wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 992 968
  • Obserwuję1 361
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 433 516

Sara Janik - Serce lasu

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :163.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sara Janik - Serce lasu.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 9 osób, 20 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 15 z dostępnych 15 stron)

Janik Sara Serce Lasu Z „Science Fiction” nr 8 – wrzesień 2001 - To już wszyscy ludzie z zamku? - Tak, panie - wojownik ubrany w czarną skórę skłonił się z szacunkiem przed rosłym białowłosym elfem. - Idź po mojego brata. Chcę, żeby im się przyjrzał. - Tak, panie! Żołnierz wrócił chwilę później z młodym chłopakiem, ubranym w czarny szeroki płaszcz. Elf miał włosy równie jasne jak jego brat, lecz w zielonkawych oczach brak było blasku. Gdy wszedł na dziedziniec, spojrzenia wszystkich elfów natychmiast skupiły się na nim. Pochylili z szacunkiem głowy. - Leeyane... - przywódca elfów podszedł do brata i położył dłoń na jego ramieniu. Drugą ręką wskazał niewielką grupkę jeńców, skupioną pośrodku dziedzińca. - Spójrz, to są wszyscy ludzie z zamku Shaness. Wszyscy, którzy przeżyli. Masz teraz okazję... Może wśród nich znajdziesz Światło. Reszta umrze. Tak jak nasz brat - w jego głosie nie było cienia wahania. Gdy Leeyane w milczeniu odwrócił głowę i przymknął oczy, Tashe puścił go i podszedł do ciemnowłosej, młodej kobiety. - A więc dobrze... Może to ci pomoże. - Chwycił dziewczynę za warkocz. Krzyknęła przerażona i spróbowała się wyrwać. Elf zaśmiał się tylko. Wyciągnął długi sztylet i poderżnął jej gardło. - Nie!!! - Bliźniaczo podobny do niej mężczyzna zerwał się z ziemi i mimo związanych rąk rzucił się na elfa. Jego atak odniósł tylko jeden skutek. Został błyskawicznie uwięziony w silnym uścisku rąk elfa, a zakrwawiony nóż dotknął jego szyi. Dotychczas nieruchomy, Leeyane zrobił krok w stronę brata. Elf spojrzał na niego bystro. Dostrzegł iskierki gniewu w spojrzeniu chłopaka. Zmrużył oczy. - Spodobał ci się ten człowieczek, Leeyane? Dobrze... A więc będzie należał do ciebie - pchnął mężczyznę do nóg brata. Jakiś elf natychmiast go pochwycił i przytrzymał na miejscu. - Lecz jeśli mu się nie uda przeżyć do jutra, nie miej do mnie o to żalu. Nie sądzę, żeby on był właściwym wyborem... - Bądź przeklęty, Tashc! - krzyknął naraz mężczyzna, próbując wyrwać się clfiemu wojownikowi. - Niech cię piekło pochłonie za krzywdę, jaką wyrządziłeś mojej rodzinie! Elf spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Więc znasz moje imię? Kim jesteś?! - Żebyś nigdy nie mógł zasnąć spokojnie, ty elfia przybłędo! Żebyś nigdy nie zaznał spokoju! Jak mogłeś zabić moją siostrę?! Elf spojrzał na niego bez gniewu czy urazy. Spokojnie podszedł do przerażonej, może dziesięcioletniej dziewczynki i jednym szarpnięciem za włosy postawił ją na nogi. Na jego wargach pojawił się uśmiech, gdy powoli wbijał sztylet w jej brzuch. Dziecko zacharczało krótko, z jego ust popłynęła strużka krwi. Gdy wyciągnął ostrze, ciało bezwładnie osunęło się na ziemię. Jakaś kobieta zaszlochała bezgłośnie, zbyt wstrząśnięta, aby nawet głośniej zapłakać. - A więc, jak się nazywasz? - Tashc badawczo popatrzył na bladego mężczyznę. - Yeneth... Yeneth Shanvcress... Tashe zaśmiał się. - Najmłodszy syn pana na Shaness! Leeyane, braciszku, masz doskonały gust - uśmiechnął się do młodego elfa, który bez drgnienia powieki wytrzymał jego wzrok. Yeneth popatrzył na niego uważnie. Leeyane, od chwili gdy przyszedł, nawet na moment nie zmienił wyrazu twarzy. Beznamiętnie patrzył na śmierć wokół siebie. Yeneth zadrżał. Co znaczyły słowa Tashe, że odtąd będzie należał do niego? - No, dobrze. A teraz zakończmy już tę sprawę - Tashe wytarł sztylet o ubranie najbliższego jeńca i schował go do pochwy. Skinął na dwóch żołnierzy. - Zabijcie resztę! Stanął obok Leeyane i delikatnie poklepał brata po ramieniu. - Jesteś zadowolony? - spytał, gdy żołnierze zaczęli zabijać jeńców. - Nie odwracaj wzroku. Przecież ja to wszystko robię dla ciebie. Za śmierć... - nie dokończył, gdyż naraz Leeyane przymknął oczy i bezwładnie osunął się na ziemię.

- Cholera! - zaklął cicho Tashe, błyskawicznie pochylając się nad bratem. - Zabierzcie go stąd... - polecił stojącym obok wojownikom. - Niech się nim zajmą kapłanki! Gdy zniknęli w głębi zamku, Tashe z niechęcią spojrzał na Yenetha. - A ty, człowieku, patrz, jak umierają ci, których znasz! - Skinął na wojownika, który złapał mężczyznę za ciemne włosy i skierował jego twarz w stronę mordowanych. Yeneth zacisnął zęby. Z całych sił starał się nie okazać bólu i rozpaczy. Pragnął zabić wszystkie elfy na Kesrenn. A w szczególności te wszystkie, które zniszczyły życie jego rodziny. Jednak był bezsilny. Wkrótce szare kamienic zamkowego dziedzińca spłynęły krwią. - Chodźmy stąd - Tashe chwycił Yenetha za potargane włosy. Młody mężczyzna z nienawiścią popatrzył na elfa. Tashe zaśmiał się tylko. - Podoba mi się twój wzrok. Naprawdę... Obiecuję ci, że będziemy się dobrze bawić przez najbliższe godziny. Uczucia wypełniające serce Yenetha zmieniły się pod wpływem jego słów. Gorączkowe przerażenie i gniew zastąpiła zimna nienawiść. Był to ten rodzaj uczucia, które nie znika dopóty, dopóki nie zginą ci, którzy są jego przyczyną. Yeneth poprzysiągł śmierć wszystkim elfom. Ta nienawiść pomogła mu znieść kolejne poniżenia z ich strony: ich śmiech, gdy zaprowadzili go do zamkowych lochów, i tortury zadane ręką Tashe. Zanim stracił przytomność, tylko jedna rzecz dawała mu siły, by nie krzyczeć: myśl o rychłej zemście. Nieuniknionej zemście. *** Yeneth ocknął się na chłodnej, kamiennej podłodze. Z cichym jękiem otworzył oczy. Mrok nocy, która tymczasem zapadła, rozjaśniała pochodnia włożona w uchwyt na ścianie. Czuł potworny ból zmasakrowanego ciała, ale mobilizując resztki sił usiadł i rozejrzał się nieco zaskoczony. Znajdował się w sypialni swego starszego brata. Dlaczego? Przecież ostatnie, co pamiętał, to zamkowe lochy! Szybkim spojrzeniem ogarnął pokój. Nie dostrzegł, aby cokolwiek stąd zginęło. Jego wzrok zatrzymał się nagle. Nie był sam; Po przeciwnej stronie komnaty, na miękkim łożu Gerta ktoś leżał. Yeneth zmrużył oczy. Elf! Myśl o zemście zalśniła w umyśle Yenetha niczym pochodnia. Rozejrzał się gwałtownie, nie dostrzegając nikogo, zaczął powoli przybliżać się do śpiącego elfa. Odwagi dodawał mu fakt, że od chwili, gdy zaczął go obserwować, mężczyzna nawet się nie poruszył. Będąc tuż przy posłaniu znieruchomiał, rozpoznając wroga. To był Leeyane, młodszy brat Tashe. Chłopak wyglądał na uśpionego. Ciemne rzęsy rzucały głębokie cienie na jego szczupłe policzki. Długie jasne włosy w nieładzie leżały na poduszce, a potem srebrzystą kaskadą opadały na ziemię. W ciszy panującej w komnacie nie było słychać nawet jego oddechu. Yeneth nagle się zawahał. Miał ochotę zabić tego drania, który pozwolił zamordować bezbronnych ludzi, a jednocześnie czuł, że powinien uciekać jak najszybciej. Odnaleźć ojca, który dzień wcześniej wyjechał z zamku, spróbować odzyskać ich własność i zabić elfich najeźdźców. Nagle podjął decyzję. Śmierć siostry nadal stała mu przed oczami. Nie mógł odejść i pozostawić jej nie pomszczonej. Leeyane nawet nie drgnął, gdy Jeneth zacisnął ręce na jego szyi. Natychmiast jednak cofnął się przestraszony. Skóra elfa była przeraźliwie chłodna. Czy on nie żył? Takie zimno mogło oznaczać tylko śmierć. Nie wyczuł ani pulsu, ani oddechu. Usiadł na brzegu łóżka, w zamyśleniu przyglądając się elfowi. Dlaczego zamknięto go w jednym pomieszczeniu z trupem? I dlaczego właśnie tutaj? Przecież pokoje Gerta były jednymi z najlepszych w całej warowni. Jeszcze raz spojrzał na młodego elfa. Kiedy on umarł? Czy wtedy, gdy Tashe zabijał ludzi? Wydawało się, że tylko stracił przytomność. Czyżby nie mógł znieść okrucieństwa swego brata? Yeneth delikatnie odgarnął włosy opadające na twarz Leeyane. - Czy pomyliłem się co do ciebie? - wyszeptał. - Czyżbyś był inny, niż myślałem na początku? Zamyślony przyglądał się twarzy o łagodnych, prawie kobiecych rysach. Jeszcze nigdy nie spotkał mężczyzny o tak niesamowitej urodzie. Miał długie, czarne rzęsy, prosty nos, wyraźnie zarysowane, brwi i delikatne, zmysłowe usta. Na pewno wiele kobiet marzyło o jego pocałunkach. O tym, żeby zechciał choć na nie spojrzeć. Nie zauważył, kiedy jego serce wypełniło dziwne uczucie. Czy to była zazdrość? O te wszystkie dziewczęta, które kochał Leeyane? Zaśmiał się z tego pomysłu. To był absurd. Zazdrosny o martwego elfa. A mimo to... Uśmiech na moment zamigotał w jego oczach. Powoli zbliżył twarz do twarzy elfa. Nie zastanawiał się nad tym, co robi. Chęć pocałowania jasnowłosego młodzieńca była tak silna, że nie powstrzymała go nawet myśl o śmierci. Przymknął oczy i dotknął wargami chłodnych ust chłopaka. Było to bardziej muśnięcie niż pocałunek, ale nie pragnął niczego więcej.

