wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

Nora Roberts - Kroniki Tej Jedynej 02 - Z krwi i kości

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts - Kroniki Tej Jedynej 02 - Z krwi i kości.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 586 osób, 373 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 275 stron)

Spis treści WYBÓR PROLOG ROZDZIAŁ PIERWSZY ROZDZIAŁ DRUGI ROZDZIAŁ TRZECI ROZDZIAŁ CZWARTY ROZDZIAŁ PIĄTY DOJRZEWANIE ROZDZIAŁ SZÓSTY ROZDZIAŁ SIÓDMY ROZDZIAŁ ÓSMY ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ROZDZIAŁ DZIESIĄTY WIZJE ROZDZIAŁ JEDENASTY ROZDZIAŁ DWUNASTY ROZDZIAŁ TRZYNASTY ROZDZIAŁ CZTERNASTY ROZDZIAŁ PIĘTNASTY MIECZ I TARCZA ROZDZIAŁ SZESNASTY ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY ROZDZIAŁ OSIEMNASTY ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PODRÓŻE ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY EPILOG

Tytuł oryginału: Chronicles of the One. Of Blood and Bone Copyright © 2018 by Nora Roberts Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o. Copyright for the translation © 2019 Magdalena Rabsztyn-Anioł Edipresse Kolekcje Sp. z o.o. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska Senior Project Manager: Natalia Gowin Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43) Redakcja: Ewdokia Cydejko Korekta: Katarzyna Szajowska Projekt okładki: Ervin Serrano Zdjęcia na okładce: piórko © Nadtytok/Shutterstock.com; płomień © Lukas Gojda/Shutterstock.com; wzór © Renikca/Shutterstock.com; tekstura © HorenkO/Shutterstock.com ISBN 978-83-8177-024-8 Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

WYBÓR Człek się cały w proch nie obróci, i do Boga krótszą ma drogę, gdy obowiązek szepcze Musisz, a młodość odpowiada Mogę. Ralph Waldo Emerson

PROLOG Mówią, że koniec świata został wywołany przez wirus. Ale to była magia – czarna niczym bezksiężycowa północ. Wirusem posługiwała się jak bronią, gradem lecących strzał, celnych pocisków, tnących ostrzy. A jednak to ci niewinni – przez dotyk dłoni, matczyny pocałunek na dobranoc – rozprzestrzeniali apokalipsę, sprowadzając na miliardy ludzi nagłą, bolesną, brzydką śmierć. Wielu z tych, którzy przetrwali ten pierwszy tragiczny w skutkach atak, zmarło z własnej lub czyjejś ręki, kiedy świat zdławiły cierniste pędy szaleństwa, rozpaczy i strachu. Jeszcze inni, którzy nie zdołali znaleźć schronienia, czystej wody, pożywienia ani leków, po prostu słabli i umierali w oczekiwaniu na pomoc i nadzieję, które nigdy nie nadeszły. Kręgosłup technologii popękał, niosąc mrok i milczenie. Rządy upadły. Apokalipsa nie miała litości dla demokracji ni dyktatorów, parlamentów ni królestw. Z jednakową zachłannością niszczyła tak prezydentów, jak wieśniaków. W ciemności zamigotały i rozjarzyły się światła zgasłe od tysięcy lat. Z chaosu wyłoniły się magie, biała i czarna. Obudzone potęgi oferowały wybór między dobrem a złem, światłem a ciemnością. Niektórzy nieodmiennie wybierali ciemność. Niesamowici dzielili z ludźmi to, co zostało ze świata. Ci zaś, którzy przyjęli ciemność – istoty zarówno ludzkie, jak magiczne – zaatakowali, obracając wielkie miasta w gruzy, polując na tych, którzy się przed nimi kryli lub się im przeciwstawiali, by niszczyć, niewolić, kąpać się we krwi, nawet gdy ciała zaściełały ziemię. Ogarnięte paniką rządy nakazały swoim armiom zgarnąć ocalałych i „opanować” Niesamowitych. I w ten oto sposób dziecko, które odkryło, że ma skrzydła, mogło trafić do laboratorium i zostać przywiązane do stołu w imię nauki. Szaleńcy powoływali się na Boga w swej rzekomej prawości, wzniecając strach i nienawiść, by tworzyć własne armie i eliminować to, co „inne”. Głosili, że magia pochodzi z diabelskiej ręki i każdy, kto ją posiadł, jest demonem, którego należy odesłać z powrotem do piekła. Najeźdźcy krążyli po zrujnowanych miastach, autostradach i bocznych drogach, żeby palić i mordować, ponieważ sprawiało im to przyjemność. Człowiek zawsze znajdzie sposób, żeby znęcać się nad drugim. W świecie tak rozbitym, kto ich powstrzyma? – myślano. W świetle rozlegały się szmery, w mroku pomruki, które docierały do ludzkich uszu – o mającej nadejść wojowniczce. Ona, córka Tuatha de Danann, pozostanie w ukryciu, dopóki nie chwyci za miecz i tarczę. Dopóki ona, Jedyna, nie poprowadzi światła przeciw ciemności. Jednak miesiące przechodziły w lata, a świat nadal nie podnosił się z ruin. Polowania i ataki nie ustawały. Niektórzy ukrywali się i robili ledwie szybkie wypady nocą, by wyszperać czy ukraść tyle, ile pozwalało im przetrwać dzień. Inni wybierali drogi, którymi migrowali bez końca – donikąd. Jeszcze inni kryli się w lasach, w których polowali, albo na polach, które uprawiali. A byli i tacy, którzy tworzyli społeczności, które to rosły, to malały, próbując żyć w świecie,

w którym garść soli więcej znaczyła od złota. Wreszcie niektórzy, jak ci, co znaleźli i stworzyli Nową Nadzieję, odbudowali życie. Kiedy świat się kończył, Arlys Reid informowała o tym z nowojorskiego studia telewizyjnego. Patrzyła, jak wokół niej płonie miasto, i postanowiła powiedzieć prawdę tym wszystkim, którzy jeszcze mogli ją słyszeć, żeby uciekali. Widziała z bliska śmierć. Sama zabiła, aby przetrwać. Widziała koszmary i cuda. Ona, wraz z garstką ludzi, w tym trójką noworodków, znalazła opuszczone prowincjonalne miasteczko, które nazwali Nową Nadzieją. I tam właśnie postanowili się zatrzymać. Teraz, w czwartym roku, Nowa Nadzieja stała się domem ponad trzystu osób, miała burmistrza oraz radę miasta, policję, dwie szkoły – jedna służyła szkoleniu osób, które odkryły w sobie talenty magiczne – wspólny ogród i kuchnię, dwie farmy, w tym jedną z młynem, przychodnię – z małym gabinetem stomatologicznym – bibliotekę, składnicę broni i milicję. Mieli lekarzy, uzdrowicieli, zielarzy, tkaczy, kółka krawieckie, hydraulików, mechaników, stolarzy, kucharzy. Niektórzy z nich zarabiali dzięki tym umiejętnościom w starym świecie. Większość nauczyła się ich w nowym. Uzbrojona straż trzymała wartę całą dobę. I choć była ochotnicza, wszyscy mieszkańcy uczestniczyli w szkoleniach uczących posługiwania się bronią i walki wręcz. Masakra Nowej Nadziei, która zdarzyła się w pierwszym roku, pozostała w ich sercach i umysłach żywą, niezabliźnioną raną. Ta blizna – i groby – kazała im utworzyć milicję oraz ekipy ratunkowe, które ryzykowały życie, by ocalić innych. Arlys stała na chodniku, spoglądała na Nową Nadzieję i rozumiała, dlaczego to takie ważne. Dlaczego to wszystko było takie ważne. Bardziej niż przetrwanie, jak podczas tych pierwszych kilku potwornych miesięcy, bardziej nawet niż budowanie, jak w późniejszych miesiącach. Chodziło o życie i, jak w nazwie miasta, o nadzieję. Było ważne to, że Laurel – elfka – w chłodny wiosenny poranek wyszła zamieść ganek budynku, w którym mieszkała. W głębi ulicy Bill Anderson polerował okno wystawowe sklepu, który prowadził, a w środku na półkach piętrzyły się dziesiątki przydatnych rzeczy na wymianę. Fred, młoda stażystka, która wraz z Arlys stawiła czoła okropnościom w tunelu metra, gdy uciekały z Nowego Jorku, pracuje pewnie we wspólnym ogrodzie. Fred, ze swoimi magicznymi skrzydłami i niewyczerpanym entuzjazmem, każdy dzień witała nadzieją. Była i Rachel – lekarka i dobra przyjaciółka Arlys. Akurat wyszła z przychodni i pomachała jej. – Gdzie mały?! – zawołała Arlys. – Śpi! – odkrzyknęła Rachel. – Chyba że Jonah znów wziął go na ręce, gdy się odwróciłam. Ten człowiek kompletnie na jego punkcie zwariował. – Jak na tatusia przystało. Czy to nie dziś wypada kontrola poporodowa, pani doktor? Wielki dzień. – Ta doktor już się skontrolowała, ale Ray musi to zrobić oficjalnie. Dla ciebie to też wielki dzień. Jak się czujesz? – Świetnie. Podekscytowana. Nieco zdenerwowana. – Włączę odbiornik. I chcę cię tu widzieć, jak skończysz. – Przyjdę. – Mówiąc to, Arlys położyła dłoń na wzgórku brzucha. – Maluch powinien się już szykować do wyjścia. Jeszcze trochę, a nie będę w stanie nawet człapać. – Sprawdzimy to. Powodzenia, Arlys. Będziemy cię słuchać. – Po czym zwróciła się do

