wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 34 - Celebryci i śmierc

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 34 - Celebryci i śmierc.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 36 osób, 30 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 333 stron)

Tytuł oryginału CELEBRITY IN DEATH Copyright © 2012 by Nora Roberts All rights reserved Projekt okładki Elżbieta Chojna Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka Redakcja Ewa Witan Korekta Mariola Będkowska ISBN 978-83-7961-501-8 Warszawa 2012 Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. 02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28 www.proszynski.pl

Od sławy do niesławy wiedzie szeroka droga. THOMAS FULLER Żądza władzy, dominacji nad innymi rozpala serce bardziej niż inne namiętności. TACYT

Rozdział 1 Z frustracją i pewnym żalem przyglądała się zamordowanemu mężczyźnie. Leżał na kanapie koloru dobrego merlota, krew utworzyła plamę na jasnoszarej koszuli poniżej serca, w którym tkwił srebrny skalpel. Beznamiętnie i z ponurą miną spoglądała na trupa, pokój, a także tacę z artystycznie ułożonymi owocami i serem, ustawioną na niskim stoliku. – Znowu z bliskiej odległości. – Jej głos, podobnie jak wzrok, był wyprany z wszelkich emocji. Wyprostowała się. – Wyłączył androida, zaprogramował domowy system zabezpieczeń na „Nie przeszkadzać”. A potem się położył, nie przejmując się, że ktoś może tu wejść, pochylić się nad nim. Może zażył środki uspokajające. Zlecimy badanie toksykologiczne, ale nie sądzę, żeby wyniki coś wykazały. Znał ją. Nie obawiał się o życie, kiedy weszła do tego pokoju. Skierowała się do drzwi. Na korytarzu ładna blondynka siedziała na podłodze, głowę wsparła na rękach; obok niej stała, uśmiechając się z wyższością, świeżo upieczona pani detektyw, mocno zbudowana młoda kobieta o krótkich włosach. Zatrzymała się na progu, tyłem do zamordowanego. – Cięcie! Kapitalnie zagrane. Na znak reżysera w makiecie gabinetu nieżyjącego Wilforda B. Icove’a juniora zapanował zgiełk i harmider. Porucznik Eve Dallas, która kiedyś stała w prawdziwym gabinecie Icove’a nad trupem – lecz wtedy denat nie usiadł i nie podrapał się po tyłku, jak teraz ten mężczyzna – otrząsnęła się z dziwnego uczucia déjà vu. – Ale super, no nie? – Peabody wykonała obok niej krótki, powściągliwy taniec, unosząc i opuszczając obcasy różowych, kowbojskich butów. – Naprawdę jesteśmy na planie zdjęciowym i oglądamy siebie. I całkiem dobrze się prezentujemy. – To upiorne. A jeszcze bardziej upiorne, pomyślała Eve, było widzieć siebie – albo kogoś bardzo do siebie podobnego – zmierzającego ku niej z szerokim, zadowolonym uśmiechem na twarzy. Chyba się tak nie uśmiecha, co? To naprawdę upiorne. – Porucznik Dallas, świetnie, że udało się pani wpaść na plan. Marzyłam o poznaniu pani. – Aktorka wyciągnęła rękę. Eve nie pierwszy raz widziała Marlo Durn, ale poprzednio ta kobieta była

lekko opaloną blondynką o ciemnozielonych oczach. Patrząc teraz na jej krótkie, zmierzwione, brązowe włosy, brązowe oczy, a nawet płytki dołeczek w brodzie, taki sam jak jej, poczuła się odrobinę nieswojo. – I detektyw Peabody. – Marlo oddała garderobianej długi, skórzany płaszcz, w którym przed chwilą grała – kopię płaszcza podarowanego Eve przez męża, kiedy prowadziła śledztwo w sprawie Icove’ów. – Jestem pani zagorzałą fanką, pani Durn. Widziałam wszystkie filmy z pani udziałem. – Marlo – poprawiła aktorka Peabody. – Ostatecznie jesteśmy partnerkami. A więc co panie o tym myślą? – Wskazała dekoracje, a na jej palcu błysnęła obrączka ślubna, identyczna z tą, którą nosiła Eve. – Bliskie to rzeczywistości? – Tak – przyznała Eve. Zupełnie jak prawdziwe miejsce zbrodni z kręcącymi się wokół ludźmi. – Roundtreemu, to znaczy reżyserowi, zależy na maksymalnym autentyzmie. – Marlo skinęła głową w kierunku przysadzistego mężczyzny, pochylonego nad monitorem. – I zawsze udaje mu się dopiąć swego. Między innymi dlatego uparł się, żeby wszystko kręcić w Nowym Jorku. Mam nadzieję, że udało się paniom tu rozejrzeć, zorientować się, jak wygląda nasza praca. Jak tylko się dowiedziałam o zamiarze nakręcenia tego filmu, bardzo chciałam dostać tę rolę. Nawet jeszcze przed przeczytaniem książki Nadine Furst. A pani, obie panie, to przeżyły naprawdę. Och, plotę trzy po trzy. Roześmiała się krótko, swobodnie. – Skoro już mowa o wielkich fankach... Od miesięcy staram się wczuć w postać Eve Dallas. Nawet parę razy towarzyszyłam parze detektywów, kiedy Roundtreemu nie udało się nakłonić pani ani pani komendanta, byście się zgodzili, żebym razem z K.T. z bliska przyjrzała się waszej pracy. I – ciągnęła, nie dając dojść Eve do słowa – dopiero wtedy w pełni zrozumiałam, dlaczego nie wyraziliście zgody. – Cieszę się. – Znów mówię od rzeczy. K.T.! Chodź tu i poznaj prawdziwą detektyw Peabody. Pochłonięta dyskusją z Roundtreem aktorka spojrzała w ich stronę. Eve dostrzegła na jej twarzy irytację, którą dopiero po chwili zastąpiła mina, przybierana – zdaniem Eve – na użytek publiczności. – Cóż za zaszczyt. – K.T. uścisnęła im ręce, zmierzyła Peabody