Leeyane przypominał mu trochę jego dawnego przyjaciela, również elfa. Jednak tamtego nigdy nawet nie dotknął. Straciłby jego przyjaźń, gdyby to zrobił. Karllee w przeciwieństwie do niego wolał kobiety. Yeneth zaśmiał się i zrezygnowany odsunął się od ciała. Coś w jego życiu potoczyło się nie tak jak trzeba, skoro doszedł do momentu, w którym zaczyna całować trupy. Chyba naprawdę już z nim źle... Może to wszystko przez niechęć ojca i brata co do kierunku jego miłosnych zainteresowań? Zdaniem ojca to Gert, który co noc sypiał z inna dziewką, był stuprocentowym mężczyzną. A Yeneth przynosił tylko wstyd. Do jakichkolwiek by doszedł wniosków, nie był to odpowiedni czas na rozmyślania. Powinien stąd jak najszybciej uciekać. Zdziwiony zauważył, że chęć zemsty, która do tej pory przepełniała jego serce, zniknęła. Mimo smutku po stracie rodzeństwa był spokojny. Jakby odnalazł wreszcie znaczenie tego, co musi zrobić. Wziął głęboki oddech; spróbował wstać. i podejść do drzwi. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie są pilnowane przez strażników, ale nie miał innego wyjścia. W końcu pokoje Gerta znajdowały się na czwartym piętrzę. Nie zdołał podnieść się zbyt wysoko. W miejscu zatrzymał go delikatny ruch na posłaniu. Powieki młodego elfa drgnęły, po czym uniosły się lekko. Klatka piersiowa poruszyła się pierwszym głębszym oddechem. Yeneth był zbyt wstrząśnięty, aby się poruszyć, a co dopiero odezwać. Dopiero, gdy jasne oczy elfa spoczęły na nim, zdołał się opanować. Wyciągnął rękę w stronę twarzy chłopaka, chcąc się upewnić, że nie śni. Elf drgnął, jakby spodziewał się uderzenia. Spróbował osłonić się ręką, lecz zdawało się, że nie miał dość sił, aby dokończyć ruch. Yeneth położył dłoń na jego policzku. Przyjrzał mu się dokładniej. Oczy elfa były jasnozielone. Widział w nich strach. A potem wyraźną ulgę, gdy zamiast uderzenia poczuł delikatną pieszczotę. - Masz na imię Leeyane, prawda... - szepnął Yeneth zachrypniętym głosem. Elf skinął lekko głową. - Dlaczego tutaj jesteś? Przecież bez problemu mogłem cię zabić. Czy twój brat... - Yeneth urwał w pół zdania, kiedy dotarła do niego część prawdy. - Twój brat uwięził cię tu razem ze mną? Czy on chce twojej śmierci? - Nagle zawahał się. A może tu chodziło o coś innego? - To na pewno jest twój brat? Leeyane niechętnie odwrócił wzrok. Jego spojrzenie zatrzymało się gdzieś na skraju światła rzucanego przez pochodnię. Potwierdzające skinienie głową było jedyną odpowiedzią. Yeneth zamyślił się na moment. Jego serce drżało, jakby właśnie miało się wydarzyć coś ważnego, coś, co przesądzi o jego najbliższych losach. - Dlaczego nic nie mówisz? Zabroniono ci? - Elf potrząsnął przecząco głową. - Nie? A więc dlaczego? Nie potrafisz? Gdy Leeyane potwierdził, Yeneth zmarszczył brwi. Będzie trudno się porozumieć, jeśli jedna strona nie może odpowiadać w sposób zrozumiały dla drugiej. No cóż... musi więc zadawać odpowiednie pytania. Spojrzał na elfa, jednak zamiast zapytać o następną rzecz, przybliżył się, znów całując jego usta. Tym razem pocałunek nie był delikatny, kryła się za nim duża doza namiętności i tęsknoty za czymś więcej. Leeyane spróbował unieść ręce, jakby chciał objąć, a może odepchnąć mężczyznę. Gdy nie udało mu się podnieść ich nawet na niewielką wysokość, przymknął oczy i odwzajemnił pocałunek. Gdy Yeneth się cofnął, spojrzał na niego zamglonymi oczami. Yeneth zanurzył palce w jasnych włosach elfa. - Yeneth... - rzekł cicho. - Tak mam na imię... Yeneth... Usta elfa poruszyły się bezgłośnie, jakby powtarzając imię. Uśmiechnął się ciepło. - Nie boisz się mnie? - spytał nagle Yeneth, marszcząc brwi. Gdy Leeyane ze śmiechem potwierdził, dodał: - Przecież twój brat zabił moją siostrę! Mógłbym chcieć się na tobie zemścić. Czy ty... czy Tashe nie zdaje sobie z tego sprawy? Nawet mnie nie związał. Tak jakby chciał twojej śmierci... Przecież jesteś zupełnie bezbronny. Gdy elf znieruchomiał, zaskoczony jego ostrym tonem, Yeneth westchnął, przymykając na moment oczy. Potem usiadł wygodniej i przyjrzał się Leeyane. - No, dobrze... - rzekł już łagodniej. - Chciałbym się dowiedzieć, co się tutaj dzieje. Dlaczego przed chwilą wyglądałeś jak martwy, dlaczego nie możesz mówić, nie jesteś w stanie nawet usiąść? Dlaczego pozwoliłeś zabić... - ściszył głos, nie potrafiąc wymówić imienia siostry i nie dokończył zdania. Elf w milczeniu przyglądał się człowiekowi. Nie zrobił nawet najmniejszego ruchu, aby mu odpowiedzieć. Yeneth spodziewał się tego; powinien się spodziewać. W końcu, jakkolwiek to wyglądało, Leeyane był bratem Tashe. A teraz, przestraszony jego groźbami, na pewno nie zechce mu odpowiedzieć. Chciał dodać coś na swoje usprawiedliwienie, gdy drzwi otworzyły się cicho. W progu stanęła młoda jasnowłosa dziewczyna, z żołnierzem przy boku. Jednym szybkim spojrzeniem objęła scenę przed sobą. Zmarszczyła lekko brwi, a wojownik natychmiast podszedł do Yenetha i dość brutalnie odciągnął go od elfa. Młody człowiek jęknął, gdy elf wykręcił mu ręce na plecy i przytrzymał. Rany od bata odezwały się ze

zdwojoną siłą. Jasnowłosa elfka przestała zwracać na niego uwagę w momencie, gdy został uwięziony w uścisku rąk potężnego mężczyzny. Pochyliła się nad Leeyane i delikatnie przyłożyła mu dłoń do czoła. - Jak się czujesz? - spytała łagodnie. - Odzyskałeś już trochę sił? Elf lekko skinął głową. - Mam nadzieję, że ten człowiek nie próbował cię skrzywdzić? Leeyane uśmiechnął się łagodnie. W jego oczach pojawiły się iskierki śmiechu. - Och, nie bądź tego taki pewien - dziewczyna parsknęła gniewnie. - W końcu to człowiek! - Dobrze, dobrze - machnęła niecierpliwie ręką, gdy Leeyane spróbował zaprotestować. - A teraz zamknij oczy i odpręż się. Spróbuję doprowadzić twoje ciało do porządku. Leeyane posłusznie zamknął powieki. Dopiero wtenczas dziewczyna położyła drugą dłoń na piersi mężczyzny i sama również przymknęła oczy. W półmroku jej dłonie zalśniły zielonkawym światłem. Yeneth zmarszczył brwi. To była elfia magia. Rozpoznał zaklęcie rzucane przez dziewczynę po charakterystycznym odczuciu, jakie w nim wywoływało. Nie na darmo Karllee przez tyle lat uczył go rozpoznawać poszczególne magiczne zaklęcia. Niestety, nie był elfem, więc sam nie potrafił ich rzucać, lecz wiedza przekazana mu przez przyjaciela była dostatecznie duża, aby teraz rozpoznał, z czym ma do czynienia. Dziewczyna użyła jednego z Wielkich Zaklęć Śmierci. Nie miało ono na celu zabicia Leeyane; raczej przedłużenie mu życia. Kosztem rzucającego zaklęcie. Na pewno zdawała sobie sprawę, że jeśli w odpowiednim momencie nie przerwie, może umrzeć. Normalnie skończy się to dla niej tylko dużym osłabieniem, po kilku godzinach snu jej organizm wróci do równowagi. Jednak wykorzystywanie tego czaru skróci jej życie o całe lata. Nagle zielonkawy blask wokół rąk dziewczyny znikł, a ona zachwiała się, osłabiona. Leeyane bez trudu usiadł na łóżku i ją podtrzymał. - Renne? - Cichy głos na dnie umysłu Yenetha był pełen niepokoju. Mężczyzna zamrugał szybko powiekami. Kto to powiedział?! Czy... czy słyszał głos Leeyane??? Jego... myśli? - Już dobrze, Leeyane - dziewczyna usiadła o własnych siłach. - Muszę się tylko przespać... - Renne... Chciałbym, żebyś nie musiała więcej tego robić... To niebezpieczne... - Och! Nie przesadzaj - dziewczyna machnęła gwałtownie ręką. Nagle jej głos złagodniał. - Leeyane... Ja nie jestem ważna... - delikatnie pogłaskała go po policzku. - Musisz żyć i być zdrowy, a ja zrobię wszystko, abyś dobrze się czuł. Nawet, jeśli doprowadzę się tym do szybszej śmierci. Prędzej czy później przecież i tak umrę, Leeyane... Chcę, żeby stało się to po mojemu. Leeyane w milczeniu skinął głową. Jego spojrzenie padło na klęczącego na ziemi Yenetha. We wzroku człowieka dojrzał współczucie dla pięknej elfki. - Każ mu uwolnić Yenetha - polecił krótko. - Puść go - rzuciła krótko w stronę wojownika, a ten natychmiast jej posłuchał. Yeneth stracił na moment równowagę. Nie wstał z podłogi, nawet gdy wojownik cofnął się do drzwi. W milczeniu przyglądał się elfom. - Właściwie to dlaczego przyszłaś? - spytał nagle Leeyane. - Przecież do rana sam odzyskałbym siły... - Tashe miał zamiar przyjść tu jak najszybciej. Wiesz, jak on nie lubi momentów, kiedy ty regenerujesz siły... Bałam się o ciebie... - Renne pochyliła głowę. - Nie złość się, nie potrafię znieść tego, jak on cię traktuje... - Renne... Tashe po prostu... - Wiem! Ale co z tego?! To przecież nie twoja wina! Leeyane zacisnął usta, nie odzywając się więcej. - Leeyane... - Renne chwyciła jego dłoń - nie kłóćmy się, proszę. Ja wracam do łóżka - do rana muszę odzyskać siły. Czeka nas ciężki dzień... Ty też lepiej jeszcze się połóż. Poczekała, aż Leeyane posłusznie położy się z powrotem na posłaniu i starannie go przykryła. Uśmiechnęła się i lekko przesunęła dłonią po czole chłopaka. Jej dłoń zalśniła delikatnym zielonkawym blaskiem, gdy rzucała zaklęcie usypiające. Gdy skończyła, spróbowała wstać. Zamiast tego bezwładnie osunęła się na posadzkę. Potężny elf natychmiast wziął ją na ręce. Renne z westchnieniem przywarła do jego piersi. Popatrzyła z namysłem na Yenetha. - Tobie też radzę się przespać - rzekła cicho. - I, proszę, nie budź Leeyane. Musi odpocząć, bo jutro Tashe... - nie dokończyła. Zmrużyła lekko oczy i z lekkim gniewem spojrzała na drzwi. - Gdy przyjdzie, radzę ci udawać nieprzytomnego. Tak będzie lepiej... dla ciebie. Chwilę później razem z wojownikiem zniknęła za drzwiami. Yeneth usłyszał jeszcze przyciszoną rozmowę z wartownikami na korytarzu, a potem oddalające się kroki. Gdy tylko upewnił się, że zostali sami, gwałtownie spojrzał na elfa. - Leeyane?!

