wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 195 484
  • Obserwuję1 454
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 745 425

Philip Kerr - Bernie Günther 09 - Był pan w Smoleńsku, kapitanie (2)

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
P

Philip Kerr - Bernie Günther 09 - Był pan w Smoleńsku, kapitanie (2).pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion P Philip Kerr
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 16 osób, 28 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 182 stron)

PHILIP KERR BYŁ PAN W SMOLEŃSKU, KAPITANIE? przełożyła Jolanta Kiełbas

Spis treści Dedykacja Motto Część I 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 Część II 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 Od autora

Tony’emu Laceyowi, dzięki któremu wszystko się zaczęło, i Marian Wood, dzięki której nadal trwa.

Naród bez religii jest jak człowiek pozbawiony duszy. Józef Goebbels, Michał

Część I

1 Poniedziałek, 1 marca 1943 Franz Meyer, który siedział u szczytu stołu, wstał, spuścił wzrok i wygładził obrus. Czekał aż zamilkniemy. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i klasyczne rysy twarzy, jakby wyrzeźbił je Arno Breker, oficjalny rzeźbiarz Hitlera. Meyer zupełnie nie przypominał Żyda: połowa SS i SD miała urodę bardziej semicką niż on. Wziął bardzo głęboki oddech, obdarzył nas szerokim uśmiechem, wyrażającym po części ulgę, po części to, co Francuzi określają mianem joie-de- vivre, wzniósł kieliszek do toastu i spojrzał kolejno na każdą z kobiet siedzących przy stole. Żadna nie była Żydówką, choć wedle stereotypów rasowych, tak drogich Ministerstwu Propagandy, każda z nich mogłaby nią być. Wszystkie były Niemkami o dużych nosach, miały ciemne oczy i jeszcze ciemniejsze włosy. Wzruszenie na chwilę odebrało Meyerowi mowę, a gdy w końcu zabrał głos, w oczach miał łzy. – Chciałbym podziękować mojej żonie i jej siostrom za poniesiony trud – zaczął. – To, co zrobiłyście, wymagało nie lada odwagi. Nie jestem w stanie wyrazić, jak ważna dla nas, osób przetrzymywanych w biurze Żydowskiej Fundacji Charytatywnej, była świadomość, że są ludzie, którym zależy na nas aż tak, by demonstrować w naszej obronie. – Ciągle nie mogę uwierzyć, że nas nie aresztowali – powiedziała Siv, żona Meyera. – Tak się przyzwyczaili, że wszyscy wykonują ich rozkazy – stwierdziła szwagierka Meyera, Klara – że nie wiedzieli, co robić. – Jutro wracamy na Rosenstrasse – upierała się Siv. – Nie spoczniemy, dopóki nie wypuszczą wszystkich zatrzymanych. Każdego spośród tych dwóch tysięcy. Pokazaliśmy im, jaką siłę ma opinia publiczna. Musimy nadal wywierać presję. – Tak – zgodził się Meyer. – Tak zrobimy. Właśnie tak. Ale teraz chciałbym wznieść toast. Za naszego nowego przyjaciela, Berniego Günthera. Gdyby nie on i jego koledzy z Wehrmacht-Untersuchungsstelle wciąż byłbym uwięziony w fundacji. A kto wie, co byłoby dalej? – Uśmiechnął się. – Za Berniego! Znajdowaliśmy się w małej, przytulnej jadalni w mieszkaniu Meyerów przy Lützowerstrasse. Było nas sześcioro. Gdy pozostałe cztery osoby wstały i przyłączyły się do toastu, pokręciłem głową. Nie byłem pewien, czy zasługuję na podziękowanie Franza Meyera, poza tym piliśmy porządny niemiecki czerwony Spätburgunder, stary przedwojenny rocznik, który gospodarze mogliby wymienić raczej na żywność, zamiast wylewać za moje zdrowie. Zresztą wtedy w Berlinie każde wino, nie tylko takie, trudno byłoby zdobyć. Uprzejmie zaczekałem, aż wypiją moje zdrowie, po czym wstałem, żeby zabrać głos: – Nie jestem pewien, czy nasz wpływ na SS jest aż tak wielki – zacząłem. – Podczas demonstracji rozmawiałem ze znajomymi gliniarzami i dowiedziałem się, że większość aresztowanych w fabryce najprawdopodobniej zostanie zwolniona w ciągu kilku dni. – Niesamowite! – odezwała się Klara. – Ale co to właściwie oznacza, Bernie? Myślisz, że władze naprawdę złagodzą politykę deportacji? Zanim zdążyłem odpowiedzieć, usłyszeliśmy dźwięk syreny alarmowej. Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Od ostatniego nalotu RAF-u minęły prawie dwa lata. – Powinniśmy udać się do schronu albo przynajmniej do piwnicy – zaproponowałem. Meyer pokiwał głową: – Masz rację – powiedział stanowczo. – Powinniście. Na wypadek, gdyby alarm okazał się prawdziwy. Sięgnąłem po płaszcz i kapelusz wiszący na wieszaku. – Idziesz? – zapytałem, odwracając się do Meyera. – Żydzi nie mają wstępu do schronu, nie wiedziałeś? Zresztą mogłeś nie zwrócić uwagi. Od wprowadzenia zakazu nie było żadnego nalotu. – Nie wiedziałem. To dokąd powinni udać się Żydzi? – Do piekła oczywiście. Przynajmniej oni na to liczą. – Tym razem Meyer uśmiechnął się szyderczo. – Poza tym w razie bombardowania okna i drzwi trzeba zostawić otwarte. Wszyscy wiedzą, że mieszka tu Żyd. To zaproszenie dla złodziei – pokręcił głową. – Lepiej zostanę tutaj. Wyjrzałem przez okno. Na ulicy były setki osób, które umundurowana policja kierowała do pobliskiego schronu. Nie mieliśmy czasu do stracenia. – Franz, bez ciebie nigdzie nie idziemy – oznajmiła Siv. – Po prostu nie bierz płaszcza. Jeśli nie będziesz miał

gwiazdy, uznają cię za Niemca. Mógłbyś mnie wziąć na ręce i powiedzieć, że zasłabłam, a jeśli pokażę im przepustkę i powiem, że jestem twoją żoną, nikt się nie połapie. – Ona ma rację – zgodziłem się. – A co, jeśli mnie aresztują? Przecież dopiero co wyszedłem. – Meyer pokręcił głową, uśmiechnął się i dodał: – Poza tym to pewnie fałszywy alarm. Przecież Gruby Hermann zapewniał, że Berlin jest najlepiej strzeżonym miastem w całej Europie. Tymczasem syrena nadal wyła, jak złowieszczy, mechaniczny róg, który oznajmia koniec nocnej zmiany w fabryce na dnie piekieł. Siv Meyer usiadła przy stole i mocno zacisnęła splecione dłonie. – Jeśli ty nie idziesz, to ja też. – Ani ja – dodała Klara i usiadła przy niej. – Nie ma czasu na kłótnie – stwierdził Meyer. – Powinnaś iść. Wszyscy, już, idźcie. – On ma rację – powiedziałem zniecierpliwiony, gdyż w oddali słychać już było buczenie bombowców. To nie był fałszywy alarm. Otworzyłem drzwi i skinąłem na kobiety. – Chodźcie. – Nie – odparła Siv. – Zostajemy. Pozostałe dwie siostry spojrzały na siebie i usiadły obok swego żydowskiego szwagra. Teraz, z płaszczem w ręce i nerwowym grymasem na twarzy, stałem tylko ja. Widziałem przecież, co nasze bombowce zrobiły z Mińskiem i niektórymi rejonami Francji. Założyłem płaszcz, a ręce wsunąłem do kieszeni, żeby ukryć ich drżenie. – Raczej nie będą rozrzucać ulotek – zauważyłem. – Nie tym razem. – Tak, ale nie chodzi im też o nas, cywilów – odparła Siv. – Zorientują się, że w pobliżu jest szpital. Przecież RAF nie będzie ryzykować uderzenia w katolicki szpital, prawda? Anglicy tego nie robią. Chodzi im o Wilhelmstrasse, o dzielnicę rządową. – Na wysokości sześciuset metrów to bez różnicy – Usły szałem swój niepewny głos. – Ona ma rację – zgodził się Meyer. – Ich celem jest zachodni Berlin, nie wschodni. Dobrze, że udało się w komplecie opuścić Rosenstrasse. – Uśmiechnął się do mnie. – Powinieneś iść, Bernie. Nic nam nie będzie. Zobaczysz. – Pewnie masz rację – odparłem i zacząłem zdejmować płaszcz. Zdecydowałem, tak jak pozostali, zignorować alarm. – Nie mogę was przecież tak zostawić. – Dlaczego? – zapytała Klara. Wzruszyłem ramionami. Po prostu nie mogłem. Co by pomyślała Klara? Naprawdę chciałem zrobić na niej dobre wrażenie, choć jeszcze wolałem jej tego nie mówić. Przez chwilę nie mogłem opanować nerwów, poczułem ucisk w piersiach. Odetchnąłem z ulgą, dopiero gdy usłyszałem bomby spadające w oddali. Zupełnie jak w okopach Wielkiej Wojny. Słysząc eksplodujący gdzieś pocisk, wiedziałeś, że jesteś bezpieczny. Przecież tego, który cię zabije, nigdy nie usłyszysz. – Chyba spadły na północny Berlin – powiedziałem, opierając się o framugę. Prawdopodobnie na rafinerię na Thaler Strasse. To jedyny istotny cel w okolicy. Ale i tak powinniśmy przynajmniej wejść pod stół, na wypadek zabłąkanej bomby… To zdaje się były moje ostatnie słowa, bo właśnie wtedy szyba najbliższego okna rozprysła się na tysiące iskierek. Przynajmniej tak to wyglądało. Uratowało mnie to, że stałem w drzwiach. Niektóre ze starych berlińskich budynków miały naprawdę solidną konstrukcję. Jak się później dowiedziałem, bomba, która trafiła w nasz budynek, nie wspominając o tych, które spadły na szpital przy Lützowerstrasse i w ułamku sekundy zrównały go z ziemią, nie zabiła mnie tylko dlatego, że nadproże, które miałem nad głową i solidne dębowe otwierane do środka drzwi, zatrzymały spadające belki, które zabiły Siv Meyer i jej trzy siostry. Potem zapanowała ciemność i cisza. Zakłócała ją jedynie gotująca się w czajniku woda, choć to mógł być pisk moich zmaltretowanych bębenków. Tak jakby ktoś wyłączył światło, a potem zarwał podłogę. Uczucie ziemi usuwającej się spod stóp, można by chyba porównać do sytuacji, gdy zakładają ci na głowę worek i wieszają na szubienicy. Zresztą nie wiem. Pamiętam jedynie, że gdy odzyskałem przytomność, leżałem na stercie gruzu, przywalony drzwiami, które zanim nie nabrałem powietrza i nie wezwałem pomocy wydawały się przeklętym wiekiem mojej własnej trumny. Latem 1942 roku odszedłem z kripo i za namową mojego dawnego szefa, Arthura Nebego, zatrudniłem się w Wehrmacht-Untersuchungsstelle. Arthur Nebe, jako dowódca Einsatzgruppe B stacjonującej w Smoleńsku, gdzie wymordowano dziesiątki tysięcy rosyjskich Żydów, sporo wiedział o zbrodniach wojennych. Ponieważ cechował się typowym dla berlińczyków czarnym humorem, na pewno rozbawił go fakt, że znalazłem się w organizacji starych

