wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Sebastian Uznański - Gra

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :281.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sebastian Uznański - Gra.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Sebastian Uznański
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 22 osób, 26 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 21 z dostępnych 21 stron)

Sebastian Uznański Gra © Sebastian Uznański www.fantastykapolska.pl Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska.

Celestta wyglądała jak mała, srebrna moneta rzucona na czarną płachtę aksamitu. Niegdyś teologowie twierdzili, że światem rządzi ład. Porządek, który możemy opisać prawami natury. Sądzili, że gwarantem i praprzyczyną tego ładu jest jakaś boska istota. Ci filozofowie nie znali oczywiście współczesnej fizyki, nauki opartej na absurdzie, paradoksie, będącej apologią chaosu. Prawa, które ta nauka opisywała, brzmiały z pozoru tak bezsensownie, że przyzwyczajone do operowania logiką formalną lub postformalną umysły większości ludzi nie były w stanie nawet ich poprawnie powtórzyć. Szczęściem kilku naukowców było zdolnych wydrzeć naturze jej sekret i zaprogramować maszyny tak, by wykorzystywały te prawa w praktyce. Dlatego możliwe stały się loty międzygwiezdne. Dlatego stało się możliwe terraformowanie planet. Dlatego niemożliwe stawało się możliwe. Ale kto z żyjących rozumiał choćby w części, dlaczego coś się dzieje? Wystarczy wpisać polecenie do komputera, a na ekranie pojawi się odpowiedź. Predykcja, prognoza, wyliczenia optymalnego kursu międzygalaktycznego. Komputer stał się narzędziem doskonałym. Spełnił bowiem wszelkie funkcje jakie narzędzie miało pełnić. Ułatwił człowiekowi życie, kompensował jego braki. Jak niegdyś miecz zamiast pazura, samolot zamiast skrzydeł, tak teraz zbiór mikroprocesorów zastąpił samodzielne myślenie. Życie ludzkie rozkwitało teraz na miriadach samodzielnych planet. Każdy, kto chciał mógł wyruszyć z najbliższymi i zbudować sobie od podstaw własny świat. Początki oczywiście nie były łatwe, ale prawdziwych kolonistów początki nigdy nie zrażały. Setki tysięcy małych osad czekało, pracując w trudzie i znoju, aż ich niegościnna skała zamieni się w raj. Oczywiście ludzie pozostawali tylko ludźmi. Komputery mogły bezpiecznie ich dowieźć na miejsce i zaprogramować dla nich eden, lecz nie mogły pomóc im radzić sobie z pustką i z demonami, od których uciekli na tą samotną skałę, a które zawsze, jakimś dziwnym trafem już tam na nich czekały. Zdarzały się samobójstwa i morderstwa, sekciarskie ruchy religijne i wybuchy szaleństwa, rewolty i bunty... Po to właśnie byliśmy my, pomyślał Riko. Celestta przypominała raczej duży talerz, z którego ktoś wylał na czarny obrus owsiankę. Rozlał mleczne plamy gwiazd i galaktyk kręcących się wokół siebie zgodnie z prawami tak chaotycznymi i zwariowanymi, że umysł ludzki wzdragał się przy próbach ich uświadomienia. Jak wygląda Bóg takiego wszechświata? Riko odwrócił twarz od ekranów. Najwyższy czas było ubrać skafander. Hunk był już po szyję omotany pancerzem, nawet Arti wzuwał buty. Riko odziewał się z najwyższą niechęcią. Ciężki, naszpikowany systemami utrzymywania życia, skafander sprawiał, że człowiek w jego wnętrzu był całkowicie bezpieczny. Żadna broń kolonistów nie mogła choćby zarysować ultrawytrzymałego pancerza. Dlatego siły interwencyjne były tak nieliczne. Trójka ludzi z tak potężną ochroną mogła spokojnie zdławić nawet wielotysięczne powstanie. Była to tylko kwestia czasu. Gdy Riko zaciągał się do wojska, nikt mu nie powiedział, że bycie żołnierzem to takie nudne zajęcie. Nawet kropli adrenaliny w żyłach. Programy symulacyjne były bardziej ekscytujące. Tam można było chociaż zginąć na niby, otrzymać napis „koniec” na gwałtownie poczerniałym ekranie. Tymczasem jego praca była jałowa jak gra komputerowa, w której ktoś włączył nieśmiertelność. On strzelał i zabijał naprawdę. Jego przeciwnicy zaś mogli równie dobrze rzucać w niego patykami, jak i wytaczać działa blasterowe. Jedyne razy, jakie otrzymywał, uderzały w jego sumienie. Gasnące spojrzenia umierających ludzi i stosy czaszek, jakie zostawiał za sobą, to był cios, którego nie mógł odbić żaden elektroniczny pancerz. Koloni były miliardy miliardów. Chyba tylko komputery wiedzą, ile... Właściwie to, co kilka godzin na którejś wybuchała rewolta i któryś ze statków sił interwencyjnych zmieniał kurs, by zaprowadzić porządek.

Niekiedy wzywano jego statek. I wtedy starał się zrobić wszystko, by stos czaszek nie urósł. Celestta wypełniała sobą cały ekran. Gigantyczny świetlisty dysk. Riko zawsze starał się prowadzić negocjacje z kolonistami przy użyciu minimalnej siły. Niekiedy sama demonstracja mocy skafandrów zmuszała buntowników do poddania się. Czasem wystarczała obietnica pomocy z planet-miast, z których pochodzili koloniści. Najczęściej dostawali, to czego chcieli. Nikomu nie zależało na trupach. Riko, gdy był młody, zastanawiał się nieraz, dlaczego przy tak ugodowej polityce rządu, dochodziło w ogóle do rebelii. Teraz bogatszy o doświadczenie nie miał podobnych pytań. Gdy wpatrywał się w ziejące czernią ekrany, gdy zewsząd uderzała go pustka, bezsens i samotność, to sam gotów był krzyczeć. Wyć jak zwierzę, zarzynane powoli i w sposób, którego nie rozumie. Riko nie wiedział, czy to przestrzeń międzygwiezdna była taka nieprzyjazna, czy świat w ogóle. A może to on sam był felernym egzemplarzem niezdolnym do życia, egzystującym w stanie półtrwania. Zazdrościł Hunkowi, bo o ile Riko był negocjatorem i dowódcą zespołu, o tyle Hunk wkraczał, gdy wszystkie inne rozwiązania zawiodły. Stanowił jednoosobową armię i zwykle to on samotnie stawiał czoła rzeszom rebeliantów. Riko i Arti stanowili jedynie cichą asystę, pozbawioną nawet ćwierci jego zapału do walki. Silny, potężnie zbudowany żołnierz o krótko ostrzyżonych włosach, kwadratowej mocno zarysowanej szczęce, zabijał z żelazną precyzją i nie miał najwidoczniej po tym żadnych wyrzutów sumienia. Opowiadał o swych czynach bez zażenowania, uwodząc chełpliwymi historiami kolejne panienki podczas przepustek. Używki i kobiety zabierały cały jego żołd, ale nie rzucało to cienia na jego niczym niezmącone szczęście. Ironiczne było, że ktoś, kto zabijał z taką łatwością, żył pełnią życia. Jakby zabierał energię swych ofiar, kradł im dusze, pomyślał Riko. I zaraz zganił się za wariackie myśli. Gdyby dowiedzieli się o tym w dowództwie floty, zapewne miałby nieliche kłopoty. Żołnierz nie może dawać wiary przesądom. Musi myśleć racjonalnie. Musi być ostatnim bastionem racjonalizmu w oszalałym wszechświecie. Terraformowanie Celestty było na zaawansowanym etapie. Planeta posiadała już atmosferę. Statek zachybotał raz, drugi nim Arti wyrównał lot. Właśnie, Arti. Miał żonę, dwójkę dzieci czekających na niego w miejscu, które mógł nazwać domem. Na „Diavetusie” był nawigatorem, specem od komunikacji z komputerami i jedyną nadzieją statku, gdyby te zawiodły. Znał podstawy fizyki tachionowej i pól talta. To niewiele, ale mogło wystarczyć by doprowadzić ich w zamieszkałe rejony w razie awarii. Rzadko i niechętnie wychodził z rakiety i nigdy też nikogo nie zabił. Na swój cichy, spokojny sposób był szczęśliwy. Chyba. Riko chciał w to wierzyć. Chciał, by jakiś porządny człowiek był na tym świecie szczęśliwy. Dlatego ukrywał przed dowództwem defetyzm chłopaka i gotów był sam walczyć po dwakroć, byle tylko nie skazić jego czystej duszy. Dla niego to tylko kilka czaszek więcej na stosie... Poczuli głuche uderzenie, a następnie potężny wstrząs targnął statkiem. Przez kadłub przebiegła gwałtowna wibracja, której nie zdołały wytłumić amortyzatory. Ekrany zapełniły się kłębami rdzawego kurzu. -Wylądowaliśmy.- Oznajmił lapidarnie Arti. Riko zamiast odpowiedzi nałożył hełm skafandra na głowę. Żaden komentarz nie był odpowiedni, jeżeli za chwilę mieli iść zabijać. Kurz jeszcze na dobre nie opadł, gdy z głośnym szczękiem odsunął się właz „Diavetusa” i trójka mężczyzn wbiegła na piasek Celestty. Pierwszy szedł Hunk, największy i najbardziej postawny, z lufą miotacza groźnie kłującą przestrzeń przed sobą. Za nim zdążał Riko, ustępując posturą towarzyszowi, a zupełnie na końcu Arti, drobny, nawet najmniejsze skafandry zdawały się być zbyt duże dla niego. Od strony budynków kolonii zmierzały ku nim dwie sylwetki. Riko wysforował się przed Hunka. Wiele wskazywało, że są szanse na negocjacje.

