wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Sean McMullen - Saga Lunaświatów 03 - Próżniowędrowiec

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.8 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sean McMullen - Saga Lunaświatów 03 - Próżniowędrowiec.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Sean McMullen
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 18 osób, 13 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 299 stron)

SEAN McMULLEN PróŜniowędrowiec PrzełoŜyła Agnieszka Sylwanowicz Prószyński i S-ka

Podziękowania Dziękuję Catherine Smyth-McMullen, Zoi Krawczenko, Paulowi Collinsowi, Faye Ringel oraz Jackowi Dannowi za rady, a szczególnie June Young za najdokładniejsze sprawdzenie spójności szczegółów, z jakim miałem do czynienia w Ŝyciu. Największe podziękowania naleŜą się H.G. Wellsowi za napisanie „Wojny światów”.

Rozdział 1 W przededniu wojny Nikt w Scalticarze by nie uwierzył, Ŝe w ciągu ostatnich miesięcy roku 3143 mieszkańców tej krainy pilnie obserwowały inteligentne istoty z innego świata. „Skoro są tak bardzo inteligentne, to po co zawracają sobie głowę obserwowaniem nas?”, mogłaby zapytać cesarzowa Wensomer. Kluczowymi słowami są tu jednak „mogłaby zapytać”. Cesarzowa Wensomer zniknęła, a w Scalticarze nastały czasy, jakie historycy denerwująco nazywają „ciekawymi”. JednakŜe czasy właśnie miały się stać znacznie bardziej interesujące, poniewaŜ w pierwszym miesiącu roku 3144 Lupanianie byli gotowi przedsięwziąć o wiele więcej, niŜ tylko uwaŜnie się nam przyglądać z daleka. Nazywam się Danolarian Scryverin i jestem inspektorem StraŜy Dróg z Kwadrantu Zachodniego. Danolarian Scryverin to nie imię i nazwisko, które otrzymałem przy narodzinach, lecz moje prawdziwe dane charakteryzują się tym, Ŝe kaŜdego, kto je nosi, poszukują bardzo rozzłoszczone osoby ocalałe po pewnym dość niefortunnym wypadku. Zatem uŜywam imienia Danola Scryverina i nikt nie musi wiedzieć, Ŝe jest on martwy. A naprawdę denerwującą ironię w tym wszystkim stanowi to, Ŝe ja się po prostu urodziłem z niewłaściwych rodziców. I chociaŜ mam osiemnaście lat, mówię, Ŝe mam dwadzieścia trzy, zresztą posługuję się dokumentami marynarza Danola Scryverina, który, gdyby Ŝył, miałby około dwudziestu trzech lat. Data moich urodzin to siedemnasty dzień pierwszego miesiąca. Obchodzę je co roku, tylko to sobie zachowałem z przeszłości. W dniu rozpoczęcia inwazji z Łupana prowadziłem mój oddział przez góry Drakenridge. Ze szlaków w wyŜszych partiach gór roztaczają się najpiękniejsze widoki, jakie moŜna sobie wymarzyć. Na wysokości prawie pięciu tysięcy metrów widać było przykryte śniegiem naprzemienne warstwy ciemnego piaskowca, kremowego marmuru, zielonego granitu i dropiatego łupku, poprzecinane rwącymi potokami i wspaniałymi wodospadami. O tej porze roku niebo zazwyczaj bywa pogodne; nieco nawet zelŜały wielkie toreańskie burze. Powietrze było czyste jak kryształowa soczewka i bardzo, bardzo zimne. Na tej wysokości rosło niewiele poza suchymi porostami i nie moŜna było znaleźć Ŝadnej wioski czy gospody. ToteŜ spaliśmy pod gołym niebem, a utrzymanie ciepła zawsze stanowiło problem. Nawet kiedy gotowaliśmy wodę, pozostawała letnia, mimo Ŝe wściekle się burzyła. Wszystkie te niewygody stanowiły jednak błahostkę w porównaniu z tym, co musiałem znosić jako dowódca mojego trzyosobowego oddziału. Składał się z konstabl Riellen, byłej

radykalnej studentki czarnoksięstwa, konstabla Rovala, który miał powaŜny problem alkoholowy, oraz konstabla Wallasa. Wallas był niegdyś wysoko postawionym dworzaninem, lecz zabił cesarza, a potem udało mu się obrazić pewną waŜną osobistość o wielkich talentach magicznych. Nie dowiedziałem się szczegółowo, co zaszło, lecz Wallas został zmieniony w dość otyłego czarnego kocura. Zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie w miejscu, skąd roztaczał się widok zapierający dech w piersiach. Kiedy ja patrzyłem na cudną panoramę gór, Riellen czytała ksiąŜkę o teorii politycznej, Roval mruczał przekleństwa pod adresem wykonanego węglem portretu kobiety, który trzymał w medalionie, a Wallas pochłaniał garść suszonych kawałków ryby. RozłoŜyłem szkic, który zrobiłem własnoręcznie, przedstawiający piękną albinoskę. Bardzo delikatnie pogłaskałem policzki podobizny Lavenci, tak jak robiłem codziennie przez dziesięć tygodni od wyruszenia z Alberinu, a potem wyjąłem mój almanach, by nauczyć się na pamięć kilku kwestii, których znajomości moŜna się było spodziewać po kimś udającym zapalonego astronoma. ZauwaŜyłem, Ŝe mamy siedemnasty dzień pierwszego miesiąca i po krótkim zastanowieniu postanowiłem uczcić moje urodziny. - Dlaczego umieściłeś świeczkę na ciasteczku imbirowym? - zapytał Wallas, siadając prosto i zabierając się do mycia wąsów. - Odczułem potrzebę uroczystej oprawy dnia - odparłem sztywno. - To improwizowany tort. - Aha. Zatem kiedy potrząsnąłeś tą butelką po piwie z dwoma suszonymi winogronami, odrobiną stopionego śniegu i półkwaterką rumu w środku, miało to być improwizowane wino? - Jak nie chcesz... - Nie, nie, tego nie powiedziałem! Zapewne masz urodziny, tak? - MoŜliwe. Riellen, teŜ chcesz wina? - Wino to trucizna wysysająca siły z uciskanego plebsu, a ja piję tylko piwo, napój ciemięŜonych - oznajmiła automatycznie, a potem pokręciła głową i dodała: - Panie inspektorze! - Nawet jako gest solidarności między uciśnionymi konstablami StraŜy Dróg? - zapytałem. Słowa „gest”, „solidarność” oraz „uciśniony” wykonały w jej umyśle swą zwykłą pracę. - No, hm, w takim razie tak. - Obawiam się, Ŝe ciebie nie mogę poczęstować - zwróciłem się do Rovala. - Rozkazy i w ogóle. - Upokorzony przez kobietę - mruknął Roval, którego w trakcie podróŜy zmusiłem do takiego ograniczenia picia, Ŝe robił to tylko podczas wizyt w rzadko napotykanych gospodach. Tak więc uczciłem moje urodziny toastem z dwojgiem towarzyszy; Wallas chłeptał z

cynowej miseczki, Riellen udawała, Ŝe sączy z wdziękiem napój z butelki po piwie przez słomkę - lecz w rzeczywistości nic nie piła z solidarności z uciskanymi masami wolącymi piwo - a ja piłem z mojej półkwaterkowej miarki. Z niejakim trudem zapaliłem świeczkę, posługując się hubką i krzesiwem, a potem pośpiesznie ją zdmuchnąłem, zanim ubiegł mnie wiatr. W końcu połamałem ciasteczko, rozdałem kawałki i zacząłem się pakować. - Nie tak dobre jak Frallandzkie Kiciusiowe Chrupki - mruknął Wallas, kiedy sadzałem go na zadzie mojego konia. - Następnym razem sam zjem twoją porcję - powiedziałem i ruszyliśmy w drogę. Od dziewięciu dni prowadziliśmy konie, bo nie znosiły dobrze tej wysokości, a oprócz naszych bagaŜy musiały teŜ nieść paszę dla siebie. Szlak był szeroki, solidnie wykonany i dobrze utrzymany, lecz nawet dobrego dnia mieliśmy szczęście jeśli pokonaliśmy dwadzieścia kilometrów. - Niegdyś byłem wielki, niegdyś byłem dworzaninem - dobiegł mnie zza pleców ponury głos Wallasa. - Upokorzony przez kobietę - mamrotał Roval; myślami błądził gdzieś bardzo daleko. - Właściwie mnie upokorzyła nie kobieta, tylko dwie kobiety - stwierdził Wallas. - To znaczy sprowadziła do poziomu kota. Jedna była szklanym smokiem, druga czarnoksięŜniczką. Zostałem wykorzystany jak pionek. MoŜecie to sobie wyobrazić? Ja, wielki dworzanin. Niegdyś mieszkałem w pałacu. Teraz tylko na mnie spójrzcie. - Trudno cię nie zauwaŜyć - powiedziałem ze znuŜeniem. - Nie powinieneś się smucić, bracie Wallasie - odezwała się Riellen, która prowadziła swego konia tuŜ za moim. - Los oszczędził ci zostania Ŝądnym władzy wyzyskiwaczem uciskanego ludu. - Nie prosiłem o tę łaskę. - Ale ją otrzymałeś w chwili zmiany, no... okoliczności. Teraz moŜesz dąŜyć do realizacji swego wielkiego przeznaczenia. - Jak kot moŜe mieć wielkie przeznaczenie? Ja nawet nie lubię kotów! Wolę psy. - Lecz jako kot zostałeś oswobodzony, bracie Wallasie. W chwili przemiany zostałeś uwolniony z arystokratycznych łańcuchów. - Zapłaciłem za te łańcuchy mnóstwo pieniędzy! Niegdyś byłem bogaty. Teraz dostaję ledwie dziesięć florinów tygodniowo od StraŜy Dróg, bo jestem tylko kotem. Jawna dyskryminacja. I tak to się toczyło przez następną godzinę. Ja teŜ byłem bogaty, pomyślałem, ale nie tęskniłem za tym. Rodzice dobrze mnie wykształcili, płacili teŜ za naukę fechtunku, łucznictwa i konnej jazdy u najlepszych mistrzów. Do czternastego roku Ŝycia, kiedy pewnego dnia zostałem w samym ubraniu, nie brakło mi niczego. Okazało się jednak, Ŝe moje wykształcenie i umiejętności są warte więcej od wozu wyładowanego złotem - teraz, mając osiemnaście lat, byłem nad wiek mądry i udawałem dwudziestotrzylatka.

