wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 064 046
  • Obserwuję1 392
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 551 773

Nora Roberts - Rodzina Stanislawskich 06 - Pasja życia

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :813.7 KB
Rozszerzenie:pdf

Nora Roberts - Rodzina Stanislawskich 06 - Pasja życia.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nora Roberts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 26 osób, 36 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 252 stron)

NORA ROBERTS Pasja życia

ROZDZIAŁ PIERWSZY Osobiście wszystkiego dopilnuję, postanowiła. Każdy drobiazg będzie dokładnie taki, jak to sobie wymarzyłam. Marzenia jednak się spełniają. Nie miała zamiaru zadowolić się czymś, co nie będzie dokładnie takie, jak być powinno. Uważała to za niepotrzebną stratę czasu. Kate Kimball nie uzna­ wała strat. Miała dwadzieścia pięć lat i więcej doświadczeń życiowych aniżeli większość ludzi na starość. Kiedy inne młode panienki chichotały na widok chłopców i zamartwiały się wymaganiami aktualnej mody, ona jeździła do Paryża i Bonn, nosząc piękne kostiumy i robiąc oszałamiające rzeczy. Tańczyła na królewskich dworach, jadała z książę­ tami, piła szampana w Białym Domu, płakała z rado­ ści i ze zmęczenia w moskiewskim teatrze Bolszoj. Zawsze przy tym odczuwała wdzięczność dla rodzi­ ców i całej swej wielkiej rodziny, która popierała jej wszystkie życiowe zamierzenia. To im zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. Jak daleko sięgała pamięcią, zawsze marzyła o tań­ cu. Jej brat Brandon twierdził, że taniec stał się jej obsesją. Kate musiała przyznać, że Brandon doskona-

6 PASJA ŻYCIA le to określił. Uważała, że obsesja to nic złego. Oczy­ wiście pod warunkiem, że obsesja jest twórcza i że nie pozostawia się jej przypadkowi. Kate ciężko pracowała nad swoją obsesją. Poświę­ ciła baletowi dwadzieścia lat ćwiczeń, nauki, radości i bólu. Nie tylko ona się poświęcała, jej rodzice także. Kate wiedziała, że niełatwo im przyszło pozwolić swej najmłodszej córeczce wyjechać do szkoły bale­ towej w Nowym Jorku. A jednak pozwolili, a potem we wszystkim jej pomagali i zawsze podtrzymywali na duchu. To prawda, że ryzyko nie było wielkie. Wprawdzie Kate opuściła spokojne miasteczko w Wirginii Za­ chodniej i wyjechała do wielkiego miasta, ale w tym wielkim mieście także otaczała ją troskliwa opieka rodziny. Ale nawet gdyby nie mieli tam żadnej rodzi­ ny, rodzice i tak pozwoliliby jej wyjechać. Przecież ją kochali i mieli do niej zaufanie. Ciężko pracowała, ćwiczyła i tańczyła. Gdy przy­ jęto ją do zespołu Davidova i po raz pierwszy wystą­ piła na scenie, cała rodzina w komplecie zasiadła na widowni. Przez sześć lat Kate była zawodową tancerką. Po­ znała światła sceny i czar muzyki pokonujący najwię­ kszą nawet tremę. Podróżowała po całym świecie, wcieliła się w Giselle, Aurorę, Julię i wiele innych postaci. Żadna chwila z tych sześciu lat nie została zmarnowana. Dlaczego więc zdecydowała się zrezygnować

PASJA ŻYCIA 7 z dalszej kariery, porzucić scenę? Najpierw sarna nie bardzo wiedziała, a potem zrozumiała, że pragnie wrócić do domu. Chciała zacząć żyć, żyć naprawdę. Uwielbiała ta­ niec, lecz nagle zdała sobie sprawę, że pochłonął wszystkie inne aspekty jej osobowości. Lekcje, próby, przedstawienia, podróże, prasa i telewizja. Wielki świat, całkiem nieprawdziwy. Tak więc zapragnęła normalnego życia, zachciało jej się domu. Poczuła też, że powinna dać światu coś w zamian za całą radość, jakiej doświadczyła. Posta­ nowiła założyć szkołę tańca. O to, czy będzie miała uczniów, nie bała się ani trochę. Nazywała się Kim­ ball, a w jej mieście to nazwisko znaczyło bardzo dużo dla tych wszystkich, których interesował taniec. Wkrótce, obiecywała sobie, już wkrótce sama szkoła też zacznie coś znaczyć. Na pewno będę miała kogo uczyć. Obróciła się na pięcie, rozejrzała po wielkiej, dud­ niącej echem sali. Tak, nadszedł czas na nowe marze­ nia. Nowa obsesja Kate nosiła nazwę: Szkoła Tańca Kate Kimball. Miała się stać nowym wyzwaniem i dać takie samo spełnienie jak praca na scenie. Kate podparła się pod boki i oglądała ponure szare ściany. Wiedziała, że wkrótce znów będą białe. Czy­ sta przestrzeń, na której zawisną fotografie tych naj­ większych. Nuriejew, Fontayne, Barysznikow, Davi- dov, Bannion. Wzdłuż dwóch długich ścian bocznych umocuje się drążki, a za nimi olbrzymie lustra. To nie próż-

