wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Scott Lynch - Niecni dżentelmeni 01 - Kłamstwa Lockea Lamory

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Scott Lynch - Niecni dżentelmeni 01 - Kłamstwa Lockea Lamory.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Scott Lynch
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 321 osób, 154 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 448 stron)

Scott Lynch Kłamstwa Lockeya Lamory Niecni DŜentelmeni 1 (The Lies of Locke Lamora) PrzełoŜyli Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła

Jenny, za ten mały świat, który miał to szczęście, Ŝe czytałaś mi przez ramię, kiedy powstawał. Zawsze będę Cię kochał.

PROLOG Chłopiec, który kradł za duŜo 1 W samym środku długiego i mokrego lata siedemdziesiątego siódmego roku Sendovaniego zdesperowany Złodziejmistrz z Camorry złoŜył nagłą i niezapowiedzianą wizytę Bezokiemu Kapłanowi świątyni Perelandra, mając nadzieje, Ŝe uda mu się sprzedać małego Lamorę. – AleŜ świetny interes mam dla ciebie! – zaczął Złodziejmistrz, być moŜe niezbyt fortunnie. – Kolejny świetny interes, taki jak Calo i Galdo? – spytał Bezoki Kapłan. – Nadal mam ręce pełne roboty przy szkoleniu tych rozchichotanych kretynów, próbując zastąpić złe nawyki, których nabrali u ciebie, złymi nawykami, które są potrzebne u mnie. – Daj spokój, Łańcuchu. – Złodziejmistrz wzruszył ramionami. – Mówiłem ci, Ŝe to cholerni utrapieńcy, kiedy zawieraliśmy umowę, i wtedy nie miałeś nic przeciwko... – A moŜe taki jak Sabetha? – Niski, donośny głos kapłana wepchnął Złodziejmistrzowi wszystkie wymówki z powrotem do gardła. – Doskonale pamiętam, Ŝe wyciągnąłeś za nią ode mnie praktycznie wszystko poza rzepkami kolanowymi mojej zmarłej matki. Powinienem był zapłacić ci w miedzi i potem patrzeć, jak ci wyskakuje przepuklina, gdy targasz ze sobą wór pieniędzy. – Aaaaaach, ale ona była wyjątkowa, a ten chłopiec... ten chłopiec teŜ jest wyjątkowy – tłumaczył Złodziejmistrz. – Ma wszystko, czego chciałeś, abym szukał, po tym, jak sprzedałem ci Calo i Galdo. Wszystko, co tak bardzo podobało ci się w Sabecie! To Camorryjczyk, ale kundel. Krew Therińczyków i Vadran. Ma złodziejstwo w sercu, to pewne jak fakt, Ŝe w morzu jest pełno rybich szczyn. Sprzedam ci go nawet ze... ze zniŜką. Bezoki Kapłan rozwaŜał dłuŜszą chwilę propozycję. – Musisz mi wybaczyć, skoro doświadczenie podpowiada mi, Ŝe mądrzej bym postąpił, odpowiadając na twoją niespodziewaną hojność z bronią w ręku, stojąc plecami do ściany. Złodziejmistrz starał się, by jego twarz przybrała z grubsza uczciwy wyraz, ale zamarła, zdradzając dyskomfort. Wzruszył ramionami – niby zwyczajnie, a jednak teatralnie. – Hmm, przyznaję, chłopiec sprawia pewne... hmm... kłopoty. Ale one dotyczą jedynie sytuacji, gdy jest pod moją opieką. Jestem pewny, Ŝe u ciebie... hmm... znikną. – Ach tak. Więc masz magicznego chłopca. Dlaczego od razu tak nie

powiedziałeś? – Kapłan podrapał czoło pod białą, jedwabną przepaską zasłaniającą mu oczy. – Cudownie. Zasadzę go, kurwa, w ogródku i wyhoduję z niego winorośl aŜ do zaczarowanej krainy ponad chmurami. – Ech, posmakowałem juŜ kiedyś twojego sarkazmu, Łańcuchu. – Złodziejmistrz z trudem, jak artretyk, zgiął się w kpiarskim ukłonie. – Naprawdę tak trudno powiedzieć, Ŝe jesteś zainteresowany? Bezoki Kapłan splunął. – Przypuśćmy, Ŝe Calo, Galdo i Sabecie przyda się nowy kompan do zabawy, a przynajmniej worek treningowy. Przypuśćmy, Ŝe będę skłonny dać w ciemno jakieś trzy miedziaki i nocnik szczyn za tego tajemniczego chłopaka. W czym kłopot z tym małym? – W tym – odpowiedział Złodziejmistrz – Ŝe jeśli nie sprzedam go tobie, będę musiał poderŜnąć mu gardło i wrzucić go do zatoki. I będę musiał to zrobić dziś wieczorem. 2 Tej nocy, kiedy mały Lamora zjawił się, by zamieszkać pod opieką Złodziejmistrza, stary cmentarz na Wzgórzu Cieni był pełen dzieci, stojących w ciszy i skupieniu i czekających na nowych braci i siostry, którzy zostaną poprowadzeni do mauzoleów. Podopieczni Złodziejmistrza nieśli świece. Zimne, błękitne światło lśniło zza srebrzystych zasłon rzecznej mgły tak, jak mogłyby migotać lampy uliczne widziane przez zakopcone okno. Sznur widmowych światełek wił się ze szczytu wzgórza między kamiennymi nagrobkami i obrzędowymi ścieŜkami w dół, do szklanego mostu nad Dymnym Kanałem, na wpół widoczny w ciepławych oparach, sączących się w letnie noce z wilgotnych kości Camorry. – Chodźcie, moi kochani, moje perełki, moi nowo odnalezieni, nie zostawajcie w tyle – szepnął Złodziejmistrz, popędzając ostatnie z około trzydziestu sierot z Pogorzeliska przez most nad Dymnym Kanałem. – Te światła to wasi nowi przyjaciele. Przyszli, by poprowadzić was na wzgórze. Ruszajcie się, moje skarby. Mrok się marnuje, a mamy tyle do omówienia. * * * W rzadkich chwilach próŜności Złodziejmistrz myślał o sobie jak o artyście. Rzeźbiarzu, ściśle rzecz biorąc. Sieroty były jego gliną, a stary cmentarz na Wzgórzu Cieni jego pracownią. * * * Osiemdziesiąt osiem tysięcy dusz generowało pewną stałą ilość odpadków.

Te odpadki obejmowały teŜ niewysychający strumyczek zagubionych, niepotrzebnych i porzucanych dzieci. Naturalnie, część z nich zgarniali handlarze niewolników i zaciągali je do Tal Verrar albo na Wyspy Jeremickie. Teoretycznie niewolnictwo było w Camorrze nielegalne, ale na samo łapanie niewolników przymykano oko, jeśli nie pozostał nikt, kto stanąłby w obronie ofiar. Część dzieci zgarniali zatem handlarze, a zwykła głupota zabierała następne. Głód i wywołane przez niego choroby stanowiły kolejną uczęszczaną drogę na tamten świat dla tych, którym zabrakło odwagi albo umiejętności, by utrzymać się przy Ŝyciu, korzystając z otaczającego ich miasta. Te dzieciaki, które miały odwagę, ale zabrakło im umiejętności, często kończyły, huśtając się na Czarnym Moście przed Pałacem Cierpliwości. KsiąŜęcy sędziowie pozbywali się małych złodziejaszków za pomocą tego samego sznura, którego uŜywali przy większych, ale za to dbali, by tych małych zrzucano z mostu z cięŜarem uwiązanym do kostek, dzięki czemu wisieli jak naleŜy. Sieroty, które się ostały po tej loterii barwnych moŜliwości, zgarniała ekipa Złodziejmistrza, pojedynczo albo małymi grupkami, aby posłuchały jego kojącego głosu i zjadły gorący posiłek. Dzieciaki szybko się orientowały, jakiego rodzaju Ŝycie czeka je pod cmentarzem, sercem królestwa Złodziejmistrza, gdzie siedem dwudziestek niechcianych maluchów klękało przed jednym, zgarbionym starcem. – Szybciej, moje słoneczka, moi nowi synowie i córki. Idźcie za światłami, na szczyt wzgórza. JuŜ prawie jesteśmy w domu, prawie jesteśmy najedzeni. Z dala od deszczu, mgły i śmierdzącego upału. Zarazy były okresem szczególnej prosperity dla Złodziejmistrza, a sieroty z Pogorzeliska zawdzięczał swojej ulubionej chorobie: Czarnemu Szeptowi. Spadła na Pogorzelisko nagle, nie wiadomo skąd, i od razu ogłoszono kwarantannę (śmierć od długich na łokieć strzał dla kaŜdego, kto będzie próbował przekroczyć kanał albo uciec łodzią), w ostatniej chwili ratując resztę miasta, któremu groziły juŜ tylko niepokoje i paranoja. Czarny Szept oznaczał potworną śmierć dla kaŜdego powyŜej jedenastego, dwunastego roku Ŝycia (na ile medykusi potrafili to określić, poniewaŜ pomór niespecjalnie przejmował się sztywnymi regułami, gdy zbierał Ŝniwo), i kilka dni opuchniętych oczu i zaczerwienionych policzków dla młodszych obywateli. Po piątym dniu kwarantanny umilkły krzyki i nikt juŜ nie próbował przejść na drugą stronę kanału, więc tym razem Pogorzelisko uniknęło zgodnego z nazwą losu, którego doświadczyło juŜ wiele razy w czasach pomoru. Do jedenastego dnia, kiedy to zniesiono kwarantannę i hieny księcia ruszyły przeprowadzić oględziny, dotrwało mniej więcej co ósme z czterystu dzieci Ŝyjących niegdyś w Pogorzelisku. ZdąŜyły przez ten czas utworzyć gangi, by chronić się nawzajem, i poznały pewne okrutne prawa Ŝycia bez dorosłych. Złodziejmistrz odczekał, aŜ zostaną spędzone w jedno miejsce i

