wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci - Śmierć o północy

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts (jako J. D. Robb) - Oblicza śmierci - Śmierć o północy.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 64 osób, 44 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 241 stron)

J. D. ROBB MIER O PÓŁNOCY Tytuł oryginału THREE IN DEATH „Interlude in Death” „Midnight in Death” „Haunted in Death”

INTERLUDIUM W KOSMOSIE Uczenie si to nie dziecinna zabawa; Nauka zwi zana jest z cierpieniem ARYSTOTELES Szcz liwe dziecko, którego ojciec idzie do diabła. SZESNASTOWIECZNE PRZYSŁOWIE

ROZDZIAŁ 1 Ró ne s oblicza morderstwa. Niektóre s stare jak wiat, ich bruzdy wypełnia krew, przelana przez Kaina. Stró brata okazuje si jego katem. Zamkni cie tego konkretnego zabójstwa było do łatwe. Ostatecznie lista podejrzanych była bardzo krótka. Ale z czasem mieszka ców Ziemi przybyło i wczesn wiosn 2059 roku było ich ju tak du o, e zacz li opuszcza rodzinn planet i zapełnia sztuczne wiaty i satelity. Zdolno tworzenia własnych wiatów, sama czelno , by porwa si na co takiego, niestety nie oznaczała, e przestali zabija bli nich. Metody były czasem zdumiewaj co wyrafinowane, kiedy indziej - całkiem prymitywne, ale ludzie, pozostaj c lud mi, potrafili wbi komu prosto w serce zaostrzony kołek z powodu kłótni o zagon sałaty. Przez stulecia natura ludzka wymy liła wiele sposobów zabijania, przybyło motywów i potencjalnych ofiar. Zrodziła si te potrzeba karania winnych i stworzono po temu cały system. Karanie winnych i potrzeba oddania sprawiedliwo ci pokrzywdzonym stały si - a mo e były od czasów tamtego skrajnego przypadku rywalizacji braci - sztuk i nauk . W obecnych czasach bardzo szybko morderstwo prowadziło do miejsca odosobnienia. W stalowo - betonowej klatce ma si du o czasu na rozmy lania o tym, gdzie popełniło si bł d. Ale umieszczenie winowajcy tam, gdzie zgodnie z poczuciem sprawiedliwo ci jego miejsce, pozostało sztuk . Wymagało istnienia całej organizacji. A organizacja poci ga za sob konieczno stworzenia zasad, technik post powania, zapewnienia dopływu siły roboczej. I od czasu do czasu konferencji, by edukowa i informowa . Je li chodzi o porucznik Eve Dallas, wolała stawi czoło zgrai szalonych punów, ni poprowadzi seminarium na temat morderstwa. puny przynajmniej nie peszyły człowieka kompletnie. Jakby mało było tego, e wytypowano j do udziału w Mi dzyplanetarnej Konferencji Ochrony Porz dku Publicznego i Bezpiecze stwa, jakby nie do przera aj ce było to, e jej własny komendant polecił Eve poprowadzi owo seminarium, to jeszcze na dodatek cały ten cholerny sp d miał si odby poza Ziemi .

Nie mogli tego zrobi w Nowym Jorku? - my lała Eve, le c na brzuchu w hotelowym łó ku. Nie mogli znale adnego odpowiedniego na to miejsca na całej przekl tej Ziemi? Nie, musieli wysła gliniarzy i techników w kosmos. Bo e, nienawidziła podró y kosmicznych. I w całym znanym wszech wiecie komisja ustalaj ca miejsce konferencji musiała wybra centrum rekreacyjne Olympus. Eve czuła si okropnie nie tylko dlatego, e znajdowała si w kosmosie, ale równie dlatego, e musiała wygłosi odczyt na seminarium w sali konferencyjnej jednego z najbardziej luksusowych hoteli nale cych do jej m a. To było kr puj ce. Podst pny sukinsyn, pomy lała, zastanawiaj c si , czy zregenerowały si ju wszystkie jej mi nie i ko ci, które doznały wstrz su podczas l dowania na Olympusie. Zaplanował to i wcielił w ycie. A teraz ona musiała za to płaci . Musiała udziela si towarzysko, uczestniczy w spotkaniach. Musiała - najdro szy Jezu - wygłosi mow . A za niespełna tydzie b dzie musiała znów wsi do wyszukanej lataj cej miertelnej pułapki Roarke'a, eby wróci do domu. Poniewa na sam my l o tym wywracały jej si wn trzno ci, zacz ła rozwa a , jakie s plusy sp dzenia reszty ycia na Olympusie. Czy byłoby to bardzo trudne? Znajdowały si tu hotele, kasyna, domy, bary, sklepy. Czyli mieszkali tu ludzie. Tam, gdzie s ludzie - błogosławiona niech b dzie ich podst pna natura - tam zdarzaj si przest pstwa. A tam, gdzie przest pstwa, s potrzebni gliniarze. Mogła zamieni odznak Policji Nowego Jorku na identyfikator funkcjonariusza Mi dzyplanetarnej Jednostki Ochrony Porz dku Publicznego. - Mogłabym pracowa w policji mi dzyplanetarnej - mrukn ła pod nosem. - Naturalnie. - Roarke sko czył analizowanie raportu o jednej ze swoich nieruchomo ci. - Ani si zorientujesz, jak spowszednieje ci podró owanie z Ziemi na stacj kosmiczn czy satelit . Poza tym wygl dałaby uroczo w tym niebiesko - białym mundurze i botkach do kolan. Te słowa podziałały na ni jak zimny prysznic. No tak, okre lenie „mi dzyplanetarny” w nazwie jednostki ostatecznie nie pozostawia złudze . - Pocałuj mnie gdzie . - Prosz bardzo. - Podszedł do niej, pochylił si i dotkn ł ustami jej po ladka. A potem zacz ł je przesuwa wy ej. W przeciwie stwie do ony, czuł przypływ energii, kiedy podró ował w kosmosie.

- Je li s dzisz, e zgodz si na bara - bara, kolego, to jeste w bł dzie. - Zaryzykuj . - Niespiesznie przesuwał ustami wzdłu jej pleców. Kiedy dotarł do karku, zacz ł całowa szyj Eve tu poni ej linii krótko ostrzy onych, w tej chwili potarganych, włosów. I czuj c, jak po ciele jego ony przebiegł dreszcz, u miechn ł si szeroko i przewrócił j na wznak. Zmarszczył lekko czoło, dotykaj c palcem dołka w jej brodzie. - Jeste jeszcze troch blada. Spojrzała na niego chmurnie swoimi złotobr zowymi oczami, a na jej wargach pojawił si zło liwy u miech. - Jak tylko znów stan na nogi, zdziel ci w t twoj ładn bu k . - Ju nie mog si doczeka . A na razie... - Zacz ł rozpina jej koszul . - Zboczeniec. - Dzi kuj , pani porucznik. - Poniewa nale ała do niego, co stale wywoływało w nim zachwyt, pocałował j w dekolt, potem ci gn ł jej buty i spodnie. - I mam nadziej , e wkrótce dojdziemy do cz ci perwersyjnej naszego programu. Ale na razie... - Wzi ł j na r ce i wyniósł z sypialni. - Chyba skorzystamy z kilku zabiegów przywracaj cych form po locie. - Dlaczego musz by do nich naga? - Bo lubi ci nag . Wszedł do łazienki. Nie, nie do łazienki, pomy lała Eve. To zbyt pospolite słowo na okre lenie tej oazy zmysłowych rozkoszy. Wanna przypomniała ciemnoniebieskie jezioro, zasilane przez błyszcz ce, srebrne rury wygi te tak, e podobne były do kwiatów. Krzewy ró ane, których gał zki uginały si pod ci arem białych kwiatów wielko ci spodka, rosły po obu stronach marmurowych schodów, prowadz cych do cz ci prysznicowej, gdzie po błyszcz cych cianach spływała ju łagodnie kaskada wody. Wysokie walce suszarek porastała kwitn ca ro linno . Eve uznała, e ka dy, kto z nich korzysta, wygl da jak pos g w ogrodowej altanie. Za szklan cian rozci gało si bezchmurne niebo, któremu filtr, chroni cy przed w cibskimi spojrzeniami, nadawał złotawy odcie . Roarke poło ył j na mi kkich poduszkach i podszedł do jednego z wygi tych blatów, ci gn cych si wzdłu cian. Przesun ł płytk i nastawił program na ukrytym pod ni sterowniku. Woda zacz ła wypełnia wann , wiatło przygasło, w powietrzu rozbrzmiały d wi ki koj cej muzyki. - Bior k piel? - spytała go. - Na zako czenie sesji. A teraz odpr si . Zamknij oczy. Nie zrobiła tego. Nie mogła