8 PASJA ŻYCIA ność, lecz konieczność. Tancerz musi widzieć każdy, nawet najdrobniejszy ruch, każdy łuk, każde wygięcie ciała. Ono czuje, co robi, ale trzeba widzieć, by do­ prowadzić ruch do perfekcji. To właściwie nie lustro, tylko okno, pomyślała Kate. Okno, przez które się wygląda, żeby zobaczyć taniec. Stary strop trzeba naprawić albo wymienić. Nie wiedziała jeszcze, co będzie najlepsze. Ogrzewanie... Roztarta zziębnięte dłonie. Tak, ogrzewanie na pewno trzeba wymienić, podłogi wycyklinować i wypolero­ wać. Potem jeszcze tylko oświetlenie, kanalizacja... Trzeba będzie przejrzeć instalację elektryczną. Pomyślała z miłością o dziadku. Zanim przeszedł na emeryturę, choć właściwie jeszcze nie całkiem, był świetnym stolarzem, toteż Kate wiedziała co nieco o tym, jak się przeprowadza remont kapitalny. Posta­ nowiła dowiedzieć się więcej, wypytywać o wszyst­ ko, zrozumieć. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, jak to będzie. Zgięła się w głębokim ukłonie, wyprostowała i jesz­ cze raz się skłoniła. Spinka się poluzowała, wysunęło się spod niej kilka pasemek upiętych w kok czarnych grubych włosów. Gdyby je rozpuścić, sięgałyby do pasa. Kate lubiła ten swój romantyczny, trochę dziki wygląd, ale tylko na scenie. Miała ciemną cerę, tak jak jej matka, i wystające kości policzkowe, a szare oczy i podbródek odziedzi­ czyła po ojcu. Ta niezwykła kombinacja składała się na obraz tajemniczej Cyganki, syreny, królewny z bajki. Mężczyźni widzieli w Kate tylko delikatność

PASJA ŻYCIA 9 formy, uważali ją za subtelną romantyczkę. Nikt nie spodziewał się po niej silnej woli, nadludzkiej wy­ trwałości ani stalowych mięśni. - Kiedyś zastygniesz w tej pozycji i do końca ży­ cia będziesz musiała skakać jak żaba. Kate wyskoczyła w górę, otworzyła oczy. - Brandon! - zawołała. Przebiegła przez wielką salę i rzuciła mu się na szyję. - Skąd się tu wziąłeś? Na długo przyjechałeś? Brat był od niej zaledwie o dwa lata starszy. Ta całkiem przypadkowa różnica w datach urodzenia sprawiła, że ciągle ją dręczył, kiedy oboje byli jeszcze mali. Zupełnie inaczej niż Frederica, ich wspólna przyrodnia siostra. Była od nich o wiele starsza, ale nigdy nie wynosiła się z tego powodu, nigdy im nie dokuczała. A jednak to Brandon był największą miło­ ścią Kate. - Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? - Śmiejąc się, odsunął ją od siebie. - Jesteś strasznie chuda. - A ty gruby. - Pocałowała go z głośnym cmok­ nięciem. - Rodzice nic mi nie mówili, że masz przy­ jechać do domu. - Nie wiedzieli. Ale usłyszałem, że zamierzasz się tu osiedlić, więc pomyślałem sobie, że trzeba cię mieć na oku. - Rozejrzał się po wielkim, brud­ nym pokoju, zwrócił oczy ku niebu. - Niestety, spóźniłem się. - Tu będzie cudownie, zobaczysz. - Być może. Na razie jest strasznie. - Objął ją

10 PASJA ŻYC1A ramieniem. - A więc królowa tańca chce zostać na­ uczycielką. - Będę świetną nauczycielką. Dlaczego nie jesteś w Portoryko? - Nie można grać w piłkę przez dwanaście miesię­ cy w roku. - Brandon! - przywołała go do porządku. - Paskudny ślizg na drugą bazę. Naciągnąłem ścięgno. - Czy to bardzo źle wygląda? Byłeś u lekarza? A może... - Dajże spokój, Katie. To nic wielkiego. Przez kilka miesięcy będę na liście kontuzjowanych. Wrócę do formy, nim zaczną się wiosenne treningi, ale do wiosny będę miał sporo wolnego czasu. Pokręcę się tu trochę i zmienię twoje życie w prawdziwe piekło. - No tak, to rzeczywiście zrekompensuje ci utra­ cone mecze. Chodź, pokażę ci dom - powiedziała. I popatrzę sobie, jak chodzisz, pomyślała. - Moje mieszkanie będzie na górze. - Z wyglądu tego sufitu wnioskuję, że twoje mie­ szkanie w każdej chwili może się znaleźć na dole. - Nie jest taki słaby, jak ci się zdaje. - Machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę. - Jest tylko brzydki, ale to przejściowe. Mam wielkie plany. - Zawsze masz jakieś plany, i wszystkie wielkie. Poszedł z nią, lekko utykając na lewą nogę. Prze­ szli przez wielką salę i weszli do małego holu, w któ­ rym opadał tynk, ukazując gołą ścianę z cegieł. Skrzy­ piące schody zaprowadziły ich na piętro zamieszkane