wyprowadzone ze złowieszczo cichej dzielnicy. Zapłacił za najlepszą trzydziestkę przyzwoitą sumkę w srebrze, a jeszcze przyzwoitszą wypłacił za milczenie hienom i straŜnikom, których uwolnił od dzieci. Potem poprowadził je – oszołomione, wychudzone i śmierdzące jak samo piekło – w ciemność i duszne opary camorryjskiej nocy, ku staremu cmentarzowi na Wzgórzu Cieni. Mały Lamora był najmłodszy i najmniejszy z czeredy, miał jakieś pięć, moŜe sześć lat i składał się wyłącznie z wklęsłości i kości sterczących pod skórą bogatą w brud. Złodziejmistrz nawet go nie wybrał. Lamora po prostu powlekł się za innymi, jakby do nich naleŜał. Nie uszło to uwagi Złodziejmistrza, ale w jego Ŝyciu nawet pojedyncza, darmowa sierota po zarazie była darem od losu, jakiego się nie odtrąca. To było w siedemdziesiątym siódmym roku Gandolo, Ojca Sposobności, Pana Pieniądza i Handlu. Złodziejmistrz szedł przez spowitą całunem noc, prowadząc wątły sznureczek dzieci. Dwa lata później miał niemal na kolanach błagać ojca Łańcucha, Bezokiego Kapłana, by zabrał z jego rąk małego Lamorę, i ostrzyć noŜe na wypadek, gdyby duchowny odmówił. 3 Bezoki Kapłan podrapał się po siwym zaroście na gardle. – Nie chrzanisz? – W Ŝadnej mierze. Złodziejmistrz sięgnął do kaftana, który juŜ parę lat wcześniej wyglądał na sfatygowany, i wyciągnął skórzaną sakiewkę, uwiązaną na doskonałej jakości rzemieniu i rdzawą od zaschniętej krwi. – Byłem juŜ u szefa i uzyskałem pozwolenie. Zafunduję chłopcu uśmiech od ucha do ucha i poślę go na naukę do rybek. – Bogowie... To jednak łzawa historia. – Jak na Bezokiego Kapłana, Łańcuch zadziwiająco szybko i pewnie dźgnął Złodziejmistrza palcami w mostek. – Poszukaj innego półgłówka, by go spętać łańcuchami swoich wyrzutów sumienia. – Moje sumienie moŜe iść się gonić. Tu chodzi o skąpstwo, twoje i moje. Nie mogę zatrzymać chłopca i proponuję ci okazję jedyną w swoim rodzaju, prawdziwą gratkę. – Jeśli jest zbyt niezdyscyplinowany, Ŝeby go trzymać, to czemu nie wbijesz mu trochę swojej mądrości do łba i nie poczekasz, aŜ dojrzeje do sprzedaŜy? – To nie wchodzi w grę. Mam niewielki wybór. Nie mogę po prostu go zlać, bo Ŝaden z pozostałych małych gnojków nie moŜe się dowiedzieć, co on... hmm... co on zrobił. Gdyby którykolwiek zaczął przejawiać choćby najmniejsze skłonności do tego, czego dokonał ten mały... Na bogów!

Nigdy więcej nie zapanowałbym nad nimi. Mogę go albo szybko zabić, albo jeszcze szybciej sprzedać. śaden zysk kontra marna sumka. Zgadnij, co wolę? – Chłopiec zrobił coś, o czym nie moŜesz nawet wspomnieć przy innych? – Łańcuch potarł czoło nad przepaską i westchnął. – Kurczę. Wiesz, Ŝe chętnie bym o tym posłuchał? 4 Stare camorryjskie przysłowie mówi, Ŝe jedyną stałą rzeczą w duszy człowieka jest jego niestałość. Absolutnie wszystko moŜe wyjść z mody, nawet coś tak praktycznego jak wzgórze pełne nieboszczyków. Wzgórze Cieni było pierwszym cmentarzem z prawdziwego zdarzenia w historii Camorry, doskonale usytuowanym, aby przyjmować kości niegdyś dobrze odŜywionych Camorryjczyków ponad słonym uściskiem śelaznego Morza. Z czasem jednak zmienił się układ sił wśród kamieniarzy, trumniarzy i przedsiębiorców pogrzebowych. Coraz mniej i mniej osób szlachetnie urodzonych chowano na Wzgórzu Cieni, zwłaszcza Ŝe Wzgórze Szeptów oferowało po sąsiedzku więcej miejsca na większe i bardziej krzykliwe pomniki – oraz stosownie wyŜsze prowizje. Wojny, zarazy i intrygi sprawiały, Ŝe z upływem dziesięcioleci liczba Ŝywych rodów z pomnikami, o które trzeba by dbać na Wzgórzu Cieni, stale spadała. W końcu jedynymi regularnymi bywalcami stali się kapłani i kapłanki Aza Guilli, którzy sypiali w grobach w czasie nowicjatu, oraz bezdomne sieroty, mieszkające kątem w pyle i ciemnościach zaniedbanych grobowców. Złodziejmistrz (chociaŜ oczywiście wtedy jeszcze nie był znany pod tym imieniem) w trudnym okresie swego Ŝycia – kiedy był zaledwie Ŝałosną ciekawostką: kieszonkowcem z dziewięcioma połamanymi palcami – skończył jako jeden z mieszkańców takiego grobowca. Początkowo jego relacje z sierotami ze Wzgórza Cieni sprowadzały się do zastraszania przetykanego prośbami. Szczątkowa potrzeba autorytetu powstrzymała je przed zabiciem go we śnie, on zaś ze swej strony niechętnie zaczął objaśniać im tajniki swojej profesji. W miarę jak palce powoli się zrastały (niezbyt dobrze, bo większość juŜ na zawsze wyglądała jak połamane w dwóch miejscach gałązki), przekazywał coraz więcej i więcej swojej występnej mądrości brudnym dzieciakom, które kryły się razem z nim przed deszczem i straŜą miejską. Ich liczba rosła, tak samo jak wpływy, zaczęli więc robić sobie coraz więcej miejsca w wilgotnych grobowcach starego cmentarza. Z czasem kieszonkowiec o kruchych kościach został Złodziejmistrzem, a Wzgórze Cieni stało się jego królestwem. * * *

Mały Lamora i jego towarzysze, sieroty z Pogorzeliska, wkroczyli do tego królestwa jakieś dwadzieścia lat po jego załoŜeniu. Tamtej nocy zobaczyli cmentarz, który sięgał nie głębiej niŜ warstwa ziemi na starych grobach. Między głównymi grobowcami wykopano rozległą sieć tuneli i przejść, a ich utwardzone ściany poprzetykano podporami przywodzącymi na myśl Ŝebra dawno nieŜyjących drewnianych smoków. Poprzednich mieszkańców po cichu wykopano i wyrzucono do zatoki. Wzgórze Cieni stało się mrowiskiem zamieszkanym przez sieroty-złodziei. Sieroty z Pogorzeliska weszły przez czarną jamę mauzoleum na samym szczycie wzgórza i ruszyły oŜebrowanym tunelem, oświetlonym przez migoczące, srebrzyste światło chłodnych alchemicznych kul. Macki tłustawej mgły snuły się im między kostkami. Sieroty ze Wzgórza Cieni przyglądały się nowym ze wszystkich zakamarków i dziur, zimno, lecz z zaciekawieniem. Gęste powietrze było przesycone zapachami nocnej ziemi i spoconymi ciałami – aromatami, które sieroty z Pogorzeliska szybko wzbogaciły swą obecnością. – Do środka! Do środka! – Złodziejmistrz zacierał ręce. – Mój dom jest waszym domem. Witajcie! Tutaj nas wszystkich łączy jedno: nie mamy matek i nie mamy ojców. To wielka szkoda, ale od teraz będziecie mieli tyle sióstr i braci, ile dusza zapragnie. I suchą ziemię nad głową! Swoje miejsce... swoją rodzinę. Sznurek sierot ze Wzgórza Cieni zbiegł do tunelu za nowo przybyłymi, gasząc widmowe, błękitne świece i w końcu tylko srebrzyste kule przy ścianach oświetlały drogę. W sercu królestwa Złodziejmistrza znajdowała się rozległa, ciepła jama z klepiskiem, wysoka na dwóch dorosłych męŜczyzn, a długa i szeroka na jakieś trzydzieści jardów. Pod ścianą naprzeciw wejścia stało samotne krzesło z wysokim oparciem, wykonane z czarnego, olejowanego wiedźmodrzewia. Złodziejmistrz spoczął na nim z pełnym wdzięczności westchnieniem. Na klepisku rozłoŜono dziesiątki brudnych koców. Na nich wyłoŜono jedzenie – miski z kościstymi kurczakami marynowanymi w tanim winie migdałowym, delikatne ogony lisa morskiego zawijane w bekonie i nasączone octem, ciemny chleb z kiełbasianym tłuszczem. Był takŜe solony groch i soczewica oraz miski przejrzałych pomidorów i gruszek. Nędzna strawa, ale w ilości i róŜnorodności, jakiej większość sierot z Pogorzeliska nigdy wcześniej nie widziała. – Nie jestem na tyle głupi, Ŝeby stawać między wami a przyzwoitym posiłkiem, moi kochani. Jedzcie więc do syta, a nawet więcej. Nadróbcie stracony czas. Porozmawiamy później. Kiedy sieroty z Pogorzeliska napychały brzuchy, dzieci ze Wzgórza Cieni tłoczyły się wokół nich, patrząc i nic nie mówiąc. Wkrótce w pomieszczeniu zrobiło się tłoczno i powietrze stało się jeszcze bardziej zatęchłe. Uczta trwała,