Najpierw zobaczyli młodą, czarnowłosą kobietę, na oko koło trzydziestki. Smukłą, zgrabną, o niezwykle regularnych rysach twarzy, ale też zaskakująco ostrych. Właśnie ostrych... Riko odniósł wrażenie, że dziewczyna każdym ruchem tnie powietrze, rozrywa jego ulotną materię. Jakby wokół niej wirowały brzytwy. Nawet jej szaty były w zdumiewający sposób potargane w kilkumetrowe paski, które owijały się wokół niej a wiatr je rozwiewał i wlokły się za nią, łopocząc, przez co każdy jej ruch, sprawiał wrażenie rozciągniętego w przestrzeni, zamazanego. Tworzyła tak nierealistyczne wrażenie, że wprost nie mogła być prawdziwa. Za nią szedł, powoli powłócząc nogami, mężczyzna z gwiazdą szeryfa. Wąsaty, o poplamionej wątrobowymi plamami twarzy i podkrążonych oczach wyglądał jak typowy urzędnik policji. Riko dałby sobie głowę uciąć, że jego oddech cuchnął tanim alkoholem. Ci dwoje stanowili razem dziwny obraz, spotkanie tego, co zwykłe, z tym co niezwyczajne. Riko czuł, że musi przełamać ciszę. -Jestem sierżant Rikodem Marwy, Gwiezdne Siły Interwencyjne. Obok mnie stoi kapral Hunk O’Hara, z tyłu szeregowy Artosław Bratny, nasz nawigator i analityk komputerowy. Otrzymaliśmy informacje o serii niewyjaśnionych zgonów. Pragnęlibyśmy rozmawiać z burmistrzem tej kolonii... -Na imię mam Verean. Burmistrz zginął parę tygodni temu. Teraz ja tu jestem... Kimś w tym rodzaju...- Miała ciepły, melodyjny głos. Nie pasował do niej, do pierwszego wrażenia osoby zimnej i wyniosłej. Ten dysonans, razem z enigmatycznymi słowami dziewczyny potrącił kilka strun niepokoju w jego duszy. Nagle poczuł, że jeszcze pożałuje, iż nie czekają tu na nich oddziały uzbrojonych po zęby rebeliantów. *** Każdy kolonista, który decydował się opuścić przeludnione planety-miasta i założyć własny świat miał wszczepiony miniaturowy nadajnik sprężony z sercem właściciela. Gdy serce to przestawało bić, nadajnik wysyłał sygnał do komputera, znajdującego się na promie, którym przybyli osadnicy. Tam sygnał był wzmacniany przez potężne anteny statku i wędrował przez mgławice do Centralnej Bazy Danych Galaktyki. Gdy z jednego miejsca, w krótkim czasie, otrzymywano wiele takich sygnałów oprogramowanie monitujące podnosiło alarm. Sugerowało to bowiem zamieszki, rewoltę, zarazę, klęskę ekologiczną lub inne nieszczęście. Wtedy wysyłano siły interwencyjne. Oczywiście pozostawało pytanie, dlaczego rząd nie pozwala separatystom na odległym kamyku buntować się ile tylko zapragną i wysyła żołnierzy. Zdaniem Riko było to bardzo dobre pytanie. Czy chodziło o utrzymywanie iluzji porządku w galaktyce? Gdy otrzymali sygnał z Celestty, sądzili, że sprawa się ma podobnie jak w przypadku innych planet. Spróbowali nawiązać kontakt z kolonią, a gdy ta próba zawiodła mogli raczej wykluczyć zarazę i klęskę ekologiczną. Ofiarom tychże zwykle zależało na pomocy z zewnątrz. Pozostawała więc rewolta. Zadanie proste i schematyczne, dzięki supertarczy skafandrów bojowych. Tymczasem nikt ich nie atakował... I cała sprawa miała się zgoła odmiennie, niż mogliby sobie nawet wyobrazić. Siedzieli w domostwie Verean i chłonęli każde słowo dziewczyny, próbując bezskutecznie poukładać sobie roztaczaną przez nią wizję w sensowną całość. -Mogłaby pani powiedzieć coś więcej o kontakcie z tą obcą cywilizacją? - Ostrożnie zagaił Riko. -Nie można właściwie mówić tu o kontakcie - odrzekła dziewczyna.- Natknęliśmy się tylko na ruiny ich budowli. Całkowicie opuszczone. Jedyną istotą, która je zamieszkuje jest Gra. Zresztą, słowo istota nie jest najszczęśliwsze. Gra była kiedyś, jak sądzimy, ich narzędziem i nie jest chyba żywa, przynajmniej w naszym znaczeniu tego słowa. Wydaje się, że nawet to

nasza obecność ją jakoś ożywia, my dajemy jej życie...-Zawahała się. Długie czarne kosmyki włosów spadły jej na twarz. Zdmuchnęła je gniewnie. -Jak wirus... - Mruknął Arti. -Słucham? - Dziewczyna spojrzała na niego badawczo. -Wirusy ożywają dopiero w komórkach żywiciela. Wcześniej są martwe. Tak tylko sobie pomyślałem... -Całkowicie błędne skojarzenie, żołnierzu. Wirus kojarzy się z czymś złym. Tymczasem Gra daje nam sens życia. Wypełnia pustkę egzystencji. Mamy po co istnieć... -...By się mordować. - Dokończył twardo Riko. -Nikt tu nie jest mordowany sierżancie Marwy. Każdy dobrowolnie zgłasza swój udział w Grze. Jesteśmy w pełni świadomi jej zasad. Tego, że biorąc w niej udział możemy umrzeć. -Ciekawi jesteśmy pozostałych zasad. -Są bardzo proste. Gdy Gra chce z nami zagrać, informuje o tym wybraną przez siebie osobę, którą my nazywamy Najwyższym Kapłanem... -Co to znaczy - „informuje”? W jaki sposób? -Ta osoba po prostu o tym wie... Nie wiem jak ani skąd... Po prostu wie... -Może ten Najwyższy Kapłan mógłby nam udzielić bardziej wyczerpujących informacji.- Zauważył z przekąsem Riko. -Nie sądzę.- Odparła cicho Verean. -A to niby czemu? -Bo to ja nim jestem. Zapadła pełna napięcia cisza. -Ciekaw byłem, co oznacza „kimś w rodzaju burmistrza”...- Odezwał się kąśliwie Hunk. -Czym jeszcze nas zaskoczysz, Verean?- Zapytał się Riko nie spuszczając uważnego wzroku z twarzy dziewczyny. -Mam przeczucie, że pobyt na Celesttie będzie dla was obfitował w same niespodzianki, sierżancie. I to niestety, niekoniecznie przyjemne. Lepiej stąd odlećcie, póki możecie. -Mówisz w imieniu tej ...Gry? -We własnym. Ona nie zna litości ani miłosierdzia. Ja znam. -Obawiam się, że nie możemy stąd odlecieć póki nie zbadamy do końca tej sprawy. Wróćmy do tematu. Opowiedz nam więcej o regułach Gry... -Gdy Najwyższa Kapłanka otrzyma informacje o gotowości Gry, wszyscy gromadzimy się przy terminalach rozsianych po budowli obcych. Kiedy każdy z nas jest na swoim miejscu, ja rozpoczynam Grę, przykładając prawą dłoń do powierzchni terminala. Jeden z nas w tym momencie otrzymuje zwitek papieru z nazwiskiem osoby, którą ma zabić. W dowolny sposób. Nożem, laserem, gołymi rękami... -To okropne...- Wyszeptał Arti. -Pamiętaj, że wszyscy zgodziliśmy się na to. Nikt z nas nie wie, czy sam nie jest celem, ani czy jego najbliższy przyjaciel nie jest Łowczym. Spędzamy dnie i noce na hazardzie, którego stawką jest nasze własne życie. Czas pełen lęku, samotności, ciągłej ucieczki, ale też niezwykłego zbliżenia z ludźmi, których może widzi się po raz ostatni, których ciepło jest jedyną ostoją bezpieczeństwa, bo obroną przed paranoją jest tylko całkowite zaufanie do drugiego człowieka. A w regułach Gry jest zapisane, że to zaufanie będzie kiedyś zawiedzione, bo każdy z nas zostanie zabity przez drugiego. Nigdy nasze życie nie miało tyle sensu, nie czuliśmy, że żyjemy tak prawdziwie, do końca, w pełni. -Życie wasze nabrało smaku w obliczu śmierci. - Skwitował krótko Riko. -Wcześniej był tylko ból, znój i nuda kolonii rodzącej się na pustej skale, bez żadnych perspektyw dla najbliższych dziesięciu pokoleń. Nasze prawnuki zastaną tutaj raj, jednak to my go budujemy z piekła. - szeryf o imieniu Raphl odezwał się w końcu. - Ta Gra jest dla nas czymś... istotnym. Nie śmiejcie się z tego.

