wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 38 - Ukryta śmierć

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci 38 - Ukryta śmierć.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 61 osób, 61 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 237 stron)

Tyś dla mnie ucieczką: z ucisku mnie wyrwiesz,otoczysz mnie radościami ocalenia. PSALM 32, 7 (Biblia Tysiąclecia) Zwykle dziecko, Spokojnej oddech piersi, W każdej jest chwili pełne życia. Cóż ono wie o śmierci? WORDSWORTH (przekład Zygmunt Kubiak)

Więcej Darmowych Ebooków na: www.FrikShare.pl Rozdział 1 Zaniedbanie może zrujnować budynek cegła po cegle. Według niego jest to bardziej podstępne niż huragan czy trzęsienie ziemi, bo niszczy wolno, cicho, nie w złości czy afekcie, tylko z całkowitą pogardą. A może zbyt lirycznie go nastroił dom, który od ponad kilkunastu lat służył jedynie jako schronienie dla szczurów i ćpunów. Ale jeśli się ma wizję i sporo pieniędzy, można sprawić, by stary, rozsypujący się budynek w miejscu, gdzie kiedyś była Piekielna Kuchnia, odzyskał dawną świetność i znów przyciągał mieszkańców Nowego Jorku. Roarke miał wizję i sporo pieniędzy, a do tego lubił robić to, co mu sprawia przyjemność. Od ponad roku miał na oku tę nieruchomość, czekając jak kot przed mysią norką, aż podupadający konglomerat, będący jej właścicielem, jeszcze bardziej podupadnie. Poza tym nastawiał uszu i słyszał pogłoski o remoncie lub rozbiórce budynku, o dodatkowych funduszach oraz całkowitym bankructwie. Tak, jak przypuszczał, po pewnym czasie nieruchomość pojawiła się na rynku. Ale nie spieszył się, czekał na właściwy moment, aż jego zdaniem wzięta z sufitu cena sprzedaży spadła do rozsądnego poziomu. Jeszcze trochę odczekał, wiedząc, że kłopoty, jakie przeżywa firma, której własnością był ten budynek, sprawią, że właściciele staną się bardziej skłonni zaakceptować cenę znacznie niższą, gdy dodatkowo jeszcze nieźle się nadenerwują. Kupno i sprzedaż nieruchomości – a właściwie czegokolwiek – to naturalnie czysty biznes. Ale była to również gra, a on lubił grać i wygrywać. Prowadzenie interesów uważał za działalność równie satysfakcjonującą i przyjemną, co kradzież. Kiedyś kradł, by przeżyć, a potem zaczął to traktować jak grę, w której okazał się cholernie dobry. Jednak te czasy należały już do przeszłości i rzadko żałował, że postanowił prowadzić uczciwe interesy. Mógł stworzyć podstawy swojego majątku, działając nie do końca legalnie, ale teraz go powiększał, będąc wpływowym biznesmenem, działającym w pełni jawnie. Kiedy się zastanawiał, z czego zrezygnował, a co dzięki temu zyskał, wiedział, że był to najlepszy interes w jego życiu. Teraz oto stał przed swoim najnowszym nabytkiem – wysoki, szczupły mężczyzna w idealnie skrojonym, antracytowym garniturze i świeżo wyprasowanej, szarej koszuli. Obok siebie miał energicznego Pete’a Staskiego, szefa budowy, i okrąglutką Ninę Whitt, swoją naczelną architekt. Robotnicy uwijali się, przygotowując narzędzia, rozmawiali, przekrzykując panujący hałas, który Roarke słyszał na niezliczonych innych budowach na Ziemi i poza nią.

– Ma zdrowy szkielet – powiedział Pete, żując gumę o smaku jagodowym. – Nie zamierzam się kłócić, ale ostatni raz powiem, że taniej by było wszystko to zburzyć i zacząć od nowa. – Być może – zgodził się Roarke, w jego głosie pobrzmiewał irlandzki akcent. – Ale ta budowla zasługuje na coś lepszego niż całkowita demolka. Dlatego usuniemy wszystko, zostawimy tylko zdrowy szkielet i zbudujemy to, co zaprojektowała obecna tu Nina. – Ty jesteś szefem. – Zgadza się. – Będzie warto – zapewniła go Nina. – Zawsze uważam ten etap prac za najciekawszy. Trzeba usunąć to, czego czas już przeminął, by móc zbudować coś nowego. – I nigdy nie wiadomo, na co można się natknąć podczas rozbiórki. – Pete wziął do ręki młot. – Raz znaleźliśmy za płytą wiórową całą klatkę schodową. I stos czasopism z dwa tysiące piętnastego roku. Podał młot Roarke’owi. – Właściciel powinien walnąć parę razy na dobry początek. To przynosi szczęście. – Cóż, bardzo chętnie dopomogę szczęściu. – Rozbawiony Roarke zdjął marynarkę i podał ją Ninie. Spojrzał na popękany mur i uśmiechnął się na widok nagryzmolonego z błędami napisu: Piepżyć piepżony świat! – Zaczniemy od tego miejsca. – Wziął młot, zważył go w dłoniach, zamachnął się i uderzył nim w płytę gipsową wystarczająco mocno, by Pete chrząknął z aprobatą. Tania płyta pękła, uniosła się chmura szarego pyłu, poleciały szare odłamki. – Nie zrobili tego fachowo – zauważył Pete. – Dziwne, że taka marna płyta sama z siebie się nie rozsypała. – Zdegustowany pokręcił głową. – Jeśli chcesz, możesz uderzyć w nią jeszcze parę razy, a się rozpadnie. Pomyślał, że to ludzka rzecz, iż niszczenie sprawia mu taką głupią radość. Znów walnął młotem w ścianę, aż posypał się grad gipsowych okruchów, a potem trzeci raz. Zgodnie z przypuszczeniem prawie cała ściana się zawaliła. Za nią wznosił się rachityczny stelaż, też wykonany niezgodnie z przepisami, i druga ściana. – Co to takiego? – Pete podszedł bliżej i wsunął głowę do środka. – Zaczekaj. – Roarke odłożył młot, złapał się ramienia Pete’a i zajrzał również. Między ścianą, którą zburzył, a drugą, znajdującą się za nią, leżały dwa podłużne pakunki, zawinięte w grubą folię. Natychmiast się zorientował, co zawierają. – Rzeczywiście, pieprzyć pieprzony świat. – Czy to... Cholera. – Co tam jest? – Nina, z marynarką Roarke’a w rękach, stanęła po drugiej stronie Pete’a i wyciągnęła szyję. – Och! O mój Boże! To... To... – Zwłoki – dokończył za nią Roarke. – A przynajmniej to, co z nich zostało. Pete, wstrzymaj pracę. Zdaje się, że muszę zadzwonić do swojej żony. Wziął marynarkę od oszołomionej Niny i wyjął z kieszeni telefon. – Eve – powiedział, kiedy na wyświetlaczu ukazała się jej twarz. – Chyba potrzebny mi glina. * Porucznik Eve Dallas stała przed czarną od brudu, pokrytą napisami ceglaną ścianą trzykondygnacyjnego budynku z oknami zabitymi deskami i zardzewiałymi kratami, zastanawiając się, co, u diabła, widział w nim Roarke.