PASJA ŻYCIA 11 w tej chwili przez myszy, pająki i inne robactwo, o którym Brandon nie chciał nawet myśleć. - Kate, ten dom... - Ma charakter i mocne mury - dokończyła sta­ nowczo. - Zbudowano go przed wojną domową. - A nie w epoce kamienia łupanego? - Brandon lubił rzeczy znajdujące się w należytym porządku. Jak na przykład boisko do baseballu. - Masz pojęcie, ile cię będzie kosztowało doprowadzenie tego miejsca do stanu używalności? - Mam pojęcie. A dokładnie się dowiem, kiedy będę rozmawiać z przedsiębiorcą budowlanym. Ten dom jest mój, Brand! Pamiętasz, jak chodziliśmy tędy z Freddie, kiedy byliśmy mali? - Jasne. Był tutaj bar, potem jakiś warsztat czy coś w tym rodzaju, potem. - Tu było wiele rzeczy - przerwała mu Kate. - Za­ częło się w dziewiętnastym wieku od gospody. Nikt tego domu specjalnie nie szanował, ale ja zawsze chciałam tutaj mieszkać. Wyobrażałam sobie, że wy­ glądam przez te wspaniałe wysokie okna, biegam po pokojach... Zaczerwieniła się, jej oczy stały się ciemne, prawie czarne. Był to widomy znak, że zaparła się i nie po­ puści. - Marzenia ośmioletniej dziewczynki nie mogą zmusić dorosłej kobiety do kupowania ruiny. - Masz rację. Wcale nie musiałam kupować tego domu. To zbieg okoliczności. Kiedy wiosną przyje­ chałam odwiedzić rodziców, zobaczyłam, że dom wy-

12 PASJA ŻYCIA stawiono na sprzedaż. Od tamtej pory po prostu nie mogłam go zapomnieć. Nawet w Nowym Jorku wciąż o nim myślałam. Chodziła po pokoju. Widziała go takim, jakim bę­ dzie za kilka miesięcy. Widziała lśniące parkiety, czy­ ste, mocne ściany. - Naprawdę masz pokręcone w głowie. Kate wzruszyła ramionami. - Teraz jest mój. Wiedziałam o tym, kiedy tylko weszłam do środka. Czy ty nigdy nie czułeś czegoś podobnego? Pewnie, że czuł. Poczuł to, kiedy po raz pierwszy wszedł na boisko. Zapewne gdyby wtedy z kimś na ten temat porozmawiał, usłyszałby, że wszyscy chłop­ cy marzą o zawodowej grze w baseball, ale tylko nie­ licznym się udaje, więc lepiej zająć się czymś bardziej realnym. Ale nikt z jego rodziny nigdy mu nic takiego nie powiedział. Ani rodzice, ani nikt inny nigdy nie namawiał go do rezygnacji z marzeń. Tak samo jak nie żądano od Kate, by wyrzekła się baletu. - Chyba czułem - przyznał się Brandon. - Prob­ lem w tym, że to wszystko dzieje się zbyt prędko. Przyzwyczaiłem się, że ty działasz powoli i z namy­ słem. - To się nie zmieniło. - Uśmiechnęła się do niego. - Kiedy postanowiłam odejść z baletu, wiedziałam, że będę uczyć tańca. Wiedziałam, że właśnie w tym domu chcę założyć szkołę. Moją własną szkołę. Ale przede wszystkim chciałam wrócić do domu. - W porządku. - Przytulił ją, pocałował w czoło.

PASJA ŻYCIA 13 - Wobec tego tak się stanie. Ale na razie lepiej stąd chodźmy. Zimno tu jak w psiarni. - Nowe ogrzewanie jest pierwszą pozycją na liście moich inwestycji. Brandon raz jeszcze rozejrzał się po wielkim, straszliwie zrujnowanym domu. - To chyba bardzo długa lista - mruknął. Szli ulicą, po której hulał grudniowy wiatr. Kate czuła w powietrzu śnieg, a właściwie delikatną zapowiedź opadów śniegu. Wystawy sklepowe już były przystrojone świątecznie. Wszędzie było pełno mikołajów o czerwonych policzkach, kolorowych ża­ rówek, fruwających reniferów i śniegowych bałwa­ nów. Ale najlepszy z najlepszych był - jak zwykle - sklep z zabawkami. W witrynie stały miniaturowe sa­ neczki, olbrzymie pluszowe miśki w śmiesznych czapkach, lalki wystrojone jak na bal, lśniące czerwo­ ne ciężarówki i pałace z drewnianych klocków. Wspaniały bałagan, jak przy każdej dobrej zabawie. Kate i Brandon weszli do środka, rozdzwoniły się wesołe dzwoneczki. Klienci przechadzali się po sklepie, jakiś brzdąc wściekle walił w ksylofon. Annie Maynard, sprze­ dawczyni, właśnie pakowała do pudełka wielkiego pluszowego psa. - To jedna z moich ulubionych zabawek - mówiła do klientki. - Na pewno bardzo się dziecku spodoba. Przewiązała pakunek czerwonym sznureczkiem,