Dotarliśmy do słupka kilometrowego z wyrytą na nim liczbą pięćdziesiąt i w tym miejscu skończyła mi się cierpliwość do podwładnych. - Konstable Riellen, Rovalu i Wallasie, zostańcie tu, a ja pójdę naprzód - rozkazałem, podając Riellen wodze mojego konia. - Sprawdzę, czy droga wolna.. - Tak jest! - Zasalutowała. - Grozi nam jakieś niebezpieczeństwo? - zawołał z niepokojem Wallas z wysokości juku. - Gdybym uznał, Ŝe tak, wysłałbym ciebie - odparłem. - Bracie Wallasie, czy przedstawiłam ci juŜ moją teorię wewnętrznego oswobodzenia? - spytała Riellen. - Tak, a ja ci powiedziałem, co moŜesz z nią zrobić! - warknął kot. Roval wyjął medalion, otworzył go i zaczął obraŜać umieszczony w nim wizerunek. Zostawiłem ich, poniewaŜ słupek, który właśnie minęliśmy, oznaczał, Ŝe znaleźliśmy się niemal u kresu podróŜy. Wąska droga mocno się przytulała do zbocza góry; z prawej strony, prosto i daleko, daleko w dół znajdowało się przejrzyste powietrze. Głosy Riellen, Wallasa i Rovala ucichły za zakrętem, a przede mną pojawił się Alpindrak. Wyglądało to tak, jakby szczyt najwyŜszej góry na scalticarskim kontynencie oblepiły olbrzymie białe kryształy ze srebrnymi kopułami. Budynek ten był niegdyś letnim pałacem bardzo bogatego króla, Senderiala IX, który miał dość niespotykaną słabość polegającą na tym, Ŝe uwielbiał patrzeć w nocne niebo. Choć sama w sobie dość prosta i nieszkodliwa, okazała się najkosztowniejszą ludzką słabością w historii kontynentu. W całym Scalticarze powietrze było najczystsze na Alpindraku, więc król rozkazał wybudować tu pałac, co opróŜniło skarbiec królestwa do połowy. Po jego śmierci syn króla ogołocił budowlę. Samych budynków nie dało się jednak przenieść, a Ŝaden z jego wygodnickich potomków nie chciał mieszkać w zimnym, odludnym miejscu, połoŜonym tak wysoko, Ŝe trudno tu się oddychało, a woda wrzała, kiedy była jeszcze letnia. Umieszczono tu niewielki garnizon, do którego zsyłano Ŝołnierzy za karę. Po sześćdziesięciu latach zaniedbania pałacu Alpindrak pewien uczony uświadomił sobie, Ŝe nowo wynaleziony dalekopatrz moŜna wykorzystywać do obserwacji innych światów o wiele efektywniej, jeśli umieści się go bardzo wysoko, gdzie powietrze jest czystsze. Ówczesny monarcha przekazał władzom Akademii Sceptycznej nieprzydatny do niczego innego pałac, który po dziesięciu latach stał się jednym z największych ośrodków badawczych zimnych nauk w znanym świecie. Było tu naprawdę pięknie. Widziałem wspaniałe obrazy malowane z miejsca, w którym teraz stałem, czytałem doskonałe wiersze inspirowane tym widokiem i nawet znałem zniewalająco obrazowe pieśni starające się to wszystko ogarnąć. W gruncie rzeczy spodziewałem się piękna, jakiego nie potrafiłoby oddać Ŝadne dzieło sztuki, i nie miałem ochoty po raz pierwszy ujrzeć Alpindraku przy wtórze sprzeczki Riellen i Wallasa o politykę i

róŜnice klasowe. Zatem pałac zobaczyłem w samotności. Nie rozczarowałem się; właściwie byłem oszołomiony. Stałem tak wiele minut, zapisując sobie w pamięci górę, pałac, ciemnobłękitne niebo, szum wiatru, a nawet chłód powietrza. RozłoŜyłem portret Lavenci, pokazałem widok wizerunkowi mojej dziewczyny, a potem zawróciłem i skinąłem na Riellen i Rovala, by przyprowadzili konie. - Nieprzyzwoity brak umiaru klasy rządzącej - oznajmiła dziewczyna na widok pałacu Alpindrak. - A teraz fantastyczne obserwatorium i katedra zimnych nauk - odparłem. To ją trochę przystopowało. ChociaŜ Riellen studiowała kiedyś magię, odczuwała solidarność z wszystkimi uczonymi - oczywiście oprócz tych, którzy pisali historie i kroniki gloryfikujące monarchie. - Do pięt nie dorasta cesarskiemu pałacowi w Palionie - ocenił Wallas, wytykając głowę z juku. - Czy juŜ wam mówiłem, Ŝe przed przemianą byłem tam seneszalem? - Podobno utrzymałeś się na stanowisku tylko dziesięć minut - stwierdziłem z nadzieją, Ŝe jego teŜ uciszę. - No... gdyby nie niefortunna śmierć cesarza, trwałoby to dłuŜej. - Brat Danol powiedział mi, Ŝe to ty go zabiłeś - rzekła Riellen bardzo przychylnym tonem. - To nieprawda! - wrzasnął Wallas. - Byłem niczego nie podejrzewającym pionkiem w jakiejś królewskiej intrydze. - O tak, zostałeś wykorzystany przez klasę rządzącą - przytaknęła Riellen z podziwem. - Przestańcie! - warknąłem z irytacją. - Niedługo znajdziemy się w murach pałacu i nie chcę słyszeć ani słowa o magii, martwych cesarzach czy teŜ uwalnianiu motłochu spod jarzma cesarskich rządów. Riellen, ty i ja mamy być konstablami StraŜy Dróg. - AleŜ my nimi jesteśmy, inspektorze. Mam odznakę numer dwa zero trzy, a numer w gildii... - Chcę powiedzieć, Ŝe wszyscy troje mamy być niczym się niewyróŜniającymi, zwykłymi straŜnikami płci męskiej, którzy nie będą wywoływać komentarzy. ZwiąŜ włosy i naciągnij płaszcz na piersi. - Smutno to świadczy o stanie społeczeństwa, skoro muszę udawać młodzieńca po to, Ŝeby zaznać dość wolności, by... - Udawaj młodzieńca, Riellen, to rozkaz. - Tak jest! - A ty, Wallasie, pamiętaj, Ŝe jesteś kotem. - MoŜna by sądzić, Ŝe jest to przygnębiająco oczywiste... panie inspektorze. - Chcę powiedzieć, Ŝe masz się zachowywać jak prawdziwy kot, bo osoba, którą chcemy podejść, wie o tobie. W murach Alpindraku do wszystkich oprócz mnie masz mówić „miau”, bo inaczej przeprowadzę na tobie prostą, lecz bardzo przykrą operację.

- Nie musi pan być prostacki, inspektorze. MoŜe i wyglądam jak kot, ale umiem wykonywać rozkazy. - Rovalu, do pałacu prowadzi pięć tysięcy kamiennych stopni - powiedziałem. - Jeśli dziś wieczorem się upijesz, to jutro rano obudzisz się z trzęsiączką. Pięć tysięcy stopni z trzęsiączką, konstablu Roval, zastanów się nad tym. Jeśli nie będziesz w stanie zejść, będziesz musiał się stoczyć. - Gdyby tylko wyjaśniła, Ŝe będę zaledwie jednym z wielu, to-bym zrozumiał - westchnął Roval. - Ale powiedziała, Ŝe jestem tylko ja. Oddałem jej swe serca. Wlekliśmy się dalej. Droga kończyła się mniej więcej kilometr poniŜej szczytu, lecz znajdował się tam posterunek i brama. Drogę od bramy dzieliła przepaść szeroka na około sześćdziesiąt metrów i jakieś półtora kilometra głęboka. Jej dnem toczyła wściekłe wody rzeka zasilana topniejącym śniegiem. Zatrzymaliśmy się na niewielkim kamiennym pomoście usytuowanym dokładnie naprzeciwko posterunku. Obok pomostu stał łuk z zielonego i czerwonego granitu, pod którym wisiał duŜy mosięŜny dzwon. Odwiązałem jego serce, uderzyłem pięć razy, zrobiłem przerwę, uderzyłem jeszcze dwa razy i czekałem. Po chwili rozległy się trzy uderzenia dzwonu po drugiej stronie. Odpowiedziałem dwoma uderzeniami. Wrota posterunku rozwarły się na zewnątrz i wychynęła z nich głowa smoka. Była ogromna i czerwona. Sunęła nad przepaścią z otwartymi szczękami. Buchnęła płonącym olejem piekielnego ognia. Riellen wydała stłumiony okrzyk i odskoczyła do tyłu, a Wallas miauknął z przeraŜenia i z powrotem zanurkował do juku. - Kryty most - powiedziałem uspokajająco do Riellen, która była tak zdumiona, Ŝe nawet nie zrobiła pogardliwej uwagi o rozrzutności klasy rządzącej. - Mam to w instrukcji. Pokrycie to lakierowane skóry rozpięte na wiklinowej ramie. Tylko podłoga jest z drewna. - Ale on buchnął płomieniem! - wykrzyknęła Riellen. - Prosty miotacz ognia. Ma straszyć zabobonnych wiejskich bandytów, szukających łatwych łupów. - CóŜ, nie jestem zabobonnym wieśniakiem, a tak się przeraziłem, Ŝe zmoczyłem kocyk w moim juku - oznajmił Wallas. - A co tu jest do łupienia? Kto chciałby ukraść ogromny dalekopatrz? - Tu się wyrabia wino Senderialvin. - Nieprawda, ono pochodzi z winnic na PłaskowyŜu Cyrelonu, osiemdziesiąt kilometrów stąd na południowy wschód. - Przepraszam, miałem na myśli SenderiaMn Royal. Z juku dobiegło sapnięcie, a potem Wallas zamilkł. Senderiahdn Royal było najrzadszym, najdroŜszym i najsmaczniejszym winem w znanym świecie. Fantastyczny most sięgnął pomostu, dolna szczęka smoka zahaczyła o kamienną krawędź. Zajrzałem do środka i w przełyku zobaczyłem kratę. Z mroku gardła zbliŜał się