Cóż, skoro kupił tę ruderę, widocznie kryje ona w sobie jakąś wartość finansową. Lecz w tej chwili nie to było najważniejsze. – Może to nie są zwłoki. Eve spojrzała na swoją partnerkę, detektyw Peabody, opatuloną niczym jakaś zwariowana Eskimoska – o ile Eskimosi noszą fioletowe, pikowane płaszcze – dla ochrony przed lodowatym, grudniowym wiatrem. Jaktakdalej pójdzie, rokdwa tysiące sześćdziesiąty skończy się odmrożonymi nogami. – Jeśli powiedział, że to zwłoki, to zwłoki. – Tak, przypuszczalnie. Wydział Zabójstw: wkraczamy, kiedy wy schodzicie ze sceny na zawsze. – Powinnaś to wyszyć na poduszce. – Myślałam raczej o koszulce. Eve weszła po dwóch popękanych, betonowych stopniach, prowadzących do podwójnych metalowych drzwi. Pomyślała, że w takiej pracy zawsze ma się pełne ręce roboty. Była wysoka i szczupła, miała na sobie solidne buty i długi, skórzany płaszcz. Rześki wiatr rozwiewał jej krótkie, lekko wzburzone włosy tego samego koloru, co brązowe oczy. Pchnęła drzwi, które zapiszczały jakrozpaczająca kobieta z zapaleniem krtani. Na jej szczupłej twarzy z płytkim dołeczkiem w brodzie na moment pojawiło się zdumienie na widokziemi, gruzu i ogólnego bałaganu, panującego w pomieszczeniu na parterze. Potem się opanowała, a jej wzrokstał się beznamiętny. – Fuj – powiedziała cicho Peabody. Chociaż prywatnie się z nią zgadzała, Eve bez słowa skierowała się w stronę małej grupki stojącej koło rozwalonej ściany. Roarke wyszedł jej naprzeciw. Powinien wyglądać nie na swoim miejscu w takim bałaganie, w swoim drogim garniturze jak przystało na najpotężniejszego człowieka w świecie biznesu, z tą grzywą czarnych, jedwabistych włosów, które sięgałymu niemal do ramion i okalały twarz, świadczącą o życzliwości bogów. A jednak wyglądał tu jak u siebie i sprawował kontrolę nad sytuacją – jak prawie zawsze i wszędzie. – Pani porucznik. – Na chwilę utkwi! w niej swoje niesamowite, niebieskie oczy. – Witaj, Peabody. Przepraszam za kłopot. – Natknęliście się na zwłoki? – Wszystko na to wskazuje. – W takim razie to nie kłopot, tylko nasza praca. Tam, za tą ścianą? – Tak. Z tego, co się zorientowałem, dwóch osób. I oczywiście, niczego nie dotykałem, po tym, jak rozwaliłem ścianę i je znalazłem. I nie pozwoliłem nikomu ich tknąć. Już dość dobrze poznałem zasady. To prawda, pomyślała. Ona też dobrze go znała. Bo chociaż sprawiał wrażenie człowieka opanowanego, który ma wszystko pod kontrolą, wyczuła w nim złość. To jego własność, pomyślała, a ktoś dopuścił się tutaj zabójstwa. Więc przemówiła do niego tym samym rzeczowym tonem. – Nie wiemy, co mamy, póki tego nie ustalimy. – Będziesz wiedziała. – Leciutko musnął dłonią jej ramię. – Wystarczy, jakrzucisz okiem. Eve, sądzę, że... – Jeszcze mi nie mów, co sądzisz. Lepiej, żebym sama to zobaczyła, nim sformułuję jakieś opinie. – Masz rację. – Zaprowadził ją do pozostałych osób. – PorucznikDallas, detektyw Peabody, Pete Staski, kierownikekipy.

– Miło mi – powiedział Pete, dotykając palcem daszka brudnej czapki z logo drużyny Metsów. – Podczas rozbiórki człowiekspodziewa się różnych rzeczy, ale nie czegoś takiego. – Nigdy nic nie wiadomo. A kim jest tamta kobieta? – spytała Eve Roarke’a, spoglądając na kobietę, która siedziała na czymś w rodzaju dużego, przewróconego kubła, i trzymała się za głowę. – Nina Whitt, architekt. Wciąż jest odrobinę wstrząśnięta. – No dobrze. Cofnijcie się. Po zabezpieczeniu rąki butów weszła przez dziurę w ścianie. Wyrwa miała co najmniej pół metra w najszerszym miejscu, ciągnęła się niemal od podłogi do sufitu, była nierówna, miała ostre krawędzie. Zobaczyła, tak jak Roarke, dwa pakunki, jeden na drugim. I wiedziała, że słusznie ocenił, co zawierają. Wyjęła z zestawu polowego latarkę, zapaliła ją i zrobiła krok. – Proszę uważać, pani... Znaczy się, porucznik Dallas – poprawił się Pete. – Ta ściana ledwo stoi. Powinienem się postarać o kaskdla pani. – Dam sobie radę. – Ukucnęła i poświeciła latarką na pakunki. Zostały same kości, pomyślała. Ani śladu ubrania, nie widziała nawet najmniejszego skrawka tkaniny. Ale widziała, gdzie szczury – jakprzypuszczała – przegryzły plastik, by dostać się do łupu. – Czy wiadomo, kiedy postawiono tę ścianę? – Nie, a przynajmniej nie ma nic pewnego – powiedział jej Roarke. – Czekając na ciebie, próbowałem ustalić, czy wydano zgodę na tego rodzaju wewnętrzną ścianę, ale nic nie znalazłem. Skontaktowałem się z poprzednim właścicielem... A raczej jego przedstawicielką. Poinformowała mnie, że kiedy jakieś cztery lata temu nabyli tę nieruchomość, ściana już tu stała. Czekam na telefon od wcześniejszego właściciela. Mogła powiedzieć, żeby zostawił to jej, ale po co tracić czas i strzępić sobie język? —Peabody, wezwij techników i zgłoś zapotrzebowanie na antropologa. Powiedz technikom, że trzeba będzie sprawdzić, czy za innymi ścianami i stropami nie kryje się więcej zwłok. – Już się robi. – Sądzisz, że może ich być więcej? – cicho odezwał się Roarke. – Musimy to sprawdzić. Wyszła z dziury i spojrzała na niego. – Będę musiała na jakiś czas zamknąć ten obiekt. – Spodziewałem się tego. – Peabody zarejestruje twoje oświadczenie, spisze informacje, jak się można z tobą skontaktować, a potem będziesz wolny. – A ty? – spytał Roarke. Eve zdjęła płaszcz. – Muszę brać się do pracy. Znów wróciła do luki między ścianami i ze wszystkich stron obfotografowała zwłoki. – Szczątki dwóch ofiar, każde zawinięte osobno w mocną folię. Są w niej dziury. Wygląda na to, że przegryzły ją gryzonie. Zwiększył się dopływ powietrza... zimnego i ciepłego... do zwłok – powiedziała na poły do siebie. – I to prawdopodobnie przyspieszyło ich rozkład. Na razie brak informacji, kiedy postawiono dodatkową ścianę. Oględziny na miejscu uniemożliwiają określenie daty śmierci. Wyjęła miernik, by ocenić wzrost ofiar. – W centymetrach. Kurde. – Spojrzała ze złością na odczyt.

– Przeliczyć na stopy. – Z ponurą miną spojrzała na nowy wynik. – Ofiara numer dwa, leżąca na górze, miała około pięciu stóp wysokości. Ofiara numer jeden, znajdująca się pod nią, cztery stopy jedenaście cali. – Dzieci. – Usłyszała za sobą głos Roarke’a. – To były jeszcze dzieci. Nie wszedł przez otwór w ścianie, tylko stał obok. – Potrzebny mi lekarz sądowy do określenia ich wieku. – Pokręciła głową. Nie był jedynie świadkiem, nie był tylko jej mężem. Pracował wraz z nią, ramię w ramię przy tylu śledztwach, że nie potrafiła ich zliczyć. – Prawdopodobnie masz rację. Ale nie mogę tego potwierdzić. Idź i złóż oświadczenie Peabody. – Teraz rozmawia z Niną. – Popatrzył za siebie; sumienna i pełna współczucia Peabody próbowała się czegoś dowiedzieć od roztrzęsionej kobiety. – Jeszcze trochę to potrwa. Mogę ci pomóc. – To nie najlepszy pomysł. Przynajmniej na razie. – Zaczęła ostrożnie rozwijać folię, w którą zawinięto zwłoki numer dwa. – Nie widzę żadnych dziur w czaszce, czyli brak dowodów, że ofiara doznała obrażeń głowy. Brak widocznych uszkodzeń szyi, żadnych złamańw obrębie klatki piersiowej. – Włożyła mikrogogle. – Widać pęknięcie na lewym ramieniu, powyżej łokcia. Może to ślad po obrażeniach. Ta kość palca wygląda na uszkodzoną, ale nie za bardzo się na tym znam. Wygląda jednakna uszkodzoną. W tej chwili nie widzę żadnych obrażeń, umożliwiających określenie przyczyny śmierci. Tylko lekarz i technicy kryminalistyki mogą spróbować ustalić tożsamość ofiary na podstawie kości szkieletu. Brakubrań, butów, biżuterii czy jakichkolwiekrzeczy osobistych. Przysiadła na piętach i znów spojrzała na Roarke’a. – Wiem jedynie, że kości, a szczególnie żuchwa, u mężczyzn jest bardziej kwadratowa. Ta wygląda mi na zaokrągloną. Poza tym mężczyźni zwykle mają większą miednicę. To tylko domysły, wymagające weryfikacji, ale przypuszczam, że znaleźliście szczątki kobiet. – Dziewczyn. – To tylko dywagacje, nawet nie znam daty ani przyczyny śmierci. Może uda nam się ustalić, kiedy wzniesiono tę ścianę, bo jest duże prawdopodobieństwo, że zrobiono ją, by ukryć zwłoki. Na podstawie tego i ustaleń techników możemy oszacować czas śmierci. Wyprostowała się. – Potrzebni mi technicy do pomocy przy ustalaniu tożsamości ofiar. Kiedy będziemy wiedzieli, kim są, możemy przystąpić do wyjaśniania, jaktu trafiły. Ponieważ w tej chwili nic więcej nie mogła tu zrobić, przeszła przez otwór i stanęła obok Roarke’a. – Są prawie takiego samego wzrostu – zauważył. – Tak. Być może. Ofiary są do siebie podobne – w zbliżonym wieku, może tej samej rasy. Może zginęły razem, a może nie. Nie widzę śladów żadnych obrażeń, ale podczas dalszego badania może coś się znajdzie. Zaczekaj. Podeszła do Peabody, która skończyła rozmawiać z Niną. – Bardzo mi przykro, że tak niewiele mogłam pomóc. Jestem wstrząśnięta. Nigdy wcześniej nie widziałam... – Pani architekt spojrzała w kierunku rozwalonej ściany i szybko odwróciła wzrok. – Nawet niczego wyraźnie nie dostrzegłam... – Czy badała pani ściany i podłogi – włączyła się Eve – kiedy zlecono pani tę pracę? – Naturalnie, kilka razy oglądałam ten obiekt. Robiłampomiary. Roarke chciał, żeby wypatroszyć budynek, zaprojektować wnętrza z wykorzystaniem skorupy. Mamy wszystkie plany,