sobie odmówi przyjemno ci obserwowania go, jak krz tał si po salonie k pielowym, dodawał do wanny co , co przemieniło si w pian , nalewał do szklanki jaki jasnozłoty płyn. Był wysoki i poruszał si z wrodzon gracj . Jak kot, pomy lała. Du y, niebezpieczny kot, który tylko udaje, e jest oswojony, kiedy mu to odpowiada. Miał czarne, g ste włosy dłu sze ni ona. Si gały mu prawie do ramion i stanowiły idealne obramowanie twarzy, która przywodziła na my l mroczne anioły, poetów - jasnowidzów i bezwzgl dnych wojowników. Kiedy patrzył na ni tymi swoimi w ciekle niebieskimi oczami, czuła, jak miło wypełnia ka d komórk jej ciała, nie mog c pomie ci si w sercu. Nale ał do niej, pomy lała. Dawny zły chłopak z Irlandii, który zdobył maj tek i pozycj , nie przebieraj c w rodkach. - Wypij to. Lubił si o ni troszczy , pomy lała, bior c szklank , któr jej podał. Ona, zagubione dziecko, bezwzgl dna policjantka, nie mogła zadecydowa , czy j to irytuje, czy te sprawia jej przyjemno . Przypuszczała, e najcz ciej po prostu czuje si zakłopotana. - Co to jest? - Co dobrego. - Wzi ł od niej z powrotem szklank i wypił łyk, eby to udowodni . Kiedy spróbowała, stwierdziła, e jak zwykle miał racj . Na jego twarzy wida było rozbawienie, zbli ył si i dotkn ł jej ramienia, a Eve zmru yła oczy i spojrzała na niego podejrzliwie. - Zamknij oczy - powiedział i wło ył jej okulary ochronne. - Na minutk - dodał. Przed jej zamkni tymi powiekami rozbłysło wiatło. Gł bokie bł kity i ciepłe czerwienie zmieniały si wolno, tworz c psychodeliczne wzory. Poczuła, jak Roarke masuje jej ramiona i sztywne mi nie karku. Dłonie miał wysmarowane czym liskim, chłodnym i pachn cym. Poczuła, jak jej ciało odpr a si po trudach lotu. - To nie takie złe - mrukn ła i zapadła w sen. Zabrał szklank z dłoni Eve, kiedy jej organizm poddał si działaniu dziesi ciominutowego programu odnowy, który dla niej wybrał. Okłamał j , e trwa to tylko minut . Kiedy si odpr yła, nachylił si , by pocałowa j w czubek głowy, a potem przykrył jedwabnym prze cieradłem. Wiedział, e Eve jest u kresu wytrzymało ci nerwowej. Je li doda do tego stres i zm czenie po trudnym ledztwie, które wła nie zako czyła, i bezpo rednio po tym lot na konferencj poza Ziemi , czego nienawidziła, nic dziwnego, e jej organizm si zbuntował. Zostawił j pi c i wyszedł, eby dopilnowa kilku drobiazgów w zwi zku z imprez

zaplanowan na dzisiejszy wieczór. Wrócił akurat wtedy, kiedy rozległ si cichy brz czyk oznaczaj cy koniec programu. Eve poruszyła si na le ance. - Rany! - Zamrugała powiekami i przesun ła r k po włosach, kiedy Roarke zdj ł jej okulary ochronne. - Lepiej si czujesz? - Czuj si wietnie. - Do łatwo pokona zm czenie podró . Po k pieli b dziesz jak nowonarodzona. Obejrzała si za siebie, zobaczyła, e wanna jest pełna, a na wodzie unosi si piana. - Jestem tego pewna. - U miechaj c si wstała i przeszła przez pomieszczenie, by wej do wanny, wpuszczonej w posadzk . Kiedy zanurzyła si po szyj , westchn ła gł boko. - Czy mog prosi o wino czy te o to, co to było? - Naturalnie. - Przyniósł szklank i postawił na szerokim gzymsie za głow Eve. - Dzi ki. Musz powiedzie , e to jest... - Urwała i przycisn ła palce do skroni. - Boli ci głowa, Eve? - spytał zaniepokojony i w tej samej chwili znalazł si w wodzie razem z ni . Kiedy si wynurzył, u miechała si szeroko, trzymaj c go za jego klejnoty rodowe. - Fajtłapa - powiedziała. - Dewiantka. - Nie przecz . Pozwól, e ci poka , jak zako cz ten program regeneracji sił, asie. * Odpr ona i zadowolona z siebie, po wyj ciu z wanny szybko si wysuszyła. Je li miała przed sob jeszcze tylko kilka dni ycia, zanim zderzy si z zabł kanym meteorem i spali na popiół, kiedy wybuchnie paliwo rakietowe, w drodze powrotnej do domu, mo e wykorzysta ten czas na maksa. Wzi ła szlafrok, owin ła si nim i wolno przeszła do sypialni. Roarke zd ył ju wło y spodnie i przygl dał si czemu , co wygl dało na jaki szyfr, który przesuwał si na ekranie teleł cza w sypialni. Na łó ku le ała jej suknia, przynajmniej przypuszczała, e to suknia. Zmarszczyła czoło i podeszła do łó ka, eby dotkn br zowej tkaniny. - Czy bym to zapakowała? - Nie. - Nawet na ni nie spojrzał. I bez tego całkiem wyra nie oczami duszy widział jej podejrzliwy wzrok. - Zapakowała koszule i spodnie na kilka dni. Summerset poczynił pewne poprawki w twojej garderobie na konferencj .

