wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 120 158
  • Obserwuję1 419
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 615 284

Peter Watts - Ślepowidzenie 02 - Echopraksja

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
P

Peter Watts - Ślepowidzenie 02 - Echopraksja.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion P Peter Watts
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 195 osób, 107 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 266 stron)

Peter Watts ECHOPRAKSJA Echopraxia Przełożył Wojciech M. Próchniewicz

Dla BUG Która uratowała mi życie

SPIS TREŚCI SPIS TREŚCI 3 PRELUDIUM 7 PIERWOTNIAK 12 PASOŻYT 63 POŻERANY 161 POŻERACZ 216 PROROK 280 POSTSCRIPTUM: KONIEC SAMOTNOŚCI 299 PODZIĘKOWANIA 301 PRZYPISY I BIBLIOGRAFIA 303

Nie niszczy się religii, eliminując zabobon. Cycero Skupić się na raju, oznacza stworzyć piekło. Tom Robbins

Wleźliśmy w końcu na górę. Z każdym krokiem widok był coraz lepszy, więc oczywiście szliśmy dalej. No i jesteśmy na szczycie. Nauka stoi na szczycie już od paruset lat. Patrzymy na równinę i nagle widzimy, że jakieś inne plemię tańczy sobie nad chmurami, jeszcze wyżej niż my. Może to złudzenie, może jakaś sztuczka? A może po prostu weszli na wyższą górę, której nie widzimy, bo chmury nam zasłaniają? Idziemy sprawdzić, ale z każdym krokiem schodzimy w dół. Obojętne w którą stronę byśmy poszli, nie możemy zejść ze szczytu bez utraty widoku. Jesteśmy uwięzieni w maksimum lokalnym. Ale co, jeśli tam po drugiej stronie równiny naprawdę jest wyższy szczyt? Jedyna droga to zacisnąć zęby, zejść na dół, przedreptać koryto rzeki i iść, aż znowu zacznie być pod górkę. I dopiero wtedy dociera do nas: o rany, ta góra jest o wiele wyższa od tego pagórka, gdzie dotąd staliśmy. Stąd to dopiero jest widok. Tylko że nie da się tam dotrzeć, nie zastawiając wszystkich narzędzi, dzięki którym wcześniej było nam tak dobrze. Trzeba wykonać ten pierwszy krok w dół. Dr Lianna Lutterodt, „Krajobraz wiary i sprawności ewolucyjnej” [Rozmowa], 2091

PRELUDIUM

Znalezienie naturalnego prawa moralnego jest niemal niemożliwe. Natura nie zna zasad. Nie daje nam żadnego powodu, by wierzyć, że należy szanować ludzkie życie. Natura w swej obojętności nie rozróżnia między dobrem i złem. Anatole France (tłum. Stefan Flukowski) Biały pokój, nieskażony cieniem czy topografią. Kluczowa rzecz: żadnych kątów. Narożników, kanciastych mebli, bezpośredniego światła - tak, by żadna geometria cienia i światła, z żadnego punktu widzenia, nie mogła przywołać Znaku Krzyża. Ściany - czy raczej ściana - to była jedna, zakrzywiona powierzchnia, emanująca łagodną bioluminescencją. Tworzyła kuliste pomieszczenie spłaszczone na dole w ramach niechętnego ustępstwa wobec obowiązującej dwunogi konwencji. Wielką, trzymetrową macicę, do kompletu z pojękującym stworzeniem zwiniętym w kłębek na podłodze. Macicę, w której cała krew jest na zewnątrz. Nazywała się Sachita Bhar i miała tę krew także w głowie. Oni już wyłączyli kamery, razem ze wszystkim innym, z głowy jednak nie dało się skasować obrazów z tych pierwszych chwil - hall, laboratorium histopatologii, Jezus, a nawet schowek na szczotki, ciemna klitka na drugim piętrze, gdzie schował się Gregor. Sachie nie widziała, jak go znaleźli. Skakała po kanałach, gorączkowo szukając życia i znajdując tylko zmarłych z wyprutymi wnętrznościami. Zanim dotarła do schowka, potwory już się zmyły. Gregor, zakochany w tej swojej durnej fretce. Rano jechała z nim windą. Pamiętała, że miał koszulę w paski. Inaczej nie wiedziałaby, kogo zmasakrowały w tym schowku. Zanim padły kamery, przez okamgnienie ujrzała tę rzeźnię - kolegów, współpracowników i rywali rozprutych bez cienia skrupułów, jak leci, wypatroszone trupy leżące na stołach laboratoryjnych, przy komputerach, w kabinach toalet. I mimo dostępu do wszechobecnego monitoringu, mimo tych wszystkich wideo lecących jej przez wszczepkę w głowie, Sachita Bhar ani na moment nie dostrzegła potworów, które to zrobiły. Co najwyżej jakieś cienie. Ciemniejsza plamka rzucona przez jakiegoś samotnego drapieżcę stojącego w ślepym punkcie kamery. Zrobiły to wszystko całkiem niewidoczne, nawet same się nawzajem nie widziały. Od zawsze trzymano je w izolacji. Oczywiście dla ich własnego dobra: wpuść dwa wampiry do jednego pokoju, a wbita im na twardo terytorialność sprawi, że natychmiast rzucą się sobie do gardeł. A jednak tu w jakiś sposób współpracowały. Co najmniej sześć, każdy zamknięty, odizolowany - i nagle taka precyzyjnie skoordynowana akcja. Zrobiły to wszystko, nigdy nie spotkawszy się oko w oko - i nawet w punkcie kulminacyjnym, w tej ostatniej chwili przed wyłączeniem kamer, pozostały niewidzialne. Cała rzeźnia odbyła się na skraju pola widzenia Sachie. Jak one to zrobiły? Jak sobie poradziły z kątami prostymi? Komuś innemu pewnie spodobałby się taki paradoks - że schowała się w azylu dla potworów, jedynym miejscu w całym cholernym budynku, gdzie potwory mogły otworzyć oczy, nie ryzykując wyroku śmierci. Tu kąty proste były verboten. Tu testowało się ich achillesową piętę - w strefie, gdzie panowało się stuprocentowo nad geometrią i można było optymalizować ich neurologiczną smycz. Wszędzie indziej ze wszystkich stron groziła geometryczna cywilizacja: blaty stołów, okna, miliony przecięć techniki i architektury,