aŜ dosłownie nic nie zostało. Ci, którzy ocaleli po Czarnym Szepcie, oblizali resztki octu i tłuszczu z palców i zwrócili podejrzliwe spojrzenia na Złodziejmistrza i jego sługi. Jakby na znak, Złodziejmistrz uniósł trzy powykrzywiane palce. – Przejdźmy do interesów! – zawołał. – Trzy sprawy. Po pierwsze, jesteście tu, poniewaŜ za was zapłaciłem. Zapłaciłem dodatkowo, Ŝeby was dopaść, zanim zrobią to inni. Zapewniam, Ŝe kaŜdy z waszych małych przyjaciół, których nie wykupiłem, trafił w ręce handlarzy niewolników. Sieroty nie mają wyboru. Nie ma dla was miejsca, nie ma nikogo, kto by was przyjął. StraŜ sprzedaje dzieciaki za pieniądze na wino, moi kochani. SierŜanci zapominają o was w raportach, a kapitanowie zapominają o całej sprawie. I teraz, kiedy zniesiono kwarantannę w Pogorzelisku, kaŜdy handlarz niewolników i kaŜdy, kto chce nim zostać, będzie bardzo podekscytowany i bardzo czujny. MoŜecie wstać i wyjść stąd, kiedy tylko zechcecie. Ale zapewniam was, z pełnym przekonaniem, Ŝe wkrótce będziecie albo ciągnąć komuś druta, albo zostaniecie przykuci do wiosła na resztę Ŝycia. – To prowadzi do drugiego punktu – kontynuował. Wskazał na sieroty ze Wzgórza Cieni, które stanęły pod ścianami. – Wszyscy moi przyjaciele, których tu widzicie, mogą odejść w kaŜdej chwili, i chodzą gdzie chcą, bo są pod moją ochroną. – Złodziejmistrz spochmurniał. – Wiem, Ŝe nie robię nadzwyczajnego wraŜenia, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Mam potęŜnych przyjaciół, moi drodzy. Dzięki ich wpływom oferuję wam bezpieczeństwo. Gdyby ktokolwiek, na przykład handlarz niewolników, ośmielił się połoŜyć rękę na jednym z moich chłopców lub dziewcząt ze Wzgórza Cieni... CóŜ, kara byłaby natychmiastowa i stosownie... hmm... bezlitosna. Widząc, Ŝe nowe dzieciaki nie wydają się szczególnie rozentuzjazmowane, Złodziejmistrz odchrząknął. – To znaczy, Ŝe kaŜę tych Ŝałosnych wypierdków zabić. Kapewu? To pojęły. – A to prowadzi nas do trzeciej sprawy, która mnie interesuje, mianowicie was. Ta mała rodzina stale potrzebuje nowych braci i sióstr. Czujcie się więc zaproszeni, wręcz zachęceni, by... hmm... ofiarować nam przyjemność zaŜyłej i długotrwałej z wami znajomości. Niech to wzgórze stanie się waszym domem, ja waszym panem, a ci wspaniali chłopcy i dziewczęta zaufanym rodzeństwem. Zyskacie posiłek, dach nad głową i ochronę. Jeśli to wam nie odpowiada, moŜecie odejść i skończyć jako świeŜe nabytki w jakimś burdelu w Jerem. Są chętni? śadne z nowo przybyłych dzieci się nie odezwało. – Wiedziałem, Ŝe mogę na was liczyć, moje kochane perełki z Pogorzeliska. – Złodziejmistrz rozpostarł ręce i uśmiechnął się, odsłaniając rząd zębów brązowych jak woda na bagnie. – Ale oczywiście musicie mieć jakieś obowiązki. Coś za coś, zawsze coś dajesz i coś dostajesz. Jedzenie nie

wyskakuje mi samo z tyłka. Nocniki same się nie opróŜniają. Rozumiemy się? Połowa sierot z Pogorzeliska pokiwała z wahaniem głowami. – Zasady są proste! Wszyscy szybko się ich nauczycie. Na razie zrobimy tak: kaŜdy, kto je, pracuje; kaŜdy, kto pracuje, je. I tak oto doszliśmy do pracy, czwartej... O rety. Dzieci, dzieci. Zróbcie tę przysługę roztargnionemu staruszkowi i wyobraźcie sobie, Ŝe uniosłem cztery palce. To jest czwarty waŜny punkt. Mamy swoje obowiązki na wzgórzu, ale mamy teŜ do spełnienia obowiązki w innych miejscach. Inne zajęcia... dyskretne zajęcia, niezwykłe zajęcia. Zajęcia zabawne i interesujące. W całym mieście, czasem za dnia, czasem nocą. Będą wymagały odwagi, zręczności i... ehm... dyskrecji. Więc bardzo chcielibyśmy, abyście pomogli nam w tych... specjalnych zadaniach. Wskazał na chłopca, za którego nie zapłacił, małego nieproszonego gościa, patrzącego nań powaŜnym surowym wzrokiem, sponad ust upapranych pomidorami. – Ty, nadmiarowy, trzydziesty pierwszy z trzydziestki. Co powiesz? NaleŜysz do tych skorych do pomocy? Jesteś gotów wesprzeć nowych braci i siostry w ich interesującej pracy? Chłopiec zastanawiał się przez kilka sekund. – Chodzi panu o to, Ŝe mamy kraść – powiedział piskliwym głosikiem. Stary człowiek patrzył na chłopca przez dłuŜszą chwilę, a kilka sierot ze Wzgórza Cieni chichotało, zasłaniając usta dłońmi. – Tak – powiedział w końcu Złodziejmistrz. Z namysłem pokiwał głową. – O to właśnie mogło mi chodzić, ale widzę, Ŝe masz bardzo... hmm... bezkompromisowy pogląd na pewne działania ludzi obdarzonych prawdziwą inicjatywą, które my tutaj wolimy ujmować w nieco bardziej wyrafinowanych i niedookreślonych słowach. Nie chodzi o to, Ŝe się spodziewam, Ŝe to będzie coś dla ciebie znaczyć. Jak się nazywasz, chłopcze? – Lamora. – Twoi rodzice musieli być sknerami, skoro dali ci tylko nazwisko. Jak jeszcze na ciebie wołali? Chłopiec zastanowił się nad odpowiedzią. – Wołali mnie Locke – odparł wreszcie. – Po ojcu. – Bardzo dobrze. Ładnie to brzmi, bardzo ładnie. CóŜ, Locke-po-ojcu Lamora, chodź do mnie, pogadamy. Reszta niech zmyka. Wasi bracia i siostry pokaŜą wam, gdzie będziecie dziś spali. PokaŜą wam takŜe, gdzie co opróŜnić i gdzie co odłoŜyć... Obowiązki, wiecie. Na razie tylko posprzątacie tę salę, ale w nadchodzących dniach znajdą się dla was nowe zajęcia. Obiecuję, Ŝe wszystko nabierze sensu, zanim się dowiecie, jak nazywają mnie w świecie poza naszym małym pagórkiem. Locke podszedł i stanął obok siedzącego na tronie Złodziejmistrza. Nowi wstali i kręcili się w miejscu, czekając, aŜ starsze i większe sieroty ze Wzgórza Cieni zajmą się nimi i zaczną wydawać proste polecenia. Wkrótce Locke i

władca Wzgórza Cieni zostali względnie sami. – Mój chłopcze... – zagaił Złodziejmistrz. – Przywykłem do tego, Ŝe najpierw muszę pokonać pewne obiekcje u moich nowych synów i córek, kiedy przybywają na Wzgórze Cieni. Wiesz, co to są obiekcje? Mały Lamora pokręcił głową. Tłusta, ciemna grzywka przykleiła mu się do czoła okrągłej, drobnej buzi, a pomidorowe plamy wokół ust zaschły jeszcze mocniej i wyglądały naprawdę fatalnie. Złodziejmistrz otarł je delikatnie mankietem postrzępionego, niebieskiego płaszcza. Chłopiec nawet nie drgnął. – To znaczy, Ŝe powiedziano im, Ŝe kradzieŜ to coś złego, a ja muszę popracować nad nimi, aŜ oswoją się z nową myślą, kapewu? Ty najwyraźniej nie masz takich obiekcji, więc moŜemy się dogadać. Kradłeś juŜ, prawda? Chłopiec pokiwał głową. – Nawet przed zarazą? Znowu przytaknął. – Tak myślałem. Mój drogi, kochany chłopcze, ty chyba nie... hmm... nie straciłeś rodziców z powodu zarazy, prawda? Chłopiec spuścił wzrok i ledwo zauwaŜalnie pokręcił głową. – Czyli juŜ od dłuŜszego czasu musiałeś sam o siebie zadbać. Nie ma się czego wstydzić. To moŜe ci nawet zapewnić tutaj dobrą pozycję, jeśli tylko wymyślę dla ciebie stosowną próbę... W odpowiedzi mały Lamora sięgnął pod łachmany i podał coś Złodziejmistrzowi. Na dłoni starca wylądowały dwie małe sakiewki – tanie, sztywne i poplamione, obwiązane postrzępionym sznurkiem. – Skąd je masz? – NaleŜały do straŜników – szepnął Locke. – Niektórzy brali nas na ręce i nieśli. Złodziejmistrz szarpnął się, jakby Ŝmija wbiła zęby jadowe w jego dłoń, i spojrzał na sakiewki z niedowierzaniem. – O Ŝesz ty... Zwędziłeś je straŜnikom? śółtym kurtkom?! Locke pokiwał głową z większym entuzjazmem. – Jak nas brali na ręce... – Bogowie... – szepnął Złodziejmistrz. – Och, bogowie. Całkiem moŜliwe, Ŝe właśnie koncertowo nas wpieprzyłeś, Locke-po-ojcu Lamora. W rzeczy samej, koncertowo. 5 – JuŜ pierwszej nocy złamał Tajny Pakt, mały zuchwały szubrawiec. Złodziejmistrz siedział teraz wygodnie w ogrodzie na dachu świątyni Bezokiego Kapłana, ze smołowanym, skórzanym kubkiem wina w dłoniach. To był najtańszy trunek, podrzędny i kwaśny prawie jak ocet, ale stanowił kolejny znak, Ŝe prawdziwe negocjacje mogą się jeszcze zacząć.

– Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Ani nigdy potem. – Ktoś nauczył go czarować kieszenie, ale nie powiedział, Ŝe Ŝółte kurtki są nietykalne. – Ojciec Łańcuch zacisnął usta. – To bardzo ciekawe. Doprawdy, niezwykle ciekawe. Nasz drogi capa Barsavi z przyjemnością poznałby tę osobę. – Nigdy się nie dowiedziałem, kto to był. Chłopiec twierdzi, Ŝe sam się nauczył, ale to bzdura. Pięciolatki bawią się martwymi rybami i końskimi gównami. Nie opanowują od niechcenia wyrafinowanej sztuki subtelnego dotyku i podwędzania sakiewek. – Co zrobiłeś z tymi mieszkami? – Popędziłem z powrotem do straŜy z Pogorzeliska i całowałem ich tyłki i buty tak długo, aŜ miałem czarne usta. Wyjaśniłem kapitanowi, Ŝe jeden z nowych dzieciaków nie rozumie, jak funkcjonuje Camorra, i Ŝe oddaję sakiewki z procentem, błagam o wspaniałomyślne wybaczenie z całą uniŜonością i tak dalej, i tak dalej. – Przyjęli? – Pieniądze zwiększają poczucie humoru, Łańcuchu. Wypchałem te sakiewki srebrem tak, Ŝe pękały w szwach. Dałem kaŜdemu straŜnikowi z oddziału pieniądze na pięć albo sześć nocy chlania i wszyscy się zgodzili, Ŝe wzniosą kilka kielichów za zdrowie capy Barsaviego, któremu z pewnością nie trzeba było, hmm, zawracać głowy czymś tak nieistotnym jak fakt, Ŝe jego oddany sługa Złodziejmistrz dał dupy i pozwolił pięciolatkowi złamać ten cholerny Pakt. – Więc to była pierwsza noc twojej znajomości z moim darem od losu, tajemniczym cudownym chłopcem. – Cieszę się, Ŝe zaczynasz myśleć o rym skaraniu boskim jak o swoim, Łańcuchu, bo dalej robi się jeszcze ciekawiej. Nie wiem za bardzo, jak to ująć. Mam dzieciaki, które lubią kraść. Mam dzieciaki, które nie mają zdania na temat kradzieŜy, oraz takie, które tolerują kradzieŜ, bo wiedzą, Ŝe nie mają wyboru. Ale Ŝadnego, naprawdę Ŝadnego nigdy nie ciągnęło do złodziejstwa tak, jak tego chłopaka. Gdyby ktoś poderŜnął mu gardło i medykus próbowałby mu je zszyć, Lamora ukradłby mu igłę z nicią i zmarł ze śmiechem na ustach. On... kradnie za duŜo. – Za duŜo kradnie – zastanawiał się na głos Bezoki Kapłan. – Za duŜo kradnie. Ciekawy zarzut. Nigdy nie myślałem, Ŝe usłyszę coś takiego od męŜczyzny, który zawodowo szkoli małych złodziei. – Śmiej się, śmiej – odparł Złodziejmistrz. – Za chwilę dopiero się zdziwisz. 6 Mijały miesiące. Parthis zmienił się w festal, który przeszedł w aurim i mgliste szkwały lata ustąpiły ostrzejszym, zacinającym deszczom zimy.

Siedemdziesiąty siódmy rok Gandolo stał się siedemdziesiątym siódmym rokiem Morgante'a, Ojca Miasta, Pana Pętli i Kielni. Osiem z trzydziestu jeden sierot z Pogorzeliska, nieco mniej niŜ biegłych w dyskretnych i interesujących zadaniach Złodziejmistrza, zawisło na Czarnym Moście przed Pałacem Cierpliwości. Takie Ŝycie; ci, którzy ocaleli, byli zbyt zajęci własnymi dyskretnymi i interesującymi zajęciami, Ŝeby się przejmować. Społeczność Wzgórza Cieni, jak szybko odkrył Locke, dzieliła się na dwa plemiona: Ulice i Okna. Okna – mniejsza i bardziej zamknięta grupa – zarabiały tylko po zachodzie słońca. Dzieciaki czołgały się po dachach i spełzały w głąb kominów, dobierały się do zamków, prześlizgiwały się przez okratowane otwory strzelnicze i kradły wszystko, od monet i biŜuterii począwszy, a skończywszy na wielkich kawałach smalcu z niepilnowanych spiŜarni. Z kolei chłopcy i dziewczęta z Ulic grasowali po zaułkach, brukowanych uliczkach i mostach nad kanałami Camorry za dnia, pracując zespołowo. Starsze i bardziej doświadczone dzieci (podbieraki) pracowały przy kieszeniach, sakiewkach i kupieckich straganach, podczas gdy młodsze i mniej zdolne (przynęta) odciągały uwagę ofiar: płakały za nieistniejącymi matkami, udawały chorobę albo rozbiegały się jak oszalałe we wszystkich kierunkach naraz, wrzeszcząc „Łapać złodzieja!", podczas gdy podbieraki uciekały z łupem. Po powrocie na cmentarz kieszenie kaŜdej sieroty przetrząsał starszy albo większy dzieciak; wszystko, co udało się ukraść albo zebrać, wędrowało zgodnie z hierarchią silnej ręki, aŜ wreszcie trafiało do Złodziejmistrza, który w miarę upływu dnia odhaczał w głowie kolejne nazwiska i zdobycze. Ci, którzy coś przynieśli, jedli; ci, którzy nie mieli nic, musieli tego wieczoru ćwiczyć dwa razy cięŜej. Noc w noc Złodziejmistrz paradował po korytarzach Wzgórza Cieni obładowany sakiewkami, jedwabnymi chusteczkami, naszyjnikami, metalowymi guzikami od płaszczy i wieloma innymi drobiazgami wartymi kradzieŜy. Jego podopieczni atakowali z ukrycia albo aranŜowali niby przypadkowe spotkania. Ci, których zauwaŜył lub wyczuł, jak kradną, byli natychmiast karani. Nie lubił tych, którzy przegrali w szkoleniowych zabawach. Wolał zmuszać ich do wypicia czystego oleju imbirowego, podczas gdy rówieśnicy zbierali się wokół i szydzili. Camorryjski olej imbirowy to ostra rzecz, którą moŜna by porównać (jak twierdził sam Złodziejmistrz) do przełknięcia tlących się popiołów sumaka jadowitego. Tym, którzy nie chcieli otwierać ust, wlewano olej do nosów, podczas gdy starsze dzieci trzymały delikwenta do góry nogami. Tej kuracji nie trzeba było powtarzać. Z czasem nawet ci ze spalonymi imbirem językami i opuchniętymi gardłami uczyli się podstaw czarowania płaszczy i „poŜyczania" towarów od nieuwaŜnych kupców. Złodziejmistrz zaznajamiał ich z entuzjazmem z

architekturą kaftanów, kamizelek, surdutów i sakiewek, starając się nadąŜać za modą i śledzić pojawianie się nowinek w porcie. Jego podopieczni uczyli się, co moŜna odciąć, co oderwać, a co trzeba wyłuskać zręcznymi palcami. – Rzecz w tym, moi kochani, Ŝeby nie obłapiać nogi klienta jak pies ani nie czepiać się ręki jak zagubione dziecko. Pół sekundy rzeczywistego kontaktu z klientem to często zbyt długo, o wiele za długo. – Złodziejmistrz udał, Ŝe ktoś zakłada mu pętlę na szyję, wywalił opuchnięty język. – Będziecie Ŝyć lub umrzecie zgodnie z trzema świętymi zasadami. Po pierwsze, zawsze upewnijcie się, Ŝe klient jest czymś zajęty. Albo waszymi przynętami, albo inną niezwiązaną z wami przygodną głupotą, typu bójka albo poŜar. PoŜary domów są cudowne dla naszych celów, nauczcie się je cenić. Po drugie, ograniczajcie do minimum kontakt z klientem, nawet gdy nie zwraca na was uwagi. To nie są Ŝarty. – Uwolnił się od niewidzialnej pętli i szelmowsko wyszczerzył zęby. – I ostatnia zasada. Kiedy juŜ zrobicie swoje, zwijajcie się z okolicy, nawet jeśli klient jest tępy jak skrzynka młotków. Czego was nauczyłem? – Podbierasz raz i wiejesz! – wykrzyknęli uczniowie. – Podbierasz drugi raz i wisisz! Nowe sieroty pojawiały się pojedynczo albo dwójkami. Starsze dzieci opuszczały wzgórze co kilka tygodni, bez zbędnych ceregieli. Locke domyślał się, Ŝe w grę wchodzi wyŜszy rodzaj dyscypliny niŜ ta wymuszona olejem imbirowym, ale nigdy nie pytał o szczegóły: lokował się za nisko w hierarchii wzgórza, Ŝeby ryzykować pytanie albo uwierzyć w odpowiedź, którą usłyszy. W ramach szkolenia dzień po przybyciu poszedł do Ulic i natychmiast trafił do grupy przynęt (za karę, jak przypuszczał). Pod koniec drugiego miesiąca umiejętności zapewniły mu przeniesienie do podbieraków. UwaŜano to za awans na drabinie społecznej, ale Lamora jako jedyny na wzgórzu wolał pracować z przynętami jeszcze długo po tym, jak mógł zmienić specjalność. Był milczkiem i nie miał we wzgórzu przyjaciół, lecz wykazywał naturalny talent do roli przynęty. To go oŜywiało. Doprowadził do perfekcji uŜycie przeŜutego miąŜszu pomarańczowego jako substytutu wymiocin. Podczas gdy inne przynęty po prostu złapałyby się za brzuch i jęczały, on ubarwiał przedstawienia wypluwając biało-pomarańczową masę pod nogi upatrzonej widowni (albo, jeśli był w wyjątkowo przewrotnym nastroju, na rąbki sukien i pończochy). Kolejnym jego ulubionym wynalazkiem była długa, sucha gałąź ukryta w nogawce spodni i przywiązana do kostki. Gwałtownie padając na kolana, łamał gałąź z głośnym trzaskiem. Ten dźwięk i towarzyszące mu zaraz potem rozdzierające jęki skutecznie przyciągały uwagę i współczucie, zwłaszcza w bezpośrednim sąsiedztwie koła wozu. Kiedy juŜ zbyt długo ściągał na siebie uwagę tłumu, ratowały go pozostałe przynęty, które głośno oznajmiały, Ŝe „zaniosą go do domu do matki", Ŝeby obejrzał go medykus. Gdy tylko zawleczono go za róg, w cudowny sposób odzyskiwał zdolność chodzenia.