- Summerset - wysyczała jak w . Kamerdyner Roarke'a był zmor jej ycia. - Pozwoliłe mu grzeba w moich ubraniach? Teraz b d je musiała spali . Chocia Roarke w ci gu ostatniego roku wprowadził znaczne zmiany w jej garderobie, jego zdaniem Eve nadal miała w swojej szafie rzeczy, które nale ało spali . - Rzadko w czymkolwiek grzebie. Jeste my ju troch spó nieni - dodał. - Przyj cie koktajlowe zacz ło si dziesi minut temu. - To tylko pretekst, eby zgraja gliniarzy si upiła. Nie widz powodu, ebym miała si z tej okazji tak stroi . - Posłu si swoj wyobra ni , Eve. Jeste wa n prelegentk i jednym z vipów na tej konferencji. - Nienawidz tego. Wystarczy, e musz towarzyszy tobie na takich imprezach. - Nie powinna si przejmowa tym, jak wypadnie twoje wyst pienie na seminarium. - Kto powiedział, e si tym przejmuj ? - Złapała sukienk . - Czy dobrze widz , e jest przezroczysta? Usta mu drgn ły. - Niezupełnie. * Eve przekonała si , e okre lenie „niezupełnie” jest nadzwyczaj adekwatne. Materiał wydawał si cienki jak mgiełka, nie kr pował ruchów. Ledwo zasłaniał to, co najwa niejsze. Ale poniewa jej wyczucie mody mo na było zmie ci na mikroczipie i jeszcze zostałoby na nim du o wolnego miejsca, Eve musiała zało y , e Roarke wie, co robi. Słysz c gwar dobiegaj cy z sali balowej, pokr ciła głow . - Zało si , e połowa z nich ju jest wstawiona. Serwujesz tu to, co najlepsze, prawda? - Nasza ci ko pracuj ca policja zasługuje na to, co najlepsze. - Znaj c swoj on , Roarke uj ł jej r k i poci gn ł Eve za sob przez otwarte drzwi. Ogromna sala była wypełniona po brzegi. Zjechali si tu policjanci, technicy i konsultanci z całej Ziemi oraz jej satelitów. Sam kwiat sił porz dkowych. - Nie denerwujesz si , przebywaj c w jednym pomieszczeniu z czterema tysi cami gliniarzy? - spytała Roarke'a. - Wprost przeciwnie, moja pani porucznik - odpowiedział ze miechem. - Czuj si bardzo bezpiecznie. - Prawdopodobnie niektórzy z nich kiedy próbowali ci przyskrzyni .

- Podobnie, jak ty. - Uj ł jej dło i zanim zdołała go powstrzyma , pocałował. - Spójrz, gdzie ci to zaprowadziło. - Dallas! - Podbiegła do niej Delia Peabody. Miała na sobie krótk , czerwon sukienk , a nie odprasowany mundur. Ciemne włosy nakr ciła na wałki i podtapirowała. A wysoki kieliszek, który trzymała, był ju do połowy opró niony, zauwa yła Eve. - Peabody! A wi c dotarła tutaj. - Lot przebiegł bez kłopotów, wyl dowali my o czasie. Roarke, to naprawd niesamowite miejsce. Nie mog uwierzy , e tu jestem. Naprawd dzi kuj , e mnie tu wkr ciła , Dallas. Wła ciwie Eve nie załatwiła tego, by wy wiadczy Delii przysług . Doszła do wniosku, e skoro ona ma cierpie podczas seminarium, to jej partnerka te powinna pocierpie . Ale wszystko wskazywało na to, e Peabody jest zachwycona. - Przyleciałam z Feeneyem i jego on - ci gn ła - oraz doktor Mir i jej m em. Morris i Dickie, Silas z wydziału bezpiecze stwa, Lewart z prewencji te s gdzie tutaj. I jeszcze kilka osób z komendy głównej i komisariatów dzielnicowych. Policja nowojorska naprawd jest godnie reprezentowana. - wietnie. - Eve mogła si spodziewa , e przez wiele tygodni b d si nabijali z jej wyst pienia. - Troch pó niej spotykamy si wszyscy w sali Moonscape. - Po co? Zaledwie wczoraj si widzieli my. - Na Ziemi. - Peabody niemal wyd ła wargi pomalowane ciemnoczerwon szmink . - To co innego. Eve krytycznym spojrzeniem obrzuciła eleganck sukienk swojej partnerki. - Nie mów. - Mo e przynios paniom co do picia? Dla ciebie wino, Eve? A dla ciebie, Peabody? - Niebia ski Orgazm. Mam na my li koktajl, a nie reakcj na twój widok. Rozbawiony Roarke poklepał j po ramieniu. - Zajm si tym. - Och, bardzo bym chciała - mrukn ła Peabody, kiedy zostały same. - Zamknij si . - Eve rozejrzała si po zebranych, wyławiaj c gliniarzy po ród ich mał onków, techników i konsultantów. Jej uwag zwróciła du a grupa zebrana w południowo - wschodnim k cie sali. - Co si tam dzieje? - Tam jest wielka szycha. Były komendant Douglas R. Skinner. - Peabody wyci gn ła r k , w której trzymała kieliszek, a potem si napiła. - Znasz go?

- Nie. Ale du o o nim słyszałam. - Stał si legend . Jeszcze mu si nie przyjrzałam, bo cały czas otacza go ze sto osób. Przeczytałam wi kszo jego ksi ek. O tym, jak prze ył wojny miast i dbał o bezpiecze stwo rejonu, za który odpowiadał. Został ranny podczas obl enia Atlanty, ale si nie dał. To prawdziwy bohater. - Gliniarze nie s bohaterami, Peabody. Tylko wykonujemy swoje obowi zki.

ROZDZIAŁ 2 Eve nie interesowała si legendami, bohaterami ani emerytowanymi gliniarzami, którzy zgarniali kup forsy, wygłaszaj c odczyty albo produkuj c si w roli konsultantów. Chciała jedynie doko czy swojego jedynego drinka, pokaza si na przyj ciu - i to tylko dlatego, e własny komendant jej to nakazał - a potem si ulotni . Pomy lała, e wystarczy, jak jutro we mie si do pracy. S dz c po gwarze panuj cym w sali, wszyscy byli tego samego zdania. Ale okazało si , e zainteresowała si ni ywa legenda. Ledwo podano jej kieliszek z winem i zacz ła sobie planowa najmniej irytuj c tras po sali, kiedy kto tracił j w rami . - Porucznik Dallas. - Szczupły m czyzna o ciemnych włosach tak krótko ostrzy onych, e jego czaszka wygl dała, jakby była oklejona papierem ciernym, skin ł jej głow . - Bryson Hayes, osobisty sekretarz komendanta Skinnera. Komendant bardzo chciałby pani pozna . Prosz pozwoli ze mn . - Komendant - odpowiedziała Eve, zanim Hayes zd ył si odwróci - sprawia wra enie do zaj tego w tej chwili. B d tu przez cały tydzie . Hayes wolno opu cił i uniósł powieki i utkwił w niej wzrok. - Komendant chce pozna pani teraz, pani porucznik. Ma bardzo napi ty grafik podczas całej konferencji. - Id - szepn ła Peabody, tr caj c Eve łokciem. - Id , Dallas. - Z wielk przyjemno ci poznamy komendanta Skinnera. - Roarke rozwi zał problem, odstawiaj c swój kieliszek, po czym uj ł Eve i Peabody pod rami . Peabody obdarzyła go spojrzeniem pełnym zachwytu, a Eve spojrzała na niego gniewnie, marszcz c brwi. Nim Hayes zdołał zaprotestowa , Roarke poprowadził obie panie przez sal balow . - Robisz to wył cznie dlatego, eby mnie wkurzy - zauwa yła Eve. - Niezupełnie, ale wielk przyjemno sprawiło mi wkurzenie Hayesa. Odrobina dyplomacji, pani porucznik. - Lekko cisn ł jej rami . - To jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Zgrabnie przeprowadził je przez tłum i u miechn ł si dopiero, kiedy Hayes, zaciskaj c z by, dogonił ich w ostatniej chwili. Razem przecisn li si przez otaczaj cy komendanta wianuszek wielbicieli.

