wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

S. D. Stuart - Kraina smoków

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :242.4 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

S. D. Stuart - Kraina smoków.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S S. D. Stuart
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 45 osób, 35 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 42 stron)

S.D. STUART MINECRAFT PRZYGODY KRAINA SMOKÓW TŁUMACZENIE: JOANNA HATŁAS-CZYŻEWSKA 2014 INNE KSIĄŻKI: http://catshare.net/folder/xljG2LRENtJ4aJJz http://ul.to/f/6fsnui http://rapidu.net/folder/9811934862

SPIS TREŚCI SPIS TREŚCI KRAINA SMOKÓW Rozdział 1. Rozdział 2. Rozdział 3. Rozdział 4. Rozdział 5. Rozdział 6. Rozdział 7. Rozdział 8. Rozdział 9. Rozdział 10. Rozdział 11. Rozdział 12. Rozdział 13. Rozdział 14. Rozdział 15. Rozdział 16.

KRAINA SMOKÓW Josh, Andre i Suzy przemierzają niedostępny dla innych graczy świat Minecrafta, zamieszkany przez inteligentne, samodzielnie rozwijające się moby. Poszukują Herobrine’a, który przebywa tam już od ponad stu lat (czasu gry) i w każdej chwili może przejąć kontrolę nad całym Internetem. W drodze do Silverrock spotykają smoka i dokonują kolejnego niepokojącego odkrycia... Dzięki ogromnemu sukcesowi powieści Herobrine powstaje oraz żądaniom czytelników, pragnących wiedzieć, jak akcja potoczy się dalej, Przygody w świecie Minecrafta rozrosły się w serię książek. Każda z nich jest odcinkiem większej historii. Czy trójce dziesięciolatków - Joshowi, Andremu i Suzy - uda się powstrzymać Herobrine’a przed podbojem świata Minecrafta? Czy ludzkość znajdzie się na łasce jednego z najpotężniejszych bossów gier wideo, jacy kiedykolwiek zostali stworzeni? Książka ta jest fikcją literacką opartą na zasadach dozwolonego użytku osobistego funkcjonujących w prawie Stanów Zjednoczonych. Nawiązania do osób, zdarzeń, placówek, organizacji oraz miejsc akcji mają na celu zapewnienie czytelnikowi poczucia autentyczności. Wszystkie pozostałe postacie, a także wydarzenia i dialogi, zrodziły się w wyobraźni autora i nie powinny być odbierane jako rzeczywiste. Minecraft jest znakiem handlowym spółki Mojang AB z siedzibą w Sztokholmie. Autor i wydawca książki nie są powiązani z producentami gry Minecraft ani z Mojang AB.

Rozdział 1. Andre kopnął kamyk i patrzył, jak skalny okruch toczy się ku górze, a następnie zawraca i osuwa po stoku, nabierając prędkości. Niesamowite, pomyślał chłopiec, jak to wszystko wydaje się prawdziwe. On, jego brat bliźniak Josh oraz Suzy, najbardziej przemądrzała dziewczyna z ich klasy, przemierzali ten komputerowo wygenerowany świat, aby odszukać i powstrzymać Herobrine’a sztuczną inteligencję, której wyłącznym celem było pokonanie ludzkości. Jednak od czasu, gdy opuścili Estermead, jedynymi rzeczami, jakie udawało się im odnaleźć, były kolejne górskie szczyty. Wspinali się na nie od wschodu do zachodu słońca, w nocy odpoczywali i następnego ranka na nowo podejmowali wędrówkę, kierując się w stronę widocznego na horyzoncie najwyższego wzniesienia. Tak postanowiła Suzy, samozwańcza przywódczyni ich trójki. I oczywiście nie raczyła wyjaśnić, po co to robią. Toczący się po zboczu kamyk powrócił do jego nogi i Andre kopnął go ponownie. - Przypomnij mi, dlaczego musimy iść piechotą - zwrócił się zjadliwym tonem do koleżanki. - A tak, już pamiętam! Bo wczoraj sprzedałaś nasze konie za... eee... - Spojrzał na brata. - Jak one się nazywają? - Kubity - odburknął Josh, uważnie badając wzrokiem kamieniste podłoże pod swoimi stopami. - Właśnie. Za parę nędznych kubitów. - Andre potrząsnął głową. - Straszne zdzierstwo panuje w tej okolicy. Suzy obrzuciła go ciężkim spojrzeniem. - Potrzebowaliśmy pieniędzy. Czym niby mieliśmy zapłacić za nocleg w gospodzie? Twoim słodkim uśmiechem? - Mogliśmy spróbować. - Wzruszył ramionami. - Konie nie są nam potrzebne, a pieniądze tak - ucięła i minąwszy go, zaczęła wdrapywać się na strome zbocze. Andre nie dawał za wygraną. - No dobrze, nie potrzebujemy koni. Ale mogliśmy przecież pójść tamtą wygodną