pruskich sędziów, z których większość była zagorzałymi przeciwnikami hitleryzmu i którzy wierzyli, że wojsko, każde wojsko, może prowadzić wojnę w uczciwy i honorowy sposób, zgodnie z konwencjami genewskimi. Jak i to, że wewnątrz Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu istnieje organ sądowy, który nie tylko sprzeciwia się obecności członków partii w swoich znakomitych szeregach, ale także jest gotowy na poświęcenie znacznych środków na dochodzenia i postępowania sądowe w sprawach przestępstw popełnionych zarówno na, jak i przez niemieckich żołnierzy. Kradzieże, rabunki, gwałty i morderstwa mogły stać się przedmiotem drobiazgowych i poważnych śledztw, które dla sprawcy czasem kończyły się wyrokiem śmierci. Sam uważałem, że to poniekąd zabawne, ale ja również jestem z Berlina. Do zimy 1943 rzeczywistość była tak nie do zniesienia, że człowiek szukał powodów do śmiechu w każdej sytuacji. A co dopiero w takiej, gdy kaprala skazuje się na stryczek za gwałt i mord na rosyjskiej wieśniaczce, podczas gdy kilka kilometrów dalej jednostka do zadań specjalnych SS bezkarnie morduje dwadzieścia pięć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Starożytni Grecy na pewno mieli słowo, które opisałoby tę komedię. Gdybym bardziej uważał na lekcjach, mógłbym je nawet znać. Sędziowie, a prawie każdy pracownik biura był sędzią, nie byli cynikami. Nie mieli zamiaru obniżać swoich standardów moralnych tylko dlatego, że niemiecki rząd wcale takowych nie miał. Grecy i na to mieli odpowiednie słowo, nawet je znałem, choć szczerze mówiąc, musiałem raz po raz przypominać sobie jego wymowę. ETYKA. Niewiele z niej pozostało. Ale ja dobrze się czułem, dbając, by sprawiedliwości zawsze stało się zadość. To pomagało mi zachować poczucie przyzwoitości. Przynajmniej na jakiś czas. Większość czasu pomagałem sędziom, kilku znałem jeszcze z czasów Republiki Weimarskiej, w spisywaniu zeznań świadków czy szukaniu nowych spraw. Tak właśnie poznałem Siv Meyer. Była znajomą mojej koleżanki, Renaty Matter, która pracowała w hotelu Adlon. Siv grała na pianinie w tamtejszej orkiestrze. Poznałem ją właśnie w Adlonie w niedzielę 28 lutego, dzień po tym, gdy ostatnich berlińskich Żydów, jakieś dziesięć tysięcy osób, aresztowano, aby deportować do gett na Wschodzie. Franz Meyer pracował w fabryce żarówek Osram w Wilmersdorfie, tam go zatrzymano, wcześniej był lekarzem i dzięki temu został sanitariuszem na niemieckim statku szpitalnym, który w sierpniu 1941 roku brytyjska marynarka zatopiła u wybrzeży Norwegii. Johannes Goldsche, mój przełożony i szef biura, próbował badać i tę sprawę, ale wtedy uważano, że nikt nie przeżył. Gdy Renata Matter opowiedziała mi o Franzu Meyerze, poszedłem spotkać się z jego żoną do ich mieszkania przy Lützowerstrasse. Mieszkanie znajdowało się w odległości kilku kroków od mojego, położonego przy Fasanenstrasse, z widokiem na kanał i dzielnicowy ratusz, i w tej samej odległości od synagogi przy Schulstrasse, w której przetrzymywano Żydów tuż przed wysłaniem ich na Wschód. Meyer uniknął wtedy aresztowania tylko dlatego, że był Mischehe, Żydem poślubionym Niemce. Rzut oka na ślubne zdjęcie stojące na biedermeierowskim kredensie i wszystko stało się jasne. Franz Meyer był niesamowicie przystojny. Wyglądał jak Franchot Tone, aktor filmowy, były mąż Joan Crawford. Siv była po prostu piękna. Co ważniejsze, takie też były jej trzy siostry, Klara, Frieda i Hedwig, wszystkie obecne podczas naszego pierwszego spotkania. – Dlaczego pani mąż nie zgłosił się do nas wcześniej? – zapytałem Siv Meyer nad filiżanką ersatzu. Prawdziwa kawa była trudno dostępna. – Dlaczego zdecydował się o tym mówić dopiero teraz, skoro zdarzenie miało miejsce 30 sierpnia 1941? – Najwyraźniej pan nie wie, jak to jest być Żydem mieszkającym w Berlinie – odpowiedziała. – Ma pani rację. Nie wiem. – Żaden Żyd nie pomoże w śledztwie prowadzonym w tym kraju, bo nie chce zwracać na siebie uwagi. Nawet w słusznej sprawie. Wzruszyłem ramionami. – Jednego dnia świadek biura, następnego więzień gestapo. Rozumiem. Z drugiej jednak strony wiem, jak to jest być Żydem na Wschodzie. Jeśli chce pani uchronić męża przed takim losem, to mam nadzieję, że mówi pani prawdę. Do biura zgłasza się wiele osób, które marnują nasz czas. – Był pan na Wschodzie? – W Mińsku – odparłem. – Odesłali mnie do Berlina i do Wehrmacht-Untersuchungsstelle. – Jak tam jest? W gettach? W obozach koncentracyjnych? Dociera tyle sprzecznych informacji. – Te opowieści nawet w niewielkim stopniu nie oddają dramatu, jaki tam się rozgrywa. Tak naprawdę nie ma żadnych przesiedleń. Jest tylko głód i śmierć. Siv westchnęła i spojrzała na siostry. Sam z przyjemnością na nie patrzyłem. Spisywanie zeznań atrakcyjnej i elokwentnej kobiety było przyjemną odmianą. – Dziękuję za szczerość, Herr Günther. Słyszy się teraz tyle kłamstw – powiedziała. – Pozwoli pan, że ja też będę szczera. Mój mąż nie mówił wcześniej o zatonięciu okrętu SS „Hrotsvitha von Gandersheim”, bo nie chciał robić

prezentu doktorowi Goebbelsowi jakąś antybrytyjską propagandą. Oczywiście teraz, gdy został aresztowany, to może być jego jedyna szansa, żeby nie trafić do obozu koncentracyjnego. – Mamy niewiele wspólnego z Ministerstwem Propagandy, Frau Meyer. I nie chcemy mieć. Może to właśnie z nimi powinna pani porozmawiać. – Nie wątpię, że nie chce pan sobie komplikować pracy, Herr Günther. Jednakże zatopienie bezbronnego okrętu może się przydać propagandzie. Szczególnie teraz – dodała Klara. – Po Stalingradzie. Musiałem przyznać jej rację. Klęska 6. Armii w Stalingradzie 2 lutego była największą porażką hitlerowców od czasu dojścia do władzy, a Goebbels, który w przemówieniu z 18 lutego nawoływał Niemców do wojny totalnej, z pewnością potrzebował wypadków takich jak ten, żeby udowodnić, że nie ma już dla nas odwrotu: albo zwycięstwo, albo nic. – Proszę posłuchać, Frau Meyer – powiedziałem. – Nie mogę niczego obiecać, ale jeśli mi pani powie, gdzie trzymają pani męża, pójdę tam natychmiast i porozmawiam z nim. Jeśli jego relacja okaże się dla nas wartościowa, skontaktuję się z moimi przełożonymi i zobaczymy, czy uda nam się zwolnić go jako głównego świadka niezbędnego w śledztwie. – Jest przetrzymywany w Żydowskiej Fundacji Charytatywnej przy Rosenstrasse – odparła Siv. – Jeśli pan chce, możemy panu towarzyszyć. – Nie ma takiej potrzeby. Wiem, gdzie to jest. – Pan nie rozumie – wtrąciła Klara. – I tak się tam wybieramy. Będziemy protestować przeciwko zatrzymaniu Franza. – To chyba nie jest najlepszy pomysł. Zostaniecie aresztowane. – Tam będzie wiele żon – stwierdziła Siv. – Przecież nie aresztują nas wszystkich. – Dlaczego nie? – zapytałem. – Przecież aresztowali wszy stkich Żydów. Kiedy usłyszałem zbliżające się kroki, chciałem zepchnąć z siebie ciężkie drewniane drzwi, ale coś przygniotło mi lewą rękę, a prawa bolała tak, że nie mogłem nią ruszyć. Ktoś krzyknął, a po minucie lub dwóch poczułem, że gruzowisko pode mną nieznacznie się osuwa, jak odłamki skalne ze stromego zbocza. Potem drzwi się uniosły i zobaczyłem swoich wybawców. Z budynku właściwie nic nie zostało. W chłodnym świetle księżyca widoczny był tylko wysoki komin. Jakieś ręce położyły mnie na noszach. Zniesiono mnie z dymiącej sterty gruzu i położono na środku drogi, skąd miałem doskonały widok na płonący w oddali budynek, a potem na snopy światła reflektora przeciwlotniczego, który przeczesywał niebo w poszukiwaniu samolotów nieprzyjaciela. Syrena oznajmiła koniec ataku i zaraz usłyszałem kroki ludzi szybko wychodzących ze schronów, żeby zobaczyć, co zostało z ich domów. Zacząłem się zastanawiać, czy mój ocalał. Co prawda, nie było w nim wiele. Prawie wszystko, co przedstawiało jakąś wartość, zdążyłem sprzedać lub wymienić na czarnym rynku. Powoli zacząłem poruszać głową w jedną i drugą stronę. Poczułem się na tyle pewnie, że oparłem się na łokciu i rozejrzałem. Ale z trudem mogłem oddychać: klatkę piersiową wciąż wypełniał pył i dym, zacząłem kaszleć. Z pomocą przyszedł mi wyglądający znajomo mężczyzna, który podał mi wodę, a potem przykrył mnie kocem. Minutę później usłyszeliśmy głośny krzyk, komin runął wprost na rumowisko, na którym przed chwilą leżałem. Pył pokrył wszystko w pobliżu, zostałem przeniesiony trochę dalej, obok ludzi oczekujących na pomoc medyczną. Klara leżała nieopodal. Jej sukienka była niezniszczona, oczy miała otwarte, ciało bez obrażeń. Wołałem ją kilka razy, zanim w końcu do mnie dotarło, że jest martwa. Jej życie zatrzymało się jak zegarek. W ciągu kilku sekund wszystko się dla niej skończyło. Nie mogłem w to uwierzyć. Na ulicy leżały inne ciała. Nie wiem, ile ich było. Wyprostowałem się i rozejrzałem za Franzem Meyerem i resztą, ale wysiłek okazał się ponad moje siły, znów się położyłem i zamknąłem oczy. Chyba straciłem przytomność. Oddajcie nam naszych mężczyzn! – Spory i wściekły tłum kobiet słychać było z odległości trzech przecznic. Gdy skręciliśmy w Rosenstrasse, ze zdziwienia otworzyłem usta. Od czasu dojścia Hitlera do władzy nie widziałem czegoś podobnego na ulicach Berlina. Kto by przypuszczał, że ładny kapelusz i torebka okażą się najlepszą bronią do walki z nazistami. – Wypuśćcie naszych mężów! – krzyczał tłum, gdy przepychaliśmy się na ulicy. – Natychmiast wypuśćcie naszych mężów! Było ich znacznie więcej, niż się spodziewałem. Może kilkaset. Nawet Klara Meyer wyglądała na zaskoczoną, choć nie tak jak gliniarze i esesmani pilnujący Żydowskiej Fundacji Charytatywnej. Zaciskali dłonie na pistoletach i karabinach, mamrocząc przekleństwa i zniewagi w kierunku kobiet stojących najbliżej drzwi. Wyglądali przy tym na