Skinner był niski, ledwo si gał Eve do ramienia. Zaskoczyło j , e człowiek ciesz cy si tak wielk sław jest tak niewielkiego wzrostu. Wiedziała, e komendant ma siedemdziesi t lat, ale zachował doskonał form . Wprawdzie jego twarz pokrywała siateczka zmarszczek, lecz skóra nie była obwisła. Podobnie jak ciało. Nie ukrywał swojej siwizny, nie dopu cił jednak, by włosy mu si przerzedziły. Strzygł je krótko, na rekruta. Jego oczy pod prostymi, siwymi brwiami miały kolor niebieski. Trzymał mał szklaneczk z bursztynowym płynem. Na palcu l nił gruby, złoty sygnet, który dostał na pi dziesi ciolecie słu by. Eve zmierzyła go wzrokiem w ci gu kilku sekund, podobnie jak on j , co te nie uszło jej uwagi. - Porucznik Dallas. - Komendancie Skinner. - U cisn ła jego wyci gni t dło . Stwierdziła, e jest zimna, sucha i delikatniejsza, ni si tego spodziewała. - Moja partnerka, sier ant Peabody. Jeszcze przez ułamek sekundy przygl dał si Eve, a potem przeniósł wzrok na Peabody. Wygi ł usta. - Zawsze mi miło spotka jednego z naszych mundurowych. - Dzi kuj panu. To dla mnie zaszczyt pozna pana, komendancie. Mi dzy innymi to pa ska działalno skłoniła mnie do wst pienia do policji. - Jestem pewien, e Komenda Policji w Nowym Jorku ma szcz cie, e pani tam słu y. Pani porucznik, chciałbym... - Mój m - przerwała mu Eve. - Roarke. Wyraz twarzy Skinnera si nie zmienił, ale stał si bardziej oficjalny. - Tak, rozpoznałem Roarke'a. Przez kilka ostatnich lat swojej pracy zajmowałem si pa sk osob . - Pochlebia mi to. Domy lam si , e to pa ska ona. - Roarke skupił swoj uwag na kobiecie stoj cej obok Skinnera. - Miło mi pani pozna . - Dzi kuj . - Miała łagodny głos mieszkanki południa Stanów Zjednoczonych. - Pa ski Olympus to wspaniałe osi gni cie. Ju si nie mog doczeka , kiedy poznam go lepiej podczas naszego pobytu tutaj. - Z najwi ksz rado ci zorganizuj wycieczk i transport. - Jest pan zbyt uprzejmy. - Przesun ła lekko dłoni po ramieniu m a. Była niezwykł kobiet . Eve pomy lała, e musi by mniej wi cej w wieku swojego m a, poniewa jego wieloletnie mał e stwo stanowiło cz nieskalanej opinii Skinnera. Ale albo wyj tkowe DNA, albo doskonały zespół chirurgów plastycznych sprawił, e zachowała

młodzie cz urod . Miała czarne włosy, a karnacja jej skóry wiadczyła, e w jej yłach płyn ła krew przedstawicieli ró nych ras. Wło yła dzi w sk , srebrn sukni i brylanty jak gwiazdy. Nosiła je z tak swobod , jakby si do tego urodziła. Spojrzała na Eve z grzecznym zainteresowaniem. - Mój m podziwia pani osi gni cia zawodowe, porucznik Dallas, a trzeba by kim niepospolitym, by zasłu y sobie na jego podziw. Roarke, mo e damy tej dwójce policjantów troch czasu, eby mogli porozmawia o sprawach zawodowych? - Dzi kuj , Belle. Wybaczy nam pani, Peabody? - Skinner wskazał stolik, otoczony przez trzech ochroniarzy w czarnych garniturach. - Pani porucznik? Pozwoli pani? - Kiedy usiedli, m czy ni cofn li si o krok. - Ochrona na konferencji gliniarzy? - Przyzwyczajenie. Zało si , e ma pani w torebce bro i odznak . Lekko skin ła głow . Wolałaby mie je przy sobie, ale nie pozwalał na to krój sukni. - O co chodzi, komendancie? - Belle ma racj . Podziwiam pani osi gni cia zawodowe. Kiedy si dowiedziałem, e we miemy udział w tej samej konferencji, zaintrygowało mnie to. Na ogół nie wyra a pani zgody na wygłaszanie odczytów. - To prawda. Wol pracowa w terenie. - Tak samo jak ja kiedy . To jak wirus. - Odchylił si na oparcie i uniósł szklaneczk do ust. Eve z zaskoczeniem zauwa yła, e r ka lekko mu dr y. - Ale praca w terenie niekoniecznie oznacza, e trzeba patrolowa ulice. Kto musi dowodzi zza biurka, z gabinetu, z kwatery. Dobry policjant, inteligentny policjant, awansuje. Tak jak pani awansowała, pani porucznik. - Dobry policjant, inteligentny policjant prowadzi ledztwa i wsadza do wi zienia złoczy ców. Skinner roze miał si krótko. - Uwa a pani, e to wystarczy, eby sobie zasłu y na belki kapitana, na gwiazd komendanta? Nie, słowo „naiwna” nie pojawiło si w adnych raportach, jakie o pani czytałem. - Dlaczego czytał pan raporty na mój temat? - Mo e nie jestem czynnym policjantem, ale nadal pozostaj konsultantem. Nadal wtr cam swoje trzy grosze. - Nachylił si ponownie. - Zajmowała si pani kilkoma bardzo

powa nymi sprawami o morderstwo, pani porucznik, i udało si pani uj sprawców. Wprawdzie nie zawsze pochwalam pani metody pracy, ale jej rezultaty pozostaj niekwestionowane. Rzadko uznaj policjantk za wart tego, by została dowódc . - Przepraszam, co ma do tego płe ? Skinner uniósł r k w taki sposób, e Eve zorientowała si , i ju wcze niej prowadził dyskusje na ten temat i był nimi znu ony. - Według mnie m czy ni i kobiety zostali stworzeni do ró nych celów. M czy ni s wojownikami, ywicielami, obro cami. Kobiety s matkami, opiekunkami. Liczne teorie naukowe to potwierdzaj , a z cał pewno ci wzorce społeczne i religijne to umacniaj . - Czy by? - spytała cicho. - Mówi c szczerze, nigdy nie akceptowałem kobiet w policji i na pewnych stanowiskach w administracji pa stwowej. Cz sto rozpraszaj uwag i rzadko s w pełni dyspozycyjne. Mał e stwo i dzieci szybko odsuwaj wszystko inne w cie , tak jak powinno by w przypadku kobiety. - Komendancie Skinner, w tych okoliczno ciach najdelikatniej mog wyrazi swoj opini mówi c, e wstawia mi pan głodne kawałki. Wybuchn ł długim, gło nym miechem. - Pani porucznik, widz , e opinia, jak si pani cieszy, nie jest nic a nic przesadzona. Z pani akt wynika równie , e jest pani bystra i nie traktuje pani odznaki jak broszki, któr Codziennie rano bierze pani z toaletki. Jest pani naprawd oddana swej pracy. I pod tym wzgl dem jeste my do siebie podobni. Przez pi dziesi t lat robiłem to, co nale ało zrobi , a potem zajmowałem si kolejn spraw . W wieku czterdziestu czterech lat zostałem komendantem. Czy chciałaby pani móc kiedy to samo powiedzie o sobie? Wiedziała, kiedy kto próbuje j podpuszcza , wi c zachowała oboj tn min i ton. - Nie my lałam o tym. - Je li to prawda, rozczarowała mnie pani. Je li to prawda, prosz zacz o tym my le . Czy wie pani, pani porucznik, o ile bli ej byłaby pani teraz awansu na kapitana, gdyby nie podj ła pani kilku nierozs dnych decyzji osobistych? - Naprawd ? - Poczuła pieczenie w trzewiach. - A sk d pan wie, jak szybko mo e zrobi karier policjantka z wydziału zabójstw w Nowym Jorku? - Postarałem si o to, eby wiedzie takie rzeczy. - Zacisn ł woln r k w pi i lekko, rytmicznie zacz ł ni uderza w stolik. – Nie zdołałem zamkn jednej sprawy, czego bardzo ałuj . Jest kto , komu zawsze udawało si wymkn , nim zdołałem go przyskrzyni . Razem by nam si to udało. Załatwi dla pani te belki kapita skie, pani porucznik. A pani niech mi pomo e zamkn Roarke'a.