specyfikacje... Architektoniczne, inżynieryjne, mechaniczne. Szkielet... – Urwała i zbladła. – Chciałam powiedzieć: skorupa, fundamenty są bardzo solidne, w przeciwieństwie do wnętrz. Do ich budowy użyto tanich materiałów, projekt jest kiepski, przez wiele lat przeprowadzano tylko niezbędne remonty, a później nikt nie dbał o budynek. – Przez ile lat takbyło? – Z naszych ustaleń wynika, że oficjalnie nie był użytkowany od około piętnastu lat. Spróbowałam się czegoś dowiedzieć o jego dziejach, żeby ułatwić sobie prace projektowe. – Proszę mi przesłać to, czego się pani dowiedziała. Jest pani już wolna. Czy dysponuje pani jakimś środkiem transportu? – Złapię taksówkę. Poradzę sobie. Zwykle nie jestem taka... Wrażliwa. Czy mogę zamienić z Roarkiem kilka słów, zanim pójdę? – Naturalnie. – Eve skupiła uwagę na Peabody. – Sądzę, że to dzieciaki. – O, kurczę. – Nie mam stuprocentowej pewności, ale takwstępnie przypuszczam. Chcę, żebyś wysłuchała wyjaśnień Roarke’a. Tak będzie lepiej. Ja porozmawiam z kierownikiem robót. – Obejrzała się, kiedy pierwszy z techników wszedł przez duże, metalowe drzwi. – Za chwilę. Właściwie mogła tylko wskazać, gdzie mają się udać, więc pozwoliła tamtym działać, wysłuchała krótkiego, ale barwnego oświadczenia Pete’a, a potem wróciła do Roarke’a. – Najlepsze, co możesz zrobić, to dowiedzieć się możliwie najwięcej o tym, kto, co, gdzie i kiedy, jeśli chodzi o ostatnich piętnaście lat budynku. – Uważasz, że wtedy tam trafiły? – Skoro w tym okresie budynek stał pusty albo korzystano z niego tylko sporadycznie, to przypuszczam, że tak, w ciągu tych piętnastu lat. Jeśli uwzględnić czas, potrzebny na rozłożenie się zwłok. Jeżeli uda ci się zebrać jakieś informacje, dotyczące tego okresu i, powiedzmy, pięciu wcześniejszych lat, może znajdziemy jakiś punkt zaczepienia. – Dostaniesz te informacje. – Co tam jest? Gdzie usunięto ten fragment ściany? – Poprzedni właściciele oglądali starą instalację elektryczną. Podobny otwór jest piętro wyżej, gdzie sprawdzali instalację wodno– kanalizacyjną. – Szkoda, że nie trafili akurat na to miejsce. Szybciej znaleźlibyśmy szczątki, a ty taniej kupiłbyś tę nieruchomość. – I tak nabyłem ją za stosunkowo małe pieniądze. Po sprawdzeniu stanu instalacji elektrycznej i wodno– – kanalizacyjnej zaczęli rozpaczliwie szukać dodatkowych źródeł finansowania albo nowych inwestorów. Ale im się nie udało. – I wtedy pojawiłeś się ty, proponując kupno budynku. – Mniej więcej. Budynku i wszystkiego, co w nim jest. Rozumiała, jaksię czuł. – Mogę zaświadczyć, że nie byłeś jego właścicielem, kiedy pozostawiono tu zwłoki. Znalazłeś je i dobrze się stało. Nic więcej tutaj nie zrobisz, Roarke. Powinieneś sobie stąd pójść, by odbyć dziesięć tysięcy spotkań, zaplanowanych na dziś. – Mam ich dziś tylko parę tysięcy, więc chyba zostanę tu trochę dłużej. – Patrzył, jakdwóch techników w białych kombinezonach i butach bada kolejną ścianę. – Dobrze, ale muszę... – Eva urwała, bo drzwi znów zaskrzypiały. Kobieta, która weszła do środka, równie dobrze mogłaby w tej chwili stanąć na planie filmowym. Miała na sobie długi, szeroki, jaskrawoczerwony płaszcz i długi, srebrnoszary szal. Spod eleganckiego, czerwonego beretu wystawały krótkie, czarne, gładko uczesane włosy. Szare botki

na wysokich, cienkich obcasach sięgały powyżej skraju płaszcza. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne w czerwonych oprawkach, ukazując jasnoniebieskie oczy, które ostro kontrastowały z gładką, karmelową cerą. Wrzuciła okulary do szarej torby wielkości Plutona, wyjęła telefon w ozdobnym ochronnym futerale i zaczęła nim robić zdjęcia. – Kto to taki, u diabła? – Eve szybkim krokiem przeszła przez zakurzone pomieszczenie. Jakaś reporterka, pomyślała, próbująca zdobyć sensacyjny materiał. – To miejsce popełnienia przestępstwa... – zaczęła. – Tak, rozumiem. Przekonałam się, że bardzo mi pomaga, kiedy utrwalam na zdjęciach najbliższe otoczenie. Doktor Garnet DeWinter. – Nieznajoma wyciągnęła rękę, mocno uścisnęła dłoń Eve. – Antropolog. – Nie znam pani. Gdzie jest FrankBeesum? – Wzeszłym miesiącu odszedł na emeryturę i wyprowadził się do Boca. Przejęłam jego obowiązki. – Obrzuciła Eve długim, badawczym spojrzeniem. – Ja też pani nie znam. – Porucznik Dallas. – Eve wskazała odznakę, przypiętą do paska. – Muszę obejrzeć pani dokument tożsamości, doktor DeWinter. – Proszę bardzo. – Sięgnęła do torby, która według Eve mogła pomieścić małego kuca, i wyjęła dokument. – Powiedziano mi, że znaleziono tu dwa ludzkie szkielety. – Zgadza się. – Eve oddała jej dokument. – Zawinięte w folię, uszkodzoną, jak sądzę, przez gryzonie. Szkielety znaleziono, kiedy przystąpiono do rozbiórki budynku, zaczynając od tamtej ściany. Wskazała ścianę, a potem zaprowadziła tam kobietę. – O, ciebie znam. – Urodziwa twarz doktor DeWinter rozpromieniła się na widok Roarke’a. – Pamiętasz mnie? – Garnet DeWinter. – Ku zdumieniu Eve pochylił się i pocałował kobietę w oba policzki. – Ile to już lat? Pięć, sześć? – Chyba sześć. Czytałam, że się ożeniłeś. – Antropolożka uśmiechnęła się szeroko do niego i Eve. –Moje gratulacje. Nie spodziewałam się, że cię tu spotkam, Roarke. – Jest właścicielem budynku – wyjaśniła jej Eve. – Och, co za pech. – Doktor DeWinter rozejrzała się wokoło. – To ruina, prawda? Ale jesteś geniuszem od przeobrażeń. – Jak ty od kości.Mamy szczęście, że zlecono jej tę sprawę, Eve. Garnet jest jednym z czołowych antropologów w kraju. – Jednym z? – Powtórzyła tamta i się roześmiała. – Byłam niezadowolona z pracy w laboratorium we wschodnim Waszyngtonie, więc skorzystałam z okazji, by zatrudnić się tutaj, gdzie będę miała więcej możliwości wykorzystania swojej wiedzy w praktyce. I pomyślałam, że taka zmiana dobrze zrobi Mirandzie... Mojej córce – wyjaśniła. – Świetnie. Będziemy mogli wszyscy opowiedzieć o zmianach w naszym życiu później, przy kieliszku i orzeszkach, a teraz może zechciałaby pani rzucić okiem na te szczątki. Żeby się czymś zająć. – Cóż za sarkazm. – Niezrażona antropolożka zdjęła płaszcz. – Byłbyś tak miły? – spytała, wręczając go Roarke’owi. – Tamtędy? – Kiedy Eve skinęła głową, podeszła do dziury w ścianie i znów wyjęła swoją komórkę, by wszystko zarejestrować. – Już wszystko nagrałam... – zaczęła Eve.

