wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Serge Jacquemard - To nieslychane

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :842.4 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Serge Jacquemard - To nieslychane.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Serge Jacquemard
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 16 osób, 14 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 134 stron)

Serge Jacquemard To niesłychane! Pourquoi attendre le bourreau? Wydanie oryginalne: 1975 Wydanie polskie:1989

I – Zgasić papierosy – rozkazał strażnik. – Nie pali się w korytarzu. – Do diabla – mruknął Rodriguez, gdy Jo Lahaye wysunął się przed niego. Odbywał się właśnie niezmienny ceremoniał udawania się na mszę. Strażnicy obchodzili cele, a więźniowie, którzy chcieli uczestniczyć w mszy, wychodzili i ustawiali się parami w głównych korytarzach „bloku” i „okrąglaka”. Potem obie kolumny więźniów spotkały się w wielkim hallu wejściowym. Jeden z oddziałowych stanął przed więźniami i krzyknął: – Przystępujący do komunii, wystąpić! Jo Lahaye prześliznął się między dwoma współwięźniami i przyłączył do grupy, która zbierała się przed kratą zamykającą dostęp do długiego korytarza prowadzącego do kaplicy. Drzwi kaplicy połyskiwały jasnym drewnem i stanowiły miłą oku, cieplejszą plamę na tle otaczających je wielkich, szarych kamieni. Jo Lahaye odszukał wzrokiem Piotra Merceya zwanego Piotrusiem-Adwokatem, Gerarda Lesaigneura i Roberta Barradesa, którzy stali już przy samej kracie. – Po dwóch w szeregu – rozkazał oddziałowy. Jo Lahaye zauważył, że tamci trzej ustawili się po lewej stronie kolumny więźniów. Postąpił tak samo. Jeden ze strażników otworzył kratę i więźniowie, zachowując ustalony porządek, weszli do korytarza. Drugi strażnik, który stał przed wejściem do kaplicy, opuścił dźwignię, stalowe sztaby przytrzymujące skrzydła drzwi uniosły się posłusznie i drzwi się rozchyliły. Ten sam strażnik poszedł przodem i wprowadził ich do kaplicy. Zatrzymał się przed ołtarzem, odwrócił i dał znak więźniom, że mogą zająć miejsca w ławkach, jeden rząd kolumny z lewej, drugi z prawej strony kaplicy. Mercey, Barrades i Lesaigneur znaleźli się prawie pośrodku pierwszego rzędu ławek, w pewnej odległości od Jo Lahaye siedzącego na końcu drugiego rzędu, tuż przy bocznym przejściu, w którym stanęli strażnicy. Bocznymi drzwiami wszedł kapelan, za nim dwaj więźniowie służący do mszy i rozpoczęło się nabożeństwo.

Piotr Mercey spojrzał kątem oka na Roberta Barradesa i Gerarda Lesaigneura i stwierdził z zadowoleniem, że na ich twarzach maluje się spokój. Najważniejsze, żeby nie wpadli w panikę – pomyślał. O Jo był spokojny, stary gangster miał duże doświadczenie. Udając, że drapie się w pierś, podsunął wyżej imitację granatu, którą jeszcze w celi włożył sobie pod pachę. Robert i Gerard również przyciskali ramionami do ciała „granaty” sporządzone z miąższu chleba ugniecionego z wodą, wymodelowane w kształcie cytryny, posmarowane papką z kakao i artystycznie pokratkowane. Zapalnik imitowało wystające z jednej strony zakończenie tuby aspiryny ukrytej w środku „granatu”. Naśladownictwo było dalekie od doskonałości, a pył kakao brudził im ręce, ale była to ostateczność przygotowana na wypadek, gdyby Jo nie zdążył dostarczyć im na czas imitacji pistoletów. Stojący na stopniach ołtarza ksiądz właśnie się odwrócił, trzymając w rękach kielich z hostią. Środkiem kaplicy przeszedł oddziałowy i dał znak więźniom z dwóch pierwszych rzędów ławek, że mają podejść do ołtarza i klęknąć do komunii. Mercey, Barrades i Lesaigneur zastosowali się do tego. Jo Lahaye zawahał się. Zgodnie z planem powinien również podejść do ołtarza. Ksiądz oczywiście nie podałby mu opłatka, ale też nie zrobiłby żadnej uwagi w czasie trwania mszy, a gdyby nawet klawisze zauważyli incydent, byłoby już za późno na zastosowanie sankcji dyscyplinarnych. Jo Lahaye poczuł się w swojej ławce samotny i jakby obnażony. Kątem oka dostrzegł zbliżającego się oddziałowego. – Co jest grane? – szepnął oddziałowy, pochylając się nad nim. – Szefie, nie mam już chęci – odparł równie cicho Jo Lahaye z właściwym sobie akcentem paryskiego ulicznika. – Obiecałem księdzu, że pójdę do komunii, żeby mu zrobić frajdę, bo to przyjemny facet, ale właśnie pomyślałem, że to nieelegancko nabierać go w takich świętych dla niego sprawach. Więc pomyślałem sobie, że nie pójdę... Oddziałowy przyglądał mu się dłuższą chwilę z niedowierzaniem, ale nie dał się wyprowadzić w pole. – Zobaczymy... Nazwisko, numer rejestru, numer celi? – Lahaye George, numer rejestru więźniów 15C24, numer akt 14199, cela 32, blok. Oddziałowy spojrzał podejrzliwie. – Cela 32? Jesteście pod ścisłym nadzorem? – Tak. – Hm...