tylko czekających na właściwy punkt widzenia, żeby wywołać u wampira konwulsje. Te potwory nie byłyby w stanie... ...nie powinny być w stanie... ...przeżyć godziny bez tłumiących Skazę Krzyżową antyeuklidesów. Tylko tu, w białej macicy - gdzie pobiegła nieszczęsna, głupia Sachita Bhar zaraz po zgaśnięciu świateł - ośmieliłyby się otworzyć niechronione niczym oczy. A teraz jeden z nich był tu razem z nią. Nie widziała go. Sama miała zaciśnięte powieki, zamknięte oczy, widzące tylko wypaloną w głowie rzeźnię. Nie słyszała go - tylko niekończący się zwierzęcy skowyt we własnym gardle. Krwistoczerwona ciemność pod powiekami pociemniała jednak nieznacznie i już wiedziała. - Cześć - powiedział potwór. Otworzyła oczy. Jedna z samic: Valerie, tak ją nazwali, na cześć jakiejś szefowej, która rok temu poszła na emeryturę. Valerie Wampirzyca. Oczy Valerie przesunęły światło ku czerwieni i odbiły do niej, krwistopomarańczowe gwiazdki w twarzy rumianej od morderczego wysiłku. Górowała nad Sachie niczym owadzi posąg, nieruchomy, nawet oddychający niedostrzegalnie. Na chwilę przed śmiercią, nie mając nic lepszego do roboty, jakiś moduł w głowie Sachie odfajkowywał cechy morfometryczne - nieludzko wydłużone kończyny, rozpraszająca ciepło allometria charakterystyczna dla metabolizmu, który naprawdę porządnie się grzeje. Lekko wystająca żuchwa, wilcza w stopniu, w jakim to możliwe u człekokształtnej małpy, żeby pomieścić wszystkie te zęby. Debilny turkusowy kitel, z kompozytu z inteligentnym, zbierającym dane papierem - Valerie pewnie miała dziś mieć próby wysiłkowe. Rumiana cera, rozszerzone naczynia krwionośne drapieżcy w trybie polowania. I te oczy, przerażające świetliste punkciki... W końcu do niej dotarło: zwężone źrenice. Nie jedzie na anty-Ł. I znienacka wyciągnęła krzyż, ostatnią deskę ratunku, talizman wręczany wszystkim pierwszego dnia pracy, razem z identyfikatorem: sprawdzony doświadczalnie, wypróbowany w boju, zrehabilitowany przez Naukę po niezliczonych stuleciach tułaczki w roli religijnego fetysza. Sachie uniosła go z nagłą, desperacką zuchwałością, wcisnęła kciukiem guzik. Ze wszystkich końców wystrzeliły sprężynowe przedłużenia i mały kieszonkowy totem nagle miał metr na metr. Wielkość kątowa trzydzieści stopni, Sachie. U tych twardszych może czterdzieści. Trzeba uważać, żeby był prostopadły do ich linii wzroku, te kąty działają tylko wtedy, gdy mają prawie dokładnie 90 stopni, ale jak tylko odpowiednio wejdzie im w pole widzenia, cała kora wzrokowa fajczy się jak zwarty scalak... Słowa Grega. Valerie przekrzywiła głowę i przyjrzała się artefaktowi. Sachie wiedziała, że już, za sekundę, to koszmarne stworzenie zwali się, obezwładnione skurczami mięśni i zwarciami w synapsach. I to nie była wiara - to neurologia. Potwór nachylił się i nawet nie drgnął. Sachita Bhar zsikała się. - Błagam - zaszlochała. Wampirzyca milczała. Słowa wezbrały falą:

- Przepraszam, wiesz, ja nigdy nawet nie brałam w tym udziału, ja jestem tylko doktorantką, pracuję tu, bo mi to potrzebne do publikacji, wiem, że źle robią, wiem jak to jest, to prawie jak niewolnictwo, wiem, że tak nie wolno, wiem, że to źle, ale to nie ja, rozumiesz? To nie były moje decyzje, ja przyszłam dużo później, prawie nie miałam udziału, to tylko do mojej pracy, wiesz? I ja, ja rozumiem, jak ty się musisz czuć, rozumiem, że nas nienawidzisz, ja też bym pewnie nienawidziła, gdyby, ale proszę, proszę, ja tylko... jestem tylko studentką... Chwilę później, skoro jeszcze żyła, odważyła się unieść wzrok. Valerie wpatrywała się w jakiś punkt, nieco po lewej i tysiąc lat świetlnych stąd. Wyglądała na roztargnioną. Ale one zawsze wyglądały na roztargnione - ich mózg pracował w kilkunastu równoległych wątkach, przetwarzając kilkanaście postrzeganych rzeczywistości, tak samo realnych, jak ta zamieszkiwana przez ludzi. Valerie przekrzywiła głowę, jakby nasłuchiwała cichej muzyki. Prawie się uśmiechnęła. - Błagam... - wyszeptała Sachie. - Nie jestem zła - odparła Valerie. - Nie szukam zemsty. Jesteś nieważna. - Nie szukasz, ale... - Trupy. Krew. Budynek pełen trupów i potworów, które ich narobiły. - To czego chcesz? Dam ci, co zechcesz, tylko... - Wyobraź coś sobie: Jezusa na krzyżu. I oczywiście, odkąd to zostało powiedziane, nie dało się sobie tego nie wyobrazić. Sachita Bhar zdążyła się na chwilę zdziwić nagłymi skurczami własnych kończyn, tym, jak jej żuchwa zacisnęła się w zdumiewająco wywichniętej pozycji, wrażeniem, że z tyłu głowy eksplodują jej jak ukłucia tysiące rozżarzonych igieł bólu. Próbowała zamknąć oczy, ale światło padające na siatkówkę nie miało znaczenia - bo to nie był wzrok. Mózg generuje sobie własne obrazy, o wiele dalej na ścieżce sygnału. Tego się nie da odciąć. - Taak. - Valerie cmoknęła z namysłem. - Nauczyłam się. Sachie udało się odezwać. Była to najtrudniejsza rzecz w jej życiu, ale wiedziała, że tak trzeba - bo to będzie też ostatnia rzecz w jej życiu. Zmobilizowała więc całą wolę, ostatnie strzępy siły, wszystkie synapsy jeszcze nieogarnięte pożogą samozniszczenia, i odezwała się. Bo wszystko inne było już nieważne, a to naprawdę chciała wiedzieć: - Nauczy... czego... Nie udało się jej tego wykrztusić. Ale palony przez zwarcie mózg wydobył z siebie jeszcze jedno, ostatnie przemyślenie, na wpół pochłonięte przez szum: To tak działa Skaza Krzyżowa. To im robimy. To jest... - Dżudo - szepnęła Valerie.

PIERWOTNIAK

Właściwie cała nauka polega na korelacjach. Nieważne, jak efektywnie opiszemy jedną zmienną za pomocą innej, te równania zawsze będą się opierać na jakiejś czarnej skrzynce. (Św. Herbert ujął to chyba najbardziej zwięźle, stwierdzając, że wszystkie dowody w nieunikniony sposób sprowadzają się do niedowodliwych założeń). Różnica między Nauką a Wiarą polega zatem, ni mniej, ni więcej, tylko na sile predykcyjnej. Wnioski naukowe okazały się lepszymi predyktorami rzeczywistości niż przemyślenia duchowe, przynajmniej w sprawach doczesnych; wygrały nie dlatego, że są prawdziwe, ale dlatego, że działają. Zakon Dwuizbowy stanowi jawną wyrwę w tym spójnym obrazie. Ich metodologie, otwarcie bazujące na wierze, zapuszczają się bez skrupułów w metafizykę, która nie poddaje się empirycznej analizie - a mimo to dają wyniki o znacząco lepszej mocy predykcyjnej od konwencjonalnej nauki. (Jak to robią, tego nie wiadomo; nasza najlepsza wiedza sugeruje jakieś przeprogramowanie płatów skroniowych, wzmacniające ich łączność z Bogiem). Niebezpieczną naiwnością byłoby uznać to za zwycięstwo tradycyjnej religii. Tak nie jest. To zwycięstwo radykalnej sekty liczącej sobie ledwie pół wieku, zwycięstwo odniesione kosztem zburzenia muru między Nauką i Wiarą. Wycofanie się Kościoła ze spraw doczesnych było podstawą odwiecznego zawieszenia broni, które pozwoliło nauce i wierze pokojowo koegzystować do dzisiaj. Niektórzy mogą się cieszyć, że wiara znów idzie w górę na ludzkim spektrum, ale to już nie jest nasza wiara. Jej palec wciąż odwodzi owieczki od bezdusznego empiryzmu świeckiej nauki, ale mijają dni, w których sprowadzał je w gościnne objęcia Pana Naszego i Zbawcy. „Wewnętrzny wróg: Zakon Dwuizbowy jako zagrożenie dla instytucjonalnej religii w XXI wieku” (poufny raport Papieskiej Akademii Nauk dla Stolicy Apostolskiej). Wszystkie zwierzęta są pod silną selekcyjną presją, by być tak głupie, jak się tylko da, nie ginąc. Peter Richerson i Robert Boyd Głęboko w sercu oregońskiej pustyni, obłąkany jak prorok Daniel, Brüks otworzył oczy i rozpoczął kolejny dzień wypełniony litanią egzekucji. W nocy mało się wydarzyło. Kilka pułapek po wschodniej stronie straciło łączność z siecią - pewnie znów padł cholerny wzmacniacz sygnału - a większość pozostałych była pusta. W osiemnastce jednak siedział wąż pończosznik. W trzynastce głuszec ostrosterny nerwowo dziobał obiektyw. W czwórce nie działała kamera, ale sądząc po czujnikach masy i termicznych, złapał się tam młody osobnik jaszczurki Scleroporus. W dwudziestce trójce był zając. Brüks nie cierpiał obrabiać zajęcy. Paskudnie śmierdziały, kiedy się je rozcinało, a ostatnio prawie każdego trzeba było rozciąć.