– Wolę mieć zdjęcia, zrobione przez siebie. Odwinęła pani z folii zwłoki, leżące na górze. – Po tym, jakwszystko dokładnie udokumentowałam. – Mimo wszystko. – Nie zabezpieczyła się pani – powiedziała Eve, kiedy DeWinter chciała wejść do środka. – Ach, rzeczywiście. Ma pani rację. Ciągle jeszcze nie przyzwyczaiłam się do wymogów formalnych. – Wyciągnęła z torby biały uniform technika. Rozpięła kozaki, zdjęła je, a potem włożyła kombinezon na wąską, czarną sukienkę. Następnie wyjęła puszkę substancji zabezpieczającej i pokryła nią dłonie. Przeszła przez otwór w ścianie, zabierając ze sobą torbę. – Twoja przyjaciółka? – mruknęła Eve do Roarke’a. – Znajoma. Ale zachowuje się jakprzyjaciółka. – Masz rację – powiedziała Eve i podążyła za DeWinter. – Szczątki na górze... – Ofiara numer dwa. – Dobrze, ofiara numer dwa ma około metra pięćdziesięciu wzrostu. – Odrobinę więcej. Dokonałam pomiarów. Ofiara numer jeden jest nieco niższa. – Proszę się nie obrazić, ale sama zmierzę jeszcze raz do swojej dokumentacji. – Kiedy to zrobiła, skinęła głową. – Z oględzin czaszki i miednicy wynika, że ofiara numer dwa jest płci żeńskiej, w wieku między dwunastym a piętnastym rokiem życia. Przypuszczalnie rasy białej. Nie dostrzegam żadnych obrażeń. Pęknięcie prawej kości ramiennej, tuż nad łokciem, świadczy o złamaniu. Najprawdopodobniej w drugim albo trzecim roku życia. Kość nie zrosła się dobrze. Widać też złamany palec wskazujący prawej dłoni. – Bardziej to przypomina zwichnięcie niż złamanie. – Zgadzam się. Ma pani dobre oko. Jakby ktoś złapał ją za palec i wykręcił go, aż się złamał. Doktor DeWinter wyjęła mikrogogle, wsunęła je na nos, włączyła i skierowała światło w dół. – Miała kilka ubytków w zębach, wyrżnęły jej się trzonowce, które zwykle wyrzynają się u dwunastolatków. Straciła jeden ząb. Widzę też uszkodzenie lewego oczodołu. Pozostałość po dawnym urazie. Wolno, systematycznie dokonywała oględzin szkieletu. – Uszkodzenie pierścienia rotatorów. Znów wygląda to, jakby ktoś próbował jej wykręcić rękę... Złapał ją za ramię, z całych sił szarpnął. Kolejne złamanie tutaj, w kostce lewej nogi. – Świadczy to o znęcaniu się fizycznym. – Zgadzam się, ale chciałabym ją zbadać w swoim laboratorium. Spojrzała na Eve, jej oczy wydawały się ogromne w mikro– goglach. – Będę mogła więcej pani powiedzieć, kiedy ją tam zabiorę. Muszę teraz przenieść zwłoki, żeby obejrzeć ofiarę numer dwa. – Peabody! Peabody wsunęła głowę przez otwór w ścianie. – Takjest, pani porucznik. – Pomóż mi podnieść te szczątki. – Ostrożnie – zwróciła im uwagę DeWinter. – Proszę je stąd zabrać i poprosić Dawsona, żeby zabezpieczył je na czas transportu. Zna pani Dawsona? – Tak. Zabierzmy ją stąd, Peabody. – Biedaczka – mruknęła Delia, a potem złapała plastikową płachtę i podniosły ją razem z Eve niczym hamak. – Kim jest ta modnisia? – spytała pod nosem, kiedy zabrały szczątki do głównego pomieszczenia. – Nowa pani antropolog. Dawson!

Kiedy kierownikekipy techników spojrzał w jej stronę, skinęła na niego. – Powiedz mu, żeby zabezpieczył szczątki i zorganizował ich transport – poleciła Eve swojej partnerce i zostawiła ją, a sama wróciła do DeWinter. – Mniej więcej w tym samym wieku, co tamta. Sądząc po wyglądzie czaszki, chyba rasy mieszanej. Najprawdopodobniej Zambo, podobnie jakja. Też brakśladów obrażeń. Złamana kość piszczelowa dobrze się zrosła. Doktor DeWinter wolno, systematycznie kontynuowała oględziny. – Nie widzę innych złamań ani obrażeń. Wszystkie złamania u pierwszej i drugiej ofiary się zrosły, żadne z nich nie było przyczyną zgonu ani nie powstało na krótko przed śmiercią. W świetle mikrogogli pani antropolog Eve dostrzegła, jakcoś błysnęło. – Chwileczkę. – Ukucnęła i zajrzała przez oczodół w głąb czaszki. – Coś tam jest. – Wyjęła ze swojego zestawu narzędzie, sięgnęła nim i chwyciła coś małego, błyszczącego. – Rzeczywiście ma pani doskonały wzrok– powiedziała jej towarzyszka. – Przeoczyłam to. – Kolczyk. – Przypuszczam, że do nosa, może do brwi. Jest bardzo mały, więc chyba raczej do nosa. Wpadł do czaszki, kiedy nastąpił rozkład zwłok. Eve umieściła go w torbie na dowody i zapieczętowała torbę. – Zaczniemy od wyodrębnienia DNA oraz rekonstrukcji twarzy. Przypuszczam, że chciałaby pani jaknajszybciej poznać tożsamość ofiar. – Słusznie pani przypuszcza. – Ustalenie przyczyny i daty śmierci może potrwać dłużej. Spróbuję poszukać szczegółowej historii budynku, kiedy wzniesiono dodatkową ścianę, w jakim celu. – Już gromadzimy te informacje. – Świetnie. Niech Dawson zabezpieczy również te szczątki. Natychmiast wezmę się do pracy i skontaktuję się z panią, jak tylko coś uda mi się ustalić. Cieszę się, że będę z panią współpracowała, pani porucznik. Eve znów uścisnęła dłoń kobiety, lecz wypuściła ją, kiedy usłyszała, jakktoś woła: – Mamy jeszcze jedne! Spojrzała na antropolożkę. – Zdaje się, że jeszcze tu pani nie skończyła. – Ani pani. W budynku znaleziono szczątki kolejnych ofiar.

Rozdział 2 Eve obeszła cały budynek. Najpierw obejrzała ścianę południową, gdzie technicy pieczołowicie wycięli duży, kwadratowy otwór w płycie gipsowej, by zabrać nieco pyłu i okruchów do analizy. Za płytą leżały zawinięte w folię szczątki trzech ofiar. Eve zbadała je razem z DeWinter. Dziewczyny w wieku od dwunastu do szesnastu lat. Podobnie jak obie pierwsze, niektóre miały ślady dawnych urazów, ale u żadnej nie można było stwierdzić, co było przyczyną śmierci. Wśród kości Eve znalazła trzy kolczyki i małe, srebrne kółko. Na tej kondygnacji było kilka ścianek działowych, dwie małe ubikacje, z których już dawno wszystko wymontowano. Nim razem z doktor DeWinter weszły po żelaznych schodach piętro wyżej, technicy znaleźli jeszcze szczątki pięciu ofiar. – Znów mamy do czynienia z przedstawicielkami różnych ras – powiedziała antropolożka – i wszystkie ofiary należą do tego samego przedziału wiekowego. Przypuszczam, że niektóre obrażenia są wynikiem znęcania się nad dziewczynkami w dzieciństwie, ale nie ma nic, co pozwoliłoby określić przyczynę śmierci. Ktokolwiekto zrobił, wybierał sobie dziewczyny dojrzałe płciowo, lecz jeszcze nie dorosłe. Niektóre z nich najprawdopodobniej były wcześniej maltretowane. – Przez kilka lat mieściło się tu coś w rodzaju schroniska. Eve wsunęła do torby na dowody coś, co według niej mogło być pierścionkiem na palec u nogi, i spojrzała na Roarke’a. – Jakiego rodzaju schronisko? – Dokumentacja jest niepełna.Wokresie wojen miejskich utworzono tu coś w rodzaju schroniska dla dzieci i nastolatków, które straciły rodziców. Coś jakby prowizoryczny sierociniec. – Ale te szczątki nie leżą tutaj od czasów wojen miejskich. – To całkiem możliwe – nie zgodziła się z nią DeWinter. – Będę mogła oszacować z grubsza, od jakdawna tu są, kiedy trafią do mojego laboratorium. – Z całą pewnością nie od czasów wojen miejskich – powtórzyła Eve. – Ściana, za którą je ukryto, nie ma aż tylu lat. Zresztą wówczas nie byłoby potrzeby takiego ukrywania zwłok. Podczas wojen miejskich ludzie masowo ginęli. Gdyby ktoś chciał zabić kilka dziewcząt i pozbyć się ich ciał, mógł je po prostu zostawić na ulicy. I – ciągnęła, nie dając dojść do głosu swojej rozmówczyni – jak, u diabła, można je było zabić, zawinąć w folię, zbudować ściany, żeby ukryć za nimi zwłoki, kiedy kręciło się tu tyle ludzi? Potrzeba na to czasu, no i odrobiny spokoju.