wzrokiem od stóp do głów. – Zapuszczasz włosy. – Tak jakby. Dopiero co widziałam cię w filmie „Łza”. Byłaś absolutnie rewelacyjna. – Porwę Dallas na kilka minut. – Marlo wzięła Eve pod rękę. – Napijmy się kawy – zaproponowała, odciągając Eve z planu zdjęciowego i prowadząc przez makietę drugiego piętra domu Icove’ów. – Producenci załatwili dla mnie gatunek kawy, którą pani pije, no i się od niej uzależniłam. Poprosiłam swoją asystentkę, żeby przygotowała dla nas wszystko w mojej przyczepie. – Nie musi pani wrócić na plan, Marlo? – Moja praca w dużej mierze składa się z czekania. Przypuszczam, że podobnie, jak praca policjantów. – Maszerując szybkim krokiem w wysokich butach, spodniach z szorstkiej tkaniny, z bronią w kaburze – Eve przypuszczała, że to rekwizyt – Marlo poprowadziła ją przez studio filmowe. Mijały plany zdjęciowe, sprzęt, grupki ludzi. Eve przystanęła na widok makiety sali ogólnej wydziału. Biurka pełne papierzysk, tablica, której widok sprawił, że cofnęła się w czasie do poprzedniej jesieni, boksy, porysowana podłoga. Brakowało jedynie gliniarzy... I zapachu rafinowanego cukru, kiepskiej kawy oraz potu. – Wszystko jak trzeba? – Tak... Chociaż chyba jest trochę większa niż w rzeczywistości. – Na ekranie nie będzie wyglądała na taką dużą. Tuż obok odtworzyli również pani gabinet, więc mogą mnie czy innych kręcić, jak tędy przechodzimy. Chce pani rzucić okiem? Minęły atrapę ściany, jakieś puste pomieszczenie, które – jak przypuszczała Eve – też nie będzie widoczne na ekranie, i znalazły się w niemal idealnej makiecie jej gabinetu w komendzie. Odtworzono nawet wąskie okno, ale wychodziło na studio, nie na Nowy Jork. – Komputerowo wygenerują widok, budynki, ruch powietrzny – powiedziała Marlo, kiedy Eve podeszła do okna, żeby przez nie wyjrzeć. – Już kręciliśmy tu kilka scen, podobnie jak scenę w sali konferencyjnej, gdy przedstawiła pani spisek... Icove, Unilab, Brookhollow Academy. Dialog bez żadnych poprawek wzięto z książki. Podobno moje kwestie niewiele się różnią od tego, co naprawdę pani wtedy mówiła. Nadine świetnie udało się wpleść wydarzenia autentyczne we wciągającą fabułę. Chociaż przypuszczam, że rzeczywistość była równie emocjonująca. Ogromnie panią podziwiam.

Zaskoczona i lekko speszona, Eve się odwróciła. – To, czym się pani zajmuje na co dzień – ciągnęła Marlo – jest niezwykle ważne. Jestem dobra w tym, co robię. Jestem cholernie dobra w tym, co robię, i uważam, że moja praca jest ważna. Może nie tak ważna, jak rozpracowanie szajki o światowym zasięgu, zajmującej się klonowaniem ludzi, ale bez sztuki, opowieści i tych, którzy w nich występują, świat byłby smutniejszy. – Z całą pewnością. – Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, uświadomiłam sobie, że nigdy nie grałam postaci, której tak bardzo chciałam oddać sprawiedliwość. Nie tylko z uwagi na to, że może mi ona przynieść Oscara – chociaż ta złota błyszcząca statuetka pięknie by się prezentowała na kominku – ale ponieważ to ważna rola. Wiem, że przyglądała się pani kręceniu tylko jednej sceny, ale mam nadzieję, że gdyby dostrzegła pani jakiś fałsz, coś, co by pani nie pasowało, powiedziałaby mi pani o tym. – Wszystko mi pasowało. – Eve wzruszyła ramionami. – Tyle tylko, że to dziwne i według mnie trochę niesamowite patrzeć, jak ktoś, udający mnie, robi to, co ja robiłam, mówi to, co powiedziałam. Skoro więc czułam się dziwnie, musiało być wszystko jak należy. Marlo uśmiechnęła się szeroko. Nie, pomyślała Eve, z całą pewnością ja tak się nie uśmiecham. – Świetnie. – A tutaj... – Eve obróciła się wśród dekoracji, udających jej gabinet. – Odczuwam nieprzepartą ochotę, by usiąść za biurkiem i zabrać się do pracy papierkowej. – Carmandy byłaby zachwycona, gdyby to usłyszała. Jest głównym scenografem. Napijmy się tej kawy. Wkrótce znów będę potrzebna na planie. Kiedy wyszły na październikowe słońce, Marlo powiedziała, wskazując ręką: – Jeśli pójdziemy tędy, zobaczy pani makiety niektórych pomieszczeń z domu Roarke’a i Dallas. Są olśniewające. Czy Preston, asystent reżysera, powiedział pani, że chcą zrobić kilka zdjęć pani i Peabody podczas waszej wizyty w studiu? Wykorzystają je później w kampanii promocyjnej. Zajmuje się nią Valerie Xaviar, rzeczniczka prasowa wytwórni. Ona tym wszystkim dyryguje. – Coś mi się obiło o uszy. Marlo znów się uśmiechnęła i krótko, lekko uścisnęła ramię Eve.

– Wiem, że niespecjalnie się pani do tego pali, ale to będzie ogromna reklama dla filmu... Wszyscy aktorzy i cała ekipa realizatorska bardzo się ucieszą. Mam nadzieję, że dziś wieczorem pojawi się pani na kolacji razem z Roarkiem. – Mamy taki zamiar. – Nie uda się od tego wymigać, pomyślała Eve. Marlo spojrzała na nią i wybuchnęła śmiechem. – Żałuje pani, że nie ma pani jakiejś pilnej sprawy, by móc się wykręcić od tej kolacji. – Chyba rzeczywiście jest pani dobra w tym, co robi, Marlo. – Będzie fajniej, niż pani przypuszcza. Co nie takie trudne, bo uważa pani, że to będą katusze. – Czy założyliście podsłuch w moim gabinecie? – Nie, ale lubię sobie wyobrażać, że wiem, co się dzieje w pani głowie. – Marlo dotknęła skroni. – Dlatego wiem, że będzie się pani bawiła znacznie lepiej, niż pani przypuszcza. I pokocha pani Juliana. Doskonale naśladuje Roarke’a – jego akcent, mowę ciała, to nieuchwytne poczucie władzy i zmysłowość. A poza tym jest przystojny, zabawny, czarujący. Bardzo lubię z nim pracować. Czy prowadzi pani teraz jakieś śledztwo? – Właśnie zakończyliśmy jedno kilka dni temu. – Sprawę Ośrodka Whitwood? Tak przynajmniej określają ją w mediach. Jak już powiedziałam, jestem na bieżąco. Ale nawet jeśli sama nie prowadzi pani śledztwa, nadzoruje pani inne dochodzenia, zeznaje w sądzie, konsultuje się z pracownikami swojego wydziału. Ma pani mnóstwo spraw na głowie. Zajmowanie się... Marlo urwała, bo nagle zabrzęczał komunikator Eve. – Dallas. – Dyspozytor do porucznik Eve Dallas. Proszę natychmiast udać się na Zachodnią Trzecią numer dwanaście. Podejrzenie zabójstwa. – Potwierdzam. Już tam jadę razem z detektyw Delią Peabody. – Rozłączyła się i zatelefonowała do Peabody. – Mamy pilne wezwanie. Spotkamy się koło mojego wozu. Wcisnęła komunikator do kieszeni i spojrzała na Marlo. – Przykro mi. – Ależ rozumiem. Dostała pani nową sprawę, akurat kiedy się tu zatrzymałyśmy. To prawdopodobnie głupie pytanie, ale jakie to uczucie, kiedy otrzymuje się wiadomość, że ktoś nie żyje? – Że pora zabrać się do pracy. Dziękuję za oprowadzenie mnie po studiu.