drogą wzdłuż rzeki - narzekał, starając się nadążyć za dziewczynką. - Tylko że ty uparłaś się, że musimy wleźć na najwyższą górę, jaką zobaczymy. Suzy zacisnęła wargi i w milczeniu kontynuowała wspinaczkę. - Jesteśmy na miejscu - stwierdziła po dłuższej chwili, zatrzymując się na szczycie wzgórza. - I co spodziewasz się tu znaleźć? - Andre dołączył do niej i rozejrzał się dookoła. - To - wskazała dłonią rozpościerającą się u podnóża góry dolinę. Chłopiec wytężył wzrok, ale dostrzegł tylko kępy drzew i wijący się między nimi strumyk. - Nic tam nie ma - prychnął. - No właśnie - przytaknęła z uśmiechem. - Według mapy to miejsce nazywa się Smoczy Wybieg. Nie ma tutaj miast, wiosek ani ludzi. - I po to wlokłaś nas przez te góry? Żebyśmy popatrzyli sobie na odludzie? Josh stanął obok nich, zdjął z ramienia torbę i opuścił ją na ziemię. Suzy rozpostarła ręce i zamachała nimi jak skrzydłami. - Przyprowadziłam was tutaj, żebyśmy nauczyli się latać - oznajmiła wesoło. Chłopcy spojrzeli na nią z osłupieniem. - Latać? - wykrztusił Josh. - To idealne miejsce. Nikt nas nie zobaczy. Wszyscy troje wychylili głowy poza krawędź urwiska i spojrzeli na dno doliny. Znajdowało się daleko w dole. - Dlaczego musieliśmy wejść aż tak wysoko, żeby uczyć się latać? - zapytał zdławionym głosem Josh. - Powiedzmy, że dla rozgrzewki - odparła Suzy kpiąco i przeniosła wzrok na Andrego. -To kto chce spróbować pierwszy? Andre, ty pewnie nie możesz się już doczekać, co? Chłopiec zgiął się w teatralnym ukłonie i wykonał zamaszysty gest ręką. - Panie przodem! - Och, nie. - Suzy zatrzepotała rzęsami. - Ustąpię ci miejsca. Przecież tak bardzo chciałeś latać. Andre wypiął dumnie pierś. - Proszę cię bardzo, mogę skoczyć pierwszy. Nie boję się. Jestem po prostu dżentelmenem. Głośny śmiech dziewczynki odbił się echem od przeciwległego zbocza doliny. - Dżentelmenem? Daj spokój!

- To co, mam skakać? - Andre wyciągnął rękę, wskazując dolinę. Suzy skinęła głową, uśmiechając się słodko. Chłopiec ponownie zerknął w dół i przełknął ślinę. - Dobra. Już się robi. Odsunął się od krawędzi urwiska i cofnął o kilka kroków. - Dokąd idziesz? - zapytała Suzy. Zatrzymał się i spojrzał na nią wyniośle. - Muszę wziąć rozbieg. Zrobił kilka przysiadów, skłonów i skrętów tułowia. - Co ty wyprawiasz? - Dziewczynka przechyliła głowę, patrząc na niego z rozbawieniem. Andre zaczął podskakiwać to na jednej, to na drugiej nodze. - Przygotowuję się do lotu - oświadczył. Suzy założyła ręce na piersi. - A co tu przygotowywać? Skaczesz w dół i lecisz - prychnęła. - Myślisz, że to takie proste? - Myślę, że niepotrzebnie to sobie utrudniasz. Andre przykucnął. Oparł ręce o ziemię i uniósł biodra, przybierając pozycję startową biegacza. - Ej, to nie olimpiada! - zachichotała dziewczynka. - Cicho bądź! - syknął. Wykonał serię szybkich wdechów i wydechów, poruszał barkami. - No, to naprzód. Do startu. Gotowi... - Nie kombinuj, tylko skacz! - Suzy tupnęła nogą. Andre rzucił się biegiem przed siebie i wystrzelił ponad krawędź urwiska. Przez ułamek sekundy wisiał w powietrzu, a później runął w dół jak kamień, krzycząc wniebogłosy. Suzy i Josh obserwowali go, dopóki nie zniknął między drzewami. - Pierwsze śliwki robaczywki - skomentowała dziewczynka. Josh westchnął. - I jak my się teraz do niego dostaniemy? - Zejdziemy tędy - odparła Suzy, wskazując wąską ścieżkę opadającą zakosami do podnóża góry. - Mhm. Kolejny miły spacerek - mruknął chłopiec. - No, możesz przecież skorzystać ze skrótu wypróbowanego przez twojego brata. - Nie, dziękuję. - Josh uśmiechnął się krzywo. - Spacery są jednak zdrowsze.

Rozdział 2. Dwie godziny później odnaleźli Andrego. Siedział na dużym głazie leżącym niedaleko strumienia i masował sobie kolana. - Wiedziałaś, że spadnę! - warknął, patrząc z wyrzutem na koleżankę. - Pomysł był dobry - zaśmiała się. - Tylko wykonanie nie wyszło najlepiej. Chłopiec wstał i skrzywił się z bólu. - Złamałem obie nogi - oznajmił oskarżycielskim tonem. Suzy przyjrzała mu się uważnie. - Już ci się zrosły - stwierdziła. - Tak, pewnie. Ale wciąż bolą. - Nie marudź. Wiedziałam, że się nie zabijesz. Josh też spadł przecież w przepaść po wybuchu creepera i przeżył. Andre spojrzał na brata, szukając u niego poparcia. Ten jednak uśmiechnął się tylko i wzruszył ramionami. Andre parsknął gniewnie, odwrócił się i pokuśtykał na brzeg strumienia. - Od teraz będę pobierał lekcje latania tylko od kogoś, kto wie, jak to się robi - rzucił przez ramię. Dziewczynka ujęła się pod boki. - Tak? Ciekawe, gdzie w tym świecie znajdziesz kogoś, kto potrafi latać? Wskazał w górę. - Na przykład tam. Suzy i Josh unieśli głowy i ujrzeli ogromnego smoka siedzącego na szczycie urwiska wznoszącego się po drugiej stronie doliny. Skóra potwora była czarna jak węgiel, a odbijające światło słońca oczy wyglądały jak dwie kule żaru. Rozpostarł nagle wielkie błoniaste skrzydła i wzbił się w powietrze. Patrzyli, jak kołuje nad koronami drzew, a potem odlatuje i znika w oddali. - Dobra. - Suzy podeszła do Andrego i klepnęła go w ramię. - Jeśli uda ci się przekonać to coś, żeby zamiast cię zeżreć, nauczyło cię latać, to przez miesiąc będę odrabiała za ciebie matmę.