– Tak, widzę, że ma pani rację. Chciałam tylko powiedzieć, że teoretycznie szczątki mogą pochodzić z tamtego okresu, lecz nie będziemy tego wiedzieli na pewno, póki nie przeprowadzimy koniecznych analiz. Eve się wyprostowała, wręczyła Peabody torby z dowodami. – Czy wiadomo, jakdługo mieścił się tu ten sierociniec w okresie wojen miejskich? – Staram się to ustalić – powiedział jej Roarke. – Na tej kondygnacji i piętro wyżej były sypialnie. Na drugiej i trzeciej kondygnacji znajdowały się dwie wspólne łazienki. – Według mojej oceny – wtrącił Pete – powstał pod koniec wojen miejskich albo tuż po nich. Świadczą o tym użyte materiały. W tych czasach nikt się nie przejmował zezwoleniami, inspekcjami, przepisami. Z tego, co zostało z instalacji wodno– kanalizacyjnej i elektrycznej, wynika, że wszystko pochodziło z odzysku i zostało sklecone razem. To samo dotyczy kuchni na pierwszym piętrze oraz dwóch ubikacji na dole. – Żadnych późniejszych remontów? – Ach. – Podrapał się w głowę. – Trochę bieżących napraw z wykorzystaniem tego, co było pod ręką. Wszystko jak najmniejszym nakładem środków. Dlatego nie zamierzaliśmy zachować ścian. Było widać, że nie stanowiły części pierwotnego budynku, tylko wzniesiono je później. – Sypialnie. – Eve rozejrzała się po dużym, otwartym pomieszczeniu i wyobraziła sobie w nim dziecięce łóżeczka i wąskie tapczaniki, tanie toaletki albo komódki na rzeczy osobiste. Sama mieszkała w państwowej placówce dla dzieci pokrzywdzonych przez los, pozbawionych opieki rodzicielskiej i przeżywających trudności. Przypuszczała, że zaliczono ją do wszystkich trzech kategorii. Ale przede wszystkim pamiętała dni i noce wypełnione cierpieniem. – Zmieściłoby się tu dwadzieścioro, dwadzieścioro pięcioro dzieci. Dwa razy tyle przy łóżkach piętrowych. – Byłoby ciasno – zauważył Pete. –Wtakich ośrodkach zawsze panuje ciasnota. I zwykle oszczędza się na wszystkim. Wyszła, zostawiając De Winter, i przyjrzała się uważnie pomieszczeniu po drugiej stronie wąskiego korytarza. – Może kolejna sypialnia – odezwał się Pete. Nie, pomyślała, prawdopodobnie świetlica, do której trzeba było chodzić na terapię grupową czy też by słuchać wykładów, gdzie przydzielano obowiązki i zadania. Kolejne cierpienia. Przeszła tam, gdzie była wspólna łazienka. I wyraźnie zobaczyła tę, z której korzystała w przeszłości. Dość miejsca na sześć, może siedem wąskich kabin, doszła do wniosku. Jedna wanna – korzystanie z niej uważano za przywilej – oraz otwarte prysznice, może trzy, z których w dobre dni ledwo ciurkała woda, trzy umywalki. Odwróciła się i usłyszała dudniący głos Pete’a. – Zabrano wszystko z miedzi, ale można się tego spodziewać. I nawet część plastikowych rur. Żeby się do nich dostać, wybito kilka dziur w starych ścianach. Wyniesiono sedesy, wannę. Sądząc po rurach, musiała tam być wanna. Wygląda tu prawie taksamo, jakpiętro wyżej. – Najprawdopodobniej dziewczęta na jednej kondygnacji, chłopcy na drugiej. Szczególnie, jeśli mieszkała tu młodzież. – Przynajmniej to się zgadzało z faktami, które znała z własnego doświadczenia. – Pani porucznik. – Podszedł do niej Dawson. Miał ściągniętą twarz. – Znaleźliśmy kolejne. Czyli razem dwanaście ofiar, zawiniętych w folię i ukrytych między ścianami. Przy niektórych były błyskotki, świadczące o tym, jakżyły ich właścicielki. Zrobiła wszystko, co mogła teraz zrobić, wyszła z Roarkiem na chodnik. Zimno, hałas,

codzienny pośpiech częściowo usunęły gipsowy pył i śmierć, które jakby przylgnęły do jej twarzy, zapadły w pamięć. – Jedziemy do komendy. Prześlij mi wszystko, czego się dowiesz o tym budynku, jego właścicielach, co się w nim mieściło. Nawet drobiazgi. Zaczniemy od tego, by znaleźć więcej. – Przekopiowałem wszystko, co mam, na twój komputer. Łącznie z danymi o sprzedawcach. – Obserwował, jak Eve uważnie przygląda się budynkowi. – Niechętnie oddałaś je DeWinter... Swoje ofiary. – Zna się na tym. Ale masz rację – przyznała. – Niechętnie je oddałam. Lecz patrząc na kości, nigdy bym nie wpadła na to, co spotkało tamte ofiary. A ona owszem. Przynajmniej muszę mieć taką nadzieję. – Jest bardzo doświadczona. Czy będzie współpracowała z Morrisem? Eve pomyślała o głównym lekarzu sądowym, również niezwykle doświadczonym, któremu bezgranicznie ufała. – Tak. Postaram się o to. Dwanaście ofiar – powiedziała z zadumą. –W czterech różnych kryjówkach na trzech piętrach. Dlaczego nie w jednym miejscu? Oto jest pytanie. Wszystkie ofiary są pod wieloma względami podobne, ale reprezentują różne rasy. Lecz jeśli chodzi o wzrost czy wiek, nie ma większych różnic. Może również pod względem budowy ciała. Sprawca był dość niechlujny albo po prostu nie na tyle dokładny, by zabrać wszystkie błyskotki. – Tak czy owak – zakończyła, odsuwając to na razie na bok – policja zabezpieczy miejsce, dopóki nie zostanie dokładnie zbadane, a nie wiem, jakdługo to potrwa. – Nie przeszkadza mi to. Chcę poznać ich imiona. Eve ze zrozumieniem skinęła głową. – Ja też. Ustalimy, jaksię nazywały, i dowiemy się, co je spotkało. A także, kto im to zrobił. – Znasz się na tym. – Pocałował ją w czoło, nim zdołała się uchylić, bo było mu to potrzebne. – Do zobaczenia w domu. Eve okrążyła swój wóz i zajęła miejsce za kierownicą. Dopiero wtedy westchnęła głęboko. – Jezu Chryste! Siedząca obokPeabody też westchnęła. – Trudno się z tym pogodzić, przecież właściwie były jeszcze dziećmi. Wiem, że musimy odsunąć emocje na bok, ale nie mogę się otrząsnąć z szoku, że dwanaście dziewcząt zawinięto w plastikowe płachty i pozostawiono tam niczym śmieci. – Wcale nie musisz się otrząsać. Wykorzystaj to. – Eve uruchomiła silnik i włączyła się do ruchu. – Ale nie sądzę, żeby zabójca traktował je jakśmieci. – To jakco? – Jeszcze tego nie wiem. Sposób, w jaki je zawinął, a potem ułożył w kilku miejscach w tym budynku, niektóre razem... Czy ma to jakieś znaczenie? Skonsultujemy się z Mirą– powiedziała, mając na myśli główną psycholog i profiler nowojorskiej policji. – I od razu weźmiemy się do pracy, wykorzystując informacje o nieruchomości, uzyskane przez Roarke’a. I będziemy podążać za tą DeWinter jaksfora głodnych psów. – Widziałaś jej kozaki? – Peabody wzniosła w górę swoje ciemne oczy jak kobieta, która właśnie przeżywa największe uniesienie. – Skóra mięciutka jak na rękawiczki. A sukienka? Krój, tkanina i te naprawdę słodkie guziczki na plecach od góry do samego dołu. – Kto wkłada takie kozaki i sukienkę ze słodkimi guziczkami, udając się na miejsce popełnienia przestępstwa? – Naprawdę świetnie w tym wyglądała. A płaszcz miała wprost boski. Nie takboski, jaktwój, bardziej dziewczyńsko boski.