Westchnął i zatoczył palcem wskazującym półkole; wideo zniknęły z powłoki namiotu. Zastąpiły je czołówki wiadomości, bez pytania wyświetlające tematy, którymi się wcześniej interesował - pakistański chroniczny problem z zombiakami; pierwsza rocznica zniszczenia Odkupiciela; krótki, smutny nekrolog ostatniej dzikiej rafy koralowej. A od Rho - nic. Kolejny gest i materiał rozświetlił się dyskretną nakładką taktyczną, przesuniętą w stronę podczerwieni - dostępny publicznie i w czasie rzeczywistym obraz satelitarny rezerwatu Prineville. Jego namiot stał pośrodku ekranu, rozmazana żółta smużka: zimna, chrupka powłoka i ciepły, miękki środek. Żadnych porównywalnych ciepłych punktów w zasięgu wzroku. Brüks zadowolony kiwnął głową. Świat cały czas dawał mu spokój. Na zewnątrz, gdy wyszedł, jakieś stworzenie zagrzechotało drobnymi kamieniami i uciekło, niewidzialne w bezbarwnym przedświcie. Oddech skraplał się w powietrzu, pod butami chrupał szron, przydający zapylonemu pustynnemu podłożu odrobiny przelotnego połysku. Jego terenowy motocykl opierał się o powyginaną brzozę, jedną z paru strzegących obozu. Baloniaste opony sflaczały i oklapły. Zdjął z zaimprowizowanego haczyka kubek i filtr, po czym wyszedł na otwartą przestrzeń pokrytą luźnym żwirem. Zaspokoił pragnienie resztkami rachitycznego pustynnego strumienia u podnóża wzgórka, mulistego, leniwego i skazanego na wymarcie w niecały miesiąc. Ale na razie wystarczał, żeby nawodnić jednego dużego ssaka. Po drugiej stronie doliny łagodnie falowało oswojone tornado Dwuizbowców, na tle szarego wschodniego nieba, na którym mimo to wciąż widać było gwiazdy, lodowate, niemrugające i kompletnie pozbawione znaczenia. Nic tam dziś nie ma, poza entropią i tymi samymi wyimaginowanymi kształtami, narzucanymi naturze, odkąd pierwszy raz przyszło jej do głowy zachwycać się niebem. Czternaście lat temu była to inna pustynia. I inna noc. Ale wydawała się taka sama, przynajmniej dopóki nie podniósł wzroku - bo przez parę pozbawiających złudzeń chwil nawet niebo było inne, pozbawione wszelkiej losowości. Niebo, gdzie każda gwiazda świeciła ustawiona w dokładnym szyku, gdzie każdy gwiazdozbiór był idealnym kwadratem, obojętne, jak by wytężać ludzką wyobraźnię. 13 lutego 2082 roku. Noc Pierwszego Kontaktu: 62 tysiące obiektów niewiadomego pochodzenia zacisnęło się wokół świata idealną siatką. A płonąc w atmosferze, krzyczały w całym widmie radiowym. Brüks przypomniał sobie to uczucie: miał wrażenie, że jest świadkiem niebiańskiego zamachu stanu, wysadzenia z siodła kapryśnego boga i przywrócenia porządku. Ta rewolucja trwała tylko kilka sekund. Zdetronizowane gwiazdozbiory odzyskały władzę, gdy tylko zbladły smugi, precyzyjnie wykreślone tarciem w atmosferze. Jednakże cios został zadany. Brüks wiedział. Niebo już nigdy nie będzie takie samo. Tak przynajmniej sądził wówczas. Wszyscy tak myśleli. Cały pieprzony gatunek zjednoczył się w obliczu wspólnego zagrożenia, choć nie wiedział, co to właściwie takiego, i choć nic właściwie nie zagroziło niczemu, może poza ogólnoludzkim zadufaniem. Świat odłożył na bok drobne różnice zdań, sypnął kasą i sklecił najlepszy statek, na jaki było stać XXI wiek. Obsadził go stuprocentowo wymiennymi ludzikami z najnowszymi ulepszeniami w głowach i wysłał kursem zgodnym z najlepszymi domysłami ludzkości, wyposażywszy w rozmówki mówiące „zaprowadźcie nas do waszego przywódcy” w tysiącu języków. Już od ponad dziesięciu lat świat wstrzymywał oddech, czekając na Powtórne

Przyjście. Tyle że bis, czy drugi akt, nie nastąpił. Czternaście lat to kupa czasu dla gatunku wychowanego na natychmiastowej nagrodzie. Brüks nigdy nie uważał się za pełnego wiary w szlachetność ludzkiego ducha, mimo to nawet jego zaskoczyło, jak szybko niebo zaczęło wyglądać tak samo jak przedtem, jak szybko na pierwsze strony wróciły małostkowe różnice zdań. Ludzie, uświadomił sobie, są jak żaby - zabierasz im coś z pola widzenia i po prostu o tym zapominają. Ekspedycja Tezeusza powinna już być daleko poza Plutonem. Jeśli nawet coś tam znaleźli, Brüks o tym nie słyszał. Zresztą miał już potąd czekania. Miał potąd życia w oczekiwaniu, aż pojawią się potwory czy zbawcy ludzkości. Dość miał zabijania istot, dość tego, że sam w środku umierał. Czternaście lat. Żałował, że świat się nie pośpieszył i się nie skończył. *** Ranek poświęcił, jak każdy inny przez ostatnie dwa miesiące, na obchodzenie pułapek i poszturchiwanie złapanych w nie istot, w wątłej nadziei znalezienia jakiegoś kawałka przyrody, który uchował się niepokręcony. O wschodzie słońca niebo już się zdążyło zachmurzyć, zanim motocykl porządnie się naładował. Zostawił go więc i obszedł pułapki piechotą. Było prawie południe, gdy dotarł do zająca i stwierdził, że ktoś już tu przed nim był. Pułapka rozpruta, zawartość opróżniona przez jakiegoś innego drapieżcę, który nie miał nawet na tyle przyzwoitości, by zostawić choć plamy krwi do analizy. Za to w osiemnastce cały czas wił się pończosznik - samiec, jeden z tych brązowych w brązowe plamy, co rozpływają się na tle gruntu. Zaszamotał się w uchwycie Brüksa, zacisnął na przedramieniu jak łuskowata macka; gruczoły zapachowe rozmazały po skórze smrodliwą maź. Brüks, nie licząc na wiele, pobrał parę mikrolitrów krwi, wcisnął je do czytnika kodów genetycznych przy pasie. Czekając, aż urządzonko odprawi czary, pociągnął z manierki. Daleko w głębi pustyni klasztorne tornado napuchło do trzykrotnie większego rozmiaru niż przed świtem, zasilone ciepłem dnia. Z tej odległości wydawało się brązową nitką, nieistotną smużką dymu - ale podejdź zbyt blisko, a rozrzuci cię na pół doliny. Niecały rok temu ugandańska teokracja pomsty złamała zabezpieczenia wylatującego z Dartmouth transatmosferycznego promu i przepuściła go przez generator wirowy pod Johannesburgiem. Po drugiej stronie wyleciały tylko nity i zęby, mało co poza tym. Czytnik pisnął, poddając się nieśmiało: za dużo artefaktów genetycznych, żeby dać pewny odczyt. Brüks westchnął, niezbyt zdziwiony. Urządzonko było w stanie oznaczyć dowolnego pasożyta wewnętrznego na podstawie odrobinki gówna, zidentyfikować dowolnego nosiciela po minimalnym strzępku czystej tkanki - tylko że w tych czasach coraz trudniej było o czystą tkankę. Zawsze znalazło się w niej coś obcego. Wirusowe DNA, stworzone dla dobra ludzkości, ale zanadto niewybredne, by poprzestać na swoim celu. Geny-markery, stworzone po to, żeby zwierzęta świeciły w ciemności po kontakcie z jakąś trucizną, którą Agencja Ochrony Środowiska przestała się interesować 50 lat temu. Czy choćby komputery DNA, zbudowane od podstaw do konkretnego zadania, a potem bezmyślnie wdeptane w naturalne genotypy, niczym ślady ubłoconych buciorów na dziewiczej podłodze. W dzisiejszych czasach wyglądało na to, że połowę ziemskich danych technicznych przechowuje się w formie genetycznej. Sekwencjonujesz jakąś

