wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 001 032
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 438 138

Sandra Stawińska - Piętno

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sandra Stawińska - Piętno.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 9 osób, 31 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 99 stron)

Sandra Stawińska Piętno Wydawnictwo Zysk i S-ka

Moim córkom: Zosi i Hani

Prolog Ania nie powiedziała Andrzejowi o incydencie na łodzi. Wstydziła się. Dziesiątki razy zastanawiała się, czy zuchwałość Roberto była zamierzona, czy też ona sprowokowała go swoim zachowaniem? Tańczyli, wygłupiali się, oboje na lekkim rauszu. Było gorąco. Ona w skąpym kostiumie kąpielowym. Roberto w spłowiałych, obszarpanych na nogawkach dżinsach, bez koszulki. Czuła, że ujawnienie tej nic przecież nieznaczącej historii rozpętałoby piekło. Andrzej zaraz chciałby ukarać Roberto za to, co zrobił. Do niej też mógłby mieć pretensje. Oczami wyobraźni widziała, jak rozdziela dwóch rozjuszonych mężczyzn. Kto wie, może nawet doszłoby do bójki? Następnego dnia Ania i Andrzej pojechali na objazdową wycieczkę po St. Vincent. Roberto zacumował katamaran na północnym krańcu wyspy. Wraz z grup ką turystów z innych łodzi małżonkowie udali się najpierw łazikiem, a później pieszo na wyprawę do Falls of Ba leine — osiemnastometrowej kaskady z wulkanu La Soufiere opadającej do skalnej sadzawki. Szli prawie godzinę przez gęsty, wilgotny las równikowy. Narzucone na kostiumy bawełniane T-shirty lepiły się od potu i ciężkiego, parnego powietrza. Pachniało ziołami i rozgrzaną ziemią. Stopy zapadały się w grząskim, glinianym podłożu. Ania i Andrzej zachwycali się widokiem ogromnych, okrytych błyszczącymi liśćmi drzew chlebowych. Ciężkie owoce w kształcie wielkich bochenków miały jasnozielony kolor. Przewodnik zwracał ich uwagę na kakaowce obsypane owocami gotowymi do zbiorów. Wielobarwne papugi z gatunku czubatych tanagrów z krzykiem przelatywały nad głowami. Wspinali się. Im wyżej wchodzili, tym uboższa stawała się roślinność. W górze królowały bambusy i drzewa z liśćmi wielkości wanny. Nagle usłyszeli huk spadającej wody. Następnie poczuli, jak orzeźwiająca para wodna skrapla się na ich zmęczonych twarzach. Wreszcie ujrzeli cud natury. Wodospad nie był duży. Jednak budził respekt. Oboje z Andrzejem odczekali, aż miejsce pod kaskadą się zwolni. Ania szła z tyłu z mężem. Bała się. Lecąca z góry woda tworzyła ciemną, złowrogą kurtynę. Temperatura w sadzawce zaskoczyła ich oboje. Jakże przyjemny kontrast dla tropikalnego powietrza. Ania zachwiała się. Andrzej ją podtrzymał. Nie upadła. Setki litrów wody spadały z hukiem na ich plecy, Ania poczuła, że wszystko będzie dobrze. Woda obmywała ją całą. Oczyszczała. Ze wszystkiego. Kobieta wyobraziła sobie, że wszystkie jej problemy spływają strumieniem do kamienistej sadzawki. Stali tak zaledwie kilkanaście sekund, ale kiedy szczęśliwi wyszli, ustępując miejsca następnym turystom, oboje czuli tajemną energię płynącą z życiodajnego wodospadu. Tej nocy począł się Jaś Vincent. I. Sami w jego gabinecie. Opustoszałe o tej porze biuro. Promienie popołudniowego słońca oświetlają parę leżącą na szarej wykładzinie. Kobieta i mężczyzna leżą mocno przytuleni. Nieruchomieją na moment, by po chwili rozpocząć gwałtowny i nienasycony taniec miłości. Mijają długie minuty, podczas których ona i on zatracają się w sobie. Całkowicie. Czas się zatrzymuje. Helenę Dębińską wyrwał z zamyślenia przyprawiający o zawał serca dźwięk telefonu na biurku. — Hel? Skończyłem zebranie — usłyszała miękki, wibrujący baryton i znów poczuła, że gdyby stała, to nogi ugięłyby się pod nią. — Ja do ciebie czy ty do mnie? — Idę! Wypadła z pokoju. Starała się nie biec, ale sprawiało jej to dużą trudność. Wchodząc do

sekretariatu, nawet nie spojrzała na sekretarkę, która jak zwykle spytała: — O tej porze to pewnie druga kawa? Weszła bez pukania. Stał tyłem do wejścia, przy oknie i zaciągał żaluzje. Podeszła i objęła go w pasie, przytulając głowę do jego pleców. Oddychał ciężko. Pod wpływem jej dotyku napiął mimowolnie wszystkie mięśnie. — Tęskniłam. Bardzo. Helena nie rozluźniając uścisku przesunęła dłonią po jego czarnych, lśniących włosach. Pogłaskała po policzku. Dotknęła ust. Oplotła mężczyznę jak bluszcz, a on zamknął jej smukłą postać w swoich potężnych ramionach. Znowu to poczuła. Endorfiny w czystej postaci. Usłyszeli pukanie. Jakie to szczęście, że sekretarka zawsze puka. — Dziękuję, pani Irenko. Usiedli przy stole konferencyjnym. Helena przejechała dłonią po wypolerowanej i śliskiej powierzchni blatu. Zastukała jedną dłonią, prezentując długie paznokcie pociągnięte świeżym lakierem w odcieniu bakłażana. Drugą dłoń położyła bez skrępowania na udzie Andrzeja i ścisnęła je znacząco. To było jak nerwica natręctw. Dotyk, pocałunek, cokolwiek. Byle często. Byle intensywnie. — Jak dzień, kochanie? — usłyszała zadawane to samo pytanie. Zaczęła mówić, ale on zdawał się nie słuchać jej paplaniny. Wpatrywał się głodnymi oczami w zagłębienie na jej łabędziej szyi. Marzył. Nie mogli zrobić nic więcej. Raz na kilka minut ich wargi wpijały się w siebie z dziką namiętnością. Starali się być ostrożni. Ale nie pozwalały im na to rozpalone ciała. Spojrzał na zegarek. — Prawie piąta. Muszę się zbierać. — Musisz? — Helena spojrzała na niego z nieukrywanym żalem. — Nie chcę rozstawać się z tobą — dodała cicho. Przerwał jej w pół słowa. — Wiesz, że i mnie jest trudno. Dziś mamy za mało czasu. Ale chociaż na chwilę… Andrzej pogłaskał Helenę po policzku. — Nie mogłem skupić się podczas zebrania kierownictwa. Wyobraź sobie, że o mało nie zwróciłem się twoim imieniem do mojej sekretarki. No i… I dowiedziałem się, że w przyszłym tygodniu lecę do Amsterdamu. Oddałbym wszystko… abyśmy razem… Myślałem tylko o tym, jak to zorganizować. Analizowałem „za” i „przeciw”. Chyba byłoby zbyt wiele komplikacji. — Długo cię nie będzie? — Tylko trzy dni. Ale pomyśl, gdyby to były tylko nasze dni… Helena nawet nie starała się ukryć, jak bardzo jest rozczarowana. — Będziemy czekać na następną okazję, prawda? Prawie co miesiąc gdzieś wyjeżdżasz. Odgarnęła włosy za ucho i potarła powiekę. Andrzej wstał i objął Helenę wpół, gdy przechodziła obok. Przyciągnął do siebie i pocałował. Głęboko, długo, czule. — Już za kilkanaście godzin znów będziemy tu razem. Zadzwonię, jak tylko ruszysz z parkingu. Mamy dla siebie jeszcze całą drogę do domu. Patrzył na nią i nie przestawał się uśmiechać. Po wyjściu Heleny opadł na krzesło. Otarł kropelkę potu z czoła i patrząc niewidzącym wzrokiem, wybrał numer telefonu do domu. — Cześć. Co słychać? Jak dzień? Tak, już się zbieram. Odebrałaś Jaśka? Super. Aha, zamów pizzę, umieram z głodu. Albo nie, może pójdziemy… Tam, gdzie zwykle. Odłożył słuchawkę i westchnął ciężko. Promienna, roześmiana Ania przytulająca do siebie jasnowłosego Jasia, ich synka, patrzyła na niego ze zdjęcia w srebrnej ramce. Wyjechał z garażu z piskiem opon. Lubił szybką jazdę. Zapominał wtedy o bożym świecie. Był świetnym kierowcą, zamiłowanie do motoryzacji wyssał z mlekiem matki. Mama, emerytowana pani inżynier, na przekór stereotypom świetnie prowadziła samochód. Nauczyła go jeździć zanim skończył podstawówkę. Dzięki niej egzamin na prawo jazdy zdał już za pierwszym podejściem.

Wziął do ręki komórkę i nacisnął dwa razy zieloną słuchawkę. Helena gadała. Andrzej skrzywił się i spróbował jeszcze raz. Włączył radio, wybrał Radio Kolor, ulubioną stację. Zgłośnił tak, że melodia wypełniła rykiem wnętrze samochodu. Muzyka była jego kolejną pasją po motoryzacji. Lubił różne gatunki od jazzu, przez rap, hip-hop po rock. Tylko muzyka klasyczna była u niego na cenzurowanym. Ojciec katował go w dzieciństwie niedzielnymi koncertami organowymi, które odbywały się w ich kościele parafialnym. Puszczał mu również muzykę poważną w domu, w samochodzie, wszędzie. Od tamtej pory Andrzej najbardziej nie znosił Mozarta, Bacha i Beethovena. Znał na pamięć tytuły utworów, nazwiska wykonawców i kompozytorów, ale nigdy do niczego nie użył tej wiedzy. Wewnętrzna kieszeń marynarki zadrżała. Zaśmiał się, czując łaskotki na swym lewym sutku. Od pewnego czasu, opuszczając mury firmy, przestawiał telefon na tryb wibracji. Tak było bezpieczniej. Kiedyś, na początku ich znajomości, Helena zadzwoniła do niego wczesnym wieczorem, a on musiał przy żonie pleść konspiracyjne bzdury. A tak wyciszony i wibrujący telefon delikatnie dawał znaki, że (nareszcie!) ona dzwoni. Następnego dnia po trefnej rozmowie umówili się też, że nie dzwonią do siebie po pracy oraz w weekendy. Ich wspólny świat obejmował zatem pięć dni w tygodniu w godzinach od dziewiątej do siedemnastej oraz czas potrzebny na powrót z pracy (czyli jakieś dwadzieścia — trzydzieści minut w zależności od natężenia ruchu). Andrzej wyjął telefon z kieszeni i nacisnął zielony przycisk. — Jesteś wreszcie — powiedział. — Nie każ mi tak długo czekać. Zostało nam tylko kilka minut — dodał z wyrzutem. — Ależ kochanie, chciałam zadzwonić wcześniej, ale zatelefonowała Basia. Była roztrzęsiona. Z trudem przekonałam ją, że nie mogę teraz dłużej rozmawiać. — Wypijemy razem poranną kawę? — Andrzej oczyma wyobraźni siedział już z Heleną za swoim stołem w gabinecie. Ciasno, kolano przy kolanie. — Hel? Jesteś tam? — Jestem… Pewnie, że wypijemy. Przecież to nasz rytuał. Słuchaj, nie czuję się najlepiej… — Coś się stało? — Może to przez pogodę… Od rana padał pierwszy śnieg: mokry i zimny. Jak to w listopadzie, aura z dnia na dzień pogarszała się. — Jedź ostrożnie — powiedział Andrzej, podjeżdżając pod swój dom. — Do jutra, kochanie. Rozłączył się, zostawiając Helenę z ponurymi myślami. Helena już od dawna nie była w drodze. Siedziała w samochodzie, który zaparkowała na z trudem znalezionym miejscu pod swoim blokiem na Górnym Mokotowie. Po chwili wysiadła z auta, wyjęła zza siedzenia torebkę oraz torbę ze szpilkami (zawsze zmieniała buty w samochodzie na wygodniejsze, a przede wszystkimi na takie, których nie obawiała się zniszczyć). Weszła po schodach na wysokie trzecie piętro. Jak zwykle dyszeć zaczęła już na drugim. W domu od razu włączyła odtwarzacz CD. Jej nieduże mieszkanie wypełniło się melodyjnym, nostalgicznym „Fields of gold”. II. Andrzej patrzył na otwierającą się powoli elektryczną bramę wjazdową. Już chciał wyłączyć silnik, kiedy w radio rozpoznał pierwsze dźwięki piosenki, która kiedyś była bardzo ważna dla niego i dla Ani. Zrobił głośniej. To było „You” — chyba jedyny przebój, jaki w latach dziewięćdziesiątych wylansował zespół Ten Sharp. Ania mrugała porozumiewawczo do Andrzeja, zawsze gdy słyszeli ten utwór. I oblewała się rumieńcem. Ta piosenka była też nierozerwalnie związana z ich domem. Kiedy pierwszy raz trafili w to miejsce, była wczesna wiosna. Agentka nieruchomości, zachwalając willę, powiedziała im wtedy: — Zakochacie się państwo w ogrodzie. Sam dom może nie jest zbyt piękny i duży, ale jest

