wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 123 022
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 616 969

Oblicza grozy - Zbiór opowiadań

Dodano: 4 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Oblicza grozy - Zbiór opowiadań.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Antologie
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 73 osób, 69 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 206 stron)

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2014 Copyright © JacekM. Rostocki, Huda, 2014 Copyright © Łukasz Radecki, Vade-Mecum, 2014 Copyright © Łukasz Orbitowski, Szkło, 2014 Copyright © Krzysztof Maciejewski, Kieszonkowy demon, 2014 Copyright © Paweł Mateja, Fałszywe wspomnienie, 2014 Copyright © Karolina Kaczkowska, Zombie Love, 2014 Copyright © Robert Cichowlas, Armia Ocalenia, 2014 Copyright © Piotr Mirski, Dom na końcu drogi, 2014 Copyright © Dawid Kain, Jak szelest liści w jesienną noc, 2014 Copyright © Paweł Waśkiewicz, Przewoźnicy, 2014 Copyright © Tomasz Siwiec, Rozumiesz, skarbeńku, 2014 Copyright © Tomasz Czarny, Nieczas, 2014 Copyright © Łukasz Henel, Miłość zaklęta w kamieniu, 2014 Copyright © JacekPiekiełko, Twoje martwe skronie, 2014 Copyright © Michał Stonawski, Klatka, 2014 Copyright © Krzysztof T. Dąbrowski, ŻyczeNIE, 2014 Copyright © Sylwia Błach, Adam i Ewa, 2014 Copyright © Graham Masterton & Tony Campbell, Night of the Wendigo, 2005 Wszelkie prawa zastrzeżone Pod redakcją Roberta Cichowlasa Redaktor Agnieszka Zienkowicz Tłumaczenie opowiadania Noc Wendigo Grahama Mastertona PatrykCichy Projekt okładki Mikołaj Piotrowicz Zdjęcie na okładce Copyright © depositphotos.com/Nomadsoul1 Konwersja publikacji do wersji elektronicznej Dariusz Nowacki Wydanie elektronicze ISBN 978-83-7674-325-7

Wydawnictwo Replika ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo tel./faks 061 868 25 37 replika@replika.eu www.replika.eu

Więcej Darmowych Ebooków na: www.FrikShare.pl HUDA Jacek M. Rostocki |widzisz te kocie tropy na śniegu? zawsze w jedną stronę| drobne dowody dokonanych wyborów patrzę na ciebie i widzę swój egoizm Prolog Noc była księżycowa, mroźna. Sumitra żałowała, że dała się sprowokować i wyszła po północy na to pustkowie. Tak, trzasnęła drzwiami i dało jej to satysfakcję, ale też spowodowało, że wszystkie złe emocje wyparowały jakza dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Właściwie po takim trzaśnięciu spokojnie mogła wrócić, uznając, że kłótni nie było. Ale duma jej nie pozwalała. Nie po to mieszkała w jakiejś norze w Katmandu, nie po to uczyła się całymi nocami do egzaminów, nie dojadała, żeby mieć na książki… Nie po to się tak starała, żeby teraz usłyszeć, że jest darmozjadem, bo nie chce wrócić do rodzinnej biedy. Teraz! Kiedy został jej jeszcze rok nauki do egzaminów dających szansę na jakąś normalną pracę i uczciwe zarobki, dających perspektywy… Ale przecież kochała rodziców. Wiedziała, dlaczego się złoszczą, dlaczego są zawiedzeni. Oni się bali. Obawiali się, że Sumitra już nie wróci. Że zostaną sami, gospodarstwo padnie, a oni będą musieli pójść w łaskę do rodziny. Tylko dlaczego niby ich przyszłość miała zależeć od niej? Zawsze była popychadłem, wszystkie prace były na jej głowie, podczas gdy jej bracia nie robili nic. Wałkonili się, całymi dniami sobie gadali, podpierając ściany. Tacy radośni, roześmiani i pewni siebie! I zawsze mogli oczekiwać dobrego słowa albo smacznego kąska w kuchni. A gdzie są teraz? Jeden poszedł z partyzantami i jedyne, co po nim zostało, to kukri, jego nóż przyniesiony któregoś dnia przez nieznanego posłańca. Drugi poznał dziewczynę z Niemiec, która akurat w ich wiosce zatrzymała się na herbatę. Gruba, paskudna Niemra… Najpierw zaproponowała Guptcie pracę w charakterze tragarza i przewodnika, potem namówiła go na

wyjazd do Niemiec, a kiedy pojechał, ślad po nim zaginął. Więc teraz ona miała rzucić szkołę i wrócić w góry!? Nie ma mowy, bardziej przyda się, kiedy zdobędzie zawód. Zarobi pieniądze, pomoże rodzicom i może kiedyś wróci, ale nie po to, by za chałupą całymi dniami młócić szpinak! Wróci, żeby być kimś, żeby nauczyć ich, że to już nie jest szesnasty wiek, że trzeba sobie umieć radzić w życiu i korzystać ze zdobyczy cywilizacji. Z drugiej strony nie lubiła się kłócić. Było jej smutno, gdy widziała łzy w oczach matki, więc kiedy trzasnęła drzwiami, gotowa była zaraz wrócić i dalej łuskać czosnek. Tymczasem jednak zdecydowała się przenocować u brata matki. Wuj mieszkał poza wsią, jakieś cztery kilometry w górę. Wybrał samotność po śmierci żony ćwierć wieku wcześniej. Sumitra nigdy nie poznała ciotki. Jednak wujek zawsze rozpieszczał i hołubił swoją siostrzenicę, zatem była pewna, że znajdzie u niego kąt, nawet mimo takpóźnej pory. Mogła iść ścieżką, którą normalnie chodzą trekkerzy albo pójść skrótem przez niewielką górę, którą turystyczny szlakomijał. Co prawda w przewodniku jako wysokość tego wzniesienia podawano 4100 metrów, ale w praktyce podejście nie było trudne, a skracało dystans o ponad kilometr. Sumitra miała na sobie dres, a wybiegając z domu, narzuciła jeszcze na głowę szal z wełny jaka. Teraz okutana miękką, ciepłą, pachnąca domem materią nie czuła chłodu. Księżyc świecił jasnym, srebrnym blaskiem, powodując, że okolica wydawała się odlana z metalu. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Wiatr usnął między graniami, z coraz bardziej odległych chat nie dochodził żaden dźwięk. Dziewczyna była tak pogrążona w myślach, że nie zwracała uwagi na otoczenie. Szła dobrze sobie znaną ścieżką, zastanawiając się, czy naprawdę chce tu wrócić po szkole. Czy przy takim nastawieniu rodziców i sąsiadów ma to w ogóle sens? Nagle przystanęła. Wydało się jej, że w górze zauważyła jakiś ruch. Przez chwilę zastanawiała się, co to takiego? Irbis bywa groźny, ale one są tak płochliwe i trudne do wypatrzenia, że było to mało prawdopodobne. Bawoły i jaki spędzono już niżej. Czyli złudzenie. Coś się jej przywidziało. Jednak gdzieś w głębi wyobraźni małe ziarenko strachu stoczyło się z baśniowej góry legend i opowieści, którymi karmiona była w dzieciństwie. Szła dalej, uważnie wpatrując się w posrebrzaną scenerię przed sobą. Kiedy zauważyła ludzką sylwetkę stojącą bez ruchu pod szczytem, jakieś dwadzieścia metrów od ścieżki, poczuła, że jej obawa zamienia się w lawinę strachu. – Czasem krzaki potrafią przybierać różne kształty… – próbowała się uspokoić. Zatrzymała się, ale wiedziała, co musi nastąpić. Wolno ruszyła w stronę nieruchomej postaci. To nie był krzak, ale to i tak wiedziała wcześniej. Nie mogła się oszukiwać. Jednocześnie jej świadomość, już od jakiegoś czasu kształtowana w postępowym świecie wielkiego miasta, w nowoczesnej szkole, nie chciała przyjąć do wiadomości, że oto ma stanąć twarzą w twarz z postacią z legend. Huda. Człowiekw kapturze. Żebrak. Śmierć. – Uspokój się, Sumitra! – nakazała sobie w duchu. – Huda nie istnieje! To wszystko bajki! Ale wciąż zbliżała się do samotnej postaci, wiedziona niewypowiedzianym wezwaniem. To mógł być przecież turysta potrzebujący pomocy… Żołnierz? Partyzant, który nie wiedział, że wojna się już skończyła? Sumitra zatrzymała się cała spięta, gotowa do natychmiastowej ucieczki. Przyglądała się obcemu. Był średniego wzrostu, ubrany w opończę całkowicie skrywającą ciało. Na głowę naciągnięty miał kaptur tworzący niepokojącą, zacienioną pustkę w miejscu,