pierwszej pacjentki tego dnia: – Dzień dobry, Clarice. Wejdź proszę. Arlys tymczasem poczłapała kaczym krokiem, lecz zatrzymała się, słysząc swoje imię. Poczekała na Willa Andersona – sąsiada z czasów dzieciństwa, a obecnie zastępcę szeryfa i, jak się okazało, miłość swego życia. Położył rękę na jej dłoniach obejmujących brzuch i pocałował ją. – Odprowadzić cię do pracy? – spytał. – Jasne. Spletli dłonie i wspólnie skierowali się do miejsca, w którym Will mieszkał podczas kilku pierwszych miesięcy pobytu. – Nie masz nic przeciwko temu, jeśli tam zostanę i popatrzę? – Jeśli masz ochotę, tylko nie wiem, ile to potrwa. Chuck jest optymistą, ale… – Skoro Chuck mówi, że się uda, to się uda. Poczuła nerwowe ukłucie w brzuchu i wypuściła powietrze ze świstem. – Muszę tam z tobą pójść – dodał Will. W czasie epidemii Chuck był jej głównym informatorem. Haker i geniusz informatyczny w jednej osobie zawiadywał teraz tą resztką technologii, jaką dysponowali. Oczywiście w piwnicy. Chuck był zaprzysięgłym wielbicielem piwnic. – Chcę zobaczyć, jak pracujesz – uzupełnił Will. – A jak nazywasz to, co robię w domu nad Biuletynem Nowej Nadziei? – Pracą i dobrodziejstwem dla społeczności. Ale mówimy tu o programie telewizyjnym na żywo. Czymś, do czego jesteś stworzona. – Wiem, że niektórzy się obawiają ryzyka, niepokoją się, że zwrócimy na siebie uwagę. Niewłaściwą uwagę. – Warto. A Chuck nie tylko wie, co robi, ale i wie, że mamy magiczne tarcze. Jeżeli uda ci się dotrzeć do jednej osoby, możesz dotrzeć do stu. Jeżeli zdołasz dotrzeć do stu… to kto wie. Mnóstwo ludzi wciąż nie wie, co się do cholery dzieje ani gdzie szukać pomocy, zapasów, leków. To jest ważne, Arlys. Dla niej ważne było, kiedy ryzykował życie na misjach ratunkowych. – Myślałam właśnie o tym, co jest ważne. – Zatrzymała się przed domem i zwróciła do niego: – Jesteś na szczycie tej listy. Obeszli dom, żeby przez drzwi na tyłach zejść do piwnicy. Wewnątrz, w dawnym pokoju telewizyjnym, mieścił się teraz urzeczywistniony sen maniaka komputerowego – jeżeli śnił o łączeniu części, kabli, twardych dysków, płyt głównych, wybebeszaniu wiekowych komputerów, rekonfigurowaniu komputerów stacjonarnych i laptopów tudzież zawieszaniu rozmaitych ekranów. Arlys uznała, że Chuck pewnie o tym marzył. Siedział przy jednej z klawiatur, w bluzie z kapturem i bojówkach oraz czapce baseballowej założonej daszkiem do tyłu na białe, niedawno utlenione przez fryzjerkę włosy. Tylko krótka spiczasta bródka pozostała jaskraworuda. Ten sam kolor miały fruwające loki Fred. Wyskoczyła właśnie z miejsca, w którym siedziała z trójką czterolatków i mnóstwem zabawek. – Oto prawdziwy talent! – zawołała. – Jestem kierownikiem produkcji, gońcem i asystentem operatora. – Myślałam, że to ja jestem gońcem. – Katie, matka tej trójki, obserwowała ich z poręczy zapadającej się kanapy, na której, jak Arlys dobrze wiedziała, Chuck często sypiał. – Dobrze, współgońcem i opiekunką wzmacniaczy sygnału – zgodziła się Arlys. Katie popatrzyła na bliźnięta, Duncana i Antonię.

– Nie mogą usiedzieć z podekscytowania – powiedziała. – Mam tylko nadzieję, że one – i my wszyscy – wiemy, co robimy. – Robimy tak, żeby Arlys i Chuck mogli działać – dopowiedział Duncan, uśmiechając się szeroko do mamy. – Ja i Tonia. – Dawaj! – Tonia zachichotała i podniosła rękę. Duncan przycisnął dłoń do jej dłoni. Zapłonęło światło. – Jeszcze nie. Hannah, blondwłosa, rumiana na tle ciemnowłosych bliźniąt, wstała. Poklepała matkę po nodze, jakby chciała ją pocieszyć, i podeszła do Arlys. – Kiedy dzidzia wyjdzie? – spytała dziewczynka. – Mam nadzieję, że wkrótce. – Mogę to zobaczyć? – Noo… Śmiejąc się, Katie wstała, żeby wziąć Hannah na ręce i ją pocałować. – Pewnie by to wytrzymała – powiedziała. – Tego nie wiem, dzieciaku. – Chuck obrócił się na krześle. – Ale zaraz zobaczysz, jak na twoich oczach dzieje się historia: będziesz świadkiem debiutu Rozgłośni Nowej Nadziei. – Jesteśmy na antenie? Uśmiechnął się szeroko do Arlys i zasalutował. – Owszem. Zdecydowanie nie poradzimy sobie bez pomocy naszych wzmacniaczy sygnału. Bliźnięta aż podskoczyły z rozświetlonymi oczyma. – Jeszcze nie, jeszcze nie… – Tym razem to Arlys je powstrzymała. – Muszę przejrzeć notatki i… potrzebuję kilku minut. – Nigdzie się nie śpieszymy – zapewnił ją Chuck. – Dobra, to ja… kilka minut. Wytrącona z równowagi, gdy się tego najmniej spodziewała, wyszła na zewnątrz z teczką notatek. Fred podążyła za nią. – Nie powinnaś się denerwować. – Jezu, Fred. – Mówię poważnie. Jesteś w tym świetna. Zawsze byłaś. – Prowadziłam w Nowym Jorku wiadomości, bo wszyscy umarli. – To tylko przyśpieszyło sytuację – poprawiła ją Fred. – Prowadziłabyś je tak czy inaczej, później, ale byś prowadziła. Rudowłosa dziewczyna podeszła bliżej i położyła dłonie na ramionach Arlys. – Pamiętasz, co zrobiłaś tamtego ostatniego dnia? – spytała. – Nadal mi się to czasem śni i budzę się z krzykiem. – Co zrobiłaś – ciągnęła Fred – kiedy Bob celował w ciebie pistoletem podczas programu na żywo? Trzymałaś się. A co zrobiłaś, kiedy się tam zabił, siedząc tuż koło ciebie? Trzymałaś się. Mało tego. Spojrzałaś prosto w kamerę i powiedziałaś prawdę. Zrobiłaś to bez notatek, bez telepromptera. Ponieważ to właśnie jest to, co robisz. Mówisz ludziom prawdę. I to właśnie zrobisz teraz. – Nie wiem, dlaczego tak się tym denerwuję. – Może to hormony? Arlys zaśmiała się, pocierając brzuch. – Może. Hemoroidy, zgaga i hormony. Rodzenie dzieci to prawdziwa przygoda. – Nie mogę się doczekać, aż sama będę przeżywać takie przygody. – Fred westchnęła