-Chcielibyśmy zobaczyć tę Grę. - Poprosił Riko. - Zanim podejmiemy próbę oceny was i tego, co robicie. -Rozsądne żądanie. Chodźcie za mną.- Dziewczyna ruszyła do wyjścia. Chcąc nie chcąc, zdziwieni jej impulsywnością, podążyli za nią. -Wirusy w końcu zabijają swych żywicieli...- Mruknął do siebie Arti, idąc na końcu. *** Stali przed kompleksem tak rozległym, że nie sposób było go nawet ogarnąć. Budowla musiała być wielkości miasta, jeżeli nie metropolii. Skojarzenie było tym silniejsze, że zewsząd ku niebu wyrastały z budynku prostopadłościany podobne ziemskim wieżowcom. Jednak obok nich wznosiły się dachy w kształcie piramid, majaczyły kopuły, jakby od planetarium, pobłyskiwały w słońcu szpice wytworów przypominających gigantyczne korkociągi. Riko nie spodziewał się czegoś tak olbrzymiego. Przybysze stali oszołomieni rozmachem przedsięwzięcia. Przez chwilę sierżant zastanawiał się czy możliwe jest, by taki moloch został stworzony przy pomocy skromnych środków, jakimi dysponowała kolonia. A jeżeli nie, to czym u diabła był? Kto go stworzył? Dawno temu jakaś sekta religijna dla swoich tajemniczych obrządków? Zdarzało się tak czasem. A może jednak obcy? Jeżeli tak, to powinien wezwać pomoc. Ekipy naukowe. Być może także wojsko. Nie marny patrol, ale regularną, ciężkozbrojną armię. Minie trochę czasu, zanim tutaj przybędą. Będą duże koszty. I jeżeli się pomyli, pożegna się z karierą. Tak czy inaczej, musi zatem wejść do budowli i rozeznać, kto był jej konstruktorem, zanim zawiadomi Centralę. Niezależnie od tego, czy uwierzył dziewczynie, czy też nie. Zresztą uwierzyć jej nie mógł, całe jego długoletnie szkolenie mu na to nie pozwalało. Tysiące planet, na których wykwitały jedna za drugą coraz bardziej niedorzeczne religie, by ludzkość mogła dostać do ręki oręż do walki z bezsensem i pustką. Wszystkie siebie wartę. I raz po raz doniesienia o kontakcie z wyższą inteligencją, po sprawdzeniu będące jeszcze jednym niepotrzebnym świadectwem niekończącej się i wiecznej samotności człowieka. Bo prawda była taka, że kosmos był pusty i nic nie mogło sprawić, by było inaczej. Riko był zbyt mądry by uwierzyć. Z drugiej strony czym innym było to, że teraz stoi nieruchomo miast po prostu wejść do środka, jak aktem wiary? Falsyfikat nie dawał powodów do wahania. Jego rozum się wzdragał przed uznaniem prawdziwości słów kapłanki, dusza jednak już zaczęła przechodzić na stronę wroga. -Jesteście pewni, że chcecie tam wejść? – W jej oczach była po trosze drwina, a po trosze troska. Sierżant nie wiedział, co bardziej go ubodło. Jestem oficerem Gwiezdnych Sił Interwencyjnych, pomyślał. Kim ty jesteś, by... Nie mogli dłużej tak stać. Należało coś zrobić. Czy mu się wydawało, że w oczach dziewczyny widział teraz wyzwanie? Riko połączył się z towarzyszami na prywatnej linii. -Hunk, Arti, pod żadnym, ale to pod żadnym pozorem nie zdejmujcie skafandrów. To rozkaz. Następnie, już tak, by być dla wszystkich słyszalny, rzekł powoli i pewnym głosem: -Pewnie, że wejdziemy. Cóż nam się może stać.- I wkroczył za bramę. Widzisz, jakie to proste, pomyślał. W środku, mimo że żołnierze nie widzieli żadnego oświetlenia, było jednak jasno. Zdawało się, że blade, mętne światło przebija się poprzez ściany budowli, emanuje z sufitu i podłogi. Riko natychmiast zauważył, że Verean stoi przy wystającej ze ściany szklistej wypustce. -Czy to jest ten terminal?- Zapytał. Dziewczyna pokiwała twierdząco głową.

-Zgadza się. Gdy nad terminalem zaświeci się zielony prostokąt, można wejść do Gry. Wystarczy przyłożyć dłoń do czytnika i chwilę poczekać. -Czekać na co? -Aż światło zmieni kolor na czerwony. To będzie oznaczać, że Gra się rozpoczęła. A gracze wkroczyli właśnie w największą przygodę ich życia. -Czy te terminale są ułożone w jakimś porządku? -Prawdopodobnie w przypadkowym, ale nie szukaliśmy nigdy żadnej reguły. U nas się mówi, że gdy potrzebujesz znaleźć Grę, po prostu wejdź za następny zakręt korytarza. -Czyli są rozmieszczone dość gęsto. - Skinął głową ze zrozumieniem Riko. -Nie ujęłabym tego w taki sposób. -Są miejsca gdzie terminali w ogóle nie ma. One się pojawiają i znikają. Odpowiadają na nasze wezwania.-Odezwał się szeryf. Tymczasem Verean ruszyła w głąb budowli. Gdy podążyli za nią, sierżant po raz kolejny skontaktował się na prywatnym kanale z Artim. -Obserwuj tą budowlę uważnie, chłopcze. Jak wygląda, z czego jest zrobiona. Interesuje mnie zwłaszcza, czy oni mogli coś takiego sami zrobić. W porządku? -Jasna sprawa. Szli przez plątaniny korytarzy, rozdroża zbiegające się pod nieprawdopodobnym pod względem funkcjonalności kątem, Verean zaś za każdym razem zdawała się bezbłędnie wybierać trasę, prowadząc ich ku tylko sobie znanemu celowi. Przechodzili przez ciemne, ogromne hale, szli po żelaznych mostach zawieszonych nad otchłanią, wspinali po krętych kamiennych schodach. Riko zaniepokoił się. -Arti, chłopcze, możesz nam zrobić mapę tego cholerstwa? Nie chciałbym się znaleźć w kłopotliwej sytuacji, gdyby nasi gospodarze obrazili się na nas i gdzieś sobie poszli. -Zrobię, co w mojej mocy, sierżancie. -Wiesz już, z czego to jest zbudowane? -Korytarz przy wejściu i terminale są zbudowane z nieznanej mi substancji. Natomiast na przykład te przestronne hale to beton zbrojony żelaznymi prętami. Znam składniki większości pozostałych elementów tej budowli. Odpowiedź na pana wcześniejsze pytanie, sierżancie: Tak, mogli to sami wybudować. Nie wiem po co, ale mogli. -Dobra robota.- Pochwalił go Riko i przełączył się na ogólnodostępny kanał. Podszedł do Verean. -Te puste hangary i korytarze nie wyglądają zbyt imponująco. Zwłaszcza jak na budowlę obcych...-Zagaił sceptycznie. -Może pewne rzeczy postrzegamy tylko tak, jak potrafimy.- Ucięła krótko dziewczyna. -Może nie liczy się to, co na zewnątrz, tylko to, co wewnątrz.- Dorzucił równie enigmatycznie szeryf, wskazując dłonią ku sobie. Riko się zirytował; -Dość już mam tego wałęsania się bez celu i słuchania tych waszych mistycznych bzdur. Czy ktoś z was mi powie, dokąd właściwie idziemy? -Spokojnie, sierżancie. Już jesteśmy na miejscu. Chcieliście zobaczyć Grę, więc zaprowadziłam was do samego jej centrum. Stąd inicjuję Grę. Proszę wejdźcie.- Dziewczyna musnęła ręką ścianę, która natychmiast rozstąpiła się na dwie strony pod jej dotknięciem. Ich oczom ukazało się obszerne pomieszczenie. Na środku znajdowała się sięgająca sklepienia kolumna o średnicy trzech, może czterech metrów. Wokół kolumny osadzone były terminale. Szkliste wypustki wystawały także ze ścian. Nad każdym pulsował niespokojnie zielony kwadracik. -Dlaczego te terminale mrugają? Mówiłaś, że mają się po prostu świecić.- Zainteresował się Riko. -Nie wiem.- Odparła przerażonym głosem dziewczyna.- Pierwszy raz zdarzyło się coś takiego.

*** Verean chodziła nerwowo tam i z powrotem z pochyloną głową. Palcami obu rąk dotykała skroni i czoła. -Wydaje mi się, że wiem, co próbuje nam przekazać...-Odezwała się w końcu niepewnie.- Gra chce, żebyście z nami zagrali. A te mrugania... Są formą zaproszenia. Riko pokiwał powoli głową, tak jakby chciał powiedzieć: „Spodziewałem się tego”. -I co twoim zdaniem powinniśmy zrobić?- Zapytał krótko. -Decyzja przyłączenia się do Gry jest indywidualnym wyborem każdej jednostki.- Odparła oficjalnym, metalicznym głosem.- Nie mogę decydować o czyimś życiu lub śmierci. Nikt nie może. -Ale ja nie proszę cię o decyzję, tylko o opinię. Chcę znać twoje zdanie. Spojrzała na niego ostro, następnie odwróciła głowę, patrzyła gdzieś w bok. Myśleli, że nic już im nie powie, gdy nagle usłyszeli jej rwący się, załamujący głos, który jednak brzmiał dziwnie ciepło: -Nie zgadzajcie się. Nie macie z nią szans. Zrobi z wami, co zechce. Uczyni swoimi marionetkami. Teraz jesteście bezpieczni, ale gdy przyjmiecie zaproszenie... Będziecie w jej władzy. Nasyciliście już swoją ciekawość. Teraz odejdźcie stąd czym prędzej. Uciekajcie z tej skażonej planety. Ratujcie się.- Dokończyła żarliwie. -Co zatem robimy?- Zapytał się obcesowo Hunk. Riko dał znak, by przejść na częstotliwość prywatną. -Chyba nie zamierzamy brać w tym czymś udziału?- Spytał się nieco drżącym głosem Arti. Cholera, chłopak był jeszcze za młody do tej roboty. Cóż, nabędzie doświadczenia... Ja też kiedyś taki byłem, pomyślał sierżant. I rzekł głośno: -A właściwie dlaczego nie? Nie wierzcie chyba, że naprawdę mam do czynienia z Obcymi? Nie daliście się nabrać na to przedstawienie teatralne w wykonaniu tej szarlatanki? Arti wbił spojrzenie w ziemię, wyraźnie zawstydzony. -A więc niektórzy z nas dali się nabrać. W porządku. Ale teraz zastanówcie się racjonalnie, jaka jest szansa, że ona mówi prawdę? Arti, ty jesteś analitykiem, zapytaj swoich komputerów... -Nie muszę pytać... Wiem, że ona kłamie.- Odparł Arti cicho. Tylko czuję co innego, pomyślał. -Wspaniale. Pozwólcie, że przedstawię wam sytuację, tak jak ją widzę. Na Celesttie powstała szalona grupa religijna, praktykująca wyjątkowo niedorzeczne obrządki. Przewodzi jej jakiś sprytny oszust lub fanatyk. -Verean? -Wątpię. Nie wygląda na kogoś takiego. Jest jeszcze ktoś, kogo musimy zmusić do popełnienia błędu. Do ujawnienia się. Jeżeli teraz nie damy się zastraszyć i podejmiemy wyzwanie, będzie musiał jakoś zareagować, inaczej straci prestiż u współwyznawców. -Ktoś przyjdzie nas zabić, na ten przykład.- Wyjaśnił Hunk, niedbale oparty o ścianę. Arti zbladł. -Arti, mamy skafandry, do licha. Jesteśmy całkowicie bezpieczni.- Uspokoił go Riko.- A zamachowiec może będzie wiedział coś istotnego. Nastawcie broń na paraliż. -Czy to jedyny sposób?- Nie wiedzieć czemu budowla wywoływała w młodym nawigatorze zabobonny lęk. -A co mam innego zrobić? -Rozzłościł się Riko.- Nie ogrodzę całego, cholera wie jak dużego kompleksu armią wojska, żeby tylko ci ludzie nie mieli sobie gdzie zagrać. Zaaresztować Kapłankę? Pod jakim zarzutem? Zresztą i tak pewnie wybiorą nową...