świeżo po remoncie. Miała rację. Ten mały, w sumie brzydki budynek stał w otoczeniu przepięknych sosen, modrzewi i świerków. Samego placu było prawie tysiąc metrów kwadratowych i można było na nim znaleźć zarówno fragmenty lasu, jak i sadu owocowego: kilka jabłonek, grusze i wiśnie. Dom porastała stara, ale bardzo płodna winorośl. Tak, ogród ich urzekł. A ponieważ cena była dobra i był to chyba już dwudziesty dom, który oglądali, szybko podjęli decyzję. Podpisali niezbędne dokumenty i wczesnym latem wprowadzili się. Rodzice Ani, Krystyna i Jerzy Tymotowie, mieszkali w przepięknej, jeszcze przedwojennej willi w Wawrze. Ojciec był znanym chirurgiem plastycznym, a matka prowadziła salon kosmetyczny. Teściowa Andrzeja miała liczną i wierną klientelę, którą często zachęcała do korzystania z usług „świetnego chirurga plastycznego”. Tym sposobem interes sam się kręcił. Kiedy Ania i Andrzej szukali domu dla siebie, wiedzieli, że jej rodzice na pewno pomogą finansowo przy tej inwestycji. Jedyny warunek, jaki postawili, to odległość od ich domu — nie dalej niż pięć kilometrów. Młodzi małżonkowie spełnili to wymaganie, znajdując dom w Aninie. Piosenka się skończyła. Andrzej powoli wysiadł z samochodu. W oknie kuchni zobaczył swoją żonę z synkiem na rękach. Machali do niego. Poczuł, jak serce ścisnęła niewidzialna obręcz. „Jak ja mogę być takim draniem — pomyślał. — Przecież Ania i Jasiek to całe moje życie. Kocham ich!”. Z trudem starał się zachować spokój. Skrzywił usta w uśmiechu i wolnym krokiem wszedł do domu. Mały podbiegł do ojca i przytulił się do jego nogi. Zawsze tak robił. Andrzej uklęknął na jedno kolano, tak aby jego wzrok znalazł się na wysokości oczu synka. Żona często mu przypominała, aby podczas rozmowy z maluchem starał się nawiązać z nim kontakt wzrokowy. „Tylko tak możesz być pewien, że dziecko wysłuchało komunikatu, a czasem nawet zrozumiało” — powtarzała. — Synku, jedziemy na pizzę? Jesteś głodny? — Taaaak! — krzyknął mały i popędził do przedpokoju, żeby się ubrać. Ania spojrzała na męża pytająco. — Wyglądasz na zmęczonego. Ciężki dzień? Andrzej popatrzył na nią jak zbity pies. — Nie, właściwie nie, trochę tylko boli mnie głowa. — Znam niezawodny sposób na wszelkie bolączki tego świata — usłyszał jej ściszony głos. — Wieczorem położymy małego spać, a ja zrobię ci masaż karku. „Jestem sukinsynem” — pomyślał Andrzej. Jego wspaniała, kochająca i cierpliwa żona nie miała pojęcia, że w jego życiu dzieje się coś, czego nawet on sam nie mógł pojąć. To, co czuł do Heleny, było jak opętanie, jak fatalne zauroczenie, jak siła nieczysta, która przyciągała ich ku sobie. Dlatego mówił na nią Hel… To przecież po angielsku „piekło”. Śmiała się, kiedy pierwszy raz tak się do niej zwrócił. Ale spodobało się jej. Akceptowała wszystko, co proponował, chłonęła każde jego słowo, nie sprzeciwiała się niczemu. — Kochanie, wróć do mnie — głos Ani wyrwał go z rozmyślań. — Jasiek pół godziny stał przy oknie i czekał na ciebie. Jest głodny, ja zresztą też… — Jedziemy, jestem gotowy. Popołudnie minęło im szybko. Pizza w ulubionej pizzerii w Radości jak zwykle nie zawiodła ich oczekiwań. Potem pojechali jeszcze na kawę i ciastka do nowo otwartej kawiarni w Stacji Falenica. Jasiek, choć było zimno (wciąż padał deszcz ze śniegiem), zjadł wielką porcję lodów. Była tak duża, że właściwie wszyscy się najedli, Andrzej i Ania także. Kiedy mieli wychodzić, Andrzej poczuł niespokojne wibracje w kieszeni. Oblała go fala gorąca. Był pewien, że to Helena. — Poczekajcie jeszcze chwile, muszę do toalety — rzekł i szybkim krokiem wyszedł z kawiarni. Nie pomylił się. Otworzył wiadomość: „Wszędzie palą się świece. Jesteś tu ze mną. Czuję twój żar… Wiem, że chciałbyś tu być. I to mi wystarcza… na razie. Zobaczymy się za trzynaście godzin. Twoja Hel”.

Nie miał czasu, żeby odpisać. To mogłoby się wydać podejrzane. Zadzwonił więc. Odebrała natychmiast. Powiedział jedno zdanie. Tylko jedno zdanie: — Hel, błagam cię, nie rób tak więcej! Nie taka była umowa, kochanie. Tęsknię… Rozłączył się, zanim zdążyła powiedzieć choćby jedno słowo. Wrócił do żony i synka. Było już po dwudziestej, kiedy dotarli do domu. Kolacji nie zjedli, nasyceni pizzą oraz lodami. Jasiek prawie usnął w samochodzie. Przebrali go więc w piżamę i bez kąpieli położyli do łóżka. Obyło się bez czytania ulubionych bajek. Po chwili malec zasnął. Andrzej czuł, że dziś wyjątkowo trudno będzie mu udawać przed Anią, że nic się nie dzieje. Po przyjściu do domu przełożył telefon z kieszeni marynarki do tylnej kieszeni dżinsów. Bał się, że Helena może znów pisać, a co gorsza — dzwonić. Rozstał się z nią szybko, a ona w trakcie popołudniowej rozmowy była wyjątkowo milcząca. Coś musiało się wydarzyć po jej powrocie do domu, skoro odważyła się nawiązać z nim kontakt w czasie, który, jak zgodnie ustalili, był „święty”. „Tylko co?” — zastanawiał się. On też, choć niechętnie się do tego przyznawał, często zastanawiał się, co Helena robi, kiedy nie jest z nim. Opowiadała mu dużo o sobie. Znał jej rozkład tygodnia. Wiedział, kiedy chodzi na salsę, kiedy uczy się angielskiego i hiszpańskiego, kiedy ćwiczy jogę, kiedy chodzi do kina lub do teatru (sama albo z koleżankami). Helena prawie codziennie miała zajęcia „pozalekcyjne”. Powiedziała mu kiedyś, że samotne popołudnia są dla niej koszmarnym przeżyciem i że woli pójść choćby do centrum handlowego, by popatrzeć na ludzi, aniżeli siedzieć w domu samotnie przed telewizorem. Ale poniedziałki były dla niej trudne, ponieważ nie miała żadnego „stałego” zobowiązania. Mogła oczywiście pójść dokądkolwiek lub umówić się z kimkolwiek, ale widocznie dzisiaj tak się nie stało. „Pewnie przez tę okropną pogodę — pomyślał. — W taki dzień nawet psa z kulawą nogą nie wypędzisz… Pewnie wypiła za dużo wina lub drinków i tak ją wzięło… Tylko że złamała umowę”. Ania zawołała Andrzeja z sypialni. Usłyszał dźwięki… A jakże! „You”! „Zna mnie jak nikt” — pomyślał. Pokój tonął w półmroku. W kilku miejscach Ania ustawiła małe, szklane lampiony z Ikei, w których paliły się świeczki zapachowe. Pachniało pomarańczą i imbirem. Włożyła długą satynową halkę w kolorze czekolady. Podarunek na drugą rocznicę ślubu. Koszulka miała cieniutkie ramiączka i ażurowe obszycie dołu, ładnie układała się, lekko odsłaniając dekolt i eksponując zgrabne kostki. Długie, kręcone, rude włosy Ani opadały łagodnie na plecy. W ciemności Andrzej zauważył twardniejące sutki żony. Zdawały się teraz przebijać cienki, jedwabny materiał koszulki. Ania podeszła do niego, lekko kołysząc biodrami. Piosenka się kończyła, ale za chwilę okazało się, że zaczyna się od początku. „Musiała ustawić odtwarzacz na repeat” — pomyślał. Nauczył jej tego dawno temu, jeszcze na początku znajomości. Kiedyś, kilka miesięcy po tym, jak wprowadzili się do nowego domu, odkryli przy „You”, jak cudownie jest kochać się w rytm muzyki, miarowo i jednostajnie. Ania tylko tak lubiła. W ciemności, w jego ramionach. Uległa, ufna i cicha. Andrzej podszedł do Ani i przytulił ją. Kładąc ją delikatnie na łóżku, zastanawiał się, kiedy ostatni raz… „Miesiąc temu? Dwa?” — nagle Andrzej uświadomił sobie, że przez Helenę i wszystko, co z nią związane, z tygodnia na tydzień tracił zainteresowanie własną żoną. Fizyczna sfera zaczynała mu nie odpowiadać. Bo nie chciał już tak, jak zawsze: przy zgaszonym świetle, bez słowa, po misjonarsku… Bo miał dosyć przedłużających się pieszczot tylko po to, żeby ona też osiągnęła satysfakcję. Bo i tak coraz rzadziej im się to udawało. Bo Ania ciągle była zmęczona i niedospana. Jasiek wprawdzie przesypiał już noce, ale Ania miała bardzo czujny sen. Budził ją każdy, nawet najcichszy dźwięk. Andrzej zacisnął powieki i leżąc na żonie, czuł się jak ostatni drań. Obraz Heleny, jej śliczna twarz, jej kocie ruchy, a także to, co robiła z biodrami podczas seksu, jej długie, głębokie orgazmy zakończone skowytem — wszystko to miał przed oczami, w uszach, w mózgu, w sercu. Bronił się