Odpowiedziała mu cisza, chłopak nawet się nie poruszył. Yeneth zamyślił się głęboko. Chciałby usłyszeć odpowiedzi na tyle pytań. Po wizycie elfki w jego głowie pojawiły się następne. Powoli zaczynał się gubić. Śmierć brata w czasie walk, a później bezsensowne morderstwo młodziutkiej Kainnelle... Kai miała zaledwie siedemnaście lat. Kochał swoją siostrę bardziej niż kogokolwiek na świecie. A teraz... Zadrżał; z otwartego okna powiał chłodny wiatr. To już jesień... Niedługo Kai miałaby urodziny. Położył się na miękkim dywanie, nie odrywając oczu od elfa. Twarz Leeyane zasłaniały nieco przydługie włosy. Miał ochotę zbliżyć się i odgarnąć je, aby móc znów spojrzeć w jego niesamowite zielonkawe oczy. Nie czuł nienawiści do tego młodego elfa. Wręcz przeciwnie. Jakieś ciepłe uczucie wzbierało w nim na sam dźwięk imienia Leeyane, Przymknął oczy, zbyt wyczerpany przeżyciami ostatnich godzin. Nawet nie spostrzegł, kiedy zasnął. * * * Obudził się, słysząc czyjeś głosy. Przypomniawszy sobie nocną radę elfki, tylko lekko uchylił powieki. W komnacie było trzech mężczyzn, najwyraźniej żołnierzy, dwie jasnowłose kobiety i Tashe. Wszyscy skupiali się wokół Leeyane. Młody elf nie spał, choć jego uwaga bynajmniej nie skupiała się na rozgardiaszu, jaki panował dokoła. Yeneth nie widział go zbyt wyraźnie, gdyż co chwila któraś z kobiet pochylała się nad elfem i zasłaniała go. Naraz dwaj wojownicy chwycili go pod ramiona i pomogli wstać. Potem, podtrzymując z obu stron, wyprowadzili go z sali. Tuż przy samych drzwiach Leeyane obejrzał się. Yeneth drgnął, gdy ich spojrzenia spotkały się. W oczach elfa widział lęk. Strach przed czymś, co czekało na niego za progiem. Yeneth mimowolnie zacisnął dłoń w pięść. Najchętniej zerwałby się z miejsca i powstrzymał elfy przed zabraniem Leeyane. Jednak cała scena trwała zaledwie kilkanaście sekund; już po chwili był sam w pokoju. Zacisnął zęby, z gniewem uderzając pięścią w podłogę. A potem zerwał się i podbiegł do drzwi. Chciał je otworzyć, jednak w ostatniej chwili powstrzymał się. Jaki to miało sens? Powoli podszedł do uchylonego okna. Miał teraz chwilę czasu, aby przemyśleć swoje położenie i zastanowić się, w jaki sposób się stąd wydostać. Był nieco zaskoczony swoim całkiem niezłym samopoczuciem, jak na to, co wczoraj przeszedł. Normalnie nie mógłby się teraz nawet podnieść z podłogi o własnych siłach, a co dopiero swobodnie chodzić. Gdy po kilku godzinach drzwi, za którymi zniknął Leeyane, otworzyły się, Yeneth, skulony w najdalszym kącie komnaty, był zbyt zajęty własnymi myślami i w pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi. Dopiero ostry głos Tashe przywrócił go do rzeczywistości. - Uważaj, dziewczyno! - Blada, jasnowłosa elfka w błękitnej sukni z trudem podtrzymywała słaniającego się Leeyane. Na twarzy elfa widać było przerażenie, graniczące z obłędem. W dzikich oczach nie było nawet śladu przytomności. - Leeyane... - wyszeptał Yeneth, patrząc na mężczyzn ze zgrozą. Co oni zrobili, że doprowadzili go do takiego stanu? - Jeszcze kawałek, Leeyane. Proszę... jeszcze kawałek - dziewczyna próbowała doprowadzić elfa do łóżka. Gdy wreszcie jej się to udało, Leeyane opadł bez czucia na posłanie. Yeneth dopiero teraz zauważył mokre włosy elfa. Wyglądało to tak, jakby ktoś wylał na niego kubeł wody, chcąc doprowadzić go do przytomności. Dziewczyna z ulgą uklękła tuż przy Leeyane. Delikatnie położyła dłoń na jego twarzy, zaglądając w oczy. - Leeyane? Spójrz na mnie... Proszę cię. - Pośpiesz się, dziewczyno! - burknął gniewnie Tashe, mając najwyraźniej ochotę wyjść jak najszybciej. Yeneth po uważniejszym przyjrzeniu się dostrzegł, że elfi wódz również wygląda na wstrząśniętego tym, co się wydarzyło. Jego jasne włosy, zazwyczaj splecione w gruby warkocz, były teraz rozrzucone w nieładzie. Nie miał na sobie ciemnej peleryny, a ubranie było w kilku miejscach podarte i ubrudzone krwią. - Zamknij się, Tashe - dziewczyna spojrzała na niego z gniewem. - Dobrze wiesz, że nie masz nade mną żadnej władzy. Zwłaszcza teraz! Tashe spojrzał na nią pochmurnie, lecz nie zaprotestował więcej. - Leeyane! - Elfka energicznie potrząsnęła ramionami chłopaka. - To nie była twoja wina, rozumiesz?!!! Przecież nikt nie mógł wiedzieć, że Serce Lasu jest aż w tak fatalnym stanie. Leeyane! Popatrz na mnie! Tashe chciał dobrze... - Kenhee!!! Dziewczyna nawet nie spojrzała na rozgniewanego Tashe. Z lekkim uśmiechem patrzyła, jak z oczu młodego elfa znika strach i ból.