Musiałbym zaaresztować wszystkich. Natomiast mi chodzi o mózg tego szaleństwa, bez którego całe to zgrupowanie rozleci się jak domek z kart. A by go złapać, musimy podjąć z nim grę. To najszybszy sposób. -Gdy tylko zagramy, zapewne rzuci się na nas tuzin facetów z maczugami.-Odezwał się Hunk.- A tymi już ja się zajmę, spokojna głowa. Będzie tak, jak na setce zbuntowanych światów, na których już zaprowadziliśmy pokój. -O.K., skoro tak mówicie... –Rzekł Arti, jakby wbrew sobie, z trudem.- Zgadzam się. -No to załatwione. Przejdźcie na łączność ogólnodostępną.- Zakomenderował sierżant.- Zgadzamy się.- Zwrócił się do Verean. -Czy każdy podjął świadomą, wolną decyzję?- Spytała się dziewczyna. -Startuj, kotku...- Wyszczerzył zęby Hunk. Arti tylko niepewnie skinął głową. -Skoro tak, niech każdy znajdzie sobie osobny terminal i przyłoży do niego dłoń. -Nie możemy ściągnąć naszych skafandrów. –Odezwał się Riko pokazując opancerzoną rękę.- Czy to nie będzie żadną przeszkodą? Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie. -Wasze wspaniałe skafandry nie są najmniejszą przeszkodą dla Gry. Przyłóżcie dłonie. Zrobili, jak powiedziała. Zauważyli, że w międzyczasie do sali weszło kilku innych kolonistów, którzy teraz podążyli za ich przykładem. Riko, niewiedzieć czemu odczuł suchość w ustach. Zdawało mu się, że przez materiał skafandra wyczuwa zimny, obły kształt obcej istoty. Dłoń dotykająca wypustki zrobiła się mokra od potu. W tej chwil Verean położyła rękę na swoim terminalu. I prostokąty zmieniły kolor na czerwony. *** -Dobra, który ma ochotę zatańczyć z tymi spluwami?- W rękach Hunka pojawiły się dwa miotacze. Wyprężył się groźnie i pomaszerował na środek sali. Spojrzał wyczekująco na osadników. Niedobrze, pomyślał Riko. Niepotrzebnie płoszy zwierzynę. Jest też przesadnie pewny siebie. Jakby chciał komuś zaimponować. Komu? Zerknął na Verean. Czarnowłosa, nie dało się ukryć, była piękną kobietą. Jasna sprawa. Hunk liczył, że podbije dzisiaj nie tylko tę planetę. Pewnie teraz pod kombinezonem pręży mięśnie, jak paw swoje pióra, pomyślał z wyraźną niechęcią. Aż oczy mu wychodzą z orbit, a i tak przez skafander nie widać jego wspaniałego ciała. Głupiec. Przez swoje amory naraża na szwank naszą misję. -Hunk, schowaj broń. Będzie na to czas.- Przez swą irytację, zapomniał przełączyć się na prywatny. Poszło przez głośniki. Cholera, trudno. Spojrzał na nawigatora. Chłopak znosił to wszystko wyjątkowo fatalnie. Riko był zły na siebie, że go w to wciągnął. Razem z Hunkiem poradziliby sobie świetnie sami. Nie prześladowałby go wtedy obraz bladej, wystraszonej twarzy Arta wyglądającej lękliwie zza szyby hełmu. -Arti, co ty tam miętosisz w łapach.- Pierwszy zauważył to Hunk. Nawigator nic nie odpowiedział, tylko zbladł jeszcze bardziej. Teraz także Riko zauważył biały rulonik w rękach chłopaka. Sierżant zastanowił się. Było to zgoła nieoczekiwane posunięcie przeciwnika. Ten, który stał za tym wszystkim miał niezwykle perfidny umysł. Riko był pewien, że to oni staną się celem ataku. Wydawało się to być logiczne. Racjonalne. -Spokojnie, Arti. Przecież nikogo nie będziesz zabijał...- Odezwał się uspokajająco Hunk. -A co się stanie, gdy Łowca odmówi zabicia swej ofiary?- Zapytał się Riko.- Macie na to jakieś zasady? -Giną obie.- Odparła Verean lapidarnie. -Zdarzyło się tak kiedyś?- Zainteresował się Hunk.

-Poprzednia Kapłanka nie chciała się podporządkować regułom Gry... -Mniejsza z tym. Hunk, zobacz proszę, kogo Gra życzy sobie wyeliminować naszymi rękami. Arti, pokaż mu. I co? -Sierżancie, powinieneś to zobaczyć...- Głos Hunka zmienił się zauważalnie. -Co tam jest napisane?- Wbrew sobie Riko poczuł niepokój. -Nazwisko jego żony... *** Siedzieli w minorowym nastroju we wnętrzu rakiety. Riko spojrzał na nawigatora. Arti trząsł się jak galareta. Sierżant czuł nieustające wyrzuty sumienia, że wciągnął chłopaka do tej akcji. Arti był dobry w swoim fachu i wykonywał swoją pracę bez zarzutu. Nie było potrzeby, by kiedykolwiek musiał wychodzić ze statku. -Arti, zrobimy tak: ja i kapral O’Hara spędzimy noc wewnątrz tej budowli. Mam nadzieję, że to sprowokuje ich jednak do jakiegoś nieprzemyślanego ruchu. Ty tymczasem zostaniesz na „Diavetusie” i postarasz się wysmażyć sensowny raport dla dowództwa. W porządku? -Dla mnie bomba.- Podniósł się Hunk.- Od tej bezczynności zastały mi się mięśnie. Czas już najwyższy skopać parę tyłków. Arti skinął powoli głową. W dłoniach wciąż obracał nerwowo otrzymany od Gry zwitek. Riko podszedł do niego, przykucnął: -Arti, posłuchaj. Twoja żona jest bezpieczna daleko stąd, na planecie San Paulo. Nikt stąd nie jest w stanie jej dosięgnąć. To próżne, efekciarskie pogróżki... -Ja... Ja ją kocham... Powinienem o nią dbać... Chronić ją... -Odkąd przylecieliśmy na Celestte działamy wedle procedur Gwiezdnej Floty. Racjonalnych, praktycznych wypróbowanych na tysiącach światów, niemal zawsze z zadowalającym rezultatem. Rozum zawsze wygrywa z irracjonalizmem. Ta religijna sekta próbuje nas pokonać, zaszczepiając nam swoje szaleństwo. Jeżeli im uwierzymy, przegramy. To tak jak ze śmiercią voodoo. To wiara w moc szamana sprowadza zgubę na ofiarę. Biali ludzie zawsze wygrywali z dzikusami. Czy byłoby to możliwe, gdyby szamani rzeczywiście mięli jakąś moc? To tutaj wygląda bardzo sugestywnie, ale nie zmienia to faktu, że jest to tylko bardzo pomysłowy zabobon. Weź się w garść, chłopie. Ochraniasz ją najlepiej, dobrze wypełniając tutaj swoje obowiązki. A za trzy dni odlecimy stąd, obiecuję ci to! Arti był wyraźnie pokrzepiony. Riko poczuł się zadowolony z siebie. Przybrał bardziej oficjalny ton. -Szeregowy, macie dla nas tę mapę? Przydałaby nam się dzisiaj. -Przepraszam sierżancie. Mój ręczny komputer nawala. Mam tylko bezsensowną, pourywaną plątaninę... Zajmę się tym niezwłocznie. Riko popatrzył na niego ze współczuciem. To nie komputer nawala, ale ty, pomyślał. Wszyscy dzisiaj coś nieco przeszliśmy. Zbudowałem u ciebie na powrót mocny mur utrzymujący z dala przesądy. Tylko, co mam zrobić z wyrwą w moim? -Hunk, zbieramy się! Skąd Gra wiedziała, że Arti ma żonę? *** Nie odważyli się rozbić obozu we wnętrzu budowli. W nocy napawała ich ona jeszcze większym lękiem, była dwakroć bardziej obca i przerażająca. Ulokowali obóz tuż przed głównym wejściem, przez które rano prowadziła ich Verean. Widać było z tego miejsca zarówno prostokąciki terminali, jarzące się złowrogą czerwienią, jak i z drugiej strony blade światła ziemskiego osiedla. Siedzieli teraz w jasnym kręgu Ogniska, sprytnego urządzenia,