przerażonych, że się ich ignoruje, a nawet otwarcie przeklina. To wbrew zasadom. Zasada numer jeden: jeśli jesteś uzbrojony, ludzie powinni być ci posłuszni. Biuro fundacji na Rosenstrasse, niedaleko Alexanderplatz, znajdowało się w szarym, granitowym budynku w wilhelmińskim stylu, pokrytym dachem w kształcie siodła. Mieściło się obok niegdyś najstarszej synagogi w Berlinie, częściowo zniszczonej przez nazistów w listopadzie 1939, i rzut beretem od Prezydium Policji, gdzie pracowałem większość życia. Co prawda nie pracuję już w kripo, ale udało mi się zachować moją podkładkę pod piwo, mosiężną odznakę budzącą szacunek tchórzliwego niemieckiego społeczeństwa. – Jesteśmy porządnymi Niemkami – krzyknęła jedna z kobiet. – Lojalnymi wobec führera i wobec Ojczyzny. Nie wolno ci tak do nas mówić, ty bezczelny, smarkaty łobuzie. – Do kogoś, kto zbłądził i poślubił Żyda, wolno mi mówić, jak mi się podoba. – Usłyszałem odpowiedź jednego z mundurowych, kaprala. – Wracaj do domu, kobieto, bo zastrzelę. – Przydałoby ci się porządne lanie, ty mały łotrze – powiedziała inna kobieta. – Czy twoja matka wie, jaki z ciebie arogancki szczeniak? – A nie mówiłam? – zapytała tryumfalnie Klara. – Nie mogą nas wszystkich powystrzelać. – Naprawdę? – podchwycił drwiąco kapral. – Kiedy tylko dostaniemy rozkazy, dostaniesz pierwszą kulkę. Obiecuję, babciu. – Spokojnie, kapralu – powiedziałem i machnąłem mu przed twarzą podkładką. – Odrobina kultury nigdy nie zaszkodzi. Szczególnie w niedzielne popołudnie. – Tak jest. Przepraszam – odparł rozsądnie i ruchem głowy wskazał drzwi za sobą. – Wchodzi pan? – Tak – odparłem i zwróciłem się do moich towarzyszek: – Wrócę jak najszybciej. – Jeśli byłby pan tak miły – ciągnął kapral – czekamy na rozkazy. Nikt nam nie powiedział, co mamy robić. Tylko że mamy tu stać i nie wpuszczać ludzi. Może by pan o tym wspomniał? Wzruszyłem ramionami. – Jasne, kapralu. Ale z tego, co widzę, wykonujecie kawał dobrej roboty. – Tak? – No przecież pilnujecie porządku, tak? – Tak jest. – Ale jeśli zaczniecie strzelać do tych kobiet, to nie będzie dobrze, prawda? – Uśmiechnąłem się i poklepałem go po ramieniu. – Z mojego doświadczenia, kapralu, wynika, że najlepsza policyjna robota to taka, której nie widać i o której się szybko zapomina. Nie byłem przygotowany na to, co zastałem w środku. Panował smród nie do zniesienia. Biuro fundacji nie nadawało się na obóz przejściowy dla dwóch tysięcy więźniów. W korytarzu mężczyźni i kobiety z identyfikatorami na szyi, jak dzieci w podróży, stali w kolejce do toalety bez drzwi. Pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt osób upchano w pomieszczeniu tak małym, że mogli tylko stać. W kolejnym znajdowały się sterty paczek żywnościowych, wiele przyniesionych przez kobiety zgromadzone na zewnątrz. Mimo to nikt nie narzekał, panował spokój. Po niemal dekadzie hitleryzmu Żydzi wiedzieli, że lepiej nie narzekać. Tymi wszystkimi ludźmi dowodził zwykły sierżant, który na dodatek użalał się na swój los. Odmawiał litanię skarg, gdy szukał teczki Franza Meyera i kiedy prowadził mnie na spotkanie z nim na drugie piętro. – Nie wiem, co mam zrobić z nimi wszystkimi. Nie dostałem żadnych instrukcji, do cholery. Jak długo tu będą? Jak zapewnić im godziwe warunki? Co powiedzieć tym wszystkim przeklętym kobietom, które domagają się wyjaśnień? Powiem panu, nie jest lekko. Jesteśmy tu od wczoraj i mamy tylko to, co tu zastaliśmy. Papier toaletowy skończył się w ciągu godziny. Bóg jeden wie, jak ich wyżywię. W niedzielę wszystko jest pozamykane. – Dlaczego pan nie każe otworzyć paczek? – zapytałem. Sierżant spojrzał na mnie z niedowierzaniem: – Nie mogę tego zrobić. Nie należą do mnie. – Nie sądzę, żeby darczyńcy mieli coś przeciwko – odparłem. – Przynajmniej dopóki będą mieli co jeść. Znaleźliśmy Meyera w którymś z pomieszczeń, gdzie prawie setka mężczyzn czekała na dalszy rozwój wypadków. Sierżant zawołał go i wciąż marudząc, odszedł, może by przemyśleć moją radę. Ja tymczasem rozmawiałem ze świadkiem ewentualnej zbrodni. Na korytarzu nikt nam nie przeszkadzał. Wyjaśniłem, gdzie pracuję i jaki jest cel mojej wizyty. Hałas dobiegający z ulicy jakby się wzmógł. – Pańska żona i szwagierki są przed budynkiem. To one mnie w to zaangażowały. – Proszę im powiedzieć, żeby poszły do domu. Myślę, że na zewnątrz może być bardziej bezpiecznie niż tu. – Zgadzam się. Ale one nie posłuchają. – Tak, zapewne ma pan rację. – Meyer uśmiechnął się szeroko.

– Im szybciej mi pan powie, co wydarzyło się na okręcie, tym szybciej porozmawiam z szefem i zobaczymy, co możemy zrobić, żeby pana stąd wyciągnąć. A tym samym odesłać je wszystkie do domu – przerwałem. – To znaczy, jeśli jest pan gotów zeznawać. – To jedyny sposób, żeby uniknąć obozu. – Lub czegoś gorszego – dodałem na zachętę. – To chyba dobry układ. – To znaczy: zgoda? Skinął głową. Przez następne pół godziny spisywałem jego relację na temat tego, co wydarzyło się u wybrzeży Norwegii w sierpniu 1941 roku. Kiedy podpisał zeznanie, powiedziałem, kiwając palcem: – Przychodząc tu, nadstawiam za pana karku. Więc proszę mnie nie zawieść. Jeśli po wyjściu na wolność zmieni pan zeznania, proszę na mnie nie liczyć. Jasne? Przytaknął. – A dlaczego pan w ogóle ryzykuje? To było dobre pytanie i przydałaby się na nie odpowiedź, ale nie chciałem wchodzić w historię typu: znajoma znajomej poprosiła o pomoc, no, jak to w Niemczech. Tym bardziej nie chciałem wspominać, jak bardzo podoba mi się jego szwagierka, Klara, lub że próbuję się zrehabilitować za bierne przyglądanie się temu, co robiono Żydom, a może nawet za coś więcej. – Powiedzmy, że nie przepadam za Angolami, jasne? – Potrząsnąłem głową. – Poza tym niczego nie obiecuję. Wszystko zależy od mojego szefa, nie ode mnie. Jeśli sędzia Goldsche uzna, że dzięki pana zeznaniom można wszcząć śledztwo, wtedy przekona Ministerstwo Spraw Zagranicznych, że sprawa nadaje się do Białej Księgi. – Białej Księgi? – Oficjalnej publikacji rządowej, która ma przedstawić niemiecką wersję na temat incydentu, który mógł stanowić naruszenie prawa wojennego. My odwalamy całą robotę, ale to MSZ ogłasza jej efekty. – To może trochę potrwać. Pokręciłem przecząco głową. – Na szczęście dla pana, zarówno Wehrmacht-Untersuchungsstelle, jak i sędzia Goldsche mają dobre koneksje. Nawet w hitlerowskich Niemczech. Więc jeśli zainteresuje go pana historia, jutro będzie pan w domu.

2 Środa, 3 marca 1943 Zabrano mnie do szpitala przy Friedrichshain z objawami wstrząśnienia mózgu i zatrucia dymem. O ile zatrucie nie było niczym nowym, o tyle z powodu wstrząśnienia lekarz zalecił mi kilkudniowy pobyt w szpitalu. Nigdy nie lubiłem szpitali, jak na mój gust zbyt mocno doświadczających człowieka. Jednak naprawdę byłem ledwo żywy. Nalot RAF-u potrafi zwalić z nóg. Więc zalecenie tego młodego wybawcy było mi bardzo na rękę. Doszedłem do wniosku, że zasłużyłem na odpoczynek i że lepiej mi będzie w szpitalu niż we własnym domu. Tu ciągle jeszcze było coś do jedzenia, a u mnie lodówka świeciła pustkami. Z okna miałem widok na cmentarz St. Georg, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo naprzeciwko szpitala, po drugiej stronie Landsberger Allee, znajdował się browar Böhmisches. A to oznaczało, że w powietrzu nieustannie unosił się intensywny zapach chmielu. Dla berlińczyka nie ma nic bardziej uzdrawiającego. Choć niezbyt często widywało się teraz w barach niemieckie piwo. Większość ważonego w Berlinie trafiała do naszych dzielnych chłopców na froncie rosyjskim. Nie powiem, żebym im go żałował. Domyślam się, że po Stalingradzie potrzebowali tego, żeby nie stracić ducha. Zimą 1943 niewiele było do zaoferowania. Tak czy inaczej byłem w lepszej sytuacji niż Siv Meyer i jej siostry, bo w przeciwieństwie do nich przeżyłem. Ocalał również Franz Meyer, który przebywał w szpitalu żydowskim. Naprawdę?! Taki szpital istnieje? Nie obyło się bez wizyt. Odwiedziła mnie Renata Matter, od której dowiedziałem się, że moje mieszkanie ocalało i że siostry Meyer nie żyją. Ona również była tym poruszona, a jako dobra katoliczka spędziła cały poranek, modląc się za ich dusze. Równie mocno poruszyła ją wiadomość, że proboszcz kościoła św. Hedwigi, Bernhard Lichtenberg, trafił do więzienia, skąd najprawdopodobniej zostanie wysłany do Dachau, gdzie według niej przebywało już ponad dwa tysiące księży. Dwa tysiące księży w Dachau to bardzo smutne. Tak to jest z odwiedzającymi, czasami wolelibyśmy, żeby nie zawracali sobie głowy, nie przychodzili i nie próbowali nas pocieszać. Tak też było z moim drugim gościem, Wernerem Sachsem, oficerem gestapo. Znałem go jeszcze z Alex i szczerze mówiąc, jak na gestapowca, nie był zły, ale wiedziałem, że nie przyszedł z prezentem i dobrym słowem. Jego idealnie ułożona fryzura, czarny skórzany płaszcz, który przy każdym ruchu trzeszczał jak śnieg pod butami, czarny kapelusz i czarny krawat sprawiły, że poczułem się niekomfortowo. – Zdecydowałem się na mosiężne uchwyty i satynowe obicie – zażartowałem. – I otwarte wieko. Sachse drgnął. – Domyślam się, że twoja pensja nie starcza na czarny humor. Jedynie na płaszcz i krawat. – Zdziwiłbyś się. – Wzruszył ramionami. – Gestapo zna się na żartach. – Oczywiście. Najlepiej to widać w Trybunale Ludowym na Moabicie, gdzie te żarty nazywacie dowodami. – Lubię cię, Günther, więc nie miej mi za złe, że ostrzegę cię przed takimi dowcipami. Szczególnie po Stalingradzie. To teraz „osłabianie obronności kraju” i płaci się za to głową. Przez ostatni rok odbywały się trzy egzekucje dziennie. – Nie słyszałeś? Jestem ranny, miałem wstrząśnienie mózgu, z trudem oddycham. Nie jestem sobą. Gdybyście ścięli mi głowę, nawet bym tego nie zauważył. Jeśli sprawa trafi na wokandę, tak właśnie będę się bronił. A tak w ogóle, do jakiej grupy płac należysz, Werner? – A3. A co? – Zastanawiałem się, dlaczego człowiek, który zarabia sześć stów tygodniowo, fatyguje się taki kawał, żeby ostrzec mnie przed osłabianiem obronności naszego kraju. Zakładając, że po Stalingradzie coś takiego rzeczywiście istnieje. – To tylko przyjacielskie ostrzeżenie. Nie po to przyszedłem, Günther. – Trudno mi sobie wyobrazić, żebyś chciał mi się przyznać do jakiejś zbrodni wojennej, Werner. W każdym razie nie w tym momencie. – Bardzo tego pragniesz, co? – Zastanawiam się, jak daleko możemy się posunąć, zanim obu nas pozbawią głów. – Co wiesz o Franzu Meyerze? – Też został ranny. – To wiem. Właśnie wracam ze szpitala żydowskiego. – I co z nim? – Ma się świetnie. Jest w śpiączce.

