchu, przechadzając się pod latarnią między trzema ulicami, które traktowała jak swój rewir w trzewiach miasta. Nadal była w formie. Może wymieni usługę na butelkę wódki? Drink cholernie by się jej teraz przydał. A wyglądała przecież dobrze. Zajebiście dobrze.

Prezentowała towar w lśniącym opakowaniu. Ogniście czerwony gorset i spódniczka mini ledwo zakrywająca pośladki. Dopóki nie zaoszczędzi na wizytę u plastyka ciała, musi nosić gorset podnoszący biust. Natomiast z nóg zawsze była dumna. Długie i zgrabne, co erotycznie podkreślały srebrne sandałki z czubem i rzemykami sięgającymi do kolan. Sukinsyny nie dawały o sobie zapomnieć, kiedy przechadzała się po ulicy, szukając jeszcze jednego klienta. Próbując ulżyć obolałym stopom, oparła się o latarnię, wypięła zalotnie biodro, zmrużyła zmęczone brązowe oczy i zajęła się obserwowaniem opustoszałej ulicy. Powinnam była włożyć srebrną perukę, pomyślała. Faceci zawsze lecą na włosy. Tej nocy nie była w stanie udźwignąć ciężaru peruki. Po prostu zaczesała do góry swoje naturalne kruczoczarne włosy i podtrzymała je srebrną siateczką w spreju. Obok niej przejechała taksówka i kilka samochodów. Choć przyjmowała zachęcające pozy i wysyłała klasyczne sygnały zapraszające, nikt nawet nie zwolnił. Jeszcze dziesięć minut i na dziś koniec, postanowiła. Jak jej zabraknie na czynsz, to obciągnie laskę właścicielowi kamienicy. Wyprostowała się i powoli, ze względu na piekące stopy, ruszyła w stronę pokoiku, w którym mieszkała. Ani na chwilę nie zapominała o luksusowym apartamencie, jaki kiedyś wynajmowała w Upper West Side, o szafie pełnej pięknych ubrań, o notesie pełnym adresów stałych klientów. Nielegalne substancje, jak mawiała jej kuratorka, to równia pochyła, a na dole zwykle czeka ponura, nędzna śmierć. Przeżyła, ale tkwiła w samym środku nędzy. Jeszcze sześć miesięcy, obiecywała sobie. I wróci na szczyt. Zauważyła, że szedł w jej kierunku. Bogaty, ekscentryczny, wyraźnie nietutejszy. Nieczęsto spotyka się w tej okolicy facetów w stroju wieczorowym. Ni mniej, ni więcej, tylko w pelerynie i cylindrze! W ręku niósł czarną teczkę. Jacie uśmiechnęła się znacząco i prowokacyjnie oparła dłoń na biodrze. - Hej, kochanie. Jesteś taki elegancki, może urządzimy sobie małe przyjęcie? Odwzajemnił uśmiech, pokazując równe białe zęby. - Co masz na myśli? Jego głos pasował do stroju. Wyższe sfery, pomyślała z przyjemnością i nostalgią. Styl, kultura. - Co tylko zechcesz. Ty tu rządzisz.

- A więc przyjęcie prywatne, gdzieś w pobliżu. - Rozejrzał się wokół, po czym wskazał wąską uliczkę. - Obawiam się, że nie mam w tej chwili zbyt dużo czasu. Ulica oznaczała szybki numerek. Jacie to odpowiadało. Jeśli dobrze się spisze, możliwe, że dostanie przyzwoity napiwek. Wystarczy na czynsz, biust i jeszcze zostanie, planowała w duchu, kiedy szli w stronę uliczki. - Nie jesteś stąd, prawda? - Dlaczego tak uważasz? - Nie wyglądasz i nie mówisz jak ktoś stąd. - Wzruszyła ramionami. W sumie to nie jej interes. - Kochanie, powiedz, na co masz ochotę, to od razu załatwimy sprawy finansowe. - Och, chcę wszystkiego. Roześmiała się i sięgnęła dłonią do jego krocza. - Mmm, właśnie widzę. Wszystko dostaniesz. - A potem będę mogła zdjąć te przeklęte buty i strzelić sobie chłodnego drinka, pomyślała. Wymieniła stawkę, zawyżając ją, jak tylko się dało. Kiedy bez mrugnięcia okiem przystał na wygórowaną cenę, przeklęła się w duchu za brak odwagi. - Pieniądze z góry - powiedziała. - Zapłać i zaczynamy zabawę. - Racja, najpierw zapłata. Nie przestając się uśmiechać, obrócił ją twarzą do ściany i mocnym szarpnięciem za włosy odchylił do tyłu jej głowę. Jednym zdecydowanym ruchem poderżnął jej gardło, żeby nie krzyczała, i schował nóż pod pelerynę. Otworzyła usta i przez chwilę patrzyła na niego, po czym z rzężeniem osunęła się po brudnej ścianie. - A teraz zabawa - mruknął i zabrał się do roboty.

ROZDZIAŁ 1 Za każdym razem odkrywa się coś nowego. Bez względu na to, ile razy ogląda się rozlaną krew, ile razy widzi się ślady masakry, jakiej człowiek dokonał na człowieku, zawsze znajdzie się coś nowego. Robią to okrutniej, z większą bezwzględnością. Ich szaleństwo jest coraz bardziej makabryczne. porucznik Eve Dallas stała nad zmasakrowanymi zwłokami kobiety i zastanawiała się, czy kiedyś trafi na bardziej przerażający przypadek. Stojący u wlotu ulicy dwaj mundurowi, którzy znaleźli ciało, do tej pory nie mogli opanować torsji. Odgłosy ich choroby niosły się echem między budynkami. Stała przy zwłokach i czekała, aż jej żołądek się uspokoi. Była gotowa, stopy i dłonie zabezpieczyła zaraz po przybyciu. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek w życiu widziała tyle krwi. Nie, to na pewno pierwszy raz. Lepiej, żeby tak było. Przykucnęła, otworzyła zestaw podręczny i wyjęła identyfikator, by zdjąć odciski palców ofiary. Wiedziała, że nie uniknie krwi, więc przestała o tym rozmyślać. Podniosła bezwładną rękę denatki i przycisnęła kciuk do czytnika. - Ofiara to kobieta rasy kaukaskiej. Ciało znaleziono około trzeciej trzydzieści. Anonimowy informator zawiadomił lokalny posterunek, na miejsce przybyło dwóch oficerów. Po zdjęciu odcisku palca ofiara została zidentyfikowana jako Wooton, Jacie, lat czterdzieści jeden, licencjonowana kobieta do towarzystwa, zamieszkała przy ulicy Doyers 375. Odetchnęła kilka razy i mówiła dalej: - Ofiara ma poderżnięte gardło. Ślady rozpryśniętej na budynku krwi wskazują, że ranę zadano, kiedy kobieta stała oparta o jego północną ścianę. Ofiara osunęła się na ziemię, lub została położona na chodniku przez napastnika lub napastników, którzy następnie... Jezu! Słodki Jezu! - „którzy następnie dokonali okaleczenia, usuwając jej narządy w okolicy miednicy. Rany szyi i brzucha wskazują na użycie ostrego narzędzia i dużą precyzję. Kiedy wyjęła rekorder i przyrządy pomiarowe, mimo upału przeszły ją ciarki. - Przepraszam - odezwała się za plecami Peabody, jej asystentka. Eve nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że twarz Peabody jest wciąż blada i błyszcząca od szoku i mdłości. - Pani porucznik, tak mi przykro, że nie wytrzymałam. - Nie przejmuj się. Lepiej się czujesz? - Ja... tak, już dobrze, pani porucznik.