gdzie kryła się twarz. Ręce, założone na piersi, schowane były w fałdach płaszcza. – Kim jesteś?! – krzyknęła Sumitra, chociaż może tylko jej się wydawało, bo postać pozostała nieruchoma. – Potrzebujesz pomocy?! – To samo. Dziewczyna powoli, krokpo kroku zaczęła zbliżać się do nieznajomego. Nie potrafiła tego wytłumaczyć – rozsądek podpowiadał, żeby uciekać, ale nogi działały niezależnie od jej woli. Kiedy zbliżyła się na metr, zatrzymała się i spróbowała zadać inne pytanie: – Czy… czy to ty jesteś Huda? Na te słowa spod fałdów peleryny wysunęła się ręka w żebraczym geście. Dokładnie tak, jakw opowieściach, jakw… legendach. Wiedziała, że teraz wszystko się zdecyduje. Zdała się na swoją intuicję. Zdjęła z ramion szal i oddała go proszącej ręce. Ta błyskawicznie zniknęła pod opończą, porywając dar ze sobą. Dar pachnący domem i Sumitrą. Rzecz, która, jak się dziewczynie wydawało, była dla niej w tej chwili najdroższa… Przez chwilę nic się nie działo. Wszystko zastygło jakobraz na posrebrzanym dagerotypie. A potem spod płaszcza wystrzeliły dwie ręce uzbrojone w rozmyte szybkością ostrza. Stało się to tak szybko, że Sumitra nawet nic nie poczuła. W jednej chwili stała, oczekując werdyktu zakapturzonego stwora, w drugiej rozpadła się na dwanaście kawałów mięsa, które ciężko upadły na kamienie, tworząc potworną stertę. Krew w świetle księżyca była czarna, smolista i było jej bardzo dużo. Huda rzucił szal na resztki dziewczyny. Odwrócił się i odszedł. * * * Warszawa, maj 2013 Piotr nie mógł oderwać oczu od barmanki. Podobało mu się w niej wszystko. A najbardziej uśmiech. Dziewczyna była roześmiana, ale nie w jakiś głupawy sposób, po prostu widać było, że jest z natury radosna. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia jeden? Dwadzieścia dwa? Takczy owak, musiała być dwa razy od niego młodsza. Uwijała się za barem, jakby miała dodatkowe zasilanie. I ten uśmiech. – Coś podać? Bo piwo się panu skończyło i tak pan na mnie patrzy, jakby pan miał z pragnienia umrzeć… – wyrwała Piotra z zamyślenia miłym, zmysłowo zachrypniętym głosem. – Co? A, jasne! Browarek, tak, takpoproszę. Kiedy nalewała kolejną porcję jasnego, mężczyzna nie mógł przestać się na nią gapić. – Jak pan się będzie tak na mnie patrzył, to na pewno przeleję. O! No i proszę! I to jest pana wina! – I śmiech. – Taksię po prostu zastanawiam… Jakto się stało, że nigdy pani tu nie widziałem? – Bo do tej pory pracowałam w drugiej knajpie pana Artura, wie pan, właściciela. No ale teraz tutaj się zrobiło miejsce, a mnie jest tu bliżej, więc się dogadaliśmy i oto jestem: tadaam! Piwo. Postawiła szklankę przed Piotrem i spojrzała na niego wyczekująco.

– Podać coś jeszcze? – A mogę zapytać, jakma pani na imię? – Antonina. Tosia herbu zielone kopytko. Albo Antonow. Antonow jest okej. – Piotr. Piotrekjest okej. – Teraz on się uśmiechnął i wyciągnął nad barem rękę. – Zatem, panie… ee… Piotrek, czym mogę ci jeszcze służyć? – Wyjdź za mnie za mąż. – Nie ma problemu. Ale w przyszły piątek, dobrze? Bo do końca tygodnia zasuwam tutaj, a potem muszę się przygotować do egzaminu. Za to przyszły piątekmam wolny. Może być? – Ta, spoko. To mi da trochę czasu na rozwód. – Ooo, to pan żonaty! – Tośka zrobiła komicznie smutną minę. – Jaka szkoda, a już się rozpędzałam! – Nie przejmuj się, co się odwlecze… * * * Warszawa, lipiec 2013 Tośka, czy Antonow, jak wolała się przedstawiać, okazała się rzeczywiście dziewczyną wyjątkową. Pełna wewnętrznego światła, prawie zawsze w świetnym humorze, była jednocześnie pracowita i dokładna. Potrafiła zaskoczyć ciętą ripostą, ale nie unikała poważniejszych dyskusji, podczas których dawało się poznać jej inteligencję i dojrzałość. Przy tym wszystkim była atrakcyjna. Niewysoka, zgrabna, trzymała się prosto, bez skrępowania prezentując niebagatelny biust. Jej orzechowe włosy zawsze zdawały się toczyć walkę ze swoją właścicielką, to plącząc się w niesfornych lokach, to znienacka opadając na oczy. Kiedy Antoninę poznało się bliżej, stawało się jasne, że te nieposłuszne włosy stanowiły również część jej wizerunku. Wszystkie gesty i ruchy związane z odrzucaniem kosmyków zasłaniających oczy, przeczesywaniem fryzury dłońmi, kręceniem loków na palcu – to była ona. Proszę państwa, oto słynna Antonina i jej tresowane włosy! Co jej się spodobało w Piotrze, trudno powiedzieć, ale nie było wątpliwości, że między nimi zaiskrzyło. Mężczyzna ze zdumieniem przyjmował do wiadomości, że najwyraźniej był dla Tośki atrakcyjny. Mimo swojego wieku, mimo małżeńskiego statusu, mimo wszystko. Któregoś lipcowego dnia siedzieli w knajpie sami. Paradoksalnie wakacje wcale nie powodowały, żeby w barze było więcej ludzi, a ładna pogoda wręcz zniechęcała do siedzenia w zamkniętych pomieszczeniach. Im to jednak nie przeszkadzało. Opowiadali sobie coś nad barem, a w tle leciała muzyka z radia. W pewnej chwili z rozwieszonych w rogach sali głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Time of my life”. Piotr spontanicznie zaproponował: – Nie zechciałaby pani ze mną zatańczyć? – Ależ z przyjemnością, proszę pana! – Tośki nie trzeba było namawiać, błyskawicznie znalazła się po drugiej stronie baru i tanecznym krokiem zbliżyła się do Piotra. Taniec był bardzo przyjemny, szczególnie dla mężczyzny, który im mocniej przytulał się do tancerki, tym bardziej czuł jej twardy biust, który ich separował, ale i zbliżał jednocześnie. Po wykonaniu kilku przesadnych figur, rozbijając się o krzesła niedosunięte do stolików, barowa para zatrzymała się wraz z ostatnimi taktami piosenki.

– Serdecznie pani dziękuję! – Piotr pochylił się nad ręką partnerki i złożył na niej szarmancki pocałunek. Tośka dygnęła, jakna Antoninę przystało, a kiedy mężczyzna się prostował, ich twarze znalazły się przez chwilę bardzo blisko, zaś usta zetknęły się na moment. To była sekunda. Nawet nie pocałunek… * * * Nepal, Hotel Pilgrim, rejon Langtang, październik 2013 Pogoda załamała się w środę. Cyklon, który najpierw uderzył w Indie, przyfrunął na północ i tutaj, w Nepalu, przybrał formę monsunu. Normalnie o tej porze roku powinno być cudownie i sucho, złota nepalska jesień. Tymczasem pogoda, która nastała kojarzyła się z europejskim listopadem. Zrobiło się przenikliwie zimno, a z nieba lały się potoki wody. Mgła, poszarpana w niewielkie kłębki, chaotycznie pokrywała zbocza gór jakpierze z rozerwanej poduszki. Wszechobecna wilgoć i chłód zgoniły zdegustowanych miłośników górskich przygód do jedynego ciepłego miejsca w okolicy – jadalni. Środek pomieszczenia zajmowała buchająca żarem żeliwna koza. Dookoła, zamiast tybetańskich flag modlitewnych, porozwieszane były części garderoby, a najbliższa okolica piecyka wyglądała jakwystawa sklepu obuwniczego. Trekkerzy pomieszani z tragarzami i przewodnikami tłoczyli się na prostych, pozbijanych z desekławkach, popijając herbatę z blaszanych kubków. – Nie ma tu czegoś mocniejszego? – zainteresował się Piotr. – Piwo. Trzysta pięćdziesiąt rupii. – Niemiecki współtowarzysz przymusowego postoju tylko wzruszył ramionami, sprawdziwszy w menu. – Obiad trzysta, piwo trzysta pięćdziesiąt. Everest. Siki. – A może jakiś rum? Moglibyśmy wziąć na spółkę. Z herbatką. – Rum Kukri. Ein moment… Trzysta. Butelka dwieście gramów. To może być dobry pomysł. Marina? Wypijesz grzańca? – Sylwia? – Piotr zwrócił się do żony. – Masz ochotę? Weźmiemy masala tea i po lufce rumu do środka? – Wiesz, że nie lubię rumu. – O rany, z herbatą to inna melodia. Zobaczysz, to cię rozgrzeje, a jak poprosimy o miód do posłodzenia, to się zakochasz! Sylwia spojrzała na męża z niechęcią i ostro ucięła: – Nie lubię miodu. Wezmę sobie piwo. Kiedy dostali już swoje napoje, nastrój popsuty pogodą i perspektywą przedłużenia pobytu w hotelu o jeden dzień nieco się poprawił. Zresztą nie tylko im. Natężenie rozmów w jadalni wyraźnie wzrosło, słychać było śmiechy, a niektórzy tragarze próbowali nawet coś śpiewać. Na zewnątrz ściemniło się, nadszedł bezgwiezdny zmierzch. Noc spowiła góry jak czarna, mokra szmata, a hotel rozjarzył się światłami z lampekumieszczonych na głowach gości. Na prąd nie było co liczyć, więc oprócz krzyżujących się zimnych ledowych ostrzy czołówek jedynym oświetleniem były wystawione przez obsługę na stoły świeczki, dające delikatne, ciepłe, lecz chybotliwe światło. – Dipak– zwrócił się do przewodnika Piotr. – Czego boicie się tu, w górach? – Czy ja wiem? Pogody? Lawiny? – Nie, nie. Mnie chodzi o potwory, wiesz, demony, monstra…. – Mister Piotr, w naszej religii jest wystarczająco dużo bóstw, których należy się obawiać.