przywrę płucną i masz 50/50 szans, czy te geny kodują białka, czy projekty kanalizacji miasta Denver. Ale to nic nie szkodziło. Brüks był niedzisiejszy, był biologiem z czasów, kiedy ludzie potrafili rozpoznać, na co patrzą - no, od samego patrzenia. Sprawdzić łuski szyjne. Policzyć promienie w płetwach, haczyki w główce tasiemca. Patrzeć oczyma, do cholery. Jak ci się popierdzieli, to wiesz, kto za to odpowiada, ty, a nie jakaś durna machina, co nie odróżnia oksydazy cytochromowej od sonetu Szekspira. A jeśli stwór, którego chcesz zidentyfikować, przypadkiem mieszka w środku kogoś innego, to go zabijasz. Rozcinasz nosiciela. I Brüks był w tym dobry. Choć nigdy za tym nie przepadał. Teraz szepnął do swojej najświeższej ofiary: „Pssst, spokojnie... nic nie będzie bolało... obiecuję...” i wrzucił ją do worka z trucizną. Ostatnio coraz częściej łapał się na tym, że mruczy bezsensowne, uspokajające kłamstwa ofiarom, które i tak przecież nie zrozumiałyby, co mówi. Powtarzał sobie, że to dziecinada. Czy przez te miliardy lat, kiedy na tej planecie kręciły się kolejne iteracje życia, jakiś drapieżnik uspokajał swoją ofiarę? Czy jakakolwiek „naturalna” śmierć była kiedykolwiek równie szybka i bezbolesna jak ta, zadawana przez niego dla dobra świata? Mimo to, ciągle trudno było mu znieść, jak te małe, niewyraźne cienie szamocą się i wiją w prześwitującej białej folii, trudno było słuchać cichych stuknięć i posykiwań, gdy proste móżdżki usiłowały posterować nagle i przerażająco nieposłusznym ciałem w stronę jakieś wyimaginowanej ucieczki. Te śmierci miały chociaż jakiś cel, jakiś konstruktywny cel wykraczający poza chorobę lub zabicie przez drapieżnika, jakie miała w zanadrzu natura. Życie i tak było walką o istnienie kosztem innego życia. A biologia walką o zrozumienie życia. Natomiast ten konkretny kawałek biologii, badanie, którego był autorem, dawcą zasad i jedynym wykonawcą - było walką o wykorzystanie biologii, by pomóc tejże badanej populacji. Te śmierci były tak bliskie altruizmu, jak tylko się dało w darwinowskim wszechświecie. - To akurat - powiedział cichy głosik, zawsze odpalający się w takich chwilach - gówno prawda. Ty walczysz tylko o to, żeby wycisnąć ze swojego grantu parę ostatnich publikacji, nim zakręcą kranik z finansowaniem. Nawet gdybyś spisał wszystkie zmiany we wszystkich kładach, jakie zaszły przez ostatnie sto lat i wyliczył straty co do cząsteczki, praktyczny sens jest i tak zerowy. Nikogo to nie obchodzi. Ty walczysz tylko z rzeczywistością. Ten głos przez ostatnie lata stał się nieodłącznym towarzyszem. Pozwalał mu ględzić. - Tak czy owak - mówił mu, kiedy się wygadał - chujowy z nas biolog. I choć przyznanie się do winy przychodziło mu łatwo, do wstydu nie był w stanie się zmusić. *** Zanim wrócił do obozu, wąż przestał być wężem. Rozciągnął na płycie sekcyjnej miękkie, bezwładne szczątki. Cztery sekundy ze skaserem i wąż był wypatroszony od szyi po kloakę; kolejne dwadzieścia i przewód pokarmowy oraz układ oddechowy zachlupotały w oddzielnych szkiełkach zegarowych. Największe obłożenie pasożytami będzie w jelicie - Brüks wetknął przewód pokarmowy pod mikroskop i zabrał się do pracy. Dwadzieścia minut później, gdy ledwo do połowy skatalogował bandę przywr i tasiemców, gdzieś daleko coś wybuchło. W każdym razie tak to brzmiało - ciche, stłumione łummmf odległej amunicji

artyleryjskiej. Brüks oderwał się od pracy, przepatrzył pustynię pomiędzy sękatymi, rachitycznymi gałęziami. Nic. Nic. N... Zaraz, zaraz. Klasztor. Złapał wiszące na motorze gogle i powiększył obraz. Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę, było tornado... ...Coś mocno się kręci jak na tę porę dnia... ...ale trochę po prawej, tuż nad samym klasztorem, wił się, dryfował i rozpraszał w słabnącym świetle kłąb brązowego dymu. Budynek nie wyglądał jednak na uszkodzony. Przynajmniej żadna z widocznych ścian. Co oni tam wyrabiają? Oficjalnie - fizykę. Kosmologię. Wysokoenergetyczne rzeczy. Ale podobno tylko teoretycznie - o ile Brüks wiedział, Zakon Dwuizbowców nie zajmował się doświadczeniami. Jasne, w dzisiejszych czasach mało kto się zajmował. To maszyny przepatrywały niebo, maszyny sondowały przestrzenie między atomami, maszyny stawiały pytania i projektowały doświadczenia znajdujące na nie odpowiedź. Mięsu najwyraźniej zostało tylko gapić się we własny pępek - siedzieć na pustyni i kontemplować podane przez maszyny odpowiedzi. Choć większość nadal wolała nazywać to „analizą”. Umysł zbiorowy gadający językami - podobno tak to Dwuizbowcy robili. Mieli w głowie jakieś biologiczne radio, wspólne ciało modzelowate - elektrony podrygujące w mikrotubulach, coś tam ze splątaniem kwantowym. Wszystko w stu procentach organiczne, żeby obejść zakaz tworzenia interfejsów ciało-ciało. Taki kurek, na żądanie zlewający wiele umysłów w jeden. Płynęli wtedy razem, krzycząc w ekstazie, tarzając się po podłodze i zawodząc, podczas gdy akolici wszystko notowali. I tym właśnie sposobem udało im się od nowa napisać teorię Amplituhedrona. Mówiono, że całe to mambo-dżambo ma jakieś racjonalne wytłumaczenie. Wzmocniona ponad wszelką miarę zdolność lewej półkuli do rozpoznawania wzorców; ten usiany błędami białkowy soft, sprawiający, że widzimy twarze w chmurach, albo gniew Boży w gradobiciu, podkręcony, ustawiony na cienkiej linii między odkryciem i pareidolią 1 . Mówiono, że na tym ostrzu brzytwy roi się od nowych odkryć i przemyśleń, wzorców, które tylko Dwuizbowcy są w stanie odróżnić od halucynacji. Tak przynajmniej głosiła oficjalna legenda. Brüks miał to za zbiór pierdoł. No, ale z Noblami nie dało się dyskutować. Może jednak mieli tam jakiś akcelerator cząstek. Musieli w końcu robić coś, co zżera masę energii - kto by używał przemysłowego generatora wirowego do zasilania AGD. Zza pleców doleciał go metaliczny szczęk przesuwanych narzędzi. Brüks się obrócił. Skasery leżały na ziemi. Na stole nad nimi wypatroszony wąż patrzył na niego odwrócony do góry nogami na płycie, trzepocząc rozwidlonym językiem. Nerwy, powiedział sobie Brüks. Truchło zadygotało na plecach, jakby przez rozcięty brzuch wiało mu zimnem. Po obu stronach rany zafalowały fałdy tkanek, powolną, perystaltyczną falą wzdłuż ciała. Reakcja galwaniczna. Nic więcej. Głowa węża wysunęła się nad brzeg misy sekcyjnej. Szkliste, niemrugające oczy rozejrzały się. Język, czerwono-czarny, czarno-czerwony, posmakował powietrza.