Eve spojrzała na swoje wino i wolno przesun ła palcem wzdłu kraw dzi kieliszka. - Panie komendancie, oddał pan tej pracy pi dziesi t lat swego ycia. Przelewał pan w niej krew. I tylko dlatego nie oberwie pan ode mnie w twarz za zniewag . - Prosz si zastanowi - powiedział, kiedy Eve wstała. - Nigdy nie nale y przedkłada uczu nad obowi zki. Zamierzam go dopa . Nie cofn si przed niczym, eby to osi gn . Ledwo mog c opanowa w ciekło , Eve nachyliła si bardzo nisko i szepn ła mu prosto do ucha: - Prosz spróbowa . A przekona si pan, e nie jestem jak cholern nia k . Cofn ła si o krok i zobaczyła, e jeden z ochroniarzy zagrodził jej drog . - Komendant jeszcze nie sko czył rozmawia z pani - o wiadczył. - Ale ja sko czyłam rozmawia z komendantem. Na ułamek sekundy oderwał wzrok od jej twarzy, nieznacznie skin ł głow , po czym podszedł do niej bli ej i zacisn ł dło na jej ramieniu. - Prosz usi , pani porucznik, i zaczeka , a dostanie pani pozwolenie, by si oddali . - Zabierz łap . Zabierz j albo po ałujesz. Jeszcze mocniej zacisn ł palce na jej ramieniu. - Siadaj i zaczekaj, a wolno ci b dzie wsta . Albo po ałujesz. Spojrzała na Skinnera, a potem na twarz ochroniarza. - Uprzedzałam ci . Jednym krótkim, prostym ciosem złamała mu nos, a potem kopni ciem powaliła drugiego ochroniarza, kiedy rzucił si na pomoc koledze. Nim zrobiła obrót, zd yła wsun r k do torebki i złapa bro . - Prosz trzyma swoje psy na smyczy - powiedziała Skinnerowi. Spojrzała na twarze gliniarzy, którzy odwrócili si i podeszli bli ej. Popatrzyła, czy grozi jej jakie niebezpiecze stwo z ich strony, ale doszła do wniosku, e nie, wi c odwróciła si na pi cie i przeszła przez o ywiony tłum. Była prawie przy drzwiach, kiedy Roarke pojawił si obok niej i poło ył jej dło na ramieniu. - Kochanie, masz krew na sukience. - Naprawd ? - Wci nabuzowana, Eve spojrzała na mał plamk . - To nie moja krew. - Zauwa yłem. - Musz z tob porozmawia . - Hmm. W takim razie chod my na gór , przekonamy

si , co pokojówka mo e zrobi z t plam krwi. Porozmawiamy, zanim zejdziemy, eby si napi z twoimi kolegami z Komendy Głównej. - Dlaczego, do jasnej cholery, nie powiedziałe mi, e znasz Skinnera? Roarke zatrzymał si przed prywatn wind , ł cz c parter z apartamentem wła ciciela obiektu, i wstukał kod. - Nie znam go. - Ale on z cał pewno ci zna ciebie. - Domy liłem si . - Zaczekał, a znale li si w windzie, nim pocałował Eve w skro . - Kochanie, wielu gliniarzy interesowało si moj skromn osob . - On nadal si tob interesuje. - Prosz bardzo. Jestem uczciwym biznesmenem. Praktycznie rzecz bior c, filarem społecze stwa. Uratowanym przez miło dobrej kobiety. - Nie mów tak, bo te oberwiesz. - Eve wymaszerowała z windy i przeszła przez urz dzony z przepychem salon prosto na taras, eby ochłon na wie ym powietrzu. - Sukinsyn. Ten dra chce, ebym pomogła mu ci dopa . - To do obcesowe zachowanie - powiedział łagodnie Roarke. - Porusza taki temat, kiedy dopiero co ci poznał, do tego podczas przyj cia koktajlowego. Dlaczego s dził, e si zgodzisz? - Chciał mnie skusi awansem na kapitana. Powiedział, e mo e mi to załatwi , w przeciwnym razie znajd si na szarym ko cu kolejki do awansów, gdy podejmuj niewła ciwe decyzje w yciu osobistym. - Miał na my li mnie. - Min ło mu rozbawienie. - Czy to prawda? Czy rzeczywi cie nie masz szans na awans z powodu mał e stwa ze mn ? - Sk d, u diabła, mam wiedzie ? - Eve nadal wzburzona zniewag , jaka j spotkała, natarła na niego. - My lisz, e mi na tym zale y? My lisz, e awans mnie rajcuje? - Nie. - Podszedł do niej i przesun ł dło mi po jej ramionach. - Wiem, co ci rajcuje. mier . - Nachylił si i dotkn ł ustami jej czoła. - Przeliczył si . - Zrobił co głupiego i pozbawionego sensu. Nawet nie zadał sobie trudu, eby mnie jako przygotowa , tylko waln ł prosto z mostu. Obrał zł strategi - ci gn ła. - Kiepsko to rozegrał. Chce ci udupi , Roarke, i to tak bardzo, e zaryzykował nagan za prób przekupstwa, gdybym zameldowała o tej rozmowie i kto by mi uwierzył. Dlaczego? - Nie wiem. - A to, czego si nie wie, pomy lał, zawsze jest niebezpieczne. Zainteresuj si tym. Tak czy inaczej, za twoj spraw przyj cie koktajlowe niew tpliwie zyskało na atrakcyjno ci.

- Zwykle działam bardziej subtelnie, tylko zgniotłabym jaja temu dupkowi za to, e wszedł mi w drog . Ale Skinner zacz ł opowiada , e kobiety nie powinny pracowa w policji, poniewa z natury s opiekunkami ogniska domowego. Dlatego uznałam, e złapanie faceta za jaja byłoby zbyt dziewczy skim posuni ciem. Roarke roze miał si i przyci gn ł j bli ej do siebie. - Kocham ci , Eve. - Tak, tak. - Ale znów si u miechała, kiedy go obj ła. * Wła ciwie siedzenie w cisku jedno obok drugiego przy stole w klubie, gdzie program rozrywkowy przewidywał muzyk zagra aj c b benkom w uszach, nie nale ało do ulubionych sposobów sp dzania wolnego czasu przez Eve. Ale kiedy odreagowywała wi ksz awantur , opłacało si mie wokół siebie przyjaciół. Za stołem zebrała si cała mietanka policji nowojorskiej. Eve siedziała wci ni ta mi dzy Roarke'a a Feeneya, szefa wydziału przest pstw elektronicznych. Feeney, który zwykle miał min winowajcy, z wyra n przyjemno ci patrzył na estrad . Po drugiej stronie Roarke'a siedziała doktor Mira, jak zawsze elegancka, popijaj c brandy Alexander i przygl daj c si wykonawcom, trójce muzyków pomalowanych w czerwono - biało - niebieskie pasy, wykonuj cej szalone, thrash - rockowe riffy podczas grania ameryka skiej muzyki folkowej. Poza tym przy stoliku siedzieli te Morris, pato- morfolog, i Peabody. - Szkoda, e moja ona poszła spa . - Feeney pokr cił głow . - Trzeba to zobaczy , eby w to uwierzy . - Fantastyczny program - zgodził si z nim Morris. Długie, ciemne włosy splótł w warkocz i zwi zał go srebrn wst k . Poły jego płaszcza, si gaj cego do połowy łydki, te l niły srebrzy cie. Jak na patomorfologa, pomy lała Eve, ubierał si bardzo ekstrawagancko. - Ale obecna tu Dallas... - Morris mrugn ł do niej - ... te dała wietny popis na rozgrzewk . - Cha, cha - roze miała si Eve. Morris u miechn ł si pogodnie. - Zarozumiała pani porucznik powala na ziemi ochroniarzy owianego legend komendanta na zje dzie gliniarzy w luksusowym o rodku wypoczynkowym poza Ziemi . Musiała to wiczy przez cały lot tutaj.

