wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 001 032
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 438 138

Sean Slater - Jacob Striker (tom- 1) - Ocalony

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sean Slater - Jacob Striker (tom- 1) - Ocalony.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 19 osób, 27 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 247 stron)

Tytuł oryginału The Survivor Copyright © Sean Slater, 2011 All rights reserved Projekt okładki Magda Kuc Zdjecie na okładce © Vetta/Getty Images/Flash Press Media Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka Redakcja Ewa Charitonow Korekta Grażyna Nawrocka ISBN 978-83-7839-188-3 Warszawa 2011 Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. 02-697 Warszawa, ul. Rzymowksiego 28 www.proszynski.pl

Książkę tę dedykuję: mojej żonie, Lani, która dała mi dwoje cudownych dzieci i uczyniła nasz dom miejscem szczęśliwym, a także mojej matce, Jo-Ann Oakley, która dobro innych stawia zawsze na pierwszym miejscu, gotowa jest nieść im pomoc i obdarzać ich bezgraniczną miłością.

PODZIĘKOWANIA Specjalne podziękowania należą się: Mojemu policyjnemu partnerowi, konstablowi Kirkowi „I Jeszcze Jedno” Longstaffe’owi, za to, że był doskonałym słuchaczem i pierwszym czytelnikiem moich opowieści (i spełniał funkcję zaworu bezpieczeństwa). Konstablowi Warrenowi „Hasło Brzmi: Hot-dog” Tutkaluke’owi – za fachowe informacje na temat działań grup operacyjnych i rodzajów amunicji. Również sierżantowi Steve’owi „Srebrnemu Lisowi” Thackerowi – za wiedzę o technikach śledczych i strukturach departamentu policji. Jeśli, pomimo ich fachowej pomocy, wkradły się do tej książki jakieś błędy, winić za nie należy wyłącznie jej autora. Chciałbym także podziękować następującym osobom, które od dawna wspierają mnie w mojej literackiej karierze (nierzadko cierpiąc z jej powodu): Luke’owi i Riley – za to, że tyle razy towarzyszyli ojcu w pracy literackiej, pisząc swoje własne historyjki i czytając własne książeczki. Jesteście wspaniali i jestem z was bardzo dumny. Larry’emu „Papie” Oakleyowi, który od dnia, w którym się to wszystko zaczęło, służył pomocą każdemu z nas. Billowi i Jamie. Cindy – przykro mi z powodu maszyny do pisania… (Żartuję, wcale mi nie jest przykro). Mojemu ojcu (tęsknię za Tobą, Tato) i Mary (właśnie Cię widziałem), a także Adamo i Nickowi. Lydii, Gail i Yen Yen. Deanowi i Lori Methorstom – za to, że już na samym początku zaoferowali swą pomoc i dali pokaz zainteresowania, za który powinni otrzymać Oscara. Harry’emu Methorstowi, który dzielnie przebrnął przez wszystkie moje wstępne szkice. Ricie Methorst – za jej wsparcie (i za tolerowanie Harry’ego). Dietrichowi Martinsowi – za to, że dawał się zaciągnąć do każdej, nawet najmniejszej księgarni, jaką można znaleźć w Vancouver. Heldze, Joe’emu, Ianowi i Pauli, którzy tworzą najlepszą grupę krytyków na świecie. Jasonowi „Błysk Zielonego Światła” Gallantowi. Joe’emu i Margot Cummingsom, z którymi Lani i ja dzieliliśmy się opowieścią i wspomnieniami o Stelli. Lisie i Philowi „Uważaj z Tymi Tic Tacami” Webbowi. Dziadkowi i Babci – za to, że pomogli mi opłacić niektóre kursy pisania. Deanowi i Kris, którzy zdjęli mi z oczu klapki i pokazali, co to znaczy mówić własnym głosem. Taffy Cannon – za słowa otuchy w trudnych chwilach. Mojemu profesorowi z college’u, Chrisowi Rideoutowi, który w ciągu jednego semestru zaszczepił we mnie prawdziwą pasję opowiadania. Danielowi Kalli, Johnowi Fullerowi i Ros Guggi – za cudowne chwile i doświadczenie, jakie zdobyłem, pisząc do Niedzielnej serii z dreszczykiem w gazecie „The Province”. Kasi Behnke, Rosannie Bellingham, Madeleine Buston i Zoe King, które tworzą wspaniały zespół w agencji Darley Anderson. Moim utalentowanym redaktorkom: Libby Yevtushenko z wydawnictwa Simon & Schuster UK i Joan Deitch, dzięki której z niezłej historii powstała świetna książka. Suzanne Baboneau z wydawnictwa Simon & Schuster UK – za to, że we mnie uwierzyła. I wreszcie mojej znakomitej agentce, Camilli Bolton, która jako pierwsza dostrzegła we mnie obiecującego powieściopisarza i której niestrudzona praca przyczyniła się do udoskonalenia tego dzieła. Dziękuję Wam wszystkim. Jeśli kogoś pominąłem, proszę o wybaczenie. To dla mnie naprawdę szalony czas. Szczerze oddany Sean

ŚRODA

1 Umrzeć jest łatwo; znacznie trudniej jest żyć. Jacob Striker, detektyw z wydziału zabójstw, wiedział o tym aż za dobrze. Tyle że w jego przypadku zamiast „żyć” należałoby raczej powiedzieć: „ocaleć”. Jakżeby inaczej? Ostatnie dwa lata były okrutne. Zmarła mu żona, a córka miała kłopoty z utrzymaniem emocji na wodzy. A teraz? Nie minęła godzina, odkąd wrócił do pracy po sześciomiesięcznym urlopie na zniwelowanie skutków stresu, a już sprawy przybierały gówniany obrót. Mój Boże, ranek jeszcze się nie skończył, jest dopiero za dziesięć dziewiąta, a tu pani dyrektor Myers dzwoni do niego w sprawie jego córki! Ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie w tym momencie, było zjechanie z drogi, porzucenie partnerującej mu Felicii Santos i pozałatwianie własnych spraw. Lecz dyrektor Myers była nieugięta. Striker nie miał pojęcia, co Courtney zbroiła tym razem i na jaką karą zasługiwał jej wybryk. Tak czy owak, spodziewał się złych wieści. Szedł wyłożonym mahoniową boazerią korytarzem, pod złotymi gryfami walczącymi na sztandarach liceum Świętego Patryka, i zbliżając się do gabinetu Caroline – tak, zdążył już przejść na ty z dyrektorką szkoły! – przygotowywał się na to, co zaraz usłyszy. Wokół niego kłębił się tłum duchów, skrzatów, jokerów i batmanów – rzesza baśniowych stworów gotowa do świątecznych zabaw. Większość uczniów skorzystała ze sposobności przebrania się w fikuśne kostiumy, choć byli i tacy, którzy mieli na sobie zwyczajne szkolne mundurki. Niesforna młodzież w wieku od trzynastu do siedemnastu lat hałasowała jak szalona; w wysoko sklepionym przejściu łączącym poszczególne budynki szkoły rozmowy nakładały się na siebie, stapiając w jeden wielki harmider. Podniecenie wisiało w powietrzu. Zbliżało się Halloween. Striker zatrzymał się i obejrzał na idącą kilka kroków za nim Felicię. Pomimo irytacji, wywołanej kolejnym wezwaniem do szkoły, spróbował rozładować napięcie. – Ten w masce hokejowej – powiedział – wygląda zupełnie jak twój ostatni chłopak. Policjantka odgarnęła z twarzy kilka niesfornych kosmyków długich, brązowych włosów i uśmiechnęła się drwiąco. – Technicznie rzecz biorąc, to ty byłeś moim ostatnim chłopakiem. – Właśnie mówię, że przystojny koleś. Zaśmiała się cicho, a Striker, po raz kolejny od ich rozstania kilka miesięcy temu, poczuł się niezręcznie. Odwrócił głowę, by uniknąć spojrzenia Felicii, i dalej przeciskał się przez tłum uczniów starszych klas – od ósmej do dwunastej. Pani dyrektor Myers oczekiwała go w swoim gabinecie. Jej szykowny, kremowy kostium zupełnie nie pasował do jaskrawoczerwonych okularów w stylu Sally Jessy Raphael ani do – o ton zaledwie mniej krzykliwych w odcieniu – krótkich, kręconych włosów. Kobieta trzymała w dłoni tekturowy segregator, bardzo gruby – niewątpliwie zawierający szkolne papiery Courtney. Na widok Strikera zdobyła się na nieszczery uśmiech. Detektyw odchrząknął. – Słyszałem, że potrzebujesz biletów na Bal Policjanta – zażartował, ale gdy spostrzegł, że Myers się nie śmieje, przestał się zgrywać. – Chryste, Caroline, co ona zrobiła tym razem? – A jak myślisz? – spytała dyrektorka i nie czekając na reakcję, wyjaśniła: – Znowu urwała się z lekcji. To już piąty raz w tym miesiącu. Striker poczuł, jak odruchowo zaciskają mu się szczęki. – Nie domyślasz się, gdzie poszła? I z kim? Zanim kobieta zdążyła odpowiedzieć, gdzieś z głębi korytarza, w pobliżu szkolnej auli albo stołówki, dobiegła krótka kanonada. Na ten dźwięk pani dyrektor Myers zesztywniała, jakby ktoś uderzył ją w twarz. – Halloween dopiero za dwa dni – powiedziała – a już nie mogę się doczekać, kiedy będzie po wszystkim. Przez cały dzień petardy. Ani chwili spokoju. Ledwie skończyła mówić, a budynkiem zatrzęsła kolejna seria eksplozji. Lecz tym razem to Striker zastygł w bezruchu. Wybuchy brzmiały ostro – jak strzały z bata. Trzask-trzask-trzask. Trzask-trzask. Obrócił się na pięcie i zobaczył, że w drzwiach stoi Felicia. Wystarczył rzut oka na jej poważną twarz i Striker wiedział już, że się nie pomylił. To nie były petardy. Ktoś strzelał z broni palnej. Automatycznej, sporego kalibru.