Co więcej, wypracował imponujący repertuar wyrafinowanych sztuczek tak błyskawicznie, Ŝe Złodziejmistrz miał powód, aby po raz drugi wziąć go na bok na pogawędkę (po tym, jak Locke zaaranŜował sytuację, która miała kłopotliwie liczną widownię – kilkoma szybkimi ruchami noŜyka sprawił, Ŝe młodej damie spadła spódnica i stanik sukni). – Posłuchaj, Locke-po-ojcu Lamora – powiedział Złodziejmistrz. – Tym razem nie będzie oleju imbirowego, zapewniam, ale zdecydowanie wolałbym, aby twoje sztuczki gwałtownie zawróciły ze ścieŜki rozrywki z powrotem ku bardziej praktycznym celom. Locke patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma. Przestępował z nogi na nogę. – Ujmę to prościej. Pozostałe przynęty wychodzą na miasto po to, Ŝeby oglądać ciebie, a nie odwalać swoją cholerną robotę. Nie karmię tu prywatnej trupy teatralnej. Moja druŜyna małych, radosnych koniowałów ma wrócić do roboty, a ty skończ z odwalaniem gwiazdy. Od tego czasu wszystko przebiegało spokojnie. A potem, raptem pół roku po przybyciu na wzgórze, Locke niechcący spalił tawernę „Wino w staroszkle" i wywołał zamieszki związane z kwarantanną, które omal nie zmiotły Zaułków z mapy Camorry. Zaułki były doliną pełną ruder i wąskich uliczek na najbardziej wysuniętym na północ koniuszku złej części miasta. Miały kształt nerki i nieco przypominały rozległy amfiteatr. Serce wyspy leŜało ponad czterdzieści stóp poniŜej jej zewnętrznych krańców. Pochylone rzędy czynszówek i sklepików bez okien wystawały warstwami ze ścian tej wielkiej, kipiącej misy. Walące się ściany podpierały się nawzajem, osrebrzone mgłą zaułki wiły się i kleiły do siebie, tak Ŝe w Ŝadnym miejscu nie mogło iść na raz więcej niŜ dwóch ludzi obok siebie. Tawerna „Wino w staroszkle" przysiadła nad brukami drogi, która biegła z zachodu na wschód i przechodziła po kamiennym moście z Zaułków w zielone głębiny Mara Camorrazza. Była to waląca się dwupiętrowa bestia z wypaczonych przez deszcze desek, z rozchwierutanymi schodami wewnątrz i na zewnątrz, które okaleczały przynajmniej jednego klienta tygodniowo (ba, sporą popularnością cieszyły się zakłady, który z bywalców następny roztrzaska sobie na nich czaszkę). Było to miejsce spotkań palaczy fajek i ofiar miraŜu, którzy publicznie zakrapiali sobie oczy bezcennym narkotykiem, a potem leŜeli dygocząc i przeŜywając wizje, podczas gdy obcy grzebali w ich rzeczach i uŜywali ich jak stołów. Siedemdziesiąty siódmy rok Morgante'a właśnie się zaczął, gdy Locke Lamora wpadł do głównej sali „Wina w staroszkle", szlochając i pociągając nosem. Miał zaczerwienione policzki twarz, zakrwawione wargi, podkrąŜone oczy i w ogóle wyglądał jak ofiara Czarnego Szeptu. – Panie, błagam – szepnął do przeraŜonego wykidajły. Gracze w kości,

barmani, dziwki i złodzieje wytrzeszczyli oczy. – Błagam. Matka i ojciec są chorzy. Nie wiem, co im jest. Tylko ja mogę się ruszać... Musi mi pan... – Pociągnął nosem. – Musi mi pan pomóc! Panie, błagam... A dokładniej te właśnie słowa usłyszano by, gdyby ochroniarz nie wrzasnął na całe gardło: – Szept! Czarny Szept! Wywołał tym paniczny exodus z tawerny. Chłopiec rozmiarów Locke'a nie miałby prawa przetrwać orgii przepychanek i paniki, które wtedy wynikły, gdyby nie oznaki choroby na jego twarzy, działające lepiej niŜ jakakolwiek tarcza. Kości zagrzechotały o blaty stołów, karty poszybowały w powietrze jak spadające liście. Cynowe kubki i kufle ze smołowanej skóry uderzyły o podłogę; wylał się z nich tani alkohol. Stoły przewrócono, noŜe i pałki poszły w ruch, Ŝeby zmotywować innych do ucieczki, a miraŜyści zostali stratowani, gdy wezbrana fala ludzkich mętów wylała się wszystkimi drzwiami, oprócz tych, w których stał Locke, bezskutecznie błagając o litość (tak to przynajmniej wyglądało) wrzeszczącą i odwróconą plecami klientelę. Kiedy w tawernie zostało tylko kilku jęczących (lub nieruchomych) miraŜystów, do środka zakradli się towarzysze Locke'a: kilkanaście przynęt i podbieraków z Ulic, zaproszonych specjalnie przez Lamorę do udziału w wyprawie. Rozbiegli się wśród wywróconych stołów i wpadli za poobijany bar, porywając z zapałem wszystko, co miało jakąś wartość: tu garść rozrzuconych monet, tam dobry nóŜ, tu znów komplet kostek do gry z wielorybiej kości, zdobionych maleńkimi odłamkami granatów. Ze spiŜarni wynieśli kosze twardego, ale zjadliwego chleba, solone masło w woskowanym papierze i kilkanaście butelek wina. Locke dał im tylko pół minuty; odliczał w głowie do trzydziestu, ścierając z twarzy charakteryzację. Kiedy skończył, skinął na wspólników, aby rozpłynęli się w mrokach nocy. Bębny juŜ przyzywały straŜ, a ponad ich rytm wzbijały się pierwsze słabe dźwięki piszczałek, przyprawiające o dreszcze nuty, które przywoływały ksiąŜęce hieny – straŜników kwarantanny. Uczestnicy złodziejskiej wyprawy Locke'a prześliznęli się przez gęstniejący tłum skonsternowanych i spanikowanych mieszkańców Zaułków i popędzili do domu okręŜną drogą, przez Mara Camorrazza albo Czarny Dym. Przynieśli największy łup w towarach i jedzeniu w historii sierocego gangu ze Wzgórza Cieni. Zdobyli równieŜ ogromny stos miedzianych półbaronów, większy niŜ Locke się spodziewał (nie wiedział dotąd, Ŝe ludzie grający w kości lub karty nie trzymają pieniędzy na widoku, poniewaŜ we Wzgórzu Cieni tego typu gry były zarezerwowane wyłącznie dla najstarszych albo najbardziej popularnych dzieciaków, a on nie zaliczał się do Ŝadnej z tych grup). Przez kilka godzin Złodziejmistrz był zaledwie zdeprymowany. Tej samej nocy przeraŜeni pijaczkowie podłoŜyli ogień w „Winie w staroszkle". Setki mieszkańców próbowały uciec z Zaułków, kiedy się okazało,