i spojrzała na ogród. – Chcę mieć mnóstwo dzieci. Arlys żywiła nadzieję, że przetrwa urodzenie tego jednego – i to szybko. Ale na razie miała zadanie do wykonania. – Okej. Okej. Jak wyglądam? – Cudownie. Ale dziś jestem także makijażystką. Upudruję cię do kamery i nałożę szminkę, wtedy będziesz wyglądała fantastycznie. – Kocham cię, Fred. Naprawdę. – Ach. Ja ciebie też, serio. Arlys pozwoliła Fred się upudrować i umalować, po czym wypowiedziała kilka łamańców językowych, wypiła łyk wody i wzięła kilka głębszych oddechów. Kiedy wróciła z łazienki, zobaczyła swojego teścia na kanapie otoczonego dziećmi. Zawsze do niego lgnęły. – Bill, a kto pilnuje sklepu? – zainteresowała się nagle. – Zamknąłem na godzinę – odparł. – Chciałem zobaczyć moją dziewczynę na żywo i osobiście. Twoi rodzice byliby z ciebie dumni. Mama, tata, Theo byliby naprawdę dumni. – Potraktuj to jako biurko prowadzącej. – Chuck postukał w krzesło stojące przed jednym z licznych stołów. – Będziesz mówiła do tej kamery. Jest już odpowiednio ustawiona. To, co tu robimy, chłopcy i dziewczęta, to wyku… wyfasowana wielokanałowa transmisja. Mamy amatorskie radio, transmisję internetową i telewizję kablową. Będę to monitorował i robił, co konieczne. Tylko nie zwracaj uwagi na technicznego. To twój program, Arlys. – W porządku. – Usiadła i podsunęła bliżej krzesło. Otworzyła teczkę, wyjęła zdjęcie ostatnich świąt Bożego Narodzenia z rodziną. Oparła je o klawiaturę. – Możemy zaczynać, kiedy chcecie – dodała. – Fred będzie odliczała. Dobra, dzieciaki, dajmy czadu. – Nie waż się mówić takich słów! – Katie podniosła ręce. – Nie masz nawet pojęcia, czym się to może skończyć. – Wzmocnimy go. – Tonia zakołysała z radości biodrami. – Rozepchniemy go, Duncan. – Pchamy. – Uśmiechnął się szeroko do siostry, po czym wzięli się za ręce. Między ich palcami zamigotało światło. – O to, o tak! – Chuck biegał od monitora do monitora, coś tam poprawił i wydał okrzyk radości. – Dokładnie tak. Jedziemy z tym koksem. – Arlys… – Fred poruszyła się za kamerą. – Za pięć, cztery… Dalej odliczała tylko na palcach i prostując ostatni z olśniewającym uśmiechem, wskazała na Arlys. – Dzień dobry, tu Arlys Reid. Nie wiem, ilu z was mnie słyszy albo widzi, ale jeśli tak, to powiadomcie o tym innych. Będziemy nadawać tak często, jak to możliwe. Chcemy przekazywać wam informacje, dawać prawdę, dzielić się tym, co wiemy. Gdziekolwiek się znajdujecie, nie jesteście sami. Na moment urwała, wzięła głęboki oddech i przycisnęła dłonie do brzucha. Po chwili na nowo podjęła: – Cztery lata po apokalipsie źródła potwierdzają, że w Waszyngtonie ciągle jest niebezpiecznie. Na obszarze metropolii nadal obowiązuje stan wyjątkowy, podczas gdy gangi znane jako Najeźdźcy i Mroczni Niesamowici ciągle atakują. Siły oporu przerwały zabezpieczenia w ośrodku zamkniętym w Arlington w Wirginii. Według relacji naocznych świadków uwolniono ponad trzydzieści osób… Mówiła równo przez czterdzieści dwie minuty. Doniesienia o bombardowaniu w Houston, o atakach Wojowników Czystości na społeczność w Greenbelt w stanie Maryland,

o podpaleniach, najazdach na domy. Przemowę zakończyła kwestiami o humanizmie, odwadze i dobroci. Opowiadała o polowej klinice medycznej, która dzięki wozom i koniom docierała do najdalej położonych obozów, o schroniskach dla wysiedleńców, o akcjach ratunkowych i bankach żywności. – Dbajcie o swoje bezpieczeństwo – zaapelowała. – Ale pamiętajcie, zachowanie bezpieczeństwa nie wystarczy. Żyjcie, pracujcie, gromadźcie się. Jeżeli macie jakąś historię, jeżeli macie nowiny, jeżeli szukacie bliskich i możecie mi to przekazać, powiem o tym na antenie. Nie jesteście sami. Mówiła Arlys Reid dla Rozgłośni Nowej Nadziei. – I… schodzimy. – Chuck wstał i zacisnął pięści. – Zajebiście. – Zajebiście – powtórzył Duncan. – Oj. – Rycząc ze śmiechu, gdy Katie tylko zamknęła oczy, Chuck przyskoczył do Duncana i Toni i wyciągnął w ich stronę pięści. – Hej, to było absolutnie superowe, dzieciaki. Żółwik. No dalej, przybijcie żółwika! Ich głowy nachyliły się ku sobie, gdy bliźniaki podniosły małe piąstki i stuknęły nimi w jego dłonie. Z ręki Chucka poszły iskry. – Ulala! – zawołał, podskakując przy tym i dmuchając w kostki. – Jaki potężny przypływ mocy. Uwielbiam to. Fred zamrugała gwałtownie, by powstrzymać łzy, i powiedziała: – Było to… wiesz już… jakie fantastyczne. Will nachylił się i pocałował Arlys w czubek głowy. – Byłem oszołomiony, nie mogłem oderwać od ciebie oczu – powiedział. – To było… takie naturalne – odparła Arlys. – Jak się już przestałam bać, poczułam się świetnie. Jak długo byłam na antenie? – Czterdzieści dwie fantastyczne minuty. – Czterdzieści dwie. – Obróciła się na krześle. – Nie powinnam była tak długo trzymać bliźniąt. Przepraszam, Katie, straciłam poczucie czasu. – Nic im nie było. Obserwowałam je – zapewniła ją Katie. – Będą potrzebowały długiej drzemki. – Zerknęła na Hannah, która spała zwinięta w kłębek na kolanach Billa. – Tak jak ich siostra. Wyglądasz, jakby i tobie się przydało trochę snu. To musiało cię zmęczyć. Jesteś nieco blada. – Właściwie to chyba po jakichś pięciu minutach zaczęłam odczuwać skurcze. A może nawet wcześniej. Myślałam, że to nerwy. – Ty… co? Teraz? Arlys chwyciła Willa za rękę. – Jestem całkiem pewna, że powinniśmy iść do Rachel. I wydaje mi się, że… okej! Chwyciła jedną ręką blat, a drugą ścisnęła dłoń Willa – prawie łamiąc mu kości. – Oddychaj! – nakazała Katie, podbiegając, żeby położyć dłoń na twardym jak skała brzuchu Arlys. Zaczęła go pocierać kolistymi ruchami. – Oddychaj, wiesz jak, chodziłaś na zajęcia. – Zajęcia sręcia. Wtedy tak nie bolało. – Oddychaj – powtórzyła Katie, nie tracąc spokoju. – Właśnie nadałaś pierwszą transmisję z Nowej Nadziei, i to w trakcie porodu. A skoro tak, poradzisz sobie i z oddychaniem w czasie skurczów. – Ustępuje. – Arlys odetchnęła z ulgą. – Odpuszcza. – Dzięki ci, Jezu – wymamrotał Will i wyprostował obolałe palce. – Au. – Wierz mi, do au to jest jeszcze daleko. – Arlys wypuściła nagromadzone powietrze.

– Naprawdę potrzebuję Rachel. – Ja też. – Will pomógł jej wstać. – Ale powolutku. – Po czym zwrócił się do Billa: – Tato? – Uhm, będę dziadkiem. Katie zdjęła Hannah z jego kolan. – Idź z nimi. – Będę dziadkiem – powtórzył Bill. – Fred? – Arlys spojrzała za siebie. – Nie idziesz? – Naprawdę? Mogę? O rany! Pobiegnę zawiadomić Rachel. Jejku! Chuck. – O nie, dzięki. Ja rezygnuję. Nie gniewaj się, Arlys, ale nieee. – Nie gniewam się. – Będziemy mieli dziecko! – zawołała Fred i rozłożywszy skrzydła, wyleciała przez piwniczne drzwi. Duncan spoglądał na odchodzącą grupkę. – On chce wyjść – oznajmił. Katie poprawiła trzymaną na rękach Hannah. – On? – Aha. – Tonia podeszła do brata. – Co on tam robi? – To już temat na inną rozmowę – ucięła Katie. – Chodźcie, dzieciaki, pora do domu. Świetnie sobie poradziłeś, Chuck. – Bo mam najlepszą robotę na świecie. * * * W ciągu następnych ośmiu godzin Arlys nauczyła się wielu rzeczy. Pierwszą i najważniejszą z nich było to, że w miarę porodu skurcze robią się silniejsze i trwają o wiele dłużej. Przy okazji dowiedziała się, co jej zupełnie nie zdziwiło, że Fred jest wesołą i niestrudzoną asystentką położnej. A Will – co również nie było zaskakujące – jest dla niej prawdziwym wsparciem. Otrzymała doniesienia – które na chwilę skutecznie oderwały ją od myśli o bólu – że jej program informacyjny miał zasięg przynajmniej trzydziestu kilometrów, i to tam gdzie Kim i Poe podróżowali z laptopem zasilanym baterią. Nagle pojęła, dlaczego w angielszczyźnie poród określa się tym samym słowem co pracę i wysiłek. W pewnym momencie zalała się łzami i przyciągnęła ku sobie Willa. – Już prawie koniec, kochanie – rzekł. – Zaraz będzie po wszystkim. – Nie, to nie to. Lana… Pomyślałam o Lanie. Boże, Will, ona musiała przez to przejść całkiem sama. Bez Maxa, bez Rachel, bez nas. Była sama, kiedy rodziła. – Nie wierzę, żeby była sama. – Fred pogładziła Arlys po ramieniu. – Naprawdę. Tamtej nocy… ja to czułam. Wielu z nas to czuło. Narodziny Jedynej. Lana nie była sama. Jestem o tym przekonana. – Na pewno? – Daję słowo. – Okej, okej. – Kiedy Will starł z jej twarzy łzy, zdobyła się na uśmiech. – Mówisz, że już prawie koniec? – I ma rację. Musisz przeć – powiedziała do niej Rachel. – Will, podpieraj jej plecy. Kiedy będziesz miała kolejny skurcz, przyj. Wydostańmy tego szkraba na świat.