2 Jezu Chryste, mamy tu uzbrojonego napastnika! – Striker odwrócił się do Caroline Myers. – Zgłoś to. Natychmiast! Lecz kobieta zastygła z wyrazem niedowierzania na twarzy. Striker złapał za telefon, wybrał 911 i wcisnął słuchawkę w dłoń dyrektorki. – Powiedz im, że w szkole grasuje uzbrojony szaleniec! Sięgnął do kabury pod lewą pachą, wyczuł dłonią rękojeść pistoletu. Sig sauer, kaliber .40; dwanaście nabojów w magazynku, jeden w komorze. Striker zauważył, że Felicia też zdążyła wyjąć swoją broń. Skinął na nią głową. – Za mną – rzucił. – Naprzód. Skierował lufę ukośnie ku dołowi i oboje opuścili gabinet dyrektorki. Striker, wyślizgnąwszy się na zewnątrz, szedł niemal po ścianie. Za pierwszym załomem skręcił w prawo i spojrzał w głąb długiego korytarza. Przez bardzo krótką chwilę panowała cisza. Żadnych wystrzałów. Żadnych wybuchów. Żadnych krzyków. Nic. Strikerowi nagle wszystko wydało się dziwnie odrealnione, jak we śnie. Wypłynęły koszmarne obrazy podobnych incydentów z przeszłości – masakr spowodowanych przez uzbrojonych szaleńców, oglądanych miliony razy na ekranie telewizora. Dunblane. Virginia Tech. Columbine. Ale dlaczego liceum Świętego Patryka? Incydent nie pasował do tej spokojnej dzielnicy. Striker pomyślał, że może słuch go myli, że niewłaściwie rozpoznał odgłosy wystrzałów. W końcu to pierwszy od sześciu miesięcy dzień w pracy. Może wypadł z rytmu? Trochę przyrdzewiał? Może…? Kolejna palba odbiła się echem po hallu, rozwiewając wątpliwości. Nisko brzmiące dudnienie, mocne, odczuwalne w kościach. Rezonowało potężnie. Strzelba bojowa. Najgorszy koszmar każdego gliniarza, przy strzelaninie na zamkniętym terenie. W dodatku odgłos dochodził gdzieś z bliska. Striker spojrzał na Felicię. – Strzelaj bez ostrzeżenia. – Bierz lewą stronę, ja biorę prawą – usłyszał w odpowiedzi. Stanął więc po lewej i obydwoje równocześnie przemknęli korytarzem, sprawdzając każde mijane pomieszczenie. Ledwo skręcili za najbliższy róg, a usłyszeli krzyki – piskliwe, szaleńcze zawodzenie. Gdzieś przed nimi, nieco po lewej stronie. W szkolnej stołówce. Striker upewnił się, że rękojeść siga dobrze leży w dłoni, i wycelował w szereg prowadzących na stołówkę podwójnych drzwi. Były drewniane, pomalowane na niebiesko tanią, akrylową farbą, z okienkami ze zbrojonego stalową siatką szkła. Jak na komendę wszystkie otworzyły się na oścież i wylała się z nich rzeka nastolatków. Cała masa. Przebrane za iron manów, piratów z Karaibów, cheerleaderki i księżniczki wrzeszczały i płakały histerycznie. Jedna z dziewcząt, drobna blondynka, najwyżej piętnastoletnia, potknęła się; jej białą, szkolną bluzeczkę spryskała krew. Dziewczyna była zasiusiana, po nogach spływały jej strużki moczu. Chwiejnym krokiem podeszła do Strikera i Felicii, przystanęła i spojrzała detektywowi prosto w oczy. – Strzelają. Chcą wszystkich zabić… Jej lewo kolano zgięło się nienaturalnie i dziewczyna runęła twarzą w dół, na wyłożoną beżowymi płytkami podłogę korytarza. Na drgającym ciele, na plecach, widniał czerwony otwór rany wylotowej. Pocisk typu hydra-shok. – Chryste! – westchnęła Felicia. Ruszyła w stronę dziewczyny, ale przystanęła, bo ponownie rozległy się strzały. Striker pociągnął ją do tyłu. Pociski uderzyły w zadrutowane okienka w drzwiach, rozpryskując wszędzie kawałki szkła i stali. – Padnij, nie podnoś się! – rozkazał. Sekundę później, gdy kanonada na moment ucichła, chwycił Felicię za ramię i wskazał jej najbardziej odległe wejście do stołówki. Skinęła głową na znak, że rozumie. Rozdzielili się; Striker zajął pozycję, przygotował broń, uchylił najbliższe drzwi i omiótł wzrokiem wnętrze w poszukiwaniu napastnika. Ku jego przerażeniu było ich trzech.

3 Stołówkę wypełniał dym z broni palnej. Płynął w powietrzu cienkimi smużkami; wszechogarniającej szarości towarzyszył zapach prochu. A także moczu, krwi i gówna. Zapach strachu. Striker nie zwracał na to uwagi. Czując kropelki potu spływające za kołnierz koszuli, zlustrował uważnie kąty jadalni w poszukiwaniu bezpośredniego niebezpieczeństwa. Z tamtej strony nic mu nie zagrażało, więc skupił się na obiektach, które zlokalizował wcześniej. Trójka zamachowców. Szczupli, średniego wzrostu. Instynkt podpowiadał Strikerowi, że wszyscy trzej to mężczyźni, ale nie mógł tego stwierdzić z całą pewnością. Ubrani byli podobnie – czarne, workowate bojówki, czarne kaptury. Na twarzach hokejowe maski – biała, czarna i czerwona. Scena z koszmaru na jawie. Widok niemal zmroził Strikera. Spodziewał się znaleźć jednego napastnika, najwyżej dwóch. Ale na pewno nie trzech. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Wszędzie złapani w potrzask nastoletni uczniowie. Zwinięci w kłębek na podłodze, stłoczeni pod stołami. Bezładnie pochowani za kontuarami bufetu. Wielu z nich już nie żyło. Wielu właśnie umierało. Uczennica, przebrana za chochlika, leżała twarzą w dół, na podłodze, o rzut kamieniem od drzwi wejściowych. Otaczała ją czerwień, rozlana szeroką plamą na beżowych płytkach posadzki. Striker zadrżał. Dziewczyna była niesamowicie podobna do Courtney – długie, proste, kasztanowe włosy, kremowa skóra, szczupła sylwetka. Na moment stracił opanowanie i zapominając o przyswojonych na treningach zasadach, już miał wyjść z ukrycia i do niej podbiec. Lecz wówczas spłynęło na niego uczucie makabrycznej ulgi – jego dziecko poszło dziś na wagary. To była córka kogoś innego. Ogarnęło go odrętwienie. Dziewczyna była martwa – musiała być martwa, utraciwszy tyle krwi. A jednak się poruszyła. Uniosła głowę. Spojrzała pustym, mętnym wzrokiem. – Pomóż mi – wyszeptała z trudem. Leżała dokładnie na wprost uzbrojonych osobników. Striker ponownie poczuł ucisk w gardle, ale zdołał go zwalczyć. Każda stracona sekunda oznaczała kolejne martwe dziecko. Zmusił się, by odwrócić wzrok, i namierzył najbliższego z trzech zamachowców – tego w czarnej masce – który właśnie trzymał w szachu kolejnego dzieciaka, zagnanego w kąt za barierkę przy bufecie. Celował w chłopca z pistoletu maszynowego. Wykrzykiwał coś, czego Striker nie mógł zrozumieć. Wtem zamilkł. Odwrócił głowę w stronę policjanta i uniósł broń. – Padnij! – krzyknął Striker do Felicii. – On ma kałacha! Dał nura w prawo, kryjąc się za najbliższym załomem ściany. Seria z pistoletu maszynowego odbiła się echem w małym pomieszczeniu jak armatnia salwa. Striker nie czekał; gdy nastąpiła krótka przerwa w kanonadzie, wyjrzał zza drzwi do stołówki, namierzył Czarną Maskę… Wystrzelił trzy razy. Osłona twarzy zapadła się do wewnątrz, głowa zamachowca odskoczyła do tyłu. Ścianę za jego plecami zabarwiły rozbryzgi krwi, włosów, kości i mózgu. Pistolet maszynowy wysunął się z palców mężczyzny, zawirował w powietrzu i wylądował gdzieś za kontuarem. Zanim martwe ciało osunęło się na podłogę, Striker wycelował siga w następnego napastnika. W Białą Maskę. Ale ten, zaalarmowany wystrzałami, nie dał się zaskoczyć. Dostrzegł intruza. Uniósł broń i otworzył ogień. Rozległ się donośny łoskot. Tynk za plecami pary policjantów przecięło pęknięcie. Pomalowane na biało cegły rozpryskiwały się w powietrzu wraz z drobinkami kurzu i kawałkami gipsu. – Cholera, ma czterdziestkępiątkę! – zawołała Felicia, kryjąc się za drzwiami. Striker ruszył naprzód. Zaraz za progiem rzucił się w lewo i znalazł schronienie za najbliższym rzędem metalowych szafek. Osłona była raczej kiepska i nie zabezpieczała przed pociskami; Biała Maska nie przestawał strzelać. Pierwsza kula przeszyła miękkie drewno drzwi stołówki za plecami Strikera, druga przedziurawiła cienką stalową blachę i odbiła się rykoszetem gdzieś niedaleko policjanta, wydając przenikliwy, metaliczny brzęk. – Padnij! Padnij! PADNIJ! – Striker usłyszał krzyk Felicii i nagle ujrzał ją tuż obok siebie, strzelającą w zapamiętaniu i osłaniającą go ogniem. Przyklęknął na jedno kolano. Ponownie wycelował w Białą Maskę. Strzelił.