Dla dodatkowych demonów nie ma już miejsca. – Ale w Yeti wierzycie? Na twarzach tragarzy, którzy rozumieli angielski, jak i na obliczu Dipaka pojawił się uśmiech politowania. – Jasne. Yeti. Wieeelka małpa. Albo niedźwiedź. Tylko jakoś nikt go nie znalazł do tej pory. Ładna bajka dla turystów… – Czyli co? Żadnych upiorów? Wampirów? Zombie? – O Jezu, daj spokój, coś się tak uczepił? – Zniecierpliwionej Sylwii wyraźnie ten temat nie odpowiadał. – Duchy – kontynuował jednak Dipak. – Duchy. Kiedy ktoś umrze gwałtowną śmiercią, to jego duch chodzi po wsiach i robi krzywdę innym… – To znaczy, jak robi? Skoro jest duchem, to jaką krzywdę może zrobić? – Piotr był zdecydowany drążyć kwestię. – Czym? Przecież duch jest niematerialny, no nie? – No właśnie, tego też nie bardzo rozumiem – zakończył przewodnik nieoczekiwanie, a na jego twarzy zakwitł uśmiech. – Oj Dipak, Dipak, you funny guy! – Siedzący najbliżej wznieśli kubki do góry w geście toastu. – A Huda? – dobiegło pytanie gdzieś z tyłu. Zaraz za głosem pojawił się mężczyzna. Zarośnięty, w norweskim swetrze, sprawiał wrażenie prawdziwego człowieka gór. Wędrowca. Wszyscy zwrócili spojrzenia na niego, a gdy siadał, przesunęli się, robiąc mu miejsce. – Cześć, cześć, hi… – No więc, jakto jest z tym Hudą? – No tak… – zaczął Dipak, chrząknął i rzucił niechętne spojrzenie nowemu turyście. – Rzeczywiście jest taka legenda. Zapowiadało się na wieczór z duchami. Rozmowy przycichły, a twarze zwróciły się ku Dipakowi w oczekiwaniu na opowieść. – Tak. No więc… Huda… Człowiek w kapturze, Żebrak albo, jak mówią inni, po prostu śmierć. – Ale jakto? – przerwał Piotr. – Taka śmierć jaknasza? Z kosą? Zabierająca umierających? Wśród słuchaczy dezaprobata dla przerywającego gawędę zaszumiała jak powiew w gałęziach drzew, ale Dipakspokojnie wyjaśnił: – Nie, Huda nie przychodzi po umierających, chociaż zazwyczaj po spotkaniu z nim jest się trupem. Ale jeśli się zastanowić, to rzeczywiście są pewne podobieństwa. Huda to zakapturzony człowiek i ma do dyspozycji potworne ostrza. Ale to raczej miecze niż kosa… Tak naprawdę nikt, kto mógłby o nich opowiedzieć, nie przeżył. Nikt też nie widział jego twarzy i tak naprawdę w ogóle nie wiadomo, czy demon istnieje. Jedynym dowodem na to są znajdowane od czasu do czasu potwornie pocięte zwłoki. Napijmy się! – Dipak wzniósł swój kubek w toaście, tak jakby chciał tym gestem zakończyć historię. – No nieee! – zaprotestował trekker w norweskim swetrze. – Nie kończ tak, opowiedz o Hudzie. Opowiedz, co mówią! Podziel się z nami, lepszej okazji nie będzie! – Niedobrze jest opowiadać o Hudzie. – Dipak wyraźnie się strapił i widać było, że wolałby nie ciągnąć tej historii. – Dlaczego? – w głosie Sylwii słychać było zaczepkę. – Bo to przynosi pecha. I potrafi przywołać Żebraka… – A przed chwilą mówiłeś, że to pewnie bajka i taknaprawdę tego całego Hudy nie ma? – nie odpuszczała Sylwia. – Skoro chcecie… – Po tej zrezygnowanej zapowiedzi dalszego ciągu przez salę przeszedł

pomrukzachęty. – Jest wiele historii o Hudzie, chociaż nieporównanie mniej niż znalezionych zwłok. Człowiek w kapturze pojawia się znikąd, a właściwie nie zjawia się – on stoi i czeka. Kiedy się go spostrzeże, nie ma już odwrotu. Nie ma ucieczki, bo on zawsze będzie stał przed tobą. W którą stronę byś się nie zwrócił, jakszybko nie chciałbyś biec, Huda zawsze będzie przed tobą i będzie czekał. Pewnym pocieszeniem jest, że Huda zjawia się jedynie po zmroku i tylko wtedy, kiedy wędruje się w pojedynkę. Wystarczy iść z towarzyszem i Kaptur się nie pojawi. Dlatego ten, kto wierzy w Żebraka, nigdy w nocy nie pójdzie samotnie w góry… Nie wiadomo, kim jest Huda ani skąd przybywa. Nie wiadomo też, kiedy przychodzi i co go sprowadza do konkretnej osoby. Wiadomo natomiast, że zawsze jego pojawienie się poprzedzone jest kłótnią. Mówi się też, że lepiej o Hudzie nie rozmawiać, bo to go potrafi przywołać, dlatego, mili państwo, w najbliższym czasie proszę się nie oddalać w pojedynkę. To ostrzeżenie zostało skwitowane śmiechem, ale z zasłuchanego audytorium popłynęły zachęty do kontynuowania opowieści. – A co ta Huda właściwie robi? Czego chce? – Ten Huda. Właściwie nie wiem czemu, ale myśli się o nim jako o mężczyźnie. Nikt nigdy nie wyobrażał sobie Człowieka w kapturze jako kobiety… Huda żebrze. Trzeba mu coś dać. I w tym tkwi właśnie problem, bo nigdy nie wiadomo, co go zadowoli. Legenda mówi, że musi to być coś, co wydaje się nam najcenniejsze. Ale niektórzy twierdzą, że należy mu raczej oddać coś, co było przyczyną kłótni. Był taki przypadek… * * * Santosh znalazł guzik. Ale nie był to zwykły guzik. Przede wszystkim, już na pierwszy rzut oka, dało się zauważyć, że jest bardzo stary. Był okrągły i wyjątkowo duży. Wykonany z matowej kości lub rogu, a zdobiony subtelną inkrustacją, która po przetarciu zaświeciła żywym blaskiem. Wyglądało to na złoto, chociaż tajemnicą pozostawało, jak udało się w rogową powierzchnię wtopić tak misternie powyginaną złotą żyłkę. Zdobienie tworzyło jakiś napis, ale litery nie przypominały żadnego znanego Santoshowi pisma. Prawdę mówiąc, chłopak nie czuł się specjalistą ani od pisania, ani czytania w żadnym języku, jednak takich znaków do tej pory jeszcze nie widział. O tym, że jest to guzik, przekonywały cztery dziurki wywiercone na wylot w krążku i strzępy nitki zwisające z otworków. Santosh pomyślał, że jeszcze nigdy w życiu nie miał nic tak cennego w rękach. Owszem, widział różne wartościowe, piękne przedmioty w klasztorach, ale nigdy nawet ich nie dotknął. Ten guzik wydawał się prawdziwym skarbem. Kiedy wieczorem z towarzyszami popijali raksi ze skórzanego kubka, pochwalił się swoim znaleziskiem. Guzik wędrował z rąk do rąk, u wszystkich budząc podziw i zainteresowanie. Mężczyźni oglądali go z każdej strony, wąchali, a jeden nawet próbował ugryźć. Wszyscy przyznali, że pierwszy raz widzą coś takiego i zgodzili się, że musi to być bardzo wartościowy przedmiot. W miarę ubywania raksi dyskusja nad tym, co zrobić ze znaleziskiem, nabierała gwałtowniejszego charakteru, by w końcu przerodzić się w kłótnię. Ktoś deklarował, że pójdzie do miasta sprzedać guzik, ktoś inny chciał go zanieść do klasztoru, by zapytać mądrych mnichów, skąd może pochodzić i jaką ma wartość. Jednak na koniec Santosh chwycił swoje znalezisko w garść i z gaszonym przez łzy ogniem w oczach wykrzyczał, że to jego guzik, jego skarb i nie zamierza go nikomu oddawać!