przez obrazami swobodnego seksu z Heleną, ale tylko przez chwilę. Teraz, kochając się z własną żoną, kilkanaście tygodni po przekroczeniu furtki do zakazanego ogrodu, przywoływał wspomnienia intymnych spotkań z Heleną. Sceny gęste, poruszające każdy zmysł, prawdziwe. Razem z orgazmem poczuł wielki smutek. Kiedy Ania otworzyła oczy, było już całkiem jasno. — O rany, która godzina? Andrzej, wstawaj! Jej mąż zdawał się nie reagować. — Kochanie, zaspaliśmy! — powiedziała już łagodniejszym tonem. Odchyliła kołdrę i zaczęła go łaskotać w stopy. Kołdra gwałtowanie zafalowała. Andrzej skulił się i spróbował naciągnąć kołdrę na głowę. Był zaspany i rozdrażniony. Po chwili już całkiem rozbudzony, choć wciąż poirytowany, usiadł na łóżku i spojrzał na zegarek stojący przy łóżku. — Chyba zapomniałam wczoraj włączyć budzik. Nie wiesz przypadkiem dlaczego? — Ania spojrzała zarumieniona na męża. Andrzej czuł się zmęczony. To nie była dobra noc. Marzył, aby wreszcie się wyspać: długo, mocno i spokojnie. Seks pomógł tylko na chwilę rozładować nieustanne napięcie. Od czasu, gdy zaczęło się TO z Heleną, Andrzej chodził nieustannie podniecony, niespokojny i rozkojarzony. Również w pracy. A nie mógł, naprawdę nie mógł pozwolić sobie na to, ponieważ był osobą odpowiedzialną za sprzedaż dużych spółek. Równolegle prowadził kilka projektów, na których powinien koncentrować całą swą uwagę. Powinien… Andrzej czuł, że traci siły. To cud, że nie zawalił jeszcze żadnego przedsięwzięcia. Ania zaproponowała Andrzejowi śniadanie, ale odmówił. Spieszył się. Oporządziła i odprowadziła Jaśka do przedszkola. Na szczęście nie mieli daleko. Ale to był ostatni rok małego w tej placówce. Ania wciąż zamartwiała się, czy synek poradzi sobie w szkole. Wracając zrobiła zakupy. „Ugotuję dziś coś pysznego. Jest tak przenikliwie zimno. Może fasolkę po bretońsku albo bigos?” — zastanawiała się. Dzień upłynął jej na typowych domowych zajęciach. Odkąd w jej życiu pojawił się Jaś, bez wyrzutów sumienia pożegnała swoje dotychczasowe życie. Już nie musiała zdobywać wiedzy, poszerzać horyzontów, nabywać doświadczenia w kolejnych pracach zupełnie niezwiązanych z jej wykształceniem. Wbrew rodzicom zdecydowała się na wiedzę o teatrze na warszawskiej PWST. Marzyła o pisaniu recenzji z ukochanych spektakli teatralnych. W liceum nie było tygodnia, żeby przynajmniej raz nie siedziała na podłodze oparta plecami o ścianę w teatrze. Chłonęła z wypiekami na twarzy kwestie wypowiadane przez aktorów. Na studia dostała się za pierwszym razem. Ojciec marzył, że jego ukochana jedynaczka zostanie prawniczką. Zawsze powtarzał, że w rodzinie musi być i lekarz, i prawnik. Mama po cichu wspierała córkę, ale ojciec długo boczył się za tę zdradę. Już w trakcie studiów okazało się, że trudno będzie Ani znaleźć pracę w zawodzie. Po kilkunastu miesiącach frustrujących poszukiwań w działach kulturalnych mniejszych i większych redakcji Ania złożyła aplikacje do kilku większych agencji reklamowych w Warszawie. Miała szczęście. Odpowiedź nadeszła szybko. Akurat potrzebowali młodych, ambitnych i oczytanych osób z dużą wiedzą o kulturze. Nawet nieźle płacili. Ale wymagali w zamian dwustuprocentowej dyspozycyjności, kreatywności i lojalności. Po pięciu latach w branży Ania czuła się jak weteranka. Odeszła do innej agencji, ale i tam szybko wpadła w koleiny „kariery”. Dlatego z ulgą i z pełnym przekonaniem złożyła pracodawcy wypowiedzenie w dniu, w którym na teście ciążowym zobaczyła upragnione dwie kreski. Andrzej się wściekł. Przecież mogła poczekać do końca urlopu macierzyńskiego lub wychowawczego, ale Ania się uparła. Nie chciała zostawiać sobie furtki. Postanowiła wrócić do pracy dopiero wtedy, kiedy Jasiek pójdzie do szkoły. Wiedziała poza tym, że jeśli zdecyduje się na powrót do pracy, to tylko na pół etatu. Maksimum. Obiecała sobie też, że nigdy nie wróci do pracy w marketingu i reklamie. Andrzej nie potrafił zrozumieć, jak można z taką łatwością zaprzepaścić kilka lat w dobrze płacącej, rozwojowej branży. Uważał, że powinna odgrzać stare kontakty.

Odbudować swoją utraconą pozycję. Powalczyć. Ania nie chciała. Na razie. Ostatnio znalazła ciekawe ogłoszenie w Internecie. Jakiś portal o kulturze poszukiwał osób mających lekkie pióro i cięty język odpowiedni do pisania recenzji filmów, spektakli oraz książek. Nawiązała z nim kontakt i o dziwo, od razu dostała zlecenie na napisanie tekstu o najnowszej powieści Harlana Cobena. To miała być próba i pierwszy sprawdzian jej umiejętności. Książkę oczywiście znała, podobnie jak kilkanaście innych tego autora. Stały ułożone w równym rządku na półce nad telewizorem. Od kilku dni próbowała coś stworzyć. Bez skutku. Dzisiaj też jej nie szło, bez wyrzutów sumienia poszła gotować. III. Helena przyjechała do pracy spóźniona. Poprzedni wieczór spędziła przy kilku drinkach, ulubionej muzyce i na marzeniach. Mieszała alkohole byle jak, aby drinki nadawały się do wypicia i były naprawdę mocne. Były. Obudziła się z gigantycznym kacem. Potrzebowała co najmniej godziny, by doprowadzić się do porządku. W drodze do firmy wstukała w komórkę krótki tekst: „Będę o 11. Zakręcę się, zrobię najpilniejsze rzeczy i przyjdę. Mogę?”. Jadąc, czekała na odpowiedź. Ale telefon milczał. Poczuła niepokój. Ilekroć zachodziła taka sytuacja, że Andrzej nie odpisywał na jej esemesy, od razu wyobrażała sobie najgorsze. A dla niej najgorsze oznaczało koniec ich znajomości. Po raz pierwszy od dawna była zakochana. I po raz pierwszy od dawna czuła, że tym razem się uda. Że zdobędzie mężczyznę. Na własność. — Dzień dobry, pani Irenko — Andrzej powitał swoją sekretarkę uśmiechem i przepraszająco dodał: — Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaspałem, czy coś mnie ominęło? — Szefowa szuka pana od rana — odrzekła szybko sekretarka. — Proszę uważać, jest wściekła. Podobno inwestor projektu „autobusowego” nie otrzymał na czas powiadomienia o terminie przystąpienia do badania spółki. Podobno złożył na nas skargę, w której imiennie wymienia osoby odpowiedzialne za to niedopatrzenie, i grozi zerwaniem negocjacji. Podobno… Andrzej poczuł ucisk w żołądku. A jednak stało się. Coś zawalił. Teraz musi znaleźć wiarygodne uzasadnienie swojego niedopatrzenia. Pamięta to pismo bardzo dobrze. Dziewczyna prowadząca projekt u niego w dziale jest osobą wyjątkowo skrupulatną. Pilnuje terminów jak mało kto. Miał to pismo w ręku. Pamięta ten moment. Tylko dlaczego nie puścił go dalej? Czy je podpisał? Nie mógł sobie przypomnieć. Wpadł do swego gabinetu i kluczykiem, który miał zawsze przy sobie, otworzył szafę, w której trzymał dokumenty. Choć nie miały klauzuli „zastrzeżone”, tak jak najważniejsze wyceny, uważał, że lepiej nie kusić losu. Dlatego zawsze przed wyjściem do domu zamykał szafę. Przejrzał szybko dokumenty, ale niczego nie znalazł. Postanowił poszukać później. Teraz musiał iść do szefowej. W drodze do jej gabinetu poczuł wibracje komórki. Esemes. Nawet teraz, w tak trudnej sytuacji poczuł, że musi przeczytać wiadomość. Wiedział, że to od niej. Przebiegł wzrokiem wyświetlacz komórki i spojrzał na zegarek. Była dokładnie 10.30. Zapukał i wszedł do gabinetu swojej przełożonej. Elwira Różalska była ładną, zadbaną kobietą około pięćdziesiątki. Zawsze szykownie ubrana. Zawsze starannie umalowana. Zawsze dokładnie uczesana. W jej pokoju unosił się delikatny aromat kwiatowych perfum, a w dużym, kryształowym wazonie ustawionym na środku stołu konferencyjnego zawsze stały cięte kwiaty. Stół był ważnym meblem dla pracowników działu, gdyż przy nim odbywały się najważniejsze narady, przy nim również odbywały się negocjacje z inwestorami. Andrzej stał i czekał, aż szefowa skończy rozmowę telefoniczną. Z niepokojem zauważył pełną niedopałków popielniczkę. Czuł, że to zły znak. Szefowa paliła zazwyczaj kilka papierosów dziennie, a w sytuacjach kryzysowych paliła prawie bezustannie. Elwira po chwili odłożyła słuchawkę i rzekła z rozmysłem:

— Panie Andrzeju, nasz projekt wisi na włosku. Inwestor złożył oficjalną skargę. Co pan ma na swoją obronę? — I nie czekając na odpowiedź, dodała: — Niech to będzie mocny argument, bo w przeciwnym razie będę zmuszona wyciągnąć konsekwencje. Andrzej gorączkowo zastanawiał się, co powiedzieć. — Potrzebuję godziny. Tylko godziny. Proszę mi wierzyć, ale jestem tą sytuacją tak samo zaskoczony jak pani. — Uśmiechnął się przepraszająco. — To musi być jakaś pomyłka. — O pomyłce nie może być mowy. Inwestor jest bardzo niezadowolony. Oczywiście zapewniłam go, że może nawet dziś wejść do spółki na due dilligence, ale potrzebny mu oficjalny kwit. Pan go posiada, prawda? Pańska podwładna, pani Ilona, przyniosła mi kopię z pańskim podpisem. Gdzie zatem jest oryginał? — Godzina. Przyniosę go w ciągu godziny. I nie czekając na odpowiedź szefowej, wyszedł szybko z jej gabinetu. Kiedy wpadł do swojego gabinetu, stanął jak wryty. Przy stoliku kawowym siedziała Helena z filiżanką przy ustach. Nie wyglądała najlepiej. Była blada i miała podkrążone oczy. Nawet jej włosy, które zawsze starannie upinała lub prostowała na szczotce, dziś pozostawały w nieładzie. Spojrzała z wyrzutem na Andrzeja. — Dlaczego nie odpowiedziałeś na esemesa? — Bo nie mogłem. — Przeszkadzam? Przeszkadzała. I to bardzo. W krytycznej chwili, kiedy za wszelką cenę musiał zdobyć ważny dokument, choćby za cenę fałszerstwa, Hel miała do niego pretensje. Osunął się ciężko na swój fotel i wyszeptał: — Jestem o włos od straty posady… — Co? To niemożliwe! Nagle poczuł złość. — Hel, proszę cię, to dla mnie trudne, powiem ci, ale nie teraz. Czy… Czy możesz teraz wrócić do siebie? Mam niespełna godzinę, żeby coś znaleźć… Poczerwieniała i gwałtownie wstała od stołu. Filiżanka z niedopita kawą przewróciła się i resztki napoju spłynęły ze stołu na podłogę. Andrzej poczuł zapach amaretto. Musiała wziąć likier z barku i dolać odrobinę do małej czarnej. Czuła się u niego bardzo swobodnie. Zauważył łzy w jej oczach. W pierwszej chwili chciał podejść do niej i przytulić ją, ale nie zrobił tego. Kiedy wyszła, uświadomił sobie, że po raz pierwszy, od kiedy są „razem”, nie przywitali się tak, jak zwykle. Właściwie dzisiaj zachowali się względem siebie jak para obcych ludzi. Poczuł żal i wyrzuty sumienia. Po chwili otrząsnął się i zaczął gorączkowo przeszukiwać gabinet. Postanowił nie wzywać Ilony na pomoc. Wiedział dobrze, że to on zagubił kartkę papieru. Wiedział też, że ona to wie. Miała przecież kopię. A on po podpisaniu dokumentu powinien oddać sekretarce oryginał do wysłania. Nie znalazł niczego ani w szafie pancernej, ani na regale, ani w szafkach. Rozpoczął więc poszukiwania na biurku. Tam również nic. Był znanym pedantem. Nie trzymał zbędnych, a tym bardziej zaległych dokumentów na wierzchu. Wszystko miał poukładane w równych stosach, każdy projekt miał osobny segregator lub przegródkę. Zrozpaczony ukucnął i na czworakach zaczął przeszukiwać podłogę. Nie sądził, że cokolwiek znajdzie, zważywszy że ich sprzątaczka, Ukrainka Natasza, była nadzwyczaj skrupulatna. Minuty mijały. W odruchu rozpaczy Andrzej wcisnął się w przestrzeń między stołem konferencyjnym a roletami okiennymi. Wtedy spostrzegł zaginiony dokument: leżał bokiem niemal przyklejony do ściany. Wyciągnął rękę, ale nie mógł go dosięgnąć. Wstał, z wysiłkiem odsunął stół i jeszcze raz zanurkował. Tym razem udało mu się pochwycić cienką kartkę papieru. Oczyścił ją z kurzu i z resztek pajęczyny (jak się okazało,