- Wszyscy cię tu kochamy, Leeyane. Uwierz w to, proszę. A my, kapłanki, jesteśmy po to, aby być przy tobie właśnie w takich chwilach. Więc nie rozpaczaj, kiedy mnie nie będzie. Wszystkie jesteśmy na to przygotowane. Gdybym mogła cofnąć czas, nie postąpiłabym inaczej. Wybrałabym takie życie i taką śmierć, jak teraz. Leeyane... Pamiętaj o tym, dobrze? Od jutra Hass zastąpi Renne. Bądź dla niej tym, czym byłeś dla Renne... - pochyliła się nisko nad chłopakiem i szepnęła mu coś do ucha. Oczy elfa rozszerzyły się z zaskoczenia. Gdy dziewczyna bezwładnie opadła na niego, podtrzymał ją i przytulił do piersi. Spod jego przymkniętych powiek płynęły łzy. Tashe zaciskając zęby podszedł do brata i delikatnie wyjął bezwładne ciało elfki z jego ramion. Przekazał je stojącemu dotąd przy drzwiach żołnierzowi. - Pochowajcie ją w lesie razem z Renne... Z szacunkiem, na jaki zasługują Kapłanki Lasu. - Nie patrzył, jak żołnierz znika za zakrętem korytarza. Jednak dopiero po chwili skierował swe spojrzenie na Leeyane. - Nie pozwolę ci tego zrobić! Nie tak, jak ty tego chcesz! - rzekł ostro. - Nigdy nie dopuszczę do twojej śmierci! Jak tylko uporamy się ze wszystkim, wracamy do domu! Pochylił się nad bratem i z szorstką delikatnością odgarnął jasne włosy z jego czoła. - Nadal nic nie rozumiesz... Nie pozwolę ci odejść... Ojciec i tak będzie cierpiał, gdy dowie się o śmierci naszego brata. A więc będzie tak, jak ja chcę! Choćby Las miał zginąć! W oczach Leeyane znów pojawiły się łzy. Z rozpaczą spojrzał na brata, który odwrócił głowę, nie mogąc znieść jego wzroku. - Znajdę inną metodę na ocalenie Kamienia Lasu! Jutro przyprowadzę Mekreshe! Twierdzi, że potrafi przenieść Serce Lasu w bezpieczne miejsce bez niepotrzebnych ofiar! Zobaczysz! - Tashe wybiegł z komnaty, energicznie trzasnąwszy drzwiami. Leeyane przymknął oczy, ale spod powiek nadal wymykały się łzy. Yeneth odczekał chwilę, upewniając się, że zostali sami. Do tej pory robił wszystko, aby nikt nie zwrócił na niego uwagi, i przysłuchiwał się rozmowie. Jednak gdy Tashe wyszedł, natychmiast podszedł do młodego elfa. - Leeyane - objął chłopaka. - Co się stało? Co oni ci zrobili? Odpowiedz! Młody elf nie drgnął nawet, gdy nieco zbyt gwałtownie potrząsnął jego ramionami. - Leeyane... - Yeneth mocniej przycisnął chłopaka do swojej piersi. - Tak się bałem, że cię zabiją... Leeyane... Proszę, spójrz na mnie... Leeyane... Delikatnie gładził jasne włosy elfa. Nie zastanawiał się nad tym, co robi. Jakoś nie potrafił czuć niechęci do tego młodzieńca. Mimo że on by elfem. Nagle Leeyane poruszył się lekko, a potem podniósł głowę i popatrzył na obejmującego go mężczyznę. Yeneth nie mógł znieść rozpaczy w jego spojrzeniu. Bez wahania pocałował chłopaka. A on odwzajemnił pocałunek. Chwilę później cofnął się lekko. Z oczu elfa znikł ból, lecz nadal był smutny. Yeneth zanurzył palce w jego włosach. Miał ochotę znów go pocałować. Jednak chciał również dowiedzieć się, co się stało i to wydawało mu się ważniejsze. - Chcę wiedzieć, co się stało - rzekł łagodnie. - Martwiłem się o ciebie... Leeyane odwrócił wzrok. - Nie!!! - Yeneth z gniewem potrząsnął chłopakiem. - Nie pozwolę ci teraz uciec przed odpowiedzią! Chcę wiedzieć! Wczoraj rozmawiałeś z tamtą elfka. Słyszałem twoje myśli! Więc teraz odpowiedz mi w ten sam sposób. Yeneth zamilkł, a gdy Leeyane nie zareagował, chwycił go za podbródek i zmusił do podniesienia głowy. Na twarzy elfa widać było zdumienie połączone z lękiem. Zamrugał energicznie powiekami. - Słyszysz... mnie? - w pytaniu czaiło się niedowierzanie. - Tak. A więc teraz czekam na wyjaśnienia. - Yeneth nie zamierzał się poddać. - Dokąd cię zabrali? Kim była ta dziewczyna w błękitnej sukni? Dlaczego umarła? Czy to przez... ciebie? Leeyane pochylił głowę. Yeneth zaklął, sądząc, że chłopak znów ucieka od odpowiedzi. Gwałtownie złapał go za ramiona. - Odpowiedz mi!!! Dwie łzy kapnęły na jego ramię. Yeneth zaskoczony popatrzył na mokre ślady na swej ręce, - Leeyane? - Rozpacz, jaka malowała się na twarzy elfa, wyjaśniła mu wszystko. - Leeyane... Przytulił elfa, mając nadzieję, że to w jakiś sposób mu pomoże. Ciałem chłopaka wstrząsnął szloch. Yeneth delikatnie pocałował go w czubek głowy. Szeptał pocieszające słowa i czekał, aż chłopak się uspokoi. Po jakimś czasie Yeneth usłyszał ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi. Obejrzał się, nie wypuszczając Leeyane z ramion. W progu stał Tashe. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie, gdy spoglądał na brata. Yeneth zmarszczył gniewnie brwi. Oczekiwał ostrej reakcji i być może kolejnej chłosty. Jednak nie zamierzał się cofać. W tej chwili Leeyane go potrzebował i tylko to się liczyło. Przez dłuższą chwilę

mierzyli się wzrokiem. A potem Tashe skinął lekko głową w niemym podziękowaniu, uśmiechnął się łagodnie i, odrzuciwszy jasny warkocz na plecy, wyszedł. Yeneth był zaskoczony. Spodziewał się wszystkiego, oprócz tego, że Tashe po prostu odejdzie. Mocniej przytulił Leeyane. Co tu się u licha działo? Ostatnio zbyt często zadawał sobie to pytanie... Minęło dużo czasu, nim Leeyane uspokoił się. Yeneth nie odstąpił go nawet wtedy, gdy chłopak zmęczony zasnął. Jesienne popołudnie szybko zmieniło się w wieczór, a później w noc. Przez otwarte okno do pokoju wpadał chłodny wiatr. Jedyne oświetlenie stanowił blask księżyca. Yeneth, zasłuchany w spokojny oddech elfa, spoglądał na gwiazdy. Wydawały mu się tak dalekie i obce, jak całe jego dotychczasowe życie. Przeczuwał zmiany. Śmierć rodzeństwa i opanowanie zamku przez elfy było zaledwie początkiem tych zmian. Jego przeczucia nigdy dotąd go nie zawiodły. Niekiedy Kai śmiała się z niego, że powinien zacząć zarabiać na przepowiadaniu przyszłości. Kai... Wspomnienie śmierci siostry zbladło. Teraz pamiętał ją jako roześmianą, wiecznie skorą do psot dziewczynę, a nie przerażoną i umierającą niewinną kobietę. I tak było lepiej. Czuł, że Kainnelle życzyłaby sobie, aby zachował ją w pamięci żywą. Śmierć brata jakoś mniej nim wstrząsnęła. Zginął na murach zamku w trakcie walki. Tak jak chciałby umrzeć każdy mężczyzna - z mieczem w ręku. Zresztą z Gertem ciężko się żyło. Był ponurym, niekiedy okrutnym i mściwym człowiekiem. Nie akceptował swojego brata. Wstydził się go i jednocześnie zazdrościł mu miłości, jaką otaczały go matka i siostra. Gert był ukochanym synem ich ojca, który obydwu wychowywał żelazna ręką. W obecności ojca nie było miejsca na mazgajstwo i błędy. Yeneth westchnął. To wszystko było już za nim. Czuł, że los skierował go na nową drogę, prowadzącą do niewiadomego celu. Leeyane był jej częścią. Spojrzał na uśpionego chłopaka. Z rozbawieniem spostrzegł, że widzi tylko strzechę potarganych jasnych włosów, które jak zwykle zasłaniały większą część twarzy elfa, i szpiczaste ucho z wpiętym złotym kółeczkiem. Wolną ręką przeczesał włosy chłopaka, chcąc je nieco uporządkować. Wiele to nie dało. Miękkie jasne pasma i tak układały się jak chciały. Uśmiechnął się, czując ciepło wypełniające jego serce na myśl o młodym elfie. Podobne uczucie wywoływały w nim do tej pory jedynie Kai i matka. Jednak teraz było to coś innego, choć równie głębokiego. Miłość... Nie przypuszczał, że sprawy zajdą aż tak daleko. Robiło się coraz chłodniej. Jesienny wiatr dawno stracił łagodność i teraz hulał po pokoju niczym rozbawiony szczeniak. Yeneth drżał z zimna. Miał nadzieję, że Leeyane się nie przebudzi. Naraz ostry powiew szarpnął jego ubraniem. Czując w powietrzu zapach leśnych kwiatów, obejrzał się gwałtownie. Dziewczyna w błękitnej sukni właśnie zamykała drzwi. Wiatr ucichł. Jasnowłosa elfka minęła ich nie patrząc i energicznie zamknęła okiennice. W pokoju zapadła ciemność. Yeneth nasłuchiwał jej kroków. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, a potem pokój rozjaśnił blask pochodni. Zaciekawiony przyjrzał się dziewczynie. Poruszała się lekko niczym zjawa. Włożyła pochodnię w uchwyt na ścianie i podeszła do mężczyzn, klękając tuż przed nimi. Yeneth jak zaczarowany wpatrywał się w jej błękitne oczy. Dziewczyna poświęciła mu jednak tylko chłodne, taksujące i bardzo krótkie spojrzenie. Łagodnie popatrzyła na Leeyane. - Zasnął? - spytała cicho. Przesunęła ręką po policzku elfa. - Tak... - To dobrze. Potrzebny mu wypoczynek. Byłam przy śmierci Renne i wiem, że Kenhee umarła na jego rękach. To był szok dla Leeyane... - Kim jesteś?! Dziewczyna spojrzała na niego z nagłą dumą. - Hassann. Kapłanka Lasu. Nie poznałeś tego po moim ubiorze? Przecież błękit... och... - dziewczyna z politowaniem pokiwała głową. - Przecież ty jesteś tylko człowiekiem. - Tylko?! - zjeżył się Yeneth. Dziewczyna już go nie słuchała. Wstała i czerwonym, dużym pledem ciepło okryła ramiona Yenetha i Leeyane. - Opiekuj się nim - poleciła łagodnie. - Pewnie - burknął niechętnie. "Tylko" człowiek! Nadal był zły za to określenie. Zaraz jednak gniew z niego wyparował. Uświadomił sobie, jak wielką ma okazję, aby się czegokolwiek dowiedzieć. Spojrzał badawczo na elfkę, która zaczęła rozpalać ogień na kominku. - Hassann... Dlaczego tamte dziewczęta zginęły? Hassann obejrzała się gwałtownie, a potem wróciła do rozpalania ognia. Minęła dłuższa chwila. Yeneth myślał, że już nie otrzyma odpowiedzi, kiedy usłyszał jej cichy głos: - Dlaczego zginęły... ? Ponieważ my, kapłanki, jesteśmy właśnie po to. Naszym zadaniem jest przedłużenie życia Leeyane.