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i zniknął w mroku nocy. Wystarczyło, że stracił z oczu blask ogniska, a już chciał wracać. Jednak bał się, że kompani odbiorą mu jego skarb… A najbardziej obawiał się, że go wyśmieją, że będą szydzić i nie dadzą mu już spokoju. Po krótkim zastanowieniu wybrał więc drogę w góry, wprost do klasztoru, gdzie postanowił szukać rady. Kiedy wszedł wyżej, wrócił mu dobry humor. Niebo rozświecone było miriadami gwiazd, właściwie wydawało się srebrną taflą z nielicznymi plamami czerni. Okolica wyglądała jak odlana ze szlachetnego metalu, a powietrze było tak przejrzyste i ostre, że wydawało się, iż do odległych szczytów dosięgnie się, wyciągając tylko rękę. Santosh wyjął z kieszeni swój skarb i jeszcze raz popatrzył na niego w świetle gwiazd. Złoty napis zdawał się żyć rozświetlany blaskiem odległych konstelacji. Chłopak nie mógł oderwać wzroku od guzika i przez chwilę bawił się nim, obracając i przekrzywiając, łapiąc refleksy i obserwując srebrną krew płynącą przez złote żyły… Kiedy wreszcie schował krążek do kieszeni i chciał ruszyć dalej, z przerażeniem spostrzegł, że na jego drodze stoi bez ruchu postać w opończy i kapturze. Złożone na piersiach ręce ginęły w fałdach płaszcza, a sylwetka była tak nieruchoma, że wyglądała jak wykuta z kamienia. Santosh odwrócił się na pięcie, chcąc wziąć nogi za pas, ale postać już tam była. W którą stronę chłopak się nie odwracał, zakapturzony człowiek stał przed nim. Huda. Żebrak. Nie warto było się łudzić, że to ktoś inny. Wolno, krok po kroku, stopa za stopą Santosh zbliżył się do swojego przeznaczenia. Kiedy podszedł już bardzo blisko, spod poły płaszcza wystrzeliła w jego stronę ręka w żebraczym geście. Chłopak nie miał nic, poza ubraniem i nożem, z którym nigdy się nie rozstawał. Miał też guzik, co prawda piękny i od momentu znalezienia mający dla niego wielkie znaczenie, ale jednak tylko guzik. Czy guzik to dobry haracz za życie? Ręka poruszyła się niecierpliwie, nakazując pośpiech. Niewiele myśląc, z ciężkim sercem Santosh wyciągnął z kieszeni swoje cacko i włożył je w szponiastą dłoń, która zniknęła w fałdach opończy tak szybko, jak wcześniej się pojawiła. Przez chwilę nic się nie działo, a później Huda zaczął się rozwiewać, stał się przezroczysty, aż całkiem zniknął. Przerażony Santosh chciał biec z powrotem do swoich przyjaciół, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Padł na kolana i zwymiotował, krztusząc się kwaśną zawartością żołądka. Kiedy spazmy ustały, otarł usta rękawem i z trudem dźwignął się w górę. Wstając, zauważył leżący na ziemi kawał rzemienia i bezmyślnie go podniósł. Skąd wziął się akurat tutaj ten kawałek troka? Miał długość wystarczającą na przykład do użycia w charakterze paska… Może ktoś go tu zgubił i chodzi teraz z portkami w garści? A może to sam Huda? Ta myśl tak go rozbawiła, że strach natychmiast gdzieś wyparował. Chłopak wsunął rzemień do kieszeni i biegiem puścił się w powrotną drogę. To była świetna historia na ten dzień, to miejsce i to audytorium. Nikt nie przerywał, nikt nic nie wtrącał, a kiedy Dipakskończył, rozległo się nawet kilka pojedynczych oklasków. – Wow! – Piotr aż potrząsnął głową. – A co to jest, to raksi? To jakiś alkohol? – Tylko to cię zainteresowało, co? – Sylwia popatrzyła na męża tak, jak patrzy się na but pobrudzony psią kupą. Dipakroześmiał się. – Tak, to nasz miejscowy trunek, możemy spróbować, na pewno go tutaj mają.

Piotra nie trzeba było namawiać, porozumiał się wzrokiem z Niemcem, zahaczył też pytającym spojrzeniem o turystę w norweskim swetrze. Obaj skinęli głowami, więc Dipak zamówił kilka kubków, pitego, jaksię okazało, na ciepło napoju. – No i jak? – zapytał Dipak, kiedy dokonali degustacji. – Poczekajcie, poczekajcie! Ja powiem! – wyrwał się Piotr, którego twarz miała bardzo dziwny wyraz. – No więc to było tak: w kuchni wylała się ryżowa gorzała, więc ktoś ją wytarł z podłogi szmatą, którą normalnie wyciera się psa. Następnie, żeby nic nie zmarnować, wycisnął tę szmatę do garnka, podgrzał na piecu, et voilà! Oto nasz nektar! Gospodarz zrobił marsową minę, po czym wszyscy gruchnęli śmiechem. * * * Warszawa, sierpień 2013 – Wiesz, Antonow, małżeństwo jest jak wyrywanie, wyszarpywanie czegoś z tła… z kontekstu. – Nie rozumiem. – Tośka nadstawiła uszu, bo Piotr rzadko poruszał małżeńskie tematy. – Zobacz, jesteś w jakimś sklepie odzieżowym. Dajmy na to C&A… – Tylko nie Ce i A! Może być Ha i Em. – OK, H&M. Widzisz tam cały wieszak z kolorowymi t-shirtami. No cudnie jest, wiszą te koszulki jedna obok drugiej, a jakiś sprytny sprzedawca tak je powywieszał, że układają się w tęczę – normalnie cały przegląd widma. Od gotyckich, czarnych, do ciepłobrązowych jak… Nieważne. Po drodze są wiosennożółte, szczypiorkowozielone. Masz tam też skupione – fioletowe i dziwne śliwkowe, ale też czerwone, pełne energii i szalone pomarańczowe. Widzisz to? – Widzę. No, widzę ten wieszak, zresztą widziałam już takie, to norma. Ale co z małżeństwem? – Patrzysz na ten cud garderobiany i chcesz go zabrać ze sobą. Tyle, że tak nie można. Możesz kupić i wynieść tylko jedną koszulkę. Oglądasz, przymierzasz, odwieszasz, bierzesz inną – przykładasz do ciała, przeglądasz się w lustrze. Te najfajniejsze zakładasz w przymierzalni. W końcu się decydujesz. Wybierasz tę jedną, jedyną, płacisz, wychodzisz… – przerwał, żeby pociągnąć łyk piwa. – W domu ją rozpakowujesz i patrzysz, i nie widzisz już tęczy. Jest tylko jedna, ta twoja koszulka, powiedzmy, granatowa. Od dzisiaj będziesz w niej chodzić. – Przesadzasz, zresztą ja bym wzięła pomarańczową. – No właśnie, teraz nachodzą cię wątpliwości. Może lepsza byłaby pomarańczowa? W zgniłozielonej też by ci było do twarzy. A biała? Neutralna, uniwersalna? – Biały to nie kolor, w tęczy go nie ma. – Te! Mądrala! W tęczy może i nie ma, ale koszulki białe bywają, tak? W każdym razie takie jest małżeństwo. Inne koszulki może i są, ale ty musisz chodzić w tej jednej. Nagle okazuje się, że była fajna, kiedy wisiała z innymi. Jej przewaga wynikała z kontekstu i tła… I nastroju w momencie, kiedy ją kupowałaś. – A wiesz co? Mam takiego t-shirta. No, już nawet długo go mam. W sumie bardzo go lubię, ale zakładam tylko w domu. – Może nie do końca o tym myślałem, ale… O! Pamiętasz, jaki kolor miał na początku? – Nooo… Czerwony. Chyba. Teraz jest, powiedzmy, melanżowy. – I mówisz, że go lubisz? – Bardzo! I on się tak do mnie ułożył, wiesz? Taki jest „mój”. Czasem mam wrażenie, że

pasuje tylko na mnie. – Aha. To przypadek skrajny – stare, dobre małżeństwo. To się zdarza, ale rzadko i najczęściej w cudzych opowieściach. Bo w rzeczywistości takiej szmaty wcale się nie lubi. Kiedy straci swój pierwotny kolor, służy jako ubranie robocze, czasem może do gimnastyki, ale najczęściej jako ścierka do mycia okien. – To smutne, co mówisz, ale… – No? – Kim w takim razie jestem dla ciebie? – Ty jesteś jedną, cudną koszulką, która mieni się wszystkimi barwami tęczy. Problem z tobą jest taki, że wisisz sobie na wystawie, za szybą, a ja codziennie przechodzę obok sklepu, marzę o tobie i… nie mogę cię mieć. I wiesz, co najbardziej mnie wkurza? – Nie mam pojęcia, proszę pana. – Że wszyscy mogą na ciebie patrzeć, mogą cię podziwiać. I czasem… – Tak? – I czasem myślę sobie, że ktoś inny wejdzie jednak do tego sklepu i mi cię zwinie sprzed nosa. – Oj tam, oj tam, to sklep dla wybranych, wiesz? Nie każdy może tu wejść. Ty byś akurat mógł. – Nie mogę, mam jeszcze swoją pierwszą koszulkę… Chociaż czasem wydaje mi się, że to koszula Dejaniry. * * * Warszawa, październik 2013 – Co taka smutna jesteś? – Karolina mogła być w swoim Mrągowie, ale bezbłędnie potrafiła wyczuć nastrój Antonowa. Nawet przez słuchawkę. – Bo Piotrekwyjechał. – No i co? Taktęsknisz za tym swoim facetem? – To nie jest „mój facet”! – zaprotestowała gwałtownie Tośka. – Hej! No to ja czegoś nie rozumiem. Mówisz, że to nie twój… No nie ważne, to czego się smucisz? – Karolina nie chciała odpuścić. – Muszę ci tłumaczyć? – No nieee… – Karolina z pewnością uniosła właśnie oczy ku niebu. – Nie mów, że się zakochałaś! Spałaś z nim w końcu? – zapytała obcesowo, a w telefonie na moment zapadła cisza. – Nie… – odpowiedziała przyjaciółka, ociągając się. – Ale gdyby tylko zechciał, to nie broniłabym się zbytnio, wiesz? – Ty, Antonow, a może to pedał? Przecież ty laska jesteś! – Ale on jest żonaty… – To zabrzmiało żałośnie. – Dżiiii! Jakoś dla większości z nich to nie stanowi problemu! – Z nich? Kogo masz na myśli? – zjeżyła się Tośka. – Starszych panów. – Świnia! – No co? Mógłby być twoim ojcem! Sama takmówiłaś! – broniła się Karolina. – W sumie nawet nie miałabym nic przeciwko temu. – Antonina jakby się rozmarzyła. – No to już jest jakaś patologia! Raz mówisz, że byś się z nim przespała, potem, że fajny