– A nie mówiłem? Nie stać cię na przyzwoity żart. W tych czasach musisz być przynajmniej z Kriminalrat, żeby pozwolić sobie na naprawdę zabawne żarty. – Wiedziałeś, że Meyerowie byli pod obserwacją? – Nie. Miałem za mało czasu. Towarzystwo Klary też nie pomogło. Była naprawdę piękna. – Tak, rzeczywiście, wielka szkoda. – Zamilkł, a po chwili dodał: – Byłeś w ich mieszkaniu dwukrotnie. W niedzielę i w poniedziałek wieczorem. – Zgadza się. Domyślam się, że tajniacy obserwujący Meye rów przeżyli? – Tak, mają się dobrze. – Szkoda. – Ale zaraz, kto mówi o tajniakach? To nie była tajna akcja. Przypuszczam, że Meyerowie wiedzieli, że są obserwowani, nawet jeśli ty byłeś za głupi, żeby to zauważyć. Zapalił dwa papierosy i włożył mi jednego do ust. – Dzięki, Werner. – Słuchaj, palancie, powinieneś wiedzieć, że to ja i kilku z gestapo znaleźliśmy cię i wyciągnęliśmy ze sterty gruzu, zanim runął komin. Więc to gestapo uratowało ci życie, Günther. Jak widzisz, musimy mieć poczucie humoru, bo należało cię tam zostawić. – Naprawdę? – Naprawdę. – W takim razie dziękuję. Jestem ci winien przysługę. – Na to właśnie liczyłem. Dlatego tu jestem. – W porządku. Zamieniam się w słuch. Czas zapalić lampę i zacząć mi świecić w oczy. – Potrzebuję kilku uczciwych odpowiedzi. Przynajmniej tyle jesteś mi winien. Zaciągnąłem się lekko i pokiwałem głową. – To i jednego papierosa. Jest naprawdę przyzwoity. – Co robiłeś na Lützowerstrasse? I nie mów, że wpadłeś z towarzyską wizytą. – Franz Meyer został złapany przez gestapo w fabryce. Jego żona liczyła, że biuro uratuje mu skórę. Był jedynym świadkiem zbrodni, której dopuścili się Angole, torpedując okręt szpitalny u wybrzeży Norwegii w 1941. Spisałem zeznania, a potem przekonałem szefa, żeby podpisał rozkaz zwolnienia. – Dlaczego to zrobiłeś? – To moja praca, Werner. Przydzielają mi sprawy, a ja działam. Słuchaj, nie przeczę, Meyerowie byli wdzięczni. Zaprosili mnie na kolację i aby uczcić zwolnienie Meyera z fundacji na Rosenstrasse, otworzyli ostatnią butelkę Spätburgundera. Wznosiliśmy toast, gdy spadła bomba. Miałem oczywiście satysfakcję, że przygwoździmy Angoli. Świętoszkowate sukinsyny. Według nich to była jednostka przewożąca żołnierzy, nie żaden okręt szpitalny. Tysiąc dwustu ludzi poszło na dno. Może i wojskowych, ale rannych powracających do domu. Jego zeznanie ma mój szef, sędzia Goldsche. Przeczytaj i sprawdź, czy mówię prawdę. – Już sprawdziłem. Dlaczego nie udaliście się wraz z innymi do schronu? – Meyer jest Żydem. Nie ma wstępu do schronu. – No dobrze. A co z resztą? Z żoną, jej siostrami? Musisz przyznać, że to trochę podejrzane. – Nie sądziliśmy, że będzie nalot, więc postanowiliśmy zostać. – W porządku. – Sachse westchnął. – Przypuszczam, że żaden z nas nie popełni tego błędu drugi raz. Berlin to ruiny. Kościół św. Hedwigi spalony, Prager Platz to gruzowisko, a szpital przy Lützowerstrasse został całkowicie zniszczony. RAF zrzucił ponad tysiąc ton bomb i to na cele cywilne. To właśnie uważam za cholerną zbrodnię wojenną. Skoro już w tym siedzisz, może zajmiesz się i tą sprawą, dobrze? – Dobrze. – Czy Meyerowie wspominali coś o jakieś obcej walucie? Na przykład o frankach szwajcarskich? – Niby dla mnie? Nie zaoferowali mi nawet papierosów. – Zmarszczyłem brwi. – Czy chcesz powiedzieć, że dranie mieli pieniądze? Sachse pokiwał głową. – Cóż, mnie ich nie proponowali – odparłem. – Wspominali coś o człowieku, który nazywa się Wilhelm Schmidhuber? – Nie. – A o Friedrichu Arnoldzie? Juliusie Fliessie? Pokręciłem przecząco głową. – Może o Operacji 7?

– Pierwsze słyszę. – O Dietrichu Bonhoefferze? – Tym pastorze? Potwierdził. – Nie. Zapamiętałbym to nazwisko. O co w tym wszystkim chodzi, Werner? Sachse zaciągnął się, rzucił okiem na mężczyznę na łóżku obok i przysunął krzesło, poczułem wodę kolońską Klar Klassik. Wobec zapachu zużytych bandaży, nieopróżnionych kaczek i obsikanych parapetów była to przyjemna odmiana. – Operacja 7 miała pomóc siedmiu Żydom w ucieczce z Niemiec do Szwajcarii. – Siedmiu ważnym Żydom? – Nic z tych rzeczy. W każdym razie już nie. Wszyscy ważni Żydzi opuścili Niemcy albo są… No cóż, opuścili Niemcy. Nie, to było siedmiu zwykłych Żydów. – Rozumiem. – Oczywiście Szwajcarzy są takimi samymi antysemitami jak my, więc zrobiliby to tylko dla pieniędzy. Sądzimy, że konspiratorzy musieli słono zapłacić, żeby pokazać, że Żydzi będą w stanie sami się o siebie zatroszczyć i nie obciążać ich państwa. Te pieniądze zostały przeszmuglowane do Szwajcarii. Operacja 7 początkowo była Operacją 8 i uwzględniała Franza Meyera. Byli pod naszą obserwacją, bo mieliśmy nadzieję, że doprowadzą nas do reszty konspiratorów. – Przykro mi. Sachse pokiwał głową. – Wierzę ci – powiedział. – Dzięki. Doceniam to. Jednak zakładam, że kiedy leżałem nieprzytomny, przetrząsnąłeś mi kieszenie, szukając szwajcarskich franków. – Oczywiście. Kiedy się napatoczyłeś, myślałem, że rozbiliśmy bank. Wyobraź sobie mój zawód, gdy okazało się, że jesteś uczciwy. – Werner, zawsze powtarzam, że nie ma większego rozczarowania niż odkrycie, że nasi przyjaciele czy sąsiedzi są nie mniej uczciwi niż my sami.

3 Piątek, 5 marca 1943 Kilka dni później lekarz przepisał mi kolejną dawkę aspiryny, zalecił częste przebywanie na świeżym powietrzu i odesłał do domu. Co prawda Berlin był znany z czystego powietrza, ale odkąd hitlerowcy przejęli władzę, nie było ono już takie świeże. Zupełnie przypadkowo tego samego dnia władze uwolniły wszystkich Żydów przetrzymywanych w fundacji. Nie mogłem w to uwierzyć. A przypuszczam, że sami zainteresowani tym bardziej. Władze posunęły się nawet do tego, żeby wyśledzić kilku, którzy już zostali deportowani, sprowadzić ich z powrotem do Berlina i wypuścić, tak jak pozostałych. O co w tym wszystkim chodziło? Jakimi przesłankami kierowały się władze? Czy to możliwe, że po ogromnej klęsce pod Stalingradem naziści rzeczywiście złagodzili politykę deportacji? Czy może dotarł do nich krzyk protestujących i zdeterminowanych kobiet? Mało prawdopodobne, ale to jedyny nasuwający się wniosek. Tylko przy Rosenstrasse miały miejsce protesty i tylko stamtąd zwolniono wszystkich przetrzymywanych. Reszta z dziesięciu tysięcy aresztowanych 27 lutego trzymanych w Konzerthaus Clou przy Mauerstrasse, w stajniach przy Rathenower Strasse czy w synagodze przy Levetzowstrasse na Moabicie została, jak się później dowiedziałem, deportowana na Wschód. Jeśli manifestacja rzeczywiście poskutkowała, nasuwało się pytanie: co można było osiągnąć, gdyby masowe protesty organizowano wcześniej? Świadomość, że pierwsza próba sprzeciwu wobec nazistów prawdopodobnie odniosła sukces, była jak kubeł zimnej wody. Kolejne otrzeźwienie przyszło wraz z myślą, że gdybym mu nie pomógł, Franz Meyer z całą pewnością zostałby w biurze fundacji, a jego żona wraz z siostrami, jak inne kobiety, czekałaby przed budynkiem. Wszyscy oni nadal by żyli. Możliwe, że byliby bezdomni, ale przynajmniej żywi. Tak, to było całkiem prawdopodobne. Tego bólu nie uśmierzy żadna dawka aspiryny. Opuściłem szpital, ale nie wróciłem do domu. Przynajmniej nie od razu. Wsiadłem do pociągu i pojechałem do Gesund brunnen. Postanowiłem wziąć się do pracy. Szpital żydowski w Wedding składał się z sześciu lub siedmiu nowoczesnych budynków na rogu Schulstrasse i Exerzierstrasse, tuż przy szpitalu St. George. Równie zaskakujące jak fakt, że istniał, było to, że placówka okazała się nowoczesna, dobrze wyposażona, pełna lekarzy, pielęgniarek i pacjentów. A ponieważ wszyscy byli Żydami, miejsca strzegł niewielki oddział SS. Gdy tylko wylegitymowałem się w recepcji, dowiedziałem się, że szpital ma nawet własny posterunek gestapo. Jeden z oficerów został wezwany równocześnie z dyrektorem szpitala, doktorem Walterem Lustigiem. Lustig stawił się pierwszy. Okazało się, że spotkaliśmy się już kilka razy. Ten drętwy Ślązak, przedstawiciel najbardziej nieprzyjemnej części niemieckiego społeczeństwa, był szefem wydziału medycznego w Prezydium Policji przy Alex. Nie przepadaliśmy za sobą. Nie lubiłem go, bo nie bardzo interesowały mnie kontakty z człowiekiem nadętym, zachowującym się wyniośle niczym starszy pruski oficer. On pewnie myślał, że to z powodu jego żydowskiego pochodzenia. Prawda jest taka, że zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy zobaczyłem go w szpitalu. Żółta gwiazda na białym kitlu nie pozostawiała wątpliwości. On zaś nie lubił mnie, bo był typem, który nie lubi nikogo, kto jest niżej w hierarchii lub kto, według jego akademickich standardów, jest słabo wykształcony. Na Alex nazywaliśmy go „doktor lekarz”, bo skończył dwa kierunki: filozofię i medycynę, i zawsze wszystkim przypominał, jaka jest różnica między tytułem naukowym a zawodowym. Stuknął obcasami i skłonił się sztywno, jakby maszerował na paradzie pruskiej akademii wojskowej. – Herr Günther – powiedział. – Znów się spotykamy, po tylu latach. Czemu zawdzięczamy tę wątpliwą przyjemność? Wyglądało na to, że jego nowy niższy status przedstawiciela gorszej rasy w najmniejszym stopniu nie wpłynął na jego postawę. Oczami wyobraźni widziałem, jak pieczołowicie woskuje swoje sumiaste wąsy. Pamiętałem o jego zadęciu, ale najwyraźniej zapomniałem o śmierdzącym oddechu. Najmniejsza bezpieczna odległość w jego towarzystwie to dobre pół metra. I to dla kogoś z ciężkim przeziębieniem. – Mnie również miło pana widzieć, doktorze Lustig. A więc to tu się pan ukrywa? Zastanawiałem się, co się z panem dzieje. – Domyślam się, że nie spędzało to panu snu z powiek. – Nie, bynajmniej. Ostatnio sypiam jak dziecko. W każdym razie cieszę się, że u pana wszystko w porządku. –