Eve kiwnęła głową, nie przerywając pracy. Lojalna, opanowana i niezawodna Peabody rzuciła okiem na to, co leżało na chodniku, pobladła jak kreda i zataczając się, wycofała się na koniec ulicy, by zgodnie z rozkazem Eve rzygać tam. - Mam jej dane. To Jacie Wooton z Doyers. Licencjonowana ' osoba do towarzystwa. Sprawdź ją. - W życiu nie widziałam czegoś podobnego. Nigdy. - Potrzebuję więcej danych. Peabody, zabieraj się do roboty, zasłaniasz mi światło. Peabody dobrze wiedziała, że niczego nie zastania. Pani porucznik po prostu chciała odwrócić jej uwagę. Ponieważ cały czas kręciło jej się w głowie, nie zaprotestowała i ruszyła w stronę wylotu uliczki. Koszula służbowego munduru była całkiem mokra od potu, a gęste ciemne włosy ukryte pod czapką zwilgotniały na skroniach. Peabody miała sucho w gardle, głos jej drżał, ale natychmiast zabrała się do przeszukiwania danych. Od czasu do czasu zerkała na pracującą Eve. Sprawna, dokładna, ktoś postronny mógłby powiedzieć, że zimna. Peabody jednak przez moment widziała na twarzy Eve szok i przerażenie, a także współczucie. Tyle zdążyła zauważyć, bo zaraz potem oczy zaszły jej mgłą. „Zimna” to nie było dobre określenie. Eve była raczej zdeterminowana. Peabody spostrzegła, że Eve jest blada. I nie była to tylko gra światła. Po prostu z jej szczupłej twarzy odpłynęła krew. W ciemnych oczach widać było skupienie. Badała zmasakrowane zwłoki nawet nie mrugając. Ręce poruszały się pewnie, buty miała umazane we krwi. Na plecach koszuli odznaczała się strużka potu, jednak Eve nie przerywała pracy. Chciała jak najszybciej skończyć. Kiedy się wyprostowała, Peabody ujrzała wysoką, szczupłą kobietę w brudnych butach, znoszonych dżinsach i pięknej lnianej marynarce. Miała mocno wystające kości policzkowe, pełne usta, duże brązowe oczy i krótkie ciemne włosy. Peabody widziała nie tylko kobietę, ale przede wszystkim policjantkę, która nigdy nie odwraca wzroku od śmierci. - Dallas... - Peabody, możesz rzygać, ile chcesz, ale nie zapaskudź mi miejsca zbrodni. Czego się dowiedziałaś? - Ofiara od dwudziestu dwóch lat mieszka w Nowym Jorku. Poprzednio zameldowana przy West Central Park. Przez ostatnich osiemnaście miesięcy zamieszkiwała w tej okolicy.

- Drobna zmiana standardu. Za co ją przymknęli? - Za nielegalne substancje. Trzy razy. Straciła świetną licencję, siedziała sześć miesięcy, potem odwyk, kurator, w końcu rok temu dostała tymczasową licencję na ulicę. - Sypnęła swojego dilera? - Nie, pani porucznik. - No, zobaczymy, co powiedzą badania toksykologiczne, kiedy zbada ją koroner. Nie sądzę, żeby nasz Kuba był dilerem - Eve podniosła kopertę, którą zostawiono na ciele. Była specjalnie zabezpieczona, by krew nie wsiąkała w papier. Porucznik Eve Dallas, owojorska Policja, głosił napis wykonany wyszukaną czcionką na eleganckim kremowym papierze. Domyśliła się, że to wydruk komputerowy. Gruby, ciężki, kosztowny papier, na jakim w wyższych sferach drukuje się zaproszenia. Eve coś o tym wiedziała, jej mąż wysyłał i dostawał takich setki. Sięgnęła po woreczek z drugim dowodem rzeczowym i jeszcze raz przeczytała notatkę. Witam, Pani Porucznik. Podoba się to Pani? Wiem, ze przez cale lato była Pani bardzo zajęta, od dawna podziwiam Pani osiągnięcia. ie znam odpowiedniejszej osoby wśród oficerów policji naszego pięknego miasta, z którą chciałbym wejść w układ, mam nadzieję, bardzo intymny. Oto próbka moich możliwości. Co Pani o tym myśli? Liczę na długą i owocną współpracę. Kuba - Zaraz ci powiem, co myślę. Kuba, jesteś chorym sukinsynem. Oznaczyć i do worka - rzuciła, ostatni raz zerkając na ulicę. - Zabójstwo. Mieszkanie Wooton znajdowało się na czwartym piętrze jednego z tych budynków, które wyrosły jak grzyby po deszczu tuż po wojnach miejskich, by dać tymczasowe schronienie uciekinierom. Większość bloków wybudowano w biednych dzielnicach miasta i zewsząd słychać było głosy domagające się ich wyburzenia. Władze wciąż się wahały, czy wysiedlić płacące minimalny czynsz licencjonowane osoby do towarzystwa, narkomanów, dilerów i pracującą biedotę, i wyburzyć prowizoryczne blokowiska, czy raczej zainwestować w remont. Podczas gdy odpowiedzialne służby się namyślały, budynki popadały w ruinę i nikt nawet palcem nie kiwnął, by je ratować. Eve była pewna, że sytuacja się nie zmieni, dopóki któryś z bloków nie zawali się razem z mieszkańcami. Dopiero wtedy ojcowie miasta się ockną.

Zanim to jednak nastąpi, okolica jeszcze długo będzie idealnym miejscem dla pechowej dziwki. Jej mieszkanie przypominało małe duszne pudełko z miniaturową ślepą kuchnią i mikroskopijną kabiną służącą jako łazienka. Za wschodnim oknem rozciągał się widok na ścianę identycznego budynku. Przez cienkie ściany słychać było dramatyczne chrapanie dobiegające od sąsiadów. Mimo niesprzyjających warunków Jacie utrzymywała w mieszkaniu porządek, co więcej, zdołała nadać mu nawet coś w rodzaju stylu. Meble były tanie, ale kolorowe. Nie stać jej było na ekrany, ale w oknach wisiały falbaniaste firanki. Na rozkładanej sofie leżała równo ułożona pościel z jakościowej bawełny. Pewnie pamiątka z lepszych czasów, pomyślała Eve. Na stole leżał tani model łącza, obok stała złożona z elementów komoda, na której Jacie trzymała przeróżne narzędzia przydatne w zawodzie: kosmetyki, perfumy, peruki, tandetną biżuterię i zmywalne tatuaże. W szufladach znajdowały się głównie stroje służbowe, ale wśród uniformów prostytutki Eve zauważyła kilka bardziej klasycznych ubrań, które prawdopodobnie nosiła po pracy. W jednej szufladzie znalazła spory zapas leków na receptę, w tym pół butelki kropli na wytrzeźwienie i jedno całe opakowanie na zapas. Zestaw uzupełniały stojące w kuchni dwie butelki wódki i jedna bimbru. Eve nie znalazła w mieszkaniu nielegalnych substancji, co mogło oznaczać, że Jacie przerzuciła się z narkotyków na alkohol. Podeszła do łącza i sprawdziła połączenia z ostatnich trzech dni. Jacie kontaktowała się ze swoją kuratorką w sprawie przedłużenia licencji. Potem dzwonił właściciel mieszkania z pytaniem o zaległy czynsz. Jacie nie odebrała i nie zdążyła oddzwonić. Trzecia rozmowa z plastykiem ciała dotyczyła stawek za zabiegi. Żadnych plotek z koleżankami. Eve przejrzała finanse. Okazało się, że Jacie skrupulatnie wszystko notowała. Przywiązywała uwagę do forsy. Robiła swoje, pieniądze wpłacała do banku, ale i tak większość inwestowała w biznes. W tym zawodzie koszty utrzymania są wysokie, dumała Eve. Stroje, kosmetyki, włosy, zabiegi upiększające sporo kosztują. Przywykła dobrze wyglądać, uznała Eve. Robiła wszystko, by utrzymać formę. Poczucie własnej wartości oparte na wyglądzie, którego podstawą był seksapil, niezbędny, by sprzedawać swoje ciało i dzięki temu zarobić na utrzymanie wyglądu. Eve pomyślała, że to bardzo smutne błędne koło.