byłby z niego tatusiek… Chciałabyś się pieprzyć ze swoim ojcem? – Wiesz co? Muszę kończyć. – Oj, no weź! Ty go naprawdę?… – Co? – No wiesz… – Żadnych wielkich słów. Cześć! Przerywany sygnał oznajmił zakończenie połączenia. * * * Nepal, View Point Hotel, Kyanjin Gumba, 31 października 2013 Pogoda poprawiła się na tyle, że można było ruszyć w dalszą wędrówkę. Okazało się, że droga do kolejnego postoju zajęła im tylko cztery godziny. W Kyanjin Gumba, na wysokości 3800 metrów wrzucili rzeczy do wąskich klitek w swoim baraczku, wypili herbatę i natychmiast ruszyli na pobliski pagórek wznoszący się na cztery tysiące czterysta metrów. Było to konieczne ze względów aklimatyzacyjnych. W hotelu View Point mieli spędzić kolejne trzy noce, a na tej wysokości bez odpowiedniej adaptacji mogło się to okazać mało przyjemne. Po mile spędzonych chwilach w poprzednim hotelu dogadali się z niemiecką parą i teraz wędrowali razem, prowadzeni przez Dipaka. Podejście nie okazało się przesadnie trudne, chociaż forsowna wspinaczka pod górę jest jednak czymś innym niż wędrówka szlakiem trekkingowym. Okolicę wypełniały osuwiska i ostre skały, ale chociaż krajobraz wydawał się nieprzystępny, surowy, wręcz dramatyczny, to perspektywa i zapierające dech w piersiach widoki powodowały, że wszyscy czuli się podekscytowani, dosłownie szczęśliwi. Po krótkiej sesji fotograficznej na szczycie ruszyli z powrotem do hotelu. Jeszcze przed zmrokiem usiedli do stołu. Menu wywołało jak zwykle zgryźliwe komentarze – do wyboru były ziemniaki, szpinak, jajka, makaron, ryż i dal bhat. Różnica w porównaniu z poprzednim hotelem sprowadzała się do kolejności wymieniania potraw – tam był dal bhat, ryż, szpinak, jajka, makaron i ziemniaki. – Oddałbym duszę za kiełbasę smażoną z cebulką! – Marzenie Piotra nie wydawało się specjalnie wyszukane, jednakw tej okolicy raczej nie mogło się spełnić. – A ja nie obraziłbym się za jakąś dużą porcję ryby… – Dieter smętnie dźgnął widelcem kupę makaronu z warzywami, szpinakiem oraz jajkiem. – Ryba? A nie wolałbyś jakiejś golonki w piwie albo tych… bockwurstów? – Przestańcie! – Sylwia odłożyła łyżkę, którą apatycznie grzebała w swojej zupie, wypełnionej, jaksię zdawało, makaronem, szpinakiem i… ziemniakami. – No co? Taksobie tylko gadamy. To co z tymi rybami? Ja jakoś za nimi nie przepadam. Dieter odłożył widelec i sięgnął po blaszany kubekz cytrynową herbatą. – Nie opowiadaliśmy wam jeszcze o tym, ale naszym drugim domem są Hawaje. Tam się poznaliśmy i tam zawsze wracamy. A na Hawajach są najlepsze morskie przysmaki na świecie. Do końca życia mógłbym nie jeść nic innego… Marina pokiwała głową na potwierdzenie słów męża. – A mnie najbardziej brakuje świeżych warzyw – stwierdziła Sylwia. – Oddałabym męża za główkę sałaty albo dwa… powiedzmy, trzy pomidory i ogórka. Na te słowa Marina wyprostowała się jakstruna i zaskakująco poważnie oświadczyła:

– Ja bym Dittiego nie oddała za nic! Wolałabym umrzeć z głodu! Niemcy mieli około sześćdziesiątki, ale trzymali się wyjątkowo dobrze. Przy czym, o ile Dieter po prostu był wysportowany, szczupły i ogorzały, o tyle Marina przykuwała uwagę niezwykłą urodą. Czas obszedł się z nią bardzo łagodnie, i to bez pomocy chirurga. Piotr kilka razy zastanawiał się, jakmusiała wyglądać, kiedy miała, powiedzmy, trzydzieści lat. Do tego sprawiali wrażenie zakochanych w sobie nowożeńców w podróży poślubnej. – O, zaiste! – Na twarz Dietera wypłynął dziwny, ironiczny grymas. – Ciekawe, gdzie schowałaś takie deklaracje, puszczając się z tym żurnalowym instruktorem nurkowania, co? Ta dziwna uwaga spowodowała ogólną konsternację. Marina pochyliła głowę nad miską. Dieter wskazał swoją żonę widelcem i kontynuował: – Na starość przyprawiła mi rogi! Wyobrażacie to sobie? Znalazła sobie o połowę młodszego adoratora! – Dieter! – Marina próbowała zaoponować, ale on, nie zwracając uwagi, ciągnął dalej. – Teraz jesteśmy na tej wyprawie, żeby… No żeby poukładać wszystko na nowo. Chociaż za każdym razem, jak sobie przypomnę… – Mężczyzna pokręcił zawzięcie głową i zaatakował swój makaron. – Ten mój też się puszcza! – wypaliła znienacka Sylwia. – Co proszę? – Widelec wypadł Piotrkowi z ręki. – Myślisz, że nie zauważyłam, jak codziennie zasuwasz do tej swojej siksy, gówniary w barze? – Sylwia, bardzo cię proszę! Ale żona wyraźnie się rozkręcała. Postanowiła wylać frustrację wynikającą z braku zielonych witamin albo rzeczywiście była zazdrosna. – Skoro mamy taki miły wieczór wyznań, to powiedz: robiła ci loda? To nie zahacza o pedofilię? – Sylwia, za chwilę przegniesz pałkę… – Twarz Piotra przybrała barwę cegły. Niemieckie małżeństwo wymieniło spojrzenia. – Słuchajcie! – spróbował wtrącić się Dieter. – Nasze problemy… – O pałkę to raczej ty się powinieneś martwić, żeby jej w niewłaściwą dziurę nie wsadzić! – Dosyć tego! – Piotr gwałtownie wstał od stołu, chwycił kurtkę, czapkę, rękawiczki i nie oglądając się za siebie, wypadł z jadalni. * * * Nepal, Kyanjin Gumba – Kyanjin Ri, 31 października 2013 Noc. Noc w Himalajach. Odległe szczyty i granie ostre jak zęby piły wydawały się bliskie na wyciągnięcie ręki. Krajobraz rozświetlony blaskiem księżyca miał dwa kolory – czarny i srebrny. Powietrze zatykało, a wysokość delikatnie trzepała po głowie. Piotr, wciąż wściekły, ale też kłuty wyrzutami sumienia (co złościło go jeszcze bardziej), nie zastanawiał się, dokąd idzie. Minął drogowskaz „Kyanjin Ri 4780m”, więc uznał, że to przeznaczenie wskazuje mu cel. Oczywiście, nie zamierzał zdobywać szczytu w nocy, ale pomyślał, że spacer dobrze mu zrobi. Chciał się zmęczyć, by nie mieć siły na głupie dyskusje. Chciał być sam. I nie myśleć. Tośka, Antonow. Takbrutalnie przywołana przez Sylwię!

Takbezpardonowo i niesprawiedliwie! Przecież między nimi do niczego nie doszło! Że czasem ich dłonie się spotkały? Że na do widzenia cmokał dziewczynę w policzek? Że ten raz, jedyny raz poczuł jej usta na swoich? To był cudowny moment… Nawet nie pocałunek, ale jakby spotkanie w drzwiach. Jej wargi były miękkie i ciepłe. I… zapraszające, chętne. On jednak nie chciał przekraczać granicy. To, co mu dawała, było ważniejsze niż możliwość seksu na boku. Nie potrzebował kochanki, potrzebował kogoś, komu będzie na nim zależało. Kogoś, komu szybciej zabije serce na jego widoki kto będzie za nim tęsknił. Kto będzie traktował go poważnie. Pragnął powrotu swoich pierwszych uniesień, o których zdążył już zapomnieć. Małżeństwo go wyjałowiło. A Tośka… Co właściwie do niej czuł? Głównie wdzięczność. Ona uświadomiła mu, że wcale nie jest z kamienia, że jeszcze nie umiera, za to jego serce może znowu zakwitnąć. Nigdy nie myślał o rezygnacji z małżeńskiego statusu. Nie rozważał wywracania swojego życia do góry nogami. Zresztą jego teoria na temat koszulek rozciągała się nie tylko na związek pobłogosławiony w Urzędzie Stanu Cywilnego, ale w ogóle na związki, na uciążliwość przebywania z jedną osobą, znoszenia jej wad i konieczność podporządkowania się, oddania pola. Nie miał pomysłu, co może dalej wyniknąć z jego barowej znajomości, ale taki układ wyjątkowo mu odpowiadał. Jeśli ktoś określiłby to, co czuł, „miłością platoniczną”, gotów był przytaknąć. Zatopiony we własnych rozmyślaniach nawet nie zauważył, jak daleko zaszedł. W pewnym momencie poczuł jednak, że dzieje się z nim coś niedobrego. Myśli zaczęły mu się plątać, a oddech stał się krótki jak po wyczerpującym biegu. Postanowił na chwilę się zatrzymać, odpocząć, pozwolić uspokoić się sercu. Usiadł na ziemi, opierając się plecami o skałę. Serce zwolniło, oddech powoli wrócił do normy, ale myśli nie chciały się rozplątać. Czuł dezorientację. Nie bardzo wiedział, skąd się wziął w tym miejscu, czuł się tak, jakby mu ktoś wprost na mózg założył zbyt ciasną czapkę. Potrzasnął głową, potarł pięściami oczy i spojrzał przed siebie. Półtora metra od niego stała zakapturzona postać w opończy. Piotr zerwał się na równe nogi i od razu pożałował – krew nie podążyła za jego ciałem. Poczuł, jakby świat stał się nagle gigantyczną pralką nastawioną na wirowanie. Zabrakło mu powietrza i padł na ziemię wprost pod nogi przerażającej postaci. – Huda…? – wyszeptał, próbując zogniskować wzrok na pochylającej się w jego stronę upiornej sylwetce. Spod płaszcza wysunęła się szponiasta dłoń, ale Piotr wiedział, że nieznajomy wcale nie chce pomóc mu wstać… – Co ci mam dać? Nic nie mam… Nie wziąłem nic ze sobą… Mężczyzna poczuł, że słabnie. Tracił przytomność. Rzeczywistość splatała się z legendą, rozsądekz emocjami. Nagle to, o czym myślał przez ostatnią godzinę, stało się materialne. Miłość. Miłość Antoniny. To było najcenniejsze, co miał. Bo ona go kochała… Chyba… Przynajmniej to widział w jej oczach… Tak mu się wydawało. – Weź! Weź jej uczucie… – wyszeptał. – Nie mam nic bardziej wartościowego… Zemdlał. Ale miał wrażenie, że natychmiast się ocknął, szturchany i szarpany czyjąś silną dłonią. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą przerażonego Dipaka, próbującego podciągnąć go do