Rozejrzałem się dookoła. Na ścianach widniały jakieś żydowskie szczegóły wystroju, ale nie było śladu po kanciastych astrologicznych dziełkach, które naziści ochoczo malują na wszystkim, co żydowskie. – Nieźle się pan urządził. Lustig ukłonił się ponownie i spojrzał ostentacyjnie na zegarek kieszonkowy: – Tak, tak. Ale, jak to mówią, tempus fugit. – Przebywa u was pacjent, Franz Meyer, przywieziony w poniedziałek w nocy lub we wtorek nad ranem. Jest głównym świadkiem w śledztwie, które prowadzę dla Wehrmachtu. Chciałbym się z nim zobaczyć, jeśli można. – Nie pracuje pan już w policji? – Nie, proszę pana. – Podałem mu moją wizytówkę. – Wygląda na to, że coś nas jednak łączy. Kto by przypuszczał? – Życie lubi zaskakiwać. – Szczególnie tutaj, Herr Günther. Adres? – Mój czy Herr Meyera? – Oczywiście Herr Meyera. – Lützowerstrasse 10, mieszkanie 3, Berlin Charlottenburg. Lustig szorstko powtórzył nazwisko i adres atrakcyjnej pielęgniarce, która pojawiła się nie wiadomo skąd i natychmiast, bez czekania na instrukcje, poszła do biura za recepcją, żeby w przepastnej szafie na dokumenty poszukać teczki pacjenta. Najwyraźniej był człowiekiem przyzwyczajonym do tego, że zawsze dostaje to, co najlepsze. Właśnie pstrykał na nią swoimi grubymi palcami: – No szybciej, szybciej. Nie mam czasu. – Widzę, że jak zwykle jest pan bardzo zajęty, panie doktorze – powiedziałem, gdy pielęgniarka wróciła z teczką. – Przynajmniej w pracy odnajduję spokój – mruknął, spoglądając przed siebie. – Tak, przypominam sobie, biedny gość. Stracił część głowy. Z medycznego punktu widzenia to nieprawdopodobne, że jeszcze żyje. Ale odkąd tu trafił, jest w śpiączce. Nadal chce go pan zobaczyć? Czy marnowanie czasu też jest zwyczajem w waszym biurze, tak samo jak w kripo? – Tak, chciałbym go zobaczyć. Chociażby po to, żeby się przekonać, że nie boi się pana tak jak ona. – Uśmiechnąłem się do pielęgniarki. Nigdy nie zaszkodzi. – Niech i tak będzie. – Lustig wydał z siebie znużone westchnienie przypominające jęk i pognał wzdłuż korytarza. – Proszę za mną, Herr Günther – krzyknął. – Musi pan dotrzymać mi kroku. Szkoda czasu. Musimy się pospieszyć, jeśli chcemy zmusić pana Meyera do wykrztuszenia tego jednego magicznego słowa, które w zasadniczy sposób pomoże pańskiemu śledztwu. Widać moja opinia nie znaczy ostatnio zbyt wiele. Kilka sekund później natknęliśmy się na człowieka z wielgachną blizną pod wykrzywionymi ustami, która wyglądała jak trzecia warga. – O to mi właśnie chodziło – dodał Lustig. – Komisarz kryminalny Dobberke. Stoi na czele biura gestapo w tym szpitalu, które jest gwarantem naszego trwałego bezpieczeństwa i lojalności wobec obecnego rządu. Lustig podał gestapowcowi moją wizytówkę. – Dobberke, to jest Herr Günther, niegdyś na Alex, obecnie w Wehrmacht-Untersuchungsstelle. Chciałby się dowiedzieć, czy jeden z naszych pacjentów jest w stanie złożyć kluczowe zeznania, które dokonają przewrotu w wojskowym sądownictwie. Szybko ruszyłem za Lustigiem, Dobberke również. Pomyślałem, że po kilku dniach spędzonych w łóżku, tak zabójcze ćwiczenia mogą mi tylko pomóc. Weszliśmy na oddział pełen ludzi o różnym stanie zdrowia. Choć było to zupełnie niepotrzebne, wszyscy pacjenci mieli żółte gwiazdy na piżamach i szlafrokach. Wyglądali na niedożywionych, ale nie było to niczym niezwykłym. Nikt w Berlinie, nieważne Żyd czy Niemiec, nie wzgardziłby porządnym posiłkiem. Niektórzy palili, inni rozmawiali, jeszcze inni grali w szachy. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Meyer leżał za parawanem na ostatnim łóżku pod dużym oknem, z którego roztaczał się widok na trawnik i okrągły, zadbany staw. Jednak nie mógł się cieszyć tym widokiem: miał zamknięte oczy, a zmasakrowana głowa owinięta bandażem przypominała futbolówkę, z której uszło powietrze. Ale nawet ciężko ranny ciągle był zdumiewająco przystojny, jak uszkodzona grecka rzeźba z pergamońskiego ołtarza. Lustig odruchowo sprawdził nieprzytomnemu mężczyźnie puls i jednym okiem spoglądając na pielęgniarkę, zmierzył temperaturę, pobieżnie przejrzał kartę chorego, a potem głośno cmoknął i pokręcił głową. Takim podejściem do pacjenta byłby zakłopotany sam Victor Frankenstein. – Tak, jak myślałem. Warzywo. Oto moja diagnoza. – powiedział pewnym głosem i uśmiechnął się pogodnie. – Ale proszę bardzo, Herr Günther. Proszę się nie krępować. Może pan przesłuchiwać pacjenta, jak długo

uzna pan za stosowne. Niech pan jednak nie oczekuje żadnych odpowiedzi. – Zaśmiał się. – Szczególnie z komisarzem Dobberke u boku. Potem odszedł, zostawiając nas samych. – Wzruszające spotkanie po latach – powiedziałem i zaraz dodałem w drodze wyjaśnienia: – Kiedyś pracowaliśmy razem w Prezydium Policji. Mimo czasu i okoliczności nic się nie zmienił. – Nie jest taki zły – wspaniałomyślnie stwierdził Dobberke. – Jak na Żyda oczywiście. Gdyby nie on, szpital już dawno zostałby zamknięty. Usiadłem na brzegu łóżka chorego i westchnąłem: – Nieprędko z kimś porozmawia, chyba że ze świętym Piotrem. Od 1918 nie widziałem człowieka z takim urazem głowy. Jakby ktoś młotkiem roztrzaskał kokosa. – Pan też ma niezłego guza. Skrępowany, chwyciłem się za głowę. – Nic mi nie jest. – Wzruszyłem ramionami. – Właściwie dlaczego szpital nadal jest otwarty? – To śmietnik dla nieprzystosowanych. Taki obóz kolekcjonerski. Dla niedobitków. Mamy tu sieroty niepewnego pochodzenia, jakichś kolaborantów, trochę maskotek będących pod opieką jednej lub drugiej grubej ryby, kilku niedoszłych samobójców… Dobberke zobaczył moją zaskoczoną twarz. – Tak, samobójcy. Nie można ich deportować. Ktoś na wpół żywy nie da rady sam wejść do pociągu, a potem z niego wysiąść. Za dużo zachodu. Więc przywożą tych Żydków tutaj, pielęgniarki pomagają im wrócić do zdrowia, a potem, gdy już się dobrze czują, wsadza się ich do następnego transportu. To właśnie stanie się z tym biedakiem, jeśli dojdzie do siebie. – Więc nie wszyscy tu są chorzy? – Broń Boże! – Zapalił papierosa. – Myślę, że niedługo zamkną szpital. Mówi się, że Kaltenbrunner jest nim zainteresowany. – Takie miejsce może się przydać. Byłoby z niego niezłe biuro. Ernst Kaltenbrunner kierował RSHA, Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy. Przypomniałem sobie mojego dawnego szefa, Reinharda Heydricha. Można było się tylko domyślać, co Kaltenbrunner chciał zrobić z tym szpitalem. Może własną klinikę odwykową? Udało mi się zachować tę myśl dla siebie. Rada Wernera Sachsego, żebym uważał, co mówię, zapaliła czerwoną lampkę ostrzegawczą. Po Stalingradzie każdy, a szczególnie berlińczyk, dla którego czarny humor był jak religia, powinien uważać. – Dopnie swego? Kaltenbrunner? – Nie mam pojęcia. Podszedłem do okna, żeby nie patrzeć dłużej na zmasakrowaną głowę biednego Meyera, i zauważyłem wiązankę kwiatów na szafce nocnej. – To ciekawe – powiedziałem, zerkając na niepodpisaną kartkę leżącą przy wazonie. – Co? – Żonkile. Właśnie wyszedłem ze szpitala, a nie dostałem żadnych kwiatów. A jemu przysłano świeże kwiaty, i to z kwiaciarni samego Theodora Hübnera przy Prinzenstrasse. – I? – Z Kreuzberga. – Nadal nie… – To była kwiaciarnia z mianowania królewskiego. Z tego, co wiem, nadal jest. Co oznacza, że jest droga. Bardzo droga. – Zmarszczyłem brwi. – Nie sądzę, żeby było tu dużo osób, które dostają świeże kwiaty od Hübnera. Ani tu, ani gdzie indziej. Dobberke wzruszył ramionami: – Musiała przysłać je rodzina. Żydzi mają mnóstwo pieniędzy schowanych pod materacem. Wszyscy o tym wiedzą. Byłem na Wschodzie, w Rydze. Gdyby pan wiedział, co te bydlaki chowają w bieliźnie. Złoto, srebro, diamenty. Wszystko. Zamiast zadać narzucające się pytanie, jak to się właściwie stało, że Dobberke przetrząsał czyjąś bieliznę w poszukiwaniu kosztowności, uśmiechnąłem się tylko. – Rodzina Meyera to Niemcy. A poza tym wszyscy nie żyją. Zabici tą samą bombą, która zrobiła mu przedziałek we włosach. Nie, musiał je przysłać ktoś inny. Jakiś Niemiec, bogaty i z klasą. Ktoś przyzwyczajony tylko do najlepszych rzeczy. – On nam tego nie powie – zauważył Dobberke.