– Pokazałam pani jedynie drobny jego fragment. Wytwórnia Big Bang Productions właściwie odtworzyła świat Dallas tu, w Chelsea Piers. Będziemy tu kręcić jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie, może trzy. Może jeszcze się uda pani tu zajrzeć. – Może. Muszę już iść. Zobaczymy się wieczorem, jeśli obowiązki zawodowe mi pozwolą. – Powodzenia. Eve wróciła na parking dla VIP-ów, gdzie zostawiła swój wóz. Nie cieszyła się, że ktoś zginął, ale skoro ludzie i tak umierają, nie była nieszczęśliwa, że dzięki nowej sprawie uniknie tej głupiej sesji zdjęciowej. Pomyślała, że Marlo Durn jest ujmująca, może trochę afektowana, ale ujmująca, inteligentna i niemęcząca. Lecz musiała przyznać, że było trochę denerwujące patrzeć na kogoś tak podobnego do siebie. W dodatku w pomieszczeniu tak przypominającym to, gdzie ona zwykle przebywa. Świat Eve Dallas. Hm. – Wiadomo było, że dostaniemy nową sprawę. – Pojawiła się zdyszana Peabody. – Ale tu fajnie! I Preston... Preston Stykes, asystent reżysera, powiedział, że mogę zagrać epizod! W przyszły weekend będą kręcili sceny plenerowe, mogę być przechodniem... Pokażą mnie z bliska, może nawet dostanę jakąś kwestię. Założę się, że wyskoczy mi jakiś pryszcz. – Dotknęła ręką twarzy, jakby sprawdzała. – Zawsze człowiekowi wyskakują pryszcze, kiedy pokazują go w zbliżeniu. – To dla mnie nie pierwszyzna... Zbliżenia, nie pryszcze. Nie interesują mnie twoje pryszcze. – To będzie mój pierwszy występ w filmie. – Delia usadowiła się na miejscu dla pasażera, a Eve usiadła za kierownicą. – A dziś wieczorem będziemy się zadawać z wielkimi tego świata na przyjęciu. Zjem kolację z gwiazdami filmu, z celebrytami, w eleganckiej rezydencji przy Park Avenue, należącej do jednego z najbardziej rozrywanych reżyserów z Hollywood, poznam najpotężniejszego i najbardziej szanowanego producenta, założyciela wytwórni Big Bang Productions. – Przestała sprawdzać, czy wyskoczyły jej jakieś pryszcze, i przycisnęła dłoń do żołądka. – Trochę mnie mdli. – Będziesz mogła się wyrzygać w eleganckim kibelku w domu jednego z najbardziej rozrywanych reżyserów z Hollywood. – Roundtree ciebie szukał. Już chciał wysłać gońca, żeby cię odnalazł.

– Doświadczałam surrealistycznego przeżycia, będąc oprowadzaną przez swojego sobowtóra po swoim własnym wydziale. – Och! Moje biurko! Mogłam usiąść przy swoim biurku. Mogłam usiąść za twoim biurkiem. – Nie. – Przecież to tylko plan zdjęciowy. – I tak nie. – Jesteś wredna. Druga ty jest miła. Pozwoliła mi zwracać się do niej po imieniu. A druga ja wydaje się trochę jędzowata. – No proszę. Znaleźli odpowiednie aktorki do obsadzenia w roli ciebie i mnie. – Bardzo śmieszne, cha, cha, cha. Rozmawiała ze mną może przez trzydzieści sekund, a potem zaczęła mnie olewać. I wiesz, co powiedziała? – Skąd mam wiedzieć, skoro mnie przy tym nie było? – To ci powiem. – Peabody, z nachmurzoną miną wyglądając przez okno, włożyła swoje okulary przeciwsłoneczne ze szkłami we wszystkich kolorach tęczy. – Powiedziała, że jeśli Nadine przedstawiła w swojej książce mój wierny portret, to proponuje mi kurs asertywności. W przeciwnym razie wiecznie pozostanę podwładną albo w najlepszym razie pomagierką. Bo ze swoją uległą postawą nigdy nie awansuję. Eve ogarnęła irytacja. Jej partnerka była wystarczająco asertywna, by spowodować wszczęcie śledztwa i położyć kres działalności nieuczciwych gliniarzy. – Nie wydaje się trochę jędzowata, tylko jest stuprocentową jędzą. A ty nie jesteś podwładną. – Racja. Jestem twoją partnerką. Zgoda, jesteś panią porucznik, ale to nie znaczy, że jestem podlizującą się podwładną, we wszystkim uległą. – Wykonywanie rozkazów to nie przejaw służalczości, tylko cecha dobrego gliniarza. Poza tym często się mądrzysz. – Wielkie dzięki. Bardzo się sobie nie podobałam. – Mnie dużo się w tobie nie podoba. Mojej drugiej mnie też. – Teraz już nic z tego nie rozumiem. – Marlo i K.T. niezbyt się nawzajem lubią. Widać to, gdy nie pokazuje ich kamera. Kiedy reżyser zawołał „cięcie”, każda poszła w swoją stronę, nie rozmawiały ze sobą ani na siebie nie patrzyły, póki Marlo nie zawołała K.T., żeby przywitała się z nami. – Chyba mam klapki na oczach, bo tego nie zauważyłam. Ale masz rację.