Trzy pierwsze kule chybiły celu, poleciały gdzieś wysoko i daleko, ale ostatni pocisk trafił w korpus napastnika. Dokładnie pomiędzy mięśnie piersiowe, u podstawy gardła. I Biała Maska wydał dziwny, śmiertelny skowyt. Drgające palce zacisnęły się kurczowo na rękojeści pistoletu, ramiona opadły luźno po bokach, a ciało pochyliło się do przodu i runęło na ziemię jak marionetka, której podcięto sznurki. – Dwóch zdjętych – oznajmił Striker. W odległym końcu stołówki człowiek w czerwonej masce wydał gniewny okrzyk i wycelował w nich broń. Striker chwycił Felicię wpół i zanurkował w prawo, wciągając partnerkę do szkolnej kuchni. W momencie gdy padali na podłogę, powietrze rozdarł ogłuszający huk. – Oberwałaś? – spytał Felicię, ale ona już turlała się w lewo, przeładowując broń. Striker zrobił to samo, tyle że w przeciwnym kierunku. Przetoczył się w prawo, zaglądając jednocześnie przez kuchenne drzwi do wnętrza jadalni. Czerwona Maska szedł w jego stronę. Był coraz bliżej. Jeszcze jakieś trzydzieści metrów. Wciąż dość czasu, by na wszelki wypadek wymienić magazynek na pełny. Striker zwolnił blokadę, wyrzucił magazynek i właśnie ładował nowy, gdy kątem oka zarejestrował dziwny ruch. Uniósł wzrok i to, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach. Czerwona Maska ponownie załadował broń i podbiegł do martwego ciała Białej Maski. Stanął nad nim, wycelował swą jednolufową strzelbę w dół i wypalił dwukrotnie w twarz trupa. Następnie zarepetował i wpakował po jednej kuli w każdą z jego dłoni. – Co jest, kurwa?! – Striker usłyszał głos Felicii. Zanim zdążył odpowiedzieć, Czerwona Maska uniósł strzelbę i w ich stronę poleciał kolejny pocisk. Striker uskoczył, wycofując się na powrót do kuchni, dokładnie w chwili gdy rozprysły się nad nim fluorescencyjne lampy. Kurz i dym wypełniły powietrze. Policjant poczuł w ustach smak krwi. Usłyszał wrzaski dzieciaków. Wyjrzał ponownie i zlokalizował Czerwoną Maskę – zamachowiec wybiegał właśnie przez drzwi po drugiej stronie stołówki. – Ucieka! – zawołał Striker. – Osłaniaj mnie! Skoczył na równe nogi. Minął dwóch martwych napastników, przemknął między gromadkami stłoczonych, przerażonych uczniów i przeskakując plamy świeżej krwi, które barwiły podłogę pomieszczenia, podbiegł do tylnego okna. Wyjrzał na zewnątrz. Na parkingu przed głównym wejściem do budynku Czerwona Maska wskakiwał właśnie do małego, zielonego samochodu. Była to honda civic, model z lat dziewięćdziesiątych, jedno z wielu podobnych aut stojących przed szkołą. Silnik zawarczał i samochód potoczył się po podjeździe z rosnącą prędkością. – Ma auto – powiedział Striker. Wybiegł na parking, a Felicia podążyła zaraz za nim. Honda wjeżdżała już na główną ulicę i skręcała na północ. Striker przystanął pośrodku podjazdu, wycelował i wypalił. Szkło tylnej szyby rozprysnęło się z grzechotem, a samochód zatoczył szeroki łuk przez całą szerokość jezdni. Kierowca stracił przez chwilę panowanie nad autem, które wpadło w poślizg i niemal wylądowało w jednym z rowów przeciwburzowych, biegnących po obu stronach Pine Street, zdołał jednak wyjść z opresji i szybko odzyskał kontrolę nad wozem. Wyrównał i pognał na północ. Striker biegł za oddalającym się samochodem i strzelał. Strzelał nawet wtedy, gdy nie był już w stanie rozróżnić znaków na tablicy rejestracyjnej. Strzelał, gdy pojazd stawał się coraz mniejszy i mniejszy, niknąc w końcu za wysokimi, rozłożystymi choinami i jodłami rezerwatu przyrody. Strzelał, aż opróżnił cały magazynek i usłyszał suche klik-klik-klik języka spustowego. I wtedy wszystko się skończyło – tak nagle, jak się zaczęło. W powietrzu panowała martwa cisza. Striker odruchowo wyrzucił pusty magazynek, pozwalając mu upaść na mokry asfalt, i ponownie załadował broń. Jego bladą skórę pokrywała lśniąca warstewka potu, rozgrzane ciało parowało w mglistym październikowym powietrzu. Zwiał, pomyślał Striker. Chryste, udało mu się uciec! Wśród szaleńców strzelających do tłumu ten osobnik stanowił niezwykle rzadki przypadek. Chciał żyć. Jeśli zaś idzie o Jacoba Strikera, od dziesięciu lat detektywa w wydziale zabójstw… Akcja, którą przeprowadził przed chwilą, przeraziła go bardziej niż jakakolwiek inna. Obudziła w nim najgorsze lęki. Koszmar dopiero się zaczynał.

4 Wilgotny wiatr wdzierał się przez rozbite tylne okno hondy civic i zawodził głośno, jak mordowani uczniowie. Czerwona Maska jechał, skupiony na prowadzeniu samochodu. Czarna, bawełniana tkanina jego kurtki kangurki nasiąkała czerwienią; krew sączyła się z otwartej rany na lewym barku, spływała w dół ramienia i po czarnej, skórzanej rękawiczce. By nie kapała na siedzenie, mężczyzna musiał przechylić ciało na prawą stronę. Dotarł do południowej nitki Dziewiątej Alei i wnet znalazł to, czego szukał – wąską uliczkę na tyłach posesji, zastawioną przez samochody i śmietniki. Przylegające do niej podwórka domów porastały rozłożyste drzewa. Czerwona Maska ostro skręcił kierownicą; w lewym barku poczuł rozdzierający ból. Honda zatrzęsła się, gdy jej tylny zderzak zawadził o pojemniki na śmieci. Gdzieś niedaleko wyły syreny policyjnych radiowozów. Przyjadą i tutaj. Niebawem. Czerwona Maska jechał dalej uliczką. W połowie jej długości znalazł szerszy odcinek jezdni, a nad nim wysoki nawis konarów wierzby. Na tle zimnego błękitu nieba kora wydawała się czarna. Drzewo umierało. Czerwona Maska odegnał tę myśl. Odwrócił wzrok od makabrycznej wierzby, zahamował, po czym wycofał, aż tylny zderzak auta uderzył o pień. Zamachowiec czuł, że jego umysł jest w stanie wrzenia, pracuje na zbyt wysokich obrotach, w uszach słyszał basowe pomruki – dalekie echo wystrzałów ze strzelby. Nawet bicie własnego serca wydawało mu się przeraźliwie głośne; puls w skroniach był jak uderzenia młotem o stal. Spróbował się skupić, ale z zamyślenia wyrwał go zgrzytliwy odgłos jakiegoś mechanizmu. Na najbliższym podwórku podnosiły się automatyczne drzwi do garażu. Czerwona Maska sięgnął prawą ręką po leżącego na siedzeniu pasażera glocka. Z gotową do strzału bronią zmagał się przez chwilę z drzwiczkami od strony kierowcy, a gdy w końcu udało mu się je otworzyć, wytoczył się niezdarnie z samochodu. Niepostrzeżenie przemknął za pień wierzby. Obserwował. Czekał. Od strony podwórka dobiegł go dźwięk zapalanego silnika, a po chwili z garażu wytoczył się tyłem czarny lexus. Drogi model. Złote chromy, przyciemniona tylna szyba, błyszczący czarny lakier. Kierowca – niewysoki starszy mężczyzna – wydawał się nieświadom obecności Czerwonej Maski. Cofając, bawił się ustawianiem wstecznych lusterek. Czerwona Maska stanął na środku drogi. – Nie ruszać się! Staruszek, skonsternowany, podniósł wzrok. Czerwona Maska nie dał mu czasu do namysłu; zbliżył się i wycelował pistolet. W odpowiedzi stary podniósł ręce do góry – powoli, ostrożnie, ukazując wnętrza drżących dłoni. Na tle opalonej, pomarszczonej skóry zamigotało jasne złoto zegarka. – Tylko spokojnie, synku… – Opuścić pojazd! Starszy mężczyzna przygryzł wargę, przestał się krzywić i zrobił, co mu kazano. Gdy wysiadł z lexusa i znalazł się na środku podjazdu, okazało się, jak niewielkiej jest postury. Prosty, lecz elegancki, ciemnozielony garnitur skrywał ciało słabe i kruche. Oddech przeszedł w szybkie, płytkie sapanie. – Zachowaj spokój, synku… Tylko zachowaj spokój, nie… – Nie dyskutować! Czerwona Maska kazał mu wsiąść do hondy i zaparkować ją w garażu. Stary człowiek wykonał polecenie, a napastnik machnął pistoletem. – Zgasić silnik. Mężczyzna posłuchał. – Kluczyki! Staruszek drżącymi rękami wyjął kluczyki ze stacyjki i podał je Czerwonej Masce. Gdy to uczynił, zamachowiec wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów – playerów lightów z filtrem – nachylił się do wnętrza samochodu i wetknął pudełko pomiędzy siedzenie a konsolę dzielącą siedzenia kierowcy i pasażera. Następnie cofnął się i uniósł pistolet. Stary człowiek spojrzał na niego błagalnym wzrokiem, a kiedy w końcu zdołał z siebie wykrztusić słowa, jego głos brzmiał cicho, jak z oddali. – Mam pieniądze, synku, mam dużo, bardzo dużo pieniędzy…

Czerwona Maska wystrzelił pojedynczy pocisk w twarz mężczyzny. – Nie chodzi o pieniądze – powiedział.