- Czyli... - Yeneth wydawał się być zszokowany - ...jesteście "źródłem energii" dla Leeyane? On żyje waszym kosztem?! Kapłanka zmarszczyła brwi, słysząc oburzenie w jego głosie. - To zaszczyt umrzeć dla Rycerza Lasu... - rzekła. - Jak przyjdzie czas na mnie... nie zawaham się ani chwili! Mam nadzieję... Wszystkie elfy szanują Leeyane... I wiedzą, jak bardzo jest ważny. Nasze życie nic nie znaczy, jeśli on umrze. Pochyliła głowę, Jasne włosy wpadły jej do ognia. Przestraszona cofnęła się gwałtownie, gasząc nadpalone końcówki. Po komnacie rozszedł się swąd spalenizny. Elfka z rezygnacją odrzuciła włosy na plecy. Poprawiła polana i wstała. Lekko skinęła głową w stronę Yenetha i wyszła, zanim zdążył zadać jej następne pytanie. Westchnął ciężko, poprawiając pled na ramionach Leeyane. "Opiekuj się nim", tak powiedziała. Opiekuj się... chroń i kochaj... To wszystko można było wyczytać w jej oczach. Kochaj, bo Leeyane jest wart twej miłości. * * * Obudził się bardzo wcześnie rano. Zmarznięty, zdrętwiały, zły na cały świat. Ogień na kominku już dawno zgasł, a pled zsunął się z jego ramion. Ciężar na kolanach przypomniał mu, dlaczego spędził noc w tak niewygodnej pozycji. Leeyane spał w najlepsze. Mężczyzna poruszył się ostrożnie, aby nie obudzić chłopaka, a tylko nieco rozprostować mięśnie. Nie udało mu się ani jedno, ani drugie. Leeyane powoli otworzył oczy i podniósł głowę, patrząc na swojego towarzysza. Na jego twarzy malowało się tak pełne dezorientacji zaskoczenie, że Yeneth roześmiał się ciepło i pocałował drżące usta. - Zasnąłeś... - rzekł miękko, jednocześnie odgarniając jasne włosy z twarzy elfa. Leeyane wyglądał na jeszcze bardziej zaskoczonego. Widząc jego minę, Yeneth wręcz usłyszał pełne zdumienia pytanie: "Ja?". Roześmiał się. - Mógłbyś usiąść sam? Tak zdrętwiałem, że po prostu muszę wstać. Leeyane bez zastanowienia odsunął się od mężczyzny. Przyglądał mu się badawczo. W jego wzroku widać było zaciekawienie. Yeneth wstał i przeciągnął się, mrucząc niczym kocur. Rzut oka na Leeyane uświadomił mu, że chłopak nadal mu się przygląda. Tym razem z podziwem. Yeneth parsknął śmiechem na widok miny elfa. Przypominał mu Kai, stojącą w kuchni przed tortem: niezbyt głodną, ale mającą ogromną ochotę na posmakowanie ciasta. Yeneth podszedł do elfa i uklęknął tuż przy nim. - Nie jestem ciastkiem z kremem - mruknął, całując chłopaka w szyję. Ten zaśmiał się z trafności porównania. W tym momencie drzwi otworzyły się i do komnaty weszła jasnowłosa elfka. - Dzień dobry - rzuciła od progu. Yeneth gwałtownie się odwrócił. - Hassann... - jęknął, niezbyt zachwycony tym, że ktoś im przeszkodził. - Widzę, że dobrze się bawicie? - jej pytanie wywołało rumieniec na twarzy Leeyane. - Przyniosłam śniadanie. Postawiła tacę na podłodze i rozłożyła nakrycia dla dwóch osób. Yeneth był zbyt zaskoczony, aby się odezwać. Elfka otworzyła drzwi i klasnęła w dłonie. Do środka weszły jeszcze trzy, ubrane w błękitne szaty, młode kobiety. Każda z nich przyniosła coś z sobą. Szybko zaczęły krzątać się po komnacie. Jedna rozpaliła ogień, druga otworzyła okiennice, trzecia nalała wody z dzbana do niewielkiej miednicy, którą ustawiła na kufrze. Leeyane odgarnął włosy wpadające mu do oczu i uważnie spojrzał na Hassann. - Tashe wyjechał? - Tak - odpowiedziała. - Dziś w nocy. Przyszłam natychmiast, ale spałeś. Leeyane wstał i podszedł do miednicy. Zaczerpnął wody w dłonie i ochlapał twarz, mocząc przy tym włosy. - Wspominał, że chce sprowadzić Mekreshe... Mogłaś mnie obudzić... - Nie gadaj głupot! - zdenerwowała się Hassann. - Przecież wiem, co się wczoraj działo! Moim zdaniem sen był ci bardziej potrzebny niż jakieś tam informacje! - Ona ma racje, Leeyane. W nocy powinno się spać. - Dziewczyna trzymająca dzban z wodą podała mu błękitną wstążkę. Chłopak związał nią włosy, a potem wytarł twarz lnianym ręcznikiem. Spojrzał przekornie na kapłankę, mierząc ją od stóp po czubek głowy. - Z całą pewnością wiesz, co mówisz... - ton jego myśli nie pozostawiał nikomu złudzeń co do tego, że elfka na pewno nie spała tej nocy. Dziewczyna zaczerwieniła się gwałtownie, a potem ochlapała go wodą. - A to mu się udało, Trissce! Zapomniałaś, że Leeyane wie o wszystkim, co się dzieje z jego kapłankami? - Hassann śmiała się, patrząc na towarzyszkę. Pozostałe kapłanki również wyglądały na rozbawione.

Yeneth rozumiał z tego coraz mniej. Rozmawiali, jakby nic się nie stało, wesoło kpiąc z siebie nawzajem. I całkowicie go ignorowali. Leeyane też wolał żartować z młodymi elfkami niż odezwać się do niego i wytłumaczyć cokolwiek. Nawet ich nie przedstawił! Nie podobała mu się swoboda, z jaką Leeyane odnosił się do tych kobiet. Czy był zazdrosny? Zmarszczył brwi, a gdy jedna z elfek uklękła obok niego i zaczęła zdejmować z niego podartą w kilku miejscach koszulę, czara przepełniła się. Gwałtownie wyrwał się z jej rąk i cofnął pod ścianę. Wszyscy nagle umilkli i spojrzeli na niego z zaskoczeniem. - Zostaw mnie! Czego wy ode mnie chcecie?! - w jego głosie pobrzmiewał gniew. Pierwszy raz od dłuższego czasu, z nieufnością pomieszaną z niechęcią, popatrzył na Leeyane. - Dlaczego ja jeszcze żyję? Do jakich ohydnych celów mam służyć? Zabiliście wszystkich ludzi na zamku. Nawet bezbronne dzieci! Dlaczego nie mnie? - Zacisnął dłonie w pięści. Na jego twarzy odmalowała się gorycz. - Od setek lat ludzie i elfy mieszkali razem na tej wyspie. Kesrenn była wystarczająco duża, abyśmy mogli żyć na niej razem: Zniszczyliście całe moje życie! Zabiliście wszystkich, którzy coś dla mnie znaczyli. Pytam się, dlaczego?! Zawsze elfy trzymały się z dala od ludzi, a ludzie postępowali podobnie... Prawie cała moja rodzina zginęła z waszych rąk! Dlaczego nie ja?! Pochylił głowę, pozwalając aby ciemne włosy zasłoniły jego twarz przed wzrokiem elfów. Po jego policzkach powoli spływały łzy strachu i upokorzenia. Leeyane lekko zagryzł wargi. Przez chwilę stał niezdecydowany, a potem podszedł do roztrzęsionego mężczyzny. - Przepraszam... Nie chciałem cię zranić.- Ukrył dłonie za plecami i oparł się o pierś Yenetha. W milczeniu czekał na jego reakcję. Mężczyzna przez chwilę stał sztywno wyprostowany. Wyczuł, że to, co teraz zrobi, zadecyduje o jego przyszłości. Kapłanki patrzyły na niego z powagą. Zamknął oczy, uniósł ręce i mocno przytulił do siebie młodego elfa. Leeyane był niższy od niego prawie o całą głowę, do tej pory jakoś tego nie zauważył. - To ja przepraszam... - szepnął. - Nic już nie rozumiem... Dlaczego, Leeyane... Proszę, powiedz mi, dlaczego... Nie mogę wytrzymać tej niepewności... - Leeyane! - Hassann skrzyżowała ręce na piersi - dlaczego nic mu nie wyjaśniłeś?! Pozostałe kapłanki również spoglądały groźnie na elfa. - Chyba zasłużył sobie na to?! - dodała Trissce. - W końcu to właśnie jego wybrałeś... Leeyane poruszył się, lekko unosząc głowę. - Nie było czasu... - Co takiego?! - oburzyła się Hassann. - Może chociaż teraz byłbyś szczery? Leeyane zacisnął usta w wąską linię. Z gniewem spojrzał na dziewczynę. - No, dobrze! Bałem się powiedzieć mu prawdę... Bałem się, że mnie opuści... tak jak... - Leeyane... Twój brat cię nie "opuścił" - zaprzeczyła cicho stojąca dotąd przy oknie dziewczyna. - Wiem, jak ci go brak... Zaufaj Yenethowi, skoro wybrałeś go na jego miejsce... - My, Kapłanki Lasu, również jesteśmy przy tobie - dodała Hassann. Leeyane wahał się jeszcze przez moment. Potem spojrzał na Yenetha. - Proszę, pozwól Yierest opatrzyć rany po bacie... Spróbuję ci wszystko wyjaśnić... Yeneth lekko skinął głową, na co elf uśmiechnął się łagodnie i chwyciwszy mężczyznę za nadgarstki, pociągnął na miękki dywan na środku pokoju. Sam usiadł naprzeciwko i z uwagą przyglądał się, jak Yierest zdejmuje koszulę Yenethowi i zaczyna przemywać zaschnięte krwawe linie. - Jesteś niezwykłym człowiekiem - rzekła cicho Hassann. - Dlaczego niezwykłym? - spytał Yeneth, marszcząc brwi w zamyśleniu. - Jedzcie śniadanie - poleciła Hassann. Zaczekała aż zaczną i wyjaśniła: - Z dwóch powodów: ponieważ słyszysz głos Leeyane i... dlatego, że jeszcze żyjesz. Yeneth zakrztusił się kawałkiem mięsa. Zaskoczony, spojrzał na dziewczynę. - Jestem ciekawa - zmrużyła lekko oczy, spoglądając na niego spod długich rzęs - czy miałeś kiedykolwiek kontakt z Magią Elfów? Żaden człowiek nie ma prawa słyszeć myśli Rycerza Lasu. - Kiedyś... - zaczął cicho - miałem przyjaciela. Był elfem. Nauczył mnie rozpoznawać zaklęcia. Nie potrafię się, rzecz jasna, nimi posługiwać, ale wiem wszystko, co on wiedział. - Jak miał na imię ten elf? - zainteresowała się Hassann. - Musiał mieć ogromną wiedzę, by nauczyć cię widzieć zaklęcia. - Yeneth uśmiechnął się lekko. - Karlice... - imię elfa zabrzmiało wyjątkowo miękko. Wszyscy znieruchomieli zaskoczeni. Leeyane nagle pobladł. Zachwiał się i tylko pomoc dwóch kapłanek zapobiegła jego upadkowi. Yeneth spojrzał na niego z niepokojem. - Leeyane?