Natasza sprzątała tylko to, co na widoku) i wybiegł z pokoju. Oddał dokument sekretarce, gdyż szefowa (co przyjął z wielką ulgą), zdążyła wyjść na zebranie. Wolnym już krokiem wrócił do siebie. A u siebie — choć nigdy tego nie robił, bo jako kierowca nie mógł sobie na to pozwolić — otworzył barek i wlał do szklanki solidną porcję whisky. Była dopiera godzina dwunasta. Sączył bursztynowy, palący płyn, który wspaniale rozluźniał spięte mięśnie, i nagle doznał olśnienia. Przypomniał sobie okoliczności „zaginięcia” dokumentu. Tamtego dnia umówili się z Heleną, że oboje zostaną po pracy w biurze. Rzadko to robili, bo firma działała w określonych godzinach, a punktualnie o siedemnastej przychodziła sprzątaczka. Ponadto Andrzej nie chciał krzywdzić jeszcze bardziej Ani i Jasia. I siebie, bo poza uczuciem do Hel, którego nie potrafił nazwać, dźwigał przeogromne poczucie winy. Czasem ponad siły. Jednak w poniedziałek, dwa tygodnie temu, usłyszał przypadkiem, że Natasza zachorowała, i od razu pomyślał o schadzce z Heleną po godzinach pracy. Zadzwonił do Ani, wymyślając na poczekaniu historyjkę o inwestorze z Irlandii, któremu opóźnia się samolot i na którego musi czekać w biurze wraz z pozostałymi kolegami i koleżankami z zespołu. To była bardzo wiarygodna historia. Ania wiedziała, czym Andrzej się zajmuje, i nie zadawała pytań. Andrzej podniecony wizją sam na sam z Heleną, postanowił zrobić jej niespodziankę. Cały dzień, podczas ich kilku krótkich spotkań, rozmawiali o różnych sprawach, przytulali się, dotykali i całowali. Tak jak zawsze. Kiedy zegar zaczął wybijać piątą, pojawiła się u niego, żeby jak zwykle się pożegnać. Wtedy wyszeptał: — Hel, mam dla ciebie niespodziankę… Dziś zostajemy po pracy dłużej. Ty i ja… Idź teraz do siebie i czekaj na mój sygnał. Poczekamy, aż wszyscy wyjdą z biura. Helena poczuła, jak motyle w brzuchu, których ruch i tak bez przerwy czuła, zaczynają walić skrzydłami jak oszalałe. Każdego dnia miała nadzieję, że wreszcie nadarzy się okazja, by pobyli ze sobą bez świadków. Uśmiechnęła się do Andrzeja i wyszła z gabinetu. Idąc do siebie, zastanawiała się, jaką ma na sobie bieliznę. Białą, tak — tę ze wstawkami z koronki. Zastanowiła się, czy się nie przebrać. W szufladzie biurka, pod stosem dokumentów, w małym pudełeczku trzymała „na wszelki wypadek” bardzo seksowne, czarne, półprzezroczyste body z haftką w kroku. Kupiła je niedawno w sklepie internetowym z bielizną erotyczną. Pomyślała, że może się przydać. Telefon zawibrował w jej dłoni. „Już”. Kilka chwil później była u niego. Na jej widok szybko zgasił lampkę na biurku. Pozostałe światła były przyćmione. Za oknem było już prawie ciemno. Andrzej wstał zza biurka i z kartką papieru w dłoni ruszył w kierunku Heleny. Zdziwił się, że jej ciało otula gołębi, kaszmirowy płaszcz. Wtedy ona, kiedy był zaledwie metr od niej, odchyliła poły. Aż mu dech zaparło. Miała na sobie czarne, mocno wycięte, przezroczyste body. Jednym ruchem zrzuciła płaszcz, a wtedy on popchnął ją w kierunku stołu konferencyjnego. Drżącą ręką rozpiął rozporek spodni. Spojrzał na tkwiącą wciąż w jego ręku kartkę papieru i szybkim ruchem odrzucił dokument daleko na stół. Odwrócił Helenę tyłem do siebie. Nie tracił czasu na odnalezienie haftki, odsunął paseczek stringów i szybkim pchnięciem wszedł w kobietę. Finał nastąpił niemal po chwili. Po pierwszym razie, kilkanaście minut później nastąpił kolejny, też przy stole, a właściwie na nim… Widocznie kiedy Helena leżała, a stół poruszał się wraz z nimi, kartka papieru zsunęła się w szczelinę przy oknie. Andrzej był tak otumaniony, wyczerpany i szczęśliwy zarazem, że wymazał z pamięci moment, w którym w ogóle trzymał w dłoniach tę kartkę. Aż do dzisiaj. IV. Stary, odrapany i brudny blaszak stojący na brzegu zatoczki na karaibskiej wysepce St. Vincent był ostatnim miejscem, w którym spodziewali się czarów. Do wyspy przybili wczesnym wieczorem, zmęczeni, ale upojeni całodziennym żeglowaniem w słońcu. Nie mieli ochoty opuszczać katamaranu.

W chwili jednak, gdy usłyszeli pierwsze dźwięki przeboju „Sunshine reggae” dobiegające z brzegu wyspy, nie wahali się ani chwili. Zeskoczyli do ciepłej, turkusowej wody, która, choć było po zachodzie słońca, wciąż była przyjemnie ciepła. Wzdłuż brzegu rosły palmy daktylowe obsypane żółtymi, niedojrzałymi (ku ich rozczarowaniu) owocami. Najpierw myśleli, że trafili do zwykłej, tubylczej dyskoteki. Blaszak okazał się jednak miejscowym barem, w którym czarni rastafarianie grali najcudowniejszą muzykę świata. Przy użyciu starych bębnów hamulcowych, różnej wielkości beczek po oleju silnikowym oraz innych — równie niemuzycznych przedmiotów — wyczarowywali dźwięki, pod wpływem których ciało wpadało w trans. Grali w ten sposób najpopularniejsze przeboje muzyki rozrywkowej. Piosenki porywały każdego nowo przybyłego do tej przedziwnej dyskoteki turystę. W oparach marihuany i słodkiej woni rumu Clement, przy świetle lamp naftowych kilkanaście osób tańczyło w radosnym korowodzie. Muzycy również bawili się doskonale. Ich głowy kołysały się w rytm melodii, a kolorowe, wełniane, za duże berety podtrzymywały niesforne dredy. W półmroku błyskały białe zęby i kolorowe napisy na ich wypłowiałych od słońca T-shirtach. Powietrze lepiło się od potu grajków i tancerzy, wśród których znaleźli się Ania i Andrzej. Tamtego dnia morze rzuciło ich na brzeg tej nikomu nieznanej wysepki. Ania zaniepokoiła się, kiedy wracając z Jasiem z przedszkola, zauważyła samochód męża przed bramą. Dlaczego stał właśnie tam? Andrzej bał się kradzieży, więc zawsze wprowadzał auto na teren posesji. Jeszcze dziwniejsze było to, że wrócił wcześniej bez uprzedzenia jej o tym. „Coś się stało” — to była jej pierwsza myśl. Kiedy weszła do domu, ujrzała niecodzienny widok. W salonie na skórzanej kanapie leżał jej mąż i spał. Chrapał jak niedźwiedź. Ania poczuła niepokój. Nigdy wcześniej nie widziała Andrzeja w takim stanie. Jasiek z okrzykiem wyrwał się matce i podbiegł do ojca. — Jasiu, nie teraz. Tata jest zmęczony — powiedziała cicho do synka. — Chodź, zrobimy naleśniki z nutellą. Wizja ulubionego smakołyku zwyciężyła. Jasiek pobiegł do kuchni. — Mamo, dlaczego tata wcześniej dziś wrócił? — dopytywał malec i choć nie znał się jeszcze na zegarze, zrozumiał, że ojciec pojawił się w domu, kiedy było jeszcze jasno. — Nie wiem, synku. Może jest chory? Na razie mu nie przeszkadzaj. Obudzi się i sam nam wszystko powie. — odrzekła, robiąc ciasto na naleśniki. — Podasz mi pojemnik z mąką? Ciasto jest za rzadkie… — Ale wyliżę miskę, dobrze? Jak zawsze… — Jasiek nie mógł się doczekać. — Nie tym razem. Mały umilkł. Stanął przy stole i zaczął kreślić palcem kółka na pobrudzonym mąką blacie. — Mogę włączyć bajkę? — Tylko cicho. Po chwili z kuchni zaczął się unosić smakowity zapach słodkich placków. Ania zatopiona w myślach zrobiła ich całą masę. Część przełożyła białym serem z rodzynkami i kawałkami orzechów, kilka posmarowała nutellą i zawinęła w ruloniki. Zapach natychmiast zwabił Jasia. Czekał, przestępując z nogi na nogę. Talerz z trzema naleśnikami był na stole. Obok Ania postawiła szklankę z osłodzoną herbatką malinową. Ulubioną Jaśka. — Jesteś najlepsza na świecie — wymamrotał z pełnymi ustami. Po chwili już go nie było. Ania usiadła przy stole w salonie i zapaliła papierosa. Przeczuwała, że Andrzeja spotkało dziś coś, co mogło im zagrozić. Pomyślała o jego pracy. Wiedziała, że jest dobry. I choć nie awansował (nad nim była już tylko pani dyrektor), miał odpowiedzialne, dobrze płatne stanowisko. Zawsze mierzył wysoko. Pochodził z biednej rodziny. Ojciec pił. Matka, kobieta z wyższym wykształceniem, z trudem zarabiała na utrzymanie rodziny jako geodetka w małej miejscowości. Bo to ona była głową rodziny. Andrzej bardzo ją kochał. I obiecywał sobie, że kiedyś spłaci dług wdzięczności wobec

matki, dzięki której zaszedł tak daleko. Na ojca Andrzej nigdy nie mógł liczyć. Dlatego tak bardzo chciał skończyć studia, potem kolejne, podyplomowe. Pracować zaczął już na trzecim roku. Miał parcie na wiedzę i na pieniądze. Poznali się na imprezie zorganizowanej przez jednego z jego kolegów. Była wtedy na drugim roku studiów. Tak jak on. To był pierwszy prawdziwy związek Ani. Andrzeja również. Rodzice trzymali Anię pod kloszem. Zamęczali za jęciami pozalekcyjnymi, aby nie myślała o głupotach. Poddawała się temu bez sprzeciwu. Andrzej, zanim się poznali, unikał dziewczyn. Bał się ich. Mama Andrzeja, Zofia Lesicka, żelazną ręką prowadziła dom. Andrzej nawet nie czuł, jak bardzo go sobie podporządkowała. Spędzał z nią każdą wolną chwilę. Gdy wracała wieczorami z pracy, czekał z ciepłą kolacją i relacjonował przebieg dnia. Żeby jej nie zdenerwować, omijał niewygodne fragmenty dotyczące alkoholizmu ojca. Andrzej znał już wszystkie stadia tej choroby. Raz widział nawet, jak ojciec kuchennym nożem z zakrzywionym ostrzem usiłuje wydłubać sobie esperal z pośladka. Tym razem bezskutecznie. Potem błagał syna o pomoc, ale Andrzej się nie zgodził. Gardził ojcem i gardził wódą. Nawet na własnym weselu nie pił. Razem pili tylko tego pamiętnego wieczoru na St. Vincent. A jedyny raz, o którym wiedziała, że się upił bez niej, był ze wszech miar usprawiedliwiony. Pępkowe Jasia. Zofia Lesicka dobrze przyjęła wiadomość o ślubie. Była już wtedy mocna, nie potrzebowała syna tak bardzo jak przedtem. Udało jej się przeprowadzić rozwód i zaraz potem eksmisję ojca Andrzeja z domu. Niespodziewanie dla siebie samej zaczęła sobie układać życie z wdowcem, dawnym kolegą ze szkoły podstawowej. Dzięki temu Andrzej mógł wreszcie odciąć się od matki. Wyjechać do miasta. I zacząć żyć, jak na studenta przystało. Ania przypomniała sobie pierwsze wspólne spotkanie z panią Zofią krótko przed zaręczynami. Została wówczas zasypana przez nią gradem pytań: o wykształcenie, pochodzenie, poglądy polityczne i religijne, o stosunek do dzieci. Najwyraźniej zdała ten trudny egzamin. — Ania? — z zamyślenia wyrwał ją głos męża. — A spodziewałeś się tutaj kogoś innego? — Ja… Ja po prostu nie bardzo pamiętam, jak i kiedy wróciłem do domu. Głowa mi pęka… — Co się stało? — Ania z trudem panowała nad sobą. — Cuchniesz jak stara gorzelnia! Jasiek nie powinien cię oglądać w takim stanie! — nakręcała się. Przerwał jej. — Mogłem stracić dziś pracę. I opowiedział jej o całym zdarzeniu, omijając powód zaginięcia dokumentu oraz inne, pikantne szczegóły. Skupił się na konsekwencjach. Ania analizowała jego nieskładną wypowiedź. Czuła, że historyjka jest zbyt gładka… Nie potrafiła określić, który element układanki nie pasuje do całej reszty. Po raz pierwszy w ich wspólnym życiu poczuła niepokój. — Ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Przecież wiesz, ze razem zawsze potrafimy coś wymyślić. Andrzej! — głos zaczął jej się łamać. — I ta wóda… Po co? Co chciałeś zagłuszyć? Wyrzuty sumienia? A może zaczniesz jak twój ojciec?! — krzyknęła. Nagle Andrzej zerwał się z kanapy i wybiegł z pokoju. Po chwili zza niedomkniętych drzwi łazienki zaczęły ją dobiegać niemiłe dźwięki. Wymiotował. Jaś zwabiony hałasami i podniesionymi głosami przybiegł ze swego pokoju. — Mamo? Tato? — Jestem w przedpokoju, synku. — Ania wkładała buty. — Chodź, ubiorę cię. Jedziemy do babci. Andrzej długo dochodził do siebie tego popołudnia. Zwracał wszystko, co udało mu się przełknąć, nawet gorzką herbatę. Dopiero późnym wieczorem poczuł ulgę. Zjadł dużą porcję bigosu znalezionego w lodówce i popił go dzbankiem wody z cytryną. Suszyło go strasznie. Czekał na Anię do późna. Chciał jeszcze raz zacząć rozmowę, tym razem na trzeźwo i rozsądnie. Dzwonił kilka razy na jej komórkę, ale miała wyłączoną. Nie chciał telefonować do teściów. Nie przepadał za nimi. Traktowali go jak intruza. Stale musiał im udowadniać, że jest wart Ani. Że jej decyzja o ślubie z Andrzejem była słuszna.