5 Powinniśmy byli zostać w szkole – powiedziała Felicia do Strikera, gdy pędzili przez Imperial Road w kierunku północnym. Już trzeci raz w ciągu ostatnich trzech minut wymówiła to zdanie i jej słowa zaczynały go uwierać. – Musimy go ścigać. – Ale w szkole umierają dzieci, Jacob. Jesteśmy tam potrzebni. Striker zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. – Jeśli ten kutas ucieknie, zabije jeszcze więcej dzieci. W innej szkole, w innym miejscu. Kto wie, jak wiele, zanim gliny go zdejmą? – Przyjrzał się badawczo partnerce. – Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Feleesh. To był szczęśliwy traf, że znaleźliśmy się na miejscu zdarzeń, gdy to się stało, i ten traf prawdopodobnie uratował życie kolejnym pięćdziesięciu osobom. – Nie wiemy, czy będzie nadal zabijał, ale wiemy na pewno, że w szkole są ranne dzieci. Postrzelone, umierające. Możemy je uratować, Jacob. – Inne służby są już na miejscu. – Ale nie ma ich za wiele. Striker zacisnął szczęki. Miała rację, wiedział o tym. Gdyby nie opuścili liceum Świętego Patryka, mogliby uratować przed przedwczesną śmiercią niejednego ucznia. Ale z drugiej strony, jeśli Czerwonej Masce uda się wymknąć, kto wie, ile jeszcze dzieci umrze? Należy go powstrzymać. Za wszelką cenę. Żadna decyzja nie była słuszna. Striker znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Bez względu na to, co wybierze, konsekwencje będą fatalne. Wszyscy będą krytykować jego postępowanie. Mdląco słodki zapach perfum Felicii przyprawiał go o silny ból głowy. Opuścił szybę; świeże powietrze z łoskotem wpadło do wnętrza. – Jacob… – zaczęła ponownie Felicia. – Ścigamy uzbrojonego napastnika. – W porządku. Ścigamy cel trzeci. – Czerwoną Maskę. Ścigamy Czerwoną Maskę. Felicia zmarszczyła brwi, słysząc te słowa, ale zaakceptowała je skinieniem głowy. Striker jechał trasą, którą najprawdopodobniej obrał Czerwona Maska. Prowadzenie samochodu w tych warunkach nie było łatwe. Mroźna, jesienna wilgoć sprawiła, że koła nieoznakowanego policyjnego auta zabuksowały na śliskiej jezdni, gdy skręcali w Imperial Road. Na wprost przed nimi, w oddali, majaczyło północne pasmo Gór Nadbrzeżnych – czarniawe wierzchołki poszarpanych skał pokrywały białe plamy śniegu. Nad nimi rozpościerało się bladobłękitne niebo. Widok sugerował spokój – spokój, którego w rzeczywistości nie było. Nadciągała burza. Striker wyczuwał ją w naelektryzowanym powietrzu. Jechał dalej. Powoli, metodycznie sprawdzając okolicę. Zajrzał w przecznicę po lewej stronie, zobaczył szeroką drogę, pozamykane bramy garaży; minimalne możliwości ukrycia samochodu. Nie najlepsze miejsce. Nadal podążał na północ. – Lewa czysta – powiedział przy następnej przecznicy. – Prawa czysta – odparła Felicia. I tak za każdym razem. Nie minęło nawet dziesięć minut od ucieczki Czerwonej Maski, a wspomnienie zdarzenia wydawało się niemal nierealne. Adrenalina wywołana strzelaniną powoli neutralizowała się w krwi Strikera, zaczął odczuwać silne dreszcze. Miał spocone dłonie, suchość w ustach, wrażenie, że jego klatka piersiowa jest pusta. Spojrzał na GPS i przez chwilę studiował mapę. – Jakie mamy sektory poszukiwań? Felicia rozmawiała właśnie przez radio ze stanowiskiem kierowania. Wzywała więcej jednostek ratunkowych do szkoły: pogotowie, straż pożarną, techników z wydziału śledczego – kogo się dało – i przekazywała im ostatni znany kierunek ucieczki podejrzanego. Gdy skończyła, odwiesiła mikrofon i odwróciła terminal w stronę Strikera. – Mamy w akcji zbyt mało ludzi. Zaledwie sześć patroli. Od Szesnastej do Trzydziestej Drugiej Alei i od Blanca Street aż po Dunbar. – To duży obszar. Jakieś rezerwowe jednostki? – Tylko dwie. – Dwie? Cholera, to w sumie tylko osiem samochodów! Felicia bezradnie wzruszyła ramionami. – Wszystkie radiowozy nieuczestniczące w obławie zostały skierowane do szkoły. Grupa szybkiego reagowania

działa pełną parą. – Ile przysłali jednostek? – Cztery. To nadal dawało zaledwie tuzin samochodów. – Gdzie, do diabła, wszyscy się podziali? Felicia sprawdziła położenie wozów. Zmarszczyła brwi. – Większość wraca z południa. Z daleka. – Dlaczego? – Mieli wezwanie do strzelaniny w Oakridge, godzinę temu. Dalej już nie mogli się wybrać. Bardzo niefortunny zbieg okoliczności. Striker zaklął. Czas wezwania do Oakridge pokrywał się z wypadkami w szkole; mogli mieć do czynienia z rozmyślną taktyką odwrócenia uwagi. Spojrzał na komputerową mapę. Kwadrat, który zaznaczyli, był rozległy i miał zbyt wiele pustych miejsc. Na domiar złego wiele dróg wiło się serpentynami przez rezerwat przyrody lub po jego obrzeżach, co stanowiło problem sam w sobie. Nawet jeśli policja dysponowałaby odpowiednią liczbą radiowozów – a nie dysponowała – zachowanie kontaktu wzrokowego z uciekinierem było fikcją. – Potrzebujemy więcej patroli. – Składają właśnie prośbę o wsparcie z Burnaby North. To było terytorium Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Każda pomoc byłaby mile widziana, ale ci byli za daleko. Droga na wprost była zablokowana. Striker wcisnął pedał hamulca i auto zatrzymało się natychmiast. Spojrzał w prawo, potem w lewo, skrzywił się; na Szesnastej Alei dostrzegł długi korek w obydwu kierunkach. Pośrodku drogowcy rozkopywali pas zieleni oddzielający obie jezdnie. Detektyw rozejrzał się dokoła. Pomiędzy zwojami niebieskich rur i skupiskami żółtych pojazdów roboczych zobaczył sporą liczbę kierujących ruchem osób w jasnopomarańczowych, odblaskowych kamizelkach. Panował typowy remontowy chaos. – Nie ma mowy, że przebił się przez ten bałagan – stwierdziła Felicia. Striker, pełen wątpliwości, przygryzł wargę. Podjechał do najbliższego robotnika, grubego gościa ze splątanymi siwymi włosami, które sięgały mu aż do tyłka. Mężczyzna popatrzył na nich zza swych lustrzanych okularów. – Co jest, koleś? – spytał. Felicia otworzyła portfel, pokazując policyjną odznakę. – Widział pan przejeżdżającą tędy zieloną hondę civic? Kierujący ruchem osobnik odgarnął włosy z twarzy. – Przez ten cholerny burdel? Wolne żarty! Nie, nie widziałem takiego wozu. Odwrócił się i zaczął wymachiwać rekami, przepuszczając ruch w kierunku zachodnim. Jakiś motocyklista wyrwał się, by ominąć cofającą się wywrotkę, i mężczyzna w jaskrawopomarańczowej kamizelce zaczął się na niego wydzierać. – Nie pojechał tędy – powtórzyła Felicia. Striker nie odpowiedział. Odwrócił głowę i spojrzał w głąb Szesnastej Alei. Analizował wszystkie możliwe trasy przejazdu. – Żeby pojechać na zachód, musiałby przedrzeć się przez ten korek i dawać pod prąd. – Czego raczej nie zrobił – podsumowała Felicia. Striker się zgodził. – Zwróciłby na siebie uwagę, a tego z pewnością sobie nie życzył. – Pozostaje tylko droga na wschód. Strikerowi nie spodobał się ten pomysł. – Skręt w prawo to niemal odruch – powiedział – zwłaszcza gdy się jedzie szybko. – Popatrzył przez dłuższą chwilę na korek po obu stronach strefy robót, po czym mruknął: – Jeśli wskoczył w Szesnastą, jesteśmy w dupie. Tym razem głos Felicii zabrzmiał bardziej stanowczo. – Nie wskoczył. A poza tym, wciąż zostało nam mnóstwo bocznych uliczek do sprawdzenia. Zacznijmy metodycznie. Jedna przecznica po drugiej, aż do samego Dunbar. Detektyw przeciągnął rękawem po czole, ścierając pot. W powietrzu unosił się silny zapach perfum Felicii, wymieszany z wonią stopionego asfaltu ze świeżo kładzionej nawierzchni. Własna skóra wydała się Strikerowi lepka. – Przeczesujemy – przycisnęła go Felicia. W końcu ustąpił. Logika nakazywała tak właśnie uczynić, nawet jeśli instynkt podpowiadał coś zgoła odmiennego.