– Nie, on nam raczej nic nie powie, prawda? W tej kwestii doktor Lustig miał rację. – Mogę się przyjrzeć sprawie, jeśli uważa pan, że to ważne. Może jedna z pielęgniarek będzie coś wiedzieć. – Nie – powiedziałem stanowczo. – Proszę o tym zapomnieć. To stary nawyk, jeszcze z czasów, gdy byłem detektywem. Jedni kolekcjonują znaczki, inni pocztówki lub autografy, ja kolekcjonuję nieistotne pytania. Dlaczego to? Dlaczego tamto? Każdy głupi może mieć takie hobby. Naprawdę cenne są odpowiedzi, ale znacznie trudniej je znaleźć. Jeszcze raz przeciągle spojrzałem na Meyera i zdałem sobie sprawę, że mógłbym być na jego miejscu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem, jakim jestem szczęściarzem. Nie wiem, jak inaczej określić człowieka, który wychodzi z bombardowania, w którym ginie czworo ludzi, a jeden odnosi ciężkie obrażenia. Jednak sama myśl, że jestem szczęściarzem, wywołała mój uśmiech. Może to kolejny zwrot w moim życiu? Oczywisty sukces protestu kobiet na Rosenstrasse. I kolejny fuks, że nie byłem w 6. Armii pod Stalingradem. – Co pana tak rozbawiło? Pokręciłem głową. – Tak sobie właśnie myślę, że naprawdę ważne jest to, żeby pozostać przy życiu. – Może to jedna z poszukiwanych przez pana odpowiedzi? – zapytał Dobberke. Pokiwałem głową. – Możliwe, że najważniejsza. Nie sądzi pan?

4 Poniedziałek, 8 marca 1943 W zależności od pogody miałem do pracy mniej więcej dwanaście minut piechotą. Kiedy było zimno, ulice robiły się bardzo śliskie i należało uważać, by sobie czegoś nie złamać. Podczas odwilży wystarczyło uważać na spadające sople. Do końca marca noce wciąż były bardzo zimne, ale dni stawały się coraz cieplejsze i ostatecznie mogłem usunąć warstwę papieru, która izolowała wnętrze butów od skutków mroźnej berlińskiej zimy. Co przy okazji ułatwiło chodzenie. Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) mieściło się w prawdopodobnie największym kompleksie biurowym w Berlinie. Pięciokondygnacyjny budynek z szarego granitu na północnej stronie kanału Landwehr zajmował cały róg ulic Bendlerstrasse i Tirpitzufer. Dawna siedziba Cesarskiej Marynarki Wojennej znana była jako Bendlerblock. Nasze biuro, przy Blumeshof 17, wychodziło na tyły budynku i różany ogród, który latem wypełniał powietrze tak mocnym zapachem, że niektórzy z pracowników nazywali swoje miejsce pracy Rozarium. W moim gabinecie na poddaszu stało biurko, szafka na akta, fotel, a na drewnianym parkiecie leżał dywan. Miałem nawet obraz i figurkę z brązu z rządowej kolekcji sztuki. Za to nie miałem portretu führera, choć kilka osób pracujących w OKW miało. Zwykle przychodziłem do pracy wcześnie i siedziałem po godzinach, ale miało to niewiele wspólnego z lojalnością i gorliwością zawodową. System grzewczy w Rozarium był na tyle wydajny, że aby wyjrzeć na zewnątrz przez zaparowane szyby, trzeba je było przetrzeć. Ponadto specjalnie oddelegowani szeregowi dokładali do pieców węglowych w poszczególnych biurach. Ze względu na rozmiar pomieszczeń było to dosyć przydatne. Wszystko to sprawiało, że żyło się tu znacznie bardziej komfortowo niż w domu – szczególnie że kantyna była otwarta całą dobę. Zwykle serwowano ziemniaki, makaron i chleb, za to w dużych ilościach. W toalecie było nawet mydło i ręczniki papierowe, a w mesie gazety. Wehrmacht-Untersuchungsstelle było częścią sekcji wydziału prawa międzynarodowego, którego szefem był schorowany Maximilian Wagner. Jemu podlegał mój szef, Johannes Goldsche, który prowadził biuro od samego początku, czyli od 1939. Był blondynem z wąsem około sześćdziesiątki. Miał haczykowaty nos, duże uszy, czoło tak wysokie jak dach Rozarium i gigantyczną pogardę dla nazistów, która zrodziła się podczas wieloletniej praktyki adwokackiej i sędziowskiej w czasach Republiki Weimarskiej. Wybór Goldschego na to stanowisko nie miał nic wspólnego z jego poglądami politycznymi, ale z wcześniejszym doświadczeniem w śledztwach dotyczących zbrodni wojennych. Podczas Wielkiej Wojny był zastępcą dyrektora w podobnym cesarskim biurze. Wehrmacht na mocy prawa nie powinien angażować się w politykę. Tę niezależność traktowano naprawdę bardzo poważnie, żaden z sześciu prawników, zwerbowanych do wydziału prawa na mocy rozporządzenia z różnych służb wojskowych, nie należał do partii. Dlatego świetnie do nich pasowałem, choć nie byłem prawnikiem. Myślę, że Goldsche uważał berlińskiego detektywa za przydatne tępe narzędzie w arsenale wypełnionym bardziej wyrafinowaną bronią, i regularnie korzystał z moich usług w śledztwach, które wymagały czegoś więcej niż tylko spisywania zeznań. Czasami pokrętne świnie i kłamliwych Szwabów zasilających szeregi nowoczesnej niemieckiej armii, należało traktować tak ostro, jak na to zasługiwali. Jednak niewielu sędziów było do tego zdolnych. Nie potrafili oni również dostrzec faktu, że bycie świadkiem w śledztwie przeciw zbrodniom wojennym niosło ze sobą pewne korzyści. Główną było zawieszenie lub nawet zwolnienie z czynnej służby. W miarę możliwości staraliśmy się prowadzić przesłuchania na polu walki, ale nie każdy sędzia chciał wyruszyć w wielodniową podróż na front rosyjski. A ci, którzy się tego podjęli, jak na przykład Karl Hofmann, po powrocie sprzeciwiali się przesłuchaniom żołnierzy na froncie. Wszystkich przerażała przede wszystkim podróż samolotem. Szczerze mówiąc, mnie również. Znałem lepsze sposoby spędzenia czasu niż podskakiwanie w zamrożonym kadłubie „Żelaznej Anny”. Nawet Hermann Göring wolał pociągi. Ale pociągami jechało się wolno, a często na dni i godziny były unieruchomione z powodu deficytu węgla. Najlepiej więc było unikać takich przygód, siedzieć w ciepłym biurze w Berlinie, a na front wysłać kogoś takiego jak ja. Kiedy dotarłem do pracy, znalazłem na biurku wiadomość od Goldschego. Zdjąłem płaszcz, chwyciłem notatnik i ołówek i zszedłem na drugie piętro. Było tam dużo chłodniej z powodu kilku szyb wybitych podczas niedawnego bombardowania, wymienianych właśnie przez jakichś pogwizdujących radzieckich jeńców z batalionu szklarzy, stolarzy i dekarzy, który powstał w celu uzupełnienia niedoboru niemieckiej siły roboczej. Rosjanie wyglądali na zadowolonych. Wymiana szyb była lepszym zajęciem niż rozbrajanie niewybuchów RAF-u. A już na pewno wszystko było lepsze niż rosyjski front, szczególnie dla Rosjan. Ich straty były dziesięciokrotnie wyższe niż nasze. Mimo to i tak

pewnie wygrają. Zapukałem do gabinetu sędziego i otworzyłem drzwi. Goldsche siedział przy kominku jak Zeus w aureoli dymu z fajki i popijał kawę – chyba jakieś święto – zwrócony do szczupłego, delikatnego mężczyzny w okularach koło czterdziestki o twarzy długiej i bladej niczym kartka papieru, i mniej więcej tak samo pozbawionej wyrazu. Tak jak i reszta pracowników biura, żaden z nich nie wyglądał przekonująco w mundurze. Pod względem prezencji ołowiane żołnierzyki biły ich na głowę. Sam nie czułem się zbyt komfortowo w mundurze, szczególnie że nosiłem czarny romb SD na lewym ramieniu. (To kolejny powód, dla którego szef cenił sobie moją obecność w biurze; funkcjonariusz SD miewał czasem większe możliwości niż wojskowi). Jednak ich oczywistą niechęć do wojska łatwiej było wyjaśnić niż moją własną. Jako pracownicy cywilni w siłach zbrojnych ludzie tacy jak Goldsche i jego nieznany mi towarzysz mieli zawodowe tytuły, ale nie stopnie wojskowe, i nosili mundury z charakterystycznym srebrnym warkoczem na naramiennikach, żeby zaznaczyć swój szczególny status cywili w służbie wojskowej. Było to dosyć zagmatwane, choć muszę powiedzieć, że nie tak bardzo jak to, że ktoś w mundurze SD pracuje w biurze OKW. Czasami znaczek SD sprawiał, że w kantynie patrzono na mnie podejrzliwie. A przecież zdążyłem się przyzwyczaić, że hitlerowskie Niemcy to i tak nie miejsce dla mnie. Poza tym Johannes Goldsche dobrze wiedział, że nie jestem członkiem partii, że jako pracownik kripo nie miałem nic do powiedzenia w sprawie munduru, i tylko to miało dla niego znaczenie. To i fakt, że nie lubiłem nazistów prawie tak bardzo jak on. Stanąłem na baczność przy jego krześle i zerknąłem na fotografie wiszące na ścianie. Goldsche był zapalonym muzykiem, większość zdjęć przedstawiała trio fortepianowe, w którego skład wchodził on i Otto Gebühr, znany niemiecki aktor. Nie słyszałem dokonań tria, ale w wielu filmach widziałem występy Gebühra w roli Fryderyka Wielkiego. Z włączonego radia dobiegała muzyka, nie miało to jednak nic wspólnego z zainteresowaniami sędziego. Na wypadek gdyby ludzie Göringa podsłuchiwali, włączał radio, gdy chciał porozmawiać prywatnie. – Hans, to człowiek, o którym ci mówiłem – powiedział Goldsche. – Kapitan Bernhard Günther, były komisarz kripo z Prezydium Policji przy Alexanderplatz, a obecnie pracownik biura. Wyprężyłem się na baczność, a nieznajomy mężczyzna bez słowa przywitał mnie skinieniem ręki, w której trzymał papierośnicę. – Günther, to jest Hansvon Dohnanyi z sądu wojskowego. Dawniej pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości Rzeszy i w Sądzie Najwyższym, a obecnie jest zastępcą szefa Wydziału Centralnego Abwehry. Wszystko to oczywiście znaczyło, że specjalne naramienniki, wyróżniające patki na kołnierzu i inne tytuły były całkiem zbędne. Von Dohnanyi był baronem, a w OKW to była jedyna licząca się ranga. – Miło mi pana poznać, Günther. Dohnanyi mówił przymilnym głosem, typowym dla berlińskich prawników, choć sprawiał wrażenie uczciwszego niż większość z nich. Uznałem go za jednego z tych, których bardziej interesowało prawo niż szybka kariera. – Nie daj się zwieść diabelskiej odznace na jego ramieniu – dodał Goldsche. – Günther był lojalny wobec państwa przez wiele lat. I był piekielnie dobrym policjantem. Przez chwilę nawet solą w oku naszych nowych panów. Prawda, Günther? – Nie do mnie należy ocena. Ale przyjmuję komplement. – Rzuciłem okiem na srebrną tacę leżącą na stole. – Najchętniej razem z kawą. Goldsche uśmiechnął się szeroko. – Oczywiście. Proszę usiąść. – Tak zrobiłem, a Goldsche nalał mi kawy. – Nie wiem, gdzie putzer ją zdobył, ale jest naprawdę niezła. Zaczynam podejrzewać, że działa na czarnym rynku. – Całkiem prawdopodobne – zgodziłem się. Kawa była doskonała. – Zdobycie czegoś takiego po dwieście marek za pół kilo to nie lada wyczyn. Na pana miejscu zatrzymałbym go przy sobie i patrzył na takie praktyki przez palce. Jak wszyscy. – Mój drogi Johannesie. – Dohnanyi uśmiechnął się niewyraźnie. – Chyba powinienem się przyznać, że kawa jest ode mnie. Mój ojciec zawsze przywozi ją z koncertów w Budapeszcie czy Wiedniu. Zamierzałem wspomnieć o tym wcześniej, ale nie chciałem dyskredytować putzera w twoich oczach. Wygląda jednak na to, że mogę go przez to wpakować w kłopoty. – Mój drogi przyjacielu, jesteś zbyt łaskawy. – Goldsche spojrzał na mnie. – Ojcem von Dohnanyiego jest wielki dyrygent i kompozytor Ernst. Był strasznym snobem, jeśli chodzi o muzykę klasyczną. – A pan lubi muzykę, kapitanie Günther? – podchwycił Dohnanyi. Wyraz oczu zza okrągłych szkieł bez oprawek nie pozostawiał wątpliwości, że było to pytanie grzecznościowe. Jednakże było mi to obojętne, a bez „von” przed nazwiskiem mogłem sobie pozwolić na mało wyszukaną odpowiedź. – Lubię dobrą melodię, jeśli śpiewa do niej ładna dziewczyna, która ma przy okazji czym oddychać. Szczególnie