– Mój jest praktyczny. – I boski – dodała Peabody, bo miał podszewkę z tkaniny kuloodpornej. – Ale wracając do tematu, Dawson mi powiedział, że ta DeWinter to geniusz, jeśli chodzi o kości. Chyba się w niej zakochał. Rzeczywiście jest fascynującą kobietą a Dawson twierdzi, że ona potrafi znaleźć więcej informacji, oglądając kość palca, niż wielu pracowników laboratorium, badających całe zwłoki. – Miejmy nadzieję, że Dawson się niemyli, bo nie dysponujemy niczym poza kośćmi, garścią taniej biżuterii i budynkiem, którym od lat nikt się nie zajmował. – Oraz gipsowymi płytami – dodała Peabody. – Pracownikom laboratorium może uda się ustalić ich wiek. A może nawet, ile lat ma ta plastikowa folia. – No właśnie – zastanawiała się głośno Eve. – Folia wygląda mi na tanią. Taką, jaką kupuje się w wielgachnych rolkach, by przykryć nią rzeczy, jeśli nie chcemy, by zamokły, albo położyć na podłodze, kiedy malujemy mieszkanie. Potem po prostu ją się wyrzuca. To samo z płytami gipsowymi. Żadna wielka inwestycja, ale w miarę solidnie zamontowane, więc nikt wcześniej nie zwrócił na nie uwagi. – Czyli zabójca trochę się znal na budownictwie. – Wystarczająco dobrze, by nikt, kto spojrzał na tę ścianę, nie pomyślał sobie: Co ona tu robi, u diabła? Wyglądała zupełnie na miejscu. I czemu ukryto za nią zwłoki? Dlaczego nie poszukano lepszego sposobu, żeby ich się pozbyć? Łatwiej byłoby wynieść ciała i zakopać... Ale ukryć je, żeby nikt ich nie znalazł? Przecież mogą doprowadzić do sprawcy. I trzeba mieć łatwy dostęp do budynku. Kolejna rzecz, która może nas naprowadzić na ślad mordercy. A jednak ukrył ciała między ścianami. – Żeby mieć je pod ręką? – Może chciał im składać wizyty. – To jeszcze bardziej chore. – Świat pełen jest psycholi – stwierdziła Eve i rozmyślała o tym, jadąc do komendy. Zaparkowała na swoim miejscu w garażu. Żadnych dokumentów tożsamości, ofiary bez twarzy, bez nazwisk, ale to nie oznacza, że nie spróbuje tego ustalić. – Założę książkę sprawy i rozmieszczę to, czym dysponujemy, na tablicy – powiedziała, idąc do windy. – Zapoznaj się z informacjami, które przysłał Roarke, o samym budynku i jego historii. Może znajdziesz coś więcej. – Wsiadła do windy. – Chcę wiedzieć o nim wszystko, w jaki sposób był wykorzystywany, przez kogo, kim byli kolejni właściciele, kto w nim pracował i mieszkał. Przede wszystkim po wojnach miejskich, ale nie tylko. – Zaraz się do tego wezmę. – Sprawdzimy prawdopodobieństwa. Szacunki DeWinter z miejsca popełnienia przestępstwa są dość dobre, a chronologia... – Urwała, żeby się przesunąć, kiedy więcej osób wsiadło do windy. – Zaczniemy piętnaście lat po tym, jak budynek został wyłączony z eksploatacji. Ale musimy wiedzieć, kto miał z nim coś wspólnego albo kto się nim interesował zarówno wcześniej, jaki później. Kiedy znów otworzyły się drzwi windy, dwóch funkcjonariuszy wepchnęło do niej silnie woniejącą bezdomną. Eve wolała wysiąść, Peabody poszła w jej ślady. Skierowały się do ruchomych schodów. – Sprawia wrażenie, że zna się nie tylko na modzie, lecz również na tym, co robi. – Przekonamy się. – Eve ruszyła w stronę Wydziału Zabójstw. – Wszystko, Peabody – powtórzyła. A ona trochę pokopie i dowie się czegoś o doktor Garnet DeWinter.

Weszła do sali ogólnej wydziału, w której unosiły się zapachy naprawdę kiepskiej kawy, rafinowanego cukru i silnego środka czyszczącego. Wszystkie doskonale jej znane. Detektywi rozmawiali przez telefon, pracowali na komputerach przy swoich biurkach, mundurowi robili to samo w swoich boksach. Zauważyła, że biurka detektywa Baxter a i jego praktykanta, Truehearta, są puste. Po chwili przypomniała sobie, że dziś obaj mieli być w sądzie. Skręciła do swojego gabinetu, po drodze zdejmując płaszcz. Tu, w jej małym pokoju z wąskim oknem, stał autokucharz z prawdziwą, najprzedniejszą kawą, którą zawdzięczała Roarke’owi. Rzuciła płaszcz na fotel dla gości. Widok płaszcza na wyjątkowe niewygodnym miejscu do siedzenia powinien wystarczająco zniechęcić wszelkich intruzów. Potem zaprogramowała kawę i usiadła za biurkiem. Najpierw sporządziła raport, wysłała jego kopie do komendanta i doktor Miry. Do kopii do Miry dołączyła prośbę o spotkanie. Potem przyczepiła do tablicy zdjęcia z miejsca przestępstwa. Szczątki dwunastu ofiar, pomyślała. Młode dziewczęta, które – jeśli szacunki DeWinter są ścisłe – teraz byłyby dorosłymi kobietami, mniej więcej w jej wieku. Kobietami pracującymi, posiadającymi rodziny, kochanków, przyjaciółki. Kto im to wszystko odebrał? I dlaczego? – Komputer, znajdź wszystkie zgłoszenia z terenu Nowego Jorku o zaginięciu dziewcząt w wieku od dwunastu do szesnastu lat, które się nie odnalazły. W okresie od dwa tysiące czterdziestego piątego do dwa tysiące pięćdziesiątego roku. Potwierdzam. Przystępuję do pracy... Trochę to potrwa, pomyślała. Podobnie jak wymagało nieco czasu zabicie dwunastu dziewcząt, wyłączając masowe zabójstwo, masowe zatrucie i tym podobne. Nie pasowało jej to tutaj. Logicznym następstwem masowego zabójstwa jest masowy grób, a nie zwłoki ukryte w różnych miejscach. Czyli zabijano jedną lub dwie, może trzy naraz, by potem je starannie ukryć. Opuszczony budynek zapewniał dość czasu na to wszystko. Nie było świadków. Wystarczy ustalić datę śmierci ofiar, a potem sprawdzić, kto miał okazję i dostęp do budynku... A także na tyle znał się na pracach budowlanych, by wznieść dodatkowe ściany. Eve musiała przyznać, iż trochę jej doskwierał fakt, że ma się zdać na kogoś innego w kwestii ustalenia daty śmierci ofiar – na kogoś, z kim dotąd nie współpracowała. Ale spojrzała na tablicę, przypomniała sobie tamte dziewczęta, które nigdy nie miały szansy pracować, założyć rodziny, mieć kochanków. Wiedziała, że należy skorzystać z pomocy każdego, kto mógłby udzielić jej odpowiedzi. Lecz to wcale nie oznaczało, że nie wolno jej sprawdzić, kim jest ów każdy. Sprawdziła, kim jest Garnet DeWinter. Lat trzydzieści siedem, stanu wolnego, nigdy nie wyszła za mąż, jedno dziecko – dziewczynka, wiekdziesięć lat. Brakinformacji o oficjalnym konkubencie. Urodzona w Arlington w stanie Wirginia, rodzice żyją, od wielu lat są w konkubinacie, oboje to naukowcy. Brak rodzeństwa. Informacje na temat wykształcenia były bardzo obszerne i Eve musiała przyznać, że robiły wrażenie. DeWinter zrobiła doktorat z antropologii fizycznej na Bostońskim Uniwersytecie Medycznym – gdzie czasami miewała gościnnie wykłady – i uzyskała tytuły magistra z kilku pokrewnych dziedzin, jak toksykologia czy analiza DNA. Pracowała w kilku miejscach, ostatnio