- Tylko przez miesiąc? - skrzywił się ironicznie. - No, niech ci będzie. Josh wszedł na kamienie przegradzające nurt strumienia i wyciągnął rękę, by pomóc bratu przedostać się na drugi brzeg. - Nie słuchaj jej, stary. Sami dojdziemy do tego, jak się lata. - Nie, nie - odpowiedział Andre. - Nie odpuszczę jej tego miesiąca odrabiania za mnie matmy. - Przekroczył strumień i ruszył w stronę zagajnika, za którym zniknęła skrzydlata bestia. - Chodźcie. Znajdziemy tego smoka i zobaczymy, co się stanie.

Rozdział 3. Larissa wyprostowała plecy i otarła pot z czoła. Uniosła łubiankę, przechyliła ją i przyjrzała się z uwagą znajdującym się w środku truskawkom. Zbierała je już od kilku godzin, lecz koszyk był zapełniony zaledwie do połowy. Na ich farmie, położonej dwadzieścia mil na północ od doliny Smoczy Wybieg, truskawkowe pola dawały zwykle obfity plon. Tegoroczne lato było jednak wyjątkowo chłodne, więc niewiele owoców dojrzało. Były też mniejsze i ciemniejsze niż te z poprzednich zbiorów. Larissa westchnęła ciężko. Jeśli nie zdoła zapełnić przynajmniej dwudziestu łubianek przed przypadającymi w przyszłym tygodniu dożynkami, ojcu nie wystarczy pieniędzy na zakup potrzebnych im zapasów na zimę. Z góry dobiegł ją głośny łopot skrzydeł. Zaintrygowana, uniosła głowę i zaczęła wypatrywać ptaka. Musiał być duży, większy od jastrzębi, które łowiły myszy na polach. Może to któryś z górskich orłów zapuścił się w te strony w poszukiwaniu zdobyczy? Słońce świeciło jasno, więc osłoniła ręką oczy i - zamarła. Po pogodnym, błękitnym niebie szybował smok. Leciał wprost na nią. Dziewczyna rzuciła łubiankę na ziemię i co sił w nogach pobiegła w stronę domu. Złowrogi cień potwora dogonił ją jednak i stawał się coraz większy i większy. Poczuła na plecach mocne podmuchy powietrza, gdy smok uderzał skrzydłami, zwalniając podczas zbliżania się do ziemi. Udało jej się dobiec tylko do krańca pola. Szponiaste łapy pochwyciły ją i uniosły w górę. Jej nogi zwisły bezwładnie, a z gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. Zobaczyła ojca: wypadł na podwórze i stanął oniemiały. Ich oczy spotkały się na chwilę, zanim smok machnął skrzydłami i wzbił się ponad dach chaty. Ojciec Larissy patrzył z przerażeniem, jak straszliwa bestia oddala się, unosząc w szponach jego jedyne dziecko.

Rozdział 4. Josh przez dłuższą chwilę oglądał mapę i sprawdzał ich pozycję w stosunku do słońca. Wreszcie oznajmił: - Okej, wiem, gdzie jesteśmy. Powinniśmy dojść do Silverrock przed nocą. Andre kopnął leżący na skraju drogi kamyk i zaśmiał się. - To dobrze. Mam już dosyć spania na ziemi. Siedząca na wielkim głazie Suzy przewróciła oczami. - A ja mam już dosyć powtarzania ci, że wcale nie musimy spać. Josh zwinął mapę i schował ją do torby. - Tak, ale ostatnim razem, kiedy próbowaliśmy dojść dokądś w nocy, skończyło się na tym, że kręciliśmy się w kółko. A skoro potrafimy zasnąć, to czemu mielibyśmy tego nie robić? Suzy wstała i przeciągnęła się. - Masz rację. Dlatego zgodziłam się z wami, że powinniśmy zatrzymywać się na noc. No i fajnie będzie poleżeć dla odmiany w prawdziwym łóżku, w pokoju ze ścianami i z sufitem. Wysoko w górze rozległ się dziwny skrzek. Spojrzeli w niebo i dostrzegli wielkiego czarnego smoka, lecącego w stronę doliny, którą opuścili przed kilkoma godzinami. - Myślicie, że to ten sam? - zapytał Josh. Andre przesłonił ręką oczy. - Słuchajcie, on coś trzyma w pazurach. Co to jest? Niedźwiedź? Suzy wytężyła wzrok, wpatrując się w ciemny kształt, który przesuwał się właśnie dokładnie nad nimi. - Jaki tam niedźwiedź! - krzyknęła. - To dziewczyna! Odwróciła się, gotowa do biegu, ale Andre zastąpił jej drogę. - A ty dokąd? - Musimy jej pomóc! - Zwariowałaś? Jak chcesz nadążyć za tym smokiem? Widziałaś, jak szybko leci? A

jeśli nawet dasz radę go dogonić, to co zrobisz? Suzy łypnęła na niego wściekle. - Nie wiem, ale na pewno nie będę tutaj stać i patrzeć, jak ta poczwara kogoś zjada! Andre chwycił ją za ramiona i potrząsnął. - Jest za szybki! Nie dogonimy go, nawet gdybyśmy chcieli. Odepchnęła go. - Mów za siebie! Wzięła rozbieg i wykonała skok w dal, ale zamiast opaść z powrotem na ziemię, wzbiła się w powietrze i poleciała za smokiem. Andre gapił się na nią z rozdziawionymi ustami. Wreszcie zamknął je i gwałtownie zwrócił się do brata: - Czy ty widzisz to, co ja? Wiedziałeś, że ona potrafi latać? Josh powoli pokręcił głową, nie odrywając oczu od Suzy. Ich koleżanka z wyciągniętymi przed siebie rękami pruła powietrze jak rakieta, ścigając skrzydlatego potwora.