straŜnik. Otworzył kratę i wyszedł na pomost. - Nazwisko, stopień, przynaleŜność i cel - powiedział, wyciągając rękę po nasze dokumenty. - Inspektor Danol Scryverin, StraŜ Dróg, doręczenie przesyłek z Alberińskiej Akademii Zimnych Nauk - odparłem, salutując. - Konstabl Riellen Tallier, StraŜ Dróg, wsparcie dla inspektora Scryverina - oznajmiła energicznie Riellen. - Konstabl Roval Gravalios, StraŜ Dróg, wsparcie dla inspektora Scryverina - powiedział bezbarwnym tonem Roval. StraŜnik zaczął przeszukiwać nasze pakunki i juki. Po chwili odkrył Wallasa. - Co do... a niech mnie! Kot? - Przesyłka specjalna dla garnizonu Stormegarde - wyjaśniłem swobodnym tonem. - Mają tam trochę kłopotów ze szczurami. - A co to za blaszka na obroŜy? „Pogromca Szczurów Skoczek Czarna Łapa Siódmy”? - Tak się nazywa. Ród Czarnej Łapy jest wysoce ceniony w kręgach szczurołapów. Tytuł Pogromcy Szczurów otrzymał po potwierdzeniu trzechsetnego martwego szczura. - Wygląda na trochę za tłustego, Ŝeby być dobrym łownym kotem. - Och, to wszystko mięśnie - zapewniłem straŜnika. Wyjmując Wallasa z juku, by sprawdzić, co się znajduje na dnie torby, straŜnik stęknął. - No, w większości mięśnie - dodałem. - Tak, chyba przyda mu się trochę wyściółki, bo w Stormegarde bywa okropnie zimno - powiedział straŜnik, umieszczając Wallasa z powrotem w juku. - Znacie zasady przechodzenia po moście? Po jednym, konie prowadzicie. Jeden fałszywy ruch, a specjalny mechanizm odłącza szczękę i opuszcza szyję pionowo w dół prosto w przepaść... - ...i strąca mnie do Rzeki Lodowcowej, płynącej półtora kilometra niŜej. Gdybym się czegoś chwycił, zostanę zachęcony do rozluźnienia chwytu przez wielkie głazy spuszczane gardzielą mostu. - Tak właśnie. Widzę, Ŝe zostałeś pouczony. Ja zostanę tu z waszą bronią, dopóki wszyscy nie przejdziecie na drugą stronę i nie znajdziecie się pod eskortą. Wtedy pójdę za wami, a broń zostanie zatrzymana na okres waszego pobytu. Przejście przez most nie dostarczyło Ŝadnych wraŜeń, poniewaŜ był stabilny i całkowicie osłonięty. Za mną ruszyła Riellen, a potem Roval. Zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, podczas którego Wallas wywlókł ze swojego juku przemoczony kocyk, a Riellen, Roval i ja wymasowaliśmy sobie nawzajem stopy, natarliśmy je oliwą i ponownie zabandaŜowaliśmy. Następnie zarzuciliśmy pakunki na ramiona i zaczęliśmy wspinaczkę do leŜącego na szczycie pałacu. Pięć tysięcy wyciętych w skale stopni wiło się zygzakiem po zboczu. Pod koniec wspinaczki wydawało mi się, Ŝe mój pakunek potroił swoją wagę, a jukiem z Wallasem wymienialiśmy się niemal co minutę.

Kiedy dotarliśmy przed bramę pałacu, słońce prawie dotykało horyzontu. Zatrzymaliśmy się dla nabrania tchu, a straŜnik wszedł do środka z naszymi dokumentami. Patrzyłem na wspaniałe plamy koloru zdobiące całe zachodnie niebo. Olbrzymia zielona tarcza i układ pierścieni Mirala miały klasyczny kształt ogromnego półksięŜycowatego łuku ze strzałą wycelowaną w zachodzące słońce. Lunaswiat Dalsh stanowił jasną drobinkę oddaloną o kilka stopni od pierścieni świata nadrzędnego, a Belvia była maleńkim przepołowionym dyskiem w pobliŜu zenitu, lśniącym niczym szafir. Między nimi znajdował się nieduŜy półksięŜyc - Lupan. W ludowych opowieściach o niebie był oszustem, poniewaŜ potrafił błyszczeć oślepiającą bielą lub krwawą czerwienią. Tego wieczoru był czerwony. - Jak się czujesz, Pogromco Szczurów Skoczku Czarna Łapo Siódmy? - zapytałem. - Jak weteran trzystu wygranych walk - zabrzmiało z juku. - Czy on naprawdę... zabił trzysta szczurów... sir? - wydyszała z trudem Riellen. - Nie, czasami, kiedy wymaga tego obowiązek słuŜbowy, trzeba kłamać. - Kiedyś zabiłem mysz - zaprotestował Wallas. - Tak, kiedy pijany spadłeś z beczki i ją zgniotłeś. - To wymagało prawdziwych umiejętności, jestem z nich znany w tawernach Alberinu. Znasz piosenkę „Kot na beczce”? - Chyba sława myli ci się z niesławą, Wallasie. No dobrze, niedługo wejdziemy do pałacu, więc moŜe musisz wyjść na kicikupci? - Nie, wylizuję sobie tyłek. To najgorsza część bycia kotem. Tak naprawdę chciałem, Ŝeby teŜ popatrzył sobie na piękny zachód słońca jeszcze ozdobiony Belvią, Miralem, Dalshem i Lupanem, lecz po tej uwadze postanowiłem nie ryzykować dalszych skaz na moich wspomnieniach wspaniałych widoków świateł i barw. Przez chwilę tak bardzo pragnąłem, by obok mnie znalazła się Lavenci, Ŝe aŜ przeszył mnie prawdziwy ból; a potem zerknąłem na Riellen, która obejmowała ramionami kolana i oddychała ustami. - Chcesz posłuchać, jak będę grał zachodzącemu słońcu? - zapytałem. - Męski wyłącznościowy rytuał niŜszych warstw klasy średniej... - zaczęła, lecz zaraz zamilkła, oddychając z trudem. ChociaŜ była silna, nieustępliwa i zdeterminowana, rozrzedzone powietrze na wysokości sześciu tysięcy metrów sprawiło, Ŝe znalazła się u kresu wytrzymałości. ZauwaŜyłem jednak, Ŝe patrzy znad okularów na niebo. To mnie naprawdę zaskoczyło, dopóki nie uświadomiłem sobie, Ŝe zrobiło się zbyt ciemno, Ŝeby mogła czytać tę swoją polityczną ksiąŜkę. Wpatrywała się w Łupana. - Kiedy Lupan lśni tak głęboką czerwienią, będą umierać ludzie - odezwał się Roval, rozmasowując sobie nogi. - Zabobon - wydyszała Riellen - od którego powinno się uwolnić... plebs. - ZbliŜa się do mniejszej koniunkcji, kiedy to znajduje się najbliŜej nas - stwierdziłem. -