Zgodnie z zaleceniem Arlys na przemian to parła, to dyszała, parła i dyszała i tak przez osiem godzin tuż po tym, jak przeszła do historii transmisji telewizyjnych, wydała na świat syna. I dowiedziała się jeszcze czegoś – że miłość potrafi uderzyć niczym błyskawica. – Patrzcie! Patrzcie na niego! – Wyczerpanie nagle rozpłynęło się w oszałamiającej ją miłości, gdy dziecko w jej ramionach płakało i wierciło się. – Och, Will, spójrz tylko na niego. – Jest piękny, ty jesteś piękna – mamrotał bezładnie. – Boże, kocham cię. Rachel odsunęła się i poruszyła obolałymi ramionami. – Will, chcesz przeciąć pępowinę? – spytała. – Ja… – Wziął nożyczki z rąk Rachel, po czym zwrócił się do ojca i zobaczył łzy na jego policzkach. Bill stracił wnuki w apokalipsie. Córkę, żonę, dzieci. – Myślę, że dziadek powinien to zrobić. Co ty na to, tato? W odpowiedzi Bill przesunął palcami pod szkłami okularów. – Będę zaszczycony. Jestem dziadkiem. Kiedy przecinał pępowinę, Fred otuliła salę tęczami. – A ja jestem ciocią, nieprawdaż? Honorową ciocią. – O tak! – odparła Arlys, nie odrywając oczu od maleństwa. – Ty, Rachel, Katie. Założyciele Nowej Nadziei – powiedziała, wciąż na nią nie patrząc. – Ma doskonały kolor skóry – zauważyła Rachel, też przypatrująca się dziecku. – Muszę wziąć mojego siostrzeńca na chwilę. Umyć go, zważyć i zmierzyć. – Za chwilkę. Cześć, Theo! – Arlys wycisnęła pocałunek na czole chłopczyka. – Theo William Anderson. Uczynimy świat lepszym miejscem dla ciebie. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by był lepszy. Przysięgam ci. Obrysowała buzię Theo palcem – taką drobniutką, taką słodką i tak bardzo jej. To jest życie, pomyślała. To jest nadzieja. To jest powód dla jednego i drugiego. Będzie pracować i walczyć każdego dnia, żeby dotrzymać obietnicy danej synowi. Trzymając go przy sobie, znów pomyślała o Lanie, o dziecku, które wówczas nosiła. O obiecanej im Jedynej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY Na farmie, na której się urodziła, Fallon Swift nauczyła się, jak sadzić, pielęgnować rośliny i w końcu zbierać plony, jak traktować ziemię. Nauczyła się, jak cicho niczym cień poruszać się po polach i lasach, jak polować i łowić ryby. Jak szanować zwierzynę łowną, jak nie brać więcej niż potrzeba i nie brać niczego dla zachcianki. Nauczyła się oporządzać to, co zebrała lub upolowała, w kuchni matki lub nad ogniem obozowiska. Nauczyła się, że jedzenie jest czymś więcej niż tylko jajkami świeżo wyjętymi z kurnika lub dobrze upieczonym na ruszcie pstrągiem. Jedzenie oznaczało przetrwanie. Nauczyła się też szyć – choć nie lubiła siedzieć w bezruchu. Nauczyła się garbować skórę, aczkolwiek nie było to najprzyjemniejsze, i potrafiła, kiedy nie miała innego wyboru, prząść. Ubrania jednak nie były tylko czymś, co się nosiło. Chroniły ciało, jak broń. Tę szanowała i od wczesnego dziecięctwa nauczyła się ją czyścić i odpowiednio składać, podobnie jak to, jak ostrzyć nóż i zakładać cięciwę na łuk. Nauczyła się wielu rzeczy: jak budować za pomocą młotka i piły, jak utrzymywać w dobrym stanie ogrodzenie, jak reperować stary dom, który kochała równie mocno co lasy. Porządne ogrodzenie, solidna ściana, dach, który chronił przed deszczem dawały coś więcej niż szczęśliwy dom. Oznaczały też przetrwanie. I mimo że częściej po prostu wiedziała, jak coś zrobić, nauczyła się magii. Jak zapalać ogień samym oddechem, jak wyznaczać krąg, jak leczyć niewielką ranę światłem, które w niej płonęło, jak patrzeć, jak widzieć. Nauczyła się tego wszystkiego, mimo że po prostu wiedziała, że magia jest czymś więcej aniżeli darem, który należało cenić, rzemiosłem, które należało doskonalić, bronią, której należało używać z wielką ostrożnością. Dla niej magia była – i będzie – przetrwaniem. Nawet mając jedzenie, schronienie, ubrania i broń, a nawet magię, nie wszyscy przetrwali. I nie wszyscy przetrwają w nadchodzących czasach. Nauczyła się również tego, jak wyglądał świat, który istniał przed jej urodzeniem. Pełen ludzi, ogromnych miast z niebotycznymi domami, w których ci ludzie żyli i pracowali. W tamtym świecie swobodnie podróżowali po niebie i morzu, po drogach i szynach. Niektórzy nawet latali w kosmos i na księżyc. Jej matka mieszkała niegdyś w wielkim mieście – w Nowym Jorku. Fallon wiedziała z opowieści, z książek, które pochłaniała, że było to miejsce pełne ludzi i zgiełku, światła i ciemności. Dla niej było to cudowne miejsce, które poprzysięgła sobie kiedyś zobaczyć. Często je sobie wyobrażała nocą, gdy nie mogąc zasnąć, leżała i wpatrywała się w duszki fruwające za oknem. W tamtym świecie toczyły się wojny i tak samo jak teraz panoszyły się nietolerancja i okrucieństwo. Znała te dawne wojny z książek i opowieści. O toczących się obecnie wojnach dowiadywała się od gości, którzy zatrzymywali się na farmie. Jej ojciec był niegdyś żołnierzem. Nauczył ją walczyć – za pomocą rąk, nóg, umysłu. Nauczył, jak czytać i sporządzać mapy. Wyobrażała sobie, że pewnego dnia będzie z nich korzystać w podróżach, w które – o czym od zawsze wiedziała – kiedyś się wybierze. Nie przywiązała się, tak jak jej rodzice, do świata, który istniał, nim apokalipsa zabiła miliardy ludzi. Wielu wspominało, jak te potężne miasta ogarnęły ogień, szaleństwo, ciemna

magia. Okrucieństwo i chciwość ludzi nadal kłębiły się w umysłach i krwi tych, którzy to przeżyli. Kiedy obejmowała umysłem przyszłe dni, wiedziała, że będzie w nich jeszcze więcej ognia, krwi i śmierci. I wiedziała, że stanie się to z jej udziałem. Nocami często, nie mogąc zasnąć, przytulała do piersi misia, dar od człowieka, którego nigdy nie poznała. Gdy te wizje przyszłych dni zbytnio jej ciążyły, czasami wymykała się z domu, podczas gdy jej rodzice i rodzeństwo spali, by posiedzieć w otoczeniu migoczących niczym świetliki duszków. By powdychać zapach ziemi, plonów, zwierząt. Częściej jednak spała spokojnym, niewinnym snem dziecka mającego dobrych, kochających rodziców oraz trzech irytujących braciszków, snem zdrowego dziecka z żywym umysłem i walecznym ciałem. Czasami śniła o ojcu, człowieku, z którym jej matka żyła niegdyś w Nowym Jorku, człowieku, którego kiedyś kochała. Wiedziała, że ten mężczyzna zginął po to, by ona mogła przeżyć. Urodził się pisarzem, przywódcą, wielkim bohaterem. Nosiła jego nazwisko, tak samo jak nosiła nazwisko mężczyzny, który sprowadził ją na świat i który później ją wychowywał i uczył. Fallon od Maxa Fallona, jej biologicznego ojca. Swift od Simona Swifta, jej rzeczywistego taty. Dwa nazwiska, oba równie ważne. Tak samo jak jej matka nosiła dwie obrączki, po jednej od każdego mężczyzny, którego kochała. I choć Fallon kochała swego tatę tak głęboko i szczerze, jak tylko dziecko potrafi, zastanawiała się nad człowiekiem, po którym odziedziczyła kolor oczu i włosów i który, wraz z matką, przekazał jej moce w momencie poczęcia. Z zapałem czytała jego książki – wszystkie były darem – i przyglądała się uważnie jego zdjęciom umieszczonym na ich odwrocie. Pewnego razu, gdy miała zaledwie sześć lat, zwinęła się w fotelu w bibliotece z jedną z książek Maxa Fallona. Mimo że nie rozumiała wszystkich słów, podobała się jej opowieść o czarodzieju używającym magii i mądrości, żeby zwalczać siły zła. Kiedy do biblioteki wszedł wtedy jej tata, w poczuciu winy usiłowała ukryć książkę. Nie miał mocy magicznych, był za to bardzo mądry. Podniósł ją wraz z książką i posadził sobie na kolanach. Uwielbiała to, jak pachniał farmą – ziemią, zwierzętami, wszystkim, co rośnie. Czasami żałowała, że nie ma takich oczu jak on, które mieniły się zielenią i złotem. Tak myśląc, odczuwała wyrzuty sumienia z powodu Maxa. – To dobra książka – zauważył. – Czytałeś ją? – Pewnie. Moja mama naprawdę lubiła czytać. To dlatego obaj z tatą urządziliśmy jej bibliotekę. Nie musisz niczego przede mną ukrywać, kochanie. Niczego. – Bo jesteś moim tatusiem. – To powiedziawszy, odwróciła się do niego i przycisnęła twarz do jego serca. Stuk, stuk, stuk. – Ty jesteś moim tatusiem. – Jestem twoim tatusiem. Ale nie miałbym na to szansy, gdyby nie Max Fallon. – Obrócił książkę, żeby oboje mogli spojrzeć na zdjęcie ciemnowłosego, przystojnego mężczyzny o mocnym spojrzeniu szarych oczu. – Nie miałbym mojej najpiękniejszej dziewczynki, gdyby on nie kochał twojej mamy, a ona nie kochała jego. Gdyby cię nie powołali do życia. Gdyby nie kochał jej i ciebie tak mocno, gdyby nie był tak odważny, by oddać życie w twojej obronie. Jestem mu naprawdę wdzięczny, Fallon. Wszystko mu zawdzięczam. – Mama cię kocha, tatusiu. – Tak. Jestem szczęściarzem. Kocha mnie i kocha ciebie, i Colina, i Travisa.