Rozdział 5. Suzy mknęła co sił, starając się nadążyć za smokiem. Upajała się pędem powietrza i poczuciem absolutnej wolności. W nocy, kiedy te dwa leszcze, Andre i Josh, marnowali czas na sen, ona uczyła się latać. I proszę, jak to się teraz przydało! Smok obniżył lot, prześlizgnął się ponad szczytami gór i zniknął z jej pola widzenia. Na pewno sfrunął do doliny. Suzy skoncentrowała się i udało jej się przyspieszyć. Niewiele wiedziała o smokach, ponieważ żaden z nich nie istniał w realnym świecie, ale oglądała filmy przyrodnicze. Drapieżny ptak chwyta ofiarę, zanosi ją w wybrane miejsce, a po wylądowaniu natychmiast zabija i zjada. Jeżeli ten potwór ma takie same obyczaje, to na uratowanie porwanej przez niego dziewczyny nie pozostało wiele czasu. Powietrze nad pasmem górskim było rozrzedzone i strasznie zimne, lecz Suzy zacisnęła zęby i wytrwale leciała dalej. Minąwszy najwyższy szczyt, zobaczyła, jak smok opada na dno doliny i znika wśród zieleni. Ułożyła ręce wzdłuż boków i zanurkowała, stopniowo nabierając tempa dzięki działaniu grawitacji. Gdy znalazła się nad koronami drzew, rozłożyła szeroko ramiona i skręciła, zataczając wielkie koło i pilnie wpatrując się w ziemię. Wreszcie dostrzegła dużą polanę, a na niej czarne cielsko. - Mam cię! Wylądowała na drzewie, zsunęła się po pniu i ostrożnie zza niego wyjrzała. Potwór leżał nieruchomo na plecach pośrodku polany, a spod jego lewej pachy wystawał pierzasty koniec ogromnej strzały. Suzy zrobiła krok do przodu, lecz stanęła jak wryta, słysząc przyjemny męski głos: - Nic pani nie jest, panienko? Szybko ukryła się za pniem i obserwowała, jak młody mężczyzna zbliża się do leżącej na ziemi dziewczyny, pochyla się i troskliwie pomaga jej wstać. - Eee... Chyba nic - wyjąkała niedoszła ofiara smoka. - Co... Co się stało? - Zamierzałem właśnie rozbić obóz, kiedy ujrzałem tę podłą bestię sfruwającą ze szczytu góry. Gdym dostrzegł, jak piękną istotę dzierży w okropnych swych pazurach, chwyciłem mój wierny łuk i posłałem niechybną strzałę, która śmiertelnie poraziła poczwarę.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem i zatrzepotała rzęsami. - Kim jesteś? - spytała. Młodzieniec zerwał z głowy ozdobiony piórami kapelusz i wywijając nim, ukłonił się nisko. - Jam jest Dylan, łowca smoków, do usług ślicznej panienki. - Wyprostował się i obrzucił swą rozmówczynię gorącym spojrzeniem. -Czy wolno mi poznać imię tej, którą miałem dzisiaj honor uratować? Dziewczyna zaczerwieniła się jeszcze mocniej i przestąpiła z nogi na nogę. - Ee... Tak... Jestem Larissa. Ujął jej dłoń i pocałował. Obserwująca ich zza pnia Suzy skrzywiła się z niesmakiem i postanowiła przerwać tę beznadziejnie głupią scenę. - Przepraszam bardzo - odezwała się, wkraczając na polanę. Tamci dwoje odwrócili się ku niej, zaskoczeni. Dylan obrzucił dziewczynkę uważnym spojrzeniem. - A ty coś za jedna? - warknął gburowatym tonem. - Mam na imię Suzy - odparła i szybko schowała rękę za plecami, w obawie, że ten kretyn zabierze się do całowania. Dylan zerknął na Larissę i jego głos ponownie stał się aksamitny: - Cóż robisz tutaj sama, dziecino, tak daleko od miasta? - Nie jestem sama. - Suzy wzruszyła ramionami. - Moi przyjaciele i ja chcemy się dostać do Silverrock. I idziemy na skróty przez tę dolinę. Mężczyzna postąpił krok w jej kierunku. - Przyjaciele... - powtórzył. - A gdzież są twoi rodzice? Dziewczynka uniosła wyzywająco podbródek. - Jestem tylko ja i moi przyjaciele. Dylan pokręcił głową z miną wyrażającą naganę. Suzy irytowało jego zachowanie. Traktował ją jak małe dziecko! - To bardzo niebezpieczne... - zaczął i nagle urwał, marszcząc brwi, jakby przyszła mu właśnie do głowy jakaś myśl. Zmrużył oczy i nerwowo oblizał wargi. - Jak długo się tutaj ukrywałaś? Co widziałaś? - Niewiele. Jak tu przyszłam, właśnie pomagałeś Larissie wstać. - Dziewczynka spojrzała na powalonego smoka. - Naprawdę zabiłeś go jedną strzałą? Młodzieniec wyraźnie się odprężył. - Owszem - odparł z uśmiechem.