Czasami się zastanawiam, czy na Łupanie są jacyś mieszkańcy, którzy patrzą na nocne niebo i rozmyślają o naszym świecie. - A ja się zastanawiam, czy są tam rolnicy uginający się pod jarzmem ciemięŜców dzierŜących królewską władzę – powiedziała Riellen, a potem zemdlała z wysiłku, jakiego wymagało wypowiedzenie tak długiego zdania w rozrzedzonym powietrzu. Od pałacowej bramy straŜnik zawołał, Ŝe nasze dokumenty zostały zaakceptowane. Tak więc wszedłem do Obserwatorium Alpindrak, dysząc jak ryba wyrzucona na brzeg, czując takie zawroty głowy, Ŝe ledwie szedłem po prostej; paliło mnie w płucach i ogólnie czułem się, jakbym miał nie osiemnaście lat, ale osiemdziesiąt i na dodatek mi to nie słuŜyło... Niosłem dwa pakunki, Wallasa i Riellen. Roval, nękany skurczami nóg, teŜ się wspierał na mnie. Mimo to wszystko musiałem zrobić coś jeszcze; była to jedna z tych ambicji, które nie wypływają ze zdrowego rozsądku. Zostawiłem mój oddział jako nieporządną stertę ludzi i bagaŜu tuŜ za bramą, wziąłem mój pakunek i wspiąłem się po schodach na pałacowy mur. Znalazłszy się tam, pośpiesznie zmontowałem dudy. Trzy rozciągnięte piszczałki burdonowe i ich specjalne stroiki trafiły do nasadek w paręnaście uderzeń serca, zrobiona na zamówienie piszczałka melodyczna juŜ się znajdowała na swoim miejscu. Oparłem portret Lavenci na toporze, wstałem i nadmuchałem zbiornik powietrza; góry odcinały się zębatą krawędzią od tarczy słońca. Lewą ręką mocno przycisnąłem zbiornik, uruchomiłem piszczałki burdonowe i zacząłem grać „Wieczór to czas zalotów”. Dudy, chociaŜ zbudowane na zamówienie, nie spisywały się najlepiej w rozrzedzonym powietrzu, lecz udało mi się zagrać zachodzącemu słońcu z najwyŜszego szczytu w całym Scalticarze. Horyzont wciąŜ jeszcze płonął, gdy zagrałem „Kaprys ukochanej” i zakończyłem „Gwiazdami w oczach mojej miłej”. Rozległy się słabe oklaski, a kilku straŜników na parapetach muru poniŜej wzniosło okrzyki. Zobaczyłem, Ŝe stojący na dziedzińcu Roval mi salutuje. - Miła moja, gdybyś tylko mogła tu być - szepnąłem do portretu Lavenci.

Rozdział 2 W pałacu Alpindrak Pół godziny po naszym przybyciu zostałem wezwany na spotkanie z Nortanem, naczelnym astronomem sceptyków oraz dyrektorem Obserwatorium Aplindrak. Zawiadomienia o wielkich odkryciach w Alpindraku wysyłano do świata zewnętrznego gołębiami pocztowymi, lecz większość szkiców, tabel z danymi i podobnych informacji zwoŜono na dół konno w duŜej torbie. Tą samą drogą przywoŜono prośby o dokonanie obserwacji. Przekazałem torbę z prośbami od Akademii Sceptycznej Zimnych Nauk, a Nortan poinformował mnie, Ŝe nazajutrz rano będzie gotowa do odbioru torba z obserwacjami z mijającego roku. Następnie zaprosił nas, straŜników dróg, byśmy zjedli z nim kolację, dla niego będącą śniadaniem. - Pierwszy raz tu w pałacu? - zapytał, kiedy usiedliśmy do stołu zastawionego miskami rosołu z kurczaka z porem i kapustą oraz kielichami lekkiego czerwonego wina. - Tak, zgłosiłem się na ochotnika - odparłem. - Chciałem zagrać zachodzącemu słońcu na dudach. - A, słyszałem, słyszałem. Zagrałeś „Wieczór to czas zalotów”. Jaki masz instrument? - Alberińskie dudy defiladowe Carrasena, zmodyfikowane przez Duntroveya. - Wspaniałe. Dodam to do rejestru. - Macie rejestr? - O tak, odnotowujemy wszystkich, którzy tu docierają, i co robią niezwykłego. Doskonały pomysł, zagrać na szczycie Alpindraku zachodzącemu słońcu, dobra robota! - Dziękuję. - Czy to był jedyny powód, dla którego zgłosiłeś się do tej podróŜy? - Niezupełnie. Trochę param się po amatorsku astronomią. - Och, świetnie! - odparł, klasnąwszy z radości w dłonie. - Zwykle kurierzy odbywają tę podróŜ za karę. Co sądzisz o śniadaniu? - Pyszne. Dobrze tu jecie. - Większość z tego, co potrzebujemy, obsługa uprawia w pałacowych cieplarniach. - Naprawdę? Na zewnątrz prawie nie ma roślin - zauwaŜyłem. - Bo jest zimno i brak Ŝyznej gleby. Nasze cieplarnie są ciepłe i, hm, dobrze nawoŜone, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Jest nas tu tylko dwudziestu kilku, więc cieplarnie wytwarzają więcej, niŜ potrzebujemy. Uprawiamy takŜe winogrona i produkujemy Senderialvin Royal, nasze słynne niebiańskie wino. - Poznałem kiedyś człowieka, którego dowódca spróbował tego trunku - powiedziałem

gładko. - Chcecie się napić? O mało co nie spadłem z krzesła. Senderialvin Royal sprzedawano w Alberinie po jedenaście złotych koron za dzbanek, a dzbanki były bardzo małe. Kiwnąłem głową, nie zamykając ust. Roval pokręcił głową, lecz ku mojemu zdumieniu Riellen teŜ skinęła potakująco. Pewnie uznała, Ŝe to przypadek dzielenia rozkoszy bogatych ciemięŜycieli przez pospólstwo. Naczelny astronom odszedł od stołu. Wrócił z trzema maleńkimi kryształowymi kieliszkami i dzbanuszkiem wielkości mniej więcej mojego kciuka. Na etykietce oprócz daty 3140 widniało kilka złotych gwiazdek. Trunek miał wyraźnie złocistą barwę. ChociaŜ nie jestem miłośnikiem wina, to zanim pociągnąłem pierwszy łyk, zbadałem jego bukiet i przyjrzałem się barwie w świetle lampy. - I co myślisz? - zapytał Nortan. - To płynne oczarowanie - powiedziałem cicho, lecz słowa te nawet w przybliŜeniu nie opisywały przeŜycia, jakim było spróbowanie Senderialvin Royal. - Właśnie wypiłeś wartość co najmniej połowy swojej rocznej pensji - rzekł ze śmiechem. - To nagroda za przybycie aŜ na samą górę. - Ale przecieŜ zostanie zauwaŜony jego brak - odparłem. - Nie, w zamian za pomoc przy uprawie dostajemy kilka dzbanuszków. Niewiele piję, więc dzielę się moim przydziałem z tymi nielicznymi miłośnikami niebieskiego piękna, którym udaje się pokonać długą i trudną drogę wiodącą na nasz szczyt. I jak, konstablu Riellen? - Riellen? - ponagliłem ją, lecz dziewczyna zasnęła na siedząco. Teraz sobie uświadomiłem, Ŝe jej wcześniejsze skinienie było po prostu bezwładnym opadnięciem głowy. - Kiedy skończymy jeść, zaniosę go do łóŜka. Potrząsnąłem Rovalem, ale on teŜ spał. - Twoi ludzie mieli cięŜki dzień - zauwaŜył naczelny astronom. - Jeśli pojawia się moŜliwość wypicia alkoholu, Roval zaŜywa kilka kropli środka nasennego. Został wysłany ze mną, Ŝeby zmienić nawyki związane z piciem; to jego ostatnia szansa pozostania w StraŜy Dróg. Jeśli chodzi o Riellena, nie pytaj. - No cóŜ, szkoda, Ŝeby się zmarnowało. Spokojnymi dłońmi i z wielką uwagą Nortan wlał porcję Riellen z powrotem do dzbanuszka, a potem go zakorkował i mi podał. - Zaskocz go tym później - powiedział uprzejmie. - Spotka się to z wielką wdzięcznością - odrzekłem, lecz pomyślałem: ZauwaŜ, Ŝe nie zamierzam powiedzieć, kto tę wdzięczność będzie wyraŜał. - Riellen to chyba imię dla dziewczyny? - zapytał po chwili astronom. - On pochodzi z Alberinu. Jeśli się zaakcentuje drugą sylabę, będzie to imię dziewczęce. Akcent na pierwszej daje imię chłopięce.

- Ale ona... on ma akcent sargolski. - Studiował tam. - Rozumiem. No cóŜ, macie za sobą długą drogę, więc nie powinienem was tu zatrzymywać. - Nortan zadzwonił na słuŜącą. - No i muszę się wziąć do pracy. - Z pozwoleniem waszej wielmoŜności, chciałbym wyjść na mury z moim małym dalekopatrzem. To tylko składany model braci Cassentron z pięciocentymetrowym obiektywem, ale zamówiłem do niego mosięŜny statyw do oglądania nieba. - AleŜ oczywiście - odparł serdecznie astronom. - Król Senderial byłby z ciebie dumny. Kiedy juŜ połoŜysz swoich ludzi do łóŜek, przyjdź do głównej kopuły. Dam ci całą godzinę; pokaŜę ci świat nadrzędny i lunaświaty przez nasz potęŜny trzydziestopięciocentymetrowy reflektor. Mój sprytny plan spalił na panewce. Szukałem pretekstu do krąŜenia przez całą noc po terenie pałacu i jego murach, a miałem spędzić z naczelnym astronomem co najmniej godzinę. PołoŜyłem Riellen do łóŜka i narzuciłem na nią kołdrę, nie zawracając sobie głowy ściąganiem jej butów, a potem zaciągnąłem Rovala do jego sypialni. Znalazłszy się w końcu we własnym pokoju, wyjąłem Wallasa za kark z juku i uniosłem w powietrze. - Jest noc - wymamrotał z rozdraŜnieniem. - Koty to nocne stworzenia - zauwaŜyłem. - Przyniosłem ci skrzydełko kurczaka. - Zapewne ugotowane bez nadmiernej staranności, ale zostaw je w mojej miseczce, zaraz się nim zajmę. - Przyniosłem teŜ pół dzbanuszka Senderiahdn Royal. Wallas zmienił się nagle w duŜą futrzaną kulę gorączkowo się miotających łap i ogona. Upuściłem go na łóŜko, ale natychmiast z niego zeskoczył i usiadł obok miski z pełnym wyczekiwania wzrokiem utkwionym we mnie. - No nie stój tak, nalej! - zaŜądał. - JuŜ go próbowałeś? - Dopiero kiedy przeszukasz pałac - rzekłem surowo. - Co? To zajmie całą noc! Nawet nie wiemy, czy cesarzowa tu jest i... i... jakiŜ pozbawiony serca, okrutny oprawca mógłby kazać mi czekać całą noc na łyk Senderialvin Royal? Mówiłeś, Ŝe który to rocznik? - Nie mówiłem, ale 3140. - O, tak! Tak! Tak! Tak! Klasyk, sprzed burz toreańskich. - Jak kiedyś powiedział wielki kapitan Gilvray, najpierw zwycięstwo, potem uczta po zwycięstwie. - Nie wierzę, Ŝe naprawdę masz dzbanuszek Senderialvin Royal! - zawołał nagle Wallas. Wyjąłem dzbanuszek z kieszeni i mu pokazałem. - Drań - mruknął z bardzo kocim grymasem. - Gdy zajrzałem do kuchni po skrzydełko dla ciebie, widziałem grafik dyŜurów. W pałacu