pozycji siedzącej. – Widziałeś go? – zaskrzeczał przez suche usta Piotr. – Kogo, mister? Niech pan nic nie mówi, proszę oddychać! Nie powinien pan sam chodzić w nocy! I to jeszcze takwysoko. – Huda… – Huda to bajka, niech pan oddycha! Głęboko. Da pan radę iść? – Sylwia… Bardzo się złości? – Piotr z pewnym zaskoczeniem poczuł, że chciałby być blisko żony. Pierwszy raz od dawna zatęsknił za nią i nagle poczuł, że bardzo jej potrzebuje. – Raczej się niepokoi. Chodźmy mister. Powoli… * * * Epilog Warszawa wyglądała jak mokra wrona. Zima nie zdecydowała się jeszcze nadejść. Wysłała za to swoją brzydszą siostrę – Przedzimę. Ponurą, mokrą, brudną, z fryzurą pełną śmieci. Piotr z niepewnością w sercu zbliżał się do baru. Spętany niewygodnym płaszczem, okręcony mokrym szalikiem, z przemoczonymi włosami. W ręku dzierżył neseser, a pod pachą ściskał prezent – owiniętą w nepalską gazetę maskę przedstawiającą głowę Citipati – roześmianą trupią czaszkę. Wszedł do środka, nie wzbudzając większego zainteresowania niewielkiej obsady baru, złożonej głównie z nieznajomych. Za kontuarem stała nieznana mu dziewczyna. Miała pewnie dwadzieścia pięć lat i tę mieszankę nabytego braku zainteresowania, znudzenia i pogardy we wzroku, którym otaksowała przybysza. – Co podać? – zapytała, mając na myśli: „W domu byś siedział, facet, a nie szlajał się po knajpach!” – Jest może Antonow? – Słucham? Kto taki? – No… Antonina. Widzę, że nie ma. To kiedy będzie w takim razie? – A! Tośka! To pan nic nie wie? Piotr poczuł paraliżujące po kolei wszystkie części ciała promieniowanie, rozchodzące się od splotu słonecznego. – Czego nie wiem? – Ktoś ją zmasakrował… Straszna jatka, nie mogli jej zidentyfikować! – Dziewczyna zaczęła się rozkręcać, gdyby miała zdjęcia, pewnie właśnie wykładałaby je na bar. – Kiedy? – wyszeptał Piotr, a jego twarz przybrała kredowobiałą barwę. – W Halloween… No już prawie dwa tygodnie temu. Piotr odwrócił się na pięcie i bez słowa, jakautomat, wyszedł z lokalu. – Halo! Zostawił pan coś! Halo! – Barmanka ruszyła za gościem, ale zanim dotarła do drzwi, po Piotrze nie było już ani śladu. Dziewczyna wróciła do baru i rzuciła okiem na pakunek. Mokra gazeta rozchyliła się, ukazując wyszczerzoną w sardonicznym uśmiechu maskę.

OD AUTORA. Niechętnie, ale muszę to wyznać – Huda nie istnieje. Różnych legend, opowieści, a najczęściej różnych wariantów tych samych historii jest w Nepalu, w ogóle w Himalajach, co niemiara. Na ogół mają charakter religijny, ale czasem trudno to ocenić, bo przesympatycznym Nepalczykom religia wpajana jest od urodzenia właśnie za pomocą opowieści. W każdym razie w tych wszystkich podaniach, legendach, mitologii nie było dotychczas miejsca dla Hudy… A przecież mogłoby być, nieprawdaż? Huda pojawił się, kiedy, chroniąc się przed beznadziejną ulewą i przenikliwym zimnem, założyłem na siebie wszystkie przygotowane na taką okoliczność ubrania i stanąłem przed obiektywem aparatu. Patrząc później w ekran wyświetlacza, zobaczyłem nieznaną mi, przerażającą postać, wyciągającą prosząco dłoń… W każdym razie, kiedy traficie do Nepalu, nie pytajcie o Hudę. Tam go jeszcze nie znają.

VADE-MECUM Łukasz Radecki „Czemu, Cieniu, odjeżdżasz (…)?” C.K. Norwid, „Bema pamięci żałobny rapsod” Styczeń 1883, Paryż Dni snują się coraz bardziej ponure. Czuję narastające przerażenie, pustkę wypełniającą mą pierś, lodowaty powiew śmierci pustoszący moje płuca. Zimowe królestwo skuwa lodem ulice wszeteczne, białym puchem otulając brud wszechogarniający. Ciąży mi niesmak, dziwnież pomięszany, gdy wyglądam przez zmarznięte, okopcone szyby na ponury świat roztaczający się za oknem, to nieszczęsne miasto, które tyle nadziei pogrzebało, tyle żywotów złamało, tyle cnót zdusiło. Cóż warte jest życie, gdy takłatwo pęka w starciu z czeluściami diabelskich otchłani czasu i wiedzy zwykłym śmiertelnikom niepojętej? Zagubiony pośród własnych przekleństw, tocząc jad ciemny niczym trujący kolec złamanego kwiatu, czekam, gdyż nie wiem, od czegóż mam zacząć? Żywot mój nigdy nie był prosty, złotomiodny, od trosk wolny. A jednak wierzyłem uparcie, wszak wierzyć wciąż trzeba, że los się odmieni, że twórczością swą przełamię ramy niebytu i wkroję się w ramy aktu non omnis moriar. Wielem uczynił, wielem poznał, zwiedził i zobaczył. Ale właśnie tu, w tym przeklętym mieście zobaczyłem więcej, niż bym pragnął, więcej, niż pojąć zdołałem. Teraz, gdy zmysły me zawodzą, gdy zamykam się w jamie własnego kalectwa coraz bardziej niemy i ślepy, właśnie te przerażające nad wszelką miarę głosy, zaśpiewy rozbrzmiewają w mej głowie, mamiąc resztki rozsądku, właśnie te zwidy nieprzyzwoite, bluźniercze i odrażające toczą się pod powiekami, coraz częściej ustępując miejsca dziełu Stwórcy, jakie przez lat z okładem sześćdziesiąt oglądałem na co dzień. Pięć lat temu wszelka nadzieja obumarła, pozbawiając mnie resztek majątku, szczęścia i godności. Od tamtej chwili przebywam tu, z podobnymi mi wrakami ludzkimi, których maszty dawno połamano, a stery popękały, sfatygowane nadmiernymi zwrotami i zmianami kursu. Tu czekam na odmianę losu, na odwilż, która nigdy nie nadejdzie, tu zatracam się w świecie bluźnierczych urojeń, straconych pragnień i niewyobrażalnych koszmarów, skazany na ślepotę, niemotę i zapomnienie. Tak, wiem, że zostanę zapomniany, że wszystkie moje krople potu i krwi pod postacią splątanych liter na wytartym papierze tanim atramentem wydrapanych zginą w otchłaniach chaosu, w jakim świat cały się pogrąży. Nie ma nadziei. Ani dla mnie, ani dla niego. Bowiem droga wskazana mi przez Opatrzność nie jest drogą, którą iść bym zdołał. Wyrobić