Suzy podeszła do smoka i z namysłem przyjrzała się strzale. Wyglądało na to, że grot wbił się dokładnie w miejsce, gdzie przednia łapa potwora stykała się z tułowiem. Drzewce sterczało pod kątem prostym i nigdzie nie było widać krwi. Dziwne. Smok nie żył, mimo że tak umiejscowiona strzała nie mogła przebić jego serca, płuc ani innego ważnego organu. To nie powinna być śmiertelna rana. Dylan położył rękę na ramieniu dziewczynki i odciągnął ją od martwej bestii. - Widok śmierci nie jest odpowiedni dla oczu dziecięcia. Zresztą... - Rozejrzał się po niebie. - Trzeba nam iść stąd co prędzej. Gdzie ujrzysz jednego smoka, tam spodziewaj się ich wielu. - Spojrzał na Larissę. - W którejże świata stronie znajduje się twe domostwo, o pani? Sprawdziła położenie słońca i wskazała kierunek ręką: - Tam. Młodzieniec uśmiechnął się uwodzicielsko i wyciągnął ku niej dłoń. - Spieszmy zatem uradować twych bliskich, którzy zapewne pogrążeni są w żalu, sądząc, iż potwór okrutny pożarł cię, piękna panienko. Pozwól, że poprowadzę cię bezpiecznie w twe rodzinne progi. Rozpromieniona Larissa podała mu rękę i pozwoliła się prowadzić. - Mam tylko tatę - wyjaśniła. - Będzie bardzo szczęśliwy, kiedy wrócę cała i zdrowa. Nie będzie wiedział, jak ci się odwdzięczyć za uratowanie mi życia. Dylan błysnął zębami i potrząsnął głową. - Och, drobiazg. Jestem pewien, że coś wymyślimy.

Rozdział 6. Andre po raz kolejny wziął rozpęd i wyskoczył w górę. Niestety, i ta próba zakończyła się niepowodzeniem. O mało nie zarył nosem w kamienistym gruncie. Parsknął wściekle i spojrzał bezradnie na brata: - Jak ona to zrobiła? Josh ruchem brody wskazał w kierunku doliny. - Zapytaj ją. Andre zmarszczył brwi i obejrzał się za siebie. W oddali na drodze dostrzegł Suzy, idącą ku nim w towarzystwie dwojga dorosłych osób. Jedną z nich była chyba ta dziewczyna, którą porwał smok, a drugą... jakiś myśliwy. W każdym razie facet miał na sobie płaszcz uszyty z różnych kawałków skóry, taki, jaki powinien nosić myśliwy. Andre usiadł na głazie obok brata. - Nie mogę jej pytać przy ludziach. Jak myślisz, co to za jedni? I dlaczego nie przyleciała tu, tylko idzie pieszo? Josh wzruszył ramionami. - Nie wiem. Suzy dostrzegła bliźniaków i ruszyła ku nim biegiem. - Siemanko! - zawołała, zatrzymując się przy głazie. Andre chwycił ją za nadgarstek i pociągnął, zmuszając, żeby się pochyliła. - Kim oni są? - szepnął. Suzy prychnęła ze zniecierpliwieniem, wyrwała rękę z jego uścisku i szerokim gestem wskazała nadchodzącą parę. - Chłopaki, to są Larissa i Dylan. Larisso, Dylanie, to są moi przyjaciele: Josh i Andre. Mężczyzna wyciągnął dłoń. - Miło mi was poznać, młodzi panowie. Bliźniacy kolejno potrząsnęli jego ręką. - Nam również miło pana poznać - odpowiedział Josh. - Tak, a kim pan jest? - zapytał Andre.

- Andre! - syknęła Suzy. Dylan roześmiał się. - To ważne pytanie. Jam jest łowcą smoków. Los sprzyjał mi dzisiaj, bom na czas dojrzał potwora unoszącego w szponach tę oto piękność i mogłem ocalić ją od straszliwej śmierci. Larissa spłonęła rumieńcem. - To ja miałam szczęście, że Dylan był w pobliżu. Łowca smoków uśmiechnął się uprzejmie i spojrzał na zachodzące słońce. - Nie czas teraz na pogwarki. Wkrótce zmrok zapadnie i muszę odprowadzić tę damę w bezpieczne miejsce, zanim doścignie mnie odwet za śmierć poczwary, którą dzisiaj ubiłem. Andre zmarszczył brwi. - Odwet? Dylan pokiwał głową ze smętnym uśmiechem. - Inne smoki będą chciały pomścić swego pobratymca. Oczy chłopca rozszerzyły się. - Ach tak? Larrisa wskazała na drogę. - Farma mojego ojca jest tuż za tamtym wzgórzem. Jak się pospieszymy, dojdziemy tam przed nocą. Dylan ujął jej dłoń. - Ruszajmy więc bez zwłoki. Pociągnął dziewczynę za sobą, ale ona przystanęła i obejrzała się na pozostałą trójkę. - Wy też chodźcie. Przenocujecie w moim domu. Nie chcecie chyba, żeby dopadły was smoki? Andre przytaknął: - Ona ma rację. Podążył za oddalającą się szybko parą. Suzy nie ruszyła się z miejsca i przytrzymała Josha za ramię. - Nie podoba mi się ten Dylan - mruknęła. - Wkurza mnie. Chłopiec zachichotał - Bo uratował tę dziewczynę, zanim ty zdążyłaś to zrobić? A tak przy okazji, to w jaki sposób nauczyłaś się latać? Rzuciła mu gniewne spojrzenie. - Pogadamy o tym później - syknęła i pobiegła za Andrem.

Josh dogonił ją po chwili.