- Na paskudnym drzewie uwiła sobie całkiem przytulne gniazdko - skomentowała Eve. - Nie ma połączeń ani korespondencji od żadnego Kuby. W zasadzie w ogóle nie kontaktowała się z facetami. Miała męża lub konkubenta? - Nie, pani porucznik. - Pogadamy z jej kuratorką. Może miała kogoś bliskiego, choć prawdę mówiąc nie sądzę, żebyśmy się czegoś dowiedziały. - Mam wrażenie, że to, co jej zrobił... wydaje mi się, że to była jakaś osobista sprawa. - Też tak myślę. - Eve jeszcze raz rozejrzała się po pokoju. Czysto, kobieco, z desperackim poczuciem klasy. - To było coś osobistego, ale ofiara wybrana została przypadkowo. Po prostu zabił kobietę, która zarabiała na życie sprzedając swoje ciało. To jest wątek osobisty. Mało, że zabił, ale jeszcze wyrwał właśnie tę część ciała, którą zarabiała. Nocą w tej okolicy nietrudno znaleźć licencjonowaną kobietę. Wystarczy wybrać miejsce i czas. Pokaz jego możliwości - mruknęła pod nosem. - To wszystko, czym była. Podeszła do okna i mrużąc oczy wyobraziła sobie ulicę, aleję, budynki, których nie było widać. - Możliwe, że ją znał, albo widywał. Ale możliwe też, że znalazł ją zupełnie przypadkiem. Na pewno był dobrze przygotowany na wypadek gdyby coś mu się trafiło. Miał broń i list. Musiał mieć też jakąś torbę, może worek, coś, w czym trzymał czyste ubranie, albo schował to, które miał na sobie. Na pewno cały pobrudził się krwią. Dziewczyna idzie z nim do zaułka - myślała na głos Eve. - Jest gorąco, późna noc, interesy nie kręcą się zbyt dobrze. Nagle pojawia się klient, może ostatni przed powrotem do domu. Ma doświadczenie, pracuje w zawodzie dwie dekady, ale facet nie wzbudza jej podejrzeń. Może coś wypiła, może on wygląda zupełnie zwyczajnie. Faktem jest, że nie przywykła do pracy na ulicy, nie ma instynktu. Zbyt przywiązana do życia na poziomie, pomyślała Eve. Przyzwyczaiła się do dyskrecji i perwersyjnych upodobań bogaczy. Przeprowadzka do chińskiej dzielnicy musiała być dla niej czymś w rodzaju lądowania na Wenus. - Opiera się o ścianę. - Eve widziała wszystko oczami wyobraźni. Srebro połyskujące w jej ciemnych włosach. Czerwień gorsetu wabiąca dużych chłopców. - Myśli o forsie, którą przeznaczy na zapłacenie czynszu. Ma nadzieję, że facet będzie szybki, bo bolą ją stopy. Jezu, w takich butach chyba nie czuła nóg. Jest zmęczona, jeszcze tylko ten klient i wróci do domu. Zaskoczył ją, poderżnął jej gardło. Jeden szybki i pewny ruch. Błyskawiczne cięcie od lewej do prawej. Dokładnie przez

gardło. Krew tryska jak cholera. Jej ciało umiera, zanim mózg zdąży zarejestrować, co zaszło. Dla niego to jednak dopiero początek. Odwróciła się i spojrzała na komodę. Tania biżuteria, droga szminka. Perfumy, drobiazgi od znanych projektantów, przypominające, że kiedyś było ją na to wszystko stać i że te czasy jeszcze powrócą. - Układa jej ciało na ulicy i wycina z niej całą kobiecość. Musiał mieć ze sobą jakąś torbę, do której to wszystko włożył. Myje ręce. Widziała go, jego sylwetkę przykucniętą obok zwłok w brudnym zaułku. Sprząta po sobie rękami lepkimi od krwi. - Założę się, że wyczyścił też narzędzia. Na pewno wyczyścił ręce. Wyjmuje list, który wcześniej przygotował, kładzie na jej piersiach. Zmienia koszulę lub wkłada czystą marynarkę. Jakoś musi ukryć ślady krwi. I co potem? Peabody mrugnęła. - Odchodzi, zadowolony z dobrze wykonanej roboty. Wraca do domu. - Jak? - Hmm. Idzie pieszo, jeśli mieszka niedaleko. - Peabody westchnęła, odwracając myśli od zaułka i koncentrując się na toku myślenia pani porucznik. Spróbowała wejść w umysł zabójcy. - Właśnie zdobył świat, więc niczym się nie martwi i nigdzie nie spieszy. Jeśli mieszka gdzieś dalej, prawdopodobnie ma własny środek transportu. Nawet gdyby zmienił ubranie, lub tylko je przykrył, ma na sobie zbyt dużo krwi, zapach by go zdradził. Nie będzie przecież łapał taksówki ani szukał metra, bo głupio byłoby tak ryzykować. - Świetnie. Sprawdzimy, czy przedsiębiorstwa taksówkowe odnotowały w tym czasie jakieś kursy w tym rejonie. Wątpię, żeby coś się znalazło. Opieczętujmy miejsce i sprawdźmy budynek. Sąsiedzi, jak to zwykłe w takich miejscach bywa, niczego nie widzieli ani nie słyszeli. Właściciel mieszkania prowadził w chińskiej dzielnicy interes, sklepik ze zdrową żywnością i artykułami z zakresu medycyny niekonwencjonalnej, które obiecywały zdrowie, równowagę duchową i powodzenie w życiu lub całkowity zwrot kosztów. Eve znała takie typy jak Piers Chan. Umięśnione ramiona opięte koszulą, cieniutka kreseczka wąsów nad wąskimi ustami. Skromne otoczenie i sygnet z różowym brylantem na palcu. Był mieszanej rasy. Miał w żyłach wystarczająco dużo azjatyckiej krwi, by otworzyć interes w chińskiej dzielnicy, choć Eve podejrzewała, że ostatni przodek, który widział Pekin, musiał mieć ten przywilej jeszcze w czasach Powstania Bokserów.

Tak, jak się spodziewała, Chan wraz z rodziną mieszka! w luksusowej dzielnicy na przedmieściach New Jersey, a w Lower East Side odgrywał rolę właściciela slumsów. - Wooton, Wooton. - Podczas gdy Chan kartkował księgę lokatorów, jego dwaj milczący współpracownicy udali się na zaplecze, by poszukać sobie jakiegoś zajęcia. - Tak, wynajmuje jedynkę o podwyższonym standardzie, przy ulicy Doyers. - O podwyższonym standardzie? - powtórzyła Eve. - Ma tam jakieś luksusy? - Ma kuchnię z wbudowaną lodówką i autokucharza. Dostała w wyposażeniu. Zalega z czynszem. Miała zapłacić tydzień temu. Kilka dni temu zostawiłem standardowe upomnienie telefoniczne. Jeszcze jeden dzień i w przyszłym tygodniu wyślę zawiadomienie o eksmisji. - To nie będzie konieczne, bo się przeprowadziła. Do kostnicy. Dziś rano została zamordowana. - Zamordowana? - Zmarszczył brwi w taki sposób, że Eve od razu wyczuła jego irytację. Nie było w nim ani odrobiny współczucia czy zdumienia. - Cholera! Zabezpieczyliście mieszkanie? Eve przekrzywiła głowę. - A dlaczego pan pyta? - Niech pani posłucha, jestem właścicielem sześciu budynków, w których są siedemdziesiąt dwa mieszkania. Kiedy ma się tylu lokatorów, czasami któryś wykituje w taki czy inny sposób. Zna pani te podejrzane zgony bez świadków, te pechowe - wypadki, zaginięcia, samobójstwa - wymieniając pokazywał na tłustych palcach. - No i zabójstwa. - Tym razem wskazał kciuk. - Wtedy zjawiacie się wy, zabezpieczacie mieszkanie, powiadamiacie krewnych. Zanim mrugnę okiem, po domu kręcą się jakieś ciotki i zabierają rzeczy. Nawet nie zdążę zarekwirować zaległego czynszu. - Rozłożył ręce i spojrzał na Eve, wyraźnie obrażony, - Ja tylko próbuję zarobić na życie. - Ona też próbowała, ale ktoś zechciał ją pokroić. Wydął policzki. - W tym zawodzie trzeba się liczyć z tym, że można sobie nabić guza. - Wie pan, ten nagły przypływ uczuć humanitarnych zaraz mnie udusi, więc może przejdźmy do rzeczy. Znał pan Jacie Wooton? - Widziałem jej podanie, referencje i dowody wpłaty czynszu. Jej osobiście nigdy nie spotkałem. Nie mam czasu, żeby się zaprzyjaźniać z lokatorami. Za dużo ich tu jest. - Mhm. A jeśli ktoś zalega z czynszem, czy zanim wyśle pan zawiadomienie o eksmisji, odwiedza pan taką osobę i próbuje przekonać, żeby wpłaciła należność? Gładził palcami wąsik.