Jacob zakręcił kierownicą i zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Dwadzieścia minut później zakończyli systematyczne przeszukiwanie północno-wschodniego kwadratu i ponownie znaleźli się na skrzyżowaniu Szesnastej Alei i Imperial Road. Dokładnie tam, skąd wyruszyli. Rezultatem poszukiwań było WGN. Wielkie Gówniane Nic. – Upłynęło zbyt wiele czasu – stwierdził Striker. Felicia nie zareagowała. Włączyła radio i zgłosiła obszary, które skontrolowali, po czym odwiesiła mikrofon. Głos miała szorstki i zmęczony. – Dobra. Zaczynamy stronę zachodnią. Ale Striker, zapatrzony w długi korowód unieruchomionych w korku samochodów, nie zdejmował nogi z hamulca. Siedział tak od dłuższej chwili, bez ruchu, i rozmyślał. Deliberował sam ze sobą. Felicia szturchnęła go w ramię. – Halo, halo. Ziemia do Jacoba. Striker zaparkował i wyszedł z wozu. Poczuł podmuchy zimnego wiatru, rozwiewającego jego krótkie, brązowe włosy na wszystkie strony. Postawił kołnierz ciemnoszarego płaszcza i ruszył w stronę ekip pracujących na Szesnastej Alei. Barierka oddzielająca jezdnie została już usunięta, wraz z pasem zieleni. Poruszanie się utrudniały zalegające tu i ówdzie sterty ziemi i odłamków betonu. W połowie drogi dogoniła go Felicia. – Powinniśmy dokończyć przeczesywanie – powiedziała. Striker z dezaprobatą szybko pokręcił głową. – Nie jechał tędy. Wiedział, że skręt w prawo wyda nam się naturalny. I był pewien, że tu właśnie będziemy go szukać. – Masz o tym facecie zbyt wygórowane mniemanie. – Naprawdę? Przyklęknął, przesunął palcami po ziemi i wyczuł coś ostrego. Dokoła, na brązowoszarej glebie, leżały porozrzucane małe, brudne, matowe kostki. Podniósł jedną z nich, obrócił w palcach, zbadał. Hartowane szkło. Z rozbitej tylnej szyby samochodu. Odwrócił się do Felicii, uniósł do góry szklany okruch i spojrzał na nią z rozgoryczeniem. – Trzeba przesunąć blokady na północ – powiedział. – Przebił się przez ten cholerny korek.

6 Wciągu kilku minut blokady przesunięto aż do Czwartej Alei. Z okręgu Oakridge przybyły jeszcze trzy dodatkowe radiowozy. Nie zatrzymując się, przeszły do patrolowania bocznych ulic i alejek na tyłach domów. Striker cieszył się z posiłków, ale obawiał się, że nadjechały zbyt późno. Discovery Drive była długą, wijącą się jak wąż ulicą, przecinającą gęste zagajniki klonów, dębów i lip. Po obu jej stronach, na ponadwymiarowych działkach, stały wysokie domy za miliony dolarów. Wszystkie pyszniły się sztukateriami, ciemną boazerią i starą czerwoną cegłą. Chodniki oflankowane były przez trawniki w morskim odcieniu zieleni i kwiatowe rabaty – dzieła wykwalifikowanych ogrodników. Ten teren należał do elit. Striker prowadził samochód w dół lekko nachylonego zbocza, równocześnie wybierając numer telefonu komórkowego córki. Linia była zajęta; denerwował go przerywany sygnał w słuchawce. Powinien zostać natychmiast przekierowany do poczty głosowej, ale tak się nie działo, a zatem ktoś inny zostawiał jej wiadomość w tym samym czasie. Policjant wziął głęboki wdech. Courtney była bezpieczna, wiedział o tym. Poszła na wagary. Ale wcale nie czuł się lepiej. Chciał z nią porozmawiać, usłyszeć jej głos. A mógł jedynie odsłuchać nagranie z informacją, że osoba, z którą chce rozmawiać, jest nieosiągalna. Zatrzasnął klapkę telefonu i jechał dalej. Na północ od strefy robót drogowych powrócił do metodycznego przeczesywania terenu. Przy czwartej przecznicy zauważył mężczyznę w średnim wieku, ubranego w białą koszulkę polo, stojącego przed białymi drzwiami do garażu. Osobnik polewał pobocze drogi wodą z gumowego węża. – Z prawej czysto – powiedziała Felicia. Striker milczał. Spokojnie, w skupieniu, zwolnił i zatrzymał samochód. Wcisnął przycisk, by opuścić szybę od strony kierowcy. Gdy się obniżała, do wnętrza auta wtargnął niemiły zapach gnijących śmieci. Striker zignorował to przykre doznanie i przyjrzał się mężczyźnie. Typowy imigrant z Bliskiego Wschodu. Tyle że wysoki – około metra dziewięćdziesięciu wzrostu, o kilka centymetrów wyższy od Strikera – i zwalisty, o umięśnionych kończynach. Mógł ważyć ponad sto kilo. Mężczyzna zdjął zraszacz i spryskiwał teraz pobocze wodą lejącą się wprost ze szlauchu. Odwrócił się, by spojrzeć na nieoznakowany samochód. Napotkawszy wzrok Strikera, odezwał się bez śladu obcego akcentu. – W czym mogę pomóc? Detektyw pokazał odznakę. – Nie przejeżdżała tędy honda civic? Ciemnozielona. Z wybitą tylną szybą. Mężczyzna pokręcił głową. – Nie. Nic nie widziałem. – Jak długo pan tu jest? Mężczyzna wzruszył ramionami. – Zdążyłem uprzątnąć śmieci. Może z dziesięć minut. Striker zerknął za niego, w głąb ulicy. Była to ciemna aleja, zacieniona niemal całkowicie przez wąskie, trzykondygnacyjne domy, których większość stała po południowej stronie. Nie zauważywszy nic interesującego, spojrzał do tyłu, na szerokie u podstawy, stabilne pojemniki na śmieci i zrozumiał, skąd wydobywa się smród. – Co się stało ze śmieciami? – Pieprzone szopy! – Mężczyzna po raz pierwszy okazał cień jakiejkolwiek emocji, podniósł nieco głos. – Muszę postarać się o pozwolenie i założyć pułapki. Policjant pokiwał głową, jakby chciał zasygnalizować, że w sprawie pułapek na szopy nie ma zdania. – Jeśli zobaczy pan ten samochód, proszę się do niego nie zbliżać, tylko zadzwonić pod 911. Natychmiast. – Jasne. Striker ruszył dalej. Kierował się na północ. Stale na północ. Po kolejnych czterech przecznicach, poczuł, że z tyłu głowy kołacze mu się jakaś myśl. Wcisnął pedał hamulca, zastanowił się przez chwilę. Zabębnił palcami po kole kierownicy. Felicia spojrzała, zaciekawiona. – Masz coś? – Poczekaj. Zawrócił i pojechał tą samą uliczką, akurat w chwili, gdy domniemany Lewantyńczyk wchodził na swoje podwórko. Striker raz jeszcze opuścił szybę i przywołał tamtego szybkim gestem dłoni. Na twarzy mężczyzny

malowały się zmęczenie i irytacja. Miał ważniejsze rzeczy do roboty. – Co tym razem? Striker wskazał na mokry chodnik. – Szopy rozrzuciły te śmieci? Mężczyzna przytaknął. – No, już mówiłem. Cholerne utrapienie z nimi. – Robiły to już wcześniej? – Zbyt wiele razy, żeby zliczyć. Detektyw spojrzał na ustawiony na swoim miejscu pojemnik na śmieci; był duży i ciężki. Nie miał widocznych wgnieceń. – Zwykle go przewracają, tak jak dzisiaj, czy tylko włażą do środka? Mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał na śmietnik. Skrzywił się z niesmakiem. – Zwykle włażą do środka. – A te szopy, które tu pan ma… Czy one kiedykolwiek go przewróciły? – No… Prawdę mówiąc… Striker spojrzał mu prosto w oczy. – Widział pan, jak przewracają pojemnik? – Nie. Detektyw skinął głową. – Dzięki. Powodzenia. Mężczyzna odszedł bez słowa. Gdy zniknął, Striker odwrócił się do Felicii; patrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Wskazał dłonią na drugą stronę uliczki. – Te śmietniki są niemal całkowicie wypełnione – powiedział. – Muszą ważyć ze trzydzieści kilogramów każdy. Nie przewracają się tak łatwo. – Myślisz, że zrobił to nasz człowiek? – Na pewno nie szop pracz. – Striker cofnął auto o kilka metrów, by mieć lepszy widok. Uniósł dłoń. – Spójrz, gdzie stoją. U wylotu ulicy. Dokładnie w tym miejscu uderzyłby w nie Czerwona Maska, gdyby jechał zbyt ostro, zbyt szybko. Pomyśl: jedzie na północ, w kierunku Discovery. Nagle dostrzega dobre miejsce na pozbycie się auta… A może zauważa migające czerwone i niebieskie światła? Kto wie? Tak czy owak, skręca gwałtownie, wchodzi zbyt szerokim łukiem… I w co uderza? W coś, co znajduje się po północnej stronie jezdni, u wylotu ulicy. Felicia uniosła brwi. – Zgadujesz. – Musisz zgadywać, jeśli chcesz coś znaleźć. Przygotuj broń. Sprawdzamy tę uliczkę. Trzymając pistolet w prawej dłoni, Striker lewą ręką prowadził samochód w dół alei. Przez jedną trzecią drogi wszystko było normalnie. Żadnych miejsc nadających się na porzucenie samochodu. Najmniejszego ruchu. I, oczywiście, żadnej zielonej hondy z przestrzeloną tylną szybą. W pobliżu miejsca, gdzieś w połowie ulicy, w którym jezdnia nieco się rozszerzała, wreszcie na coś trafił. Po południowej stronie widać było niewielki skrawek wyrwanej darni – błotnisty fragment naruszonego trawnika. Striker wcisnął hamulec, po czym wskazał to miejsce Felicii. – Osłaniaj mnie. Wysiadł z auta i podszedł do zadaszonego przejścia pomiędzy budynkami. Niewielki, prostokątny spłachetek ziemi, o wymiarach może dziesięć na pięć metrów, przylegający do zamkniętego garażu, pokrywała mieszanka błota, żwiru i dziko rosnącej trawy. Rozciągał się od krawężnika aż do gigantycznej wierzby zamykającej podwórko od frontu. Striker podszedł do drzewa i spojrzał pod nogi. Odciśnięte w błocie ślady opon. Świeże ślady. Głębokie rowki szersze były u podstawy pnia, jakby samochód nagle zahamował i gwałtownie się wycofał. W poprzek odcisków leżało kilka wierzbowych witek. Detektyw podniósł oczy i na korze zobaczył poziome wyżłobienie. Dokładnie na wysokości zderzaka. – Coś uderzyło w to drzewo – powiedział do Felicii – i to niedawno temu. Ślady są świeże. – Przyklęknął na najczystszym kawałku trawy i przyjrzał się odciskom w błocie. – Czy to bieżnik hondy? – spytała Felicia. – A skąd mam to wiedzieć? – Myślałam, że pięć lat pracy w Identyfikacji na coś się przydaje… Spojrzał na nią drwiąco.