Rozdział 7. Dom Larissy był niewielką chatą stojącą na skraju rozległego pola. Na widok światła w oknach dziewczyna pomknęła przez podwórze, głośno wołając ojca. Dylan natomiast przystanął i omiótł wzrokiem ubogie obejście. Stary farmer wybiegł z domu, chwycił córkę w objęcia, uniósł ją do góry i zakręcił się z nią w kółko. Kiedy postawił ją na ziemi, Larissa w kilku słowach wyjaśniła mu, co jej się przytrafiło. Wieśniak ze łzami w oczach podszedł do łowcy smoków, padł przed nim na kolana, chwycił jego rękę i ucałował ją. Dylan pospiesznie wyrwał dłoń, pochylił się nad mężczyzną i podniósł go. - A więc prowadzisz gospodarstwo rolne, zacny panie? - zapytał. Farmer uśmiechnął i z dumą wskazał pola otaczające jego chatę. - Nazywam się Brandon. Od pokoleń moja rodzina uprawia na tej ziemi truskawki, tak soczyste i dorodne, że nigdzie lepszych nie znajdziesz! - Jego mina nagle zrzedła. - Tyle że w tym sezonie jakoś nie bardzo obrodziły. Łowca smoków wyglądał na rozczarowanego. - Ach, rozumiem. Ojciec Larissy westchnął i ponownie się rozpromienił. - Ale co tam! Grunt, że moja córeczka wróciła do domu cała i zdrowa, i to dzięki tobie! Chodźmy, musimy to uczcić! Ujął Dylana pod ramię i pociągnął go w stronę chaty. Wyniósł ze spiżarni niemal wszystkie zapasy i zabił swoją jedyną owcę, by podjąć wybawcę córki odpowiednio wystawną kolacją. Łowca smoków protestował, ale farmer nie chciał go słuchać i wkrótce zaprosił gości do suto zastawionego stołu. Josh, Andre i Suzy nie mogli odmówić wzięcia udziału w uczcie, ale starali się jeść jak najmniej. Ten człowiek był ubogi, a oni nie potrzebowali przecież jedzenia. Za to Dylan opychał się za dwóch, opowiadając między kęsami o swoich walecznych czynach. Odkąd wyrósł z lat chłopięcych, tropił smoki i zabijał je. Ile już miast uratował, ile pięknych dziewcząt ocalił! Pewnego dnia usłyszał przepowiednię, że Silverrock zostanie wkrótce oblężone przez te okrutne bestie.

Natychmiast więc podążył w te strony i od razu natknął się na smoka, który porwał Larissę. - Obawiam się, że moje dzisiejsze działania mogły zapoczątkować spełnienie się tej wróżby - zakończył ponuro, przełykając wielki kawał mięsa. - Jeśli poczwary zaatakują miasto w odwecie za śmierć smoka, którego zabiłem w dolinie, ja będę temu winien. Brandon podsunął mu kolejny półmisek i lekceważąco machnął ręką. - Bzdura! Dzięki tobie jest o jednego zagrażającego Silverrock smoka mniej. I na pewno uda ci się bez trudu obronić miasto. Dylan otarł usta chustką i wstał. - To mi przypomniało o moich obowiązkach. Czas na mnie. Muszę przygotować się do walki. Wszyscy poderwali się od stołu. Larissa chwyciła swego wybawcę za ramię. - Och nie, nie idź jeszcze! Proszę! Jej ojciec podbiegł do Dylana i ujął go za drugą rękę. - Tak! Zostań, zostań u nas, dopóki się nie najesz i porządnie nie wypoczniesz - nalegał. Młodzieniec potrząsnął głową. - Wdzięczny wam jestem wielce za waszą uprzejmość, ale mam jeszcze wiele do zrobienia. Stary farmer puścił dłoń łowcy smoków, podszedł do kominka i sięgnął po stojącą na gzymsie szkatułkę. Otworzył ją i wyjął ze środka drobną monetę. - Proszę, oto ćwierć kubita. To wszystko, co posiadam. Przyjmij ode mnie tę drobną kwotę jako wyraz wdzięczności za ocalenie mojego jedynego dziecka. Dylan zamachał rękami na znak protestu. - Ależ nie, nie, cóż znowu! Nie mogę tego przyjąć! Ojciec Larissy wcisnął mu monetę w dłoń i przytrzymał jego palce. - Możesz. Daję ci to z całego serca. Łowca smoków uśmiechnął się do wieśniaka. - Skoro tak, to zgoda. Włożył pieniążek do kieszeni i ruszył w kierunku drzwi. Na progu zatrzymał się, odwrócił ku grupce osób stłoczonych w ciasnej izbie i oznajmił z powagą: - Brandonie, dziękuję pięknie za gościnę i za hojny dar. Podróżując po świecie, nauczyłem się nieco magii. Aby okazać wam moją wdzięczność, odnajdę trupa tej podłej bestii, która porwała ciebie, piękna pani - spojrzał na Larissę i skłonił głowę - i przeprowadzę nad nim rytuał, który ochroni wasze gospodarstwo oraz was samych przed nadchodzącymi