- Prowadzę interes według ksiąg rachunkowych. Co roku wydaję fortunę na opłaty sądowe, żeby pozbyć się lokatorów, którzy nie płacą. No, ale to normalne, odliczam to sobie od kosztów. Tej Wooton bym nie poznał, nawet gdyby wpadła zrobić mi laskę. Byłem wtedy w domu, w Bloomfield, z żoną i dziećmi. Całą noc. Rano zjadłem śniadanie i przyjechałem do miasta tym o siódmej piętnaście, jak zawsze. Jak chce pani wiedzieć więcej, niech pani porozmawia z moimi adwokatami. - Padalec - mruknęła Peabody, gdy wyszły na ulicę. - O tak. Założę się, że w księgach znajdziemy przypadki wymiany czynszu na różne usługi. Seks, miłe małe torebeczki nielegalnych substancji, paserstwo. Można by go przycisnąć, ale nie mam ani czasu, ani ochoty. - Eve przechyliła głowę i z uwagą przyglądała się wystawie, na której prezentowały się wypatroszone kaczki, tak chude, że śmierć musiała być dla nich wybawieniem. Pod wiszącym drobiem leżały kacze łapy, powiązane w dziwaczne pęczki na sprzedaż. - Jak to się je? - zastanawiała się Eve. - Zaczyna się od pazurków, czy może od kostek? A w ogóle to kaczki mają kostki? - Zastanawiam się nad tym w bezsenne noce. Choć Eve skrzywiła się, widząc bezmyślny wzrok swej asystentki, w głębi duszy ucieszyła się, że dziewczyna wróciła do formy. - Prowadzą tu chyba ubój, nie? Ćwiartują w kuchni towar. Ostre noże, wiadra krwi. W tej pracy potrzebna jest znajomość anatomii. - Pokrojenie kurczaka jest sto razy prostsze niż człowieka. - No, nie wiem. - Eve w zamyśleniu oparła dłonie na biodrach. - Technicznie może tak. Większa masa, potrzeba więcej czasu, może też trochę więcej umiejętności, niż posiada przeciętny rzeźnik pracujący przy drobiu. Jednak jeśli w tej masie nie będziesz widzieć człowieka, to różnica przestaje być taka istotna. Wystarczy poćwiczyć trochę na zwierzętach, żeby się pozbyć oporów. A może to lekarz albo weterynarz, któremu odbiło. Musiał dokładnie wiedzieć, co robi. Rzeźnik, lekarz, utalentowany amator, w każdym razie ktoś, kto doskonalił technikę, by złożyć hołd swojemu idolowi. - Idolowi? - Kuba. - Eve odwróciła się i ruszyła w stronę samochodu. - Kuba Rozpruwacz. - Kuba Rozpruwacz? - Peabody osłupiała. Przyspieszyła kroku, próbując dogonić przełożoną. Taki jak ten z Londynu z czasów... sama nie wiem. - Koniec dziewiętnastego wieku. Whitechapel. Biedna dzielnica z czasów wiktoriańskich, zamieszkana przez prostytutki. W ciągu jednego roku zabił pięć do ośmiu

kobiet, może więcej. Działał na obszarze półtora kilometra kwadratowego. - Usiadła za kierownicą. Peabody przyglądała jej się ze zdumieniem. - No co? - oburzyła się Eve. - Nie mogę czasami czegoś wiedzieć? - Nie o to mi chodzi, pani porucznik! Zna się pani na tylu różnych rzeczach, ale historia nigdy nie była pani konikiem. Ale morderstwa owszem, pomyślała Eve, zjeżdżając z krawężnika. Zawsze tak było. - Kiedy inne dziewczynki czytywały słodkie bajeczki o małych puchatych kaczuszkach, ja interesowałam się Kubą i innymi seryjnymi mordercami. - Czytała pani o takich rzeczach jako dziecko? - Tak, bo co? - No cóż.., - Peabody nie wiedziała, jak to ująć. Wiedziała, że Eve wychowała się w domu dziecka i w rodzinach zastępczych. - Czy dorośli, którzy się panią opiekowali, nie kontrolowali pani zainteresowań? Chodzi mi o to, że moi rodzice, choć byli bardzo tolerancyjni i nie wprowadzali zbyt wielu ograniczeń, na coś takiego nigdy by się nie zgodzili. Wie pani, wtedy kształtuje się charakter, dzieci mają koszmary, lęki. Czuła potworny lęk na długo przedtem, zanim nauczyła się czytać. Co do koszmarów, Eve nie przypominała sobie czasów, kiedy ich nie miała. - Kiedy szukałam w Internecie informacji na temat Rozpruwacza czy Johna Wayne'a Gacy'ego, nie miałam czasu na szukanie kłopotów. I to było podstawowe kryterium. - Rozumiem. Zawsze pani wiedziała, że chce zostać policjantką? Eve wiedziała, że nie chce być ofiarą. Potem pomyślała, że będzie bronić ofiar. W jej słowniku to oznaczało zawód policjantki. - Mniej więcej. Rozpruwacz zostawiał policji wiadomości, ale nie od razu. Nie zaczynał tak jak ten. Nasz chce, żebyśmy od początku wiedzieli, kim jest. Chodzi mu o grę. - Chodzi mu o panią - zauważyła Peabody. Eve w odpowiedzi kiwnęła tylko głową. - Ostatnio było o mnie głośno. Pojawiałam się w mediach. Jeszcze wcześniej, latem, przy tej sprawie z wirusem, też było sporo szumu. Obserwował mnie, a teraz chce, żeby i wokół niego był szum. Tamten Kuba zdobył ogromne zainteresowanie publiczne. - Chce, żeby to pani się nim zajmowała, żeby mówiono o nim w mediach. Żeby całe miasto było nim zafascynowane. - Tak uważam. - Będzie polował na inne licencjonowane kobiety w tej okolicy. - Na to się zanosi. - Eve chwilę milczała, - W każdym razie chce, żebyśmy tak myśleli.