we wschodnim Waszyngtonie, gdzie stała na czele dziewięcioosobowego zespołu pracowników laboratoryjnych. Zarobiła na płaszcz i buty wykładami, doszła do wniosku Eve, przeglądając listę uczelni, a także konsultacjami na całym świecie, od Afganistanu po Zimbabwe. Dwukrotnie aresztowana, stwierdziła ze zdziwieniem Eve. Raz podczas wiecu przeciwników wycinania lasów deszczowych, i raz za... Kradzież psa. Kto kradnie psy? W obu przypadkach przyznała się do winy, zapłaciła grzywnę i wykonała prace społeczne w zasądzonym wymiarze godzin. Ciekawe. Zaczęła bardziej szczegółowo zapoznawać się z aktami oskarżenia, kiedy Mira zapukała we framugę drzwi. – Szybko się meldujesz – powiedziała Eve, wstając. – Udzielałam konsultacji w terenie i w drodze powrotnej przeczytałam twój raport. Pomyślałam, że wstąpię do ciebie, przed pójściem do gabinetu. – Dziękuję. – Czyli to są twoje ofiary. – Mira podeszła do tablicy. Eve nie uważała jej za niewolnicę mody. Uważała przyjaciółkę za kobietę z klasą. Jasnobrzoskwiniowa sukienka i żakiet w identycznym kolorze podkreślały kruczoczarne włosy i niebieskie oczy właścicielki stroju. Na szyi Miry połyskiwały drobne, złote paciorki, w uszach miała kolczyki, buty na cienkich szpilkach utrzymane były w kolorze złota i brzoskwiniowym. Eve nigdy nie potrafiła zrozumieć tego, jak niektóre kobiety potrafią tak dobierać dodatki do ubrania. – Dwanaście młodych dziewcząt – mruknęła Mira. – Czekamy na dane, by móc je zidentyfikować. – Tak. Pracujesz z Garnet De Winter. – Na to wygląda. – Trochę ją znam. Ciekawa kobieta i niewątpliwie olśniewająca. – Ciągle słyszę o niej to drugie. Ukradła psa. – Co? – Mira ze zdumieniem uniosła brwi, a potem zmarszczyła je zaintrygowana. – Czyjego psa? I dlaczego? – Nie wiem. Właśnie czytałam jej dossier. Została aresztowana za kradzież psa. – To... Dziwne. Tak czy owak, cieszy się opinią wybitnego specjalistyw swojej dziedzinie. Pomoże ci ustalić, kim były ofiary. Mogę usiąść? – Och, naturalnie. Pozwól, że... – Są goście i goście. Eve zabrała płaszcz z fotela, a potem wskazała swoje biurko. – Usiądź tam. Ten jest cholernie niewygodny. – Wiem o tym. – I ponieważ doktor Mira rzeczywiście wiedziała, usiadła za biurkiem. – Chcesz filiżankę tej swojej herbaty? Czy kawy? – Nie, dziękuję... Och, jaki śliczny rysunek. Wstała, by obejrzeć z bliska portret Eve. – Taak, jest niczego sobie. To dzieło Nixie Swisher. Wykonała ten portret w ramach szkolnego projektu czy pracy domowej. Mała Nixie, która uszła z życiem przypadkiem czy też zrządzeniem losu, bo miała szczęście, kiedy podczas włamania do jej domu cała jej rodzina została brutalnie zamordowana. – Jest prześliczny. Nie wiedziałam, że jest taka utalentowana.

– Zdaje się, że pomagał jej Richard. – Mimo wszystko portret jest wspaniały, jesteś na nim taka podobna do siebie. Bardzo by się ucieszyła, gdyby wiedziała, że go tutaj powiesiłaś. – Powiedziałam jej, że to zrobię, kiedy mi go wręczyła podczas Święta Dziękczynienia. Tak czy inaczej, przypomina mi, że nawet kiedy wydarzy się coś najgorszego, kiedy człowiek sądzi, że nie da rady zrobić ani jednego kroku więcej, wcale taknie jest. – Widziałam ją tylko przelotnie, kiedy Richard i Elizabeth przywieźli dzieci do Nowego Jorku, ale widzę, że nie tylko przeżyła. Rozwija się. Mira odwróciła się i znów spojrzała na tablicę. – Im nie było to dane. – Nie. Ze wstępnych ustaleń wynika, że ofiary reprezentowały różne rasy, z czego można wnioskować, że nie były do siebie podobne, jeśli chodzi o kolor skóry czy rysy twarzy. Czyli pozostaje wiek i przypuszczalnie typ budowy ciała jako elementy wspólne. Intuicja mi mówi – ciągnęła Eve, kiedy Mira znów usiadła – że dla zabójcy najważniejszy był wiekofiar. – Młode, prawdopodobnie nie w pełni dojrzałe fizycznie i płciowo. – I niezbyt wysokie, co świadczy o tym, że nawet najstarsze z nich mogły wyglądać i prawdopodobnie wyglądały młodziej. Podczas wstępnych oględzin nie stwierdzono żadnych śladów przemocy na krótko przed śmiercią ofiar. Jeśli doznały jakichś obrażeń, to dużo wcześniej i wszystko się zagoiło. – Tak, czytałam w raporcie, że podejrzewasz, że kilka z ofiar było wcześniej maltretowanych. Młode dziewczyny, które już się zetknęły z przemocą – powiedziała Mira – nie są skłonne do obdarzania innych zaufaniem. Uwzględniając to, jak wyglądał budynek w okresie, kiedy najprawdopodobniej zostały zamordowane, przynajmniej część z nich mogła być uciekinierkami z domu. – Już zleciłam sporządzenie listy osób, zgłoszonych jako zaginione. To... – Eve rzuciła okiem na komputer, kiedy zasygnalizował koniec pracy. – To chyba to. Komputer, podaj ogólną liczbę. Trzysta siedemdziesiąt cztery zgłoszenia spełniają podane kryteria. – Takdużo – szepnęła Mira, a sądząc po minie Eve, Dallas była nie mniej zaskoczona od pani doktor. – Są wśród nich dzieci, które chciały zniknąć. Wykorzystały nieszczelność systemu, zdobyły nową tożsamość. – Owszem, część z nich tak– zgodziła się z nią Mira. – Ale większość nie. – Racja, większość z nich nie. Bardzo możliwe, że znajdziemy wśród nich nasze ofiary. A z całą pewnością przynajmniej niektóre z nich. Chociaż z drugiej strony nie wszyscy rodzice czy opiekunowie fatygują się, by zawiadomić policję o zaginięciu dziecka. Wielu z nich cieszy się, kiedy nie muszą się dłużej opiekować potomstwem. – Ty nie uciekłaś. – Nie. – Było niewiele osób, z którymi Eve potrafiła bez skrępowania rozmawiać o swojej przeszłości, a Mira do nich należała. – Nie od Troya. – Nie od ojca, który ją bił, gwałcił, znęcał się nad nią. – Nigdy mi nie przyszło do głowy, że mogłabym to zrobić. Może gdybym miała kontakt z innymi dziećmi, ze światem zewnętrznym, wpadłabym na ten pomysł. – Trzymali cię w zamknięciu, izolowali od świata. Richard Troy, Stella. Więc traktowałaś zamknięcie i maltretowanie jak coś normalnego. Skąd miałaś wiedzieć, szczególnie w wieku ośmiu lat, że to nie jest normalne? – Martwisz się o mnie w związku z nimi? – Eve wskazała tablicę.

– Tylko trochę. Każdemu, kto ma do czynienia ze śmiercią, zawsze jest trudniej, jeśli ofiarami są dzieci. Tobie będzie trudniej, bo chodzi o młode dziewczyny, niewiele starsze od ciebie. Sama byłaś ofiarą przemocy, a niektóre z nich też były wykorzystywane, najprawdopodobniej przez rodziców lub opiekunów. Potem ktoś odebrał im życie. Może sprawców było kilku. – Nie można tego wykluczyć. – Tobie udało się przeżyć, im – nie. Więc owszem, będzie ci ciężko. Ale nie wyobrażam sobie nikogo, kto lepiej od ciebie upomni się o sprawiedliwość dla nich. Znając tylko ich wiek i pleć, niemożliwością jest sporządzić dokładny portret psychologiczny. Fakt, że nie znaleziono ubrań, może świadczyć o zabójstwie na tle seksualnym albo próbę upokorzenia ofiar. Sprawca mógł również traktować ubranie jako trofeum. Można wymienić wiele powodów. Pomocne byłoby ustalenie przyczyny śmierci, a także życiorysy tych dziewcząt, kiedy uda się ustalić ich tożsamość. Wszystko, co uda ci się ustalić, będzie pomocne. Mira umilkła na chwilę. – Sprawca posiadał pewne umiejętności i umiał planować. Musiał mieć dostęp zarówno do budynku, jaki do materiałów, znaleźć dziewczęta. To wymaga planowania. To nie były zabójstwa w afekcie, chociaż w przypadku pierwszego mogło tak być. U pozostałych ofiar nie widać fizycznych śladów torturowania czy użycia przemocy, ale mogły być ofiarami znęcania się psychicznego. Żadnej z nich nie ukryto pojedynczo? – Nie. – Nie pojedynczo, tylko parami albo po kilka. Może nie chciał, żeby były same. Zawinął je w folię niczym w całun. I zbudował dla nich coś w rodzaju krypty. To świadczy o szacunku. – Wynaturzonym. – Racja, ale zawsze o szacunku. Uciekinierki, dziewczęta wykorzystywane, pochował w budynku, który w przeszłości pełnił funkcję schroniska czy sierocińca. To ciekawy trop. Mira wstała. – Pozwolę ci wrócić do pracy. – Znów spojrzała na tablicę. – Długo czekały, aż ktoś je znajdzie, aż ktoś upomni się o sprawiedliwość dla nich. – Może to jeszcze nie wszystkie. Czy zabójca poprzestał na tej dwunastce, czy to były jego pierwsze ofiary? I dlaczego zrezygnował z dalszego zabijania? Przyjrzymy się znanym nam zabójcom, którzy zginęli, zmarli albo trafili do więzienia w czasie, kiedy śmierć poniosła ostatnia z ofiar... Jakustalimy, kiedy to było. Na razie jest zbyt wiele niewiadomych. Niemniej jednak poszukamy podobnego typu przestępstw i znanych nam sprawców. Często dziewczęta w tym wieku uciekają razem, prawda? Mira się uśmiechnęła. – Prawda. – Czyli wielce prawdopodobne, że jedna z ofiar lub kilka miało przyjaciółki, były przyjaciółkami. Być może dotrzemy do kogoś, kto przyjaźnił się z którąś z ofiar, coś widział albo o czymś słyszał. Jeszcze nie znamy ich imion, ale już mamy kilka tropów. Po wyjściuMiry Eve usiadła przy biurku i spojrzała na listę zaginionych dziewcząt. Przystąpiła do pracy. Zdążyła kilka wyeliminować – były zbyt wysokie – kiedy Peabody wsunęła głowę przez drzwi. – Mam parę nazwisk. – Ja mam setki. Zmieszana Peabody spojrzała na monitor.