Poirytowany kolejną nieudaną próbą nawiązania z nią kontaktu wstał i podszedł do barku. Kac trzymał go jeszcze, więc postanowił zastosować starą, prostą zasadę. Odkorkował czerwone wino i nalał sobie duży kieliszek. Z każdym łykiem czuł, jak cierpka ciecz o intensywnym porzeczkowo-winogronowym smaku wnika w jego komórki i przynosi ulgę zmęczonemu ciału. Butelkę i kieliszek zaniósł do sypialni. Pod plecy wsunął kilka poduch i z pilotem do telewizora w jednej ręce, a z kieliszkiem w drugiej spędził kolejne dwie godziny. Alkohol nie był jednak w stanie stłumić zaniepokojenia. „Ania nigdy się tak nie zachowywała… Czyżbym coś chlapnął? Ona coś podejrzewa…”. Wypite wino szumiało mu w głowie. Targany obawami usnął. Obudził się w środku nocy. Ania spała odwrócona do niego plecami. Miał wrażenie, że celowo odsunęła się od niego na samą krawędź łóżka. Patrzył na żonę i czuł, jak wzrasta w nim złość. To był impuls. Sięgnął po komórkę leżącą wciąż na szafce nocnej. Pisał esemesa do Heleny i czuł satysfakcję. On też może łamać zasady! On też może decydować! Pisał pewnie i szybko. Wiedział, że to, co robi, otwiera nowy rozdział między nim a Heleną. Że zaprasza ją do swojego życia. Że pozwala jej wkroczyć w rewir zarezerwowany dotąd wyłącznie dla żony. Ale żona zasłużyła sobie na to… Nie dała mu dziś szansy. Odtrąciła go… Usnął z telefonem w dłoni. Ania śniła tej nocy burzliwie. Podświadomość zarejestrowała kolejny sygnał ostrzegawczy. W drodze powrotnej na Martynikę morze z godziny na godzinę zmieniało swą barwę. Początkowo opalała się jeszcze i cieszyło ją łagodne falowanie łódki. Katamaran był duży i bezpieczny. Czuła się jak na gigantycznej huśtawce. Była dumna z siebie, że tak świetnie sobie radzi i że nie ma choroby morskiej! Chwilę przed burzą usłyszała krzyki sternika — Argentyńczyka o imieniu Roberto. Wtedy to zobaczyła. Wzdłuż łodzi płynęło stado delfinów. Równo z nią. Sunęły w szyku. Co kilka chwil zanurzały się i na zmianę wyskakiwały ponad powierzchnię wody. Patrzyła jak urzeczona. Chciała zatrzymać czas. Jednak o tym, co wydarzyło się później, wolałaby dla odmiany zapomnieć. Fale o sile 9 w skali Beauforta zalewały pokład łodzi. To już nie była dziecinna huśtawka. To był karaibski rollercoaster! Ania konała w kajucie z zamkniętymi oczami, zamroczona dwoma pastylkami aviomarinu. Modliła się i ściskała Andrzeja za rękę. Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bała. Myślała wtedy, że mu POWIE. Prawdę. Przed śmiercią. Nie zrobiła tego jednak. Podróż poślubna Ani i Andrzeja była niezapomnianym przeżyciem. Każde z nich zachowało jednak zupełnie inne wspomnienia. Andrzej z radością i entuzjazmem powracał do nich, oglądając setki zdjęć, jakie zrobił aparatem cyfrowym — prezentem ślubnym od świadka. Ania powracała na Karaiby każdej nocy. W snach, które nie pozwalały jej zapomnieć o tym, co naprawdę się wydarzyło. Za dnia udawało jej się zapomnieć… Chyba że usłyszała rytmiczne „Sunshine reggae”. Wtedy za każdym razem zaczynała pisać karaibską opowieść od początku. V. Kiedy Andrzej prawie wyrzucił Helenę ze swojego gabinetu, ta poczuła się jak idiotka. Siedziała teraz za swoim biurkiem i patrzyła w monitor komputera. Próbowała opanować wzburzenie. Radio cichutko grało „Penny lover” Lionela Richie. Lubiła ten utwór nie tylko za melodię i smutną historię, ale przede wszystkim za teledysk. To był jeden z kilkudziesięciu teledysków, które jako nastolatka oglądała z wypiekami na twarzy z kasety VHS odtwarzanej w sypialni rodziców. Upodobała go sobie za mroczność i wysublimowany erotyzm. Naprawdę była skłonna uwierzyć, że Lionel zakochał się w tej prostytutce, a ona leci tylko na jego kasę.

Teraz piła obrzydliwą, lurowatą kawę z automatu i zastanawiała się, co mogło się wydarzyć. Może ktoś na nich doniósł? I Andrzej będzie miał przez to kłopoty… Przecież każdego dnia tyle ryzykowali. Przypomniała sobie jedną z ich wspólnych kaw, kiedy prawie wydało się, że łączy ich coś więcej niż znajomość biurowa. Na szczęście zawodowo tylko współpracowali ze sobą; nie była to zależność służbowa. Ona miała innego dyrektora, on swoją szefową. I to właśnie szefowa Andrzeja wpadła pewnego razu do jego gabinetu bez pukania i bez zapowiedzi. Dobrze, że kilka sekund wcześniej zdążyli oderwać się od siebie po długim, namiętnym pocałunku. Ona na pewno była zaróżowiona, a jej oczy musiały nienaturalnie błyszczeć. On miał lekko potargane włosy, w które ona uwielbiała wkładać palce. Stali jednak już w pewnej odległości od siebie i chyba tylko dlatego udało im się szybką paplaniną o jakiejś ważnej kwestii sprawić wrażenie osób zaangażowanych we wspólny projekt. Mało brakowało. Teraz Helena wpatrywała się w e-mail od Basi. Właściwie cieszyła się, że choć na chwilę oderwie się od własnych problemów. Andrzej wyprosił ją za drzwi. Nigdy wcześniej tak się wobec niej nie zachował. Owszem — jako kierownik działu bywał obcesowy dla swoich pracowników, ba! jeden raz była nawet świadkiem bardzo przykrej wymiany zdań pomiędzy nim a Jankiem, wieloletnim pracownikiem firmy. Andrzej nie przebierając w słowach wyrzucił go wtedy za drzwi. Akurat załatwiała coś w sekretariacie po drugiej stronie korytarza i wszystko słyszała. Pomyślała wtedy, że jej łagodny, miły i uprzejmy Andrzej pokazał prawdziwe oblicze. Zaraz potem jednak ofuknęła siebie samą za tak głupie sądy. Ona przecież wiedziała najlepiej, jaki jest Andrzej. Ten incydent był absolutnie wyjątkowy, a jej ukochany z pewnością musiał mieć powody, dla których tak ostro zareagował. „Aż do dzisiaj” — pomyślała. Zaczęła czytać. Kochana moja,piszę do Ciebie maila, choć, jak wiesz, pisanie nie jest moją mocną stroną. Ostatnio jednak pomyślałam, że treść naszych maili posłuży — być może — w sądzie za dowód. Dobrze, że nie mam w zwyczaju kasowania czegokolwiek w komputerze. Kilka dni temu w odruchu rozpaczy postanowiłam wrócić do pracy (nikogo już nie było) i skopiować całą korespondencję. Teraz, kiedy wiem, że Tomasz będzie robił wszystko, by zaprzeczyć istnieniu naszego związku, muszę zbierać wszelkie dowody. Robię to dla MOJEGO dziecka! Dziękuję Ci za to, że mnie wczoraj wysłuchałaś. I nawet zwykłe „wszystko będzie dobrze” było mi bardzo potrzebne. Od tego są przecież przyjaciele…Wczoraj wymusiłam na Tomaszu, żeby spotkał się ze mną i wyjaśnił wszystko. W zasadzie nie powiedział nic nowego. Potwierdził, że nie zostawi żony i syna. Powiedział też, że żałuje swojej słabości! Słabości — rozumiesz? Ten kilkumiesięczny, płomienny romans, który, jak mnie zapewniał, miał w niedługim czasie przeistoczyć się w zalegalizowany formalnie związek, on nazwał słabością. Już nawet nie miałam siły płakać. Wypłakałam się przy tobie, Heleno. Bardzo tego potrzebowałam.Podczas spotkania on… on obwieścił koniec naszej znajomości. Ale to nie wszystko!!! Powiedział mi także, że się zastanowił i przemyślał sprawę mojej ciąży. I że nie uznaje i nigdy nie uzna naszego dziecka. A! No i jeszcze, że jeśli zacznę „fikać” (jak on to nazwał), będę musiała szybko poszukać sobie nowej pracy! Zasugerował też, abym „pozbyła się problemu”.Idiota, przecież nawet gdyby, to jest już za późno.Poza tym ja, biorąc pod uwagę orzeczoną „bezpłodność”, powinnam na kolanach pójść do Częstochowy! Urodzę to dziecko, żebym miała żebrać pod supermarketem.Helena, czuję, że czeka mnie batalia, jakiej dotąd nie przeżyłam. Nie odpuszczę skurwielowi. Zrobię wszystko, by zniszczyć jego życie. Ale na razie zbieram dowody. Wystąpię przecież o alimenty do sądu.Jeśli trzeba będzie wezwać świadków, mogę na ciebie liczyć? Nikt lepiej od ciebie nie wie, jak było naprawdę.Muszę kończyć. Ostatnie dwa dni były najgorsze w całym moim popieprzonym życiu.Odezwę się niebawem.Basia Helena podniosła wzrok znad ekranu komputera i zdała sobie sprawę, że straciła poczucie czasu. Było już dobrze po czternastej, a on dotąd nie zadzwonił. Spojrzała na wyświetlacz komórki, łudząc się, że może nie usłyszała dźwięku esemesa. E-mail od niego też nie przyszedł. Zresztą nigdy ich nie wysyłał. Miał obsesję, że informatycy po godzinach zabawiają się, sprawdzając, kto i z kim w biurze… Ścisnął ją strach. Walczyła ze sobą, żeby do niego nie pobiec. Nagle przyszła jej do głowy