Następnym rozmówcą była kuratorka, której biuro mieściło się w trzypokojowym apartamencie w południowej części East Village. Na ogromnym, zawalonym papierami biurku stała miska z kolorowymi landrynkami. Opiekunka siedziała w szarym, nieco pogrubiającym kostiumie. Eve oceniła, że kobieta jest przed sześćdziesiątką. Jej twarz miała przyjemny wyraz, w przeciwieństwie do orzechowych oczu, w których widać było przebiegłość. - Tressa Palank. - Wstała i wyciągnęła do Eve dłoń, po czym wskazała jej krzesło po drugiej stronie biurka. - Domyślam się, że chodzi o którąś z moich podopiecznych. Za dziesięć minut mam spotkanie. W czym mogę pomóc? Proszę mi opowiedzieć o Jacie Wooton. - Jacie? - Tressa uniosła brwi, a jej usta drgnęły w ledwo widocznym uśmiechu, jednak w oczach błysnęło przerażenie. - Nie wierzę, żeby sprawiała jakieś problemy. Jest zupełnie czysta. Robi wszystko, by jak najszybciej odzyskać licencję pierwszej kategorii. - Jacie Wooton została zamordowana dziś nad ranem. Tressa przymknęła oczy i przez chwilę miarowo oddychała. - Wiedziałam, że to któraś z moich. - Otworzyła oczy, była znów skoncentrowana. - Domyśliłam się, gdy tylko usłyszałam w wiadomościach o morderstwie w chińskiej dzielnicy. Miałam przeczucie, jeśli pani rozumie, co mam na myśli. Jacie. - Złożyła dłonie na biurku i zaczęła się w nie wpatrywać. - Co się stało? - Nie wolno mi podawać szczegółów. Na razie mogę tylko powiedzieć, że została pchnięta nożem. - Zmasakrowana. W wiadomościach podali, że w zaułku w chińskiej dzielnicy znaleziono zmasakrowane zwłoki licencjonowanej kobiety do towarzystwa. Któryś z mundurowych, pomyślała Eve. Zapłacą za to, niech tylko się dowiem, skąd byt przeciek! - Na tym etapie śledztwa nie mogę powiedzieć nic więcej. - Znam procedury. Robiłam to przez pięć lat. - Była pani w policji? - Pięć lat, głównie morderstwa na tle seksualnym, zanim zostałam kuratorem. Nie podobała mi się ulica, albo raczej to, co na niej widziałam. Tu mogę pomagać bez oglądania tego wszystkiego dzień w dzień. Praca wcale nie jest lekka, łatwa i przyjemna, ale jestem w tym dobra. Powiem pani wszystko, co wiem. Mam nadzieję, że pomogę. - Rozmawiałyście ostatnio o zamianie kategorii jej licencji?

- Odmówiłam. Ma, to znaczy, miała jeszcze do odpracowania rok. Po aresztowaniu i uzależnieniu to obowiązkowe. Odwyk się udał, świetnie sobie poradziła, choć podejrzewam, że po prostu zastąpiła Push czymś innym. - Wódką, Znalazłam w jej mieszkaniu dwie butelki. - Cóż. To legalne, choć niezgodne z przepisami dotyczącymi zmiany kategorii licencji. Teraz to i tak bez znaczenia. Tressa potarła dłonią oczy i ciężko westchnęła. - Teraz to już bez znaczenia - powtórzyła. - Chodziło jej wyłącznie o to, by jak najszybciej wrócić do centrum. Nienawidziła pracy na ulicy, a jednocześnie nigdy poważnie nie myślała o zmianie profesji. - Nie wie pani, czy miała stałych klientów? - Nie. Dawniej miała ich całą listę, mężczyźni i kobiety z klasą. Miała licencję na obie pici. Z tego, co wiem, nikt jej tu nie szukał. Sądzę, że powiedziałaby mi o tym, bo coś takiego poprawiłoby jej samopoczucie. - A dostawca? - Nigdy nie zdradziła nazwiska, nawet mnie. Przysięgała, że nie kontaktowała się z nim, odkąd wyszła z więzienia. Wierzyłam jej. - Czy pani zdaniem nie podała nazwiska, bo się bała? - Moim zdaniem, Jacie uważała, że to kwestia etyki, Przez pół życia była licencjonowaną kobietą do towarzystwa. Dobra prostytutka jest dyskretna, a prywatność klientów jest dla niej świętością, zupełnie jak dla księdza czy lekarza. W tym przypadku było tak sama. Przypuszczam, że dostawca byt także jej klientem, ale co do tego nie mam pewności. - Czy podczas ostatnich spotkań nie odniosła pani wrażenia, że Jacie Wooton się czegoś lub kogoś boi, że coś ją martwi lub niepokoi? - Nie. Jak zwykle nie mogła się doczekać zwrotu licencji i powrotu do dawnego życia. - Jak często tu przychodziła? - Raz na dwa tygodnie, takie są warunki zwolnienia. Ani razu nie opuściła spotkania. Regularnie poddawała się badaniom i testom. Nigdy nie utrudniała współpracy. Pani porucznik, to była zupełnie zwyczajna kobieta, może tylko trochę zagubiona. Nie przepadała za pracą na ulicy, przywykła do bardziej wyszukanej klienteli i mniej ordynarnych zachowań. Lubiła ładne rzeczy, dbała o swój wygląd, narzekała na niskie stawki w swojej kategorii. Nie prowadziła życia towarzyskiego, bo wstydziła się położenia, w jakim się znalazła. Poza tym uważała, że osoby z jej obecnej sfery ekonomicznej nie dorastają jej do pięt.

Tressa na chwilę zasłoniła dłonią usta. - Proszę mi wybaczyć. Staram się panować nad zdenerwowaniem i nie traktować tego osobiście, ale nie zawsze mi się udaje. To jeden z powodów, dla których nie byłam zbyt dobra na ulicy. Lubiłam ją, chciałam jej pomóc. Nie mam pojęcia, kto mógł jej zrobić coś takiego. Ot, kolejny przypadkowy atak na kogoś słabszego. W końcu to tylko prostytutka. Głos jej drżał, jakby za chwilę miał się załamać. Tressa chrząknęła i wzięła głęboki wdech. - Obie wiemy, że wielu ludzi nadal tak uważa. Przychodzą tu do mnie pobite, poniżone, wykorzystane, sponiewierane. Niektóre się poddają, inne jakoś sobie radzą, awansują i żyją prawie jak księżniczki. Ale są i takie, które trafiają do rynsztoka. To niebezpieczny zawód. Gliny, pogotowie, pracownicy służby zdrowia i prostytutki. Niebezpieczne zawody z wysoką umieralnością. - Tressa westchnęła. - Chciała wrócić do dawnego życia. I to ją zabiło.

ROZDZIAŁ 2 Eve zatrzymała się w kostnicy. Wiedziała, że to ostatnia szansa, by ofiara mogła opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Choć Jacie Wooton pracowała w zawodzie, wymagającym kontaktu fizycznego, nie miała przyjaciół ani wrogów, współpracowników ani rodziny, i zdawała się być kobietą samotną. Ciało było jej największym majątkiem. Używała go, by zarobić na lepsze życie. Eve postanowiła sprawdzić, co też to ciało miało do powiedzenia o swoim kacie. Przystanęła w połowie korytarza w domu umarłych. - Znajdź jakieś krzesło - zwróciła się do Peabody. - Skontaktuj się z chłopakami z labo i pogoń ich. Błagaj, strasz, płacz, rób, co chcesz, byle tylko zabrali się do badań nad papeterią. - Dam sobie radę. Wchodzę. Tym razem nic mi nie będzie. Eve zauważyła, że Peabody jest bardzo blada. Cóż, napatrzyła się dziś na krew i zmasakrowane zwłoki w zaułku. Eve była przekonana, że Peabody tym razem by wytrzymała, ale za jaką cenę! Tej ceny nie musiała płacić. Nie tu i nie teraz. - Nie twierdzę, że nie dasz rady. Mówię tylko, że pilnie potrzebuję danych na temat papeterii. Skoro zabójca zostawia nam ślad, należy z tego skorzystać. Znajdź krzesło i bierz się do roboty. Nie czekając, aż Peabody zacznie się targować, Eve pomaszerowała korytarzem w stronę podwójnych szklanych drzwi, za którymi spoczywało ciało. Liczyła, że sprawą zajmie się Morris, główny koroner, i nie zawiodła się. Pracował sam, jak zazwyczaj. Miał na sobie przezroczysty kombinezon ochronny, pod którym widać było jego błękitną bluzę i obcisłe spodnie. Długie włosy związał w kucyk i schował pod kapturem, by przypadkiem nie zanieczyścić zwłok. Na szyi miał srebrny medalion z ciemnoczerwonym kamieniem. Jego ręce byty umazane krwią, a ładna, nieco egzotyczna twarz zastygła niczym kamień. Zwykle pracując słuchał muzyki, dziś w sali panowała cisza, którą zakłócał jedynie szum maszyn i nieprzyjemny świst skalpela. - Co jakiś czas trafia się coś, co przekracza granice - powiedział, nie podnosząc wzroku. - Granice człowieczeństwa, Dallas, oboje wiemy, że człowiek ma niesamowitą zdolność zadawania cierpienia przedstawicielom własnego gatunku, prawda? A jednak czasami zdarzają się przypadki, które przerastają naszą wyobraźnię. - Zmarła na skutek poderżnięcia gardła.