– Och, zaginione dziewczyny. Rety, jakie to smutne. Ale ja mam parę nazwisk, związanych z budynkiem w interesującym nas okresie. Philadelphia i Nashville Jones. Rodzeństwo. Roarke ustalił, że od maja dwa tysiące czterdziestego pierwszego roku do września dwa tysiące czterdziestego piątego roku prowadzili w budynku coś między domem dla młodzieży a ośrodkiem resocjalizacji. Potem przenieśli się gdzie indziej, do budynku podarowanego im przez niejaką Tiffany Brigham Bittmore. Nadal tam działają, kierują ośrodkiem dla młodzieży. – Po pierwsze, kto nadaje dzieciom imię od nazwy miasta? – Mają jeszcze jedną siostrę, Selmę – to chyba w Alabamie. Mieszka w Australii. Mieli też brata, Montclaira, który zmarł wkrótce po tym, jak przenieśli się do nowej siedziby. Wyjechał jako misjonarz do Afryki, gdzie zjadł go lew. – Hm. Nie co dzień słyszy się o czymś takim. – Doszłam do wniosku, że gdybym mogła wybierać sposób śmierci, pożarcie żywcem przez lwa znalazłoby się na ostatnim miejscu. – A co byłoby na pierwszym? – Śmierć w chwilę po tym, jak zostałabym seksualnie zaspokojona przez trzydziestopięcioletniego hiszpańskiego kochanka i jego brata– bliźniaka. – Nieźle – doszła do wniosku Eve. – Kto był właścicielem budynku, kiedy działało w nim rodzeństwo Jonesów? – Można powiedzieć, że oni. W tym sensie, że starali się spłacać kredyt hipoteczny i rachunki za utrzymanie w jako takim stanie rozsypującej się kamienicy. Nie udało im się i ostatecznie nieruchomość przejął bank. Potem ją sprzedano.Wiem, komu, ale zdaje się, że ta mała firma kupiła dom z myślą o przyciągnięciu inwestorów, żeby móc wyremontować budyneki urządzićw nim kilka odlotowych mieszkań. Zamiar się nie powiódł, więc pozbyli się nieruchomości ze stratą na rzecz firmy, od której Roarke kupił dom. Ona też straciła na tym interesie. – Pechowy budynek. Peabody spojrzała na tablicę i na zdjęcia z miejsca przestępstwa. – Z całą pewnością. – Cóż, porozmawiajmy z Pittsburghiem i Tennessee. – Philadelphią i Nashville’em. – Jeden czort. * Ośrodek dla Młodzieży „Oczyszczenie przez Siłę Wyższą” mieścił się w zadbanym, czterokondygnacyjnym budynku tuż obok East Village. Krótki odcinek Delancey odrzucił artystyczną bohemę Village i ominęła go rewaloryzacja ulicy Bowery z końca dwudziestego wieku – a wraz z nią uniknął ataków bombowych, grabieży i aktów chuligaństwa, które dotknęły jego sąsiedztwo podczas wojen miejskich. Większość tutejszych budynków była stara, niektóre wyremontowano, inne odrestaurowano, a część zachowała swoje nędzne mury. Bielony, ceglany budynek szczycił się mikroskopijnym dziedzińcem, na którym kilka niskich krzewów trzęsło się z zimna. Para nastolatków, nie zważając na ziąb, siedziała na kamiennej ławce, grając na palmtopach. Eve minęła ich, kierując się do głównego wejścia. Obydwoje mieli na sobie bluzy z kapturami, liczne kolczyki w uszach i różnych częściach twarzy oraz identyczne miny pełne dezaprobaty i podejrzliwości. To już weterani ulicy, na odległość wyczuwający gliniarzy, doszła do wniosku. Widząc, jak Eve uparcie im się przygląda, zaczęli się bezczelnie uśmiechać, ale Eve zauważyła, że dziewczyna – przypuszczała, że to dziewczyna – wsunęła dłoń w rękę towarzysza.

Usłyszała za sobą zachrypnięte szepty, krótki chichot (zdecydowanie dziewczyny), kiedy razem z Peabody weszły po trzech stopniach wiodących do drzwi frontowych. Zainstalowano tu kamerę, czytnik dłoni i czytnik karty. Eve nacisnęła, guzik dzwonka, nad którym wisiała wielce pomocna informacja: „Proszę nacisnąć dzwonek”. – Oby ten dzień był dla was pomyślny. Słucham. – PorucznikDallas i detektyw Peabody z nowojorskiej policji. Przyszłyśmy porozmawiać z Philadelphią Nashville’em Jonesami. – Przykro mi, ale nie widzę nazwiskpań w terminarzu spotkań na dziś ani pani Jones, ani pana Jonesa. Eve wyciągnęła swoją odznakę. – To moja przepustka na spotkanie. – Naturalnie. Czy mogę prosić o przyłożenie dłoni do czytnika w celu weryfikacji tożsamości? Eve zrobiła to i zaczekała na wynikskanowania. – Dziękuję, porucznikDallas. Z największą radością panią wpuszczę. Rozległo się długie brzęczenie, a po nim szczękodblokowanego zamka. Eve pchnęła drzwi i znalazła się w małym holu z licznymi drzwiami i korytarzykami, przypuszczalnie prowadzącymi do innych pokojów po obu stronach. Na wprost widać było schody na górę. Zza biurka w głębi pomieszczenia wstała jakaś kobieta i uśmiechając się, ruszyła w ich stronę. Można ją było określić tylko jednym słowem – matrona – z uwagi na jej niemodny koczek, nieelegancki różowy sweter, kwiecistą sukienkę i praktyczne buty. Witam w Ośrodku dla Młodzieży „Oczyszczenie przez Siłę Wyższą”. Nazywam się Shivitz, jestem kierowniczką ośrodka. Zgadza się, pomyślała Eve. – Musimy porozmawiać z panią Jones i panem Jonesem. – Tak, tak, już to pani mówiła. Bardzo bym chciała móc ich poinformować, o czym chciałaby pani z nimi rozmawiać. – Nie wątpię – odparła Eve i pozwoliła, by zapadła cisza. Na drzwiach z lewej strony była tabliczka „Nashville Jones”. Po przeciwnej stronie wisiała tabliczka z imieniemi nazwiskiem jego siostry. – Jestem tu służbowo. – Naturalnie! Obawiam się, że pan Jones akurat prowadzi sesję, podobnie jakpani Jones. Pani Jones wkrótce powinna być wolna. Jeśli zechcą panie zaczekać, z przyjemnością zaparzę dla pań herbatę. – Zaczekamy, ale dziękujemy za herbatę. Eve zajrzała przez otwarte drzwi do pokoju, gdzie trójka dzieciaków siedziała przed komputerami. – Nasza pracownia komputerowa – wyjaśniła pani Shivitz. – Mieszkańcom domu wolno korzystać z komputerów, żeby wykonać pewne zlecone im zadania albo poszukać informacji, niezbędnych do ich wykonania. Albo jeśli zasłużyli sobie na czas wolny. – A w jaki sposób można sobie na to zasłużyć? – Wykonując zlecone zadania, uczestnicząc w zajęciach, a także przez sumienną pracę, dobroć, hojność. I, naturalnie, zachowując czystość ciała i ducha. – Od jakdawna tu pani pracuje? – Och, od piętnastu lat, odkąd otwarto ten ośrodek. Zaczęłam jako asystentka kierowniczki i