jest dwadzieścia osiem osób: Riellen, Royal, ja, dwudziestu czterech mieszkańców i jeszcze jeden gość. - Niewątpliwie jakiś przyjezdny astronom - stwierdził zrzędliwie Wallas. - Być moŜe. Zapadając przez ostatnie trzy noce w swój trans mrokroczenia, Riellen zauwaŜyła na tym terenie aktywność magiczną. W pobliŜu znajduje się potęŜny adept czarnoksięstwa, a w pałacu mieszka jedna dodatkowa osoba. Znajdź tę osobę, Wallasie, a hojna porcja tego będzie twoja. - Potrząsnąłem dzbanuszkiem. - Przestań, zaszkodzisz winu! - wrzasnął. - Spotykaj się ze mną co godzina w północnej wieŜy - poleciłem mu, chowając dzbanuszek. - U jej podstawy jest niewielki dziedziniec. Przez pierwszą godzinę będę z naczelnym astronomem i kiedy urwę się z jego wycieczki po niebie, będę chciał mieć pełny raport na temat moŜliwych kryjówek w pałacu. Budynki pierwotnego pałacu zostały wzniesione z grubych, starannie obrobionych bloków granitu wyłoŜonych marmurem, a kopuły mieszczące dalekopatrz zbudowano z lakierowanego na biało drewna. Instrumenty z mosiądzu i kryształu oraz napędzające je mechanizmy były o wiele kosztowniejsze od kopuł, które jednak stanowiły piękne zwieńczenie pałacu i nadawały mu charakter świątyni. Naczelny astronom wreszcie posłał po mnie dwie godziny po zachodzie słońca. Znajdował się w głównej kopule obserwatorium, oświetlonej nikłym blaskiem pojedynczej lampy z czerwoną osłoną. - Wejdź, Danolu, wejdź - powiedział, nie odrywając oka od okularu dalekopatrza, kiedy stanąłem w drzwiach. - Akurat zdąŜyłeś. Miral znajduje się na horyzoncie, ale wciąŜ moŜna wiele zobaczyć. Na powierzchni świata nadrzędnego ujrzałem przez okular ogromne kłębowiska zieleni w rozmaitych odcieniach. Proste pasy widoczne na naszym świecie nadrzędnym gołym okiem w rzeczywistości stanowią skomplikowany haft składający się z zawijasów, wirów, kłębów i spiral. O tej porze miesiąca pierścienie znajdowały się niemal w poziomie wobec obserwatora. Kiedy naczelny astronom nakierował na nie dalekopatrz i w otworze głównego zwierciadła umieścił mocniejszy okular, zobaczyłem rozbłyski powtarzające się co dwie czy trzy sekundy. - Skrzą się i lśnią - szepnąłem ze szczerym zachwytem. - Sądzimy, Ŝe pierścienie składają się z brył lodu, niektórych wielkości tego pałacu. Co pewien czas odbijają one światło słońca i wtedy widzisz rozbłysk. Kontynuowaliśmy wycieczkę po niebie. Dalsh, lunaświat najbliŜszy światowi nadrzędnemu, był zaledwie półksięŜycem w szare, białe, pomarańczowe, zielone i niebieskie plamy. - UwaŜamy, Ŝe Dalsh jest najbardziej podobny do naszego lunaświata - rzekł naczelny

astronom. - Widzisz lasy, morza i chmury. A teraz mińmy Łupana i popatrzmy na Belvię. Belvię w większości pokrywały oceany; w gruncie rzeczy cały jej obszar lądowy był mniejszy niŜ nasz Scalticar. Zobaczyłem pół ciemnoniebieskiego dysku z białymi czapami lodu na biegunach, zielonkawymi plamkami wysp i rozległymi, poszarpanymi układami chmur. - A na końcu daję ci Łupana - oznajmił mój gospodarz, ponownie przesuwając dalekopatrz. O tej porze Lupan był widoczny jako gruby półksięŜyc, czerwonawo pomarańczowy, maźnięty bielą na biegunach. Morza miał nie większe od wysp Belvii. Zobaczyłem teŜ słynne kanały. Niektóre wiły się jak rzeki, inne biegły zupełnie prosto, a w miejscach przecięcia się rozszerzały. - Widzę kanały - powiedziałem powoli. - Nie, to roślinność rozwijająca się w ich pobliŜu. I nie są to właściwie kanały, tylko naturalne drogi wodne. W zawiadomieniu o odkryciu skryba popełnił błąd. - Jak takie proste, regularne twory mogą nie być sztuczne? - zapytałem. - Mogłyby to być wielkie rozpadliny powstałe w wyniku trzęsień ziemi i wypełnione wodą. Trzeba mieć otwarty umysł, bo inaczej powrócilibyśmy do magii i wszyscy stalibyśmy się tylko czarnoksięŜnikami. - Zdaję się na twoją wiedzę, panie - rzekłem, przypominając sobie o mojej roli. - Ty teŜ mówisz tonem i z pewnością siebie uczonego, Danolu - zauwaŜył astronom. - Jak to się stało, Ŝe jesteś straŜnikiem dróg? - Przez niefortunne zdarzenie w przeszłości - odpowiedziałem, nie odrywając oka od okularu. - Chciałbyś się zastanowić nad powołaniem do zakonu sceptyków? - Takie powołanie by mi nie odpowiadało. Przyznaję to ze wstydem, lecz nazbyt lubię alkohol, śpiew i ponętne kobiety. - O, szkoda. A więc podoba ci się dalekopatrz? Nazywa się Gigoptica i jest największy w znanym świecie. Długi na sześć metrów, u podstawy i na górze ma posrebrzane wklęsłe lustra. Prawdziwym skarbem jest główne zwierciadło. Ma średnicę trzydziestu pięciu centymetrów, o pięć centymetrów więcej niŜ jakiekolwiek inne. - A gdzie się ono znajduje? - Oczywiście w północnej kopule. Mamy tu cztery największe dalekopatrze, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Ten, trzydziestocentymetrowy, i dwa dwudziestosiedmiocentymetrowe reflektory. Jest teŜ reflektor dwudziestopięciocentymetrowy, o bardzo krótkiej ogniskowej. UŜywamy go do obserwacji rozległych obszarów, do wykrywania komet i innych lunaświatów. - Innych? - zapytałem niewinnie. - Są tylko cztery. - O nie, teraz znamy dziewięć. Pięć nowych jest dość małych, w gruncie rzeczy dwa

najmniejsze znajdują się na orbicie Łupana. KsięŜyce innego świata, imaginujesz sobie? To my je wszystkie odkryliśmy. Jaki czarnoksięŜnik kiedykolwiek mógłby dokonać czegoś takiego przy uŜyciu magii? Sprawdzę tabele i spróbuję znaleźć ci jakąś kometę. Wyszedł do bocznego pomieszczenia, a ja zostałem sam na sam z Lupanem. Dalekopatrz miał mniejsze zwierciadło na górnym końcu i otwór na okular w głównym zwierciadle u podstawy. Patrząc w okular, ujrzałem to, co znałem z rysunków, tylko teraz było tak realne, Ŝe wydawało się niemal sztuczne. Lupan malował się dziwnie ostry, zbyt jasny, zbyt wyraźny, zbyt surowy i kolorowy. Mechanizm klekotał monotonnie, utrzymując lunaświat w polu widzenia. Obok niego niczym świetliste brylanty lśniły jego dwa maleńkie księŜyce. - W atmosferze Łupana widzę bardzo mało chmur - powiedziałem, kiedy wrócił Nortan. - Dlatego świeci dziś taką czerwienią - odparł astronom. Przez największy istniejący dalekopatrz patrzyłem na pomarańczowe pustynie, maleńkie błękitne morza i ciemnozieloną roślinność innego świata. Lasy czy pola uprawne? - pomyślałem. Te linie wyglądały na tak przemyślane, Ŝe musiały być sztucznymi kanałami nawadniającymi pustynie. Tam, gdzie się przecinały, zawsze widniała ciemna plamka. Czy to miasta? Kilka kanałów prowadziło do lśniącej białej czapy polarnej. - Lupan jest wdzięcznym obiektem obserwacji - zauwaŜył Nortan. - Jest piękny - odparłem w zachwycie. - Cieszy mnie twoje zainteresowanie. Przyjmowałem tu diuków, hrabiów, ksiąŜąt, a nawet królów, ale oni tylko mruŜą oczy, stękają, a potem pytają, na co jeszcze mogliby popatrzeć. - Te kanały po prostu muszą być sztuczne - znów wysunąłem hipotezę. - Dlaczego? Są na to jakieś dowody? - Niektórzy czarnoksięŜnicy mówią, Ŝe wyczuwają uroki rzucane na Łupanie. Twierdzą, Ŝe mogliby nawiązać kontakt z umysłami lupańskich czarnoksięŜników, gdyby... - Gdyby mieli dostatecznie duŜe fundusze na badania - przerwał mi astronom. - CzarnoksięŜnicy tylko mówią, a my mamy tutaj bezpośredni widok, a nie jakąś podróŜ marzeń. Jestem sceptykiem, wszyscy tu w pałacu są sceptykami. Wierzymy tylko w to, co mamy przed sobą, a przed sobą mamy tarczę Łupana, jego morza, rzeki, lasy, pustynie i polarne pustkowia. To fakt, a istnieją tylko fakty. Na pociemniałym fragmencie tarczy Łupana pojawił się słaby błysk, ledwie iskierka. Wstrzymałem oddech, a naczelny astronom zapytał, co się stało. - Na ciemnej stronie Łupana zobaczyłem niewielki rozbłysk. - Rozbłysk? - A teraz na ciemnym tle widzę jakby słabo świecącą plamkę. - Plamkę? - Jest bardzo słaba. - Wedle naszego zegara dwadzieścia jeden minut po dziewiątej godzinie - mruknął