- Odrobina litości. - Podniósł ze zrozumieniem głowę. Jego ukryte za goglami oczy nie uśmiechały się jak zwykle. Nie było w nich znajomego błysku zafascynowania pracą. - Nie czuła tego, co potem z nią robił. Nie miała świadomości. Spokojnie odeszła, zanim zaczęła się rzeź. - Więc to była rzeź? - A jak inaczej byś to nazwała? - Rzucił skalpel na metalową tacę i zakrwawioną dłonią wskazał zmasakrowane zwłoki. - Jak, do cholery, byś to nazwała? - Brak mi słów. Nie wiem, czy w ogóle są takie słowa. Wstrętne, to mało powiedziane. Złe, nie, też nie oddaje istoty. Morris, nie filozofujmy. To jej nie pomoże. Powiedz, czy on znał się na tym, czy to tylko przypadek? Oddychał zbyt szybko. Próbując się uspokoić, Morris zdjął gogle, kaptur, po czym podszedł do umywalki, by zmyć z dłoni krew i preparat zabezpieczający. - Znał się. Cięcia są bardzo precyzyjne. Żadnego wahania ani niepotrzebnych ruchów. - Otworzył lodówkę i wyjął dwie butelki wody. Jedną rzuci! Eve, z drugiej napił się sam. - Nasz zabójca wie, jak się zabrać do takiej kolorowanki. - Słucham? - Dallas, twoje trudne dzieciństwo wciąż mnie fascynuje. Muszę na chwilę usiąść. - Opadł na krzesło i zaczął masować czoło. - Tym razem mnie rozwaliło. Najgorsze, że nie przewidzisz, kiedy to się może stać. Po tym wszystkim, co tu na co dzień widuję, czterdziestojednoletnia kobieta z amatorskim pedicurem i sztywnym paluchem lewej stopy zupełnie mnie rozbiła. Eve nie wiedziała, jak się zachować, kiedy Morris wpadał w taki nastrój. Słuchając głosu instynktu, usiadła obok niego na krześle i napiła się wody. Zauważyła, że nie wyłączył rekordera. Cóż, jeśli będzie chciał, to później wymaże tę rozmowę. - Morris, powinieneś wziąć urlop. - Już to gdzieś słyszałem. - Uśmiechnął się słabo, - Właściwie to jutro rano miałem wyjechać na dwa tygodnie na Arubę. Wiesz, słońce, morze, nagie kobiety, w dodatku żywe, ogromne ilości alkoholu pitego z łupin kokosa. - Jedź. Pokręcił głową. - Przełożyłem. Chcę doprowadzić tę sprawę do końca, - Spojrzał na Eve. - Niektórych przypadków trzeba dopilnować osobiście. Kiedy zobaczyłem, co jej zrobił, wiedziałem, że nie wysiedziałbym spokojnie na plaży. - Mogłabym powiedzieć, że masz tu świetną ekipę. Twoi współpracownicy zajęliby się nią równie troskliwie, jak ty. I wszystkimi, których tu przywiozą przez kilka najbliższych

dni. - Upiła łyk wody, cały czas patrząc na nagie ciało Jacie Wooton, leżące na stole w zimnym laboratorium. - Mogłabym obiecywać, że znajdę tego sukinsyna i dopilnuję, żeby zapłacił za to, co zrobił. Wiesz, że byłaby to szczera prawda. Ale sama też bym nie pojechała. - Oparła głowę o ścianę. - Nigdzie bym nie pojechała. Morris przyglądał się jej - siedziała z wyrzuconymi przed siebie nogami i głową opartą o ścianę. Tuż przed nimi leżały zmasakrowane zwłoki Jacie Wooton. Po chwili panujące między nimi milczenie stało się zupełnie znośne. - Do cholery, Dallas, co z nami jest nie tak? - Nie mam pojęcia. Zamknął na chwilę oczy. Czuł, że powoli zaczyna się uspokajać. - Kochamy trupy. - Kiedy parsknęła, uśmiechnął się szeroko, nie otwierając oczu. - Nie miałem na myśli tego chorego posuwania zwłok, zboczku. Bez względu na to, kim byli za życia, kochamy ich, bo zostali oszukani i wykorzystani. Bo są najbardziej przegrani. - Cóż, zdaje się, że jednak weszliśmy na tematy filozoficzne. - Chyba tak. - Zrobił coś, co nie zdarzało się zbyt często. Dotknął jej dłoni. Eve uświadomiła sobie, że ten drobny gest zawiera pewną intymność. Emocjonalny kontakt między parą znajomych. Był bardziej osobisty niż jakikolwiek gest, - który ofiara wymieniła ze swoimi klientami. - Przychodzą do nas wszyscy, od niemowląt po zgrzybiałych starców - mówił dalej Morris. - Nieważne, kto kochał ich za życia, po śmierci to my stajemy się dla nich najbliżsi. Czasami ta bliskość bardzo nas dotyka, ściska nasze żołądki niczym w imadle. Cóż... - Zdaje się, że tak naprawdę w życiu nikogo nie miała. W jej mieszkaniu nie zauważyłam... jakby to powiedzieć... sentymentów. Nie chciała nikogo mieć. A teraz, cóż, zostaliśmy tylko my. - W porządku. - Upił łyk wody i wstał. - W porządku. - Odstawił butelkę, włożył rękawiczki i gogle. - Przyspieszyłem badanie toksykologiczne, tak na wszelki wypadek. Wątroba lekko uszkodzona, nadużywała alkoholu. Poza tym nie stwierdziłem poważniejszych problemów ze zdrowiem. Ostatni posiłek zjadła sześć godzin przed zgonem, to był makaron. Miała powiększane piersi, korektę oczu, podnoszone pośladki i drobną plastykę szczęki. Świetna robota. - Dawno? - Dosyć. Kilka lat temu, przynajmniej tyłek. Moim zdaniem to była ostatnia poprawka. - Zgadza się. Szczęście się od niej odwróciło, ostatnio brakowało jej forsy na porządną plastykę ciała.