14 PASJA ŻYCIA spojrzała znad okularów na nowo przybyłych i aż pisnęła z radości. - Brandon! Tasz! Zobacz, kto przyszedł. Chodź, daj mi buzi, moje ty kochanie. Brandon wszedł za ladę, pocałował ją w policzek. Annie chwyciła się za serce. - Od dwudziestu pięciu lat jestem mężatką - po­ wiedziała do klientki - ale ten chłopiec zawsze spra­ wia, że znów czuję się jak panienka. Wesołych świąt. Zaczekaj, pójdę po twoją matkę. - Ja po nią pójdę. - Kate uśmiechnęła się. - Bran­ don niech lepiej zostanie tutaj. Będzie mógł sobie z tobą poflirtować. - Dobrze. - Annie puściła do niej oko. - Nie spiesz się za bardzo. Brandon czaruje kobiety, odkąd skończył pięć lat, myślała z rozrzewnieniem Kate. A raczej odkąd się urodził, poprawiła się w myślach, wędrując pomiędzy półkami pełnymi zabawek. I wcale nie dlatego, że jest zabójczo przystojny. W każdym razie nie tylko z tego powodu. I nie tylko z powodu czaru, jaki wokół siebie roztacza, kiedy ma dobry humor. Kate już dawno doszła do wniosku, że wszystkie­ mu winne są feromony. Niektórzy mężczyźni nie mu­ szą nic robić, a kobiety i tak za nimi szaleją. Nie wszystkie, ale zdecydowana większość. Kate należała do mniejszości. Mężczyzna musiał mieć w sobie coś więcej niż tylko wygląd, czar i seks- apil, żeby się nim zainteresowała. Może dlatego, że znała wielu takich, na których miło było popatrzeć...

PASM ŻYCIA 15 i na tym koniec. Nie mieli nic prócz pięknej powłoki. Jak sklepowe manekiny. Weszła do działu z samochodzikami i oniemiała. Stojący tam mężczyzna na pewno nie był maneki­ nem. Owszem, był przystojny, ale bardzo męski. Ide­ alne uosobienie męskości. Sto osiemdziesiąt pięć cen­ tymetrów wzrostu w przepięknym opakowaniu, po­ myślała Kate. Była tancerką, toteż jak mało kto potrafiła ocenić wspaniałe ciało. Ciało tego człowieka, który właśnie w tej chwili oglądał rzędy miniaturowych pojazdów, było opakowane w spłowiałe dżinsy, flanelową ko­ szulę i starą dżinsową kurtkę, stanowczo za lekką jak na tę porę roku. Jego buty wyglądały na bardzo solidne i bardzo stare. Kate nigdy przedtem nie przyszło do głowy, że znoszone buty mogą być pociągające. No i te włosy: ciemne z jasnymi pasemkami, oka­ lające szczupłą twarz o ostrych konturach, pełne usta... Sprawiały wrażenie, jakby to była jedyna miękka część jego ciała. Nos miał prosty i długi, pod­ bródek kanciasty, a oczy... Właściwie nie mogła dostrzec jego oczu, nawet ich koloru, bo widok zasłaniały jej rzęsy. Ale wyobraziła sobie, że są niebieskie. Sięgnął po jedną z zabawek i wtedy Kate zwróciła uwagę na jego dłonie. Duże, szerokie, silne. Zaczęła sobie wyobrażać, całkiem niewinnie, oczywiście... No i potknęła się. Łoskot spadających autek obudził ją z rozmarzenia