naczelny astronom; usłyszałem gorączkową skrobaninę kredy po tabliczce. - Szybko, daj popatrzeć! Tkwił przy okularze przez dłuŜszą chwilę, cały czas pisząc i szkicując. - Oceniam, Ŝe znajduje się na samym równiku, gdzie Kanał Lontassimar przecina Pustynię Florastii. Na tym terenie znajdują się odosobnione góry... i widać wyraźny blask rozchodzący się kręgiem, lecz zanikający w miarę rozchodzenia się. Powiedziałbym, Ŝe to wybuch wulkanu. - Czy mógłby być wywołany sztucznie? - zapytałem. - O nie. Ta chmura jest juŜ większa od małego królestwa. Tak potęŜnego wybuchu nie mogłaby wywołać Ŝadna cywilizacja. - Cztery lata temu nasza cywilizacja uruchomiła staroŜytną broń, która zniszczyła cały kontynent - zauwaŜyłem. - To wywołało burze toreańskie; po czterech latach ledwie zaczynają wygasać. - Tak, ale to był wypadek. - Zaiste, panie, lecz Lupanianie takŜe mogą mieć wypadki. - Nie byliby tacy niemądrzy. - CóŜ, trzy lata temu nasi czarnoksięŜnicy opasali cały nasz świat Smoczym Murem, machiną eteryczną. Kiedy zawładnęło nią parę mściwych osób, stopiła kilka miast. - I kilka naszych świątyń! To było typowe czarnoksięskie posunięcie. Same światła, widowisko, Ŝadnej teorii czy zasad. Nic dziwnego, Ŝe uległa samozniszczeniu i zabiła ich wszystkich. - Ale moŜe na Łupanie czarnoksięŜnicy popełniają takie same błędy jak nasi. - Lupanianie byliby o wiele za rozsądni, by skonstruować coś takiego jak Smoczy Mur. - A na jakiej podstawie tak twierdzisz, panie? - zapytałem niewinnie. Ta uwaga uderzyła w jego honor sceptyka. Podniósł wzrok znad okularu, przez chwilę wpatrywał się we mnie groźnie, chyba przyznał w duchu, Ŝe mogę mieć rację, a potem ponownie spojrzał na Łupana z takim zapałem, z jakim pijak mógłby pociągnąć z dzbana łyk dobrego wina. - Po lewej stronie drzwi jest sznur dzwonka - powiedział z pośpiechem. - Zechciej pociągnąć go pięć razy, by wezwać tu pozostałych astronomów. Pięć dzwonków wyraźnie stanowiło sygnał wezwania w trybie najpilniejszym z moŜliwych. W ciągu pół minuty przybyło czterech pozostałych astronomów, a po nich czterej technicy, słuŜąca z pytaniem, czy ktoś chce herbaty, kucharz z tacą kruchych ciasteczek i dziewięciu straŜników, który sprawiali wraŜenie znudzonych i mających nadzieję na dobre widowisko. Naczelny astronom pośpiesznie wyjaśnił, co ujrzałem, co ujrzał on i co to moŜe oznaczać. Czterej astronomowie rozbiegli się do pozostałych czterech dalekopatrzy, a za nimi rozmaici

członkowie pałacowego personelu. Zastanowiłem się nad sytuacją. W tej chwili na słuŜbie było tylko dwóch straŜników, i to o tysiąc metrów niŜej na posterunku przy bramie. Wszyscy inni znajdowali się pod pięcioma kopułami kryjącymi dalekopatrze. Wymknąłem się, spotkałem z Wallasem i wysłuchałem jego raportu na temat pałacu. Przeprowadził dość dokładne poszukiwania, lecz nie potrafił otwierać drzwi, co oznaczało, Ŝe będę musiał sprawdzić wszystkie małe pokoje i sypialnie. - Rozrzedzone powietrze sprawia, Ŝe wysiłek jest jeszcze bardziej nieprzyjemny - poskarŜył się Wallas. - A więc w końcu wykonałeś wysiłek na tyle duŜy, by to zauwaŜyć. - Mogę juŜ dostać mój Senderialvin Royal rocznik 3140? - Nie! Kiedy będę sprawdzał małe pomieszczenia, musisz wypatrywać, czy ktoś się nie przemyka, usiłując zmienić kryjówkę. - A co z Riellen i Rovalem? - Riellen szła cały dzień i jeśli kilka godzin nie pośpi, znów moŜe zemdleć. Roval zaŜył swój środek nasenny, ale ty spędziłeś dzień w jukach i jesteś gotów na wszystko. Rusz się, podejmij kolejny wysiłek. Zostawiłem go i zacząłem przeszukiwać kompleks pałacowy. śadnych drzwi nie chroniła kłódka, z wyjątkiem tych strzegących zapasów Senderialvin Royal, lecz półki z nieprzyzwoicie drogim winem było widać przez kratę i nikt się tam nie chował. DuŜe sale były puste i zimne, w cieplarniach zostało ciepło nagromadzone podczas słonecznego dnia. Miałem do sprawdzenia dosłownie setki sypialni, salonów i oszklonych werand. Godzinami krąŜyłem po korytarzach, blankach i kruŜgankach, lecz niczego nie znalazłem. Po całym dniu pieszej podróŜy, nieprzyzwyczajony do rozrzedzonego powietrza, byłem bardzo zmęczony. Przez cały czas nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe ku naszemu luna-światowi pędzi przez próŜnię jakiś obiekt. Gdybym nawet wiedział, nie uwierzyłbym. Noc była pogodna, spokojna i nadzwyczaj zimna. Lupan, widziany przez szybę werandy, wydawał się bardzo daleki. Minęły niemal dwie godziny po północy, a ja nic nie znalazłem. Przeszukałem mniej niŜ czwartą część pałacu. Potrzebowałem pomocy. Roval spał odurzony środkiem nasennym, więc mimo wszystko musiałem obudzić Riellen. Zapukałem do jej drzwi. Cisza. To znaczy moje stukanie nie spowodowało Ŝadnego dźwięku. Domyśliłem się, Ŝe mam do czynienia z jakimś czarem tłumiącym. Sięgnąłem do klamki, lecz wystrzeliły z niej pasemka błękitnego ognia, ukłuły mnie w dłoń. Magia, pomyślałem. O czarnoksięstwie wiedziałem akurat tyle, by strzec się czarów i zaklęć straŜniczych. Niektóre z nich mogły pozbawić człowieka palca. Riellen prawdopodobnie spała bezpiecznie w swoim pokoju, nieświadoma, Ŝe została uwięziona. Ja oczywiście wciąŜ byłem wolny... lecz ścigana przeze mnie osoba wiedziała, Ŝe przybyliśmy do Alpindraku, by ją odnaleźć. Dzwon zegara na północnej wieŜy wybił drugą, więc pośpieszyłem na spotkanie z