które poza tym, że dawało im ciepło i światło miało też kilka innych przydatnych funkcji. Na przykład ochraniało ich sferycznym polem siłowym, oraz zawierało detektor ruchu o promieniu stu metrów. -Sierżancie, jesteśmy tutaj całkowicie bezpieczni- Hunk wskazał ręką na Ognisko.- Czy rozkaz o nie zdejmowaniu skafandrów jest absolutnie... Nieodwołalny? Riko spojrzał na drobinki rdzawego piasku podnoszone przez wiatr, przyglądał się przez moment jak wirują w powietrzu, następnie opadają. Pomyślał, jak przyjemnie byłoby czuć jak podmuch ciepła owiewa jego nagą skórę. Jak dobrze byłoby zapomnieć metalicznego smaku w ustach, i odetchnąć naturalnym, czystym powietrzem. Hunk wyczuł jego wahanie, bo drążył dalej: -Sierżancie, spójrz na tych ludzi. Nikt z nich nie ma nawet solidnej broni. Ja przyjrzałem im się bardzo dokładnie jak wracaliśmy do statku. Wiem, że załatwiłbym ich gołymi rękami. Myślę, że bez skafandra też by można rozpocząć dyskretną inwigilację tutejszego środowiska. Zaprzyjaźnić się z miejscowymi, może powiedzą coś interesującego. W głowie Rikiego zapaliło się czerwone światełko. -Kapralu, zapewne spacerując po osadzie, zwróciliście uwagę wielu tutejszych dziewczyn? -Za mundurem panny sznurem.- Odparł skromnym głosem Hunk. -Obawiam się, że na ten rodzaj inwigilacji pozwolić nie mogę. Przykro mi. Rozkaz jest nieodwołalny. Hunk westchnął ciężko. -Następną przepustkę dostaniemy nieprędko. To okrutne, by do tego czasu przez tę konserwę cierpieć na przymusowy celibat. -Te przepisy ochraniają wasz tyłek kapralu. Pamiętajcie o tym! Zamilkli. Riko oddał się ponurym rozmyślaniom. A co jeżeli ta dziewczyna, ta Kapłanka, mówi prawdę? Co jeżeli mam do czynienia z prawdziwym kontaktem z obcą istotą? Riko spojrzał na niezliczone gwiazdy migoczące nad nimi i pokiwał przecząco głową. Niemożliwe. Ludzie dotarli do tylu z nich i zawsze jedyne, co napotykali to własną, przeraźliwą samotność. Oczywiście, że ludzie nie mogli tego znieść. Niemal co dzień do Galaktycznej Centrali napływało skądś zgłoszenie o nawiązaniu kontaktu. Potrzeba starszych braci w rozumie musiała być ogromna, lecz pozostawała tylko potrzebą. Zgłoszenie było za każdym razem wnikliwie badano i trzeba było je uznać za fałszywy alarm. Przypominało to sierżantowi prace watykańskiej komisji to spraw cudów. Też wymagana była najwyższa ostrożność w ferowaniu wyroków. Rzekomy cud często okazywał się reakcją chemiczną, halucynacją, lub po prostu blagą. Czemu o prawdziwe teofanie jest w tym wszechświecie tak trudno? -Hunk? -Tak? -Zastanawiam się, dlaczego ci wszyscy ludzie biorą udział w tej durnej Grze. Przecież wystarczy by sami powiedzieli: „Dość!”. Dlaczego tak łatwo poddali się temu klimatowi autodestrukcji, tak łatwo oddali swe życie w ręce ślepego losu...? -Jakby nasze życie kiedykolwiek było w innych rękach...-Zadrwił kapral. A potem dodał poważniej:- Nie wiem. Może ta Gra spełnia jakieś nasze potrzeby, których sami nie do końca w sobie rozpoznajemy. -Tak, masz rację. Ona dotyka naszego czułego punktu. Gdzieś wewnątrz nawet my, doświadczeni żołnierze, oddaliśmy skrawek naszej duszy demonom niepokoju. Nie mówię nawet, co się dzieje z Artim. Biedny chłopak. Popełniłem błąd, każąc mu brać udział w tej Grze. Jest na to za młody. -A na pewno nie powinniśmy zostawiać Artiego samego w rakiecie...- Głos Hunka zmienił się odrobinę. Tylko odrobinę. -Pewnie masz rację...-Mruknął smętnie sierżant. -Na pewno mam rację, do cholery!!! Obejrzyj się!

Riko odwrócił się. Prosto w niebo pikowała ich rakieta, poblaskiem silników łagodnie rozświetlając niebo. Gwiazdy na jej torze znikały i gasły, by dopiero daleko za nią znów się blado zamajaczyć. Sierżant poczuł jak krew uderzyła mu do głowy. -Komunikator, szybko... Arti, do diabła, jesteś tam? Jesteś cały, chłopie? Co się tam kurwa, dzieje? Gdzieś, jakby z wielkiej oddali, usłyszeli w słuchawkach znajomy głos: -Spokojnie, sierżancie... Wszystko w porządku. Jestem cały. -Nic nie jest, kurwa, w porządku! Co się dzieje!? -Miałem sen... Dziwny sen... Śniła mi się moja żona... Gdy się obudziłem, wiedziałem, że znajduje się w niebezpieczeństwie. I że muszę ją chronić. Za wszelką cenę. Przykro mi. -Arti, przecież rozmawialiśmy, cholera, twoja żona jest bezpieczna, zaufaj mi... -Przykro mi sierżancie...- Dobiegło ich z oddali. Usłyszeli szereg trzasków. Kontakt się rwał. -Arti, zawiadom chociaż dowództwo, o tym co się tutaj dzieje. Zawiadom kogoś, słyszysz!? Odpowiedziała im pustka. Po chwili Hunk odezwał się ostrożnie: -Myślę, że spokojnie możemy się położyć spać. Bardzo zdziwiłbym się, gdyby tej nocy coś się jeszcze wydarzyło. A jak nawet, Ognisko nas zawiadomi. -Macie racje, kapralu. Jutro, miejmy nadzieję, uda mi się tu znaleźć nadajnik o odpowiednim zasięgu. Tymczasem dobranoc, Hunk. I pamiętaj. Nie ściągaj pod żadnym pozorem skafandra. Nie wiemy, z czym na przyjdzie się tutaj jeszcze zmierzyć. Riko przymknął oczy. Ale nie zasnął od razu. Cios, jaki zadała im Gra w pierwszej rundzie wstrząsnął nim do głębi. Jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że całkowicie panuje nad sytuacją, że to kolejna rutynowa sprawa. A teraz stracił rakietę, sprzęt i jednego człowieka. Dobry Boże, Arti, dlaczego...? Powinienem był się domyślić, że aż tak źle z tobą... Ale Riko miał też mgliste przeczucie, że to nie była tylko jego wina czy zaniedbanie. Gra w jakiś sposób wyczuwa ich słabe punkty i bezwzględnie przypuszcza na nie atak. A ich nowoczesny sprzęt, dający rzekomo całkowite bezpieczeństwo, tylko ich ośmiesza. Pomyślał też, że zaczyna myśleć o Grze jak o autonomicznej istocie, nie zaś artefakcie kolonistów. Zdał sobie sprawę, że ta zmiana sposobu myślenia już była jego przegraną. Gdy w końcu usnął, miał wiele koszmarów. Lecz nad ranem przyszły do niego piękne sny. Była w nich Verean. *** Był upalny dzień. Riko bez wyraźnego celu snuł się po osadzie. Mieszkańcy na jego widok przyspieszali kroku, schodzili mu z drogi. Sierżant był przyzwyczajony do takiej reakcji na oficera Sił Interwencyjnych. Nikt, na żadnym ze światów, na którym przyszło im wykonywać misje, nie traktował ich jak wybawców. Wszędzie otaczała ich w najlepszym razie pełna źle skrywanej niechęci grzeczność. Teraz też miał wrażenie, że odbiera olbrzymi ładunek wrogości od otaczających go ludzi. Nagle zniechęcony zapragnął udać się do obozowiska, przy którym czekał kapral. Wtedy ją zobaczył. Szła szybkim, energicznym krokiem osoby, która wie, dokąd zmierza. Ubrana była w białą bluzkę z krótkim rękawem i szare spodenki, tak krótkie, że odsłaniały opaleniznę ud. Włosy miała upięte z tyłu głowy w kok. Ona także go zauważyła. Podeszła do niego. -Witam sierżancie. - Zagaiła przyjaźnie - Cieszę się, że przeżyłeś tę noc. -Nie mogło być inaczej.- Uderzył pięścią w swój pancerz na piersi. -Ta zabawka zapewnia mi niemal nieśmiertelność. -Tutaj równie dobrze mogliście przynieść wiklinowe tarcze i kije. Ale ty o tym już wiesz. Brakuje jednego z twych ludzi.

Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. -Przypadek. Jeden z moich ludzi okazał się być... Nadwrażliwy. W tej sprawie, korzystając z uprzejmości waszego szeryfa, wysłałem już raport do dowództwa. -Raporty, skafandry... Nudne to wasze życie wojskowych... Spójrz, twoje przebranie krępuje tylko twoje ruchy, wiatr nie rozwiewa ci włosów, słońce nie opala skóry. Nie jesteś wolny. Zraża też do ciebie innych. Zobacz, tutaj jest tylu ludzi, którzy chętnie by do ciebie podeszli, pogadali. Ale ty wolisz odgrodzić się od nich pancerzem. Sprawiasz, że wydajesz się im wrogi, budzisz lęk. Nic dziwnego, że zostawiają cię w spokoju. O czym teraz myślisz oficerze? -O wielości punktów widzenia i rozumienia pewnych rzeczy. Przez moment szli obok siebie w milczeniu. -I co teraz? –Spytał Riko.- Jakie będzie następne posunięcie Gry? -Nie wiem. Nie istnieją żadne reguły pozwalające przewidzieć, co ona zrobi. -Myślałem, że istnieją jakieś zasady... Na przykład, że istnieje jeden Łowca i jedna ofiara. -Zasady Gry mogą ulec zmianie.- Dziewczyna zawahała się przez moment.- A odkąd wy przybyliście, mam wrażenie, że zmieniają się szybciej niż kiedykolwiek... -Dlaczego? Gra się nas boi? -Nie, to nie to...Wprowadziliście na Celestte nowy pierwiastek. A zmiana jednego elementu musi zmienić cały system. Wasz przylot wymusza ustalenie nowej równowagi. Gra się dostosowuje do was. Zmienia dla was. Akomoduje jak soczewka oka do nowego obrazu. -Gra potrafi reagować na nas w tak skomplikowany sposób? -Nadal jej nie doceniasz, prawda?- Była wyraźnie zniecierpliwiona jego sceptycyzmem.- To niemal żywy twór, precyzyjnie dostosowujący się do swoich użytkowników. Wiesz, o czymś ci opowiem. Była kiedyś taka teoria, rozpowszechniana przez dawną Najwyższą Kapłankę, że gra była kiedyś dla obcych, czymś w rodzaju maszynki do spełniania życzeń. Ot, podchodzisz do terminala i twoje marzenia stają się realnością. Obecnie ta teoria została uznana za heretycką, ale kto wie? -To dlaczego z nami, ludźmi funkcjonuje to inaczej? Dlaczego my się zabijamy? -Dobre pytanie, oficerze. Choć obawiam się, że odpowiedź nie najlepiej o nas świadczy. Zrozumiał. -Wierzysz w tę teorię? -Nie jestem pewna...- Pokiwała w zamyśleniu głową. -Co się stało z tą Kapłanką? -Zginęła podczas Gry. -Za rozpowszechnianie ... -Nie! -Przerwała mu gwałtownie.-Za to, że nie chciała zabić swego męża i siostry. Złamała reguły. Więc ona i mąż zginęli. -Kto ich zabił? -Skąd ja mam wiedzieć? –Wybuchła, najwyraźniej coraz bardziej poirytowana.- Ktoś z uczestników. Jesteśmy anonimowi, wiesz o tym. -Tak, wiem. Przepraszam. Co się stało z drugą siostrą? -Stoi przed tobą. -Dlaczego więc Gra cię nie zabiła?- Zapytał Riko w nagłym przeczuciu, że natrafił na coś ważnego. Jednak dziewczyna popatrzyła gdzieś w bok. -Czas na mnie. *** Nadciągnęła druga noc ich pobytu na Celesttii. Siedzieli, jak poprzednio, przy Ognisku, obok wejścia do budowli. Nastroje mięli jednak o wiele gorsze niż poprzednio. Nie sposób

było bowiem dłużej lekceważyć przeciwnika, który udowodnił im, że potrafi razić i to celnie. Przyjęcie roli ofiary w Grze, co jeszcze niedawno wydawało się im rodzajem żartu, czy też podstępem, mającym wywabić wroga z kryjówki, teraz zaczęło objawiać swe ciemne strony. Riko przyłapał się na tym, że co jakiś czas rozgląda się wokół niespokojnie. Mimo pola siłowego i czujników Ogniska. Przełknął ślinę, zwilżając nieco zaschnięte gardło, może od lęku, może od gorąca, bo upał jeszcze był przeraźliwy. Ziemia, nagrzana za dnia, oddawała teraz nocnemu powietrzu całe ciepło, czyniąc je gęstym i powolnym. Zdawało się, że przylega ono do powierzchni ich skafandrów, nie pozwalając się podnieść, powodując, że najlżejszy ruch wyglądał jakby odbywał się w jakiejś mazi. Gdzieś, daleko nad miastem, drobne punkciki szybkim lotem gasiły i znów zapalały gwiazdy. Nietoperze. Sierżant postarał się na moment zapomnieć o celu ich misji. Chciał się rozprężyć. Pomarzyć. Puszczona swobodnym torem fantazja wnet przyniosła przed jego oczy obraz Verean. Riko musiał sam przed sobą przyznać, że dziś nie wałęsał się bez celu po mieście kolonistów. Miał nadzieję, że ją spotka. Nagle poczuł się okrutnie nie w porządku w stosunku do Hunka, któremu niemal wprost zabronił amorów, zakazując ściągania skafandra. A tymczasem ja jak wykorzystuje każdą wolną minutę? Myślę o dziewczynie, odpowiedział sam sobie. Och, Hunk, bracie, jakoś ci to wynagrodzę, gdy to wszystko się już skończy. Nie zauważył, kiedy zmorzył go sen... Obudziło go przeraźliwe wycie Ogniska. W sekundzie zerwał się na równe nogi, w jego dłoni pojawił się miotacz. Spojrzał na budowlę. W jej wejściu zamajaczyła jakaś postać. Następnie przepadła wewnątrz. Sierżant szybkim ruchem wyłączył pole ochronne Ogniska. Hunk tylko na to czekał, puścił się pędem w pogoń. Riko niewiele myśląc ruszył za nimi. Rozsadzała go radość, że wreszcie coś się dzieje, że nieprzyjaciel popełnił długo oczekiwany błąd i spróbował ataku. Przypływ świeżego entuzjazmu nasycał energią mięśnie, sprawiając, że bieg wydawał mu się łatwy i lekki. Mimo to odległość między nim, a znacznie lepiej wysportowanym kapralem zwiększała się sukcesywnie. Był to jednak tylko dobry znak, znaczyło to, że Hunk na pewno dogania już swą ofiarę. Riko nie wyobrażał sobie, by ktoś mógł biec szybciej niż teraz kapral O’Hara. Jednak, gdy za kolejnym zakrętem korytarza omal nie stracił towarzysza z oczu, poczuł delikatne igiełki niepokoju. Był teraz gotów skląć od wszystkich diabłów Artiego, za to, że nim odleciał z całym sprzętem, nie skończył tego cholernego planu budowli. Skafander zaczął mu zauważalnie ciążyć, płuca pracowały jak miechy, serce głośno łomotało w piersi. Targnęło nim niezwykle silne przeczucie, że dzieje się coś złego, a stanie jeszcze gorszego. A on nic nie może zrobić. -Huuunk!!!- Krzyknął w biegu na całe gardło, lecz nikt mu nie odpowiedział.-Zawracaj, głupcze! Para wodna i pot z czoła skropliły się na szybie hełmu zamazując widzenie. Biegł prawie na ślepo, gnany nierytmicznym werblem serca. Niewyraźne czerwone plamki, tutaj rozmieszczone wyjątkowo gęsto zmieniały się w smugi, ale znaczyły też drogę, jak światła na pasie lotniska, dzięki nim nie wpadał na ścianę. Przypominały też bezwzględnie, kto tu jest ofiarą. Riko stracił nadzieję, że dogoni towarzysza. Zataczając się ściął kolejny zakręt. Oni tam stali oboje. Ona była na luzie, nieco wyzywająca, ubrana tylko w jednoczęściowy czarno-zielony kombinezon z zamkiem z przodu. On stał do niego tyłem, ogromny, zbrojony skafandrem, dyszący z pożądania. Dziewczyna zaczęła powoli rozpinać zamek, widać już było, że pod spodem była naga, jej pełne, mlecznobiałe piersi wymknęły się spod szaty. Hunk zaczął manipulować przy hełmie.