16 PASJA ŻYCIA i sprawił, że nieznajomy się odwrócił, Oczy miał zie­ lone, intensywnie zielone. - Ale się narobiło... - Uśmiechnęła się do niego i śmiejąc się z samej siebie, przykucnęła, by pozbie­ rać autka. - Mam nadzieję, że nikt nie jest ranny. - Na szczęście mamy karetkę pogotowia. Na wszelki wypadek. - Przykucnął obok Kate, wziął do ręki lśniący białym lakierem model ambulansu. - Dziękuję. Jeśli zdążymy to posprzątać, zanim zjawią się tutaj gliny, to może nie wlepią mi mandatu i skończy się tylko na ostrzeżeniu. - Pomyślała, że ten mężczyzna nie tylko świetnie wygląda, ale także bar­ dzo dobrze pachnie. Drewnianymi wiórami i jeszcze czymś. Mężczyzną! Specjalnie tak się ustawiła, żeby musiał ją trącić kolanem. - Często tu przychodzisz? - No. - Spojrzał na nią uważnie. Od razu zauwa­ żyła w jego oczach błysk zainteresowania. - Chłopcy nigdy nie wyrastają ze swoich zabawek. - Podobno. A ty czym lubisz się bawić? Zdziwił się. Nieczęsto się zdarza spotkać taką pięk­ ną, bezpośrednią kobietę. Zwłaszcza w sklepie z za­ bawkami. Mało brakowało, a zacząłby się jąkać, a po­ tem zrobiłby coś, czego nie robił od lat: powiedziałby coś, zanim by pomyślał. - Zależy, w co się bawię. A ty w co się bawisz? Roześmiała się, odgarnęła kosmyk włosów z czoła. - Och, ja lubię różne gry. Zwłaszcza te, w których wygrywam. Chciała wstać, ale on zrobił to szybciej. Wyprosto­ wał te swoje długie nogi, wyciągnął do niej rękę. Kate

PASJA ŻYCIA 17 uchwyciła się jej. Dłoń była twarda i silna. Taka, jaka powinna być dłoń mężczyzny. - Jeszcze raz dziękuję. Mam na imię Kate. - Brody. - Podał jej mały niebieski samochodzik. - Chcesz kupić auto? - Nie dzisiaj. Tak sobie oglądam wszystko. Może coś mi wpadnie w oko... - Znów się uśmiechnęła. Brody z największym trudem powstrzymał się od gwizdania. Kobiety czasami go podrywały, ale nigdy tak jawnie. On zresztą nie zwracał na nie uwagi. Nie był z kobietą od... No cóż, stanowczo za długo. - Kate. - Oparł się o półkę. Pomyślał, że to nawet zabawne, gdy ciało tak szybko przypomina sobie od­ powiednie ruchy, jakby nigdy tego rytuału nie przery­ wało. - Może byśmy... - Katie! Nie wiedziałam, że przyszłaś. - Natasza Kimball szybko szła przez sklep. Niosła olbrzymią zabawkę: samochód z gruszką do cementu. - Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmiła Kate. - Uwielbiam niespodzianki, ale najpierw obo­ wiązki. Proszę, Brody, tak jak obiecałam. Przywieźli to w poniedziałek i odłożyłam dla ciebie. - Fantastyczna. - Dwuznaczny uśmieszek ustąpił miejsca uśmiechowi zadowolenia. - Rewelacyjna. Jack zwariuje z radości. - Ta firma robi zabawki z wielką dbałością o szczegóły. Tym autem będzie się bawił przez kilka lat, a nie tylko przez pierwszy tydzień po Gwiazdce. Widzę, że już poznałeś moją córkę. - Natasza przytu­ liła do siebie Kate.

18 PASJA ŻYCIA Brody oderwał wzrok od samochodu. - To jest pani córka? A więc to jest ta tancerka, pomyślał. Dlaczego od razu się nie domyśliłem? Przecież to widać. - Poznaliśmy się przed chwilą. Przy okazji nie­ wielkiego wypadku samochodowego. - Kate wciąż się uśmiechała. Na pewno tylko jej się zdawało, że poczuła chłód. - Jack to twój siostrzeniec? - To mój syn. - Ach, tak. - W wyobraźni zrobiła wielki krok do tyłu. Ależ ten facet jest bezczelny, pomyślała. Ma żonę, a mimo to śmie ze mną flirtować! Bo to przecież nie ma żadnego znaczenia, kto pierwszy zaczął. Ja nie mam męża, więc mi wolno. - Na pewno bardzo mu się spodoba - powiedziała, tym razem chłodno. Odwróciła się do matki. - Ma­ mo... - Wiesz, Kate, opowiedziałam Brody'emu o two­ ich planach. Pomyślałam sobie, że mógłby rzucić okiem na ten twój dom. - Po co? - Brody ma firmę budowlaną i doskonale zna się na stolarce. To właśnie on w zeszłym roku wyremon­ tował gabinet twojego ojca. I obiecał przyjrzeć się mojej kuchni. Moja córka zawsze musi mieć wszyst­ ko, co najlepsze - wyjaśniła Brody'emu Natasza. Oczy jej się śmiały. - Więc oczywiście pomyślałam o tobie. - Jestem bardzo zobowiązany.