Ŝe straŜ miejska nie potrafi odnaleźć chłopca, który wywołał panikę. Bębny biły aŜ do świtu, mosty zablokowano, a łucznicy księcia Nicovante wypłynęli płaskodennymi łodziami na kanały wokół Zaułków z zapasem strzał na całą noc – a nawet trochę dłuŜej. Następny ranek zastał Złodziejmistrza na kolejnej rozmowie w cztery oczy z małym sierotą. – Kłopot z tobą, zafajdańcu, polega na tym, Ŝe nie jesteś dalekowzroczny. Wiesz, co to znaczy dalekowzroczny? Locke pokręcił głową. – Pozwól, Ŝe ujmę to tak. Ta tawerna miała właściciela. Ten właściciel pracował dla capy Barsaviego, szefa szefów, tak samo jak ja dla niego pracuję. Właściciel tawerny płaci capie, tak samo jak ja, Ŝeby nie dochodziło w niej do róŜnych incydentów. A dzięki tobie wydarzył się incydent jak cholera, chociaŜ ten człowiek uczciwie płacił i niczego się nie spodziewał. Mam nadzieję, Ŝe nadąŜasz? OtóŜ podburzanie hordy pijanych, pieprzonych zwierząt do tego, Ŝeby spaliły knajpę na popiół z powodu fałszywego alarmu, stanowi dokładne przeciwieństwo dalekowzroczności. Czy teraz zaryzykowałbyś odgadnięcie, co owo słowo znaczy? Locke dobrze wiedział, Ŝe w tym momencie powinien pokiwać głową. – W przeciwieństwie do ostatniego razu, kiedy próbowałeś przedwcześnie wysłać mnie do grobu, z tego wydarzenia nie dałbym rady się wykupić, ale teŜ, bogom niech będą dzięki, nie muszę, bo zamieszanie jest ogromne. śółte kurtki spałowały w nocy dwieście osób, zanim się zorientowały, Ŝe nikt nie choruje na Szept. KsiąŜę wezwał pod broń Ŝołnierzy i juŜ, juŜ zamierzał zafundować Zaułkom porządną kąpiel w oleju ognistym. Jedyny powód, podkreślam, jedyny powód, dla którego nie pływasz z bardzo głupią miną w Ŝołądku rekina, to fakt, Ŝe z „Wina w staroszkle" zostały zgliszcza. Nikt nie wie, Ŝe tawerna została obrabowana, zanim zamieniła się w kupkę popiołu. Nikt poza nami. Dlatego wszyscy w tym wzgórzu zgodzimy się, Ŝe nie wiemy, co się tam wydarzyło, a ty przypomnisz sobie coś z tych obiekcji, o których mówiłem ci, kiedy się tu zjawiłeś. Pamiętasz obiekcje, prawda? Locke pokiwał głową. – Oczekuję od ciebie drobiazgów, Lamora. Grzecznej, drobnej roboty. Tu sakiewka, tam kiełbasa. Masz przełknąć swoje ambicje, wysrać je jak kiepskie Ŝarcie i przez następny milion lat być dalekowzroczną małą przynętą. MoŜesz to dla mnie zrobić? Nie okradaj więcej Ŝółtych kurtek, nie pal tawern i nie zaczynaj więcej Ŝadnych zamieszek, kutafonie jeden. Udawaj przytępego małego złodziejaszka, jak twoi bracia i siostry. Jasne? Locke po raz kolejny pokiwał głową, starając się jak najbardziej wyglądać na dzieciaka, który Ŝałuje tego, co zrobił. – Dobrze. – Złodziejmistrz wyjął niemal pełną butelkę oleju imbirowego. – A teraz zastosujemy pewne wzmocnienie mojej reprymendy.

I przez jakiś czas (kiedy juŜ Locke odzyskał zdolność mówienia i swobodnego oddychania) panował spokój. Ale siedemdziesiąty siódmy rok Morgante'a stał się siedemdziesiątym siódmym rokiem Sendovaniego, i chociaŜ Locke'owi przez jakiś czas udawało się ukrywać swoje działania przed Złodziejmistrzem, to przy jednej konkretnej okazji wyjątkowo spektakularnie zabrakło mu dalekowzroczności. Kiedy Złodziejmistrz zdał sobie sprawę, co zrobił Locke, spotkał się z capa Camorry i załatwił sobie pozwolenie na jedną małą śmierć. Dopiero potem wpadł na pomysł, Ŝeby spotkać się z Bezokim Kapłanem, nie tyle powodowany litością, ile ostatnią nadzieją na choćby niewielki zysk. 7 Niebo było bladoczerwone i nic juŜ nie zostało z dnia z wyjątkiem linii stopionego złota, powoli obniŜającej się na zachodnim horyzoncie. Locke Lamora wlókł się w długim cieniu Złodziejmistrza, który prowadził go na sprzedaŜ do świątyni Perelandra. Teraz nareszcie wiedział, gdzie znikały starsze dzieci. Wspaniały szklany łuk prowadził od północno-zachodniego podnóŜa Wzgórza Cieni na wschodni kraniec długiej, rozległej Dzielnicy Świątynnej. W najwyŜszym punkcie mostu Złodziejmistrz zatrzymał się i zagapił na północ, ponad pozbawionymi światła domami Ciszy, ponad otulonymi mgłą wodami Andegawenki, ku ocienionym dworkom i obsadzonym drzewami bulwarom z białego kamienia na wyspie Alcegrante, pyszniącej się pod niemoŜliwie wysokimi Pięcioma WieŜami. WieŜe były najbardziej wyróŜniającymi się budowlami ze staroszkła w mieście pełnym tej tajemniczej substancji. Najmniejsza i najmniej wspaniała – WieŜa Jutrzenki – miała zaledwie osiemdziesiąt stóp średnicy i czterysta wysokości. Prawdziwe kolory smukłych wieŜ mieszały się teraz z płomiennymi barwami gasnącego zachodu, i pajęczyna sznurów oraz koszy z towarami, przepleciona między ich szczytami, była ledwie widoczna na tle karminowego nieba. – Poczekamy tu chwilę, chłopcze – powiedział Złodziejmistrz z nietypową dla siebie nostalgią w głosie. – Tu, na moim moście. Tak niewielu przychodzi tędy na Wzgórze Cieni, Ŝe równie dobrze moŜe być mój. KsiąŜęcy Wiatr, który za dnia wiał znad śelaznego Morza, teraz się odwrócił; nocami, jak zawsze, władał duszny Wisielczy Wiatr, wiejący z lądu ku morzu, gęsty od zapachów z pól i gnijących bagien. – Pozbywam się ciebie, wiesz? – dodał po chwili Złodziejmistrz. – Koniec z... hmm... wygłupami. Zegnaj na zawsze. Szkoda, Ŝe czegoś ci brakuje... MoŜe zdrowego rozsądku? Locke nie odpowiedział, zamiast tego zagapił się na ogromne szklane wieŜe,

z których niebo w tle spijało kolory. Rozbłysły błękitno-białe gwiazdy, i ostatnie promienie słońca zniknęły na zachodzie, jakby zamknęło się wielkie oko. Kiedy pierwsze cienie prawdziwej ciemności zaczęły opadać na miasto, nowe światło rozbłysło słabo i migocząc odepchnęło mrok. Lśniło w staroszkle Pięciu WieŜ i przezroczystym szkle mostu, na którym stali. Narastało z kaŜdym oddechem, przybierając na sile, aŜ skąpało miasto w nieziemskim półblasku pochmurnego dnia. Nadeszła godzina nibyzmierzchu. Począwszy od szczytów Pięciu WieŜ, a skończywszy na obsydianowej gładzi rozległych, szklanych falochronów i sztucznych raf pod falami w kolorze grafitu, nibyzmierzch promieniował z kaŜdej powierzchni i kaŜdego odłamka staroszkła w Camorrze, z kaŜdego śladu obcej substancji, zostawionej dawno temu przez istoty, które pierwsze ukształtowały miasto. Co wieczór, gdy zachodni horyzont w końcu połykał słońce, szklane mosty zamieniały się w nitki świetlikowego światła. Szklane wieŜe, szklane promenady i dziwne ogrody szklanych rzeźb mieniły się nienaturalnym fioletem i błękitem, pomarańczem i perłową bielą, a księŜyce i gwiazdy bladły i szarzały. To właśnie uchodziło za zmierzch w Camorrze – koniec pracy dla ostatnich robotników, wezwanie dla nocnych straŜy i czas zamykania bram miejskich od strony lądu. Godzina nadnaturalnej poświaty, która wkrótce ustępowała prawdziwej nocy. – Wracajmy do naszych interesów – powiedział Złodziejmistrz i obaj ruszyli do Dzielnicy Świątynnej, krocząc po łuku z delikatnego, obcego światła. 8 Nibyzmierzch był ostatnią godziną, kiedy zgodnie z tradycją świątynie Camorry pozostawały otwarte. Bezoki Kapłan z Domu Perelandra nie tracił czasu, zbierając na schodach rozsypującej się świątyni datki do stojącego przed nim miedzianego kotła. – Sieroty! – ryknął głosem, który pasowałby do pola bitwy. – CzyŜ nie wszyscy zostajemy osieroceni prędzej czy później? Biada tym, których oderwano od piersi matki, ledwie wyszli z lat niemowlęcych. Dwaj smukli młodzieńcy (prawdopodobnie sieroty) w białych szatach z kapturami siedzieli po obu stronach skarbonki. Osobliwa poświata nibyzmierzchu rozpalała ich czarne, puste oczy, gdy patrzyli na męŜczyzn i kobiety spieszących w swoich sprawach po placach i alejach bogów. – Biada! – ciągnął kapłan. – Biada tym, których okrutny los rzucił na łaskę występnego świata, gdzie nie ma dla nich miejsca, świata, w którym nie ma z nich poŜytku. Niewolnicy, oto kim w nim są! Niewolnicy – albo gorzej: zabawki poŜądliwych, występnych i bezboŜnych. Zmuszani do wegetacji w