Chyba trudno tak blisko z kimś współpracować, udawać wzajemną sympatię i szacunek, kiedy naprawdę czuje się coś innego. – Dlatego nazywa się to grą. – Mimo wszystko. Och, i myślę, że ta druga ja ma większy tyłek ode mnie. – Z całą pewnością. – Naprawdę? – Peabody, właściwie nie przyglądałam się jej tyłkowi i rzadko mam okazję oglądać twój. Ale chętnie przyznam, że ma większy tyłek od ciebie, jeśli sprawi ci to przyjemność i będziemy mogły przestać rozmawiać o ludziach Hollywood. – Dobra, tylko jeszcze jedno. Druga ja jest również kłamczuchą. Powiedziała, że musi się przygotować do następnej sceny, ale kiedy mijałam przyczepy w drodze na parking dla VIP-ów, zobaczyłam ją... I usłyszałam. Waliła w drzwi jednej z przyczep, wydzierając się na całe gardło: „Wiem, że tam jesteś, ty łobuzie, otwórz te cholerne drzwi”. I tym podobne rzeczy. – Czyja to była przyczepa? – Nie wiem, ale K.T. była maksymalnie wkurzona i w ogóle się nie przejmowała tym, że ktoś ją usłyszy, a kręciło się tam mnóstwo osób. – Zawsze mówiłam, że jesteś jędzą, masz okropny charakter i brak ci klasy. Peabody westchnęła i się uśmiechnęła. – Ale nie jestem podwładną. – Skoro to uzgodniłyśmy – powiedziała Eve, zatrzymując się za radiowozem – może zajmiemy się tym trupem. – Wizyta na planie zdjęciowym, trup i kolacja z celebrytami. To naprawdę dobry dzień. * Ale nie dla Cecila Silcocka. On zakończył już swój dzień na kafelkach w lamparci wzór we własnej wyrafinowanej kuchni. Krew z rany na głowie utworzyła kałużę na złotych płytkach w czarne cętki. Zdaniem Eve w efekcie podłoga trochę przypominała śmiertelnie ranne zwierzę. Rana Cecila z całą pewnością była śmiertelna. Krew wsiąkła również w cieniutki, biały, kaszmirowy szlafrok, który miał na sobie, zanim jego głowa weszła w kontakt z tępym przedmiotem o solidnym ciężarze, a następnie z kafelkami. Sądząc po ranie ciętej na czole, Eve się domyśliła, że

Cecil uderzył głową również w kant czarnej wyspy kuchennej ze złotym blatem. Poza tym w kuchni, aneksie jadalnym, salonie, sypialni, pokoju gościnnym i łazience panował idealny porządek, wszystkie pomieszczenia przypominały wzorcowe ekskluzywne pokazowe mieszkanie. – Brak śladów włamania – poinformował Eve funkcjonariusz, stojący w drzwiach. – Małżonek ofiary jest w sypialni. Mówi, że wyjechał z miasta na dwa dni, wrócił do domu wcześniej – był spodziewany dopiero po południu – i znalazł zwłoki. – Gdzie jego walizka? – W sypialni. – Zapoznajmy się z zapisami kamer monitorujących. – Małżonek mówi, że kiedy się pojawił, alarm był wyłączony. Twierdzi, że ofiara często zapominała aktywować alarm. – I tak sprawdzimy zapisy kamer. – Eve wrzuciła z powrotem do torby puszkę z substancją zabezpieczającą i ukucnęła obok zwłok. – Peabody, potwierdź tożsamość, określ godzinę zgonu. Uderzono go czymś z całych sił w lewą część głowy, skroń, oczodół. Czymś szerokim, ciężkim i płaskim. – Potwierdzam, że ofiara to Cecil Silcock, lat pięćdziesiąt sześć, zameldowany pod tym adresem. Od czterech lat w związku małżeńskim z Paulem Havertoem. Jest właścicielem i dyrektorem zarządzającym firmy „Dobre czasy”, organizującej przyjęcia. – Dla niego to już koniec dobrych czasów. – Eve przysiadła na piętach i rozejrzała się wokoło. – Brak śladów włamania. A mieszkanie wygląda, jakby je posprzątały i wychuchały dobre duszki. Ma na palcu obrączkę – założę się, że platynową – z wielkim brylantem. Raczej można wykluczyć kradzież jako motyw. Z uwagi na biżuterię i sporo sprzętu elektronicznego najwyższej klasy, który można łatwo wynieść. – Zgon nastąpił o dziesiątej trzydzieści sześć. Skoro jest tak ubrany i brak śladów włamania, to znaczy, że musiał znać zabójcę. Wpuścił go, przyszedł tutaj, może aby zaparzyć kawę albo coś w tym rodzaju. Buch! – i po Cecilu. – Być może. Albo, skoro jest tak ubrany, Cecil miał towarzystwo pod nieobecność swego małżonka, którą to nieobecność w mieście potwierdzimy. Przyszedł tu, żeby przygotować śniadanie, a osoba, dotrzymująca mu towarzystwa, walnęła go z całych sił. Albo małżonek wrócił, stwierdził, że Cecil jest niegrzecznym chłopcem, i rąbnął go w głowę. Wrócił mundurowy.

– Alarm był wyłączony przez ostatnich dwadzieścia osiem godzin, pani porucznik. Nie ma nic z ostatniej nocy ani dzisiejszego ranka. – Rozumiem. Zacznijcie wypytywać sąsiadów. Może ktoś coś widział. Eve włożyła mikrogogle i uważnie obejrzała zwłoki. – Cecil jest równie czyściutki, jak mieszkanie. Pachnie cytrynami. – Przybliżyła twarz do twarzy denata, wciągnęła powietrze nosem. – Ale czuję również kawę. Wziął prysznic i napił się kawy, zanim oberwał w głowę. Nie widać obrażeń, świadczących, że się bronił, ani innych ran. Otrzymał cios, upadł, uderzył głową o kant wyspy, a drugą skronią o kafelki. Dziwne, prawda? – Dlaczego? – Wszystko jest takie czyste, takie wysprzątane. – Denat był człowiekiem schludnym. – Być może. Prawdopodobnie tak. – Eve zdjęła gogle, wyprostowała się. – Brak autokucharza. Co to za dom? – Zajrzała do lodówki. – Wszystko bardzo świeże i też lśni czystością. – Zaczęła otwierać szafki, szuflady. – Dużo garnków, rondli, gadżetów, naczyń, kieliszków i te pe. – Wyciągnęła wielką, ciężką patelnię. Szeroką, o płaskim dnie. – Waży swoje. – Och, moja babcia ma taką. Żeliwna. Przysięga, że dostała ją od swojej babki. Eve przyjrzała się patelni, znów przykucnęła, włożyła gogle, by jeszcze raz zbadać ranę z boku głowy Cecila. Wyciągnęła z torby jeszcze jeden przyrząd, dokonała pomiaru. Skinęła głową. – Pasuje. Umieść w torbie na dowody i podpisz. Niech technicy sprawdzą, czy są na niej jakieś ślady. Czyli Cecil miał towarzystwo, przyszli tu razem, stanęli koło wyspy kuchennej. Ale brak śladów, że coś gotowali, a ponieważ nie ma tu autokucharza, jak w każdej normalnej kuchni w znanym, cywilizowanym świecie, musiał korzystać z naczyń. A co z kawą? – Stoi tutaj urządzenie przypominające ekspres. Wsypuje się całe ziarna kawy, wlewa wodę, urządzenie samo miele ziarna i parzy kawę. – Ale jest czyste i puste. – Może nie zdążył przygotować kawy, nim oberwał w głowę. – Czuć od niego kawę. Nie przyszedł tu z zabójcą, który walnął go ciężkim przedmiotem. Założę się, że to żeliwne naczynie okaże się narzędziem zbrodni. Jeśli je wyjął, gdzie jest cała reszta, to, co zamierzał ugotować? Jeśli kłóci się z kimś, czy myśli o szykowaniu śniadania?