straszna myśl: „A może i na mnie przyszła pora? Wczoraj Basia, a dzisiaj ja?”. Nie mogła dłużej siedzieć bezczynnie. Chwyciła pierwszy z brzegu dokument i szybkim krokiem poszła wprost do jego gabinetu. Sekretarka zatrzymała ją w progu słowami, które omal nie ścięły jej z nóg. — Pan Andrzej wyszedł już do domu, źle się poczuł. Tak Irenka zadbała, żeby Andrzej już dłużej nie pokazywał się nikomu tego dnia na oczy. Po historii z zaginionym dokumentem weszła do niego pod byle pretekstem i szybko zorientowała się, że szef jest zupełnie pijany. Na biurku stała prawie opróżniona butelka whisky. Obok pusta szklanka. Siedział i tępym wzrokiem patrzył na stół konferencyjny. Wyszła, wykręciła numer firmy zajmującej się odwożeniem samochodów pod wskazany adres. Następnie wróciła, wmusiła w niego szklankę wody z musującym jeszcze alka seltzerem i odprowadziła do podziemnego garażu. Wszystko załatwiła w ciągu dwudziestu minut. Andrzej miał najlepszą sekretarkę na świecie. On pomagał jej finansowo, bo wiedział, że jest sama i w dość ciężkich warunkach lokalowych wychowuje dorastającego już syna. Starał się dla niej o premie przy każdej możliwej okazji. Ona z wdzięczności była gotowa zrobić wszystko. Tylko Irenka wiedziała, co się święci pomiędzy nim a Heleną. Trzymała jednak język za zębami i nigdy nie dała mu odczuć, że wie. I nie wiedział. Nie wiedział też, że Irenka go kocha. To było jak rażenie piorunem. Kiedy przyszedł pierwszego dnia do pracy, przywitał się z wszystkimi nowymi współpracownikami. Zaczął jednak od niej. Zażartował wtedy, że dobra sekretarka to połowa sukcesu szefa. Był szarmancki, przy każdym kolejnym powitaniu zawsze obdarzał Irenkę promiennym uśmiechem. Kobiety całował w rękę i przepuszczał w drzwiach. Nie szczędził komplementów i miłych słów. Irenka uwielbiała patrzeć, jak przychodzi do niej z kubkiem parującego napoju i staje przy jej biurku. Miała wtedy okazję przyjrzeć się szczegółom jego nienagannego ubioru, podziwiać coraz to nowe spinki do mankietów. Starała się niewiele mówić, by nie zagłuszać wibrującego barytonu jego głosu. Z jednej strony żywiła do niego matczyne uczucia, z drugiej podobał jej się jako mężczyzna. Czuła jednak, że nie ma szans u tego kilkanaście lat młodszego, wykształconego i przystojnego faceta. Ukryła więc głęboko swoje uczucia i postawiła na lojalność oraz przywiązanie. A od kiedy szef zaczął nieprawdopodobny związek z Heleną z działu analiz, czuła, że może mu się przydać bardziej niż kiedykolwiek. Helena wciąż sprawdzała komórkę. Łudziła się, że dostanie od niego upragnioną wiadomość. A jeśli teraz jej nie otrzyma, na kolejną będzie musiała czekać do jutrzejszego poranka! Pojechał do domu. To oznaczało „czas dla rodziny”. Od kiedy z nim była, nienawidziła tej frazy. Nie należała do rodziny. Była tą „trzecią”, która tylko czeka. Była żałosną hybrydą przyjaciółki i kochanki. Czuła narastający niepokój. Zwolniła się z pracy godzinę wcześniej. W samochodzie włączyła na cały regulator Stinga. W drodze do domu zadzwonił telefon. Aż podskoczyła z wrażenia. — Cześć, Krzysiu — powiedziała cicho. — Nic nie słyszysz? Czekaj, ściszę radio. — Witaj, śliczna… Dzwonię tylko, żeby się upewnić, czy będziesz dzisiaj? Krzyś był jej instruktorem tańca. To znaczy niezupełnie jej, bo grupa liczyła siedem kobiet w różnym wieku. Ale ona była jego ulubienicą i powiernicą. Rozumieli się bez słów. Często chodzili razem do kina czy na zakupy. Krzyś jak nikt inny potrafił dobrać odpowiednie dodatki do każdego stroju. Uwielbiał nakrycia głowy, buty i rękawiczki. Gołębi, kaszmirowy płaszcz wypatrzył dla niej w outlecie Deni Cler. I choć nawet po przecenie kosztował fortunę, Helena posłuchała swojego „osobistego doradcy w sprawach różnych”. Krzysiek był wspaniałym słuchaczem, najlepszym tancerzem salsy i… gejem. Zdeklarowanym. „Geje to najlepsi przyjaciele kobiet” — przeczytała to zdanie w jakimś głupawym, babskim czytadle podczas ostatniego pobytu w salonie fryzjerskim. Wśród tych wszystkich absurdalnych prawd, które krzyczały do niej z okładek pism, ta akurat była prawdziwa.

Krzyś miał jeden feler. Nie mogła z nim omawiać spraw sercowych. Zawsze stawiał się w pozycji faceta… Szybko skończyła rozmowę. Oczywiście, że pójdzie na zajęcia. Będzie tańczyć do upadłego. Zrobi wszystko, aby wyłączyć myślenie. Pomyślała, że mogłaby się też upić. Czuła jednak skutki wczorajszej niedyspozycji. Helena obudziła się w środku nocy. Po wyczerpującym treningu wróciła do domu i szybko poszła spać. W nocy śnił jej się Andrzej. Kłócili się. Ona płakała. Okropny sen. Siadając na łóżku poczuła, że ma mokre policzki. Przetarła twarz dłonią i wstała, by napić się wody. Zapomniała wczoraj postawić na stoliku nocnym dużą butelkę wody mineralnej. Była przecież na kolejnej diecie. Łatwo można było poznać, kiedy Helena się odchudza. Butelki wody w samochodzie, w kuchni, na stoliku nocnym, w pracy. W pokoju unosił się wyraźny zapach lilii, jej ulubionych kwiatów. Zwróciła uwagę na dziwne, niebieskie światło pulsujące w rogu pokoju. W pierwszej chwili pomyślała, że to zepsuta latarnia miga urywanym światłem. Zaraz potem przypomniała sobie, że przecież z trzeciego piętra nie widać latarni. Zrobiło jej się gorąco. — Może mam zwidy? Wprawdzie to jeszcze nie białe myszki, ale… Podeszła do kąta, próbując zapanować nad strachem. Dostrzegła swoją komórkę wiszącą bezwładnie na kablu ładowarki pomiędzy parapetem a ścianą. Niebieskie, migoczące światełko. Zawsze na noc wyciszała telefon. Nie chciała, żeby ktokolwiek przerywał jej spokój. Nie robiłaby tego, gdyby Andrzej dzwonił po godzinach pracy. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wiadomość od niego. „Hel… Kochanie… Tęsknię! Dziś w nocy będę Cię tulił…”. Łzy napłynęły jej do oczu. A jednak! Z trudem opanowała chęć odpisania mu na esemes. Wiedziała, ile musiało kosztować go złamanie umowy. Napisał do niej w środku nocy! Pierwszy raz złamał warunki układu! Płakała i śmiała się jednocześnie. Miała wrażenie, że z jej serca spadł ogromny ciężar. Na jej śliczną twarz powrócił uśmiech… Próbowała zasnąć, ale sen nie nadchodził. Przeleżała do rana z telefonem w dłoni i uśmiechem przyklejonym do ust. Już o szóstej rano była na nogach. Postanowiła, że nie będzie wracać do tego, co stało się wczoraj: ani do zachowania Andrzeja, ani do swojej złości. Czuła, że nocny esemes był dla niego przełomowy. Dotąd rodzina była na pierwszym miejscu. Ona na drugim. Marzyła o dniu, w którym wstąpi na najwyższe podium. I choć oznaczało to pierwsze miejsce ex aequo, była coraz bliżej swego celu… Umyła włosy i za pomocą lokówki wyczarowała na nich delikatne fale. Zrobiła staranny makijaż. Długo stała przed szafą, zastanawiając się, co włożyć. W końcu zdecydowała się na białą bluzkę, czarną, ołówkową, bardzo obcisłą spódnicę, kabaretki i lakierowane szpilki. Był to z jednej strony klasyczny, korporacyjny strój, z drugiej strony wyraźnie podkreślał figurę Heleny i odbierał jej kilka lat. Wyglądała w nim trochę jak lolitka. Ale właśnie tak chciała dziś wyglądać. Prowokująco i dziewczęco zarazem. Obciągnięty materiałem guziczek bluzeczki celowo zostawiła odpięty. Dzięki temu nawet mało uważny obserwator nie mógł nie zauważyć rąbka koronkowego, białego stanika zbierającego jej pełne piersi w kuszący rowek. W drodze do pracy obmyślała plan. * Andrzej po niespokojnej nocy wstał rano skacowany. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia wczorajszego wieczoru. Był bardzo zły na Anię, nie mógł jej darować, że nie dała mu szansy na spokojne wyjaśnienie problemu. Kiedy rano wychodził do pracy, już jej nie było. Nigdy tak wcześnie nie odprowadzała Jaśka do przedszkola.

Dopiero teraz, na trzeźwo, uświadomił sobie, jaki był głupi. Tak na dobrą sprawę mógł dwukrotnie stracić wczoraj robotę. Raz za zgubiony i cudem odnaleziony dokument, drugi raz za pijaństwo. Wziął długi prysznic. Ubrał się i wyruszył do firmy. W drodze do pracy myślał o spotkaniu z Heleną. Zatrzymał samochód kilka ulic wcześniej. Wszedł do sklepu spożywczego i kupił dwie pszenne bułki oraz serek waniliowy. Ekspedientka znała go, bo często kupował u niej śniadanie. Na widok Andrzeja uśmiechnęła się, ukazując ładne, równe zęby. Była atrakcyjną, młodą kobietą o długich włosach i ostrych rysach. Pochodziła z małej wsi w Bieszczadach. Mieszkała kątem u kuzynów, a pracę w sklepie traktowała jak wygraną na loterii. Dla niej była szczytem marzeń. Etat w stolicy! — Zaraz, zaraz! — Andrzej zatrzymał się gwałtownie. — Czy są bombonierki? — A jakże! Duże i małe. Drogie i… jeszcze droższe — zaśmiała się ze swojego dowcipu. — Pokazać? — Proszę zapakować największą i najdroższą. — Przeprosiny? — zapytała. — Chcę komuś podziękować… Sekretarka nie spodziewała się tego zupełnie. Kiedy szef wręczał jej wielkie pudło czekoladek, ugięły się pod nią nogi. — Jestem pani dozgonnie wdzięczny… Uratowała pani mój tyłek — zaśmiał się i na dodatek ucałował ją w oba policzki. Wszedł do gabinetu i opadł na fotel. Nie zastanawiając się długo, wybrał numer wewnętrzny do Heleny. — Hel, przyjdziesz? — zapytał miękkim głosem. Przełknął ślinę i dodał: — Stęskniłem się… — Biegnę. Kiedy stanęła w drzwiach, Andrzej poczuł, że ma erekcję. Wyglądała olśniewająco. Patrzył łakomym wzrokiem to na opiętą spódnicę na jej zgrabnej pupie, to na wezbrane piersi obleczone kusząco koronkowym stanikiem. Oblizał wargi. Zamknęła drzwi i podeszła do niego. Jak zwykle dla niepoznaki w ręku trzymała jakieś papiery. Usiadła mu na kolanach i pocałowała go. Przytulił ją mocno i powiedział: — Przepraszam za wczoraj… — Nic nie mów. Pocałuj mnie jeszcze… Chwilę potem zadzwonił telefon i pani Irenka przypomniała Andrzejowi, że za dziesięć minut rozpoczyna się spotkanie w sali konferencyjnej. Helena wyszła. Andrzej poczuł, że nie ma wyboru. Umknął do łazienki, czując, że musi rozładować napięcie. Odkąd spotykał się z Heleną, robił to często. Inaczej nie mógłby normalnie funkcjonować. Miał duże potrzeby seksualne. Bardzo łatwo się podniecał. Czasem aż zły był na siebie, na niego… Kiedy skończył, starannie wytarł członek, umył ręce i odprężony udał się na spotkanie. Zadowolona z siebie Helena pracowała tego dnia bardzo efektywnie. W zespole do spraw odbioru analiz weryfikowała dane zawarte w raportach o stanie prawnym i finansowym spółek sprzedawanych przez ich firmę. Była w tym naprawdę dobra. Lubiła cyferki. Obrót spraw uskrzydlił Helenę. Pierwszy raz Andrzej pokazał, że mu zależy. Tak naprawdę. Postanowiła jeszcze bardziej się do niego zbliżyć. Muszą razem wyjechać. Amsterdam. W jednej chwili podjęła decyzję. Kiedy wróciła do domu, weszła po małej aluminiowej drabince na pawlacz i wyjęła zakurzone pudełko po butach. Znalazła w nim kasetę VHS, którą włożyła do magnetowidu. Całe