atakami. Farmer rzucił się ku niemu, pochwycił jego dłoń i okrył ją pocałunkami. - Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - powtarzał wzruszony. Dylan skrzywił się i cofnął rękę. - Tak, cóż, nie ma wspanialszej misji od wybawienia świata ze szponów smoczego rodu. Uczynię wszystko, co w mej mocy, by zapewnić wam bezpieczeństwo. Otworzył drzwi i wyszedł w noc. Larissa i jej ojciec ponownie padli sobie w ramiona. Korzystając z zamieszania, Suzy pochyliła się do ucha Josha. - Wy dwaj zostańcie tu i czekajcie na mnie do rana - powiedziała cicho. - Ja pójdę za tym typkiem i dowiem się, co on knuje. - Mówił, że wybiera się do doliny - odszepnął Josh. - Nie zdążysz wrócić do rana. Rzuciła mu kpiące spojrzenie. - Założymy się? Przypomniał sobie, że ona potrafi latać, i pokiwał ze zrozumieniem głową. - W porządku. - A jakbym jednak nie wróciła przed wschodem słońca, to idźcie do Silverrock. Znajdę was tam. Cichutko wysunęła się na zewnątrz, przebiegła przez podwórze i upewniwszy się, że nikt nie może jej zobaczyć, wzbiła się w powietrze. Bez trudu wypatrzyła Dylana, który niósł zapaloną pochodnię, i podążyła za nim, utrzymując taką wysokość, by nie mógł jej dostrzec, gdyby nagle odwrócił głowę. Po kilku godzinach w mroku zamajaczyły drzewa porastające dno doliny. Suzy wyprzedziła mężczyznę, skierowała się na skraj polany i usadowiła wygodnie na gałęzi, z której miała znakomity widok na rozciągnięte na trawie nieruchome cielsko smoka. Po chwili postać z pochodnią wynurzyła się z ciemności. Dylan podszedł prosto do leżącego na ziemi potwora i trzepnął go dłonią w łeb. - Ty głupku, mówiłem ci, żebyś złapał kogoś bogatego!

Rozdział 8. Suzy obserwowała ze swej gałęzi, jak smok przetacza się na brzuch, upuszcza strzałę, którą trzymał dotąd pod pachą, dźwiga się na cztery łapy, a następnie przysiada na zadzie, składając skrzydła. Dylan wetknął pochodnię w ziemię, po czym zadarł głowę i spojrzał w oczy bestii. Czarne cielsko wznosiło się nad nim jak góra, ale łowca nie wyglądał na wystraszonego. Był wściekły. - Wiem, że w tej twojej wielkiej czaszce tkwi mały móżdżek - warknął. - Ale tyle powinieneś był zrozumieć! Tłumaczyłem ci sto razy: ty łapiesz jakąś wystrojoną pannicę, ja ją ratuję i odstawiam do domu. Jej rodzina płacze ze szczęścia i daje mi worek kubitów. Potem wracam tu i odchodzimy bogaci. Prosta sprawa. Ale ty nawet to potrafisz sknocić. Porywasz pierwszą lepszą wieśniaczkę z pola i zobacz, co z tego mamy! Wyciągnął z kieszeni pieniążek i rzucił nim w smoka. - Cały ich majątek. Nie wystarczy nawet na bochenek chleba. Potwór wyciągnął łapę i zręcznie chwycił monetę w powietrzu. Obejrzał ją, a następnie popatrzył smutno na młodzieńca. Dylan wzruszył ramionami. - Nie patrz tak na mnie. Co miałem zrobić? Nie chciałem tego wziąć, ale farmer nalegał. Myślisz, że podoba mi się odbieranie biedakom wszystkiego, co mają? Wcale nie. Chcę tylko być trochę bogatszy niż jestem. I tyle. Smok parsknął głośno i opuścił łeb. Z jego nozdrzy wydobyły się kłęby dymu. Mężczyzna wyciągnął rękę i poklepał go po pysku. - Wiem, wiem. Będziesz jednak musiał spalić kilka budynków, żebyśmy wyszli na swoje. Potwór poderwał łeb i spojrzał gniewnie na Dylana. Młodzieniec wzruszył ramionami. - To ty nawaliłeś. Teraz musisz to naprawić. Tylko parę domów, tak na postrach. Suzy była zachwycona tym, co widzi. Nie sądziła, że ze smokiem można rozmawiać i traktować go tak, jakby był jakimś psem albo kotem. Poruszyła się na gałęzi, która zaskrzypiała głośno pod jej ciężarem. Dylan podniósł czujnie głowę, a bestia zwróciła wielki

łeb w bok i spojrzała prosto na dziewczynkę. Smok warknął. Mężczyzna zaklął. - Bierz ją! - wrzasnął, zaciskając gniewnie pięści. Potwór sięgnął po nią pyskiem. Suzy błyskawicznie wzbiła się w powietrze i pomknęła przed siebie jak rakieta. Teraz musiała uciec i ostrzec mieszkańców Silverrock przed tym, co miało się wydarzyć. Potem pomyśli, jak rozprawić się z Dylanem. Leciała z taką prędkością, że wiatr gwizdał jej w uszach, a mimo to usłyszała łopot ogromnych skrzydeł. Obejrzała się. Smok był tuż za nią. Jak zdołał tak szybko poderwać z ziemi to swoje ogromne cielsko? Jak zdołał ją dogonić?