niewysłowionym poniŜeniu, przy którym zwykłe zniewolenie byłoby błogosławieństwem! Locke zdumiał się, bo nigdy wcześniej nie widział występu na scenie ani nie słyszał wytrenowanego mówcy. Słyszał pogardę, która wycisnęłaby wodę z kamienia i doprowadziła ją do wrzenia; skargę, od której serce Ŝywiej mu biło, poruszone wzburzeniem i wstydem, chociaŜ sam był sierotą. Chciał jak najdłuŜej słuchać, jak ten męŜczyzna o donośnym głosie wrzeszczy na niego. Tak wielka była sława ojca Łańcucha, Ŝe nawet Locke Lamora o nim słyszał: męŜczyzna w słusznym wieku, z piersią szeroką jak biurko skryby i brodą, która uczepiła się jego szorstkiej twarzy jak kłąb druciaka. Gruba, biała przepaska zasłaniała mu czoło i oczy, a biała, bawełniana szata sięgała aŜ do nagich kostek oraz czarnych, Ŝelaznych kajdan skuwających nadgarstki. CięŜkie, stalowe łańcuchy ciągnęły się od tych kajdan w górę po schodach świątyni i przez otwarte drzwi do wnętrza. Locke widział, jak łańcuchy się napinały, gdy ojciec Łańcuch gestykulował do słuchaczy. Dochodził do granic swojej wolności. Podobno od trzynastu lat ojciec Łańcuch nie postawił stopy poza schodami swojej świątyni. Jako wyraz oddania dla Perelandra, Ojca Łask, Pana Pominiętych, przykuł się do ściany wewnętrznego sanktuarium Ŝelaznymi kajdanami bez zamka i kluczy oraz zapłacił medykusowi, by ten w obecności tłumu świadków wyłupił mu oczy. – Pan Pominiętych czuwa nad kaŜdym synem i córką zmarłych, to nie ulega wątpliwości! Błogosławieni są w jego oczach ci, którzy wolni od obowiązków krwi niosą pomoc i pociechę tym bez matek i ojców... ChociaŜ wiadomo było, Ŝe ojciec Łańcuch jest ślepy, w dodatku miał przepaskę na oczach, Locke przysiągłby, Ŝe odwrócił się w stronę jego i Złodziejmistrza, gdy szli przez plac. – ...Z niewątpliwej dobroci ich serc, karmią i chronią dzieci Camorry. Zamiast bezdusznego skąpstwa kierują się bezinteresowną zacnością! Prawdziwie błogosławieni – wysyczał z zapałem. – Są obrońcy bezbronnych, potrzebujących sierot Camorry. Kiedy Złodziejmistrz zaczął wchodzić po świątynnych schodach, starał się głośno stukać obcasami o stopnie, sygnalizując swoją obecność. – Ktoś się zbliŜa – powiedział ojciec Łańcuch. – Dwie osoby, przynajmniej tak podpowiada mi słuch. – Przyprowadziłem ci chłopca, o którym rozmawialiśmy, ojcze – oznajmił Złodziejmistrz dostatecznie głośno, by usłyszeli go najbliŜsi przechodnie, gdyby zechcieli go słuchać. – Przygotowałem go najlepiej jak potrafiłem, z myślą o... hmm... próbach nowicjatu i inicjacji. Kapłan niepewnie ruszył po schodach ku Locke'owi, wlokąc za sobą podzwaniające łańcuchy. Zakapturzeni chłopcy strzegący skarbonki spojrzeli na niego, ale nic nie powiedzieli.

– Ach tak... – Ręce ojca Łańcucha wystrzeliły z niepokojąca celnością naprzód. Stwardniałe palce przebiegły po czole, policzkach, nosie i podbródku Locke'a. – Mały to chłopiec, jak się wydaje, bardzo mały. JednakŜe jego niedoŜywiona i smutna twarz sieroty zdradza mocny charakter, jak mi się wydaje. – Nazywa się Locke Lamora – powiedział Złodziejmistrz. – Śmiem twierdzić, Ŝe zakon Perelandra znajdzie wiele zastosowań dla jego, hmm, nieprzeciętnej inicjatywy. – Wolałbym, aby był szczery, skruszony, uczciwy i skłonny poddać się dyscyplinie – zadudnił basem kapłan. – Nie wątpię, Ŝe w czasie, który spędził pod twą czułą opieką, nabył te cnoty, idąc za twym światłym przykładem. – Klasnął trzy razy. – Chłopcy, nasz dzień pracy zakończony. Zabierzcie datki od dobrych ludzi Camorry i zaprowadźmy przyszłego nowicjusza do świątyni. Złodziejmistrz lekko ścisnął ramię Locke'a, a potem z entuzjazmem pchnął go w górę schodów, w stronę Bezokiego Kapłana. Kiedy odziani w biel chłopcy mijali go, niosąc pobrzękującą, miedzianą misę, Złodziejmistrz wrzucił do niej mały, skórzany mieszek, rozłoŜył szeroko ręce i skłonił się z typową dla siebie węŜową teatralnością. Kiedy Locke widział go po raz ostatni, przemierzał szybkim krokiem Dzielnicę Świątynną, radośnie poruszając krzywymi rękami i kościstymi ramionami; tak chodzić mógł tylko człowiek wyzwolony. 9 Sanktuarium świątyni Perelandra było zatęchłą, kamienną komnatą z kałuŜami stojącej wody na posadzce. Nadjedzone przez pleśń gobeliny na ścianach rozpadały się w szybkim tempie na pojedyncze włókna. Oświetlała ją tylko poświata nibyzmierzchu i pozbawione przekonania wysiłki matowobiałej kuli alchemicznej, która przysiadła chwiejnie nad stalową płytą przykuwającą Bezokiego Kapłana do ściany sanktuarium. Locke zobaczył w tylnej ścianie przejście przesłonięte kotarą i nic poza tym. – Calo, Galdo... – powiedział ojciec Łańcuch. – Bądźcie dobrymi chłopcami i zajmijcie się drzwiami, dobrze? Młodzieńcy w szatach odstawili miedziany kociołek i podeszli do jednego z gobelinów. Wspólnie odgarnęli go na bok i pociągnęli za ukrytą dźwignię. Jakiś potęŜny mechanizm zazgrzytał w ścianach sanktuarium i podwójne drzwi wychodzące na schody świątynne zaczęły się zamykać do środka. Kiedy ich skrzydła zsunęły się ze zgrzytem kamienia o kamień, alchemiczna kula nagle rozbłysła jaśniej. Bezoki Kapłan przyklęknął. Większość łańcucha zebrała się wokół niego w małe, stalowe kopczyki. – Podejdź tutaj, Locke Lamora. Zobaczmy, czy posiadasz jakieś przymioty, niezbędne by stać się nowicjuszem w tej świątyni.

Kiedy ojciec Łańcuch ukląkł, znalazł się w przybliŜeniu czoło w czoło z Lockiem. W odpowiedzi na przywołujący gest chłopiec podszedł bliŜej i czekał. Kapłan zmarszczył nos. – Widzę, Ŝe twojemu poprzedniemu mistrzowi nadal nie przeszkadza smród podopiecznych. NiewaŜne. Wkrótce temu zaradzimy. Na razie podaj mi po prostu ręce. – Pewnie, ale delikatnie poprowadził drobne ręce chłopca, aŜ dłonie Locke'a spoczęły na przepasce. – A teraz... zamknij oczy i skup się... skup. Niech wszelkie cnotliwe myśli, jakie masz, wypłyną na powierzchnię. Niech ciepło twej wspaniałomyślnej duszy wypłynie przez twoje niewinne ręce... O tak, właśnie w ten sposób... Locke był na wpół zaniepokojony, na wpół rozbawiony. Rysy ogorzałej twarzy Łańcucha wyciągnęły się i kapłan otworzył usta w błogim wyczekiwaniu. – Mmm... – szepnął kapłan drŜącym z emocji głosem. – Tak, tak, rzeczywiście masz pewien talent... moc... czuję to... to prawie jak... cud! Po tych słowach Łańcuch szarpnął głowę do tyłu, a Locke odskoczył. Brzęknęły łańcuchy. Kapłan podniósł skute ręce do przepaski i zerwał ją zamaszystym gestem. Locke cofnął się, nie bardzo wiedząc, jak będą wyglądać oczodoły ślepca, ale oczy kapłana były całkiem normalne – Łańcuch wręcz zmruŜył je z bólem i potarł kilka razy, krzywiąc się w oślepiającym blasku alchemicznej kuli. – Aaach! Ha, ha, ha! – krzyknął w końcu, wyciągając ręce do Locke'a. – Jestem uleczony! Uleczony! ZNOWU WIDZĘ! Locke wytrzeszczył oczy i po raz drugi tej nocy rozdziawił usta jak półgłówek, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Za jego plecami zakapturzeni chłopcy zaczęli chichotać. Locke zmarszczył podejrzliwie brwi. – Ty nie jesteś... naprawdę ślepy – powiedział. – A ty nie jesteś całkiem głupi! – zawołał Łańcuch, podskakując z radości, przez co jego kolana wydały dziwny, wilgotny chrzęst. Zamachał skutymi rękami jak ptak, który próbuje odlecieć. – Calo! Galdo! Zdejmijcie mi to dziadostwo z nadgarstków, Ŝebyśmy mogli policzyć nasze dzienne błogosławieństwo! Chłopcy w kapturach podeszli pospiesznie i zrobili z kajdanami kapłana coś, za czym Locke nie nadąŜył wzrokiem: kajdany się otworzyły i opadły z brzękiem na podłogę. Łańcuch ostroŜnie roztarł skórę; była biała jak mięso świeŜej ryby. – Nie jesteś... prawdziwym kapłanem! – dodał Locke, gdy starzec masował przedramiona, by odzyskały nieco koloru. – AleŜ jestem. Tylko nie kapłanem... hmm... Perelandra. Tak jak Ŝaden z moich nowicjuszy nie jest w nowicjacie Perelandra. I ty nie będziesz nowicjuszem Perelandra. Locke Lamora, przywitaj się z Calo i Galdo Sanza. Ubrani na biało chłopcy odrzucili kaptury i Locke zobaczył bliźniaków