Cholera, Hunk nie ściągaj skafandra, pomyślał Riki i chciał podbiec do nich. Lecz ze ścian budowli wypłynęła przeźroczysta płyta, zamigotała jak tafla jeziora, a rozpędzony Riki wpadł na nią i odbił się bezsilnie zostawiając ślad jak kropla wody, gdy wpada do stawu. -Hunk nie ściągaj skafandra, to do cholery rozkaz, nie ściągaj skafandra.- Krzyczał bezsilnie, w złości i bezradności. W końcu szarpnął za dyndający przy pasie miotacz, skierował lufę na przeszkodę, strumień straszliwej energii rozbłysł i zgasł doskonale zaabsorbowany. Czy mu się wydawało, Verean popatrzyła na niego przez chwilę? Hunk oswobodził się już niemal całkowicie ze skafandra, ujął w dłonie piersi dziewczyny, rozsunął jej zamek aż do końca, tak, że ukazało się opalone podbrzusze. Jego dłoń zniknęła między jej nogami. Verean jęknęła cichutko, poruszyła niecierpliwie biodrami do przodu. Czy mu się wydawało, czy cały czas na niego patrzyła, oczami czarnymi jak obsydian? Wystrzelił kolejny strumień energii w przeźroczystą taflę. A potem jeszcze jeden. Strzelał, aż skończyła się amunicja w miotaczu, więc rzucił go precz, wyjął pistolet i strzelał dalej i tak do końca, aż zabrakło mu pocisków w broni. Szkłopodobna płyta pozostała nienaruszona. *** Skóra na ramionach i policzkach po raz pierwszy od tak długiego czasu wystawiona na bezpośrednie działanie promieni słonecznych była poważnie zaczerwieniona i dokuczliwie piekła. Riko siedział na ławce gdzieś w mieście, oplątany serią kabli i przewodów, zaś skafander leżał bezwładnie u jego stóp. Na kolanach trzymał miotacz, na którym, przy pomocy mikronarzedzi, dokonywał starannie niezwykle precyzyjnych operacji. -Nie przeszkadzam? –Usłyszał niespodziewanie nad sobą znajomy, damski głos. Zaskoczony, niemal poderwał się z miejsca. W sprzęcie, nad którym pracował coś podejrzanie zaiskrzyło. -Cholera jasna... To znaczy, jasne, że nie. Miło cię widzieć.-Poprawił się szybko. -Coś nie w porządku z twoim sprzętem?- Zapytała się uprzejmie. -Raczej ze mną... Połączyłem się dziś w nocy z moim dowództwem. Okazało się, że rozmawiali już z Artim, i uznali, że jest on... Nieco zaburzony psychicznie. Dość, że wylądował na obserwacji w rządowym szpitalu. Ja tymczasem próbowałem im opowiedzieć, co się tutaj wydarzyło. I zgadnij, co też oni sobie o mnie teraz myślą? Dziewczyna przekrzywiła zabawnie głową i spojrzała na niego filuternie. -Zapewne to samo, co ty myślałeś o nas, gdy tu przylecieliście. -Mniej więcej. Może byłoby inaczej, gdybym był wtedy w nieco lepszym stanie emocjonalnym. Ale w chwili składania raportu rzeczywiście nie czułem się najlepiej. Pewne rzeczy...Nieco mną wstrząsnęły.-Popatrzył krótko na Verean. Potem dodał, z wyraźnym zniechęceniem.- Zostałem w każdym razie czasowo niezdolny do pełnienia służby wojskowej. Odłączyli mi skafander, sprzęt elektroniczny, broń... Szaleniec nie zrobi już nikomu krzywdy. To wszystko pode mną to teraz tylko kupa żelastwa. Złom. A ja mam urlop. Przynajmniej do czasu, gdy doleci tu eskadra Gwiezdnej Floty. Obawiam się, że zakończą tą waszą zabawę na dobre. To nie niekompetentny dowódca patrolu, który nie umie zadbać nawet o własnych ludzi... -Ostrzegałam, byście z Nią nie zadzierali... Ale właściwie przyszłam do ciebie by przekazać ci dobrą wiadomość. Dzisiejszego ranka Gra się zakończyła. Przeżyłeś. Możesz się stąd zabierać lub zostać, nic ci już nie grozi. -Zauważyłem, że te czerwone oczy już się na mnie wrednie nie gapią. Tak, przeżyłem... Inni nie mieli tyle szczęścia. Na przykład Hunk. Znalazłem w końcu ciało. Kilka pchnięć nożem. W serce. Ty go zabiłaś, prawda? -Nie.

-Nie wierze ci. -Mówiłam ci, że dobór Łowczego i ofiar na czas Gry nie jest przypadkowy. Odzwierciedla pewne ukryte pragnienia... Ja nie miałam po co zabijać Hunka. -Ale zabiłaś już kogoś podczas trwania Gry? -Tak. -Swoją siostrę, prawda? Drgnęła, uciekła wzrokiem. Następnie przygryzła gniewnie wargę, wściekła, że nie zdołała ukryć swej reakcji. -Zastanawiałem się, czemu przeżyłaś, gdy była Kapłanka złamała reguły. Teraz wiem. Wykupiłaś się będąc narzędziem w rękach Gry. Tak ominęłaś zasady. -Gdyby chodziło tu o coś tak prostego, jak kupienie sobie życia... Zresztą z Grą nie można handlować. Ona robi po prostu to, co chce. Nie zauważyłeś dotąd, że ona zmienia swe zasady, generuje je w zależności od potrzeb? -Tak jak zmienia układ korytarzy w swoim wnętrzu. To dlatego Arti nie mógł stworzyć planu. Nie dlatego, że był w złym stanie, albo komputer się psuł, ale dlatego, że korytarze ustawicznie zmieniają swe miejsce. -Szybko się uczysz. -Nie dość szybko... Ale pomyślałem sobie coś jeszcze. Najwyższa Kapłanka stworzyła koncepcję, że to my jesteśmy źli, to w nas jest coś, co powoduje, że Gra nas zabija. Zastanawiam się, czemu twoja siostra miałaby nienawidzić swego męża i ciebie. I wiesz, co mi wyszło? Że się mylicie. Że Gra jest z gruntu zła, a nie, że my ją taką czynimy. A twoja siostra miała dość odwagi, by nie ulec... -...Temu, co w niej tkwi.- Słowa przecięły powietrz niczym bicz. Potem mknęły już beznamiętnie, gdzieś w przestrzeń. -Czasem zdarza się, że dwie kobiety kochają tego samego mężczyznę... -Co? -Próbuje ci powiedzieć, że ona miała, za co nas nienawidzić... -A ty ją i jego.- Dokończył spokojnie Riko. Nic nie odpowiedziała. Potem wybuchła szeregiem krótkich, urywanych zdań: -Głupia suka. Walczyła z przeznaczeniem. Nie z jakimś zewnętrznym fatum, ale z naszymi własnymi głębokimi determinantami, których nawet nie zauważamy. Nie da się uciec od samego siebie. Kończy się to zawsze tak samo. Zaprzedała siebie... Sama sobie jest winna. Ja tylko... Mówiła dalej spokojniej, jakby do siebie, dla siebie: -Wiesz, mam wrażenie, że ona była w jakiś sposób lepsza ode mnie, bo zmierzyła się, z tym co w niej siedziało. Przynajmniej próbowała. I zaczęła, do cholery wygrywać. A potem ja wszystko spartoliłam. Najwyższa Kapłanka. Myślisz, że to godność? Nie, to pokuta... -Nienawidzisz Gry... -Nienawidzę siebie. Bo Gra to my wszyscy, zapomniałeś? Nigdy byśmy jej nie znaleźli, gdybyśmy jej nie potrzebowali. Riko poczuł, że rozmowa się wyczerpała, że nic już nie zostało do dodania. Choć nie, coś jeszcze zostało niedopowiedziane. -Hunk. Kapral Hunk O’Hara. Ty go zabiłaś... -Tak.- Odpowiedziała krótko. -Dlaczego? -Gra mi kazała... -Dlaczego?- Powtórzył pytanie z nieco większym naciskiem. -Może nie lubię takich skurwieli, obleśnie wpatrujących się w każdą kobietę i myślących tylko o tym, by... -To dlaczego przedtem...

-Nie twoja sprawa. -Nic nie jest proste, co? -Nie twoja sprawa! -Przepraszam... -Co teraz? Zaaresztujesz mnie?- Spytała obojętnie. -Nie mam już takich uprawnień. -W takim razie lepiej już sobie pójdę... Mam nadzieje, że jeszcze się kiedyś spotkamy... -Bywaj, Verean. Odeszła kilka kroków. Odwróciła się. -Riko? -Tak, Verean? -Co teraz zamierzasz robić? Zanim oni przylecą? -Powałęsam się trochę tu i tam. To ładna planeta... -Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. -Dlaczego? -Po co przygotowujesz sobie broń? *** Zabezpieczenia Floty były lepsze niż przypuszczał. Miotacz był gotowy dopiero natępnego ranka. Naładował go energią ze skafandra i zawiesił sobie nonszalancko na ramieniu. Ruszył raźnym krokiem w kierunku budowli Obcych. Hunk, bracie przydałbyś się teraz. Zawsze chciałeś komuś skopać tyłki. Straciłeś wymarzoną okazję. Cóż postaram się bawić za nas oboje. Wszedł do jej wnętrza, przy wypustkach umieszczonych gęsto na korytarzu stali osadnicy. Każdy z nich trzymał dłoń na swoim terminalu. Prostokąty lśniły spokojnie zielonym światłem. Gra na niego czekała. Przesunął broń tak by leżała na biodrze, gotowa do strzału. Następnie minął kolonistów i skręcił w boczny korytarz. Ale i tu było pełno ludzi. Minęło trochę czasu nim zagłębiając się w plątaniny sal i tuneli znalazł wreszcie położony na uboczu terminal. Chodźcie wszyscy. Teraz już szansę są równe. Nie mam skafandra. Zaatakujcie mnie wszyscy na raz. A jeszcze zobaczymy, kto będzie górą. Czekam także na ciebie, Verean. Jego tym razem goła dłoń musnęła powierzchnie czytnika. Zawahał się. Jeszcze nie było za późno. Mógł wyjść stąd i poczekać na eskadrę. Zabrać się z nią... Właśnie, gdzie... Nie miał domu, nie miał przyjaciół... Miał tylko swoich ludzi. Których zawiódł. A jedyna kobieta, do której coś czuł, przebywała na tej planecie... Czy czuł się winny, iż cieszy się dobrym zdrowiem, gdy Artiego faszerują prochami, zaś Hunk nie żyje? Co go tak naprawdę skłoniło, by w końcu przyłożyć dłoń do czytnika? Światło zmieniło kolor na czerwony. Odetchnął głęboko. !!!? Patrzył na niewielki rulonik, nie wierząc własnym oczom. Lecz nie rozwijał go. Przecież wiedział. *** Po jakiejś godzinie bezwolnego pałętania się po zakamarkach budowli wyszedł ostatecznie na zewnątrz. Osłonił oczy przed jaskrawym światłem słońca. Zdał sobie sprawę, iż nigdy tu jeszcze nie był. Znalazł się chyba po drugiej stronie. Nagle drgnął. Zobaczył niewielką plamkę, przecinającą ukośnie piaszczystą przestrzeń przed nim, oddalającą się szybko. Verean była ubrana w ten sam czarnozielony kombinezon, co tamtej nocy. Pobiegł za nią.