PASJA ŻYCIA 19 - Niepotrzebnie. Polecam jej ciebie, ponieważ wiem, że robisz bardzo dobrą robotę za rozsądną cenę. - Uścisnęła jego rękę. - Oboje ze Spence'em będzie­ my ci bardzo wdzięczni, jeśli zechcesz się tym zając. - Po co ten pośpiech, mamo? Ale, ale, czy wiesz, że znalazłam w tym starym domu coś dziwnego? Jest przy wejściu i czaruje Annie. - Co takiego? Brandon? Dlaczego mi nie powie­ działaś? Natasza wybiegła z działu motoryzacyjnego. - Miło cię było poznać - powiedziała Kate. - Mnie także. Jak będziesz chciała mi pokazać ten budynek, to do mnie zadzwoń. - Oczywiście. - Ustawiła na półce mały samocho­ dzik, który od niego dostała. - Twojemu synowi na pewno spodoba się ta betoniarka. Czy to twoje jedyne dziecko? - Tak. Mam tylko Jacka. - Na pewno oboje z żoną poświęcacie mu bardzo dużo czasu. Ja też nie mam go zbyt wiele. Przepra­ szam, ale... - Matka Jacka zmarła cztery lata temu. Ale ja rzeczywiście poświęcam mu wiele czasu. Uważaj na zakrętach, Kate. - Wpakował sobie pod ramię pudeł­ ko z betoniarką i odszedł. - Ale się narobiło - mruknęła Kate. - Strasznie się wygłupiłam. Zdaniem Brody'ego największą zaletą posiadania własnego przedsiębiorstwa była niezależność. Prowa-

20 PASJA ŻYCIA dzenie firmy nie raz przysparzało mu bólu głowy: sterty dokumentów, odpowiedzialność, szukanie za­ mówień. Ale niezależność, zwłaszcza możliwość do­ wolnego dysponowania czasem, rekompensowała wszystkie niedogodności. Przez ostatnie sześć lat Brody miał tylko jeden priorytet. Na imię mu było Jack. Schował betoniarkę do furgonetki i pojechał do klienta sprawdzić, jak postępują roboty remontowe. Potem jeszcze zadzwonił do dostawcy, by mu przypo­ mnieć, jakich materiałów będzie koniecznie potrze­ bował na jutro, zawiózł potencjalnemu klientowi orientacyjny kosztorys remontu łazienki i wrócił do domu. W poniedziałki, środy i piątki przyjeżdżał do domu przed szkolnym autobusem. We wtorki i czwartki oraz w razie nieprzewidzianych komplikacji Jacka dostarczano do państwa Skully, gdzie spędzał popo­ łudnie na zabawie ze swym najlepszym przyjacielem Rodem. Oczywiście pod bacznym okiem Beth Skully, matki Roda. Brody był bardzo wdzięczny Beth i Jerry'emu Skullym. Ich dom stał się miejscem, w którym Jack mógł bezpiecznie i szczęśliwie spędzać czas, gdy nie miał się kto nim zająć we własnym domu. W ciągu tych dziesięciu miesięcy, jakie minęły od ich powrotu do Shepherdstown, Brody niemal codziennie myślał o tym, jak spokojnie żyje się w małym mieście. Miał trzydzieści lat i wciąż nie mógł się nadziwić tamtemu młodemu mężczyźnie, który zaledwie dzie-

PASJA ŻYCIA 21 sieć lat temu uciekał z tego miasteczka tak szybko aż się za nim kurzyło. No i chwała Bogu, pomyślał, skręcając w ulicę przy której stał jego dom. Gdybym stąd nie wyjechał gdybym nie chciał tak bardzo zostawić swogo śladu gdzieś indziej, nigdy bym się nie nauczył tego wszyst- kiego, co umiem, nigdy nie poznałbym życia tak jak je poznałem. Nie spotkałbym Connie i nie miałbym Jacka. Jego życie zatoczyło pełne koło. Prawie pełne ,bo jeszcze nie pogodził się całkiem z rodzicami,choć i w tej sprawie zrobił już pewne postępy, A raczej zrobił je Jack. Ojciec Brody'ego nadal miał żal do syna, ale nie potrafił się oprzeć wnukowi. Brody patrzył na las rosnący po obu stronach szosy Z ołowianego nieba powoli spłynęło na ziemię kilka płatków śniegu. Dobrze, że wróciłem, pomyślał. To dobre miejsce na wychowywanie chłopca. Lepiej dla nas obu że wyjechaliśmy z dużego miasta, że zaczęliśmy wszys- ko od nowa tutaj, gdzie mamy rodzinę. Jack ma tu babcię i dziadka. Są całkiem zwyczajni, ale kochają go za to, jaki jest, widzą w nim małego chłopca a nie pamiątkę po nieodżałowanej stracie. Skręcił w swoją uliczkę, zawrócił, wyłączył silnik Autobus nadjedzie za chwilę, wyskoczy z niego Jack podbiegnie do furgonetki i wdrapie się do kabiny.Od razu zacznie opowiadać o wszystkim, co mu się przy- darzyło tego dnia w szkole. Szkoda, że ja mu nie mogę opowiedzieć o wszys-