Wąż wypełzł z misy. Łatwo mu nie przyszło. Cały czas usiłował przetoczyć się i pełznąć na brzuchu, ale nie miał brzucha, już nie. Brzuszne łuski, którymi by się odpychał, i mięśnie pod spodem, wszystkie były rozcięte. Zatem od czasu do czasu udawało mu się pół obrotu, nie wychodziło, musiał więc zadowolić się pełzaniem na grzbiecie - oczy wytrzeszczone, język falujący, jama brzuszna pusta. Dotarł na krawędź stołu. Zawahał się, spadł na ziemię. Brüks zmiażdżył mu głowę butem. Wdeptał z całej siły w kamienistą glebę, aż nie zostało nic poza wilgotnym, lepkim kleksem. Reszta stworzenia wiła się, mięśnie dygotały do rytmu nerwów zatkanych szumem pozbawionym sygnału. Ale przynajmniej nie zostało nic, co mogłoby - chwała Bogu - czuć. Gady ogólnie były dość odporne. Brüks nieraz znajdował grzechotniki na szosie, o godziny od najbliższego auta, ze zmiażdżonym kręgosłupem, połamanymi kłami, głową rozbitą na krwawą miazgę - ale nadal się ruszały, nadal pełzły do rowu. Worek do zatruwania miał nie pozwolić na tak długie cierpienie. Obracał przeciwko zwierzęciu jego własny metabolizm, pozwalając płucom i naczyniom włosowatym dostarczyć truciznę do każdej komórki każdej tkanki, sprowadzając szybką, bezbolesną i - na ogół - całkowitą śmierć, taką, że nie budził się i nie patrzył, kurwa, na ciebie, i nie próbował uciec, godzinę po tym, jak wyskrobało mu się wnętrzności. Naturalnie, na świecie były teraz zombiaki. Albo na przykład wampiry. Ale XXI- wieczni nieumarli byli wyłącznie ludźmi. Nie było sensu budować zombie-węża. To musiał być jakiś kolejny produkt zanieczyszczenia - jakaś przypadkowa modyfikacja genetyczna wyłączająca receptory nerwów ruchowych i pewnie odpalająca jakiś zabłąkany ciąg poleceń motoiycznych. Musiał. Ale i tak. Naprawdę miał nadzieję, że tu, na pustyni, będzie mu łatwiej radzić sobie z duchami. *** Po pierwsze, tutaj było ich o wiele mniej. Po drugie, żaden nie był człowiekiem. Czasem ubolewał, że nawet w połowie tak samo nie żałuje tych tysięcy ludzi, których zabił. Oczywiście, biologia ten podwójny standard również tłumaczyła. Z żadną z ludzkich ofiar nie musiał stanąć twarzą w twarz, kiedy umierała, i patrzeć jej w oczy. Nie było go tam. Serce miało krótki zasięg. Jego świadomość winy malała wykładniczo z odległością; a uczynki Daniela Brüksa oddzielało od ich konsekwencji tyle zawiłych granic, że i same wyrzuty sumienia stawały się czysto teoretyczne. Poza tym, prawie nie działał sam - wina rozkładała się na cały zespół. A ich pobudki, przynajmniej pobudki, były chwalebne. Nikt zresztą ich nie oskarżył, w zasadzie, nie na głos. Nie na początku. Nie osądza się bezmyślnego młotka wykorzystanego, żeby rozbić komuś głowę. Dzieło Brüksa sprzeniewierzyli inni, żądni krwi; to oni byli winni, nie on. Jednakże owi zbrodniarze pozostali nieuchwytni i nieukarani, a tak wielu ludzi mentalnie potrzebowało jakiegoś zamknięcia sprawy. A od pytania „jak oni mogli” do „jak mogłeś im pozwolić” było dużo bliżej, niż Brüks sobie wyobrażał. Ale nikt nigdy mu żadnych zarzutów nie postawił. Nawet profesury go nie pozbawili. Jak się okazało, pary wystarczyło tylko na to, by zasugerować, że jest na kampusie niezbyt mile widziany. Za to przyroda - przyroda zawsze go mile widziała. Przyroda nie osądzała, nie interesowała się złem, dobrem, winą, niewinnością. Obchodziło ją tylko, czy coś działa,

czy nie. Przyjmowała wszystkich z tą samą egalitarną obojętnością. Trzeba było po prostu grać zgodnie z jej regułami i nie spodziewać się łaski, jeśli coś pójdzie nie tak. A zatem Dan Brüks poprosił o urlop naukowy, złożył plan badań i wyjechał w teren. Zostawił swoje drony do pobierania próbek i sztuczne owady, nie spakował żadnych autonomicznych urządzeń, które drwiłyby z przestarzałej ludzkiej pracy. Parę osób z ulgą patrzyło, jak się pakuje; inni wbili wzrok w niebo. Ich też pożegnał. Drodzy koledzy wybaczą albo nie wybaczą. Obcy wrócą albo nie wrócą. Ale Przyroda nigdy go nie odtrąci. A pustyń nie brakowało nawet w świecie, gdzie każdy skrawek naturalnego środowiska był oblężoną twierdzą. Rosły niczym powolny nowotwór, od stu lat, może i dłużej. Daniel Brüks postanowił zatem pojechać na gościnną pustynię i zabijać wszystko, co się nawinie. *** Otworzył oczy i dostrzegł łagodny czerwony blask spanikowanych urządzeń. Kiedy spał, zdechła jedna trzecia sieci. Pięć kolejnych pułapek zniknęło na jego oczach - nagle padła stacja przekaźnikowa. Chwilę potem piknęła nieśmiało dwudziestka dwójka - ciepły obiekt, wielki, może i kalibru człowieka - po czym też przepadła. Brüks, obudzony w jednej chwili, zajrzał do logów. Sieć padała od zachodu na wschód, każdy węzeł jak kolejne, nieregularne, mroczne stąpnięcie przez dolinę. Kogoś, kto idzie prosto po niego. Otworzył satelitarny widok termiczny Wzdłuż północnej granicy widać było szczątki dawnej szosy nr 380, z popękanego asfaltu sączyło się wczorajsze, nieświeże ciepło słońca. Półprzezroczyste prądy termiczne i mikroklimatyczne ogniska ciepła, niknące od zapadnięcia nocy, migotały na granicy widoczności. Poza tym nic, tylko żółty nimb jego własnego namiotu pośrodku sceny. Dwudziestka jedynka zameldowała nagłe ciepło i zniknęła. Pomiędzy pułapkami tu i ówdzie były kamery. Brüks niespecjalnie ich używał: dostał je w pakiecie. Jedna stała na wzmacniaczu sygnału, który przypadkiem był na wprost dziewiętnastki. Podłączył się do niej - StarlAmp odmalował nocną pustynię w błękicie i bieli, surrealistyczny, pełen kontrastu księżycowy krajobraz. Brüks przesunął widok... ...i omal tego nie przegapił - śladowego poruszenia z prawego skraju obrazu, rozmazanego na podkręconym obrazie. Coś poruszającego się szybciej, niż miał prawo człowiek. Kamera padła, zanim dziewiętnastka w ogóle poczuła ciepło. Zniknął i wzmacniacz. Padło naraz kilkanaście strumieni wideo. Brüks prawie nie zwrócił na to uwagi. Wpatrywał się w tę ostatnią stop-klatkę, czując, jak kurczy mu się żołądek, a kiszki zamarzają. Szybsze niż człowiek. I o wiele mniej ludzkie. I o wiele zimniejsze w środku. Czujniki nie były oczywiście na tyle dokładne, żeby zarejestrować tę zmianę. Żeby zobaczyć prawdę na podstawie termowizji, trzeba by temu obiektowi zajrzeć do głowy i porządnie zmrużyć oczy, by widzieć różnice rzędu może dziesiątych stopnia. Spojrzeć na hipokamp - od razu widać, że ciemny. Posłuchać kory przedczołowej, usłyszeć, że milczy. Potem może dostrzegłoby się całe to dodatkowe okablowanie, na siłę wyhodowane siatki neuronów łączące śródmózgowie z pierwszorzędową korą ruchową, ekspresowe drogi obchodzące tylny zakręt obręczy - i dodatkowe sploty obrastające ścieżki wzrokowe jak nowotwory, niestrudzenie wypatrujące charakterystycznych neuronowych sygnatur „szukaj i