– I nowego dzidziusia, który się urodzi. – Tak. – To nie jest dziewczynka. – Powiedziała to z wielkim, smutnym westchnieniem. – Naprawdę? – Znowu ma w brzuszku chłopca. Dlaczego nie może mi zrobić siostry? Dlaczego zawsze robi mi braci? Usłyszała śmiech w jego piersi, gdy ją przytulił. – Właściwie to akurat moje zadanie. Chyba tak to już jest. – Pogładził jej długie, czarne włosy. – I chyba oznacza to, że nadal będziesz musiała być moją ulubioną dziewczynką. Czy powiedziałaś mamie, że to chłopiec? – Ona nie chce tego wiedzieć. Lubi się zastanawiać. – To ja też jej nic nie powiem. – Simon pocałował ją w czubek głowy. – To będzie nasza tajemnica. – Tatusiu? – Hmm? – Nie mogę przeczytać wszystkich słów. Niektóre są za trudne. – A co powiesz na to, żebym przeczytał ci pierwszy rozdział, zanim wrócimy do obowiązków? Przesunął ją, żeby mogła się zwinąć w kłębek, po czym otworzył książkę i przewrócił strony, by zacząć od pierwszej. Wiedziała, że Król czarodziej był pierwszą powieścią Maxa Fallona – a być może jakaś jej część wiedziała. Zapamiętała jednak na zawsze, że tę książkę czytał jej rzeczywisty tata, rozdział po rozdziale, co wieczór przed pójściem spać. * * * I tak się właśnie uczyła. O dobroci od taty, o wspaniałomyślności od mamy. Uczyła się o miłości, świetle oraz szacunku od domu, rodziny i życia, które było jej dane. Uczyła się o wojnie, cierpieniach i smutku od podróżnych, często rannych, którzy przyjeżdżali na farmę lub do pobliskiej wsi. Pobierała też lekcje polityki, uważała je jednak za denerwujące, gdyż ludzie za dużo mówili, a za mało robili. A do czego przydają się politycy, skoro pogłoski mówiły, że rząd – jakież to było dla niej niejasne określenie! – zaczął się odbudowywać w trzecim roku po wybuchu epidemii, żeby znowu upaść przed końcem piątego? Teraz, w dwunastym roku, stolica Stanów Zjednoczonych – które nie wydawały się Fallon zjednoczone ani wtedy, ani teraz – pozostawała strefą działań wojennych. Odłamy Najeźdźców, grupy Mrocznych Niesamowitych i wierni kultowi Wojowników Czystości walczyli o władzę, o ziemię, o zapach krwi. Wyglądało na to, że stoją naprzeciw siebie i przeciw tym, którzy starali się rządzić. Mimo że Fallon pragnęła pokoju, chciała budować, hodować, to rozumiała konieczność starań o ochronę i obronę. Nieraz widziała, jak jej tata zbroi się i opuszcza farmę, by pomóc chronić sąsiada lub w obronie wsi. Nieraz widywała jego oczy, kiedy wracał, i wiedziała, że polała się krew, że doszło do utraty życia. Została wychowana tak, żeby walczyć i bronić, podobnie jak jej bracia. Nawet kiedy farma pławiła się w letnim słońcu, kiedy zbiory dojrzewały, a ciężkie owoce wyginały gałęzie gotowe do zerwania, kiedy w lasach było pełno zwierzyny, to poza polami i wzgórzami toczyły się bitwy na śmierć i życie. A jej czas, jej dzieciństwo, o czym wiedziała, zmierzało ku końcowi i niemal słyszała

odliczanie. Była Jedyną. W te dni, kiedy bracia ją dręczyli – dlaczego u diabła musiała mieć braci? – kiedy jej matka absolutnie niczego nie rozumiała, a ojciec oczekiwał o wiele za dużo, chciała, by ten czas, który jej pozostał do końca dzieciństwa, upływał szybciej. Innym razem wpadała w złość. Dlaczego nie ma wyboru? Żadnego wyboru? Chciała przecież polować i łowić ryby, jeździć konno, biegać po lasach z psami. Nawet z braćmi. I często opłakiwała kogoś, kim to coś poza nią, poza jej rodzicami, żądało, żeby się stała. Opłakiwała myśl pozostawienia rodziny, porzucenia domu. Wyrosła na wysoką i silną, a światło w niej płonęło jasnym płomieniem. Myśl o trzynastych urodzinach napełniała ją grozą. Zamartwiała się tym – jak zresztą wszystkim, co było niesprawiedliwe w jej świecie i świecie zewnętrznym – kiedy pomagała mamie przygotować wieczorny posiłek. – Dziś w nocy będzie burza, czuję to. – Nim wzięła się za gotowanie, Lana zebrała szybkim ruchem karmelowe włosy i spięła je na czubku głowy. – Ale wieczór będzie idealny, żeby zjeść na dworze – dodała. – Odcedź te kartofle, które podgotowałam. Dziewczynka nadąsała się nad kuchenką. – A dlaczego to zawsze ty musisz gotować? Matka delikatnie zakołysała miską z pokrywką. W środku marynowały się świeże plastry papryki zerwanej w ogrodzie. – Przecież tata dziś grilluje – przypomniała córce. – Tak, ale ty najpierw wszystko zrobiłaś. – Fallon wrzuciła kawałki ziemniaków do cedzaka w zlewie. – Dlaczego tata albo Colin, albo Travis nie zrobili wszystkiego? – Pomagają, tak samo jak ty. Ethan też – uczy się. Ale rozumiem sens twojego pytania i już ci odpowiadam: ja lubię gotować. Lubię przygotowywać jedzenie, zwłaszcza dla swojej rodziny. – A co, jeżeli ja tego nie lubię? – Fallon obróciła się na pięcie, z pociemniałymi jak burzowe chmury oczami i z buntowniczym grymasem niezadowolenia. – Co, jeżeli ja po prostu nie chcę gotować? Dlaczego muszę robić rzeczy, na które nie mam ochoty? – Ponieważ wszyscy musimy je robić. Na szczęście dla ciebie w przyszłym tygodniu z pomagania w kuchni przechodzisz do sprzątania. Dopraw, proszę, te ziemniaki na grill. Już posiekałam zioła. – Świetnie, doskonale. – Wiedziała, co ma robić. Oliwa, zioła, sól, pieprz. Tak samo jak wiedziała, że mają oliwę i przyprawy, ponieważ jej matka i wiedźma z sąsiedniej farmy znalazły półtora hektara ziemi i rzuciły czar zmieniający ją w tropiki. Posadziły tam drzewa oliwne, pieprz czarny, kawę, bananowce, figi i daktyle. Jej tata pracował z innymi, żeby zbudować prasy do wytłaczania oliwy oraz suszarki do owoców. Wszyscy pracowali razem, wszyscy korzystali. Wiedziała o tym. A jednak. – Może pójdziesz, zaniesiesz to tacie i powiesz mu, żeby już zaczął przyrządzać kurczaka? – zapytała Lana. Fallon w paskudnym humorze wypadła z domu. Gdy Lana przyglądała się córce, jej przypominające błękit letniego nieba oczy zaszły mgłą. Pomyślała, że zbliża się więcej niż jedna burza. Zasiedli przy wielkim stole, który zbudował jej tata. Jedli na kolorowych talerzach, obok leżały jasnoniebieskie serwetki i stały w dzbanuszkach polne kwiatki.