Dlaczego zabójca nie zostawił narzędzia zbrodni na wierzchu albo nie zabrał go z sobą? Zamiast tego umył je i odstawił na miejsce. – Jeśli szykujesz śniadanie, co robisz w pierwszej kolejności? – Kawę. – Wszyscy tak robią i Cecil zdradził mi, że postąpił identycznie. Ale nie ma kawy, nie ma kubka ani filiżanki. Peabody zacisnęła usta, zmrużyła oczy i próbowała zobaczyć to, co widziała Eve. – Może już zjadł czy zjedli, posprzątali. A potem doszło do sprzeczki. – Możliwe, ale jeśli tak, czy ta patelnia nadal była na widoku, by ktoś mógł nią walnąć Cecila? Wszystko odłożono na miejsce, a ona została pod ręką? Bo to... – Uniosła zabezpieczoną patelnię. – To narzędzie, które nawinęło się pod rękę. Ktoś się wkurzył, złapał ją, walnął. Nie otworzył szuflady, by ją wyjąć, wybrać akurat tę, a potem zadać cios. Peabody połączyła kropki. – Uważasz, że to sprawka małżonka, który szybko wszystko posprzątał, a potem dopiero wezwał policję. – Ciekawa jestem, jak Havertoe dostał się do mieszkania. Pora na pogawędkę z nim. Eve zwolniła mundurowego, siedzącego z Havertoem, zlecając mu pójść do kolegi, który przepytywał sąsiadów. Tak jak kuchnia, główna sypialnia mogła wystąpić w reklamie Modnego Miejskiego Domu. Od smukłych srebrnych słupków i narzuty w biało-czarne pasy, na której starannie rozmieszczono białe i czarne poduszki, przez błyszczące, lustrzane komody i dzieła sztuki o osobliwie wygiętych liniach, po falisty wazon z jednym spiczastym, czerwonym kwiatem, który według Eve mógł ukrywać pod płatkami ostre, cienkie jak igły ząbki. Przed szerokimi drzwiami na taras siedział skulony na kanapie o srebrnym oparciu i czerwonych poduchach Paul Havertoe, międląc w ręku mokrą chusteczkę. Eve oceniła, że jest jakieś dwadzieścia lat młodszy od martwego małżonka. Gładka, przystojna twarz była opalona na jasnozłoto, co stanowiło przyjemny kontrast z karmelową, bujną czupryną. Miał na sobie eleganckie, uprasowane w kant dżinsy i nieskazitelnie białą koszulę. Eve przypuszczała, że ich właściciel sporo czasu spędza w siłowni. Kiedy spojrzał na Eve, zobaczyła, że oczy miał koloru śliwkowego, w tej chwili spuchnięte od płaczu.

– Jestem porucznik Dallas, a to detektyw Peabody. Bardzo mi przykro w związku z poniesioną przez pana stratą, panie Havertoe. – Cecil nie żyje. Eve wyczuła poprzez łzy odrobinę melasy i magnolii. – Wiem, że to trudne chwile, ale musimy zadać panu kilka pytań. – Bo Cecil nie żyje. – Tak. Dla pana bezpieczeństwa nagramy tę rozmowę, panie Havertoe. I przeczytam panu przysługujące panu prawa, żeby miał pan pełną jasność w tej kwestii. Dobrze? – Czy to konieczne? – Tak będzie lepiej. Postaramy się, żeby trwało to jak najkrócej. Czy chciałby pan, żeby się z kimś skontaktować w pana imieniu, z przyjacielem, członkiem rodziny, zanim zaczniemy? – Nie... Nie mogę myśleć. – Jeśli uzna pan, że chciałby, by ktoś panu towarzyszył, proszę nam powiedzieć. – Usiadła naprzeciwko niego, odczytała przysługujące mu prawa. – Czy rozumie pan swoje prawa i obowiązki? – Tak. – Dobrze. Wyjechał pan z miasta? – Byłem w Chicago u klienta. Przygotowujemy imprezy. Wróciłem dziś rano i... – Wrócił pan dziś rano z Chicago. O której godzinie? – Wydaje mi się, że koło jedenastej. Planowałem, że wrócę nie wcześniej niż o czwartej, ale udało mi się szybciej wszystko załatwić. Chciałem zrobić Cecilowi niespodziankę. – Czyli przebukował pan bilet na wcześniejszy lot? – Tak, właśnie to zrobiłem. Udało mi się przylecieć wcześniejszym wahadłowcem, załatwić transport z lotniska, żeby zrobić Cecilowi niespodziankę. – Dusząc szloch, przycisnął mokrą chusteczkę do twarzy. – Wiem, że doznał pan okropnego wstrząsu. Z usług jakiej firmy przewozowej pan skorzystał, panie Havertoe? Dla porządku. – Zawsze korzystamy z usług Delux. – Rozumiem. I kiedy znalazł się pan w domu – ciągnęła Eve, gdy Peabody cicho wyszła z pokoju – co pan zobaczył? – Wszedłem, wniosłem tu torbę, ale Cecila nie było w sypialni. – Czy zwykle przebywał w domu o tej porze dnia? – Dziś miał pracować w domu. Po południu umówił się z klientem.