gdy słowa są wulgarne. Nie potrafię też odróżnić arpeggio od archipelago. Życie jest za krótkie na Wagnera z tego, co wiem. Goldsche uśmiechnął się z entuzjazmem. Zdawał się czerpać jakąś przyjemność z prostackiego języka, którego celowo używałem w jego obecności. – Co jeszcze pan wie? – kontynuował sędzia. – Wiem, że gwiżdżę pod prysznicem i że zdarza się to zdecydowanie za rzadko – dodałem, zapalając papierosa. To kolejna zaleta pracy w OKW, zapasy całkiem przyzwoitego tytoniu. – A co do gwizdania, wygląda na to, że Rosjanie już tu są. – Co ma pan na myśli? – zapytał czujnie von Dohnanyi. – Mam na myśli ludzi pogwizdujących na korytarzu – odpowiedziałem. – Niemieccy specjaliści, którzy naprawiają okna Rozarium, to Rosjanie. – Dobry Boże! – Goldsche zaniepokoił się. – Tutaj? W OKW? Czy to aby dobry pomysł? A co z bezpieczeństwem? – Ktoś musi wymienić okna – odparłem. – Przecież na zewnątrz jest zimno. Miejmy nadzieję, że szkło okaże się mocniejsze niż Luftwaffe, bo mam przeczucie, że RAF złoży nam kolejną wizytę. Von Dohnanyi pozwolił sobie na lekki uśmiech, a potem delikatnie zaciągnął się papierosem. Nawet dzieciaki zaciąga ją się mocniej. – Jak się pan czuje? – Goldsche zwrócił się do gościa: – Günther akurat spisywał zeznania w domu w Lützow, gdy spadła bomba. Ma szczęście, że jest tu z nami. – I ja tak to widzę. – Poklepałem się po klacie. – Czuję się dużo lepiej, dziękuję. – Zdolny do pracy? – Jeszcze czuję ucisk w piersiach, ale reszta w normie. – A świadek? Herr Meyer? – Żyje, ale obawiam się, że jedyne zeznania, jakie złoży w najbliższym czasie, to te przed sądem w niebie. – Widział go pan? – zapytał Dohnanyi. – W szpitalu żydowskim? – Widziałem. Nieszczęsny człowiek, stracił sporą część mózgu. Ostatnio to co prawda i tak bez znaczenia, ale obawiam się, że dla nas jest bezużyteczny. – Szkoda, miał być ważnym świadkiem w sprawie przeciw Marynarce Brytyjskiej – powiedział Goldsche i zwrócił się do Dohnanyiego: – Brytyjczycy naprawdę uważają, że każda zbrodnia ujdzie im na sucho. Amerykanie jakoś potrafią rozpoznawać nasze okręty szpitalne, a Brytyjczycy rozpoznają tylko te o dużym tonażu. – Bo mniejsze ratują naszych niedobitków? – zapytał Dohnanyi. – Właśnie. Wielka szkoda, że sprawa upadła, zanim jeszcze się rozpoczęła. Z drugiej strony trochę nam to ułatwi życie. Nie mówiąc już o tym, że uprzyjemni. Goebbels chciał wykorzystać Meyera w radiu. To nie mogło się udać. – Nie tylko Ministerstwo Propagandy było zainteresowane Meyerem – powiedziałem. – W szpitalu odwiedził mnie gestapowiec i zadawał pytania na jego temat. – Naprawdę? – wymamrotał Dohnanyi. – Jakie pytania? – zapytał Goldsche. Wzruszyłem ramionami. – Kim byli jego bliscy i temu podobne. Myślą, że Meyer mógł być zamieszany w jakiś walutowo-przemytniczy interes, który miał przekonać Szwajcarów, żeby zaoferowali azyl kilku Żydom. Goldsche wyglądał na zdezorientowanego. – Pieniądze dla uchodźców – wyjaśniłem. – Wie pan, jak wielkoduszni potrafią być Szwajcarzy. Produkują tę ich uroczą białą czekoladę tylko po to, żeby polukrować nią kłamstwo, że są poczciwi i kochają pokój. Oczywiście tacy nie są. Nigdy nie byli. Nawet niemiecka armia często rekrutowała szwajcarskich najemników. A Włosi zwykli nazywać „okrutną wojną” tę, w której brali udział szwajcarscy pikinierzy. – Co pan powiedział temu gestapowcowi? – zapytał Goldsche. – Nic mu nie powiedziałem. Nic nie wiem o żadnym przekręcie walutowym. Wymienił kilka nazwisk, ale żadnego nie znałem. Znam natomiast tego, który zadawał pytania. Nie jest zły jak na gestapowca. Gość nazywa się Werner Sachse. Nie wiem, czy jest członkiem partii, ale nie byłbym zdziwiony, gdyby nie był. – Nie podoba mi się, gdy gestapo miesza się w nasze sprawy – powiedział Goldsche. – Ani trochę. Himmler i jego zbiry zagrażają naszej niezależności. – Gestapowcy są jak psy. Żeby ich nie rozwścieczyć, trzeba im pozwolić polizać kość. Wiem coś o tym. A to były rutynowe pytania. Komisarz polizał kość, pozwolił mi pogłaskać się po uszach, a potem się wycofał. To tyle. Nie ma powodu do strachu. Nikt nie zamknie wydziału z powodu siedmiu Żydów, którzy nielegalnie wyjechali do Szwajcarii pojeździć na nartach.

Dohnanyi wzruszył ramionami. – Kapitan Günther prawdopodobnie ma rację – zawyrokował. – To było zwykłe rutynowe działanie, to wszystko. Wypiłem łyk kawy. Skąd Dohnanyi wiedział, że Meyer jest w szpitalu żydowskim? Pohamowałem wrodzoną ciekawość, uśmiechnąłem się tylko i zapytałem rzeczowo: – W jakim celu chciał mnie pan widzieć? – A właśnie. Jest pan pewien, że może pan wrócić do pracy? Skinąłem głową. – To dobrze. – Spojrzał na swojego przyjaciela arystokratę. – Hans, zechcesz wprowadzić kapitana w szczegóły? – Oczywiście. Baron odłożył lufkę, zdjął okulary i elegancką chusteczką zaczął czyścić szkła. Zgasiłem papierosa, otworzyłem notes. Dohnanyi pokręcił głową. – Proszę na razie słuchać, kapitanie. Kiedy skończę, zrozumie pan moją prośbę, żeby to, co tu powiemy, zostało między nami. Zamknąłem notes i czekałem, co powie. – W następstwie napadu na radiostację w Gliwicach niemieckie siły zbrojne 1 września 1939 najechały na Polskę, a szesnaście dni później, zgodnie z paktem Ribbentrop–Mołotow podpisanym 23 sierpnia, to samo zrobiła Armia Czerwona. Niemcy zajęły zachodnią Polskę, a Związek Radziecki wschodnią. Jakieś czterysta tysięcy polskich żołnierzy pojmał Wehrmacht. Zaś do rosyjskiej niewoli trafiło minimum ćwierć miliona. Sprawa dotyczy właśnie tych Polaków. Odkąd Wehrmacht zaatakował Związek Radziecki… – Niemcy zawsze mieli pecha do przyjaciół – prze rwałem. Dohnanyi zignorował mój sarkazm, włożył okulary i kontynuował: – Abwehra już w sierpniu 1941 otrzymywała raporty o masowych mordach na polskich oficerach, które miały miejsce wiosną lub wczesnym latem 1940 roku, ale nikt nie wiedział, gdzie dokładnie miały one miejsce. Aż do tej pory. W okolicach Gniezdowa, niedaleko Smoleńska stacjonuje 537 Pułk Łączności, dowodzony przez podpułkownika Friedricha Ahrensa. Z tego, co mówił sędzia, rozumiem, że był pan w Smoleńsku, kapitanie? – Tak jest. Latem 1941. Pokiwał głową. – Więc wie pan, o jakim miejscu mówię. – To dziura – odparłem. – Nie rozumiem, dlaczego w ogóle uznaliśmy ją za wartą świeczki. – No cóż. – Dohnanyi uśmiechnął się z wyrozumiałością. – Gniezdowo znajduje się na zachód od miasta i jest obszarem gęstych lasów, pełnych wilków i innych dzikich zwierząt, a teraz, jak się pan pewnie domyśla, jest pokryte grubą warstwą śniegu. 537 stacjonuje w jakimś zamku czy willi w lesie, która wcześniej była wykorzystywana przez tajną policję rosyjską NKWD. Pułk zatrudnia sporo hiwisów, radzieckich jeńców, takich jak ci szklarze na korytarzu, a ci kilka tygodni temu zgłosili dowództwu, że wilk wykopał w lesie ludzkie szczątki. Ahrens przeprowadził na własny użytek śledztwo i zgłosił znalezienie nie jednej, lecz wielu kości. Raport został przekazany Abwehrze, a my analizowaliśmy te informacje. Jest kilka możliwości. Po pierwsze: kości pochodzą z masowych grobów więźniów politycznych zamordowanych przez NKWD podczas tak zwanej Wielkiej Czystki z lat 1937–1938, która nastąpiła po pierwszym i drugim procesie moskiewskim. Szacujemy, że około miliona obywateli radzieckich zostało zabitych i pochowanych w masowych grobach, rozsianych na zachód od Moskwy, na terenach obejmujących setki kilometrów kwadratowych. Po drugie: pochodzą z masowych grobów zaginionych polskich oficerów. Co prawda rząd radziecki zapewniał polskiego premiera rządu na uchodźstwie, generała Sikorskiego, że wszyscy więźniowie zostali zwolnieni w 1940 roku, ale z powodu zawieruchy wojennej ślad po nich zaginął, możliwe, że uciekli do Mandżurii. Według naszych źródeł w Londynie Polacy w to nie uwierzyli. Niniejsze wyjaśnienie pasowałoby do raportów wywiadu, według których polscy oficerowie byli widziani na stacji kolejowej w Gniezdowie w kwietniu 1940. Ponadto uwagi poczynione przez Mołotowa w rozmowie z Ribbentropem przy podpisywaniu paktu o nieagresji doprowadziły nas do przypuszczeń, że Stalin po klęsce w wojnie polsko-bolszewickiej czuł głęboką nienawiść do Polaków. Po trzecie: masowe groby są pozostałością walk Wehrmachtu i Armii Czerwonej, które odbywały się na tym terenie. To z pewnością najmniej prawdopodobny scenariusz, jako że bitwa pod Smoleńskiem rozgrywała się na południe od miasta, a nie na zachód. Co więcej Wehrmacht wziął do niewoli ponad trzysta tysięcy jeńców, z których większość pozostała przy życiu i jest więziona w obozie na północny wschód od Smoleńska. – Lub pracuje na korytarzu – dodałem ironicznie. – Günther, błagam – odezwał się Goldsche. – Niech pan nie przerywa.