– Jedyny sposób, by zyskać pewność, to zrobić odlewy, a to robota dla Kluska. – Striker zbadał odcisk bieżnika. Ślad był wyraźny, na wpół zamarznięte błoto na trawniku utrwaliło kształt. Wzdłuż bocznej krawędzi przebiegały dwa podłużne rowki, środek w przeważającej części wypełniały rozwarte pod kątem sześćdziesięciu stopni szewrony. Felicia stanęła obok i pochyliła się, by lepiej widzieć. – Masz tam coś, poruczniku Columbo? – Po pierwsze, wolę być Sherlockiem – odparł Striker chłodno. – Albo przynajmniej Matlockiem. Po drugie, nie można stwierdzić, czy to była honda, czy nie. Ale, cokolwiek to było, opony mają najprawdopodobniej rozmiar sto dziewięćdziesiąt pięć milimetrów. Co wskazuje na piętnastocalowe felgi. Najprawdopodobniej. – I co to, do cholery, oznacza? – To znaczy, że są to ślady niezbyt wielkiego samochodu, jak honda civic właśnie lub toyota tercel. Do uzyskania bardziej precyzyjnych danych potrzebne będą badania laboratoryjne. Felicia pokiwała głową, a Striker znów spojrzał w dół. Coś na ziemi ponownie przykuło jego uwagę. Przyjrzał się z bliska, zmrużył oczy. Niektóre źdźbła trawy upstrzone były ciemnymi, rdzawymi plamkami. Nierozpoznawalnymi na ubitym błocie, widocznymi na jasnozielonym tle dzikiej zieleni w świetle późnego poranka. – Mamy krew. Striker wyjął z kieszeni marynarki parę błękitnych, lateksowych rękawiczek. Nałożył je i sięgnął do miejsca, gdzie błoto było najciemniejsze; delikatnie migotało tam coś srebrnego. Podniósł niewielki przedmiot. W dłoni trzymał kółko na klucze, do którego trzema oddzielnymi łańcuszkami przyczepiono szary breloczek z wbudowanym pilotem, uśmiechniętą buźkę z plastiku i jeden zwyczajny kluczyk samochodowy. Do hondy. W ciągu ułamka sekundy, gdy detektyw wstawał z kucek, Felicia zdążyła sięgnąć po radiotelefon. Podała ich aktualne położenie i poprosiła o przybycie drugiego radiowozu. Skończyła mówić, a Striker wskazał na północną ścianę garażu, tę z podnoszoną bramą. Felicia skinęła głową. Okrążyła samochód i znalazła się na uliczce. W tym czasie jej partner odbezpieczył broń i zbliżył się do bocznych garażowych drzwi. Mieli pod kontrolą oba wyjścia. Świeżo pomalowane boczne drzwi lśniły białością. Pasowały do stiuków na murach. Striker wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki latarkę Maglite, włączył ją i ustawił głowicę tak, by snop światła miał kształt stożka. Chwycił za zimną stal klamki, przekręcił i bardziej poczuł, niż usłyszał, ciche kliknięcie. Drzwi uchyliły się na szerokość dwóch palców. Wewnątrz panował nieprzenikniony mrok. Cisza i bezruch. W powietrzu pachniało benzyną. Striker wybrał właściwy moment. Kopnął drzwi, otwierając je na oścież, i wślizgnął się do garażu. Schylony, skierował się w prawo, by zejść ze smugi dziennego światła i wtopić się w mrok tak szybko, jak to możliwe. – Policja miasta Vancouver! – zawołał. – Wyjdź z podniesionymi rękami! Nikt nie odpowiedział. Jacob zataczał latarką szerokie koła, oświetlając wszystkie cztery kąty, ale w pomieszczeniu znajdował się wyłącznie niewielki samochód. I nic poza nim. Pojedynczy błysk latarki upewnił Strikera, że auto jest zielone. W drugim błysku, w znaku firmowym na masce, ukazało się stylizowane „H”. Światło wydobyło z wnętrza pojazdu jakąś postać. Siedziała na miejscu kierowcy z głową odchyloną do tyłu pod nienaturalnym kątem, całkowicie nieruchoma. Była zbyt niska, by należeć do Czerwonej Maski. Striker podszedł bliżej, przyjrzał się uważnie. Starszy mężczyzna. Niewielkiej postury. Z przerzedzonymi siwymi włosami. Miał odstrzeloną twarz.

7 Kwadrans później Striker stał trzy metry za hondą civic, w miejscu, gdzie wjazd do garażu łączył się z ulicą. Przenikliwy jesienny wiatr nieco osłabł, ale wiał zimnem i przeszywał detektywa na wskroś, jakby jego płaszcz został uszyty z gazy. Striker wybrał numer córki, przyłożył telefon komórkowy do ucha i słuchał przerywanego sygnału zajętej linii. Czuł przyśpieszone tętno. Po raz trzeci od strzelaniny próbował dodzwonić się do Courtney i po raz trzeci nie mógł się z nią połączyć. Pewnie ma zapchaną skrzynkę, pomyślał. – Na miłość boską, odbierz! Podczas strzelaniny jego córki nie było w szkole. Dyrektorka zdążyła mu powiedzieć, że Courtney uciekła z lekcji – po raz kolejny zresztą – i Striker był niemal pewien, że przebywa teraz w jednym z jej ulubionych centrów handlowych, w Oakridge lub w Metrotown Centre. Nie wiedział, co zrobi, gdy wreszcie odnajdzie swoje dziecko – uściska je czy zbeszta i cała historia skończy się awanturą. Na razie dodzwonił się do sąsiadki, Sheili, która teraz przeczesywała sklepy w poszukiwaniu jego córki. Jak dotychczas nie otrzymał żadnych wieści. Zaklął i wsunął blackberry do etui przy pasku. Próbował się skoncentrować, zacząć na nowo myśleć o akcji. Praca od zawsze była najlepszym sposobem na zaprzątnięcie czymś myśli; pomogła mu przejść przez najgorsze chwile w ciągu ostatnich sześciu lat. A poza tym – był w swoim fachu cholernie dobry. Postanowił dokonać oględzin miejsca zdarzenia. Garaż był teraz jaskrawo oświetlony i widać było rzeczywisty rozmiar szkód, jakich doznała honda. Tylna szyba została częściowo roztrzaskana, pozostałe miały dziury i pokrywała je pajęczyna pęknięć. Tę od strony kierowcy wybito. Jedna z kul utkwiła w ramie przedniej szyby. Widok sprawił Strikerowi odrobinę satysfakcji i policjant uśmiechnąłby się pewnie, gdyby nie beznadziejna sytuacja. Jego umysł drążyło jakieś niepokojące przeczucie. Przeoczyli coś. Czuł to. Niemal namacalnie. To musiało być coś ważnego. Tutaj, tuż przed nimi. Samochód sam w sobie wydawał się zagadką, układanką z brakującym fragmentem. Striker stał nieruchomo jak posąg i analizował to wszystko, co widział. Wolno płynęły sekundy. Felicia weszła do garażu od strony podwórza. – Courtney nie odbiera telefonu – poinformował ją Striker. – Możesz jej wysłać wiadomość? – Wiadomości ode mnie zapewne nie przeczyta – powiedziała Felicia. – Czasami wydaje mi się, że ona jest bardziej wściekła na mnie niż na ciebie. – Nie sądzę, że to możliwe. Felicia obdarzyła go smutnym uśmiechem. Wysłała esemesa, schowała telefon i spojrzała na samochód. – Dobra robota, Jacob. Naprawdę. Ta alejka to strzał w dziesiątkę. Przytaknął jej bez entuzjazmu. Wciągnął w płuca powietrze. Zakasłał. W garażu śmierdziało. Śmierć starego człowieka – teraz znanego im jako świętej pamięci Henry Charles Vander Haven – nastąpiła niedawno i nie czuć było jej zapachu. Ale samochód cuchnął benzyną i mieszanką czegoś, czego Striker nie potrafił zidentyfikować. Woń przytłaczała, powodowała lekkość w głowie i ciężar w płucach. Jej opary były jedynym powodem, dla którego otworzył drzwi garażu; w przeciwnym razie nie wystawiałby jego zawartości na widok publiczny. Rozumiał, skąd wziął się zapach paliwa. Czerwona Maska planował podpalenie pojazdu; co do tego nie było wątpliwości. Ale coś go musiało spłoszyć, pokrzyżować mu plany, zmusić do improwizacji. Striker dużo by dał, by się dowiedzieć, co to było. Może napastnik był ranny? Może jeden z pocisków dosięgnął celu? Odwrócił się do Felicii. – Rozmawiałaś z jego żoną? – Ta kobieta to kłębek nerwów – odpowiedziała, mrużąc oczy z powodu unoszących się w powietrzu oparów. – I nie można jej za to winić, rzecz jasna. Sanitariusze i psycholodzy z Pomocy Ofiarom są przy niej, ale to się na niewiele zdaje. – Powiedziała ci coś? – Tak. Mężuś trzymał tu nowiuteńkiego lexusa. Model LS600. Sztandarowa kategoria, najprawdopodobniej. Czarny metalik z mnóstwem złoceń i chromów. – Masz numery?