22 t PASJA ŻYCIA kim, co mnie spotkało, pomyślał nieco ubawiony Brody. Przecież nie może powiedzieć sześcioletniemu sy­ nowi, że po raz pierwszy od wielu lat jakaś kobieta zrobiła na nim wrażenie. I to nie byle jakie. Musi sobie sam z tym poradzić, sam musi się zastanowić, co z tym fantem zrobić. Naprawdę długo obywał się bez kobiet. Zresztą co w tym złego, że znów zaczął o nich myśleć, że znów jedną z nich zauważył? Zwłaszcza że ta kobieta nie krępowała się zrobić pierwszego kroku. Czemu by nie, myślał. Krótki taniec godowy, kilka cywilizowanych randek, a potem już nieco mniej cywilizowany seks. Każdy dostałby to, czego chce, i nikt by na tym nie ucierpiał. Mruknął coś pod nosem, roztarł zesztywniały kark. Dobrze wiedział, że nigdy nie jest tak idealnie, że zawsze ktoś traci, może nawet cierpi. A jednak zaryzykowałby, gdyby nie chodziło o Kate Kimball, ukochaną córeczkę Nataszy i Spence'a Kim- ballów. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał go powtarzać. Dużo wiedział o Kate. Primabalerina, ulubienica wyższych sfer, jedna z najjaśniejszych gwiazd na fir­ mamencie nowojorskiego światka artystycznego. A Brody wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby za jednym zamachem, niż oglądać przedstawienie ba­ letowe. Dość miał ukulturalniania, jakie musiał przejść podczas trwania swego krótkiego małżeń­ stwa.

PASJA ŻYCIA 23 Connie była wyjątkową kobietą. Naturalna mimo otaczającej ją pompatycznosci. A jednak było mu ciężko. Nie wiedział, jak długo jeszcze chciałoby im się wspólnie wyrąbywać drogę przez tę towarzyską dżunglę. Bardzo kochał Connie, lecz życie z nią nauczyło go, że łatwiej się żyje, gdy żyje się wśród swoich, a jeszcze łatwiej, gdy mężczyzna unika wszelkich po­ ważnych związków z kobietami. Dobrze się stało, że nam przerwano, nim zdążyłem zaprosić Kate Kimball na randkę, pomyślał. Wielki żółty autobus zatrzymał się z jękiem hamul­ ców, włączył światła awaryjne. Kierowca zasalutował żartobliwie. Brody oddał salut i patrzył, jak jego do­ mowa błyskawica wystrzeliwuje z autobusu. Jack był niedużym chłopcem, lecz uwagę przyku­ wały jego wielkie stopy, jakby na wyrost. Miał roze­ śmianą okrągłą buzię, zielone oczy, takie same jak Brody, i niewinny uśmiech małego dziecka. A kiedy ściągał czerwoną narciarską czapeczkę, a robił to, kiedy tylko mógł, wyskakiwała spod niej burza bar­ dzo jasnych włosków. Był już prawie przy samochodzie ojca, gdy nagle zwolnił biegu, odchylił głowę do tyłu i próbował schwytać na język jeden z leniwie spadających z nie­ ba płatków śniegu. Brody patrzył na syna, czuł, jak serce wzbiera mu miłością. Ta miłość była w jego życiu najważniejsza, ona zajmowała mu najwięcej czasu. Nie chciał tego zmieniać.

24 PASJA ŻYCIA Drzwi furgonetki otworzyły się gwałtownie i już po chwili roześmiany chłopczyk wdrapywał się na siedzenie obok kierowcy. Przywodził na myśl roz­ radowanego szczeniaka o zbyt wielkich łapach. - Cześć, tato! Śnieg! Może napada dwa metry i nie będzie lekcji, i ulepimy w ogródku milion bałwanów, i pójdziemy na sanki. - Rozpierająca go radość życia nie pozwalała ani chwili usiedzieć spokojnie na miej­ scu. - Pójdziemy? - Jak tylko napada dwa metry śniegu, natychmiast zaczniemy lepić pierwszego z miliona bałwanów. - Słowo? - Słowo honoru - odparł Brody. Dotychczas nigdy nie złamał danego synowi słowa i miał nadzieję, że tak będzie zawsze. - Fajnie. Wiesz co? - Co takiego? - Brody włączył silnik, jechał po­ woli w stronę domu. - Do Gwiazdki zostało tylko piętnaście dni, a pani Hawkins powiedziała, że jutro będzie już tylko czter­ naście, a czternaście dni to dwa tygodnie. - To chyba znaczy, że jeśli od piętnastu odejmie­ my jeden, to zostanie czternaście. - Naprawdę? - Jack aż oczy otworzył ze zdumie­ nia, ale nie chciał się tym teraz zajmować. Miał waż­ niejsze sprawy na głowie. - Za dwa tygodnie jest Gwiazdka, a babcia mówi, że czas szybko ucieka, więc właściwie Gwiazdka jest już teraz. - Właściwie tak. Brody zatrzymał auto przed starym dwupiętrowym

PASJA ŻYCIA 25 domem. Wiedział, że przyjdzie dzień, gdy cały dom zostanie wyremontowany, ale na razie jest jaki jest. Najważniejsze, że daje się w nim mieszkać. - Jeśli właściwie już jest Gwiazdka, to może mógłbym dzisiaj dostać prezent. - Bo ja wiem... - Brody udawał, że się zastana­ wia. - Całkiem nieźle to sobie wymyśliłeś, ale nie dostamesz dziś prezentu. Musisz poczekać do Gwiazdki. -Ojej. - Ojej - powtórzył Brody tym samym żałosnym tonem, a potem się roześmiał i porwał synka na ręce. - Ale jeśli dasz mi buzi, to zrobię na kolację Wspania­ łą Magiczną Pizzę 0'Connellów. - Fajnie! - Jack przytulił się do ojca, pocałował go w policzek. Brody'emu już nic więcej do szczęścia nie brako­ wało.