Wallasem. Nie było go w umówionym miejscu. Po kwadransie uznałem, Ŝe juŜ się nie pojawi. My, myśliwi, staliśmy się zwierzyną, a nasze szeregi juŜ się zmniejszyły o trzy czwarte. Zostawiłem lampę i zagłębiłem się w cienie. Jeśli cesarzowa wie, Ŝe jej szukamy, na pewno nie śpi. śadną miarą nie mogła wiedzieć, Ŝe nie zostawiliśmy innych konstabli, by zablokowali szlak prowadzący w dół, więc nie będzie usiłowała uciec tamtą drogą. JednakŜe mogła uciec. Była nie tylko monarchinią, ale i czarno-księŜniczką. Kątem oka uchwyciłem jasny rozbłysk na zachodnich blankach. Magia! Ona tam jest, pomyślałem od razu, a potem się zastanowiłem. Istniały zaklęcia czasowe; to na drzwiach Riellen zapewne zniknie o świcie. Zaklęcie oślepiające cesarzowej Wensomer zirytuje astronomów, lecz prawdopodobnie miało przyciągnąć moją uwagę. W tym samym miejscu pojawił się kolejny błysk, wabiąc mnie ku sobie. Wiatr wiał z zachodu, co oznaczało, Ŝe wschodni mur jest stosunkowo osłonięty. Cesarzowa pewnie jest tam. Zapewne zbyt prędko szedłem ku wschodniemu skrzydłu pałacu. Mniej więcej w połowie drogi wbudowano w główną ścianę długi, szeroki balkon. Niegdyś kłębili się na nim dworzanie i ambasadorzy, okryci ciepłymi futrami, dysząc w rozrzedzonym powietrzu i sącząc ciepłe napoje; ekscentryczny król lubił brylować pod wspaniałością gwiazd. Teraz, po raz pierwszy od siedemdziesięciu lat, znajdował się tu inny monarcha. Spodziewałem się, Ŝe do ucieczki Wensomer uŜyje olbrzymich eterycznych skrzydeł. Nigdy nie widziałem czegoś takiego, lecz wiedziałem, Ŝe to moŜliwe. Ktoś naprawdę dobrze wtajemniczony w arkana magii mógł wyczarować skrzydła z eteru. Nic nie waŜyły i moŜna było je wykorzystać do szybowania na prądach powietrznych. Spodziewałem się, Ŝe Wensomer będzie zajęta tworzeniem skrzydeł i skupi na tym całą swoją moc oraz uwagę. Myliłem się. Odtąd uświadomiłem sobie, Ŝe mam do czynienia z jedną z najbardziej inteligentnych i przebiegłych osób na kontynencie. Kiedy wbiegałem przez sklepione wejście na balkon, przed twarzą wybuchło mi zaklęcie oślepiające. Natychmiast rzuciłem się na ziemię, lecz siła rozpędu poniosła mnie po gładkich płytkach do barierki na skraju balkonu. Przywarłem do kamiennego słupa, świadom, Ŝe znalazłem się tuŜ obok mnóstwa niczego, przeraŜony tą wiedzą i ślepy. Coś mnie smagnęło, coś, co się mocno wokół mnie owinęło i przywiązało do słupa. Cesarzowa Wensomer nie była zajęta tworzeniem skrzydeł do ucieczki, ona się zasadziła na mnie. - Jestem twoim sługą, wasza wysokość - wydyszałem z nadzieją. - Inspektor Danolarian Scryverin, do usług. Nie od razu uzyskałem odpowiedź, ale słyszałem, jak ktoś krąŜy dookoła i jak pobrzękują sprzączki. - Inspektor StraŜy Dróg - odezwała się w końcu. - Widziałam, Ŝe po południu wchodziłeś na schody, a potem przeszukiwałeś pałac. Zostałeś wysłany, by mnie odszukać, nie opowiadaj bajeczek.

- Tak, wasza wysokość. - Jesteś tym samym straŜnikiem dróg, który niemal mnie schwytał w Malvarze, Drekkeridge i w Zielonym Zamku? - W rzeczy samej, lecz... - Twoje poświęcenie, pomysłowość oraz inteligencja mnie zadziwiają. A takŜe wielce irytują. - Przepraszam, wasza wysokość, ale... - Nie usiłujesz mnie zabić. Miałeś sposobność w Drekkeridge, lecz jej nie wykorzystałeś. Dlaczego mnie ścigasz? - Potrzebuje cię twoje cesarstwo... - Moje cesarstwo potrzebuje mnie tak jak ryba ręcznika. Nie wrócę i koniec. - Ale jakiś uzurpator... - Jest juŜ uzurpator? Wspaniale. - To regent Corozan. - Jeszcze lepiej. Moje dekadenckie panowanie będzie się wydawało w porównaniu z jego rządami złotym wiekiem. - Chyba nie mówisz powaŜnie. - AleŜ jak najbardziej. Co to był za rwetes wcześniej wieczorem? Słyszałam coś o potęŜnej eksplozji. - Była wielka eksplozja na Łupanie, wasza wysokość. - Chodzi o lunaświat Lupan czy lokal w południowym Alberinie, Dyskretne Rozrywki u Łupana dla Wymagających Dam? - O lunaświat, wasza wysokość. - A więc dlatego wszyscy są pod kopułami. Astronomowie muszą być uradowani jak świnie w gnojówce. A zatem... inspektor Da-nolarian Scryverin ze StraŜy Dróg. TuŜ przed moją abdykacją ocaliłeś Ŝycie mojej siostrze. - O, to nie tak, wasza wysokość - odparłem po chwili zastanowienia. - Jedną tylko księŜniczkę ocaliłem, Senterri, córkę sargolskiego cesarza. Byłem wtedy skromnym zwiadowcą w jej eskorcie. - Lecz moja siostra jest takŜe czarnoksięŜniczką. To albinoska twojego wzrostu, a oczy ma czarne od kontaktu z wydzieliną mątwy. Na chwilę skurczyły mi się wszystkie mięśnie, a potem wszystko pode mną runęło. Mój Ŝołądek zmienił się w przepaść głębszą i ciemniejszą od tej, na której krawędzi leŜałem. - Lavenci? - wydyszałem. - Pani Lavenci jest twoją siostrą? - Siostrą przyrodnią. Razem z naszą matką prowadzi tajną akademie magii. Przed abdykacją nadałam siostrze szlachectwo, jest teraz kavelenem. WyŜsza ranga mogłaby jej przewrócić w głowie. To, Ŝe Wensomer jest siostrą mojej ukochanej, oznaczało, Ŝe moja ukochana jest moją

siostrą przyrodnią. Świat nagle znów stał się ciepły, jasny, cudowny - chociaŜ nadal byłem ślepy i przywiązany do słupa na krawędzi mrocznej przepaści, z tysiąc razy głębszej, niŜ wystarczyłoby do odebrania mi Ŝycia. - No to gdzie cię dopadła? - zapytała Wensomer. - W spiŜarni czy na kredensie? - Słucham?! - No wiesz, spódnica w górze, spodnie w dole. Nie mów mi, Ŝe w łóŜku! Lubi gryźć, dwadzieścia dni po ich pierwszej wspólnej nocy Laron wciąŜ miał na szyi ślady. - Laron, doradca regenta Alberinu? - zapytałem, a twarde kamienne płyty pode mną zmieniły się nagle w mieszaninę ruchomych piasków i kwasu. - Nie wiedziałeś? Oj, ale ze mnie plotkara! - Jestem tylko skromnym inspektorem StraŜy Dróg, wasza wysokość - powiedziałem, zamroczony od jej szczerości. - Gdybym o tym wiedział, nie przyszłoby mi do głowy zalecać się do wielkiej i potęŜnej szlachcianki. - Na twoim miejscu nie martwiłabym się tym, Danolarianie. Lavenci zastawiała miłosne pułapki na wielu pryszczatych studentów w akademii mamy. Lubi inteligentnych. Podnosiła spódnicę dla... Uldervera, Decrullina, Larona i innych. Potem był przewodniczący, Lees, o, i ten nauczyciel bez kręgosłupa, Haravigel. Z Laronem udało jej się na dachu, natknęłam się na nich, kiedy byli sobą zajęci. - Nigdy! - zawołałem mimowolnie. - Nigdy! Nigdy! Przestań, niech cię licho! Przestań! - Co się stało? - zapytała Wensomer z nagłym zdziwieniem. - Co takiego robiła z tobą? Teraz juŜ moje upokorzenie sięgnęło dna. Świat mi się skończył; nic mnie nie obchodziło, co ludzie o mnie wiedzą albo myślą. - Trzymaliśmy się za ręce, tańczyliśmy, pięć razy pocałowaliśmy się na dobranoc, jedliśmy razem bułki arachidowe na targu i oglądaliśmy dwa zachody słońca. Przez kilka chwil Wensomer milczała. - I to wszystko? - Raz... raz odwaŜyłem się pogłaskać jej pierś. Odtrąciła moją dłoń. - Co? Na jej piersiach spoczywało więcej dłoni, niŜ ja miałam kaców. Jejku, dlaczego tak nisko cię ceniła, Danolarianie? - Musisz mieć jeszcze jedną siostrę - rzekłem z rozpaczą. - Tylko jedna nadal Ŝyje. Wiem, Ŝe lubi przyprawić swoją Ŝądzę odrobiną przygody, lubi obmacywanki. Ja natomiast lubię ogromne łoŜa, jedwabną pościel, materace z pierza tak miękkie, Ŝe moŜna się w nich zapaść i udusić, pod ręką słodkie ciasteczka i dobre wino, i prywatność, jaką dają zaryglowane drzwi. A więc ty i ona nigdy, no wiesz, nie zrobiliście tego? LeŜałem na zimnych kamiennych płytach, oślepiony i przywiązany do podstawy słupa eterycznymi pasmami o sile stali, lecz ból serca sprawiał mi o wiele większe cierpienie. W jednej chwili doświadczyłem tego, co sprawiało, Ŝe Roval od trzech lat przeklinał wizerunek