– FLL 340 – i zanim Striker zdążył coś powiedzieć, uniosła dłoń. – Podałam numery przez radio. Wszyscy już na niego polują – Przyjrzała się hondzie. – I co my tu mamy? Striker wyszedł z garażu, by być jak najdalej od smrodu. – Sprawdź numery. – Już to zrobiłam, też przez radio. Kradziona. To było do przewidzenia. – Sprawdź jeszcze raz. Na naszym komputerze. Felicia spojrzała na niego zdziwiona, po czym podeszła do ich wozu. Wskoczyła na siedzenie kierowcy, zwróciła ku sobie terminal komputera, wystukała na klawiaturze numer rejestracyjny, kliknęła „wyślij”. Dziesięć sekund później rozległo się krótkie piknięcie. Przyszła odpowiedź. NOTOWANY. Felicia odwróciła się do Strikera. – Jak mówiłam, kradziony. – To nie samochód skradziono, tylko tablice – sprostował Striker. – Sprawdź kiedy. Sprawdziła. – Dziś rano, przy Howe Street. To północny kraniec Pierwszej Dzielnicy. – Przebiegła wzrokiem raport. – Skradziony bez kluczyków. Żadnych świadków. Żadnych nagrań wideo. Nic. Striker milczał. Wrócił do garażu, podszedł do drzwiczek hondy od strony kierowcy i zerknął przez przednią szybę. Pomimo pęknięć i zarysowań numer VIN – unikalny numer identyfikacyjny pojazdów mechanicznych – dał się odczytać. – Sprawdź mi to! – zawołał. Felicia zapisała ciąg osiemnastu liter i cyfr w komputerze, następnie odczytała, by potwierdzić. Ponownie kliknęła „wyślij”. – To samo – powiedziała po kilku sekundach. – Zielona honda civic z dziewięćdziesiątego czwartego, dwudrzwiowa. Kradziona. – Kiedy? Felicia spojrzała na ekran i zmarszczyła brwi. – Dziwne… Samochód został skradziony dziewięć dni temu. – Bo tak właśnie było. – Jak to? – Dołożono mu tylko tablice z innego auta. Takiej samej marki i z tego samego rocznika. Długie, niepomalowane paznokcie zabębniły o krawędź terminala. – Po co zadali sobie tyle trudu i rąbnęli samochód tydzień temu, gdy mogli to po prostu załatwić dzisiaj? Tak czy owak, sprawdziliśmy tablice i odkryliśmy, że jest kradziony. To nie ma sensu. – Dla nich miało. Musiał być jakiś powód. Ciemne oczy Felicii zwęziły się w szparki. – Ależ to tylko zwiększa ryzyko wpadki… Takie przetrzymywanie skradzionego wozu przez ponad tydzień – przestała bębnić palcami po komputerze, westchnęła zmęczona i wysiadła z auta. – Jakieś domysły, Sherlocku? – Tylko jeden. Ale potrzebuję trochę czasu, by się nad nim zastanowić. Striker znów podszedł do hondy. Już raz ją przeszukał, ale pobieżnie. Potrzebne były dokładniejsze oględziny. Włożył świeże rękawiczki, po czym ruszył w kierunku drzwi od kierowcy, wcześniej otwartych szeroko. Rozejrzał się po wnętrzu, bacząc, by uszanować zwłoki pana Vander Havena. Pomiędzy siedzeniem kierowcy a konsolą zauważył wciśniętą paczkę playerów lightów z filtrem. Dziwne. Kiedy zapach benzyny stał się nie do zniesienia, Striker cofnął się, by zaczerpnąć świeżego powietrza. – Mamy coś w aktach na zarejestrowanego właściciela? – spytał Felicię. Pokręciła głową. – Właścicielem jest jakiś zwyczajny koleś ze śródmieścia. – Przyjrzyj mu się. Sprawdź, czy pali, a jeśli tak, to jakie papierosy. Spojrzała przeciągle, w jej ciemnych oczach pojawiły się iskierki sprzeciwu, ale potem przytaknęła niechętnie i wróciła do policyjnego wozu. Striker kontynuował penetrację hondy. Robił to ostrożnie. Przeszukania pojazdów zawsze wiązały się z pewnym ryzykiem, ale nie z powodu prawnych komplikacji. Po prostu trudno było uzyskać czysty materiał dowodowy. Mikrowłókna, materiał komórkowy, DNA ulegały zanieczyszczeniu przy najmniejszym dotknięciu. Najlepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie pojazdu w stanie nienaruszonym specjalistom z Identyfikacji, ale Striker wiedział,

że jeśli w tej chwili nie wejdzie do środka i nie znajdzie czegoś, co stanie się wskazówką, podpowiedzią, uciekający czas może uniemożliwić odnalezienie Czerwonej Maski. Kolejna patowa sytuacja. Striker robił, co mógł, by niczego nie dotknąć, nawet kryształków stłuczonego szkła. Zręcznie uniósł matę podłogową, otworzył konsole, przewertował płyty kompaktowe i dokumenty rejestracyjne. Ujął w dwa palce pudełko papierosów i uchylił wieczko. W środku nie zauważył nic nadzwyczajnego, zamknął więc kartonik i odłożył na siedzenie pasażera. Pozostawał jeszcze kluczyk znaleziony w spryskanym krwią błocie. Był potencjalnym źródłem odcisków palców, chociaż wszystko do tej pory wskazywało, że Czerwona Maska nie jest na tyle głupi, by zostawiać za sobą jakiekolwiek ślady. A już z pewnością nie na kluczyku. Striker zdjął rękawiczki, w których dotykał papierosów. Włożył świeżą parę, wyciągnął kluczyk z kieszonki koszuli i obejrzał go uważnie. Był srebrno-czarny, z literą „H” na uchwycie, ale na stali nie miał wyraźnych zarysowań, a to oznaczało, że jest nowy. Następnie policjant przestudiował szary plastikowy breloczek i żółtą uśmiechniętą buźkę, cały czas szukając wskazówek. Wróciła Felicia. – Zarejestrowany właściciel nazywa się Taylor Drew – powiedziała. – Sam nie pali, a na dodatek, jak twierdzi, nikt nigdy nie pali w jego samochodzie. Striker podniósł wzrok. – Dobrze. Nie dotykaj papierosów. Zobaczymy, co Klusek na nich znajdzie. Felicia spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby chciała spytać: „Uważasz mnie za idiotkę?”, i zainteresowała się przedmiotami, które trzymał w rękach. – Znalazłeś to w błocie na zewnątrz? Striker przytaknął. – Fart – stwierdziła. – Raczej coś dziwnego – sprostował. – Choćby sam fakt, że mamy kluczyk. Samochód został skradziony, prawda? A zatem zabrany bez kluczyków. Widać uszkodzenia zamka w drzwiach od strony kierowcy, wiemy więc, jak dostali się do wnętrza. – Striker uniósł metalowy przedmiot. – W hondzie tym samym kluczykiem otwiera się drzwi i odpala silnik. A zatem – po co się włamywali? – Może kluczyk do stacyjki nie jest jednak taki sam jak ten do drzwi? – Otóż to… – powiedział Striker, a następnie gestem wskazał na kolumnę kierownicy. – I jeszcze – dlaczego nie znaleźliśmy śladów próby wyrwania stacyjki albo jakichś luźnych kabli? Felicia wzruszyła ramionami. – Mamy do czynienia z wyjątkowo ostrożnymi osobnikami. Wiedzą, że jeśli gliniarz zobaczy wyrwaną stacyjkę, od razu uzna pojazd za skradziony. – Ale to wiadomo już po skradzionych tablicach. – Striker obrócił w dłoni kółko z kluczykiem na drugą stronę, obejrzał breloczek. Był niewielki, szary. Uniwersalny. Przycisnął guziczek, ale żadne drzwi ani pokrywa bagażnika się nie otworzyły. – To pilot do czegoś innego. – Do garażu? – zastanawiała się Felicia. – Może. Albo do windy. Albo do drzwi wejściowych jakiegoś budynku… – Striker popatrzył na przytwierdzoną do kółka żółtą przywieszkę. Była z nim połączona krótkim łańcuszkiem. Odwrócił ją na drugą stronę. Widniała tam uśmiechnięta buźka, na której ktoś domalował dziurę po kuli między oczami i czerwoną strużkę krwi biegnącą w dół przez środek twarzy. Felicia się skrzywiła. – Strasznie oryginalne. Striker nie odpowiedział. Rozmyślał intensywnie, obracając buźkę pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Zastanawiał się, nie ruszając się z miejsca, nawet wtedy gdy nadjechał oznakowany radiowóz. Przegrzany silnik zgasł z głośnym rzężeniem. Z auta wysiadł konstabl Chris Pemberton, wysoki na sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów mężczyzna o wadze stu trzydziestu sześciu kilogramów. Mierzący sto osiemdziesiąt pięć centymetrów i ostro ćwiczący na siłowni Striker wyglądał przy nim jak przeciętniak. Pemberton, policjant od pięciu lat, był niezły w patrolowaniu ulic. Znajdował się na dobrej drodze do przejścia do bardziej wyspecjalizowanej jednostki. Striker opisał mu pokrótce sytuację. – Niech nikt nie wchodzi na ten teren ani stąd nie wychodzi oprócz nas i speców ze śledczego. Zrób rejestr

wszystkich obecnych z podaniem dokładnego czasu przebywania na miejscu zdarzenia. Jeśli zjawi się zastępca komendanta Laroche i będzie się pchał do środka, też ma się wpisać do rejestru. Ten głąb ma talent do niszczenia materiału dowodowego – zakończył. Pemberton skinął głową. – Gdy przyjedzie więcej jednostek – kontynuował Striker – chcę, żeby przeczesały cały obszar na północ i południe. Świadkowie, nagrania z kamer przemysłowych, wszystko. Gdy coś będziesz miał, dzwoń na moją komórkę. Będzie zawsze włączona. – Zrobi się, szefie. Striker spojrzał jeszcze raz na przypiętą do kółka z kluczykiem uśmiechniętą buźkę. Czuł, że tkwi w niej wskazówka do rozwiązania zagadki. Że istnieje powód, dla którego się tu znalazła, tylko on go jeszcze nie odkrył. Zastanawiał się też, dlaczego Czerwona Maska zgubił kółko z kluczykiem i całą resztą. Czy zwyczajnie je upuścił? A może jest ranny? Popełnił pierwszy błąd? Striker włożył kluczyk do brązowej papierowej torby, zakleił ją, a następnie zostawił Kluskowi na siedzeniu pasażera. Stał tyłem do hondy, zdzierając rękawiczki, gdy napotkał spojrzenie Felicii. Nie zadał sobie trudu, by się uśmiechnąć. – Zrobiliśmy tu wszystko, co było w naszej mocy – powiedział. Przytaknęła z ociąganiem. – Zwiał. – Nie na długo. Ruszył w stronę ich samochodu, a Felicia podążyła za nim. Wyjechali z uliczki i skierowali się na południe. Z powrotem do punktu zero. Tam, gdzie zaczął się koszmar. I gdzie spodziewali się znaleźć kolejny trop w sprawie. Do liceum Świętego Patryka.