– Czwarta możliwość – kontynuował von Dohnanyi – jest najdelikatniejsza pod względem politycznym, i to właśnie z jej powodu poprosiłem o nierobienie notatek, kapitanie Günther. Z łatwością domyśliłem się, dlaczego wahał się wyjawić mi czwartą ewentualność. To był ciężki temat, ciężki dla niego, jeszcze cięższy dla mnie, bo niektóre z tych strasznych rzeczy, które były tak „delikatnej materii politycznej”, widziałem na własne oczy. – Czwarta możliwość jest taka, że to jeden z wielu masowych grobów Żydów wymordowanych przez SS – powiedziałem. Von Dohnanyi pokiwał głową. – SS jest bardzo tajemnicze w tej kwestii – ciągnął. – Ale mamy informacje, że specjalny batalion włączony do Grupy B Gottloba Bergera i dowodzony przez obersturmführera Oskara Dirlewangera działał na Białorusi, na zachód od Smoleńska, wiosną ubiegłego roku. Dokładne dane nie zostały nam udostępnione, mamy jednak ocenę, według której tylko oddział Dirlewangera jest odpowiedzialny za śmierć przynajmniej czternastu tysięcy ludzi. – Ostatnią rzeczą, którą chcemy zrobić, to nastąpić na odcisk SS – powiedział Goldsche. – Dlatego też jest to sprawa wymagająca najwyższej dyskrecji. Prawdę mówiąc, rozpętamy piekło, jeśli będziemy grzebać przy grobach, za które odpowiedzialne jest SS. – Bardzo delikatnie pan to ujął, sędzio – zauważyłem. – Domyślam się, że to ja mam pojechać do Smoleńska i zbadać sprawę, czyli upewnić się, że badamy właściwe groby. O to chodzi? – W wielkim skrócie, tak – potwierdził Goldsche. – Na razie ziemia jest zamarznięta, więc nie ma jak kopać. Co najmniej przez kilka tygodni. Do tego czasu musimy dowiedzieć się wszystkiego, co się da. Chciałbym, żeby spędził pan tam kilka dni, porozmawiał z mieszkańcami, pojechał na miejsce, ocenił sytuację, a później wrócił i złożył sprawozdanie bezpośrednio mnie. Jeśli okaże się, że jest to pod naszą jurysdykcją, wtedy niemal natychmiast będziemy mogli zorganizować pełne dochodzenie z odpowiednim sędzią. Ale w tej chwili posyłanie sędziego to za dużo. – Zgadzam się – odezwał się Dohnanyi. – To byłby dla nich sygnał, że dzieje się coś poważnego. Na obecnym etapie lepiej nie wzbudzać podejrzeń. – Pozwólcie – powiedziałem – że podsumuję to, czego się ode mnie oczekuje. Z tego, co zrozumiałem, jeżeli to groby Żydów, wtedy zapominam o wszystkim. Ale jeśli to groby polskich oficerów, wtedy mamy sprawę. O to chodzi? – Niezbyt subtelnie pan to ujął – powiedział Dohnanyi. – Ale właśnie tego od pana oczekujemy, kapitanie Günther. Przez chwilę wpatrywał się w pejzaż nad kominkiem, jakby chciał być tam, a nie w zadymionym berlińskim biurze, a mnie zaczęły cisnąć się na usta szyderstwa. Obraz przedstawiał włoską wioskę pod koniec letniego dnia, kiedy światło wydaje się malarzowi tak niesłychanie ciekawe. Jacyś mali starcy z długimi brodami w togach stali wkoło antycznych ruin i zadawali sobie pytanie, kto podejmie się koniecznego trudu odbudowy, skoro wszyscy młodzi mężczyźni poszli na wojnę. W tamtych arkadyjskich czasach nie mieli rosyjskich jeńców, którzy naprawiliby okna. Drwina z jego wyjątkowej naiwności przerodziła się w pogardę. – Ależ ta misja również nie będzie subtelna, panowie – powiedziałem. – O tym mogę zapewnić. Żadnej subtelności w stylu tego uroczego obrazka. Smoleńsk to nie bukoliczny półraj. To ruina, ale z powodu naszych czołgów i artylerii. To ruina pełna brzydkich, przerażonych ludzi, którzy po prosu starali się przeżyć, gdy pojawił się Wehrmacht, domagając się wody i żywności. Zeus nie będzie uwodził Io, za to jakiś Szwab będzie próbował zgwałcić biedną wieśniaczkę. W Smoleńsku piękny krajobraz nie jest spowity bursztynowym blaskiem ciepłego włoskiego słońca, ale ścięty mrozem. Nie, nie będzie subtelnie. Proszę mi wierzyć, nie ma nic subtelnego w odkopanym ciele. To zaskakujące, jak bardzo staje się nieprzyjemne. Odpychające w całej swojej istocie. Zapach na przykład. Zwłoki mają w zwyczaju się rozkładać. Zapaliłem następnego papierosa i cieszyłem się ich rosnącym dyskomfortem. Przez długą chwilę panowała cisza. Von Dohnanyi denerwował się bardziej niż powinien. A może po prostu miał ochotę mi przywalić. Cóż, tak już działam na ludzi. – Jednak rozumiem, do czego pan zmierza. – powiedziałem, tym razem chcąc go nieco uspokoić. – Mam na myśli SS. Oczywiście nie chcemy ich denerwować. Wiem, o czym mówię, proszę mi wierzyć. Już ich kiedyś zdenerwowałem, więc równie mocno jak wam zależy mi, żeby tego więcej nie robić. – Jest jeszcze piąta możliwość – dodał Goldsche. – I dla tego chciałbym, żeby zajął się tym odpowiedni człowiek. – Czyli? – Chciałbym, aby pan zyskał absolutną pewność, że nie jest to jakieś upiorne kłamstwo wymyślone przez Ministerstwo Propagandy. Że ciało nie zostało tam celowo podrzucone, żebyśmy najpierw my, a potem światowe media, tańczyli, jak nam zagrają. Proszę mnie dobrze zrozumieć, panowie, właśnie to nas czeka, jeśli okaże się, że tę

historię można włożyć między bajki. Pokiwałem głową. – Brzmi to rozsądnie. Ale najwidoczniej zapomina pan o szóstej ewentualności. – Czyli? – Von Dohnanyi zmarszczył brwi. – Może okazać się, że to masowe groby polskich oficerów, których wymordowała armia niemiecka. – Niemożliwe. – Czyżby? Nie rozumiem, jak druga ewentualność może istnieć bez choćby prawdopodobieństwa szóstej. – Logicznie rzecz biorąc, ma pan rację. Ale prawda jest taka, że armia niemiecka nie morduje jeńców. Uśmiechnąłem się szeroko. – W takim razie przepraszam, że o tym pomyślałem, proszę pana. Von Dohnanyi lekko się zaczerwienił. W sali koncertowej czy w sądzie nieczęsto ma się do czynienia z sarkazmem. A z gliną pewnie nie rozmawiał od dawna. Przynajmniej od czasu, gdy arystokraci starali się o pozwolenie na broń, żeby móc polować na dziki i bolszewików. – Poza tym – kontynuował – te tereny są w rękach Niemców dopiero od września 1941. To po pierwsze, a po drugie, w bazie wojskowej można znaleźć informacje, jacy Polacy byli więźniami Niemiec, a jacy Związku Radzieckiego. Polski rząd w Londynie już je zna. Z tego powodu łatwo będzie ustalić, czy którykolwiek z tych ludzi był jeńcem Armii Czerwonej. Dlatego uważam, że jest wysoce nieprawdopodobne, żeby była to sprawka Ministerstwa Propagandy. Łatwo byłoby to wykryć. – Prawdopodobnie masz rację, Hans – przyznał sędzia. – Oczywiście, że mam. Dobrze o tym wiesz. – Niemniej jednak – odparł sędzia – chciałbym mieć pewność, z czym mamy do czynienia. I to jak najszybciej. Więc jak, Günther, podejmie się pan tego zadania? Nie miałem ochoty wracać do Smoleńska ani w ogóle do Rosji. Ten kraj wzbudzał we mnie strach i wstyd. Jakiekolwiek zbrodnie popełniła Armia Czerwona w imię komunizmu, SS popełniło równie potworne w imię nazizmu. Prawdopodobnie nawet potworniejsze. Egzekucja oficerów w mundurach wrogów to jedna rzecz, sam miałem w tym doświadczenie, ale mordowanie kobiet i dzieci było czymś zupełnie innym. – Tak jest, podejmę się. Oczywiście. – To świetnie – powiedział sędzia. – Jak już mówiłem, jeśli pojawi się choć cień przypuszczenia, że to robota zbirów z SS, proszę zapomnieć o wszystkim. Proszę się wynosić jak najszybciej ze Smoleńska, wracać do domu i udawać, że o niczym pan nie wie. – Z przyjemnością. Uśmiechnąłem się na myśl o tym, na jakiej planecie mieszkają ci dwaj panowie. Może trzeba być sędzią lub arystokratą, żeby spoglądać z wysokości i widzieć, co jest ważne dla Niemiec. Ja martwiłem się o bardziej przyziemne kwestie, na przykład o siebie. A z mojego punktu widzenia cała historia z wszczynaniem śledztwa w sprawie masowych mordów na Polakach pachniała straszną hipokryzją. – Coś nie tak? – zapytał Dohnanyi. – Po prostu trudno mi sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógłby uznać, że hitlerowskie Niemcy mają moralne prawo zajmować jakiekolwiek stanowisko w takiej sprawie. – Dochodzenie, a później Biała Księga mogą okazać się niezwykle przydatne w odbudowie naszej reputacji ludzi uczciwych i stosujących reguły fair play w oczach Zachodu – powiedział sędzia. – Kiedy już będzie po wszystkim. Więc o to chodziło. O Białą Księgę. Zapis dowodów, które wpływowi i szanowani ludzie, jak Goldsche i von Dohnanyi, będą mogli wydobyć z archiwów Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kiedy skończy się wojna, żeby pokazać innym wpływowym i szanowanym ludziom z Anglii czy Ameryki, że nie wszyscy Niemcy zachowywali się tak źle jak naziści lub że Rosjanie byli tak samo źli jak my. Lub coś podobnego. Miałem wątpliwości, czy to się uda. – Proszę zapamiętać moje słowa – powiedział von Dohnanyi. – Jeśli mam rację, to dopiero początek. Od czegoś trzeba zacząć odbudowę naszego kręgosłupa moralnego. – Proszę to powiedzieć SS – odparłem.