najwyŜej dwa lata starszych od niego, za to o wiele mocniej zbudowanych. Mieli oliwkową cerę i czarne włosy prawdziwych Camorryjczyków, i tylko identycznie długie, haczykowate nosy stanowiły pewną anomalię. Z uśmiechem złapali się za ręce i jednocześnie się ukłonili, zginając się w pasie. – Ehm, cześć – powiedział Locke. – Który z was... jest który? – Dziś ja jestem Galdo – powiedział ten na lewo od Locke'a. – Jutro pewnie ja będę Galdo – stwierdził drugi. – Albo obydwaj będziemy chcieli być Calo – dodał ten, który odezwał się pierwszy. – Z czasem nauczysz się ich rozróŜniać po liczbie wgnieceń, jakie zarobili od moich kopniaków w tyłki – przerwał im Łańcuch. – Jakimś cudem jeden z nich zawsze ma ich więcej niŜ drugi. – Stanął za Lockiem i połoŜył szerokie, cięŜkie dłonie na jego ramionach. – Idioci, oto Locke Lamora. Jak widzicie, właśnie kupiłem go od waszego dawnego dobroczyńcy, pana ze Wzgórza Cieni. – Pamiętamy cię – powiedział domniemany Galdo. – Sierota z Pogorzeliska – dodał domniemany Calo. – Ojciec Łańcuch wykupił nas zaraz po tym, jak zjawiłeś na Wzgórzu Cieni – powiedzieli jednocześnie, szczerząc zęby. – Dość tego pieprzenia – oznajmił dziwnie władczym tonem kapłan. – Właśnie zgłosiliście się na ochotnika do gotowania kolacji. Gruszki i kiełbasa na oleju, podwójna porcja dla waszego nowego młodszego brata. Migiem. Locke i ja zajmiemy się kociołkiem. Uśmiechając się szyderczo i gestykulując obelŜywie, bliźniaki podbiegły do drzwi za zasłoną i zniknęły za nią. Locke słyszał ich kroki ginące gdzieś na schodach. Ojciec Łańcuch wskazał mu miejsce obok miedzianej skarbonki. – Siadaj, chłopcze. Porozmawiajmy chwilę o tym, co tu się dzieje. – Kapłan przysiadł po turecku na wilgotnej podłodze i spojrzał z namysłem na Locke'a. – Twój poprzedni pan mówił, Ŝe radzisz sobie z prostym dodawaniem. To prawda? – Tak, panie. – Nie mów do mnie „panie". Od tego jaja mi się kurczą i zęby zgrzytają. Nazywaj mnie po prostu „ojcem Łańcuchem". A teraz, skoro juŜ tu siedzisz, przechyl kociołek i policz wszystkie pieniądze. Locke spróbował przechylić skarbonkę: wytęŜył wszystkie siły – i zrozumiał, dlaczego Calo i Galdo woleli wspólnie dźwigać cięŜar. Łańcuch pchnął kociołek przy podstawie i zawartość wreszcie wysypała się na podłogę, obok Locke'a. – Znacznie trudniej go ukraść, gdy tyle waŜy – wyjaśnił Łańcuch. – Jak moŜesz... jak moŜesz udawać, Ŝe jesteś kapłanem? – zapytał Locke, układając miedziaki całe i oberŜnięte w osobne stosiki. – Nie boisz się bogów? Gniewu Perelandra? – Oczywiście, Ŝe się boję – odparł Łańcuch, przeczesując palcami

skołtunioną brodę. – Ogromnie. Tak jak juŜ mówiłem, jestem kapłanem, ale nie Perelandra. Jestem wyświęconym sługą Bezimiennego Trzynastego, Patrona Złodziei, Występnego Wartownika, Dobroczyńcy, Ojca Niezbędnych Pretekstów. – Ale... bogów jest tylko dwunastu. – To zabawne, jak wielu ludzi pozostaje Ŝałośnie niedoinformowanych w tej kwestii, mój drogi chłopcze. Wyobraź sobie, z łaski swojej, Ŝe tak się składa, Ŝe Dwunastka ma młodszego brata, który jest w rodzinie kimś w rodzaju czarnej owcy. I tak się składa, Ŝe ten młodszy brat jest wyłącznym patronem złodziei, takich jak ty i ja. ChociaŜ Dwunastka nie pozwala, by jego imię wypowiadano lub słyszano, mają pewną słabość do jego zabawnych i popieprzonych sztuczek. Dlatego na pokręcone, stare przechery, takie jak ja, nie spada grom z jasnego nieba, ani nie rozrywają ich kruki za to, Ŝe pomieszkują w świątyni bardziej szanownego boga – takiego jak Perelandro. – Jesteś kapłanem tego... Trzynastego? – W rzeczy samej. Kapłanem złodziei i kapłanem-złodziejem w jednej osobie. Takim samym, jakimi Calo i Galdo zostaną pewnego dnia, i jakim ty moŜesz być, o ile się okaŜesz wart tych groszy, które za ciebie zapłaciłem. – Ale... – Locke wyciągnął rękę i wyłowił mieszek Złodziejmistrza (woreczek z rdzawej skóry) ze stosu miedzi i podał go Łańcuchowi. – Skoro zapłaciłeś za mnie, to dlaczego mój dawny pan zostawił ofiarę? – Hmm... Zapewniam cię, Ŝe to ja zapłaciłem za ciebie i byłeś bardzo tani, a to nie jest ofiara. – Łańcuch rozwiązał woreczek i wysypał zawartość na dłoń: pojedynczy, biały ząb rekina, długi jak kciuk Locke'a. – Widziałeś kiedyś coś takiego? – Nie... Co to jest? – Znak śmierci. Ząb wilczego rekina to pieczęć samego capy Barsaviego, szefa twojego dawnego pana. A takŜe mojego szefa i twojego, nawiasem mówiąc. To oznacza, Ŝe jesteś tak Ŝałosnym, tępym małym popaprańcem, Ŝe twój dawny pan naprawdę poszedł do capy i otrzymał od niego zezwolenie na zabicie cię. Łańcuch wyszczerzył zęby, jakby opowiedział sprośny Ŝart. Locke zadrŜał. – To ci dało trochę do myślenia, mój chłopcze? Dobrze. Spójrz, Locke. Przyjrzyj się dobrze. To oznacza, Ŝe za twoją śmierć zapłacono. Odkupiłem ten ząb od twojego dawnego pana, kiedy dostałem cię po zniŜkowej cenie. To oznacza, Ŝe gdyby sam ksiąŜę Nicovante adoptował cię jutro i uznał za swojego dziedzica, nadal mógłbym ci rozłupać czaszkę i przybić cię do pala, a nikt w tym mieście nawet nie kiwnąłby palcem. Łańcuch zręcznie wsunął ząb z powrotem do rudej sakiewki, a potem powiesił ją na szyi Locke'a na cienkim sznurku. – Będziesz go nosił przy sobie, dopóki nie uznam, Ŝe jesteś wart, by go wyrzucić, albo nie skorzystam z prawa, które mi daje i...! – Dwoma palcami

przeciągnął po gardle Locke'a. – Schowaj sakiewkę pod ubraniem i trzymaj przy skórze przez cały czas, Ŝeby ci przypominała, jak niewiele, jak bardzo niewiele brakowało dzisiaj, byś skończył z poderŜniętym gardłem. Gdyby w twoim dawnym panu chciwość nie przewaŜyła nad mściwością, bez wątpienia juŜ byś pływał w zatoce. – Co ja takiego zrobiłem? Łańcuch spojrzał na Locke'a w taki sposób, Ŝe ten poczuł się mniejszy tylko dlatego, Ŝe próbował protestować. Wiercił się niespokojne i bawił znakiem śmierci. – Proszę, chłopcze, nie obraŜajmy nawzajem swojej inteligencji. Są tylko trzy rodzaje ludzi w Ŝyciu, których nigdy nie oszukasz: paserzy, dziwki i własna matka. PoniewaŜ twoja matka nie Ŝyje, ja zajmę jej miejsce. Wobec tego jestem odporny na twoje pieprzenie. – Głos Łańcucha stał się powaŜny. – Doskonale wiesz, dlaczego twój dawny pan był z ciebie niezadowolony. – Powiedział, Ŝe nie byłem... dalekowzroczny. – Dalekowzroczny – powtórzył Łańcuch. – Dobre słowo. I rzeczywiście nie jesteś. Wszystko mi opowiedział. Locke spojrzał na niego sponad stosików monet. Oczy miał jak wielkie spodki. Zbierało mu się na płacz. – Wszystko? – Absolutnie wszystko. – Łańcuch patrzył na chłopca przez długą, krępującą chwilę. Westchnął. – Ile to dobrzy obywatele Camorry dali dziś na rzecz słusznej sprawy Perelandra? – Dwadzieścia siedem miedzianych baronów, jeśli się nie mylę. – Hmm. Nieco ponad cztery srebrne solony. Słaby dzień. Ale to najlepsza forma kradzieŜy, z jaką kiedykolwiek się spotkałem. – Okradasz takŜe Perelandra? – Oczywiście, Ŝe tak, chłopcze. Wspomniałem, Ŝe jestem złodziejem, prawda? Nie takim, do jakich przywykłeś. Lepszym. Cała Camorra jest pełna idiotów biegających po ulicach i dających się powiesić, a wszystko dlatego, Ŝe myślą, Ŝe kradnie się rękami. – Ojciec Łańcuch splunął. – Ehm... A czym ty kradniesz, ojcze Łańcuchu? Brodaty kapłan popukał się dwoma palcami w skroń, a potem uśmiechnął szeroko i postukał palcami w zęby. – Głową i wyszczekaniem, mój chłopcze. Głową i wyszczekaniem. Posadziłem tu swój tyłek jakieś trzynaście lat temu i od tego czasu poboŜne camorryjskie ćwoki karmią mnie monetami. Do tego dochodzi sława: słyszano o mnie od Emberlain po Tal Verrar, ale przede wszystkim jestem tutaj dla pieniędzy. – Czy to nie jest niewygodne? – zapytał Locke, rozglądając się po smutnym wnętrzu świątyni. – Mieszkać tu i nigdy nie wychodzić? – Te małe obskurne kulisy nie stanowią mojej prawdziwej świątyni, tak jak