Powinienem do niego zadzwonić. – Beznamiętnie rozejrzał się po pokoju zapłakanymi oczami. – Powinienem... – Pomożemy panu. Co zrobił pan potem? – Zawołałem go... Jak to się zwykle robi. Pomyślałem, że musi być w gabinecie. Gabinet sąsiaduje z kuchnią, okno wychodzi na podwórze, bo kiedy Cecil pracuje, lubi spoglądać na nasz mały ogródek. I zobaczyłem go na podłodze. Nie żył. – Czy czegoś pan dotykał w kuchni? – Dotknąłem Cecila. Wziąłem go za rękę. Nie żył. – Zna pan kogoś, kto pragnąłby śmierci Cecila? – Nie. Nie. Wszyscy kochają Cecila. – Nieco teatralnym gestem przycisnął mokrą chusteczkę do serca. – Kocham Cecila. – Jak pan przypuszcza, kogo wpuścił do środka, będąc tylko w szlafroku? – Myślę... – Havertoe z trudem próbował opanować drżenie ust. – Myślę, że Cecil miał romans. Myślę, że spotykał się z kimś. – Dlaczego tak pan myśli? – Kilka razy późno wrócił do domu i... Świadczyły o tym różne rzeczy. – Czy rozmawiał pan z nim o tym? – Wszystkiemu zaprzeczył. – Kłóciliście się? – Wszystkie pary się kłócą. Byliśmy szczęśliwi. Uszczęśliwialiśmy się nawzajem. – Ale miał romans. – Przelotny. – Havertoe otarł oczy. – Nie trwałby długo. Ten, z kim się spotykał, musiał go zabić. – A z kim według pana się spotykał? – Nie wiem. Z jakimś klientem? Z kimś, kogo poznał na jednej z naszym imprez? Spotykamy masę ludzi. Jest wieczna pokusa zboczenia z drogi. – Macie imponujące mieszkanie, panie Havertoe. – Jesteśmy z niego bardzo dumni. Często przyjmujemy gości. Tego zresztą wymaga nasza praca. I to dobra reklama dla nas. – Przypuszczam, że dlatego posprzątał pan kuchnię – rzuciła od niechcenia Eve, kiedy wróciła Peabody. – Nie chciał pan, żeby ludzie zobaczyli bałagan. – Słucham? – Czy Cecil przygotowywał śniadanie, kiedy pan wrócił wcześniej, niż się pana spodziewał? Czy już zjadł? Czy coś świadczyło, że nie był sam? Że

zdradzał pana pod pańską nieobecność? Był bardzo niegrzecznym chłopcem. – Nie żyje. Nie powinno się tak o nim mówić. – O której godzinie wrócił pan do domu? – Jak już powiedziałem, chyba koło jedenastej. – To dziwne, panie Havertoe – odezwała się Peabody. – Bo pański wahadłowiec wylądował o ósmej czterdzieści pięć. – Miałem kilka spraw do załatwienia... – A kierowca z Delux przywiózł pana pod dom o dziewiątej dziesięć. – Poszedłem na spacer. – Z bagażem? – Eve przechyliła głowę. – Nieprawda. Wszedł pan do domu o dziewiątej dziesięć i zaczęliście się kłócić z Cecilem, kiedy jeden z was lub obaj parzyliście kawę, szykowaliście śniadanie. Chciał pan wiedzieć, z kim był Cecil, kiedy pan bawił w Chicago. Chciał pan, żeby Cecil przestał pana zdradzać. Pokłóciliście się, złapał pan żeliwną patelnię, zamachnął się nią. Był pan wściekły. Tyle pan dla niego zrobił, a on nie potrafił dochować wierności. Któż mógłby mieć panu za złe, że poniosły pana nerwy? Nie chciał go pan zabić, prawda, Paul? Tylko w gniewie zamachnął się pan patelnią. – Nie zrobiłem tego. Wszystko panie źle zrozumiały. – Nieprawda. Wrócił pan do domu wcześniej. Przypuszczał pan, że przyłapie go pan z kimś? – Nie, nie, to nie tak. Chciałem mu sprawić niespodziankę. Chciałem, żeby wszystko było po staremu. Przyrządziłem dla niego jego ulubione śniadanie! Koktajl Mimoza z sokiem z mandarynki, kawę orzechową, jajka Benedict, francuską grzankę malinową. – Zadał sobie pan wiele trudu. – Wszystko przyrządziłem własnoręcznie, zastawiłem stół jego ulubioną porcelaną. – A on tego nie docenił. Poświęcił pan tyle czasu i trudu, żeby przyrządzić dla niego coś wyjątkowego, a on tego nie docenił. – Potem... Potem poszedłem na spacer. Poszedłem na spacer, a kiedy wróciłem, nie żył. – Nie, Paul. Pokłóciliście się, uderzył go pan. To był odruch. Był pan taki zły, że złapał pan patelnię i zamachnął się nią. A potem było już za późno. Więc sprzątnął pan kuchnię, odłożył wszystko na miejsce. – Kiedy martwy Cecil leżał na podłodze, pomyślała Eve. – Wyszorował pan żeliwną patelnię. – Ze śladami krwi na dnie. – Wszystko pan wysprzątał, tak, jak lubił Cecil.

– Nie chciałem tego zrobić! To był wypadek. – Rozumiem. – Oświadczył, że chce rozwodu. Robiłem dla niego wszystko, opiekowałem się nim. Powiedział, że go przytłaczam, że ma dosyć tego, że grzebię w jego rzeczach, sprawdzam jego rozkład dnia, ciągle do niego wydzwaniam. Miał tego dosyć. Miał dosyć mnie. Przygotowałem dla niego śniadanie, a on zażądał rozwodu. – Przykre – zauważyła Eve.

Rozdział 2 Po aresztowaniu Havertoego i przedstawieniu mu zarzutów, po sporządzeniu raportu i zamknięciu sprawy Eve nie miała żadnej wymówki, by wykręcić się od kolacji z typkami z Hollywood. Chociaż bardzo się starała. Zapoznała się z dochodzeniami prowadzonymi przez swoich podwładnych, mając nadzieję, że trafi na coś, co będzie wymagało jej natychmiastowego i osobistego zaangażowania. Kiedy te próby się nie powiodły, rozważała powtórne zajęcie się jakimiś starymi sprawami. Ale nikt nie uwierzyłby, że to coś pilnego, szczególnie że Peabody nie odstępowała jej ani na krok. – Co włożysz na dzisiejszy wieczór? – zapytała teraz. – Nie wiem. Cokolwiek, byle nie być nago. – Długą czy krótką? – Co długie czy krótkie? – Kreację. Krótką, żeby pokazać nogi. Masz zgrabne nogi, więc możesz. Czy długą i obcisłą, bo jesteś chuda i też możesz. Eve siedziała nad raportem, sporządzonym przez detektywa Baxtera. Przeczytała go trzy razy, żeby niczego nie przeoczyć. – Spędzasz za dużo czasu, myśląc o moim wyglądzie. – Myśli o twoim wyglądzie prześladują mnie w dzień i w nocy. Ale przyznaj się, Dallas, ubierzesz się seksownie czy skromnie, elegancko czy ekstrawagancko? – Może skromnie, acz seksownie, elegancko, a zarazem ekstrawagancko? Jakie to, u diabła, ma znaczenie? – Skończyła studiować raport Baxtera. – I czemu tak cię interesuje, co włożę? – Bo ja mam do wyboru dwie opcje. Jak będę wiedziała, w czym ty wystąpisz, łatwiej mi będzie podjąć decyzję. Jedna kreacja jest seksowna, ale jeśli ty włożysz coś skromnego, uważam, że nie powinnam jej wkładać. Więc... Szczerze zbita z tropu Eve obróciła się na swoim fotelu. – Naprawdę myślisz, że pomogę ci zadecydować, czy powinnaś podczas kolacji paradować z cyckami na wierzchu? – Nie, to nie. Poradzę się Mavis. – Bardzo dobrze. A teraz powiedz mi, czemu siedzisz w moim gabinecie? – Bo jest prawie koniec zmiany, a ty się ociągasz, szukając pretekstu, by