Elf odepchnął podtrzymujące go dłonie. Odwrócił się na pięcie i podszedł do otwartego okna. Yeneth przez moment dojrzał łzy w jego oczach. Zapadło kłopotliwe milczenie. Nawet kapłanki bez słowa przyglądały się człowiekowi. Pod ich spojrzeniami Yeneth poczuł się bardzo nieswojo. - Karlice... był bratem Leeyane... - rzekła cicho Hassann. - Został zamordowany przez twojego ojca. Yeneth pobladł straszliwie. Karllee nie żyje? I zrobił to ojciec? Cofnął się, przesłaniając usta dłonią. Zrobiło mu się niedobrze. To nie mogła być prawda! Ojciec nie mógłby... - Przybył na wasz zamek razem z eskortą dwóch elfów... - odezwał się cicho Leeyane. - Byli posłami... Przybyli z prośbą do pana na Shaness. Prośbą o możliwość wydobycia pewnego Kamienia zakopanego pod zamkiem. Jeszcze tego samego dnia otrzymaliśmy odpowiedź... Powrócił jeden z wojowników... Byt ciężko ranny. Przyniósł odcięte głowy swego towarzysza i Karllee... Umarł krótko potem. Yeneth w milczeniu wpatrywał się w plecy Leeyane. Widział, jak ramiona elfa drżą, a dłonie coraz bardziej zaciskają się na kamiennym parapecie. Powoli wstał i podszedł do młodego mężczyzny. Nie wiedząc do końca, jak się zachować, delikatnie położył dłoń na jego ramieniu. - Leeyanę... - wyszeptał. Elf odwrócił twarz w jego kierunku. Po jego szczupłych policzkach płynęły łzy. Yeneth natychmiast objął chłopaka. - Tak mi przykro... - Wiem... - odparł po chwili Leeyane. - Czuję, że brak ci go tak jak i mnie... Wiedziałem, że Karllee uczy kogoś magii, choć on sam nigdy się do tego nie przyznał. Bardzo cię lubił... Zdawał sobie sprawę, że jeśli powiedziałby ojcu o swojej znajomości z człowiekiem, ten nigdy więcej nie pozwoliłby mu się z tobą spotkać. Yeneth skinął potakująco głową. Karllee też mu to kiedyś mówił. - Dzięki niemu mogę cię teraz słyszeć, tak? - spytał cicho. - Tak. Uśmiechnął się lekko. - Opowiesz mi, co było dalej? Po śmierci Karllee? - Następnego dnia mój brat zdecydował się na atak na warownię. Z zemsty zabił wszystkich ludzi. - A dlaczego ja żyję? Zabiliście nawet kobiety i dzieci - zadrżał na to wspomnienie. - Dlaczego nie mnie? - Leeyane wybrał cię, abyś zastąpił Karllee - wtrąciła się Hassann.- Abyś był jego Światłem... - Światłem? Nie rozumiem. I co z tym kamieniem w podziemiach? Przecież to od niego się zaczęło. - Kamień... Trzeba go wydostać na powierzchnię, a potem przenieść. To jest teraz najważniejsze. - Wzrok Hassann nagle stał się nieobecny. - Takie jest zadanie Leeyane. A ty będziesz mu bardzo potrzebny. - Do czego? - Yeneth spojrzał badawczo na Leeyane, lecz odpowiedzi znów udzieliła mu Hassann. - Leeyane jest Rycerzem Lasu. Ma ogromną moc. Tak potężną, że jeśli tylko zechce, to gdziekolwiek stąpnie, tam wyrastają kwiaty i trawa. Drzewa rosną lub usychają zgodnie z jego wolą. Ma władzę nad każdą rośliną. Wszystko, co jest w lesie, należy do niego. Jednak aby stać się prawdziwym Władcą Lasu, takim jak przepowiedziano setki lat temu, potrzebuje kogoś na ziemi, swego Światła, które wskaże mu drogę wśród ciemności... Tym kimś był Karllee. Po jego śmierci... - dziewczyna zamilkła. Usiadła na brzegu łóżka i ukryła twarz w dłoniach. - Moc Serca Lasu przejęła kontrolę nad ciałem Leeyane. On... umiera... Jeżeli umrze Leeyane, jeżeli Serce Lasu rozsypie się w proch, zginą wszystkie elfy... uschnie Las... Yeneth milczał, zszokowany. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. - Tashe był pewien, że umrzesz po tym, jak cię pobił. Dlatego zamknął cię w jednym pokoju z Leeyane. Nie wierzy słowom Leeyane, że to właśnie ty masz zastąpić Karllee. - Nie zdziwiło cię to, że rany po bacie, które niejednego człowieka przyprawiłyby o słabość, gorączkę, a nawet śmierć, u ciebie są już prawie zagojone? - dodała nagle Trissce. - Że nie czujesz bólu ani fizycznego, ani psychicznego? Powiedz, czy nadal chcesz zabić wszystkie elfy za śmierć twej ukochanej siostry? Yeneth zastanowił się głęboko nad tym, co czuje. - Nie... Pamiętam Kai żywą... pogodziłem się z jej śmiercią. To już nawet nie boli, gdy myślę o niej. - Widzisz więc. To dzięki mocy Leeyane. Dał ci spokój i siły, by wyzdrowieć. Dzięki niemu łatwiej przebolałeś stratę bliskich. - To znaczy, że Leeyane... chciał, abym czuł to, co teraz czuję? Czy to, że go kocham, to też tylko jego manipulacje?!! - zacisnął dłonie w pięści. - Nie - Hassann energicznie zaprzeczyła. - Leeyane dał ci tylko spokój i,siłę, aby wyzdrowieć. Nic więcej. Jeśli naprawdę go kochasz, to jest to twój własny wybór. A nie wola Leeyane. Pomyśl, co czujesz! I wybierz teraz zgodnie ze swoim sercem. Od tego zależy, czy tu zostaniesz. Nie pozwolę, aby ktokolwiek,

kto źle życzy memu Panu, przebywał blisko niego - nawet jeśli jest on Światłem. My, kapłanki, jesteśmy tu po to, aby strzec Rycerza Lasu, aż do momentu, kiedy będzie w stanie robić to sam. Yeneth pochylił głowę; Myślał, że ta rozmowa wyjaśni mu wszystko, a tymczasem rozumiał coraz mniej. - Ja... nigdy bym nie mógł źle życzyć Leeyane... Nie potrafiłbym go skrzywdzić... Przecież go kocham! Nie dostrzegł, kiedy Leeyane podszedł do niego i klęknął naprzeciw. Zajrzał mu głęboko w oczy, uśmiechając się łagodnie. - Ja też cię kocham Yenne... - na dnie umysłu usłyszał miękki, ciepły głos. - Mam nadzieję, że nigdy nic nas nie rozdzieli... - Powiesz mi, na czym ma polegać moje zadanie? -spytał. - Jeszcze nie teraz... - Leeyane potrząsnął przecząco głową. - Jeszcze nie nadszedł na to czas. Yeneth wymruczał coś gniewnie pod nosem. Zaraz jednak skinął głową. Dobrze - zgodził się. Minęła prawie godzina, zanim kapłanki wyszły, zabierając wszystkie przyniesione ze sobą rzeczy. Po ich odejściu Leeyane i Yeneth jeszcze długo rozmawiali. Potem zmęczony Leeyane wrócił do łóżka i zasnął, a Yeneth miał czas, aby przemyśleć wszystko, czego się dowiedział. Raptowne otwarcie drzwi przerwało mu te rozmyślania. Gwałtownie poderwał głowę, patrząc na wchodzącego Tashe. Elf obrzucił komnatę bystrym spojrzeniem, a potem podszedł do Leeyane. Widok śpiącego wywołał na jego twarzy gniew i żal. Z całej siły uderzył brata w twarz. Młody elf otworzył oczy; z rozciętej wargi sączyła się krew. W Yenethcie zagotowało się. - Nie waż się podnosić na niego ręki!!!- rzucił ostro. Tashe obejrzał się, lekko zaskoczony. - Taak? - spytał. - A co mi zrobisz?! Chwycił jasne włosy brata i ostro szarpnął do góry. W oczach chłopaka pojawiły się łzy bólu. - Dość tego! -Yeneth zerwał się z ziemi i ruszył w kierunku Tashe. Elf zaśmiał się kpiąco, puścił brata i zbliżył się do rozgniewanego człowieka. Podniósł rękę do zadania ciosu, ale zamiast tego po prostu pchnął go na ziemię. Mężczyzna upadł, zaskoczony tym dziwnym atakiem. Tashe postawił mu stopę na piersi; Yeneth zbladł, gdy nagle zaczęło mu brakować tchu. - I co teraz zamierzasz? - Przestań natychmiast! - głos Leeyane był stanowczy. - Jak chcesz - zgodził się Tashe, puszczając Yenetha i podchodząc do młodego elfa. Wyciągnął rękę, pomagając mu wstać, - Masz coś do zrobienia. Chodź już. Leeyane wstał i ze smutkiem spojrzał na Yenetha. - Pośpiesz się - Tashe popchnął go. - Im szybciej wyjdziesz, tym szybciej wrócisz! Przywiozłem ci pomocnika. Mekreshe nauczy cię synchronizacji z Kamieniem bez tych twoich zbędnych pomocników... Yeneth, widząc jak twarz Leeyane szarzeje z przerażenia, zerwał się z ziemi. Jednak nie zdążył nic zrobić, gdyż drzwi za elfami zamknęły się z hukiem. - Leeyane... - wyjąkał, zaciskając dłonie w pięści. -Leeyane... * * * Następne godziny spędził na niespokojnym chodzeniu po komnacie. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek był aż tak zdenerwowany i jednocześnie bezsilny. Gdy wreszcie usłyszał kroki za drzwiami, wcale nie odczuł ulgi. Jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Z napięciem patrzył, jak drzwi zostały otwarte silnym kopnięciem i do komnaty wszedł Tashe. Na rękach niósł bezwładne ciało Leeyane. Yeneth dostrzegł ślady krwi na rękach i podartej koszuli chłopaka. Był zbyt wstrząśnięty tym widokiem, aby zareagować, gdy Tashe położył brata na miękkim łóżku. - Le...Leeyane... - wyszeptał, podbiegając do młodego elfa. Chłopak był przytomny. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w pustkę, a jego ciałem wstrząsały dreszcze. Yeneth bał się go dotknąć, aby nie przysporzyć mu więcej cierpień. Z wściekłością obejrzał się na Tashe, który zamierzał wyjść. - Co mu zrobiłeś, ty draniu!?! Jak możesz tak traktować własnego brata?! Tashe obejrzał się. Jego twarz była równie blada jak twarz Leeyane. Chciał coś powiedzieć, kiedy do komnaty wpadła Hassann. W jej oczach lśniły łzy. - Leeyane! - Na widok starszego elfa na jej twarzy pojawił się gniew. - Kiedy wreszcie przestaniesz wierzyć w te mrzonki?! Nie widzisz, że krzywdzisz go bardziej, niż gdyby wypełnił swoją rolę tak, jak to było zapisane w Księdze Lasu?! Kiedy wreszcie pozwolisz kapłankom pomóc mu w wydostaniu Kamienia na powierzchnię?!