pierwej muszę umysłu stałość, a tego już nie potrafię, takjaknie potrafię złożyć sensownych zdań, które warte byłyby zapisania. Na Boga, nie potrafię nawet opanować pieśni duszy, dotąd strumieniem rzucającej mi potoki wierszy i poematów, z których odsączałem esencję i istotę prawdy właściwej, teraz, zagubiony w labiryncie nieświadomości, w którą wtrąciło mnie poznanie tego indywiduum niecnego, tego szaleńca całkowitego, jakim okazał się Jacques Ranserine, bezzębny, odrażający starzec, który w pierwszy dzień Nowego Roku zawitał do mej celi, w której walczyłem z kolejnym atakiem kaszlu targającym me płuca w sposób niewątpliwie infernalny, skręcając je niczym worki piasku lub, raczej winienem rzec, puste wydmuszki zgniecione nagle obcą siłą. Padłem na podłogę, dusząc się niezmiernie, z narastającym przerażeniem spoglądałem na wypadające ze mnie kłęby krwawych plam, rozbryzgujące się obraźliwie przed moją twarzą, której nie mogłem podnieść wyżej nad brudną podłogę. Gdy po chwili, mnie zdającej się wiecznością, udało się wreszcie opanować atak i wstałem z klęczek, poczułem, że ciało me wypełnia niespodziewana lekkość, jakby straszliwe katusze, jakich przed chwilą doświadczyłem, w ogóle nie miały miejsca. Właśnie wtedy dostrzegłem siedzącego na mojej pryczy starca, opatulonego w brudne, obmierzłe łachmany, w których nie sposób było znaleźć końca i początku, jeno warstwy błota (Tak! W styczniu oblepiony był błotem, które widać jeszcze jesień pamiętało!). Jego szarobure włosy, nad wyraz długie i skołtunione kleiły się do poznaczonej bruzdami twarzy, której centralnym punktem były jasnobłękitne oczy, żarzące się obłędem, rozpalone, jak moje, gorączką. Uwagę jednak przykuły spękane, parchate wargi bezustannie mamroczące bluźniercze, uwłaczające ludzkiemu gatunkowi słowa, pamiętające bezdenną otchłań nieistnienia, sylaby: Barra Ante Malda! Barra Ange Ge Yene! Zi Dingir Anna Kanpa! Zi Dingir Kia Kanpa! Gaggamannu! A z każdą ową sylabą czułem jak ustępują bóle od miesięcy skuwające mą pierś, w żelaznych kleszczach śmierci duszące moje żebra, jak niespodziewanie odchodzą w zapomnienie. To jednaknie wszystko. Po pierwszej chwili, wypełnionej zdziwieniem i radością, naszły mnie coraz silniejsze fale narastającego lęku, gdy zrozumiałem, że słowa, które wypowiada starzec, są dla mnie słyszalne, że mimo iż mężczyzna szepcze, słyszę każdą z tych bluźnierczych sylab, każda wwierca się w mą świadomość, drążąc tam uparcie, dopóki nie zniweczą koszmarnego kalectwa otępiającego me zmysły. I tak, gdy w następnym, jakże straszliwym mimo wszystko, momencie zauważyłem, że wzrok mój również uległ ogromnej poprawie, pojąłem natychmiast, że oto wszelkie me nadzieje i ratunek spoczywają w tym obmierzłym i tajemniczym staruchu, który nie widząc Boga ręki u obłoków, zaklął mą duszę i ciało. Rzekł mi: Vade-mecum. Krocz za mną. W tym właśnie momencie postanowiłem powierzyć mu swój żywot i czerpać z jego wiedzy. Luty 1883, Paryż

O tego typu szaleńcach słyszałem już od Julka, ostrzegał mnie przed nimi Fryderyk, gdy pierwszy raz spotkałem ich w tym mieście. W ich sidła wpadł Adam, zatracając się z czasem w koszmarze bzdur i fanaberii, tanich kuglarskich sztuczek i mediumistycznych błazenad. Unikałem ich jak ognia, zresztą, będąc szczerym, muszę zauważyć, że nie garnęli oni do mnie nadmiernie, zrażeni widać moim wyglądem, bo przecież nie pochodzeniem. Wszak w mych żyłach płynie krew Radziwiłłów, a po kądzieli przodkiem mym sam Jan III Sobieski! Cóż z tego, gdy majątek rodzinny rozpełzł się był po świecie, kiedy obce mocarstwa zdusiły Ojczyznę, a ja, udawszy się na tułaczkę po świecie, opadłem z sił w tym mieście, które zdawało mi się ostoją artystów, wylęgarnią Sztuki, a okazało się kloszem skrywającym czeluści piekielne zepsucia wszetecznego. Mój gród jest tam, gdzie ostatnia świeci szubienica, tu zaś nie czekało mnie już nic. Poza tym dziadem, który z wyglądu w zasadzie niczym nie różnił się ode mnie, jednak wiedza jego zgniotła mą duszę na miazgę, wyciskając miąższ wiary niczym pastę z kiszki. Jacques Ranserine okazał się właśnie jednym z tych mistyków, o jakich prawił mi Adam, przed jakimi ostrzegał Zygmunt i Juliusz, z jakich dworował sobie Fryderyk. Ranserine jednak nie był kuglarzem, a jego umiejętności szybko przyprawiły mnie o zawrót głowy, ukazując świat nie takim, jakim żem chciał widzieć. Po pierwsze sprawił, że ataki kaszlu zniknęły zupełnie, jednakże gdym w chwilach niektórych unosił się gniewem bądź nie zgadzał się z jego naukami, potrafił sprawić, że na powrót choroba ma dawała znać o sobie, że oczy znów gorzej widziały, a słuch tracił na ostrości. Jakwytłumaczył mi jeszcze w styczniu, nie czynił nic przeciwko mnie, jedynie, korzystając z zaklęć tajemnych i bluźnierczych, odpędził ode mnie demony choroby i kalectwa, jednak nie na zawsze. Krążyły one stale nad mym duchem niby sępy, a dopadały na powrót, gdy tylko okazywało się, że sprzeciwiam się memu Mistrzowi. Tak, nazwałem go swym Mistrzem, bo choć, by pozyskać mą uwagę, posunął się do niecnego szantażu, zdjął z mych zmysłów bielmo ograniczeń, jakie wąska nauka ludzkości mi narzuciła, jakimi pętało mnie katolickie wychowanie. Jak orły w klatce zamknięte drucianej kryliśmy się w kątach tego przytułku, a on pokazywał mi cuda. Pierwej oczywiście wieleżeśmy kłótni stoczyli, bowiem poglądy jego nie tylko nie licowały z moimi, nawet trudno powiedzieć, że stały do nich w opozycji. Jego sposób postrzegania świata całkowicie wywracał mój, przenicowywał go wręcz na drugą stronę, mnie samego pozostawiając w koszmarze osłupienia i narastającego szaleństwa. Otóż bowiem Mistrz mój prawił, że Istota, którą ja nazywam Bogiem jest jedynie wymysłem pasterzy z palestyńskich pastwisk, dowodząc tego bluźnierczymi tyradami i obrazoburczymi porównaniami. Jakże bowiem inaczej miałem odnieść się do faktów, że historia Noego podobno była opowiedziana niemal dwa tysiące lat wcześniej, a dotyczyła sumeryjskiego władcy z dynastii Ur? Cały ten mit został więc stworzony w ludzkiej wyobraźni, począwszy od budowy arki i wielkiego potopu niosącego zagładę świata, a kończąc na gołębicy zwiastującej opadnięcie wód. Co więcej, żydowscy kapłani nie wykazali się żadną inwencją, zlepiając w swych wierzeniach wątki opowieści babilońskich, egipskich i indyjskich, doprawiając je popularną mitologią grecką i kreteńską, i obowiązkowym nacjonalizmem. Jedyny oryginalny punkt to dziesięć przykazań wynikających tak naprawdę z ówczesnych obyczajów. Tak oto kapłani przekazali prostemu, ciemnemu ludowi zawoalowaną koncepcję władzy, usprawiedliwiając ją zmyślonym faktem, że jest to dzieło dyktowane natchnionym przez Jahwe. Nikt nie miał prawa sprzeciwiać się boskim prawom. Podobnie z historią Mojżesza, która, włącznie z podróżą niemowlęcia w koszyczku, została w całości zaczerpnięta z legendy o Sargonie Wielkim z dynastii Akadyjskiej. Oczywiście takie wywody mogły wywołać we mnie tylko oburzenie i furię, bowiem Ranserine nie dysponował żadnymi konkretnymi dowodami, a opowieści o Assur-Bani-Apli/Asurbanipalu władcy starożytnej Asyrii czy legendarnym Nabuchodonozorze Pierwszym, królu pradawnej Babilonii, choć zajmujące

i niezwykle ciekawe, nie miały dla mnie w sobie nic poza byciem opowiastką dla dzieci służącą zabiciu czasu. Przyznaję, że Mistrz mój potrafił opowiadać w sposób intrygujący, jak choćby wówczas, gdy podważał historię wieży Babel. Według niego bowiem chodziło tutaj o babiloński ziggurat, który po upadku cywilizacji został rozebrany przez miejscową ludność do budowy okolicznych domów. A ponieważ u zarania ludzkości istniał jeden wspólny język, można by rzec, światowy, ludzie porozumiewali się nim w trakcie rozbiórki, nie przejmując się faktem, że każdy z nich pochodził z innego plemienia, o innej kulturze i mówiącego w innym narzeczu. Według Ranserine’a jasnym było, że ruiny zigguratu musiały być dostrzeżone przez jakiegoś barda, który znalazł w tej niezwykłej historii natchnienie. Widząc ludzi mówiących podczas pracy wspólnym językiem, a po jej zakończeniu używających innej, ojczystej mowy, wpadł na pomysł rozkładu lingwistycznego. Gdy opowieść dotarła do kapłanów żydowskich, ci bez trudu zaadaptowali ją do swojej „Biblii”. Zaciekle próbowałem bronić swojej wiary, bowiem, słysząc tak misternie tkane kłamstwa, poczułem niemalże, jak otwierają się przede mną piekielne czeluście, których Ludzkość przesadzić nie znajdzie sposobu. Jednakże spróbowałem uciec się do rozsądku i zastrzegłem, że gdy odrzucić istnienie barda lub przyjąć faktyczne natchnienie przez Boga Ojca, wówczas historia Ranserine’a zyskuje na jakości, stając się nie zaprzeczeniem, a dowodem na prawdziwość istnienia Wieży Babel. Wszakspisujący Stary Testament przed tysiącami lat lud był ciemny, podobnież jak jego kapłani, którzy, choć piśmienni, o istocie świata i rzeczy nie wiedzieli zbyt wiele. Co więcej, skoro Bóg przekazywał im swe słowa, czynił to w sposób dający się pojąć tym dość ograniczonym osobnikom. Po cóż bowiem miał zaprzątać im głowę prawdą o istnieniu wielu języków, skoro ważne było przesłanie mówiące o tym, by nie starać się nigdy dorównać Bogu. Odpowiedź, jaką rzucił mi Mistrz, poraziła mnie na wskroś. Oznajmił mi bowiem, że oznacza to jedynie, że skoro jest to zakazane, to jest to możliwe, a więc można dorównać Stwórcy. Bowiem nie On włada tym światem, a jeśli kiedykolwiek istniał, to już dawno zapomniał o obecności tak marnego tworu, jakim jest człowiek. Że naszym żywotem władają bogowie znacznie bardziej niebezpieczni, szaleni i nieobliczalni. Że Ranserine jest w stanie udowodnić każde swoje słowo i uwiarygodnić każdą historię. Przedtem jednak musi mi otworzyć oczy, bym nauczył się patrzeć na rzeczywistość taką, jaką ona jest w istocie. Minął miesiąc naszych szalonych, bluźnierczych i wyniszczających rozmów, po których w równym stopniu nienawidziłem Mistrza, co go podziwiałem. A wiara ma na coraz cieńszym wisiała włosku. Możecie wątpić, dlaczego wytrzymałem tyle dysput, które miały tak szkodliwy wpływ na moją psychikę. Przypomnę, że jednym z powodów był fakt, że bez towarzystwa Ranserine’a na powrót dopadały mnie demony choroby i kalectwa. W istocie, diabelska to była sztuczka, by okrutnym szantażem przymusić mnie do słuchania słów, które tajemniczym jadem zatruwały moją duszę. Tak doszliśmy do drugiego powodu. Oto bowiem Mistrz mój przypomniał mi słowa Biblii opowiadające historię stworzenia świata. A w Piśmie napisano, że początkiem stworzenia były słowa: niech stanie się światłość. Skoro więc słowa te zapisał ciemny lud przed kilkoma tysiącami lat, to oczywistym jest, że nie mógłby pojąć, czym była Wielka Eksplozja, która według mego Mistrza dała początek Wszechświata wraz z tysiącami gwiazd, planet i światów. A słowa Biblii nie tylko nie wykluczają owej opcji, ale wręcz ją potwierdzają. Wszak wybuch, szczególnie wielki, nie obędzie się bez światłości. Bzdurność tej wypowiedzi uderzyła mnie z ogromną siłą, bowiem sam nie mogłem zrozumieć, czym niby jest Wszechświat lub Wielka Eksplozja. Teorie heliocentryczne były mi znane, jednak możliwość istnienia innych układów słonecznych wydawała mi się niewiarygodnym, bezczelnym, wręcz bluźnierstwem. Nie pomogły dalsze tłumaczenia Mistrza, który opowiadał, że świat nasz powstawał przez miliardy lat, kształtując się z brył krążących w otchłani kosmicznej, które z kolei dotarły do najbliższej wielkiej gwiazdy, czyli Słońca. W ten