móc się wykręcić od udziału w kolacji. – Racja. Peabody otworzyła usta, a potem się roześmiała. – Daj spokój, Dallas, będzie fajnie. Przyjdą Nadine i Mavis, i Mira. Jak często mamy okazję jeść kolację z celebrytami? – Mam nadzieję, że to będzie ostatni raz. A teraz zabieraj się stąd i zmykaj do domu. – Serio? Do końca zmiany zostało dziesięć minut. A szanse, że w ciągu tych dziesięciu minut trafi się jakaś pilna sprawa, były nikłe. – Kto tu jest szefem? – spytała ją Eve. – Ty. Dzięki! Do zobaczenia wieczorem. Nie mając po wyjściu Peabody specjalnego wyboru, Eve wzięła się do lektury kolejnego raportu. Ponieważ usilne wpatrywanie się w łącze nie sprawiło, że otrzymała wiadomość o jakimś psycholu, który wykończył wszystkich turystów na Piątej Alei, poddała się i uznała, że ten dzień pracy dobiegł końca. To tylko jeden wieczór, powtarzała sobie, zjeżdżając do garażu. Jedzenie będzie prawdopodobnie smaczne, i Peabody miała rację, spotka tam wiele znanych sobie osób. Nie będzie zmuszona przez cały czas prowadzić rozmów o niczym z ludźmi całkowicie sobie obcymi. Ale przypomniała sobie Icove’ów, ojca i syna, szanowanych lekarzy, którzy bawili się w Boga w swoim podziemnym laboratorium. Tworząc ludzkie klony, pomyślała, likwidując te, które nie były idealne, powielając inne. Kształcąc je, szkoląc, czyniąc z nich niewolników. Póki obaj nie zginęli z ręki tych, których sami wykreowali. Po tej kolacji, przypomniała sobie, będzie miała spokój. Tylko już ją uprzedzono, że musi wziąć udział w nowojorskiej premierze. Ale potem będzie mogła zapomnieć o wszystkich tych celebrytach. I na dobre zakończy sprawę Icove’ów. Ciekawa była, ile ich jeszcze żyje... Klonów, stworzonych przez Icove’ów? Przypomniała sobie małą dziewczynkę i niemowlę, które puściła wolno – a raczej które Roarke puścił wolno – i Avril Icove, a ściślej trzy Avril Icove, wszystkie poślubione młodszemu Icove’owi. Czy przeczytały książkę Nadine? Gdziekolwiek się udały, czy nadal śledzą intrygującą ludzi historię, skąd się wzięły? Przypomniała sobie też, co razem z Roarkiem zostawili w probówkach

i zamrażarkach – nie mając wyboru, bo całe podziemne laboratorium i tak skazane było na zniszczenie. Dekoracje, krzykliwa reklama, aktorka w długim, czarnym, skórzanym płaszczu, która uratowała życie tym sztucznie stworzonym i przerwała je tym pozostawionym w tamtym laboratorium jak z najgorszego koszmaru. Wspomnienia te wciąż nie dawały jej spokoju. Tak, chciała definitywnie zamknąć sprawę Icove’ów. Przejechała przez bramę, poruszyła ramionami. Jeden wieczór, powtórzyła sobie, kiedy ujrzała swój wspaniały dom. Jeśli znów będzie miała wolny wieczór i gdy nadal będzie ładna pogoda, razem z Roarkiem zje kolację na jednym z tarasów. Z winem, przy świecach. Może potem przejdą się w świetle gwiazd po ogrodzie. Zanim poznała Roarke’a, nigdy nie myślała o spacerze nocą pod gwiazdami, nigdy o niczym takim nie marzyła. Ale teraz miała Roarke’a i ten dom. I pragnęła się tym rozkoszować, kiedy tylko mogła. Zaparkowała przed domem, rozległym i pełnym fantazyjnych wieżyczek. Może przyjęcie nie będzie trwało zbyt długo. Wrócą do domu i przespacerują się w świetle gwiazd. Wysiadając z samochodu, machinalnie potarła ramię. Obrażenia, których doznała w Dallas, zagoiły się prawie zupełnie. Ale wspomnienie o nich... Tak, pragnęła rozkoszować się wszystkim, kiedy tylko mogła. Tak, jak się tego spodziewała, chudy Summerset i gruby kocur czekali na nią w holu. – Widzę, że nie udało się pani znaleźć żadnej wymówki, by wykręcić się od dzisiejszej uroczystości. Eve nie przejmowała się, że upierdliwy kamerdyner Roarke’a tak dobrze ją zna. – Zawsze jest dość czasu na morderstwo. Może do niego dojść nawet tu i teraz. – Trina zostawiła dla pani wiadomość na automatycznej sekretarce. Eve znieruchomiała. Był to naturalny efekt tego, że krew ścięła się jej w żyłach. – Jeśli wpuścisz ją do domu, dojdzie do morderstwa. Podwójnego, bo oboje was zatłukę na śmierć. – Jest zajęta w centrum, pomaga Mavis i Peabody, więc nie uda jej się dotrzeć tutaj, by panią uczesać i umalować przed imprezą. Jednak – ciągnął, kiedy miejsce paniki zajęła ulga – zostawiła dla pani szczegółowe instrukcje. – Wiem, jak się wyszykować na jakąś głupią kolację – mruknęła Eve,