Mama uważała, że stół powinien być ładnie nakryty. Pozwoliła Ethanowi zapalić oddechem świeczki, gdyż zawsze go to śmieszyło. Fallon klapnęła obok braciszka. Nie uważała go za tak dokuczliwego jak Colina czy Travisa. Ale w końcu ma dopiero sześć lat, pomyślała. Jeszcze taki będzie. Simon tymczasem, z czupryną kasztanowych włosów rozjaśnionych słońcem, zajął swoje miejsce i uśmiechnął się do Lany. – Wygląda pięknie, kochanie. Kobieta uniosła kieliszek wina zrobionego z własnych winogron. – Dzięki mistrzowi grilla. Jesteśmy wdzięczni – dodała, zerkając na córkę – za samodzielnie wyhodowane i przygotowane jedzenie. Mamy nadzieję, że nadejdzie dzień, w którym nikt nie będzie głodny. – Ja jestem głodny teraz! – oznajmił Colin. – To bądź wdzięczny, że masz na stole jedzenie. – Lana położyła mu na talerzu pałkę z kurczaka, jego ulubioną część. – Pomogłem tacie przy grillu – ciągnął, nakładając sobie ziemniaki, warzywa i kolbę dopiero co obłuszczonej kukurydzy. – Więc nie powinienem musieć zmywać. – To nie przejdzie, synu – rzekł Simon, po czym nałożył jedzenie Travisowi, Lana zaś Ethanowi. Colin zakręcił pałką w powietrzu, zanim wbił w nią zęby. Miał oczy po ojcu, orzechowe, złoto-zielonkawe. Jego włosy, o kilka odcieni ciemniejsze niż matki, zdążyły pojaśnieć na letnim słońcu. Jak zwykle sterczały niesfornie i nie dawały się uczesać. – Zebrałem kukurydzę – obwieścił tryumfalnie. Travis, który już miarowo jadł, trącił Colina łokciem. – Razem ją zebraliśmy. – Nieistotne. – Istotne – poprawił go Simon. – Nieistotne, ale to akurat jest istotne. – Zebrałem większość kukurydzy. To powinno mieć znaczenie. – Zamiast martwić się o talerze, które pozmywasz, może powinieneś jeść kukurydzę – zaproponowała Lana, pomagając najmłodszemu chłopcu posmarować kolbę masłem. – W wolnym społeczeństwie każdy ma głos – odparował bez namysłu. – Szkoda, że w takim nie żyjemy. – Simon dał Colinowi kuksańca pod żebro, na co chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Kukurydza jest pyszna! – zawołał Ethan, który choć niedawno stracił kilka mlecznych zębów, z entuzjazmem wgryzł się w kolbę. Miał błękitne oczy po matce, jej śliczne blond włosy i najpogodniejsze na świecie usposobienie. – Może będę kandydował na prezydenta – kontynuował Colin, który nie dawał się łatwo zniechęcać. – Będę prezydentem Farmy i Kooperatywy Rodziny Swiftów. A potem wsi. Nazwę ją Colinville i nigdy więcej nie będę zmywał. – Nikt by na ciebie nie głosował – zachichotał Travis, który mógłby uchodzić za bliźniaka Colina. – Ja na ciebie zagłosuję, Colin! – wtrącił Ethan. – A co, jeżeli ja też będę kandydował na prezydenta? – spytał Ethana Travis. – To zagłosuję na was obu. I na Fallon. – Mnie w to nie mieszaj – powiedziała siostra, rozgrzebując jedzenie widelcem. – Możesz głosować tylko na jedną osobę – zwrócił mu uwagę Travis. – Dlaczego? – Dlatego.

– To głupia odpowiedź. – Cała ta rozmowa jest głupia. – Fallon machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. – Nie możesz być prezydentem, nawet gdyby istniała jakakolwiek struktura rządowa, bo nie jesteś wystarczająco dorosły ani wystarczająco mądry. – Jestem tak samo mądry jak ty – odciął się Colin. – I będę starszy. Mogę zostać prezydentem, jeśli zechcę. W ogóle mogę być, kim zechcę. – W marzeniach – dodał złośliwie Travis. Dostał pod stołem kopniaka, którego natychmiast oddał. – Prezydent jest przywódcą, a przywódca przewodzi – nie ustępował Colin. Kiedy Fallon zerwała się na równe nogi, Simon zaczął coś mówić, żeby uciąć tę dyskusję, lecz dostrzegł wzrok Lany. – Nic nie wiesz o byciu przywódcą! – wybuchnęła dziewczyna. – A ty nie wiesz nic o niczym – odparował Colin. – Wiem, że przywódca nie nazywa miejscowości na swoją cześć – fuknęła Fallon. – Wiem, że musi być odpowiedzialny za swoich ludzi, dbać o to, żeby mieli jedzenie i schronienie, decydować, kto idzie na wojnę, kto żyje i umiera. Wiem, że przywódca musi walczyć i może nawet zabijać. Gdy się tak złościła, wokół niej groźnie rozjarzyło się czerwone światło. – Przywódca to ktoś – ciągnęła – do kogo wszyscy zwracają się w poszukiwaniu odpowiedzi, nawet gdy on ich nie ma. Ktoś, kogo wszyscy obwiniają, gdy sprawy przybierają kiepski obrót. Przywódca to ktoś, kto musi odwalić brudną robotę, nawet jeśli są to cholerne talerze. To powiedziawszy, ruszyła stanowczym krokiem do domu, ciągnąc za sobą groźne światło. Trzasnęła drzwiami. – Dlaczego ona zaczyna zachowywać się jak wstrętny bachor? – zapytał stanowczym tonem Colin. – Dlaczego zaczyna być taka podła? Oczy Ethana wezbrały łzami. – Czy Fallon jest na nas wściekła? – zwrócił się do matki. – Nie, kochanie, jest po prostu wściekła. Pozwolimy jej spędzić trochę czasu w samotności, dobrze? – Spojrzała na Simona. – Chcę pobyć trochę sama. Ona cię przeprosi, Colin. Chłopak tylko wzruszył ramionami. – Mogę być prezydentem, jeśli zechcę. Fallon nie rządzi światem. Kobieta poczuła ukłucie w sercu. – A czy wspominałam, że na deser jest placek z brzoskwiniami? – Wiedziała, że ciasto niezawodnie poprawi chłopakom nastrój. – Oczywiście tylko dla tych, którzy zjedzą wszystko, co mają na talerzu. – Znam dobry sposób na spalenie tego ciasta. – Dostrajając się do Lany, Simon wrócił do posiłku. – Co powiecie na meczyk koszykówki? Od kiedy zrobił miniboisko do koszykówki koło stodoły, ten sport stał się ulubioną rozrywką chłopców. – Chcę być w twojej drużynie, tatusiu! – zawołał Ethan. Simon uśmiechnął się do niego szeroko i puścił oko. – Zmieciemy ich z boiska, mistrzu. – Nie ma mowy. – Colin rzucił się do talerza. – Travis i ja was zniszczymy. Travis spojrzał na mamę i przez chwilę nie odwracał od niej oczu. Lana pomyślała, że on wie. Tak samo jak Colin, chociaż gniew i uraza to blokują.

Ich siostra nie rządziła światem, ale nosiła na barkach jego ciężar. * * * Złość Fallon przygasła w fali łez rozżalenia. Rzuciła się na łóżko, żeby się wypłakać – to samo, które zrobił jej tata, odtwarzając model, jaki zobaczyła w starym czasopiśmie. W końcu łzy obeschły, pozostawiając lekki ból głowy i nadąsanie. To było niesprawiedliwe, pomyślała, wszystko było niesprawiedliwe. I Colin zaczął. Zawsze zaczynał coś swoimi wielkimi, głupimi pomysłami. Pewnie dlatego, że nie miał żadnej magii. I dlatego, że był zazdrosny. Może sobie wziąć jej magię i odejść z jakimś obcym człowiekiem, żeby nauczyć się, jak zostać zbawcą tego całego, głupiego świata. Ona tylko chciała być normalna. Jak dziewczyny we wsi na innych farmach. Jak każdy. Przez otwarte okno dobiegły ją krzyki i śmiech, ale usiłowała je zignorować. W końcu jednak wstała i wyjrzała. Niebo nadal było niebieskie w ten długi dzień zbliżającego się ku końcowi lata, ale tak samo jak jej matka wyczuwała nadchodzącą burzę. Zobaczyła tatę – szedł w stronę stodoły, niosąc najmłodszego syna na barana. Starsi chłopcy już ścigali się po asfalcie w butach do koszykówki, które Simon gdzieś wyszperał. Nie chciała się uśmiechać, gdy tata podebrał Colinowi piłkę i podał ją do góry Ethanowi, po czym podszedł do kosza, żeby dzieciak mógł wrzucić piłkę przez obręcz. Nie chciała się uśmiechać. Starsi chłopcy wyglądali jak tata, Ethan jak mama. A ona wyglądała jak mężczyzna na okładce książki. Samo to często bolało ją bardziej, niż sądziła, że wytrzyma. Usłyszała ciche pukanie do drzwi, po czym do środka weszła mama. – Pomyślałam, że możesz być głodna – powiedziała. – Ledwie tknęłaś kolację. Przez nadąsanie zaczął z wolna przebijać wstyd. Fallon tylko pokręciła przecząco głową. – Później. Kobieta odstawiła talerz na toaletkę zrobioną przez Simona. – Wiesz, jak to podgrzać, gdy poczujesz głód. Fallon znowu pokręciła głową, ale tym razem z oczu popłynęły jej łzy. Lana bez słowa podeszła do niej i ją przytuliła. – Przepraszam. – Wiem. – Wszystko zepsułam. – Nieprawda. – Chciałam… Kobieta pocałowała Fallon w policzek. – Wiem, ale nie zepsułaś. Przeprosisz swoich braci, ale teraz słyszysz, że są szczęśliwi. Nic nie zepsułaś. – Nie wyglądam jak oni ani jak ty, ani jak tata. Lana przesunęła dłonią po długich czarnych włosach spiętych w koński ogon, po czym odsunęła się, by popatrzeć w te znajome szare oczy. – Opowiadałam ci o tej nocy, kiedy się urodziłaś. To zawsze była jedna z twoich ulubionych historii. – Mówiąc te słowa, poprowadziła Fallon do łóżka, na którym razem usiadły. – Nigdy nie opowiedziałam ci o nocy, której zostałaś poczęta. – Ja… – Poczuła, że policzki ją pieką. Wiedziała, co oznacza poczęcie i jak się odbywa. – To… To dziwne.