- A teraz ostatni zabieg. Zabójca poderżnął gardło cienkim, ostrym nożem, najprawdopodobniej był to skalpel. Ciął od lewej do prawej, nieco w dół. Kąt, pod jakim zadał ranę, wskazuje, że kobieta miała brodę zadartą w górę i odrzuconą w tył głowę. Zaszedł ją od tyłu, lewą ręką pociągnął za włosy, żeby odchylić jej głowę, ciął prawą ręką. - Morris zademonstrował w powietrzu to, o czym mówił. - Otworzył tętnicę szyjną jednym cięciem. - Mnóstwo krwi. - Eve nie odrywała wzroku od zwłok i przez cały czas wyobrażała sobie Jacie Wooton żywą, z twarzą przyciśniętą do brudnego muru. Szarpnięcie za włosy, szok, nagły ból, zamęt. - Całe strumienie krwi. - O tak. Musiał się cały pobrudzić, nawet stojąc z tyłu. Jeśli idzie o dalszy ciąg, to było jedno precyzyjne cięcie. - I tym razem Morris narysował je palcem w powietrzu. - Bardzo szybki, powiedziałbym, ekonomiczny ruch. Nie można uznać tego za staranną, czy choćby chirurgiczną robotę, ale z pewnością nie był to jego pierwszy raz. Już wcześniej kroił ciało. Moim zdaniem ćwiczył nie tylko symulacje. Zanim pokroił tę biedaczkę, musiał mieć do czynienia z mięsem i krwią. - A więc to nie robota chirurga? Nie jest lekarzem? - Tego bym nie zakładał. Spieszył się, było ciemno, pewnie. czuł strach, podniecenie. - Na egzotycznej twarzy Morrisa pojawiło się obrzydzenie. - Czymkolwiek kierował się ten... ten... znów nie znajduję słów. To, co nim kierowało, mogło mu jednocześnie przeszkadzać. Usunął kobiece organy w tempie ekspresowym. Nie da się ustalić, czy doszło przedtem do kontaktu seksualnego. Raczej nie zdążył tego zrobić po jej zgonie, a przed masakrą, bo to była kwestia chwili. - Uważasz, że miał coś wspólnego z medycyną? Pielęgniarz, pracownik pogotowia, a może weterynarz? - Celowo urwała i podniosła głowę. - Patolog? Uśmiechnął się do niej. - Oczywiście, to możliwe. Biorąc pod uwagę warunki, zadanie wymagało sporych umiejętności. Z drugiej strony, nie musiał się martwić, czy pacjent przeżyje. Z całą pewnością potrzebna była znajomość anatomii i sprawność w posługiwaniu się narzędziami. Powiem tak: najprawdopodobniej studiował, prawdopodobnie praktykował, choć niekoniecznie podczas starań o licencję medyczną i zapewne nie chodziło mu też o ratowanie życia i zdrowia pacjentów. Podobno zostawił jakiś list. - Tak. Adresowany do mnie. Postarał się, żebym to ja poprowadziła śledztwo. - A więc to sprawa osobista. - Można powiedzieć, że wręcz intymna.

- Postaram się jak najszybciej przesłać ci wyniki badań. Chcę zrobić jeszcze kilka testów. Może uda mi się ustalić coś na temat narzędzia. - Świetnie. Morris, nie przejmuj się tak. - Och, nie przejmuję się - powiedział, kiedy ruszyła w stronę drzwi. - Dallas, dzięki. Spojrzała na niego. - Nie ma sprawy. Na korytarzu kiwnęła na Peabody. - Mów wszystko, co powinnam wiedzieć. - Chłopcy z labo, postraszeni przez pani ofiarną podwładną, ustalili, że kopertę i kartkę wykonano z papieru bardzo dobrej jakości. Nigdy nie był przetwarzany, co nie tylko wstrząsa moją duszą wolnoerowca, ale też oznacza, że został wyrodukowany i zakupiony poza granicami Stanów Zjednoczonych i podległych terytoriów. U nas obowiązuje prawo. Eve uniosła brwi. - Myślałam, że wolnoerowcy nie wierzą w prawo narzucone społeczeństwu przez rządy - powiedziała, kiedy wyszły na rozgrzaną słońcem ulicę. - Wierzymy, kiedy sprzyjają naszym celom. - Peabody wsiadła do samochodu. - Angielski. Papier wyprodukowano w Anglii i można go kupić tylko w kilku sklepach w Europie. - Nie do zdobycia w Nowym Jorku? - Nie, pani porucznik. Mówiąc prawdę, trudno go zamówić czy kupić przez Internet, bo w naszym kraju nieprzetworzony papier znajduje się na liście towarów zakazanych. - Mhm. - Mózg Eve pracował na szybszych obrotach, a jej myśli były o krok dalej, ale ponieważ Peabody przygotowywała się do egzaminu, uznała, że warto ją trochę pomęczyć. - W jaki sposób trafił z Europy do zaułka w chińskiej dzielnicy? - Cóż, ludzie przemycają do Stanów różne zakazane towary. Korzystają z czarnego rynku. Podróżując z obcym paszportem, można wwieźć do kraju pewną ilość osobistych rzeczy, nie zawsze dozwolonych. Poza tym są dyplomaci i tyra podobni osobnicy. Jak by nie było, trzeba za to zapłacić, a cena jest słona. Na przykład ten papier chodzi po dwadzieścia eurodolarów za sztukę. Za jedną kartkę. Koperta kosztuje dwanaście. - Powiedzieli ci to chłopcy z labo? - Nie, pani porucznik. Sprawdziłam, kiedy tu na panią czekałam. - Dobra robota. Masz punkty sprzedaży? - Wszystkie znane. Papier tego typu produkuje się w Wielkiej Brytanii, oficjalnie handluje nim szesnaście sklepów i dwie hurtownie. Dwa sklepy w Londynie.

- Doprawdy? - Pomyślałam, że skoro naśladuje Kubę Rozpruwacza, trop londyński będzie najlepszy. - Od tego zaczniemy. Sprawdzimy wszystkie punkty, ale Londyn jest najważniejszy. Postaraj się zdobyć listę osób, które nabyły ten papier. - Tak jest, pani porucznik. A co do dzisiejszego ranka, wiem, że nawaliłam. - Peabody - przerwała jej Eve. - Czyja mówię, że nawaliłaś? - Nie, ale... - Czy odkąd trafiłaś pod moją komendę kiedykolwiek zdarzyło się, żebym nie zwróciła ci uwagi, że nie wykonałaś moich poleceń w stopniu zadowalającym, nie poradziłaś sobie z zadaniem, albo po prostu coś schrzaniłaś? - No cóż, nie, pani porucznik. - Peabody wydęła policzki i głośno wypuściła powietrze. W sumie to nie. - W takim razie daj sobie spokój i zdobądź dla mnie tę listę. W centrali detektywi zasypali ją gradem pytań, plotek i spekulacji na temat zabójstwa Jacie Wooton. Skoro policjanci rozmawiali o sprawie, to znaczy, że opinia publiczna aż huczy. Eve szybko przemknęła do swojego biura i od razu zamówiła w autokncharzu kawę. Następnie podeszła do łącza, by sprawdzić wiadomości i nie odebrane połączenia. Przestała liczyć wiadomości od dziennikarzy, kiedy doszła do dwudziestu. Sześć z nich zostawiła Nadine Furst z Kanału 75. Z kubkiem kawy w dłoni Eve usiadła za biurkiem. Przez chwilę bębniła palcami w blat. Cóż, wcześniej czy później będzie musiała porozmawiać z mediami. Im później, tym lepiej. W zasadzie dla niej najlepszym terminem byłoby przyszłe milenium, lecz nie uniknie tego, musi złożyć oświadczenie. Będzie krótkie i rzeczowe, postanowiła. Absolutnie żadnych wywiadów i spotkań w studio. Jemu właśnie o to chodziło. Chciał, żeby pojawiała się w mediach, żeby o nim mówiła w najlepszym czasie antenowym i na łamach prasy. Chciał być sławny. Wielu z nich na tym zależało. Właściwie większości chodziło o sławę. Ten jednak pragnął wzbudzać sensację. Marzył o tym, by media krzyczały: „Współczesny Kuba Rozpruwacz szlachtuje Nowy Jork”. O tak, to zupełnie w jego stylu. Głośno, mocno, wyraźnie. Kuba Rozpruwacz, pomyślała Eve, zwracając się w stronę komputera, by sporządzić raport.