wchodząc po schodach. – Nie potrzebuję szczegółowych instrukcji. W sypialni zdjęła marynarkę, odłożyła broń. I z gniewną miną spojrzała na telefon. – Myślisz, że nie wiem, jak wziąć prysznic i nałożyć na twarz jakieś mazidła? – spytała kota, który podążył za nią na górę. – Nie będę tego robiła pierwszy raz. W ciągu ostatnich dwóch lat uzbierałoby się tego więcej niż w ciągu wszystkich poprzednich lat razem wziętych. Ale mimo wszystko. Kocur utkwił w niej swoje oczy, każde innego koloru. Eve syknęła, podeszła do telefonu, odsłuchała wiadomość. – „Zrób to, co ci powiem, a będzie dobrze. Zorientuję się, jak coś schrzanisz, więc lepiej się postaraj. No więc na początek długi, gorący prysznic i peeling z owoców granatu.” Eve usiadła na skraju łóżka, słuchając głosu Triny, która wyliczała tysiące rzeczy do zrobienia tysiące zabiegów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poddawał się tym wszystkim zabiegom przed jakimś głupim przyjęciem. A kto się zorientuje, czy zastosowała peeling z owoców granatu czy nie? Trina może tak, pomyślała Eve. Tak czy owak, nie miała nic przeciwko długiemu, gorącemu prysznicowi. Nim skończyła prysznic, zrobiła peeling, wysmarowała się balsamem do ciała, nałożyła na twarz fluid rozjaśniający, a na włosy coś bardzo glutowatego, znów zaczęła rozważać popełnienie morderstwa. Nałożyła cień na powieki i róż na policzki, pomalowała usta pomadką i przeklęła tego, kto wymyślił kosmetyki upiększające. Dosyć tego dobrego, pomyślała, i weszła do sypialni jednocześnie z Roarkiem. Jak to możliwe, że nie potrzebuje wszystkich tych zabiegów i mazideł, a i tak wygląda tak cholernie dobrze? – zadała sobie pytanie. Nawet Trina nie wymyśliłaby nic, by dodać urody jego twarzy, wyrzeźbionej przez łaskawe anioły, tym niesamowicie niebieskim oczom, idealnie wyciętym ustom, które uśmiechnęły się na jej widok. – Tu jesteś. – Skąd wiesz, że to ja? Mam na twarzy tyle mazideł, że może się pod tym ukrywać każdy. – Przekonajmy się. – Podszedł do niej, pocałował ją prosto w usta. – To ty – znów powiedział z lekkim, irlandzkim akcentem. – Moja Eve. – Nie czuję się jak twoja Eve ani jak swoja Eve zresztą też. Dlaczego nie

mogę się pokazać ze swoją zwykłą twarzą? – Najdroższa, to nadal twoja twarz. Tylko lekko podretuszowana. Bardziej zmysłowa. I pachniesz bardziej zmysłowo. – To zasługa owoców granatu i innych kosmetyków, których kazała mi użyć Trina. Dlaczego pozwalam jej tak sobą rządzić? – Nie wiem. Jak było w studiu filmowym? – Dziwnie, ale Durn jest w porządku. Nie zostałyśmy tam do końca, bo wezwano nas do zabójstwa. – Och? – Sprawca pod kluczem, śledztwo zamknięte. Uśmiechnął się do niej czule. – Czuję, że powinienem powiedzieć, że szkoda, że tak gładko poszło. Może podzielisz się ze mną wrażeniami o Marlo Durn i innych, kiedy będę brał prysznic? – Prawdopodobnie niektórych znasz. Kolegowałeś się z ludźmi z Hollywood. Może nie poprzestałeś na tym. – Hmmm – mruknął zamiast odpowiedzi, rozbierając się. – Tak czy owak nie miałem okazji poznać Marlo Durn, co powinno ucieszyć wszystkich po tym, jak widziałem kilka relacji o niej. Może uchodzić za twoją siostrę. – Chyba tak. Bardzo to dziwne. – Z rękami w kieszeniach szlafroka oparła się o drzwi i patrzyła na jego zgrabne pośladki, kiedy skierował się do łazienki, żeby wziąć prysznic. – Aktorka, która gra Peabody, jest okropną jędzą. – Krążą takie słuchy – powiedział, przekrzykując szum wody. – I że ona i Durn serdecznie się nienawidzą. Zapowiada się ciekawy wieczór. – Może się pobiją. – Eve wyraźnie się ożywiła na tę myśl. – Byłoby zabawnie. – Możemy jedynie mieć nadzieję. – Oglądanie planu zdjęciowego wywołuje ciarki – ciągnęła. – Jedyne, czego brakowało w makiecie sali ogólnej wydziału, to okruchów na biurku Jenkinsona. I charakterystycznych zapachów. Ale potrzeba lat, żeby powstał taki zapach. Kiedy wyszedł spod prysznica w ręczniku owiniętym wokół pasa, zmarszczyła brwi. – To wszystko? Tylko tyle musisz zrobić? To niesprawiedliwe. – Nie zapominaj, że ty nie musisz golić zarostu. – To i tak niesprawiedliwe.

Podeszła do szafy, otworzyła ją. I znów zrobiła chmurną minę. – Co mam na siebie włożyć? Za dużo tu tego wszystkiego. Jeśli ma się tylko jedną kieckę, nie trzeba się zastanawiać. Człowiek ją wkłada i już. To zbyt skomplikowane. Peabody wierciła mi dziurę w brzuchu, aż miałam ochotę wyrwać jej język i owinąć go wokół jej szyi. Ona i Trina doprowadzą mnie kiedyś do ostateczności. Rozbawiony Roarke podszedł do szafy. – To. – Zdjął sukienkę z wieszaka. Była krótka, z układanym dołem, spięta w pasie kwiatem z tej samej tkaniny, co sukienka. Koloru ni to niebieskiego, ni zielonego, lekko połyskująca. Przyjrzała się uważnie prostemu przodowi, ramiączkom na szerokość palca. – Skąd wiesz, że akurat ta będzie dobra? – Mała czarna to klasyczne rozwiązanie, ale zbyt oklepane, szczególnie w Nowym Jorku. Dlatego lepsze jest coś kolorowego, z lekkim połyskiem. To eleganckie, a nie ekstrawaganckie, seksowne, a zarazem skromne. Wzięła sukienkę, obróciła na wieszaku i uniosła brwi na widok głębokiego wcięcia na plecach. – Seksowne, a zarazem skromne? – Tak jest. Masz pantofle, które do niej pasują. – Naprawdę? – Tak. I brylanty. Podkreślą kolor sukienki. – Które brylanty? Wiesz, ile mi ich dałeś? Dlaczego to robisz? Nuta niezadowolenia w głosie Eve sprawiła mu niemal taką samą przyjemność, jak dawanie jej brylantów. – To choroba. Przyniosę ci je, jak się ubierzesz. Nic nie powiedziała, tylko stała i patrzyła, jak wybiera ciemny garnitur z niezliczonej liczby, jaką posiadał, ciemnopopielatą koszulę i szary krawat. – A czemu ty nie włożysz nic kolorowego? – By stanowić lepsze tło dla swojej ślicznej żony. Zmrużyła oczy. – Przygotowałeś sobie tę odpowiedź wcześniej. – Prawdziwe stwierdzenia są zawsze pod ręką. Dźgnęła go palcem. – Tę też. – Ale z ciebie cyniczka. – Mijając Eve, klepnął ją w pupę. Mogła zrobić jeszcze kilka cynicznych uwag, ale dała sobie spokój. Nim się ubrała, z góry