oto sposób można wytłumaczyć, że Bóg jednego dnia stworzył niebo i ziemię, a nawet, idąc dalej tym tropem, wyjaśnić, że oddzielił sklepienie niebieskie od podłoża. Herezje wygłaszane przez mego towarzysza sięgały znacznie dalej. Potrafił on bowiem wytłumaczyć dokładnie pojawienie się poszczególnych gatunków zwierząt na ziemi, uzasadnić stopnie rozwoju człowieka, tłumacząc przy tym, że każdy z tych procesów trwał miliardy, a w najlepszym wypadku miliony lat, co oczywiście w Biblii zostało zapisane jako poszczególne dni. Wszak, jak wyjaśniał Ranserine, nawet dziś ludzie nie są w stanie pojąć tych teorii, jakże więc zrozumieć je mieli żydowscy pasterze? Ponadto Bóg jest przecież wszechmocny i wszechpotężny, a więc każdy z tych dni mógł faktycznie trwać miliardy lat, czymże bowiem dla Boga jest upływ czasu? Przyznam, że sam zgubiłem się w tej pokrętnej logice, ale właśnie te ostatnie argumenty uradowały mnie niezmiernie, bowiem pozostawały w zgodzie z moim światopoglądem, potwierdzały marność naszego ludzkiego żywota, ułomność rozumu ludzkiego gatunku, jednocześnie uwznioślając potęgę Boga. Mój Mistrz wyśmiał jednak moje nadzieje płonne, mówiąc tym razem, że Bóg, którego miłuję, jest jeno wymysłem człowieka, który, nie mogąc zrozumieć potęgi Wszechświata ani bóstw Pradawnych i Przedwiecznych, wykreował sobie mity i wymysły warte równie wiele, co historie Greków i Rzymian. Na nic się zdała moja wściekłość, na nic moje tłumaczenia, wreszcie błagania i zaklinanie. Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem, nie masz rady i pojednania. Przypomniał mi ponadto koszmary, które nękały mnie pośród nocy w ostatnich dwóch miesiącach, sny przerażające, bluźniercze i plugawe, sny o światach niepojętych, o istotach straszliwych i starszych niż czas. O bogu – idiocie dmącym w bezdźwięczne trąby do wtóru obmierzłym, pomylonym potworom tańczącym w szalonym tańcu. Sny, które były dla mnie tragicznym dowodem na rozwijającą się w mej głowie chorobę, na wyniszczające szaleństwo trawiące moją duszę. Mistrz powiedział, że właśnie on jest odpowiedzialny za nawiedzające mnie wizje, które mają przygotować mnie do przyjęcia Prawdy, jakiej dotąd dostąpili nieliczni. Nie odpowiedział na pytanie, czym niby zasłużyłem sobie na taki zaszczyt, gdy pozwoliłem sobie podać w wątpliwość jego słowa. Miast tego zastrzegł, że dzięki zaklęciom, jakie poznał, potrafi wykorzystać moc Hypnosa i zapanować nade mną w trakcie snu. Szalony, jakżem był szalony! Dlaczegóż wtedy nie uciekłem, dlaczego brnąłem w tę grozę niepojętą, dlaczego zatraciłem się całkiem w bluźnierstwach tego Diabła, którego wbrew wszelkim zasadom i rozsądkowi wciąż tytułuję Mistrzem? Ranserine tymczasem wyciągnął z zakamarków swych łachmanów zwitek pergaminu i dziwny pierścień. Patrząc prosto w me oczy, wyrecytował cichym głosem kolejną straszliwą inkantację: YOBUS RESUSYARTA NEBEE, RISSANUS NEBEE ZHIYA, VEN REBUSERIC NI ARDAS ARBAOS VANZEE GEREL ZIMPHANSE NI NEBEE AWENHATOACORO, VEHATH, HAGATHORWOS Następnie wykonał tajemniczy znak dłonią, a ja zapadłem w straszliwy sen. I choć uparcie

walczyłem z targającymi mnie później wyrzutami sumienia, nauki i sztuczki, jakimi mnie mamił mój Mistrz, nie dały mi szansy na wyrwanie się z szatańskiego kręgu, w jaki wpadłem na skutek upartego poszukiwania odpowiedzi na otaczające mnie pytania, niegodny tego wżywotowzięcia, jakim obdarzył mnie Stwórca, w którego moc zwątpiłem, choć w Niego samego wierzyć nigdy nie przestałem. Być może to właśnie zadecydowało o finale mego losu. Marzec 1883, Paryż Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to, co czynię, to ZŁO. Prawdziwa antropomorfizacja zła, jego Istota, wszechmoc i potęga. Wszechrzecz w Jedności i Jedność we Wszechrzeczy. Yog-Sothoth. Jedno z bóstw, o którym opowiadał mi mój Mistrz, ukazując koszmary, które okazały się rzeczywistością pozbawioną dotychczasowej witrażowej szybki ochronnej. Nie ma Boga. Jest tylko bezkresna otchłań niepojętego zła, w której czają się istoty i bóstwa tak potężne i tak potwornie, bluźnierczo ohydne, że na samą myśl o nich wpadam w panikę. A jednak zatraciłem się całkowicie w badaniach i chaotycznym zwiedzaniu Wszechświata. Poznałem archaiczny język Shudde M’ell. Nauczyłem się przyzywać skrzydlate Shantaki, które pozwoliły mi dosiąść nocy i opuszczać mój przytułek rozpaczy bez wzbudzania czyichkolwiek podejrzeń. Udałem się na Yuggoth, tajemniczą, choć niewielką planetę, znajdującą się na skraju naszego Układu Słonecznego. Poznałem polipowate, szkaradne Grzyby, zwane Mi-Go, zamieszkujące owe miejsce. Przyjrzałem się sekretom Chthonian, czytałem kamienne tablice G’harne. Nie było czasu i przestrzeni, której nie mogliśmy wraz z mym Mistrzem odwiedzić. Czytałem bluźniercze strony „Necronomiconu” Abdula al-Hazreda w przekładzie Olausa Wormiusa, wydanego XVII wieku w Hiszpanii. Poznałem znaczenie straszliwych słów: DEESMEES – JESHET – BONE DOSEFE DUVEMA – ENTTEMOSS. Widziałem iglice Kadath i odmęty Y’ha-nthlei. Słyszałem jadowity płacz, widziałem zakazane znaki zwiastujące nadejście starożytnego Cthulhu. I teraz boję się o człowieka, bowiem wiem, że ludzki żywot nie ma znaczenia. Los ludzkości nie jest istotny. Znam już suplikację. Znam sekrety i wiem, co czynić, gdy plugawy całun zagłady zakryje ziemię i zdusi prosty, ogłupiany od lat motłoch. Wieją proporce i zawiewają na siebie… Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn. Albowiem Cthulhu to Pan Pochłoniętych, Inicjator Snów, zsyłający na Wybranych sny o dniach czasu przed czasem. Demoniczny kapłan-władca śpiący śmiertelnym snem na swym tronie w R’lyeh, a gdy otworzą się Wrota Miasta, przebudzi się ostatecznie. Nadejdzie z Zachodu, miejsca śmierci. A wraz z nim nadejdzie Shub-Niggurath, ziemska manifestacja mocy Starożytnych, Wielka Czarna Koza z lasów z Tysiącem Młodych. Drogi szukając, choć przed wiekami zrobiona… ASSA IA MA KEFE’RA NE’