- Ładny lewy prosty - skomentował Feeney. - I dobre wyko czenie akcji wyrzutem nogi. Skinner to dupek. - Dlaczego tak uwa asz, Feeney? - spytała Peabody. - To niemal bohater narodowy. - A kto powiedział, e bohaterowie narodowi nie mog by dupkami? - Kapitan nie dał si zbi z pantałyku. - Lubi si przechwala , jak to w pojedynk zwyci ał podczas wojen miast. Je dzi i opowiada o tym, jakby była to tylko kwestia obowi zku, patriotyzmu. Tymczasem chodziło o przetrwanie. I była to wstr tna wojna, bez odrobiny romantyzmu. - Dla kogo , kto walczył, typowe jest idealizowanie walki - wtr ciła Mira. - Nie ma nic romantycznego w podrzynaniu gardeł albo w widoku Pi tej Alei zasłanej trupami. - Ale zebrało si wam na opowiadanie wesołych historyjek. - Morris postawił przed Feeneyem pełn szklank . - Wypij jeszcze jedno piwo, kapitanie. - Gliniarze nie rozpowiadaj na prawo i lewo o swojej pracy. - Feeney poci gn ł piwo ze szklanki. - Po prostu robi to, co do nich nale y. Gdybym był bli ej, Dallas, pomógłbym ci załatwi tych jego osiłków. Poniewa wino nastroiło j sentymentalnie, tr ciła go łokciem w bok. - No pewnie. Mo emy ich odszuka i stłuc na kwa ne jabłko. No wiesz, na zako czenie wieczornego przedstawienia. Roarke poło ył dło na jej ramieniu, kiedy jeden z pracowników ochrony obiektu podszedł do stolika i nachylił si , eby co mu powiedzie na ucho. Spowa niał i skin ł głow . - Kto was uprzedził - o wiadczył. - To, co zostało, le y na schodach mi dzy osiemnastym i dziewi tnastym pi trem.

ROZDZIAŁ 3 Eve stała na górze. Na zwykle nieskazitelnie białych cianach wida było teraz rozbryzgni te krew i mózg. Szaro - czerwona smuga biegła w dół schodów. Na jej ko cu le ały na wznak zwłoki. Zachował si wystarczaj cy fragment twarzy, by rozpoznała m czyzn , któremu kilka godzin temu złamała nos. - Zdaje si , e kto wkurzył si o wiele bardziej ode mnie. Czy twój ochroniarz ma Seal - It? - zwróciła si do m a. Kiedy Roarke podał jej mał puszk substancji zabezpieczaj cej, pokryła ni r ce i buty. - Przydałby si rekorder. Peabody, pomó ochronie hotelu zadba o to, by nikt nie korzystał z tej klatki schodowej. Morris - rzuciła mu puszk - idziesz ze mn ! Roarke dał jej rekorder przypinany do klapy marynarki, jakim posługiwała si ochrona hotelu. Zrobił krok w jej stron , ale Eve powstrzymała go jednym gestem r ki. - adnych cywilów, bez wzgl du na to, czy s wła cicielami hotelu, czy nie. Zaczekaj. Mo e poszedłby z Feeneyem i przypilnował, aby mu przekazano dyski z kamer ochrony, zainstalowanych w tej cz ci budynku? Zaoszcz dzi nam to troch czasu. Nie czekaj c na odpowied , zeszła po schodach i przykucn ła przy zwłokach. - Nie zdzielił go pi ci . - Przyjrzała si twarzy nieboszczyka. Z jednej strony była niemal wgnieciona, druga cz pozostała wła ciwie nietkni ta. - Lewa r ka zmia d ona. Facet był lewor czny, zauwa yłam to na przyj ciu koktajlowym. Prawdopodobnie najpierw załatwili mu lew r k , eby go unieszkodliwi . - Zgadzam si . Dallas? - Morris skin ł głow w kierunku siedemnastego pi tra. Kilka stopni ni ej le ał porzucony gruby, metalowy pr t pokryty zakrzepł krwi . - To by załatwiło spraw . Mog si skonsultowa z miejscowym lekarzem s dowym w kwestii autopsji, ale na podstawie wst pnych ogl dzin zwłok s dz , e to wła nie narz dzie zbrodni. Chcesz, ebym skombinował kilka toreb na dowody rzeczowe i par zestawów podr cznych? Eve otworzyła usta i gło no wypu ciła powietrze nosem. Poczuła a nadto znajomy zapach mierci. - Nie nasza jurysdykcja. Musimy si zwróci do miejscowej policji. Niech to cholera. - Poniewa wła cicielem hotelu jest twój m , s sposoby, eby to obej . - By mo e. - Zabezpieczon dłoni wymacała w kału y krwi co błyszcz cego,

metalowego. Rozpoznała gwiazd , zdobi ca mundury hotelowych ochroniarzy. - Kto jest na tyle głupi, eby zatłuc faceta na mier w hotelu pełnym gliniarzy? - spytał Morris. Eve pokr ciła głow i wstała. - Bierzmy si do roboty. - Kiedy znalazła si u szczytu schodów, spojrzała w gór i w dół. Gdyby była w Nowym Jorku, ju dokonałaby dokładnych ogl dzin zwłok, ustaliła czas mierci ofiary, zebrała dane i dowody rzeczowe na miejscu zbrodni. Zadzwoniłaby do techników kryminalistyki i wysłałaby ekip , by przepytano osoby mieszkaj ce na tym pi trze. Ale nie była w Nowym Jorku. - Czy ochrona powiadomiła policj ? - spytała Roarke'a. - Ju tu jedzie. - Dobrze. wietnie. Zabezpieczymy teren i zaproponujemy nasz pomoc. - Wył czyła rekorder. - Nie mam prawa tu działa . Teoretycznie nie powinnam nawet zbli y si do ofiary. Tym bardziej e wcze niej posprzeczałam si z zamordowanym. - Jestem wła cicielem tego hotelu i ta stacja kosmiczna stanowi przedmiot mojego szczególnego zainteresowania. Mog zwróci si o pomoc do ka dego funkcjonariusza policji. - Czyli je li o to chodzi, sprawa jasna. - Eve spojrzała na niego i skin ła głow . - Jeden z twoich ochroniarzy zgubił gwiazdk . Le y tam, wymazana krwi . - Je li który z moich pracowników jest za to odpowiedzialny, udziel ci wszelkiej pomocy w ustaleniu jego to samo ci i zatrzymaniu. Znów skin ła głow . - A wi c tu te mamy jasno . Jak chroniona jest ta cz budynku? - Wsz dzie s kamery - na korytarzach, w windach i na schodach. Pełne wytłumienie. Feeney wła nie odbiera dyski. - B dzie je musiał przekaza policji. Je li to zabójstwo, najpó niej w ci gu siedemdziesi ciu dwóch godzin nale y przekaza ledztwo policji mi dzyplanetarnej. Poniewa policja mi dzyplanetarna ma tu swoich ludzi, najlepiej by było, gdyby, nie zwlekaj c, przekazano im t spraw . - Czy wła nie tego chcesz? - Niewa ne, czego chc . To nie moje ledztwo. Wyj ł chusteczk z kieszeni i otarł krew z dłoni Eve. - Czy by? Odwrócił si , kiedy z windy wysiadła szefowa lokalnej policji. Eve nie spodziewała