Szczęki Tashe drgnęły, gdy zaciskał zęby, podchodząc do dziewczyny. Yeneth wystraszył się, że ją uderzy, ale Tashe zacisnął tylko pięści, opanowując się z trudem. - To nie są mrzonki - rzucił z gniewem, wychodząc z komnaty. Wydawało się, że nie dotarły do niego ostatnie słowa Hassann. Dziewczyna przez moment wpatrywała się w zamknięte drzwi, a potem odwróciła się i podbiegła do elfa. - Leeyane... ? - pochyliła się nad nim. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy spostrzegła, co się dzieje z chłopakiem. - Zostań przy nim! - rzuciła w stronę człowieka, wybiegając z komnaty. Yeneth delikatnie położył dłoń na twarzy elfa. Nie wiedział, jak pomóc. Nie potrafił mu pomóc. I ta bezsilność przerażała go jeszcze bardziej niż dotychczasowa niepewność. Pocałował chłopaka. - Leeyane... - jego łzy zmoczyły policzek młodego elfa. Leeyane z jękiem zamknął oczy, a gdy po chwili je otworzył, patrzył już nieco przytomniej. - Yen...ne... Do komnaty wpadła Hassann, prowadząc ze sobą jeszcze dwie inne kapłanki. Dziewczyna drżała na całym ciele, gdy odsuwała Yenetha od posłania. Towarzyszące jej elfki położyły ręce na jej ramionach. Yeneth nagle pojął, co dziewczyna chce zrobić. Gdy jej dłonie zalśniły zielonkawym blaskiem rozpoznał Zaklęcie Śmierci. Takie samo, jakie zaledwie wczoraj rzucała Renne. Kilka długich minut później odsunęła się osłabiona, a kapłanki podtrzymały ją przed upadkiem. Z niepokojem patrzyły na Leeyane. Drgawki wstrząsające dotąd jego ciałem powoli znikały. Nadal był blady, lecz już zupełnie przytomnym wzrokiem spojrzał na Yenetha i Hassann. - Przepraszam... że przysparzam wam tyle kłopotów... - Co ty gadasz... - Hassann nie była w stanie nawet podnieść głosu. - Już lepiej się czujesz? - Yeneth spróbował być bardziej rzeczowy. Jako jedyny w komnacie był w stanie stać o własnych siłach. - Co się stało? - Tashe wymyślił kolejny genialny "plan" - wyjaśniła Hassann zmęczonym głosem. - Myślał, że jak Mekreshe poprzez Leeyane uwolni moc Kamienia, ten sam się uzdrowi. Zamiast tego energia Serca Lasu, ta, która miała chronić elfy, obróciła się przeciwko nam. Mekreshe przypłacił to życiem. Tashe wyszedł z tego cało tylko dlatego, że Leeyane go osłonił i nie wiem jakim cudem opanował rozszalałą moc. Tashe nigdy chyba nie pojmie... - Hass... - Leeyane uniósł lekko rękę. - To nie jest ważne. Teraz... gdy nadchodzi Czas. - N... nie!! - otworzyła szerzej oczy. - Dlaczego... już?! Dlatego, że Tashe... - To tez. Ale przede wszystkim dlatego, że nie mogę już dłużej czekać. Kamień jest już na powierzchni; on umiera, Hass. Przez eksperymenty Tashe dzieje się to coraz szybciej, a ja nie wiem, czy będę w stanie zrobić co trzeba za dzień czy dwa. Jestem zmęczony... Wiesz, Hass, że muszę to zrobić. - zamilkł na moment. A potem z bólem spojrzał na kapłankę. - Przepraszam, że wciągam w to ciebie i resztę dziewcząt... - Nie! Nie przepraszaj! Same wybrałyśmy swój los, zostając Kapłankami Lasu! To ja przepraszam. Nie powinnam poddawać w wątpliwość twoich słów. Wiem, że musisz to zrobić. Tylko... Leeyane... Ja nie chcę jeszcze... - pochyliła głowę, kryjąc twarz za kaskadą jasnych włosów - umierać... - dodała szeptem tak cichym, że gdyby Yeneth uważnie się jej nie przysłuchiwał, nic by nie usłyszał. - Przepraszam... Pójdę po resztę kapłanek. - Powoli wstała i z pomocą swych towarzyszek wyszła z komnaty. Yeneth przez moment spoglądał za nią. - Leeyane... Co tu się dzieje? Leeyane uśmiechnął się nieco przekornie. Westchnął cicho i usiadł na posłaniu. Wyciągnął rękę, przyzywając do siebie Yenetha. Gdy ten usiadł tuż obok, spytał: - Yenne, czy mógłbyś jeszcze raz... mnie pocałować...? - w jego głosie słychać było tłumione napięcie. - Tak bardzo cię kocham... Nie chciałbym cię teraz opuszczać, ale... - O czym ty mówisz?! Opuszczać?! Leeyane zarzucił ramiona na szyję Yenetha i pocałował zaskoczonego mężczyznę. Yeneth, zamiast kontynuować pytania, zatopił się w pocałunku, mając nadzieję, że ta chwila będzie trwała wiecznie. Jednak to nie było możliwe. Po długiej chwili elf cofnął się nieco. - Wyjaśnij mi, co tu się dzieje. Rozumiem z tego coraz mniej. - Yeneth potrząsnął głową. Leeyane pochylił głowę. Zamyślił się głęboko, szarpiąc podarty rękaw koszuli. - Nie jestem pewien, czy potrafię ci to wyjaśnić tak, abyś zrozumiał... No dobrze. - zdecydował naraz. - Wszystko zaczęło się kilkaset lat temu, kiedy Las zaczął umierać. To wydaje się niedostrzegalne dla was, ludzi, ponieważ żyjecie tak krótko... Elfy, które są o wiele bliżej związane z ziemia, przyrodą i żyją o wiele dłużej, widzą to doskonale. Na wyspie Kesrenn Las zaczął ginąć, ponieważ Serce Lasu zaczęło umierać.

Wszystko to dzieje się powoli. Ale teraz... Zauważyłeś, jak mało ptaków jest ostatnio w lesie? Jak drzewa szybko gubią liście i jak często usychają? - Tak, ale to na pewno dlatego, że przez ostatnie lata była susza... Rzadko padał deszcz i nawet zboże na polach nie chciało wzrastać. - Susza jest tylko objawem, nie źródłem choroby. Las umiera, Yenne. - Dlaczego? - Serce Lasu to Kamień, żyjący Kamień. Wy, ludzie, postawiliście na nim zamek. Uwięziony w głębokich podziemiach, bez dostępu światła, zaczął zapadać się coraz głębiej pod powierzchnię ziemi... Zaczął umierać. A z nim umiera Las i elfy. Jeśli Las zginie, nie będzie już elfów na Kesrenn. - Ten... zamek? Mój dom... - głos Yenetha drżał. - Przecież on tu stoi od czterystu lat!!! Na pewno ktoś by zauważył coś niezwykłego! Leeyane pokręcił przecząco głową. Popatrzył ze smutkiem. - Yenne... - Mam na imię Yeneth. Nie jestem elfem! – zaprzeczył o wiele ostrzej niż zamierzał. Leeyane cofnął rękę i odsunął się. - Przepraszam... Yenne bardzo do ciebie pasuje... mimo że to elfie imię. Myślałem... - potrząsnął głową. Jasne kosmyki włoów Spadły mu na twarz. Yeneth błyskawicznie objął elfa. Czuł, że go zranił, a nie chciał tego. - To ja przepraszam. Jestem tylko zdenerwowany. Kocham cię, Leeyane. Nie chcę, żebyś kiedykolwiek mnie opuścił. - Yenne... - A więc Shaness stoi na tym waszym kamieniu? Mówiłeś wcześniej, że jest w podziemiach... Leeyane skinął lekko głową. - Tak. Przed setkami lat w Księdze Lasu zapisano, że gdy elfom będzie grozić zagłada, narodzi się dziecko, które będzie potrafiło przenieść Kamień przez Ostatnią Bramę. Ja to potrafię. Mogę przenieść Kamień w inne, bezpieczne miejsce. Wtenczas Las przestanie umierać, elfy będą bezpieczne, a wy, ludzie, nadal będziecie mogli spokojnie mieszkać w waszej kamiennej warowni. - Więc teraz po prostu trzeba wykopać ten śmieszny kamień i go stąd wynieść? - Yeneth podsumował cała historię. - Taa...k.... Po prostu... - Leeyane uciekł spojrzeniem w stronę otwartego okna. - Więc dlaczego nie zrobiliście tego już dawno? Leeyane uśmiechnął się z lekką goryczą. - Elfy nigdy nie były mile widziane na tym zamku. Nie chcieliśmy zaczynać walki. Dopiero śmierć Karllee zmieniła wszystko. Daliśmy wam jeszcze cały dzień na zmianę stanowiska. Ucieczka twego ojca jest dowodem, że. on doskonale wiedział, co zamierzamy. - To... to niemożliwe... - Yeneth nie uwierzył mu. - Ojciec na pewno nie wiedział, że zamierzacie napaść na warownię. Przecież nie zostawiłby swych dzieci, wiedząc... Yeneth umilkł gwałtownie. Pobladły, wpatrywał się w milczącego Leeyane. Nagle części układanki same wskoczyły na właściwe miejsce. Na dzień przed atakiem ojciec zabrał większość cennych rzeczy z zamku i w pośpiechu wyjechał, powierzając pieczę nad warownią swemu młodszemu synowi. Gert został tylko przez przypadek. I miał zamiar jak najszybciej dołączyć do ojca. Atak mu to udaremnił. A więc to, co mówił Leeyane, było prawdą. Yeneth ukrył twarz w dłoniach. Cóż mógł teraz powiedzieć. Jeśli nawet jego ojciec skazał go na śmierć. Tak jak i Kai... jak Karllee... Teraz nie miał już nikogo. - Yenne... - Leeyane odciągnął rękę mężczyzny i przytulił ją do swego policzka. - Jestem przy tobie... Nie zapominaj o tym.. Zawsze będę przy tobie. Wybrałem ciebie abyś był mym Światłem. Dlatego nigdy już nie będziesz sam. Yeneth popatrzał na elfa, niewiele z tego rozumiejąc. Jednak dotarł do niego główny sens słów chłopaka: nie był sam. Uśmiechnął się do Leeyane. - Powiesz mi teraz, co to znaczy: "Światło"? - Pokażę ci... Już niedługo. Czy pomożesz mi ocalić Las? Yeneth skinął lekko głową. - Co mam zrobić? - Najpierw... - Leeyane zamyślił się głęboko, dotykając palcem czubka nosa. Spojrzał z ukosa na Yenetha. - Na początek możesz mnie objąć, a potem... Zaśmiał się, gdy Yeneth z udawanym gniewem przewrócił go na podłogę. Obaj śmiali się, zapominając kim są i gdzie się znajdują. Naraz elf spoważniał.