Obejrzała się po chwili i zaczęła uciekać, ale on był szybszy, dystans pomiędzy nimi zmniejszał się nieubłaganie. Obejrzała się raz jeszcze i potknęła się. Upadła, a gdy się podniosła, on był już na kilkanaście kroków. Wycofywała się powoli tyłem nie spuszczając z niego oczu. -Przybyłeś, by mnie zabić- stwierdziła. -A ty masz zabić mnie. -Nieprawda.- Zaprzeczyła gwałtownie.- Nie zabiję już nikogo i Gra o tym wie. Wiele myślałam ostatniej nocy...Po rozmowie z tobą... Miałam też zresztą dziwny sen... O lepszym świecie... To co się dzieje, trzeba zmienić. Trzeba chronić tych ludzi nawet przed nimi samymi. Trzeba chronić nas przed nami samymi. Mojej siostrze prawie się udało. Ja zamierzam skończyć, to, co zaczęła. Musi mi się udać. -To dlaczego zainicjowałaś Grę? -Nie ja, ktoś inny... Teraz jestem ofiarą. To, co złe, w Grze, chcę mnie zniszczyć. Ktoś idzie mnie zabić. Ciebie też.-Prawdopodobnie kłamie, ocenił Riko. Czeka tylko na mój fałszywy... W dwóch krokach była przy nim, z lamparcią gracją skoczyła na niego, czy mu się wydawało, w jej prawej ręce zamigotała klinga noża. Zwaliła go z nóg, poturlali się kawałek, miotacz chyba sam wystrzelił. Zrzucił jej nagle bezwładne ciało z siebie, żółty piasek zabarwiła czerwona plama krwi. Zobaczył, że ona ma puste ręce, a w miejscu gdzie on przedtem stał piasek stopił się jakoś dziwnie. Złowił jeszcze jej ostatnie, gasnące spojrzenie zranionej sarny, która po raz pierwszy podeszła, by zjeść człowiekowi z ręki i... Coś chciała powiedzieć jeszcze... O coś zapytać może.. Z niedowierzaniem... Nie. Wszystko się skończyło. Błysk energii eksplodował parę metrów od niego. Odruchowo przekoziołkował, unikając kolejnego strzału. Powstał i zaczął biec, zygzakiem. Strzelec był ukryty gdzieś na dachu budowli, wysłał więc tam kilka serii, w nadziei, że urządzenia celujące miotacza nakierują wiązki możliwie blisko na cel. Tak też musiało być, bo zyskał kilka chwil spokoju. Potem padło jeszcze kilka strzałów z innego miejsca, zanim znalazł się z powrotem w bezpiecznym cieniu budowli. Nie wszedł jednak do środka, wzrokiem odnalazł metalową drabinkę wiodącą na dach. Wspinał się szybko. Skąd w budowli obcych ziemska drabinka? Może pewne rzeczy, postrzegamy tylko tak jak potrafimy. On jej nigdy tak naprawdę nie wierzył. A wszystko, co mówiła to była prawda. A przynajmniej ona wierzyła w to, co mówiła, że to prawda. A on ją jednak zabił, mimo że był przekonany, że tego akurat w żadnym wypadku nie zrobi. A ona zginęła, by go chronić, choć był pewien, że tak to się na pewno nie skończy. Hunk, przydałbyś mi się teraz. Bo komuś w końcu nieźle... Gwałtownym podciągnięciem wrzucił swoje ciało na dach, przekoziołkował, pozwalając by płomień unicestwił część drabinki gdzie stał przed sekundą. Gdy wstawał wystrzelił kilka serii, ale trafił chyba za pierwszym razem. Ostrożnie podszedł do martwego ciała. Szeryf. Choć równie dobrze mógłby być to ktoś inny. *** Nie był już nawet pewien, które myśli były jego własne. Ogarniała go olbrzymia wściekłość, pierwotny gniew, dający mu poczucie, iż mógłby pięścią przebić mury. Świadomość, iż zabił tylko nieznacznego pionka, że całą tą sprawę ktoś inny zaaranżował i teraz pewnie bawi się świetnie, a on może jedynie bezsilnie czekać na rozwój wydarzeń, sprawiała, że krew od wewnątrz z łoskotem morskich fal uderzała gorącem o skórę. Kiedyś, na początku, miał jeszcze arsenał rakiety. Mógłby spróbować zniszczyć budowlę, zadać jej jakieś obrażenia. Teraz z na poły wyładowaną baterią miotacza miał szansę na rozwałkę kilkunastu terminali. Czas, w którym mógł jeszcze coś zrobić, czemuś

zapobiec, minął bezpowrotnie. Teraz mógł tylko obserwować rozwój wypadków. Uczucie było przytłaczające. Wściekłość wyparowała, ustępując miejsca przeogromnej, przytłaczającej beznadziei. Jesteś Kapłanem. Co? Zabiłeś Kapłankę. Jesteś Kapłanem. Czuł Obecność. (Kim ty do cholery jesteś?) Nie chcę być Kapłanem. A co innego możesz zrobić. Została ci tylko inercja. Człowiek zrobi wszystko, narazi się na najgorsze upodlenie, byle tylko wpływać na rzeczywistość. Bo ruch, to dla was życie. Nie każdy człowiek. Mam dość. Wiesz dobrze, że kłamiesz. Ty też skłamałaś... Ostatnią Grę ja zainicjowałem prawda? Zabicie Kapłanki nie miało tu nic do rzeczy, wszystko było częścią planu, manipulacji. Od początku pragnęłaś mnie ze sobą związać. Wiesz dobrze, że już wtedy ją zabiłeś. A my wszyscy jesteśmy częścią planu. Przeznaczenie? Tak. Zniszczę cię. Jesteś zła. Stworzono cię, po to byś czyniła pustkę. Swoich twórców też zniszczyłaś? Nie spodziewali się pewnie, co właściwie obudzili. Maszynka do spełniania życzeń, dobre sobie. Jesteś potworem z naszych najgorszych snów. Dołożę wszelkich swoich sił, by cię unicestwić. Nie dasz rady. Tak, zostanę Kapłanem, ale po to, by kiedyś cię zabić. Nie uda ci się. Przekonamy się. Nie niedoceniaj mnie. Po prostu jestem przyzwyczajona. Czemu ty to robisz? ( ...) Odpowiadaj do cholery! Kim ty właściwie jesteś? ( ...) *** Myśliwce trójkami przecinały niebo, krążąc nad zarytymi w rdzawym piachu kadłubami czterech statków. Otwarto włazy. Z dwóch promów wyszły kolumny piechoty; marines ubranych w ciężkie skafandry. Z podbrzusza trzeciego wysunął się olbrzymi, atomowy czołg T-47. Potoczył się kilkanaście metrów na gąsienicach, następnie zatrzymał, groźnie poruszając lufą. Ostatni pojazd długo pozostawał zamknięty. Wreszcie wydostały się z niego grupki ludzi w białych chałatach, taszcząc niezwykle skomplikowane aparaty. W tym czasie marines sformowali już kordon ochronny wokół miejsca lądowania, a do T-47 doszlusował ciężko jego ogromny brat bliźniak. Wasze pancerze i armaty pokonają każdego wroga na zewnątrz was. Ale czy macie cokolwiek, co okiełzna wroga wewnątrz was? Do statków zbliżał się wolno mężczyzna, w długiej, potarganej szacie, której strzępki i pasma wiatr rozwiewał jeszcze daleko za nim. Ubrani w białe kitle przedarli się przez żołnierzy i zasypali go pytaniami: -Czy wie pan może coś o dziwnej budowli, która podobno zabija ludzi? Niezwykle fascynujące zjawisko, nieprawdaż? Co pan wie na jej temat? Od jak dawna się tu znalazła?

Czy wie pan, że takich budowli znaleziono w ostatnim tygodniu (tygodniu, uwierzy pan, tygodniu) w naszej galaktyce około kilku? Niesamowite, prawda? Boże, jest tego kilka. A będzie jeszcze więcej. Czuł to. Podszedł do niego oficer, machnięciem ręki uwalniając od natrętnych naukowców. -Pułkownik Charles Rewe, Służby Specjalne. Chcielibyśmy porozmawiać z burmistrzem tej kolonii i z niejakim Rikodemem Marwym, byłym oficerem Gwiezdnej Floty. Bylibyśmy wdzięczni za każdą formę współpracy... -Jestem-powiedział ciężko-jestem i jednym i drugim. A przynajmniej kimś w tym rodzaju... Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska. Strona autorska Sebastiana Uznańskiego

„Senne Pałace” Wczasy śródziemnomorskie to wspaniała okazja, by odpocząć. Chyba że nie trafi się tam, gdzie się chciało, a młoda i piękna żona zniknie bez śladu. Tomasz Starski budzi się z gigantycznym bólem głowy i odkrywa, że wszystko wokół jest inne, niż być powinno. Nie wie, gdzie się znajduje i gdzie podziała się Anna. Powoli odkrywa przerażający świat, który go otacza. A nawet kilka światów – jeden dziwniejszy od drugiego. Usiłuje odnaleźć żonę i wrócić, skąd przybył. W każdym z poznawanych światów jest sam, choć stale natrafia na istoty, które przynajmniej pozornie pragną mu pomóc. Oczywiście nie za darmo... W tej mrocznej powieści splatają się sen i rzeczywistość, koszmar i raj. „Senne Pałace” łączą motywy charakterystyczne dla grozy i groteski z historią wywiedzioną z tekstów biblijnych i apokryfów. To wielowątkowa i wielopoziomowa opowieść zarówno dla namiętnych pożeraczy fabuł, jak i czytelników wrażliwych na intelektualne smaczki.