si brunetki o pos gowych kształtach, z długimi włosami, w czarnej, obcisłej sukience. Kiedy kobieta ruszyła korytarzem, stukaj c obcasami wysokich szpilek, Eve usłyszała, jak Morris mówi głosem pełnym zachwytu: - Ale laska. - Na lito bosk , Morris, zdob d si na odrobin powagi - zganiła go Eve. Brunetka zatrzymała si i szybko rozejrzała wkoło. - Roarke - powiedziała tonem przywołuj cym na my l gor ce noce na pustyni. - Pani komendant, przedstawiam pani porucznik Dallas z nowojorskiej komendy głównej policji, i doktora Morrisa, lekarza s dowego z Nowego Jorku. - Darcia Angelo, komendant policji na stacji Olympus. Przepraszam za mój strój. Byłam na jednej z imprez zorganizowanych w zwi zku z rozpocz ciem konferencji. Powiedziano mi, e by mo e mamy do czynienia z zabójstwem. - To z cał pewno ci zabójstwo - o wiadczyła Eve. - Ofiara to biały m czyzna w wieku trzydziestu pi ciu - czterdziestu lat. Zatłuczono go na mier . Narz dzie mordu, metalowy kij, pozostawiono na miejscu zbrodni. Ze wst pnych ogl dzin wynika, e ofiara nie yje od niespełna dwóch godzin. - Dokonano wst pnych ogl dzin? - spytała zimno Darcia. - Tak. - Có , nie zrobi z tego afery. Osobi cie zweryfikuj te ustalenia przed przybyciem moich ludzi. - Troch tam brudno - powiedziała chłodno Eve i wr czyła jej puszk Seal - It. - Dzi kuj . - Darcia zdj ła wieczorowe pantofle. Eve nie mogła jej mie tego za złe. Sama tak robiła, kiedy o tym pami tała. Darcia zabezpieczyła dłonie i nogi substancj , a potem oddała Eve puszk . Wyj ła z torebki mały rekorder i przypi ła go sobie tam, gdzie tkanina sukienki tworzyła gł boki dekolt. Morris westchn ł przeci gle, kiedy pani komendant znikn ła na klatce schodowej. - Gdzie je znajdujesz? - spytał Roarke'a. - I co zrobi , eby mie jedn tak na własno ? Nim Eve zd yła go ofukn , na korytarzu pojawił si Feeney. - Przejrzałem zawarto dysków, ale jest jeden szkopuł - zakomunikował. - Kamery na schodach zablokowano na pi dziesi t minut. Nic nie pokazuj , podobnie jak kamery na dwudziestym pi trze dwukrotnie przez sze dziesi t sekund. Kto wiedział, co si działo - dodał. - To zło ony system, w razie uszkodzenia wł cza si awaryjna kamera. Musiał to zrobi fachowiec, który miał swobodny dost p do sprz tu. - Uwzgl dniaj c przedział czasowy, musiały w tym bra udział przynajmniej dwie

osoby - o wiadczyła Eve. - Wszystko wcze niej zaplanowano, to nie jest zbrodnia w afekcie. - Znasz to samo zamordowanego? Mog zajrze do jego akt. - Szef policji jest na miejscu zbrodni - odparła oboj tnym tonem. Przez chwil Fenney miał zaskoczon min . - Ach, tak. Zapomniałem, e nie jeste my u siebie. Miejscowa policja odbierze nam spraw ? - Ta sprawa oficjalnie nigdy do was nie nale ała - odpowiedziała Darcia, wychodz c z klatki schodowej na korytarz. - Musz zaprzeczy - wtr cił Roarke. - Poprosiłem o pomoc pani porucznik i jej ekip . Na twarzy Darcii pojawiła si przez moment irytacja, ale kobieta szybko si opanowała. - Ma pan do tego pełne prawo. Pani porucznik, czy po wi ci mi pani troch swego czasu? - Nie czekaj c na odpowied , Darcia ruszyła korytarzem. - Arogancka, bezczelna, zarozumiała. - Eve spojrzała gniewnie na Roarke'a. - Rzeczywi cie umiesz dobiera sobie ludzi. Tylko si u miechn ł, spogl daj c za swoj on . - O tak, z cał pewno ci . - Słuchaj, Angelo, je li chcesz mnie ochrzani za to, e dokonałam ogl dzin zwłok, to tylko tracisz swój i mój czas. - Eve odpi ła swój rekorder i podała go kobiecie. - Na pro b wła ciciela hotelu stwierdziłam, e popełniono zabójstwo. Potem si wycofałam. Nie zamierzam ci odbiera chleba ani tej sprawy. Mam do babrania si we krwi u siebie w Nowym Jorku. Darcia odrzuciła do tyłu swoje l ni ce, czarne włosy. - Cztery miesi ce temu prowadziłam walk z dilerami zakazanych substancji w Kolumbii, codziennie ryzykuj c ycie, a i tak ledwo mi starczało na płacenie czynszu za małe, mierdz ce dwupokojowe mieszkanko. W mojej ojczy nie gliniarze nie ciesz si zbyt wielkim presti em. Podoba mi si nowe miejsce pracy. - Otworzyła torebk i wrzuciła do niej rekorder Eve. - Czy moje obecne stanowisko jest zagro one, je li odmówi przekazania tego ledztwa onie pracodawcy? - Roarke nie stacza za mnie bitew i nie zwalnia ludzi dlatego, e maj odmienne zdanie od mojego. - To dobrze. - Darcia skin ła głow . - Przez dwana cie lat uganiałam si za dilerami narkotyków, szulerami, złodziejami. Jestem dobr policjantk , ale zabójstwa to nie moja