– Masz niemal trzynaście lat, a nawet gdybyśmy o tym nigdy nie rozmawiały, to mieszkasz na farmie. Wiesz, skąd się biorą dzieci i jak się tam dostają. – Ale to dziwne, kiedy chodzi o własną mamę. – Nieco dziwne – przyznała Lana – więc będę ostrożna. Mieszkaliśmy w Chelsea. To dzielnica w Nowym Jorku. Uwielbiałam ją. Po drugiej stronie ulicy była urocza piekarenka, na rogu dobre delikatesy. W okolicy sklepy z ładnymi rzeczami, piękne stare budynki. Mieszkaliśmy w lofcie – ja wprowadziłam się do loftu Maxa. To też uwielbiałam. Na ulicę wychodziły wielkie okna. Można z nich było obserwować śpieszący się świat. Półki pełne książek. Kuchnia nie była tak duża ja ta tu w domu, ale nowocześnie urządzona. Często robiliśmy przyjęcia dla znajomych. Pracowałam w dobrej restauracji i planowałam, że któregoś dnia otworzę własną. – Nikt nie gotuje tak dobrze jak ty. – Nie mam teraz zbyt dużej konkurencji. – Lana objęła Fallon w pasie. – Wróciłam do domu z pracy, piliśmy wino, naprawdę pyszne wino, i kochaliśmy się. A potem, parę minut potem, coś we mnie po prostu eksplodowało. Tyle światła, tyle wspaniałości, tyle… Nie potrafię opisać tego uczucia, nawet teraz. Zaparło mi dech w piersiach w najpiękniejszy możliwy sposób. Max też to poczuł. Żartowaliśmy nawet z tego. Wziął świecę. Mój dar był tak niewielki, że nawet jej zapalenie nie zawsze mi wychodziło, a jeżeli, to po wielu staraniach. – Naprawdę? Ale przecież ty… – Zmieniłam się, Fallon. Otworzyłam się właśnie tamtej nocy. Zapaliłam świecę właściwie samą myślą. Ona we mnie wezbrała, ta nowa moc. Tak samo jak w Maxie, w nas wszystkich, którzy mieli w sobie magię. Ale u mnie to byłaś ty. Ten moment, ta eksplozja, ta wspaniałość, to światło to byłaś ty. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, musiało minąć wiele tygodni, ale to byłaś ty. Powstałaś we mnie tamtej nocy. Zrozumiałam, trochę mi pokazałaś, kiedy jeszcze byłaś we mnie, że jesteś szczególna nie tylko dla mnie, dla Maxa, dla Simona, ale dla wszystkich. – Nie chcę odchodzić. – Fallon schowała twarz na ramieniu Lany. – Nie chcę być Jedyną. – To odmów. To twój wybór, Fallon. To musi być twoja własna decyzja i nigdy nie pozwolę nikomu cię do tego zmusić. Twój tata nigdy na to pozwoli. Fallon o tym wiedziała. Zawsze jej powtarzali, że to będzie jej decyzja. Ale… – Nie będziesz mną rozczarowana? Nie będzie się mnie wstydzić? – Nie. – Lana przyciągnęła dziewczynkę bliżej i objęła ją mocno. – Nie, nie, nigdy. – Ileż nocy wściekała się, ile nocy rozpaczała, że można prosić dziecko o coś takiego? To dziecko. Jej dziecko. – Jesteś moim sercem – pocieszała ją. – Każdego dnia napawasz mnie dumą. Jestem dumna z ciebie, z twojego umysłu, z twojego serca, z twojego światła. Boże, płonie tak mocno. I zabrałabym ci je bez wahania, żeby oszczędzić ci dokonywania takiego wyboru. Żebyś nie była zmuszona go podejmować. – On umarł, żeby mnie ocalić. Mój biologiczny ojciec. – Nie tylko z powodu tego, kim się możesz stać. Zrobił to, bo cię kochał. Fallon, ty i ja? Żadna kobieta nie ma tyle szczęścia, co my. Miłością obdarzyło nas dwóch cudownych mężczyzn, dwóch dzielnych ludzi. Bez względu na to, jaką decyzję podejmiesz, i ja, i oni zawsze będziemy cię kochać. Fallon wciąż się przytulała – pocieszona, odprężona. A potem… Ostrożnie się odsunęła. – Jest coś więcej – rzekła. – Czuję to. Wiem, że jest coś więcej, coś, czego mi nie powiedziałaś. – Powiedziałam ci o Nowej Nadziei i o… – Kim jest Eric?

Lana gwałtownie szarpnęła się do tyłu. – Nie rób tego. Znasz zasady i wiesz, że nie wolno wpychać się do cudzego umysłu. – Nie zrobiłam tego. Daję słowo. Po prostu to zobaczyłam. Poczułam to. Jest coś więcej – powiedziała Fallon, a jej głos teraz drżał. – Coś więcej, czego mi nie mówisz, ponieważ się martwisz. Boisz się o mnie, czuję, czuję to. Ale jeżeli nie mówisz mi wszystkiego, to skąd mam wiedzieć, co robić? Lana wstała i podeszła do okna. Spojrzała na swoich synów, na mężczyznę, na dwa stare psy, Harper i Lee śpiące na słońcu. Na dwa młode psy biegające wokół chłopców. Na farmę, na dom, który uważała za skarb. Na życie, które stworzyła. Pomyślała z rozgoryczeniem, że ciemność zawsze napiera na światło. Magia zawsze żądała zapłaty. Ukrywała niektóre sprawy przed swoim dzieckiem, przed najjaśniejszym ze świateł, ponieważ się obawiała. Chciała, żeby jej rodzina była razem w domu. Bezpieczna. – Nie mówiłam ci pewnych rzeczy, ponieważ poza wszystkim chciałam, żebyś odmówiła – odparła. – Powiedziałam ci o ataku z czasów, kiedy mieszkaliśmy w domu w górach. – Dwie osoby z waszej grupy zwróciły się przeciwko wam. To byli Mroczni Niesamowici, ale nie wiedzieliście o tym, dopóki nie spróbowali was zabić. Mnie zabić. Ty i Max oraz pozostali walczyliście i sądziliście, że udało się wam ich pokonać. – Tak, ale się myliliśmy. – Zaatakowali was ponownie w Nowej Nadziei. Przyszli po mnie i żeby cię ocalić, żeby ocalić mnie, Max się poświęcił. Uciekałaś, tak jak ci kazał. Uciekałaś, ponieważ oni by wrócili, a ty musiałaś mnie chronić. Długo byłaś sama, a oni na ciebie polowali. Ale znalazłaś farmę, znalazłaś tatę. Fallon wzięła głęboki oddech. – Czy Eric był jednym z nich? Jednym z Mrocznych? – Tak. On i kobieta, z którą był, kobieta, która moim zdaniem pomogła mu odwrócić się od światła. Chcieli mnie zabić, ciebie zabić. Zabili Maxa. Eric jest bratem Maxa. – Jego bratem? – Jej ciało przeszył wstrząs. Bracia, pomyślała przerażona, jakkolwiek irytujący, są braćmi. Rodziną. – Mój wujek. Mój krewny. – Eric postanowił zdradzić tę krew, postanowił zabić własnego brata. Wybrał ciemność. – Wybrał ciemność – powtórzyła szeptem Fallon. Po kolejnym głębokim oddechu wyprostowała się. – Musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie możesz niczego pominąć. Dobrze? – Dobrze. – Lana przycisnęła palce do oczu. Już wiedziała, patrząc w te dobrze znane szare oczy, jakiego wyboru dokona jej dziecko. – Dobrze, wszystko ci opowiem.