ROZDZIAŁ DRUGI - Denerwujesz się? - Spencer Kimball przyglądał się, jak córka nalewa kawę do filiżanki. Wyglądała jak zwykle świetnie. Burzę czarnych włosów zaczesała w koński ogon, który sięgał do po­ łowy pleców. Ciemnoszare spodnie i żakiet doskonale na niej leżały. Była bardzo piękna. I dorosła. Spence nie rozu­ miał, dlaczego tak mu ciężko na sercu za każdym razem, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego dzieci są już dorosłe. - Dlaczego miałabym się denerwować? Chcesz je­ szcze trochę kawy, tato? - Tak, proszę. - Podsunął swój kubek. - Dlacze­ go? - powtórzył. - To ważny dzień w twoim życiu. Za kilka godzin staniesz się właścicielką domu. Za­ czniesz doświadczać wszystkich radości i smutków, jakie się z tym wiążą. - Nie mogę się doczekać. - Kate usiadła przy stole i zaczęła dłubać w rogaliku, który sobie przygotowa­ ła. - Dokładnie sobie to wszystko przemyślałam. - Jak zwykle. - Aha. Może nie powinnam angażować w tę in­ westycję tak dużej części oszczędności, ale widzisz, 1

PASJA ŻYCIA 27 tatku, ja dość mocno stoję na nogach i nie planuję kłopotów finansowych. Co najmniej na trzy najbliż­ sze lata. - Wiem. - Spence przyglądał się córce. - Masz smykałkę do interesów. Zupełnie jak twoja matka. - A po tobie odziedziczyłam dar nauczania. W Nowym Jorku czasami dawałam lekcje tańca. Cał­ kiem nieźle sobie radziłam. - Dolała do kawy troszkę śmietanki. - Ale swoją szkołę będę miała tutaj. Kate odłożyła na talerz rogalik i wzięła do ręki kubek z kawą. - Nazwisko Kimball jest w naszym mieście sza­ nowane, a ja jestem bardzo znana w świecie tańca. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy nie poszło na marne. - Na pewno masz rację. Westchnęła. Ojca nie można było oszukać. Znał ją na wylot. Był dla niej opoką, zawsze mogła się na nim oprzeć. - No dobrze, bardzo się denerwuję - przyznała. - Wiesz, jak to jest, kiedy człowiek czuje jakby łasko­ tanie w żołądku? - Wiem. - Ostatni raz tak się denerwowałam, kiedy po raz pierwszy w życiu miałam zatańczyć solo na prawdzi­ wej scenie. - To dlatego, że od tamtej pory nigdy nie wątpiłaś w swój talent. Teraz wchodzisz na nieznany teren, kochanie. - Położył dłoń na jej dłoni. - Masz prawo się denerwować. Prawdę mówiąc, niepokoiłbym się, gdyby było odwrotnie.

28 PASJA ŻYCIA - Niepokoisz się też, że popełniam wielki błąd. - Nie, to nie żaden błąd. - Lekko uścisnął jej dłoń. - Jeszcze tego nie wiesz, więc ci powiem, że ojcowie też się czasem czegoś boją. Ja na przykład trochę się boję, że za kilka miesięcy zatęsknisz za występami, że zacznie ci brakować zespołu i stylu życia, do jakiego przywykłaś. Jakaś część nnie wolałaby więc, żebyś jeszcze trochę zaczekała z decyzją o porzuceniu sce­ ny. Za to druga część bardzo się cieszy, że wróciłaś do domu. - Możesz się uspokoić. Jeśli na coś się decyduję, nie rezygnuję z byle powodu. - Wiem. Właśnie to najbardziej martwiło Spence'a, ale nie zamierzał mówić o tym córce. Ugryzła rogalik, uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, jak zmienić niewygodny temat. - Powiedz, jak chcecie przebudować kuchnię - poprosiła. Ojciec westchnął, jego przystojna twarz nieco po­ bladła. - Ja się do tego nie wtrącam. - W panice rozejrzał się po kuchni, przeczesał palcami lekko siwiejące włosy. - Twoja matka uparła się, żeby wszystko tutaj zmienić. To nowe, tamto nowe. A ten Brody O'Cqn- nell jeszcze jej przytakuje i podsuwa nowe pomysły. Czy tej kuchni czegoś brakuje? - Może chodzi o to, że od ponad dwudziestu lat nic się w niej nie zmieniło. - No i co z tego? Komu to przeszkadza? Kuchnia