szczęście, że go nie wyrzuciła. Miała nadzieję, że kiedyś się przyda. Tak jak teraz. Przewinęła kasetę na początek. Po chwili odnalazła teledysk. „Penny Lover”. Nalała sobie kieliszek koniaku i włączyła play. I jeszcze raz. I jeszcze. Wyobrażała sobie, że Lionel to Andrzej, a ona to Penny. Wcale nie przeszkadzało jej to, że odgrywa rolę barowej prostytutki. Patrzyła, jak Lionel płacze, kiedy ona wychodzi z kolejnym klientem. Czuła dreszcze, kiedy na ekranie piosenkarz kochał się z dziwką. Jego miłość do niej była oczywista i taka prawdziwa! Była pewna, że ten teledysk nakręcono w Amsterdamie. VI. Helena wybrała numer wewnętrzny do Eli. Wiedziała, że koleżanka z pracy jest tak głupia, iż nie zorientuje się w podstępie. A ona musiała poznać szczegóły dotyczące wyjazdu Andrzeja do Amsterdamu. Jego nie mogła zapytać. Niespodzianka to niespodzianka. Ela chętnie odpowiadała na pytania. Helena zapisała sobie wszystko na kartce i postanowiła w domu zrobić drobiazgowy research. Jej hotel miał być jak najbliżej jego hotelu, aby — bez wzbudzania podejrzeń — Andrzej mógł przychodzić do Heleny i wracać do siebie, nie tracąc czasu. Ela powiedziała też, że wyjazd ma potrwać trzy dni i dwie noce. Hotel Queen jest w samym centrum miasta. Zarezerwowano dwa pokoje: jeden dla Andrzeja i Wojtka, kierownika bliźniaczego działu, drugi dla ich szefowej, Elwiry. Wylot za trzy dni o 7.45 z terminalu 2. Helena otworzyła stronę internetową obsługującą kilka linii lotniczych. Do Amsterdamu latały tylko dwa samoloty dziennie, jeden rano, drugi wczesnym popołudniem. „Tym polecę” — pomyślała. Na jej twarzy z emocji pojawiły się wypieki. Spojrzała na dokumenty leżące na biurku i postanowiła jak najszybciej uporać się z nimi. Zadzwonił telefon. Zerknęła na wyświetlacz i uśmiechnęła się. — Już przyjechałeś? Przyjdę, oczywiście. Ale nie teraz. Muszę coś pilnie zrobić. Za pół godziny? — powiedziała starannie wymodelowanym głosem. Andrzej był wściekły. W domu ciche dni z Anią, a teraz Helena każe mu czekać. Nie cierpiał odmowy. Nie znosił, kiedy musiał prosić o to, co mu się należało. Tak jak wtedy, kiedy Ania stanowczo zaprotestowała przeciw zapaleniu światła w sypialni. Lub gdy chciał kochać się z nią w pozycji „na jeźdźca”. Usłyszał dźwięk oznaczający nadejście nowego e-maila. Otworzył go. Był to program konferencji oraz szczegóły pobytu w Amsterdamie. Ze zdumieniem spostrzegł, że nie jadą z Wojtkiem sami. „Po jaką cholerę ona? Trudno — pomyślał. — Będzie sztywno i raczej nie poużywamy”. Amsterdam (a był w nim już dwukrotnie) fascynował go i pociągał. Starał się znajdować nowe atrakcje na mapie miasta, lubił jednak odwiedzać wciąż te same miejsca — dwa kultowe coffee shopy i Dzielnicę Czerwonych Latarni. Miał nawet swoją ulubioną prostytutkę. Przychodził pod jej witrynę, bo lubił na nią patrzeć. Nigdy jednak nie pomyślał o tym, by spróbować. On, przykładny mąż i dobry ojciec? Kobieta zza szyby była piękna. Ciemnoskóra. Miała lekko skośne oczy. Obłędna mieszanka. Zapraszała go wiele razy, raz nawet zdobył się, żeby z nią porozmawiać. Jednak nie uległ pokusie. Nie on. Uświadomił sobie nagle, że jego ostatni pobyt w Amsterdamie miał miejsce przed tym, co zdarzyło się z Heleną. Czy teraz, kiedy jest już niewiernym mężem, zmieni swój stosunek do egzotycznej kurewki? W domu Helena włączyła komputer i szybko znalazła potrzebne informacje. Samolot zarezerwowała telefonicznie u znajomego agenta LOT-u. Za bilet zapłaciła przelewem. Była bardzo zadowolona, gdy okazało się, że lot popołudniowy jest sporo tańszy od porannego. Wysłała do recepcji hotelu e-maila, w którym poprosiła o pokój dwuosobowy z podwójnym (koniecznie!) łóżkiem. Zawahała się chwilę, kiedy przyszło do płacenia. Pobierali opłatę z góry, nie podobało jej się to, ale nie miała innego wyjścia. Miała trochę odłożonych pieniędzy. Spadek po babci. „Teraz albo nigdy — pomyślała. — Muszę przecież kuć żelazo”. Andrzej stawał jej się coraz bliższy. Czuła, że zmienia się dla niej. Byłaby głupia, gdyby

teraz nie wykorzystała nadarzającej się okazji. Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Rozmowa zamiejscowa, kierunkowy 12. — Helena, jesteś. Jak dobrze. — Poznała natychmiast drżący głos Basi. — No jak tam? Opowiadaj. Przyjaciółka już spokojnym, ale smutnym głosem zrelacjonowała bieg najnowszych wydarzeń. Na szczęście czuła się dobrze, ciąża przebiegała bez zakłóceń. Tomasz w jednym dotrzymał słowa. Za cenę milczenia wspaniałomyślnie jej nie zwolnił. Helena słuchała w milczeniu. Czuła, że przyjaciółka właśnie tego potrzebuje. Żeby jej ktoś wysłuchał i nie oceniał. — A ty? Co u ciebie i… u Andrzeja? — spytała Basia, kiedy skończyła swą opowieść. Helena zarumieniła się. — Szykuję dla niego niespodziankę. — Powiesz? — Komu, jeśli nie tobie? Basia słuchała z uwagą. Nie podzielała entuzjazmu przyjaciółki. Walczyła ze sobą, bo nie wiedziała, czy powinna ostudzić zapał Heleny. Z jednej strony była wdzięczna, że przyjaciółka nie komentuje historii z Tomaszem. Że zawsze trzyma jej stronę. Z drugiej bardzo chciała ustrzec ją przed błędami, które sama popełniła. — Zastanawiałaś się, do czego to cię doprowadzi? Okręcasz go sobie wokół palca. Tak sądzę. Czy to może się udać? Chyba znasz odpowiedź. Wybacz, Helena, jesteś mi najbliższa. Może skorzystaj z moich doświadczeń? Zobacz, ja też myślałam, że Tomasz rozwiedzie się dla mnie. Ciągle mnie zapewniał, że tak się stanie. Andrzej, z tego, co mówisz, nawet nie deklaruje, że odejdzie od żony. Kim ty właściwie dla niego jesteś? Helena zastanowiła się. — Kim? Przyjaciółką na pewno. Kochanką też, to oczywiste. — A kim chcesz być? Zadałaś sobie to pytanie? — Zadałam, oczywiście. — I? — Żoną. — Żartujesz! — Nie. Trzy dni później Andrzej obudził się z poczuciem klęski. Poprzedniego wieczoru znów pokłócił się z Anią. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. Ania zrobiła się podejrzliwa. Zadawała dużo pytań. Denerwowało go to. Wcześniej nigdy tak się nie zachowywała. Andrzej czuł, że stąpa po grząskim gruncie. Było jeszcze całkiem ciemno, kiedy wychodził z domu. Taryfa już czekała. Postanowił — mimo znacznego kosztu — że na lotnisko pojedzie taksówką. Nie chciał Ani zabierać samochodu. „Zimno jest, szybko robi się ciemno, niech przynajmniej przez trzy dni mają z Jaśkiem komfort” — pomyślał. Uśmiechnął się na myśl o synku. Był jego oczkiem w głowie. Andrzej starał się mieć z nim od początku świetny, bliski kontakt. Kiedy Jaś był malutki, kąpiele, przewijanie, usypianie były wyłączną domeną Ani. Zachowywała się jak kwoka. Często padała ze zmęczenia, ale nie pozwalała sobie pomóc. Andrzej trochę się buntował, ale postanowił cierpliwie czekać na czas, w którym syn wyrośnie z piersi i z pieluch. Pragnął, aby w przyszłości byli sobie bliscy. Kiedy syn skończył trzy lata, Andrzej rozpoczął z nim najpierw krótkie, potem coraz dłuższe „męskie” wycieczki rowerowe. Od roku Jasiek jeździł na swoim rowerku i było to ich ulubione, wspólne spędzanie czasu. Ania nie podzielała pasji męża i syna. Wolała spacery, a najchętniej miękkie poduchy kanapy w salonie. Tam, pod antycznym kinkietem, czytała swoje ukochane książki. Andrzej uwielbiał też podglądać syna podczas zabaw, oglądania bajek czy usypiania. Jasiek był ślicznym dzieckiem. Miał zielone oczy i jasne włosy.

— Podobny do mamy jak dwie krople wody — orzekli teściowie w trakcie pierwszej po narodzinach małego wizyty w szpitalu. Kiedy Andrzej dotarł na lotnisko, poczuł, jak bardzo jest zmęczony i niewyspany. Wydarzenia ostatnich tygodni, a zwłaszcza kilku ostatnich dni sprawiły, że nie czuł się najlepiej. W hali odlotów, przy stanowisku odprawy biletowo-bagażowej, czekała na niego szefowa. Pomimo wczesnej pory miała starannie ufryzowane włosy i nienaganny makijaż. Ubrana w klasyczny, chanelowski kostium wyglądała bardzo szykownie. Nie omieszkał podzielić się z nią swym wrażeniem, co przyjęła z dużym zadowoleniem. — A gdzie Wojtek? — spytał Andrzej, rozglądając się wokół. — Pan Kwiecień nie jedzie z nami — odparła. — Wczoraj wieczorem musiałam podjąć decyzję o cofnięciu mu urlopu. — Coś się stało? — Nic poważnego, ale nie miałam innego wyjścia. Ktoś musi mnie zastąpić na zebraniu zarządu. Miało być za tydzień, a jest jutro. Andrzej uświadomił sobie, że przez trzy dni będzie spędzał sporo czasu z kobietą, która jest jego szefem. Musi zatem uważać, żeby nie zrobić jakiegoś głupstwa. W samolocie Elwira przedstawiła mu szczegółowy rozkład zajęć. Szkolenie pt. „O metodach wycen akcji przedsiębiorstw”, przygotowane przez dużą, międzynarodową firmę, miało zajmować zaledwie pięć godzin dziennie. Mieli zatem dużo wolnego czasu. Niestety, szefowa wiedziała, że Andrzej zna Amsterdam. Nie mógł więc odmówić, kiedy poprosiła, aby został jej przewodnikiem. Całe popołudnie upłynęło im na zwiedzaniu miasta. Mieli dużo szczęścia. Było ciepło i sucho jak na tę porę roku. Elwirę zachwyciły kanały i zabudowa największego miasta w Holandii. Nie mogła uwierzyć, że rower jest dla Holendrów podstawowym środkiem transportu. Jednoślady były wszędzie: stały na specjalnie utworzonych parkingach, leżały porzucone byle gdzie, oparte o latarnie. W Amsterdamie chyba nikt nie wiedział, co to jest kradzież. Większość pojazdów nie posiadała blokad oraz innych zabezpieczeń. Odwiedzili także Muzeum Van Gogha. Andrzej nawet ucieszył się, kiedy Elwira go o to poprosiła. Podczas poprzednich, męskich wyjazdów nie zadał sobie trudu, aby porządnie zwiedzić miasto. Wolał inne atrakcje. Był tym bardziej zadowolony, kiedy okazało się, że w sklepiku znajdującym się przy wyjściu z muzeum można kupić ładne upominki. Z pomocą Elwiry wybrał dla Ani reprodukcję obrazu pt. „Wheatfield with crows” oraz porcelanowy kubeczek ze słynnymi słonecznikami dla Jasia. Kiedy Elwira wyszła do toalety, Andrzej powrócił do sklepu i wziął z półki kaszmirowy szal w kolorze błękitu przedstawiający drzewo migdałowca z obrazu „Almond blossom”. „Będzie pasował do koloru oczu Hel” — pomyślał. Podszedł do kasy, rozglądając się nerwowo. — Dla kogo to cudo? — usłyszał nagle. Wzdrygnął się. „Czy ta baba wreszcie się odczepi?” — Dla mamy. — Panie Andrzeju, proszę mnie źle nie zrozumieć, ale ten kolor i styl zupełnie nie pasują do kobiety w pewnym wieku. To jest dobry prezent dla młodej dziewczyny. Chętnie panu doradzę. Może… — Dziękuję — powiedział zdecydowanie. — Kupię właśnie ten szal. — Mówiąc to obdarzył Elwirę jednym ze swych najefektowniejszych uśmiechów. W powrotnej drodze do hotelu Elwira się rozgadała. Towarzystwo Andrzeja bardzo jej odpowiadało. Spełniał wszelkie kryteria: młody, ambitny, przystojny, dobrze wychowany. „Można by nas spokojnie wziąć za parę” — pomyślała, kiedy wchodząc do hotelu, zobaczyła ich odbicie w oknie restauracji hotelowej. Rozstali się po wyjściu z windy. Andrzej z ulgą przyjął milczenie z jej strony. „A jednak mam szansę na wolny wieczór” — pomyślał. Otworzył pokój kartą magnetyczną. W środku zauważył, że druga karta tkwi w czytniku. To