w swoim medalionie. Moja nadzieja na miłość została strzaskana i zdeptana. Postanowiłem zachować resztki dumy. - Nie - odparłem z taką godnością, na jaką umiałem się zdobyć. - Naprawdę? Ciekawe dlaczego. Tego wieczoru, kiedy się z tobą spotkała, miała dzięki konstablom inkwizycji dwa złamane Ŝebra. MoŜe czekała, aŜ się zrosną, zanim weźmie na siebie twój cięŜar... chociaŜ nic nie stało na przeszkodzie, Ŝebyś to ty wziął na siebie jej cięŜar. Wiem, Ŝe badała twoją przeszłość w rządowych archiwach. - Tak? - Tak. Powiedziała, Ŝe kiedyś byłeś dość tępym marynarzem i zniknąłeś podczas podróŜy do Diomedy. Dwa lata później znalazłeś się z powrotem w Alberinie, władając dziewięcioma językami, umiejąc czytać, pisać i cytować klasyków oraz wprawnie posługiwać się kilkoma rodzajami broni. Byłeś w eskorcie sargolskiej księŜniczki, bohaterem bitwy na moście nad Rwącą oraz członkiem regenckiej gwardii Capefangu. - Jestem zwolennikiem samodoskonalenia. - Oraz jesteś wyŜszy o dwadzieścia siedem centymetrów. - To efekt poŜywnego jedzenia i zdrowych ćwiczeń. - Najwyraźniej z powrotem wyrosło ci oko, utracone w tawernianej bójce. - CóŜ, spotkałem zdolnego czarnoksięŜnika. - Przypuszczalnie przywrócił ci teŜ ucho, ucięte rozbitą butelką w innej tawernie? - No... tak. - Wiesz, Ŝe nie jesteś Danolarianem Scryverinem, ja wiem, Ŝe nie jesteś Danolarianem Scryyerinem, a ty wiesz, Ŝe ja wiem, Ŝe nie jesteś Danolarianem Scryverinem. Wiem takŜe, Ŝe wiesz, Ŝe mogłabym być bardzo niedyskretna w kwestii tego, co wiem o tobie, i Ŝe wolałbyś, by nikt inny nie wiedział tego, co wiem ja. - Jesteś bardzo mądra, wasza wysokość. - Zabiłeś Danolariana Scryverina? - Nie. - Więc co się stało? - Byłem w Diomedzie, kiedy najechali ją Toreanie. Przez całą noc dawali w mieście darmowe piwo i wino, Ŝeby zaskarbić sobie względy mieszkańców. Następnego ranka znalazłem nad rzeką Leir ciało Danola. Owej nocy więcej ludzi umarło z przepicia niŜ w walce o Diomedę. Ukradłem mu dokumenty. W ogólnym zamieszaniu łatwo było zmienić toŜsamość. - Kim byłeś przedtem? - Skromnym uciekinierem z Torei - odparłem z największym szacunkiem, na jaki mnie było stać, i usłyszałem jej cichy śmiech. - Jedynymi Toreanami w Diomedzie byli marynarze i piechociarze, którzy przybyli z flotą najeźdźców. Cztery lata temu. To znaczy, Ŝe byłbyś wówczas dość młody. - Dziewiętnaście lat.

- Naprawdę? Marynarz czy piechociarz? - Marynarz pokładowy. - Interesujące. Wykształcony młodzieniec byłby chłopcem okrętowym, asystentem kapitana albo praktykantem u nawigatora. Zaciągnięcie się jako marynarz pokładowy sugeruje, Ŝe chciałeś ukryć swe doskonałe wykształcenie. MoŜe gdzieś w Torei została cięŜarna dziewczyna? Albo cięŜarna siostra, a na noŜu miałeś krew jej martwego kochanka? - To była kwestia honoru - stwierdziłem wymijająco. - Tak myślałam. Zaczynał mi się rozjaśniać wzrok i widziałem juŜ błękitne pasma ciasno mnie spowijającego zaklęcia pętającego. Widziałem teŜ klęczącą nieopodal ciemno odzianą postać z plecakiem i przeciw-śnieŜną maską na twarzy. Z wnętrza jej dłoni biły dwa snopy bladego światła, kaŜdy miał juŜ po trzy metry wysokości. W miarę jak się wydłuŜały, robiły się coraz słabsze, aŜ zupełnie niknęły. Wiedziałem z lektur, Ŝe to zaklęcie tworzące eteryczne skrzydła. Doświadczony czarnoksięŜnik potrafi uformować kolec energii, rozdzielić go na dwoje i stworzyć potęŜne skrzydła. CzarnoksięŜnik o takiej mocy, Ŝe boją się go obrazić pomniejsi bogowie, potrafi uformować podwójny kolec. Wiedziałem, Ŝe z cesarzową nie ma Ŝartów, ale nie podejrzewałem, Ŝe posiada moc tej klasy. Co prawda wydawało się, Ŝe zaklęcie wymaga od niej wysiłku, poniewaŜ cięŜko oddychała. - Zapewne juŜ odzyskujesz wzrok, Danolarianie. Widzisz, Ŝe... straciłam duŜo wagi? - Na pewno nikomu nie powiem, wasza wysokość - odpowiedziałem natychmiast. - Lepiej powiedz wszystkim, do diabła! CięŜko pracowałam, by zrzucić te siedemdziesiąt pięć kilogramów, i chcę, by wszyscy o tym wiedzieli. Trzy lata jako cesarzowa! Moje słowo było prawem. Orgie... niemal codziennie. Najsmakowitsze, drogie i egzotyczne potrawy. Kilkudziesięciu kochanków... a moŜe kilkuset? Kiedy uciekałam... trzeba było mnie wywieźć... na wozie straŜackim. To dosyć upokarzające. Wydawało mi się, Ŝe kiedy wypowiedziała słowa mocy, nakazujące rozdzielić się kolcom słabego, migotliwego światła, miały one po trzydzieści metrów wysokości. Odchylając się na zewnątrz, poszerzały się i rozpłaszczały w delikatne, pokryte skomplikowanym wzorem twory podobne do skrzydeł waŜki. Poruszały się gwałtownie pod nieregularnymi uderzeniami wiatru. - To najtrudniejsza część zaklęcia - wy dyszała cesarzowa Wensomer. - Niedługo juŜ mnie tu nie będzie. Zaklęcie pętające rozpadnie się w okolicach świtu. - Ale dlaczego uciekasz, wasza wysokość? Rządziłaś mądrze, panował pokój i dobrobyt. Nikt inny nie mógłby tak sprytnie nasłać inkwizycji na czarnoksięŜników, wysyłając im jednocześnie na pomoc Tajnych Konstabli Inkwizycji. Co mam powiedzieć mojemu panu? - Właśnie, co? - Rzuciła zaklęcia tworzące uprząŜ i pasma kierujące ogromnymi skrzydłami. Świeciły bardzo słabym blaskiem, niczym gobelin z pajęczyn. - Od braku umiaru zaczęłam... bardzo chorować. Byłam zmuszona leŜeć w łóŜku... bez towarzystwa. Miałam

czas na myślenie. Myślenie to zajęcie niebezpieczne. Czy wiesz... dlaczego magia przypomina zbyt wiele naprawdę rozpasanych orgii? - Dlaczego... co? No... nie - wyznałem. - Nie mam Ŝadnych talentów magicznych i nigdy nie brałem udziału w Ŝadnej orgii. - Na dłuŜszą metę i jedno, i drugie jest niezdrowe - wyjaśniła, oddychając juŜ nieco lŜej. - Przywarom powinno się folgować oszczędnie i z poczuciem winy. Magia teŜ taka jest. Przed powołaniem inkwizycji mieliśmy akademie magii, które co roku wypuszczały całe klasy czarnoksięŜników! Istniały zawody oparte na magii. A potem nasi czarnoksięŜnicy stali się na tyle głupi, by połączyć siły i stworzyć ogromne machiny eteryczne. Za pomocą Smoczego Muru unicestwili całe miasta i świątynie. - Ale Smoczy Mur został zniszczony. - Ha! Czysty przypadek. Monarchowie słusznie zakazali wszelkiej magii i czarnoksięstwa. W niecałe pięć lat olbrzymie machiny eteryczne zniszczyły jeden kontynent, dwie wyspy i kilkadziesiąt miast, miasteczek, świątyń oraz zamków. W takim tempie za niecałe sto lat cały świat zmieniłby się w grubą warstwę stopionej skały. Kiedy zostałam cesarzową, zakazałam publicznego posługiwania się magią, lecz w sekrecie ją wspierałam. Wkrótce rozkwitła jak nigdy przedtem, a ja się przekonałam, Ŝe zorganizowałam potęŜny i sprawny tajny rząd. Zaczęłam przypominać mego ojca. Nie był miłym człowiekiem. Wyobraziłam go sobie jako cesarza całego Scalticaru. Porównałam go z sobą. Podobieństwo okazało się nadzwyczaj niepokojące. Zostałam cesarzową przez przypadek, ale chyba byłam najbardziej niebezpieczną osobą, jaka mogła się zabłąkać na tron. Przez parę chwil się zastanawiałem, wstrząśnięty do granic wytrzymałości. Czarnoksięstwo bynajmniej nie było sztuką ginącą i prześladowaną; okazało się konspiracyjną organizacją mającą na celu zagarnięcie panowania nad kontynentem. - To jakby jakiś szlachcic nakazał rzeź którejś ze swoich wiosek, Ŝeby mógł obwinie o tę potworność wroga - powiedziałem z rozpaczą. - Bystry chłopak. Rozwiązałam Tajnych Konstabli Inkwizycji, umieściłam kilku paskudnych drani na stanowiskach dających im dostęp do niebezpiecznie duŜej władzy i poufnych informacji, zniszczyłam czarnoksięski rząd dzięki serii starannie zorganizowanych zdrad i zniknęłam. Byłem członkiem załoŜycielem pierwszego oddziału Tajnych Konstabli Inkwizycji, więc doskonale pamiętałem oszołomienie panujące w naszych szeregach, kiedy zostaliśmy rozwiązani. Niektórzy z nas bardzo współczuli czarnoksięŜnikom, więc na ochotnika nadal udzielaliśmy im tajnej pomocy. Cesarzowa zaczęła wsuwać ręce w uprząŜ wbudowaną w fantastyczne skrzydła, które drŜały i chwiały się lekko przy kaŜdym mocniejszym ruchu powietrza, chociaŜ znajdowaliśmy się po zawietrznej stronie pałacu. Wstała bardzo powoli i ostroŜnie. Mimo grubego ubrania było widać, Ŝe jest wysportowana, szczupła i silna. Mój pan ostrzegł mnie,