Dziadek dzisiejszych seryjnych morderców. Nigdy nie udało się go ująć ani zidentyfikować. Od prawie dwustu lat pozostaje bohaterem różnorakich badań, opowieści, legend, spekulacji. Wzbudza fascynację i obrzydzenie. I strach. W tamtych czasach media wywołały w społeczeństwie prawdziwą panikę, ale i zainteresowanie jego osobą. Współczesny naśladowca liczy, że uniknie rozpoznania. Chodzi mu o wywołanie strachu i wzbudzenie fascynacji, chce się zmierzyć z policją. Pewnie dokładnie zapoznał się z działalnością swojego poprzednika. Możliwe, że zanim popełnił pierwszą zbrodnię, przez jakiś czas studiował medycynę, formalnie lub nie. Gustowna papeteria, jako symbol zamożności i dobrego smaku. Niektórzy podejrzani w sprawie Rozpruwacza należeli do wyższych sfer, rozmyślała Eve. Zamieszana była nawet rodzina królewska. Obywatele ponad prawem. Ci ludzie uważali, że stoją ponad prawem. Według niektórych teorii Kuba Rozpruwacz był Amerykaninem przebywającym w Londynie. Eve zawsze uważała, że to fałszywy trop, ale czy to możliwe, żeby ten zabójca był Brytyjczykiem przebywającym w Stanach? A może to - jak to się nazywa? - anglofil? Ktoś, kto podziwia wszystko, co brytyjskie. Czy tam był? Czy przechadzał się uliczkami Whitechapel? Rozmyślał o tym? Wyobrażał sobie siebie w roli Rozpruwacza? Zaczęła pisać raport, ale zaraz przerwała. Zadzwoniła do biura doktor Miry i umówiła się na spotkanie. Doktor Charlotte Mira miała na sobie elegancki kostium w kolorze lodowatego błękitu, który ozdobiła trzema długimi, cienkimi złotymi łańcuszkami. Ładną twarz okalały miękkie kasztanowe włosy, rozjaśnione kilkoma delikatnymi pasemkami. Coś nowego, zauważyła Eve, zastanawiając się, czy powinna to jakoś skomentować, czy raczej udać, że niczego nie zauważyła. Nigdy nie była pewna, jak się poruszać w kobiecych tematach. - Doceniam, że znalazłaś dla mnie czas - zaczęła. - Zastanawiałam się, czy spróbujesz się dziś ze mną skontaktować. - Mira wskazała dłonią krzesło. - Wszyscy o tym mówią. To wyjątkowo makabryczna sprawa. - Im bardziej makabryczna, tym więcej gadania.

- Tak, masz rację. - Mira dobrze znała Eve i wiedziała, że od rana nie miała w ustach nic oprócz kawy, więc nie pytając jej o zdanie zamówiła w autokucharzu herbatę, - Nie wiem, ile z tego, co słyszałam, jest zgodne z prawdą. - Właśnie piszę raport. Wiem, że jest za wcześnie, żeby prosić cię o sporządzenie profilu, ale tym razem nie mogę czekać. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, to on dopiero zaczyna. Jacie Wooton nie była jego celem. Nie chodziło akurat o nią. Nie sądzę, żeby ją znał, ani ona jego. - Uważasz, że to był przypadek? - Niezupełnie. Chodziło mu o konkretny typ. Licencjonowana kobieta do towarzystwa. Dziwka. Uliczna prostytutka z biednej dzielnicy. Miał ściśle określone wymagania, Wooton nie żyje, bo go spotkała. Nic poza tym. Opowiem ci o wszystkim, co wiem, a raport doślę później, jak uzupełnię do końca. Chcę, to znaczy, muszę - poprawiła się - muszę wiedzieć, czy zmierzam w dobrym kierunku. - Mów, co wiesz. - Mira podała jej delikatną porcelanową filiżankę i usiadła. Eve zaczęła od ofiary. Opisała stan, w jakim znaleziono ciało Jacie Wooton. Wspomniała o liście, dotychczasowym przebiegu śledztwa i wstępnych wynikach badań Morrisa. - Rozpruwacz - szepnęła Mira. - Kuba Rozpruwacz. - Słyszałaś o nim? - Eve pochyliła się do przodu. - Każdy szanujący się specjalista od profili kryminalnych dokładnie przestudiował przypadek Krwawego Kuby. Myślisz, że mamy do czynienia z naśladowcą? - A ty? Mira oparła się na krześle i upiła łyk herbaty. - Z pewnością dał podstawy, by tak sądzić. To wykształcony egocentryk. Brzydzi się kobietami. Fakt, że zdecydował się na ten, a nie inny sposób zamordowania swojej ofiary, jest bardzo znaczący. Jego pierwowzór atakował i okaleczał kobiety na różne sposoby. On wybrał akurat ten, polegający na usunięciu ofierze tego, co sprawiało, że była kobietą. Widząc, że Eve powoli kiwa głową, Mira domyśliła się, że pani porucznik sama doszła do takiego wniosku. - Mówiąc krótko, pozbawił ją płci. Dla niego seks oznacza żądzę, przemoc, władzę, poniżenie. Jego relacje z kobietami nie są zdrowe ani tradycyjne. Postrzega siebie jako kogoś wyjątkowego, sprytnego, wręcz geniusza. Dlatego tylko ty się nadajesz. - Do czego?

- Tylko ty możesz być jego przeciwnikiem. Największy i najbardziej nieuchwytny morderca naszych czasów nie zadowoli się byle gliną. Zgadzam się, nie znał Jacie Wooton, Jeśli ją poznał, to tylko po to, by się upewnić, że wybrał właściwą ofiarę. Natomiast ciebie zna. Jesteś celem tak samo jak ona. Może nawet bardziej. Wooton była pionkiem, chwilową podnietą. Ty jesteś właściwym graczem. Eve też o tym pomyślała i wciąż się zastanawiała, jak wykorzystać ten trop. - Nie chodzi mu o moją śmierć. - Nie, przynajmniej jeszcze nie teraz. - Mira z troską zmarszczyła czoło. - Jesteś mu potrzebna żywa, bo chce obserwować, jak go ścigasz. Chce śledzić w mediach raporty o swoich wyczynach i twoim śledztwie. W tonie jego listu wyczuwam drwinę. Będzie robił wszystko, by z ciebie zadrwić. Nie chodzi mu o zwyczajnego policjanta, tylko o ciebie, osobę publiczną, a na dodatek kobietę. Nigdy nie pozwoli sobie przegrać z kobietą. - Jest przekonany, że będzie twoją największą porażką, że cię zniszczy. I to jest dla niego najbardziej podniecające. - Cóż, zdziwi się, kiedy go przymknę. - Uważaj, bo może cię zaatakować, kiedy poczuje, że jesteś zbyt blisko i możesz mu zepsuć zabawę, Z początku to będzie wyzwanie, ale nie wierzę, żeby zniósł upokorzenie, jakim byłoby zatrzymanie przez kobietę. - Mira pokręciła głową. - Wszystko zależy od tego, jak bardzo utożsamia się z Rozpruwaczem i w którą wersję wydarzeń wierzy. Eve, to bardzo skomplikowane. Czy kiedy napisał: „próbka moich możliwości”, miał na myśli, że to jego pierwszy atak? A może chciał powiedzieć, że już wcześniej to robił i nie został wykryty? - Tu, w Nowym Jorku, to jego pierwszy raz, ale sprawdzę w MCDK. Co jakiś czas różni psychopaci próbują naśladować Kubę Rozpruwacza, lecz nie przypominam sobie, by któregoś nie złapano. - Daj znać, jak się dowiesz czegoś nowego. Przygotuję bardziej dokładny profil. - Dzięki. - Eve wstała. - Posłuchaj - zaczęła z wahaniem, - Peabody miała dziś rano problemy. Ofiara była w bardzo złym stanie i wtedy ona, no cóż, dziewczyna mi się rozchorowała. Teraz ciągle o tym mówi. Jakby przed nią żaden glina nie narzygał sobie na buty - mruknęła. - Wiesz, jest w stresie, przygotowuje się do egzaminu na detektywa, szukają z McNabem mieszkania. Ja nawet nie chcę o tym myśleć, ale ona wbiła to sobie do głowy. Może znajdziesz minutkę, żeby ją ustawić czy coś w tym rodzaju. A zresztą, cholera! Mira parsknęła śmiechem. - To urocze, że tak się o nią martwisz.