dlatego wszędzie paliło się światło. W pierwszej chwili zawahał się. Pomyślał o telefonie do recepcji. Wtedy usłyszał dziwny dźwięk dobiegający z łazienki. Otworzył drzwi i zamarł. W wannie pełnej pachnącej piany leżała Helena. Trzymała w ręku kieliszek z winem. Opróżniona do połowy butelka stała na brzegu. — Hel? Co ty tu robisz?! — Tak mnie witasz? — Helena uśmiechnęła się i dodała: — Robię ci niespodziankę. Mam nadzieję, że miłą. — Żartujesz chyba. — Andrzej stał jak skamieniały. — To znaczy miłą, tak… Bardzo miłą niespodziankę… Ale… Długo tu jesteś? Jak się tu dostałaś? Nie, no ja chyba śnię… — Może przestałbyś gadać i wskoczył do wanny? — Helena zatoczyła ręką duże koło, odgarniając pianę i odsłaniając przy tym jedną pierś. Andrzej zaczął się rozbierać. — Ale skąd wiedziałaś, że jestem tu sam? O Wojtku dowiedziałem się dopiero na lotnisku. — Spotkałam go dziś z samego rana w pracy. Wściekał się. Powiedział, że wczoraj wieczorem Elwira odwołała go z urlopu. — Podała jakiś powód? — Nie podała. Dziwne, nie sądzisz? — Bardzo dziwne. — Miałam cię zwabić do mojego hotelu, ale skoro mieszkasz sam… No i sprawdziłam w recepcji, że Elwira mieszka piętro wyżej. Wszedł do wanny. Była za mała dla dwóch osób. Helena wstała, pozwalając Andrzejowi wygodnie usiąść. Poczuł, że ma wzwód. Przyciągnął ją do siebie. Usiadła na nim okrakiem. Kiedy się kochali, woda zaczęła falować. Wzburzona piana pryskała na ściany. Całowali się jak szaleńcy. Andrzej krzyknął, czując, że nie powstrzyma nadchodzącego orgazmu. Helena zatrzymała się lekko rozczarowana. Była bardzo podniecona, miała nadzieję, że razem dojdą do finału. — Następny raz będzie tylko twój. Jeszcze zdążymy… Nie zdążyli. Usłyszeli pukanie. Najpierw ciche, potem głośniejsze. Spojrzeli na siebie. — Panie Andrzeju? Śpi pan? — Elwira stała pod drzwiami. Andrzej w panice spojrzał na Helenę. — Panie Andrzeju, proszę otworzyć, mam pewną propozycję. Myślę, że to pana zaciekawi. Andrzej zawahał się. „Ona nie może dowiedzieć się o Helenie — myślał gorączkowo. — To byłby mój koniec”. Wyszedł z wanny i narzucił miękki hotelowy szlafrok. Położył palec na ustach, nakazując Helenie milczenie. Owinął się szczelnie paskiem i wyszedł z łazienki, zamykając za sobą drzwi. Czuł się jak mały chłopczyk złapany na kradzieży cukierka w sklepie. „Spokojnie, ona przecież nic nie wie” — uspokajał samego siebie. Uchylił drzwi. — O, przeszkodziłam w kąpieli. Elwira patrzyła na krople wody ściekające Andrzejowi po łydkach. — Ja chyba też wezmę kąpiel. Tyle chodzenia. Tak, koniecznie. Podniosła wzrok i dodała: — Chciałabym pana zaprosić na kolację. Chcę podziękować za dzisiejsze popołudnie. Jest pan świetnym przewodnikiem. No i… szkoda siedzieć w hotelu, skoro tyle atrakcji jest jeszcze przed nami. To znaczy, jeśli zechce mi pan towarzyszyć… — zawiesiła głos i spojrzała wyczekująco. Andrzej przestępował z nogi na nogę. W korytarzu był przeciąg. Zadrżał. — Nie stójmy tak, widzę, że jest panu zimno. Może wejdę na chwilę i omówimy szczegóły? — Elwira nie ustępowała. — Kolację? To… to bardzo miłe z pani strony… Bardzo chętnie, oczywiście. — Przełknął

głośno ślinę. — O której? — Za pół godziny? — Będę czekał przy recepcji. Andrzej zamknął drzwi. — Poszła już? — Helena wyszła z łazienki owinięta kąpielowym ręcznikiem. — Poszła. — Andrzej oparł się plecami o framugę drzwi i odetchnął głęboko. Było mu zimno, sam już nie wiedział, czy to z powodu przerwanej kąpieli, czy stresu, jaki wywołała wizyta szefowej. — Czego chciała? — Jeść. — Słucham? — Helena zatrzymała się gwałtownie i z niedowierzaniem spojrzała na Andrzeja. Była zaskoczona i zła. — Idę z nią na kolację. — Po co? — Helena podparła biodra rękoma. Andrzej westchnął. Podszedł do stojącej na środku pokoju Heleny i uspokajającym gestem dotknął jej policzka. Helena gwałtownie odchyliła głowę i zrobiła krok w kierunku łóżka. Luźno zawiązany ręcznik ześlizgnął się na podłogę. — Hel, proszę cię, nie dramatyzuj. To nie był mój pomysł. Nie wiem, o co jej chodzi, pewnie się nudzi. Musisz stąd wyjść, i to szybko. Ona nie może nas razem zobaczyć. — Andrzej schylił się, by podnieść ręcznik, i złapał przechodzącą Helenę za kolano. Spojrzała na niego z wściekłością. — Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam, wiesz? Myślałam, że mamy dla siebie, i tylko dla siebie, dwa wieczory. Przecież zawsze tego chcieliśmy. Nie możesz jej spławić? — pytała. — O niczym innym nie marzę. Ale nie mogę. Pójdę na kolację i wrócę jak najszybciej. Gdzie mieszkasz? — W hotelu Arena. Kilka kroków stąd. Pokój 505. Ubrała się. Wróciła do łazienki wysuszyć włosy. Miała już wychodzić, kiedy Andrzej zawołał: — Czekaj, Hel. Mam coś dla ciebie. — Podał jej paczuszkę z logo muzeum. — Dla mnie? Co to jest? — Helena szybko rozerwała papier. Jej twarz rozjaśnił uśmiech. — To najpiękniejszy szal, jaki kiedykolwiek dostałam. Pomyślałeś, to… cudowne. Dziękuję. Będę na ciebie czekać w hotelu ubrana wyłącznie w to. — Helena spojrzała na Andrzeja. — Mam nadzieję, że dzisiaj nie pójdziemy spać. I że dokończysz to, co zacząłeś. — Wspięła się na palce i pocałowała go. Długo, czule. * Po wyjściu Heleny Andrzej opadł na łóżko. Spojrzał na zegar stojący na szafce nocnej. „Siódma. Jak dobrze pójdzie, czeka mnie upojna noc”. Uśmiechnął się. Włączył telewizor, wybrał muzyczną stację VH1. Ubrał się. Nadawali stary teledysk Beverly Craven. Wsłuchał się w refren. „Promise me you'll wait for me”. „Pewnie, że obiecuję. Czekałem na to wystarczająco długo”. VII. Helena była wściekła. Tyle przygotowań! Taki misterny plan! I wszystko rozsypało się przez durną babę! Wyszła z hotelu i poszła na przystanek. Tramwaje linii 9 i 14 jeździły co kilka minut. Wysiadła na Dam. Szła z planem miasta w ręku jak setki innych turystów. Co chwila odwracała głowę. Amsterdam, miasto cyklistów. Samochodów jak na lekarstwo. Osobne światła dla osób poruszających się jednośladami: rowerami i skuterami. Pieszy musi uważać. Chory kraj…

Był ciepły, jesienny wieczór. Mokre powietrze, pozostałość po krótkiej, gwałtownej burzy, zaskakująco orzeźwiało. „Idiotyczny klimat — pomyślała. — Cały dzień słońce, a teraz ten deszcz”. Dobrze, że miała ze sobą pelerynę. Wrzuciła ją do torby w ostatniej chwili. Mimo złości czuła, że plan może się jeszcze udać. Ale teraz musi zabić czas. Skrócić oczekiwanie. Przed podróżą wyszukała w Internecie informacje o pogodzie, zrobiła też listę miejsc wartych odwiedzenia. Na wydrukowanym świstku papieru podkreśliła te, których turysta nie może pominąć, jeśli chce poczuć atmosferę Amsterdamu. Coffee Shop Smokey na Rembrandtplein 24 był jednym z takich miejsc. Już z daleka zobaczyła wielki, zielony neon. Przed wejściem stała grupka osób. Z lekkim wahaniem weszła do środka. Uderzył ją silny zapach marihuany. Powietrze w lokalu było gęste od dymu, z głośników leciał przebój Boba Marleya „No woman, no cry”. „Co za ironia losu — pomyślała. — Żeby tylko Andrzej pozbył się tego babsztyla. Nikt po niej nie będzie płakał. Po co ona właściwie z nim przyjechała?”. Helena czuła się nieswojo. Nigdy wcześniej nie paliła trawy. Bała się. Pomimo głośnej muzyki usłyszała cichutki dźwięk esemesa. Poczuła lekki dreszcz. „Może mu się udało? Spławił ją… Boże, spraw, żeby to było to!”. Z bijącym sercem wyciągnęła szybko telefon z torebki i nacisnęła klawisz „otwórz wiadomość”. Przeczytała szybko: „Hel, to jakiś koszmar. Jestem z Elwirą na kolacji! Potem ona chce, żebym poszedł z nią do dzielnicy Red District (sic!), bo ona sama się boi. Przepraszam Cię! Nie wiem, o której wrócę”. Helena zacisnęła pięści. Zalała ją fala wściekłości. Podeszła do lady, gdzie za szybą leżały równiutko ułożone fifki, bibułki i plastikowe woreczki z różnymi napisami. Amnesia, Bubble Gum, White Widow, Super Polm. Literki skakały jej przed oczami. Spostrzegła paterę faszerowanych „maryśką” muffinek. Obok leżały kawałki apetycznie wyglądającego żółtawego ciasta, pewnie cytrynowego. Nie wiedziała, co kupić. Nie miała pojęcia, jak robi się skręta. Zdezorientowana poszła do toalety. Wchodząc po wąskich, stromych schodkach, usłyszała rozmowę dwóch kobiet. Po polsku. Postanowiła zasięgnąć języka. — Mogę o coś zapytać? Starsza kobieta obrzuciła Helenę niechętnym wzrokiem. Młodsza spojrzała z zainteresowaniem. — Co lepsze: skręt czy nadziewane trawą ciastko? Bo nie wiem. A muszę sobie poprawić nastrój. — Ja też nie wiem. Ja tu tylko pobieram kasę od najaranych popaprańców, co… — burknęła stara. — Przestań, mamo — przerwała młodsza kobieta. — Chodź ze mną. Dziewczyna miała na imię Agata i była kelnerką. Rzeczowo wyjaśniła Helenie, czym się handluje i co ile kosztuje. Odradziła słodkie babeczki, bo zawarta w nich marihuana dużo dłużej uwalniała się w organizmie. Opowiedziała o rodzajach trawy i o prawdopodobnych efektach jej palenia. Zrobiła też krótki kurs obsługi skręcania towaru w bibułkę. Po kilku chwilach Helena siedziała przy barze ze szklanką piwa w jednej dłoni i ze skrętem Super Polm w drugiej. Blant miał ją rozweselić i rozluźnić. Tego potrzebowała. Naprawdę. — Halo, słyszysz mnie? Helena, czy ty mnie słyszysz?! — jakiś głos próbował przekrzyczeć głośną muzykę. Kelnerka stała obok trzęsącej się Heleny i próbowała nawiązać z nią kontakt. Helena poczuła, jak traci kontrolę nad ciałem i powoli zsuwa się ze stołka barowego. Ktoś jednak ją podtrzymał. Wsparła się na obcym ramieniu i zaczęła szeptać: „Ja nie chcę umierać, ja nie chcę umierać!”. To Agata z matką wzięły Helenę pod ręce i zaprowadziły na zaplecze. Kelnerka z niepokojem patrzyła na zegarek, na szczęście szef miał wpaść dopiero około północy.