8 Courtney Striker stała przed lustrem w przymierzalni sklepu z kostiumami dla przebierańców w Warwick, patrzyła na swoje odbicie i marszczyła czoło. Kostium pielęgniarki było seksowny, a tego właśnie chciała. Pragnęła czegoś, co przyciągnie wzrok każdego chłopaka napotkanego podczas piątkowej Parady Zagubionych Dusz. Tyle że było to dość popularne przebranie, sztampowe i cóż – po prostu nie w jej typie. Poza tym, taki sam kostium miała już Raine. A jeśli ona włoży go na Paradę Zagubionych Dusz, nie ma mowy, by Courtney włożyła identyczny. Jeśli pominąć świetnie wyćwiczone mięśnie brzucha, ciało Raine było zdecydowanie lepsze. O piętnaście centymetrów i długie, szczupłe nogi; Courtney miała nogi krótsze i bardziej muskularne. Raine była posiadaczką większych cycków, które wyglądały tak, jakby zaraz miały wyskoczyć z ubrania; piersi Courtney były małe i sprężyste. Raine miała skórę jak karmel; cera Courtney była biała jak śmietanka do kawy. I Raine miała ciemnoczekoladowe oczy, które mówiły „pieprz mnie”, jak to ujął wczoraj Bobby Ryan, kapitan drużyny hokejowej. Oczy Courtney zaś były niebieskie. Nie świetliście błękitne. Nie błękitne jak góra lodowa. Nawet nie jak zimowe niebo. Nie, były po prostu niebieskie. Do diabła, gdy przychodziło co do czego, żaden szczegół nie wytrzymywał porównania z Raine. Ta myśl zatruła nastrój Courtney. Sięgnęła ręką na plecy i zaczęła rozpinać sukienkę. Ledwie doszła do połowy, gdy Raine gwałtownym ruchem odsłoniła zasłonkę i wsadziła głowę do małej przymierzalni. – No i co, Court? Courtney wzruszyła ramionami i się skrzywiła. – Może coś innego. – Ale mogłybyśmy pójść jako bliźniaczki. Dwie pielęgniarki – to byłoby suuuper! Zwłaszcza później, na koncercie. – Nie. Chcę coś innego. Raine podała inne opakowanie z kostiumem. – A ten? To disnejowska księżniczka, wiesz, ta ruda – Arielka. W sam raz dla ciebie! – Masz na myśli Małą Syrenkę? – Courtney spojrzała na opakowanie i zobaczyła supermodelkę ubraną jedynie w nisko osadzony na tyłku rybi ogon i zielony biustonosz w kształcie dwóch muszli. Poczuła napływające do policzków ciepło. – Ten straaasznie dużo odsłania… Raine złapała za kolejną torbę. – A Mała Pastereczka? Twarz Courtney paliła nieznośnie. – Dlaczego w rogu jest napisane: „Dorosłe Fantazje”? Raine przyjrzała się opisowi. – Och, ten jest bez krocza – zachichotała, po czym dodała: – Już wiem! Tym razem wiem naprawdę! – zasunęła zasłonkę i znów zniknęła. Courtney się nie odezwała; kontynuowała rozpinanie guziczków na plecach i zastanawiała się, czy jej powiększający piersi stanik sprawi, że jej figura będzie choć trochę podobna do sylwetki Raine. Prawdopodobnie nie. To nie było w porządku. Raine była wspaniała. Ponętna. Miała wszystko. Chryste. Courtney zdjęła uniform pielęgniarki i zawiesiła go na haku, po czym opadła na ławeczkę. W samych majtkach i staniku czekała na kolejny kostium, jaki wygrzebie Raine. Przebieralnia była mała. Kwadratowe pomieszczenie, w którym Courtney z trudem mogła się odwrócić, wypełniał zapach podobny do woni cynamonu, pochodzący z aromatycznej świecy albo czyichś perfum, albo z nie wiadomo czego. Drażnił ją; dawała o sobie znać alergia. Dziewczyna siedziała, czując lekki powiew sklepowej klimatyzacji i pragnąc, by Raine się pośpieszyła. Zastanawiała się, czy przyjaciółka znajdzie dla niej coś odpowiedniego. Coś, w czym będzie wyglądać szałowo. – Przymierz to! – powiedziała Raine, wyskakując ponownie zza zasłonki. Jej niespodziewane wtargnięcie zaskoczyło Courtney. Zachichotała bezwiednie. Spojrzała na kostium, który Raine trzymała w ręce, i zobaczyła ciemnoczerwoną satynę i czarny jedwab. – Co to? – Czerwony Kapturek. Idealnie pasuje do twoich włosów. Gdy Courtney uniosła kostium i ujrzała, jak krótki jest dół, nerwowo przełknęła ślinę. – No nie wiem… Nie za dużo tu tej spódniczki…

– Właśnie. I do tego botki na megawysokich obcasach. Uwierz mi, będzie super. – Jesteś pewna? – Jasne, że jestem. Patrz, jak materiał przylega do twojego brzucha. Masz najbardziej płaski brzuch ze wszystkich dziewcząt. Chłopaki oszaleją na ten widok. Będą chcieli pić margaritę wprost z twojego pępka. Komentarz wywołał uśmiech na ustach Courtney. Ponownie przyjrzała się sukience, tym razem z większą pewnością siebie. Już miała ją przymierzyć, gdy zadzwonił telefon. Pragnęła, by był to Bobby Ryan – Boże, jest seksowny jak któryś z Jonas Brothers! – więc zmarszczyła brwi, widząc, czyj numer pojawił się na wyświetlaczu. Tata. Raine też to zauważyła. – Nie odbieraj. Będziesz musiała iść do domu. – Uwierz mi, nie mam zamiaru. Poczekała, aż komórka przestanie dzwonić, po czym przejrzała listę nieodebranych połączeń. Numer telefonu ojca figurował na niej trzy, może cztery razy. – Myers musiała mu powiedzieć – domyśliła się. – Więc twój stary wie, że urwałaś się z lekcji? Courtney oparła się o ścianę przebieralni i w poczuciu przegranej osunęła się na ławeczkę. – Już po mnie. Mam przechlapane. Uziemi mnie na stówę. Wszystko zepsuje. Imprezę, koncert… Szkoda, że mamy już nie ma. Przez chwilę panowało milczenie, ale w końcu Raine przejęła inicjatywę. Chwyciła kostium i przyłożyła do piersi Courtney. Gwizdnęła cicho, a jej usta ułożyły się w łobuzerski uśmieszek. – Głęboka, ciemna czerwień, maleńka. Uwydatnia twoje włosy. A poza tym czerwony jest seksowny. Bardzo, bardzo seksowny! Courtney uśmiechnęła się niepewnie. – Tak myślisz? – Jasne. Bobby Ryan będzie zachwycony! Podekscytowane dziewczyny chichotały przez chwilę. – No dawaj! – ponaglała Raine. – Przymierz to. Courtney wzięła od niej sukienkę, spojrzała na cenę i omal się nie zakrztusiła. – Widziałaś to? – Widziałam. I co? Policzki Courtney poczerwieniały. – Nie mam… Nie mam tyle kasy. – A kto mówi, że potrzebujesz? Courtney rzuciła nerwowe spojrzenie w stronę sprzedawczyni, która stała zaraz za zasłonką. – Nie mam zamiaru niczego kraść – szepnęła. Raine zaniosła się piskliwym śmiechem. – W takim razie, no cóż… Ja ci ją kupię. – To prawie dwieście dolców. Raine się uśmiechnęła. – Bycie seksowną laską nie jest tanie, Court. – Nie rozumiesz mnie – to prawie dwie stówy. – Stówa, dwie stówy… Cóż to jest? Courtney popatrzyła na sukienkę, a potem ponownie na Raine. – Masz tyle kasy? Znowu śmiech. – Moja stara ma. Zanim Courtney zdążyła coś jeszcze powiedzieć, Raine ją popędziła. – No, już dobrze, wkładaj! Dziewczyna dała za wygraną. Wciągnęła sukienkę i poczuła, jak jedwab i aksamit ocierają się o jej skórę. Poczuła się w niej dobrze. Seksownie. Odwróciła się tyłem do koleżanki, by ta pomogła jej zapiąć zamek na plecach, a następnie rozpuściła długie, czerwonobrązowe włosy, pozwalając im spłynąć na ramiona. – Bosko! – zachwyciła się Raine. Courtney przyglądała się swemu odbiciu w lustrze. Patrzyła na materiał, który przylgnął do jej ciała jak druga skóra, na zarysowany pod cienką, czerwoną satyną brzuch. Raine miała rację. Był płaski.

A ona wyglądała naprawdę nieźle. Telefon ponownie zawibrował na twardej powierzchni drewnianej ławeczki, Courtney sięgnęła więc po niego i wyłączyła. Nie, nie pozwoli, żeby tato to spieprzył! Musiała mieć ten kostium, bo w piątek zapowiadała się niezła balanga. Zdobyły bilety na Britney Spears – w pierwszym rzędzie! – a przed koncertem szły jeszcze na Paradę Zagubionych Dusz. Nie miały wyboru. Miał tam być Bobby Ryan.