zniszcz”. O wiele łatwiej zauważyłoby się to w paśmie widzialnym - jedno spojrzenie w oczy i już wiesz, że stamtąd nic nie patrzy. Oczywiście, gdybyś dał mu podejść tak blisko, już byś nie żył. Nie zostawiłby czasu na błagania. Nawet by ich nie zrozumiał. Po prostu by cię zabił, gdyby taki miał rozkaz, i to skuteczniej niż jakakolwiek inna świadoma istota, bo nic by mu w tym nie przeszkadzało: żadnych wątpliwości, żadnych zatrzymanych ciosów, żadnej zżerającej tony glukozy samoświadomości. Ograniczony do czysto gadziego umysłu i skupiony na zadaniu. Został niecały kilometr. Nagle coś się Brüksowi w środku rozszczepiło. Jedna połówka zakryła uszy dłońmi i wszystkiemu zaprzeczyła - o co kurwa chodzi, czemu ktoś miałby, to musi być jakaś pomyłka - druga natomiast przypomniała sobie ogólnoludzkie upodobanie do kozłów ofiarnych, tysiące, które zginęły dzięki durnemu, staremu Brüksowi, co nie zamyka drzwi, oraz szanse, że co najmniej jedna z tych ofiar zostawiła po sobie jakąś rodzinę z kasą pozwalającą puścić jego śladem wojskowego zombiaka. Jak mogli. Jak mogłeś im pozwolić... Terenowy motocykl zasyczał pod nim, nadymając koła. Kabel zasilania na moment wytrącił go z równowagi, po czym wyskoczył z gniazdka. Rzucił się w przerwę między drzewami, zjechał po osypisku, tańcząc na boki: uderzył w podnóże stoku i nagle pustynia zawirowała wokół, śliska, pozbawiona tarcia. Omal się nie wywrócił przez ten strumień. Usiłował odzyskać sterowanie na kręcącym się motorze, te magiczne gąbczaste opony utrzymały go jednak w pionie. Puścił się pełnym gazem po spękanym dnie doliny. Zarośla bylicy czepiały się go, gdy przejeżdżał. Przeklinał własną ślepotę: dzisiaj nawet szanujący się dyplomant nie zapuściłby się w takie miejsce bez grzechotnikowych receptorów w oczach. Brüks był jednak starym facetem, zwyklakiem, ślepym w ciemności. Bał się nawet zapalić czołówkę. Toczył się więc przez noc, przebijając się przez wyschnięte krzaki, podskakując na niewidocznych występach skalnych. Zagrzebał jedną ręką w sakwach motoru, wyciągnął gogle, założył na oczy. Pojawiła się pustynia, zielona i ziarnista. 02:47 - powiedziały gogle w narożniku pola widzenia. Trzy godziny do wschodu słońca. Próbował się dobić do swojej sieci, ale jeśli nawet coś z niej przetrwało, było poza zasięgiem. Ciekawe, czy zombiak już dotarł do obozu. Ciekawe, jak niewiele brakowało, żeby go złapał. Już nieważne. Już mnie nie dopadniesz, skurwysynu. Nie na piechotę. Choćby i nieumarły. Możesz mnie cmoknąć na pożegnanie. Po czym sprawdził wskaźnik ładowania i znów wszystko mu opadło. Zachmurzenie. Stary akumulator, rok po dacie ważności. Od miesiąca nieczyszczona płachta ładująca. Motor miał prądu może na dziesięć kilometrów. Góra piętnaście. Zahamował i zawrócił, tryskając ziemią. Ciągnął się za nim jego własny ślad, nie do pomylenia: kreska poranionej chwilowo pustyni - połamane rośliny, rozjeżdżone spękania w dnie wyschniętego przedwiecznego jeziora. Uciekał, ale ukryć się nie mógł. Jeśli zostanie w dolinie, będą go mogli wytropić. A kto właściwie?

Przełączył się ze StarlAmpa na podczerwień, powiększył. To. Mała gorąca iskierka podskoczyła na dalekiej pochyłości, dokładnie tam, gdzie powinien być jego obóz. Tylko bliżej. I szybko się zbliżała. Biegać to coś umiało. Brüks skierował motocykl z powrotem i wrzucił bieg. Mało brakowało, żeby przeoczył drugą iskierkę sunącą przez pole widzenia, taka była słaba. Trzecią już dostrzegł wystarczająco wyraźnie. I czwartą. Zbyt daleko, żeby w podczerwieni odróżnić kształt, ale wszystkie miały ludzką temperaturę. I wszystkie się zbliżały. Pięć, sześć, siedem... Jasna cholera. Szły tyralierą przez dolinę, jak okiem sięgnąć. Co ja takiego zrobiłem, co ja zrobiłem, nie wiedzą, że to był przypadek? Zresztą, Jezus, to nawet nie byłem ja, ja nikogo nie zabiłem, ja tylko... nie zamknąłem drzwi... Dziesięć kilometrów. I dopadną go jak wygłodniałe wilki. Motor wyrwał naprzód. Brüks wywołał 911 - nic. ConSensus działał, ale był głuchy na jego prośby. Jakimś sposobem mógł przeglądać, ale nie wysyłać. A prześladowców dalej nie było widać na satelitarnym obrazie termicznym - dla satelitarnych oczu był tu sam, z mikroklimatem i klasztorem. Klasztor. U nich będzie działać sieć. Pomogą. A w najgorszym razie: Dwuizbowcy mieszkają w zamkniętym budynku. Wszystko jest lepsze, niż uciekać na golasa przez pustynię. Kierował się na tornado. Wiło się we wzmocnionym polu widzenia jak odległy, uwiązany do ziemi zielony potwór. Jego huk niósł się po pustyni jak zawsze, słaby, ale wszechobecny. Brüks przez chwilę słyszał w nim coś dziwnego. W goglach pojawił się klasztor, skulony w cieniu obok wielkiego generatora. Na tle niskich tarasowych pięter płonęły miliony punktowych światełek, aż boleśnie jasnych. Trzecia w nocy i wszędzie się pali. Już nie taki słaby - wir szumiał teraz jak ocean, z każdym obrotem kół motocykla niedostrzegalnie głośniej. Już nie był uwiązany horyzontu. StarlAmp zamieniał go w słup ognia, dość wielki, żeby podtrzymać niebo albo je rozpruć. Brüks wyciągnął szyję - jeszcze kilometr, a wydaje się, że ten lejek już się pochyla nad nim - jeszcze sekunda, a się oderwie i walnie z powrotem, tutaj, tutaj, albo, kurwa tutaj, jak palec jakiegoś rozjuszonego boga, a tam gdzie uderzy, rozedrze świat na strzępy. Trzymał się kursu, choć to monstrum przed nim nie mogło być przecież zrobione z powietrza i wilgoci, no nie, nie z czegoś tak... miękkiego. To musiało być coś innego, jakiś obłąkańczy, starotestamentowy horyzont zdarzeń, miażdżący prawa fizyki. Łapał światło klasztoru, chwytał je, siekał na strzępy i skręcał ze wszystkim, co mu wpadło w szpony. Jakaś mała, roztrzęsiona istotka wewnątrz Brüksa błagała go, żeby zawrócił, bo ona wie, że stwory, które go ścigają, nie są od tego gorsze - obojętne, co to za jedne, są tylko wielkości ludzi, a to, to jest czysty gniew Boży. Potem jednak ten przerażony głosik odezwał się jeszcze raz, tym razem z sensownym pytaniem: Czemu to leci na pełnym gazie? Nie powinno tak być. Generatory wirowe nigdy się nie zatrzymywały, fakt, ale w nocy,