- Tak bardzo chciałbym być teraz przy tobie. Jednak na jakiś czas musimy się rozstać. Ale kiedyś... Na pewno znów będziemy razem. Pamiętaj, że mój duch będzie przy tobie bez względu na to, co się stanie. Obiecaj mi, że nie będziesz smutny. - Leeyane?! Co ty zamierzasz?! - Po prostu mi to obiecaj, zgoda? - Obiecuję... - Yeneth przymknął oczy, a potem gwałtownie podniósł się, pomagając wstać elfowi. - Chodźmy już. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej. A potem... - uśmiechnął się obiecująco. Leeyane skinął lekko głową. I podszedł do drzwi. - Leeyane... - Yeneth zawahał się. - A wartownicy? Nie będą próbowali nas zatrzymać? - Nie. Rzadko kiedy to robię, ale moje polecenia są ważniejsze niż rozkazy Tashe. Razem przekroczyli próg. Wartownik przy drzwiach skłonił się głęboko przed Leeyane. Na człowieka nawet nie spojrzał. Yeneth zamyślony podążał za Leeyane, który prowadził go w stronę podziemi. Coś mu się nie podobało w zachowaniu elfa. Wyczuł jego lęk pod fasadą wesołości. Lęk i wahanie. A jednocześnie rezygnację. Miał ochotę zatrzymać chłopaka i siłą wywieźć go z tego zamku. Gdzieś daleko, gdzie będzie z całą pewnością bezpieczny. Wcale nie chciał mu pomagać przy przenoszeniu tego kamienia! Czuł, że nie powinien tego robić. - Leeyane... - spytał cicho. - Co się Stanie, jak przeniesiesz ten kamień? Co to znaczy "ostatnia brama"? Leeyane obejrzał się na ukochanego. Uśmiechnął się lekko. - Ostatnia Brama to wrota prowadzące do innego świata. Nie jest to miejsce, do którego zdążają dusze umarłych. Raczej coś pomiędzy naszym a tamtym światem. Tam czas i przestrzeń nie istnieją. Jest tylko... - nagle uśmiech na jego twarzy zgasł. Potrząsnął lekko głową, jakby nie chciał myśleć o nieprzyjemnych rzeczach, - Jesteśmy na miejscu - rzekł krótko. Yeneth rozejrzał się. W tej części piwnic rzadko bywał. Przechowywano tu najstarsze wino, które otwierano tylko na niezwykłe okazje. Teraz piwniczka była pusta. Na środku pomieszczenia leżał olbrzymi szary kamień. Taki, jakich setki można znaleźć na okolicznych polach. - Udało mi się wydobyć go aż na taką wysokość... Bylo ciężko bez pomocy kapłanek. Ale to wystarczy - rzekł Leeyane, w zamyśleniu spoglądając na olbrzymi głaz. - Bez ciebie nie mogłem zrobić nic więcej. - To wygląda na zwykły głaz - mruknął niechętnie Yeneth. - Nie wiem, co w nim takiego niezwykłego... Urwał, słysząc za sobą jakiś dziwny dźwięk. Obejrzał się. Do pomieszczenia weszło pięć elfek o jasnych włosach, ubranych w identyczne błękitne stroje. Kapłanki Lasu. Poznał Hassann, Trissce, Vierest i jeszcze jedną dziewczynę. Ostatnia była mu nieznana. Na twarzach dziewcząt widać było zaciętość. Ustawiły się dość szerokim kołem wokół Kamienia i uklękły na ziemi. Leeyane wskazał mu ręką Serce Lasu. - Sprawdź zatem, czy jest to zwykły kamień... Gwarantuję ci, że nie. Yeneth niepewnie podszedł do głazu i położył na nim dłoń. Tuż pod skórą wyczuł delikatne, rytmiczne uderzenia. Zaskoczony spojrzał na Leeyane. - On naprawdę żyje... - wyszeptał zdumiony. Leeyane tylko skinął twierdząco głową. - Połóż drugą rękę na Kamieniu - poprosił. - Chcę to mieć jak najszybciej za sobą. Bądź Światłem, które wskaże mi właściwą drogę... Yeneth, zaskoczony, posłuchał polecenia. Czy na tym miała polegać jego rola? Leeyane natychmiast zbliżył się do niego i stojąc naprzeciw, również położył dłonie na głazie. Jasny blask, jakim rozbłysł Kamień, oślepił Yenetha. Nagle znalazł się w zupełnie innym świecie stworzonym z świetlistej mgły. Gdzieś z dala dobiegł do niego krzyk: - NIE!!! - Czy to głos Tashe? Nie był pewien, lecz nie obchodziło go to zbytnio. Głos pochodził, spoza mgły, więc nie zwrócił na niego zbytniej uwagi. Przed oczyma miał łagodnie uśmiechniętego Leeyane. - Kocham cię... Yenne... - usłyszał jego głos na dnie swego umysłu. A potem postać elfa zaczęła się powoli zamazywać i znikać. - Leeyane? Leeyane!!! - krzyknął przerażony. Nagle świat, do tej pory utkany ze światła, zapłonął niczym pochodnia. Czując coraz większy żar, dobywający się z Kamienia pod jego dłońmi, próbował je cofnąć. Bezskutecznie. Myśl o śmierci jako ostatnia przedarła się do jego świadomości. Potem były już tylko płomienie i czerń niebytu. * * *

Ocknął się, leżąc na ziemi. Spojrzał na swe dłonie, lecz nie dostrzegł poparzeń. Za to po wewnętrznej stronie nadgarstków zauważył coś, czego przedtem nie było: owalne, niewielkie kamyki. Po jednym na każdej ręce. Dotknął delikatnie szarej bryłki. Pod palcami wyczuł delikatny puls. Taki sam jak w Sercu Lasu. Zaskoczony zamrugał oczami i z trudem usiadł. Wokół panowała przerażająca cisza. Nie było już Serca Lasu. Nie było również Leeyane. Widział tylko pięć kapłanek, leżących bezwładnie na ziemi. Dotknął lekko ramienia jednej z nich. - Trissce? - Natychmiast cofnął rękę. Ciało dziewczyny było zimne. Pod wpływem jego dotyku rozsypało się w proch. Przerażony zerwał, się z ziemi. - Leeyane!!! Gdzie j esteś?! - Jego już nie ma... - cichy głos dobiegający z końca sali był pełen bólu. Yeneth obejrzał się i podszedł do skulonego przy ścianie Tashe. Elf spojrzał na niego bezbarwnie. - Jego już nie ma... - powtórzył tylko. - Jak to "nie ma"?! - Yeneth z gniewem złapał elfa za ramiona i podciągnął do góry. - Gdzie on jest?! Tashe odwrócił głowę. - Nie ma... - szepnął. Po jego policzkach spłynęły łzy. -Karlice... Leeyane... Wszyscy odeszli. Ojciec tego nie przeżyje... jak ja mu to wyjaśnię? - spojrzał z rozpaczą na Yenetha. - Jak wytłumaczę, dlaczego nie potrafiłem ich ochronić?! Yeneth wstrząśnięty puścił elfa, który opadł na ziemię. Po jego głowie chodziła tylko jedna myśl: nie ma, nie ma... Już go nie ma... To niemożliwe...To nieprawda... Nie ma... Wybiegł z zamku przez nikogo nie zatrzymywany. Kilku elfów obejrzało się za nim, lecz nie uczynili najmniejszego gestu, by powstrzymać jego ucieczkę. Spoglądali tylko, jak znika za murami zamku, a potem popatrzeli po sobie ze smutkiem. Yeneth nie zwrócił na to uwagi. Biegł bardzo długo. W pewnym momencie potknął się o wystający korzeń. Nie miał ani sił, ani ochoty, aby wstać. Skulił się na ziemi, a jego ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Nie ma... - Mógłbyś się wreszcie uspokoić? - znajomy głos na dnie umysłu wydawał się zniecierpliwiony. Yeneth zaskoczony uniósł głowę. Wokół nikogo nie było. Tylko las szumiał cicho, jakby trochę tajemniczo. - Leeyane? - spytał niepewnie. - Przecież ci obiecywałem, że cię nie opuszczę... jesteś moim Światłem. Zawsze będę przy tobie. - Leeyane?!! Gdzie jesteś?! - rozejrzał się gwałtownie. - Wszędzie... Las i ja to jedno... Po przekroczeniu Ostatniej Bramy moja moc połączyła się z mocą Kamienia. Teraz jestem prawdziwym Władcą Lasu. A ty dla elfów stałeś się Rycerzem Lasu. Tylko z tobą mogę się porozumieć. Najważniejsze, że elfy i nasza wyspa są już bezpieczne. Wiesz, Yenne... chciałbyś cię objąć... - w glosie Leeyane wyczuć można było tęsknotę. - Ale na to jeszcze nie pora. Wracaj teraz do domu i zaopiekuj się moim bratem. On cię potrzebuje... Jesteś moim Światłem. Proszę, bądź przy nim... Jeśli będziesz chciał mnie wezwać, wystarczy, że połączysz Kamienie na swych dłoniach. A teraz idź, Yenne... - Leeyane?!.- Yeneth drgnął, gdy głos elfa zamilkł. - Leeyane!!! Wokół panował zwykły leśny spokój. Gdzieś w górze śpiewały ptaki i szumiały drzewa. Las pachniał jesienią. Powiał chłodniejszy wiatr, strącając z pobliskich drzew kilka liści. - Leeyane? - Gdy las nadal milczał, Yeneth westchnął cicho i popatrzył na swe nadgarstki. Wierzył słowom Leeyane; zawsze będą razem. Choć nie tak, jak by tego pragnął. Powoli wstał i zawrócił w stronę zamku. Sara Janik