ROZDZIAŁ DRUGI Fallon przeprosiła. Colin wzruszył tylko ramionami, ale ponieważ wiedziała z doświadczenia, że brat długo żywi urazę, była gotowa na odwet. Ponieważ od urodzin – i wyboru – dzieliły ją ledwie tygodnie, wolała myśleć o jego zemście. To było normalne, to była rodzina. I wolała wyrachowanie w jego oczach niż niepokój, jaki często widziała u matki i ojca. Na równi ze wszystkimi kosiła siano i żęła pszenicę, zbierała też warzywa i owoce. Codzienne obowiązki pomagały jej zachować równowagę. Nie narzekała na dyżury kuchenne – albo tylko mamrotała coś do siebie. Koniec lata i nadejście jesieni oznaczało godziny robienia dżemów i galaretek, puszkowanie różnych warzyw i owoców na zbliżającą się zimę. Zimę, której się bała. Kiedy mogła, uciekała, wykorzystując wolny czas do jeżdżenia po polach i lasach na swoim ukochanym koniu, Grace. Klacz otrzymała imię po królowej piratów, którą Fallon od dawna podziwiała. Czasami jeździła do strumienia, żeby po prostu posiedzieć i pomyśleć – na myśl, żeby do wody włożyć haczyk z przynętą, wpadała później. Jeżeli przyniesie do domu ryby, żeby je zjedli lub wymienili na coś innego, tym lepiej. Ale godzina lub dwie samotności była pokarmem dla jej młodej, niespokojnej duszy. Czasami praktykowała tam magię – nic wielkiego, ot przywoływanie motyli, zmuszanie ryb do skakania, tworzenie małych wirów powietrza za pomocą palców. W pewien upalny dzień, kiedy słońce przypiekało mocno, a wiaterek prawie nie wiał i zdawało się, że lato nigdy się nie skończy, siedziała w swoim ulubionym miejscu. Ponieważ chciała poczytać, jej wędka wisiała dzięki magii nad strumieniem. Potrafiła sprawić, żeby ryba chwyciła przynętę, ale wiedziała, że takich mocy – zgodnie z tym, czego została nauczona – można używać tylko do zaspokojenia prawdziwego głodu. Co jakiś czas rozlegał się śpiew ptaków. Z podszycia niekiedy dobiegał ją szelest. Gdyby nie była pochłonięta lekturą, na pewno by sprawdziła, czy potrafi zidentyfikować ich źródło. Jeleń, zając, wiewiórka, lis, niedźwiedź. O wiele rzadziej człowiek. Cieszyła się, że tak się dała wciągnąć czytanej historii – naprawdę przerażającej – o młodym chłopcu, który miał dar, który lśnił (czyli miał dar światła) i był uwięziony w starym hotelu ze złem. Nie zwracała uwagi na plusk wody, nawet kiedy się powtórzył. Niekiedy przed pełnym zła hotelem krzewy w kształcie zwierząt się poruszyły, innym znowu razem groziły chłopcu. W końcu jednak bulgoczący głos przyciągnął jej uwagę. Serce, które już jej szybciej biło pod wpływem opowieści, wtem silniej uderzyło, gdy usłyszała swoje imię wyszeptane przez ten wodny głos. Powierzchnia wody w strumieniu dziwnie się zmarszczyła. Ostrożnie odłożyła książkę na bok i wstała, z dłonią na rękojeści noża noszonego przy pasku. – A cóż to za magia…? – mruknęła. Czy to znak? Czy przyzywało ją coś mrocznego? Znowu rozległo się jej imię, a woda wydawała się drżeć, zwijać się i skręcać. Motyle, które latały wzdłuż krawędzi strumienia, odfrunęły w żółtozłotej chmurze. Powietrze zrobiło się raptem ciche i nieruchome jak w grobowcu.

Cóż, napomniała się, nie jest małym chłopcem z książki, po czym podeszła nad skraj strumienia. – Jestem Fallon Swift! – zawołała, przekrzykując pulsowanie krwi w uszach. – Kim jesteś? Czego chcesz? – Nie mam imienia. Jestem wszystkim. – Czego chcesz? Ze zmarszczonej powierzchni strumienia wyłonił się jeden palec. Wystarczyła sekunda, żeby zorientowała się, który to palec i jakie jest jego znaczenie. Ale była to sekunda za późno. Uderzyli ją od tyłu, trzech na jedną. Wleciała twarzą do wody, po czym wypłynęła na powierzchnię ku wesołości swoich braci. Odsunęła ociekające wodą włosy z oczu, wymacała stopami dno i stanęła. – Trzeba było was trzech i zasadzki. – „Kim jesteś?” – powtórzył Colin drżącym głosem. – „Czego chcesz?” – natrząsał się. – Żebyś widziała swoją twarz! – Miło widzieć, jak przyjmujesz przeprosiny. – Zasłużyłaś sobie. Teraz jesteśmy kwita. Może i zasłużyła i musiała oddać mu sprawiedliwość, że wyczekał, werbując do pomocy braci. Co więcej, nie mogła nie podziwiać złożoności i kreatywności jego sztuczki. Ale. Rozważyła błyskawicznie swoje możliwości, ryzyko upokorzenia, jeżeli jej się nie uda, i postanowiła spróbować. Już to ćwiczyła. Kiedy jej bracia się śmiali i wykonywali taniec zwycięstwa, zwróciła się do swojego konia, umysł do umysłu. Na co Grace podeszła do przodu i łbem pchnęła Colina do wody. – Hej! – Niższy od Fallon, pływał, dopóki nie znalazł płytszego miejsca. – To nie fair. – Tak samo jak trzech na jedną. Ethan, śmiejąc się do rozpuku, wskoczył do wody. – Ja też chcę pływać. – A co tam. – Travis zrzucił buty i skoczył na bombę. Kiedy chłopcy chlapali na siebie i podtapiali się dla zabawy, Fallon położyła się na plecach i unosiła się na wodzie. Tym razem odezwała się w myślach do Travisa. – To twoja sprawka. – No. – Przeprosiłam. – Wiem, ale on tego potrzebował. I było fajnie. Odwrócił głowę i uśmiechnął się do niej. – A poza tym jest gorąco. – Środkowy palec był niegrzeczny. – Ale śmieszny. Nie zdołała się powstrzymać przed uśmieszkiem. No racja, śmieszny. – Potrzebuję paru minut z Colinem. – Jezu, to tylko woda. – Nie o to chodzi. Jesteśmy kwita. Po prostu potrzebuję kilku minut. Spojrzał na nią uważniej. Widział i wiedział, jak zwykle. Zaczął mówić coś na głos, po czym się odwrócił. Tylko skinął jej głową. Wyszła na brzeg. Osuszyła się, przesuwając dłońmi wzdłuż ciała, po czym schowała książkę i różdżkę.

– Musimy wracać! – zawołała. Zignorowała jęczenie – głównie Ethana – i ponagliła ich gestem. – Musimy pomóc przy jedzeniu, a potem wziąć się do wieczornych obowiązków. Travis wdrapał się na brzeg – Fallon go wysuszyła. – Dzięki. Musiała kucnąć, żeby pomóc wyjść Ethanowi. – Fajnie jest pływać w ubraniach. – Nie byłoby to wcale takie fajne – stuknęła go lekko w nos – gdybyś musiał wracać do domu w mokrych, skrzypiących butach. Wysuszyła je, następnie spodnie, a potem spłowiałą koszulkę marki Under Armour, która została wyszperana jeszcze dla Colina. Ujęła w dłoń wodze Grace i odwróciła się do Colina. – No weź, wysusz mnie. – Machnął ręką. – Już się na mnie odegrałaś się za to, że wrzuciłem cię do wody. – Wysuszę cię, jeśli dasz mi słowo, że nie odegrasz się za to, że się na tobie odegrałam. Zawahał się, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Mam dobry numer, nad którym pracuję, ale mogę go zostawić sobie na następny raz, kiedy znowu będziesz zołzowata. To pewnie długo nie potrwa. Wyciągnęła ku niemu rękę. – Ale ta runda jest załatwiona. – Załatwiona. Uścisnęli sobie dłonie. Kiedy już był suchy, rozejrzał się. – A ci gdzie polecieli? – Powiedziałam Travisowi, że muszę z tobą porozmawiać. W jego oczach błysnęła podejrzliwość i chęć odwetu. – Powiedzieliśmy, że na teraz koniec. – Nie o to chodzi. – Ruszyła przed siebie, a koń stąpał za nią leniwie. – Zbliżają się moje urodziny. – No wiem przecież. – Moje trzynaste urodziny. – No i? – Wzruszył ramionami i podniósł jakiś kij, żeby stukać w mijane drzewa. – Pewnie zaczniesz całować chłopaków i wiązać kokardy na włosach. I inne głupstwa. – Będę musiała wyjechać. – O, i będziesz jeździła ciężarówką. Ja mógłbym to robić. Nie rozumiem, dlaczego ty wszystko musisz robić pierwsza. – Colin, nie będzie mnie tu, więc nie będę jeździła ciężarówką. Muszę odejść. – Dokąd? Zobaczyła na jego twarzy przebłysk zrozumienia. Rodzice nie robili tajemnicy z opowieści o Mallicku, o Jedynej, o dwóch latach szkolenia poza domem. Kiedy uświadomił sobie przyczyny jej wyjazdu, natychmiast pojawiło się zaciekłe wyparcie. – Bzdura. Nigdzie nie jedziesz. To jakieś pieprzone bajdy. Fallon pomyślała leniwie, że brat lubi przeklinać. Robił to przy każdej okazji, kiedy rodzice nie słyszeli. – To nie jest bzdura. I kiedy przyjdzie, będę musiała z nim iść. – Powiedziałem, że to bzdura. – Wściekły i zaczerwieniony na twarzy cisnął kij. – Nie