w chłodniejszym powietrzu słabły, rozpraszały się i chodziły na biegu jałowym, póki słońce nie przywróciło im pełni mocy. Takiej wielkości wir, na takiej mocy, tak późno w nocy - właściwie musiał pobierać prawie tyle samo energii, ile generował. Z chłodnic musiało mu buchać niemal stustopniową parą - a Brüks był już na tyle blisko, żeby usłyszeć w tym wyciu silnika odrzutowego coś jeszcze, cichutkie kontrapunktowe poskrzypywanie, jakby wielkich metalowych łopat wyginających się poza znamionową tolerancję... Światła klasztoru zgasły. Chwilę trwało, zanim gogle podkręciły czułość, ale dzięki tej chwili czystej, olśniewającej ciemności Daniel Brüks wreszcie dojrzał, jakim jest durniem. Po raz pierwszy dostrzegł punktowe światełka także przed sobą, zbliżające się również ze wschodu. Dostrzegł siły potężne na tyle, by hackować satelity obserwacyjne na geostacjonarce, ale jakimś sposobem niezdolne, by zrobić to samo z siecią jego wiekowych Telonicsów. Zobaczył wojskowy automat, bezlitosny jak rekin i szybki jak nadprzewodnik, zdradzający swoją obecność z wielu kilometrów, choć mógłby z łatwością uniknąć jego pułapek i zabić go we śnie. Zobaczył samego siebie z wysoka, plączącego się po cudzej planszy do gry. Złapanego w sieć, która zacisnęła się wokół niego, ale nie na nim. Oni nie mieli pojęcia, że ja tu jestem. Atakują Dwuizbowców. Zahamował. Klasztor majaczył pięćdziesiąt metrów przed nim, niski i czarny na tle gwiazd. Wszystkie okna gwałtownie powybijane, wszystkie wejścia nagle ciemne; górował nad krajobrazem, jakby się z niego wyłonił, jak wypiętrzenie głębokich skalnych warstw nad powierzchnię świata. Tornado ciemniało za nim jak wirujące pęknięcie w czasoprzestrzeni, ledwie sto metrów dalej. Świat wypełniał odgłos jego furii. W ciemności ze wszystkich stron zbliżały się świeczki. 03:13, przypomniały mu gogle. Niecałą godzinę temu jeszcze spał. To stanowczo za krótko, żeby pogodzić się z własną śmiercią. JESTEŚ W NIEBEZPIECZEŃSTWIE, podpowiedziały uprzejmie gogle. Brüks zamrugał. Czerwone literki nie zniknęły, widział je kątem oka tam, gdzie powinien być zegar. WCHODŹ NO. JEST OTWARTE. Spojrzał przez ten wiersz poleceń, przesunął wzrokiem po pociemniałych fasadach klasztoru. O, tu, na parterze, tuż na lewo od szerokich schodów ozdabiających główne wejście. Szczelina, ledwo mieszcząca człowieka. Płonęło w niej coś o temperaturze ciała. Miało ręce i nogi. Zamachało. NO RUSZ DUPĘ BRÜKS TY EGOCENTRYCZNY KRETYNIE ZAMYKAM WEJŚCIE ZA: 155... 145... 13... Brüks ruszył dupę egocentrycznego kretyna. Oni wiatr sieją, zbierać będą burzę. Księga Ozeasza, 8, 7 2 Mrok w środku był jasnym chaosem. Ludzkie sygnatury cieplne migotały Brüksowi w goglach, falując pseudokolorami w gorączkowym ruchu. Pozostawiane przez nie ciepło malowało otoczenie słabszymi falami

czerwieni i żółcieni: chropowate ściany, płaski, wyłączony panel oświetleniowy w miejscu sufitu oraz podłoga, która nieoczekiwanie uginała się pod nogami, jak jakaś bezbożna hybryda gumy i ciała. Gdzieś, w nieokreślonej odległości, coś jąkało się i zawodziło, tu jednak, w korytarzu, ludzkie tęcze poruszały się w milczącym pośpiechu. Kobieta, która go zawołała do środka - drobny, wijący się ślad cieplny, co najwyżej 160 centymetrów wysokości - chwyciła go za rękę i pociągnęła dalej. - Jestem Lianna. Trzymaj się mnie. Poszedł za nią, przełączając gogle na StarlAmpa. Zniknęły cieplne ślady, w pustce zaczęły się poruszać ostre zielonkawe gwiazdy, zawsze parami, podwójne układy gwiezdne, podskakujące i mrugające pośród mroku. W głowie zapaliło się słowo „lucyferyna”. Fotofory w siatkówkach. Ci ludzie mieli oczy, robiące też za latarki. Brüks miał kiedyś magistrantkę z podobnymi ulepszeniami. Seks był... niepokojący, przynajmniej po ciemku. Przewodniczka prowadziła go między gwiazdami. Dalekie zawodzenie unosiło się i opadało, raz ciszej, raz głośniej, niezupełnie słowa, ale przynajmniej sylaby. Mlaski, okrzyki, dwugłoski w ciemności. Tuż przed nim pojawiły się świecące oczy, emanujące zimnym niebieskim światłem. Wzmocnione fotony odmalowały twarz pełną bruzd i ostrych kątów. Brüks usiłował ją ominąć, ale twarz zastąpiła mu drogę, płonąc oczyma z tak wściekłą intensywnością, że gogle musiały przykręcić wzmacniacz prawie do zera. - Dżelan - zaskrzeczała. - Thofe tessrodia. Brüks usiłował się cofnąć. Zderzył się z innymi ludźmi, odbił od nich. - Epfrof! - wykrzyknęła twarz, a ciało pod spodem ustąpiło z drogi. Lianna pchnęła go bokiem na ścianę. - Nie ruszaj się! - I padła na podłogę. Brüks pstryknął z powrotem na termowizję. Wróciły tęcze. Napastnik leżał na plecach, jasny w termowizji jak słoneczna protuberancja, i bełkotał niezrozumiale. Palce trzepotały, jak na niewidzialnej klawiaturze, lewa noga wystukiwała nerwowy rytm na elastycznej podłodze. Lianna trzymała jego głowę na kolanach i mówiła doń tym samym niezrozumiałym językiem. Nieustający ryk generatora wirowego w tle zmienił ton na delikatnie wyższy. Kamień za plecami Brüksa zadrżał. W korytarzu pojawiła się kolejna jasna, gorąca postać, płynąca pod prąd. Już po chwili dotarła do nich; przewodniczka Brüksa przekazała jej swojego podopiecznego i w sekundę zerwała się na nogi. - Idziemy. - A co to... - Nie tutaj. Boczne drzwi. Schody pokryte tą samą gumową powłoką, zamieniającą kroki w delikatne poskrzypywanie. Wiły się przez coraz zimniejszą skałę, ciemniejącą w goglach z każdym krokiem; przed nim jednak cały czas lśniło, jak latarnia morska, to drobne ciało. Nagle świat znów zamilkł - słychać było tylko ich kroki i dalekie, infradźwiękowe niemal, dudnienie tornada. - Co tu się wyrabia? - zapytał Brüks. - Uwaga, objaśniam. - Lianna obejrzała się za siebie, oczy jak jaskrawe kule, usta jak karmazynowa, buchająca żarem szczelina. - Nie zawsze da się kontrolować, kiedy