Rozdział 9. Potężny prąd powietrza wywołany ruchem skrzydeł czarnej bestii zepchnął Suzy z toru jej lotu. Przycisnęła ręce do boków i zanurkowała, o kilka centymetrów omijając wyciągające się ku niej szpony. O mało co jej nie złapał! Runęła spiralą ku ziemi, nie ryzykując oglądania się, ponieważ to by ją tylko spowolniło. Prześlizgnęła się tuż ponad koronami drzew. Księżyc świecił jasno na bezchmurnym niebie i mogła dostrzec olbrzymi cień podążający w ślad za nią. Poczuła podmuch powietrza z lewej strony, więc wykonała błyskawiczny zwrot, ponownie ledwo unikając schwytania. Opadła niżej i pomknęła z niesamowitą prędkością pomiędzy drzewami, zręcznie omijając pnie. Szybko zerknęła w górę. Smok leciał nad nią, nie tracąc tempa i obserwując każdy jej ruch. Pomyślała, że niełatwo będzie się go pozbyć. Dotarła do gęstego zagajnika, zwolniła i wylądowała na ziemi. Potwór był zbyt duży, żeby ją tu dosięgnąć. Usiadła na zimnej, wilgotnej ściółce i uniosła głowę. W niewielkich prześwitach między koronami drzew widziała krążącą na niebie czarną sylwetkę. Smok wiedział dokładnie, gdzie ona jest. I nie zamierzał spuścić jej z oka. Nie było więc sensu tkwić tutaj. Pójdzie dalej piechotą i może w ten sposób uda jej się wymknąć tej upartej bestii. Musi wybierać drogę przez jak najgęstsze chaszcze, które ukryją ją przed wzrokiem smoka. Spojrzała w górę, ale nie zobaczyła go. Odleciał? Wytężyła słuch. Czy to nie odgłos kroków Dylana skradającego się ku niej po miękkiej ściółce? Nie. To tylko cichy szum liści. Co oni knują? Przecież wiedzą, gdzie się ukryła. Czyżby zrezygnowali z pościgu? Poderwała się nagle z ziemi, czując zapach dymu. Obejrzała się. Zobaczyła płomienie skaczące od drzewa do drzewa i szybko zbliżające się do miejsca, w którym stała. Ruszyła pędem przed siebie i wtedy ujrzała smoka. Zionąc ogniem z pyska, podpalał las także z tamtej strony. Suzy rozejrzała się dookoła. Wszędzie widziała płonące drzewa. Otaczał ją szybko zacieśniający się pierścień ognia. Jedyna droga ucieczki prowadziła w górę. Tam, gdzie czatował smok.

Może zdoła go jednak zmylić, jeśli będzie leciała zygzakiem. Wystrzeliła spomiędzy drzew. Skrzydlaty potwór zaskrzeczał radośnie na widok dziewczynki, po czym rzucił się za nią w pogoń. Suzy wykonywała rozpaczliwe zwroty to w lewo, to w prawo, myśląc tylko o tym, że musi uciec, a potem dotrzeć do miasta, żeby ostrzec mieszkańców Silverrock. Miotała się w powietrzu, starając się przechytrzyć ścigającą ją czarną bestię. Ale potwór latał przez całe życie, podczas gdy Suzy dopiero się uczyła. I umiał polować. Zrezygnowała z uników, wyprężyła się jak struna, wcisnęła głowę między ramiona i ułożyła dłonie w daszek, tak jak podczas pływania strzałką na basenie. Szybciej! Szybciej! Skoncentrowała się na uzyskaniu jak największej prędkości i wtedy... Coś tak gwałtownie zahamowało impet jej lotu, że rozrzuciła ramiona na boki. Poczuła na ciele ciasny uścisk szponów. Były tak długie, że bez trudu obejmowały jej tułów. Szamotała się, wierzgała, ale potworowi to nie przeszkadzało. Przeleciał nad płonącymi drzewami i obniżył lot, kołując nad polaną, na której stał spokojnie Dylan z rękami założonymi na piersi. Smok opadł powoli na ziemię, unosząc w przednich łapach szarpiącą się desperacko dziewczynkę. Pokazał ją mężczyźnie, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. Dylan opuścił ręce i podszedł bliżej. Popatrzył na próbującą wyrwać się bestii Suzy, westchnął i pokręcił głową. - Słuchaj no, mała. Nie chcę ci zrobić krzywdy. Ale nie mogę pozwolić, żebyś wtykała nos w moje sprawy i psuła mi robotę. - Puść mnie! - wrzasnęła. Wyszczerzył do niej zęby. To był paskudny uśmiech. - Znam kogoś, kogo bardzo zainteresuje twoja umiejętność latania.

Rozdział 10. Josh obudził się o wschodzie słońca. Spanie w cyfrowym świecie Minecrafta było dziwnym doświadczeniem. Nie czuło się w ogóle upływu czasu. Była noc i zamykało się oczy, a potem otwierało się je i był ranek. Żadnego budzenia się w ciemnościach i zasypiania na nowo, jak to się działo w realnym świecie. I żadnych snów. Za nimi tęsknił najbardziej. Nie sądził, by mógł kiedykolwiek przywyknąć do ich braku. Popatrzył na otaczające go ściany i sufit, na okno rozświetlone pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Uświadomił sobie, że znajduje się w pokoju, do którego zaprowadziła ich wczoraj Larissa. Przeniósł wzrok na sąsiednie łóżko i zobaczył, że Andre unosi powieki i siada. Bracia spojrzeli na siebie. - Ale dziwnie - mruknął Andre. - Śniło ci się coś? Josh również usiadł i pokręcił głową. - Nie. Zamknąłem oczy i nagle zrobiło się rano. Andre spojrzał na okno. - To jest po prostu dziwne. Usłyszeli ciche pukanie do drzwi. - Proszę! - zawołał Josh. Larissa wsunęła głowę do pokoju. - Dzień dobry! Tata i ja jedziemy do miasta, na targ. Chcecie się z nami zabrać? Andre wyskoczył z łóżka. - A Suzy wróciła? - Nie - odparła dziewczyna. - Myślicie, że przydarzyło jej się coś złego? Josh odrzucił na bok koc i stanął na zimnej podłodze. - Na pewno nic jej nie jest. - Powiedziała, że jeśli nie zdąży wrócić do rana, to spotka się z nami w mieście - dodał Andre i uśmiechnął się do Larissy. - Bardzo chętnie skorzystamy z podwózki. Odwzajemniła jego uśmiech. - Powiem tacie, żeby zaczekał. Możecie być gotowi w ciągu pięciu minut?