specjalno . Nie lubi si dzieli prac , ale ch tnie skorzystam z wszelkiej pomocy, jakiej mo e mi udzieli w tej sprawie pani wraz ze swoj ekip . - wietnie. Wi c po co była cała ta heca? - Szczerze? eby my obie wiedziały, e to moje ledztwo. - Powinna pani wiedzie , e dzi wczesnym wieczorem zamordowany oberwał ode mnie po g bie. - Dlaczego? - zapytała podejrzliwie Darcia. - Wszedł mi w drog . - Rozumiem. Ciekawe, czy uda nam si zamkn t spraw , nie wchodz c sobie nawzajem w drog . Dwie godziny pó niej obie ekipy prowadz ce ledztwo zebrały si w gabinecie Roarke'a. - Zidentyfikowano ofiar jako Reginalda Weeksa, lat trzydzie ci osiem. Obecny adres zamieszkania: Atlanta w stanie Georgia. onaty, bezdzietny. Do chwili mierci zatrudniony przez Douglasa R. Skinnera jako osobisty ochroniarz. - Darcia umilkła i przechyliła głow w stron Eve. - Podczas ogl dzin zwłok na miejscu popełnienia przest pstwa stwierdzono rozległe obra enia - zacz ła mówi Eve. - Przyczyn mierci najprawdopodobniej było p kni cie czaszki. Lewa strona ciała i głowy s powa nie uszkodzone. Ofiara była ma kutem, taki sposób zaatakowania go wiadczy, e napastnik o tym wiedział. Kamery ochrony na klatce schodowej i na dwudziestym pi trze na czas napa ci zablokowano. Z miejsca zdarzenia zabrano metalowy kij, który przypuszczalnie był narz dziem zbrodni. Zabezpieczono te jako dowód rzeczowy posrebrzan metalow gwiazdk , stanowi c element munduru hotelowych ochroniarzy. Komendant Angelo? - W aktach Weeksa, które przejrzeli my do tej pory, nie ma adnych wpisów o przeszło ci kryminalnej. Od dwóch lat pracował u Skinnera. Wcze niej był zatrudniony w Zbrojnym Ramieniu, firmie wiadcz cej usługi w zakresie ochrony osobistej członkom Partii Konserwatywnej. Przedtem przez sze lat słu ył w wojsku, w Stra y Granicznej. - To wiadczy, e wie, jak wykonywa rozkazy - powiedziała Eve. - Zagrodził mi drog dzi wieczorem, poniewa Skinner albo jeden z jego ludzi dał mu znak, eby to zrobił. Jest dobrze wyszkolony, je li przez sze lat wytrzymał w Stra y Granicznej, a potem dostał prac w Zbrojnym Ramieniu. Z pewno ci nie nale ał do facetów, którzy dobrowolnie udaj si z nieznajomym na d wi koszczeln klatk schodow . Gdyby napadni to go na korytarzu,

zostałyby jakie lady. Je li nie przewie li go na dwudzieste pi tro, to co, u diabła, tam robił? Jego pokój, sala odpraw dla ochroniarzy Skinnera i apartament Skinnera s na dwudziestym szóstym pi trze. - Mo e poszedł na spotkanie z kobiet . - Feeney wyci gn ł nogi przed siebie. - Typowa rzecz podczas kursokonferencji. - Bardzo mo liwe - przyznała mu racj Eve. - Wszystko wskazuje na to, e napa była zaplanowana, mo e posłu ono si kobiet jako przyn t . Musimy to sprawdzi , eby móc przyj tak hipotez albo j odrzuci . Feeney, zgłaszasz si na ochotnika? - Kapitan Feeney mo e pomóc moim ludziom w tej cz ci ledztwa. - Darcia tylko uniosła brwi, kiedy Eve zwróciła si w jej stron . - O ile wyrazi zgod . Ale mam nadziej , e ch tnie b dzie kontynuował współprac z hotelow ochron . - Naprawd tworzymy bardzo zgodny zespół - powiedziała Eve, u miechaj c si szeroko. - wietnie. W takim razie z pewno ci zgodzi si pani uda razem ze mn na dwudzieste szóste pi tro, eby poinformowa pracodawc ofiary o mierci jego człowieka. - Naturalnie. B dzie mi towarzyszyła Peabody, moja partnerka - powiedziała Eve, zanim komendant Angelo zdołała otworzy usta. - To nie podlega dyskusji. Peabody - zwróciła si Eve do swojej partnerki i dała jej znak, eby wyszła z ni na korytarz. Darcia została w pokoju, przydzielaj c swoim podwładnym poszczególne zadania. - Chc , eby podczas naszej rozmowy ze Skinnerem miała wł czony rekorder. - Tak jest, pani porucznik. - Je li rozmowa si przeci gnie, masz wyci gn od tutejszego lekarza s dowego najnowsze informacje. Gdyby napotkała jakie trudno ci, skontaktuj si z Morrisem, niech ci w tym pomo e. - Tak jest, pani porucznik. - Chc odszuka mundur, od którego urwała si ta gwiazda. Musimy sprawdzi recyklery, pralni hotelow i inne punkty pralnicze. Zaprzyja nij si z tutejszymi funkcjonariuszami. Chc by niezwłocznie poinformowana o stawieniu si techników. Zało si , e na kiju b d resztki Seal - It, a na miejscu zbrodni znajd krew wył cznie ofiary. Pieprzona pułapka - burkn ła i odwróciła si , kiedy Darcia wyszła na korytarz. Komendant Angelo nie odzywała si , póki nie znalazły si w windzie. - Pani porucznik, czy znała pani wcze niej Douglasa Skinnera? - Nie. Poznali my si dzi wieczorem. - Mam informacje, e specjalnie zaprosił pani do swojego stolika, eby

przeprowadzi z pani rozmow na osobno ci. Najwyra niej doszło do ró nicy zda , a kiedy Weeks próbował przeszkodzi pani w odej ciu od stolika, uderzyła go pani. Czy to si zgadza? - Tak. - Co było powodem sprzeczki mi dzy pani i Douglasem Skinnerem? - Czy jestem w tej sprawie podejrzan czy konsultantk ? - Jest pani konsultantk , dlatego byłabym wdzi czna za podzielenie si ze mn wszelkimi informacjami, jakimi pani dysponuje. - Zastanowi si nad tym. - Dallas wysiadła z windy na dwudziestym szóstym pi trze. - Je li nie ma pani nic do ukrycia. - Jestem policjantk - przypomniała jej Eve. - Nie ze mn takie numery. - Nacisn ła guzik dzwonka i odczekała chwil . Patrzyła, jak wiatełko alarmu za wieciło si na zielono. Stała z oboj tn min , kiedy sprawdzano to samo jej i towarzysz cych osób. Po chwili Skinner osobi cie otworzył im drzwi. - Pani porucznik, troch za pó no na składanie wizyt. - Nigdy nie jest za pó no na oficjalne wizyty. Komendant Angelo, Douglas Skinner. - Przepraszam za zakłócenie spokoju, komendancie Skinner. - Głos Darcii był pełen uszanowania, jej twarz powa na. - Mamy nieprzyjemn wiadomo . Czy mo emy wej ? - Naturalnie. - Skinner cofn ł si . Miał na sobie długi, biały, hotelowy szlafrok. Wygl dał w nim wyj tkowo blado. W wielkim salonie paliło si przy mione wiatło, pachniało w nim ró ami. Polecił, by moc o wietlenia zwi kszy o dziesi procent i wskazał policjantom kanap . - Prosz , niech panie usi d . Czy napij si panie czego ? Mo e kawy? - Nie przyszły my tu na pogaw dk . Gdzie pan był mi dzy godzin dwudziest drug a północ ? - Nie podoba mi si ton pani głosu, pani porucznik. - Prosz o wybaczenie - wtr ciła si gładko Darcia. - To była trudna noc. Czy byłby pan łaskaw powiedzie nam, co pan robił w tym czasie? Mamy swoje powody, eby zwróci si do pana z takim pytaniem. - Razem z on wróciłem do naszego apartamentu kilka minut po dziesi tej. Wcze nie poło yli my si spa , poniewa jutro czeka mnie długi, pracowity dzie . Co si stało? - Weeksowi roztrzaskano głow - oznajmiła Eve. - Weeksowi? Reggiemu? - Skinner gapił si na Eve. Jego niebieskie oczy zrobiły si