przyjdzie ekstaza, a w którym węźle, to już w ogóle. Nie jest to za bardzo dogodny moment, ale nie chcemy przegapić mądrości, które się leją, wiesz? Może to będą na przykład podróże w czasie? Albo lekarstwo na golema? - Czyli ty rozumiałaś, co on mówił. - Mniej więcej. Tym się zajmuję, gdy akurat nie sprowadzam z pustyni zagubionych owieczek. - Jesteś syntetyczką? - Potocznie mówiło się „żargonauta”. Tłumacz, nic więcej, znoszący z góry ezoteryczne, zapisane przez nadludzi tablice, zapełnione runami na tyle prostymi, że nędzne zwyklaki mogły z nich co nieco zrozumieć. Rhona, kiedy jeszcze była na tym świecie, nazywała ich „ssakami mojżeszowymi”. Lianna pokręciła głową. - Niezupełnie. Raczej... ty jesteś biologiem, prawda? Syntetycy to byłyby szczury. A ja bardziej koala. - Wyspecjalizowana. - Brüks kiwnął głową. - Węższa nisza. - Dokładnie. Na termowizji wykwitła łagodna pomarańczowa plama: ciepło, gdzieś w dole. - A o mnie wiesz, bo... - My tu robimy w ścisłej czołówce wirologii teistycznej, myślisz, że nie umiemy zajrzeć do publicznej bazy? - Tak tylko pomyślałem, że gdy atakują was zombiaki, to macie inne rzeczy do roboty. - Ale mamy okolicę na oku, panie doktorze. - No tak, ale co... Zatrzymała się. Brüks omal na nią nie wpadł. Dotarło do niego, że skończyły się schody. Zza rogu wylewało się jasne światło. Lianna odwróciła się i stuknęła w jego gogle. - Możesz już zdjąć. Zsunął je na czoło. Świat wrócił do mętnych błękitów i szarości. Chropowaty kamień po lewej rozbijał łagodne światło na strzępki - po prawej był zaś gładki szary metal. Lianna już była za jego plecami i szła na górę. - Muszę lecieć. Stąd sobie popatrzysz. - Ale... - Tylko niczego nie dotykaj! - zawołała i zniknęła. Wszedł za róg. Sufitowe panele tak samo martwe i ciemne jak wszędzie. Pokój - czy raczej klitka - był oświetlony wyłącznie pasem inteligentnej farby, pokrywającej przeciwległą ścianę od wysokości pasa po strop. Wyświetlała pstrokaty kolaż ekranów taktycznych, niektóre wielkości dłoni, inne szerokości dwóch metrów. Czasem przedstawiały ziarniste zielone mozaiki, a czasem ostry jak brzytwa obraz w wysokiej rozdzielczości. Przed wyświetlaczami chodził tam i z powrotem facet w luźnym beżowym kombinezonie. Od futrzanych bamboszy (bamboszy?) po szpakowatego jeża mierzył co najmniej dwa metry. Rzucił okiem, gdy Brüks podchodził, burknął „Jawn... nie” i z powrotem pogrążył się w natłoku informacji. Super. Lianna Koala powiedziała jednak, że może patrzeć. Podszedł bliżej i spróbował coś zrozumieć z tego chaosu.

Górny lewy róg - obraz satelitarny, ostry, aż bolały oczy. Klasztor w samym środku, jak dziesiątka na tarczy, rozpalony zdradziecką emisją cieplną. Był to jednak jedyny ciepły punkt w całym oknie - oko orbitalne, przez które spoglądali, zostało precyzyjnie oślepione, by nie dostrzegało podchodzących w ciemności innych źródeł ciepła. Brüks już wyciągał rękę z palcami złożonymi, żeby powiększyć obraz; jedno warknięcie i łypnięcie mnicha w bamboszach i zrezygnował. Tyle jest wart ten monitoring satelitarny. Klasztor miał jednak własne kamery, sądząc po mieszaninie obrazów pustyni w StarlAmpie lub termowizji. Malowały krajobraz w paletach ze wszystkich pasm widzialnego widma, od chłodnych błękitów po rubin ostry jak laser, w kolorystyce tak chaotycznej, że Brüks mimo woli zastanawiał się, czy to naprawdę funkcjonalne, czy może odzwierciedla jakąś porąbaną dwuizbową estetykę. W każdym z tych okien płonęły świeczki. Wszystkie wyglądały tak samo. Cztery km stąd, i zbliżały się szybko. Coś zaiskrzyło na jednym z ekranów, maleńki parhelion w mroku nocy. Obraz na moment rozbłysł, ekran rozmazał kolorowy elektroniczny śnieg. Krótkotrwała, jaskrawa nowa. A potem ciemna dziura w ścianie z błyskającym pośrodku napisem BRAK SYGNAŁU. Palce mnicha przebiegły po farbie, wywołując klawiatury, powiększając obrazy. Wykwitały nowe okna, przesuwał się w nich krajobraz, znikał po kolei. Trzy z tych obrazów zaiskrzyły i padły, zanim Dwuizbowiec zdążył miłosiernie je zamknąć. Likwidują nasze kamery, uświadomił sobie Brüks, gdzieś z tyłu głowy jednocześnie zastanawiając się, od kiedy to zaczął określać się z tymi ekstatycznymi dewiantami słowem „my”. Zostało niecałe trzy i pół kilometra. Na ścianie rozkwitł nowy zestaw okien. Bardziej ziarniste obrazy, wyprane z nasycenia, niemal monochromatyczne. Także przeglądały wahadłowo pustynię, ale miały w sobie coś znajomego, coś takiego... To moja sieć, dotarło do Brüksa. Moje kamery. Wychodzi, że zombiaki parę z nich zostawiły... Brat Bambosz podpiął się do co najmniej sześciu z nich, przeleciał przez wszystkie po kolei, powiększając obraz. Brüks nie był przekonany, czy się na coś przydadzą - pudełkowa taniocha, prezenty dla niedofinansowanych naukowców, żeby namówili uczelnię na pakiety. Miały wszystkie typowe wzmocnienia obrazu, ale z zasięgiem szału nie było. Wyglądało jednak na to, że Bamboszowi wystarczają. W drugim oknie od lewej źródło ciepła przewędrowało o jakieś sto metrów z lewa na prawo. Kamera zaczęła automatycznie śledzić cel, a Bambosz powiększył obraz. Kolejne klasztorne oko rozbłysło i padło, odczyt z wbudowanego dalmierza zgasł chwilę później: 3,2 km. Prawie dziewięć metrów na sekundę. Na piechotę... - A co będzie, jak one tu dojdą? - zapytał. Bambosz wyglądał na bardziej zainteresowanego dalekim śladem termicznym na wyświetlaczu numer trzy - mały pojazd, motocykl terenowy, konstrukcja podobna do... Ej, zaraz... - To mój motor - mruknął Brüks, marszcząc czoło. - To jestem... ja...