Jo odwrócił głowę i spostrzegł niespokojny wyraz twarzy Merceya wracającego z Lesaigneurem i Barradesem na miejsca. Ale on sam nie denerwował się. Oddziałowy nie mógł teraz nic zrobić. Nie w kaplicy. Zauważył niechętne spojrzenia rzucane mu ukradkiem przez więźniów, którzy przed chwilą przystępowali do komunii. Nawet nie zamierzał pokpiwać sobie z nich. Byli to przeważnie więźniowie z małymi wyrokami, nie było wśród nich prawdziwych przestępców. Ci ludzie wpadli za nadużycie zaufania, oszustwo, przestępstwa przeciw obyczajności, okradanie samochodów, lub też byli to żebracy, którzy chcieli teraz zwrócić na siebie uwagę kapelana, aby po wyjściu z więzienia skorzystać z jego rekomendacji i znowu żyć na koszt parafii i organizacji dobroczynnych. Ich śmietankę tworzyli faceci, którzy siedzieli za zabójstwo w afekcie. Wszystko to hołota. Tylko że to ich zezowanie w jego stronę mogło zwrócić uwagę klawiszy. Nie mógł doczekać się końca mszy. Piotr Mercey miał wrażenie, że nabożeństwo trwa dłużej niż zwykle. Ale musiało to być złudzenie, po prostu niecierpliwił się czekając na rozpoczęcie akcji. I tak bardzo chciałby wiedzieć, czy się powiedzie! Gerard Lesaigneur myślał tylko o swoim granacie, przyciskanym zbyt mocno ramieniem do boku, lepiącym się nieprzyjemnie do ciała i mokrym od strużek potu spływających spod pachy. Barradesowi tak zaschło w ustach, że nie udało mu się przełknąć opłatka komunii: przylepił się do podniebienia i za nic nie chciał się odkleić. Robert na próżno przełykał ślinę, czy raczej próbował przełykać, i dotykał opłatka koniuszkiem języka, wszystko na próżno. Opłatek tkwił nieruchomo. Gdy dotykał go językiem, Robertowi zdawało się, że ma znieczulone podniebienie, co mu przypominało wyrywanie zębów przez dentystkę z ulicy Sainte-Cathérine. Wreszcie kapelan wypowiedział słowa kończące mszę. Piotr Mercey rzucił ostatnie spojrzenie na swoich sąsiadów z ławki, zrobił oko, by dodać im odwagi i wstał. Obejrzał się na Jo Lahaye, który skinął głową, dając mu znak, że wszystko w porządku. Gdy upewnił się o tym, ruszył do środkowego przejścia. Najpierw mieli opuścić kaplicę więźniowie siedzący w pierwszym rzędzie ławek, to jest ci, którzy przystępowali do komunii i których zawsze ustawiano w pierwszych szeregach więźniów, aby zmniejszyć do minimum odległość dzielącą ich od ołtarza, do którego mieli podejść w czasie komunii. Część planu Piotra Merceya opierała się właśnie na tym niezmiennym rytuale i dlatego dał się kapelanowi namówić na spowiedź i komunię i z kolei skłonił do tego samego Roberta Barradesa i Gerarda Lesaigneura. Teraz, przepychając się trochę, wszyscy trzej zdołali wyminąć kilku wyprzedzających ich więźniów w grupie posuwającej się głównym przejściem między ławkami.

W ten sposób mogli jako pierwsi wyjść z kaplicy i dotrzeć do kraty odgradzającej korytarz od hallu wejściowego. Dwunastu więźniów dzieliło ich od Jo Lahaye, który próbował wyminąć ich – bez powodzenia – ale nie upierał się specjalnie przy tym, bo nie chciał zwracać na siebie uwagi strażników. Oba rzędy więźniów zatrzymały się przed kratą. Po drugiej stronie stał strażnik z dużym pękiem kluczy w ręku i czekał, aż oddziałowy poleci otworzyć kratę. Oddziałowy zaś przeszedł powoli wzdłuż kolumny więźniów, potem stanął tyłem do kraty i skinął ręką w stronę strażnika stojącego z drugiej strony kraty. Strażnik włożył klucz do dziurki zamka. – Stać dwójkami – polecił oddziałowy znudzonym głosem. – I bez głupstw! Krata uchyliła się pociągnięta z drugiej strony przez strażnika. Robert Barrades udał, że niechcący potrącił Gerarda Lesaigneura i zatoczył się na oddziałowego. – Ach! Co... – zaczął. – Dalej! – wrzasnął Jo Lahaye. W czterech susach dopadł kraty. Piotr Mercey i Gerard Lesaigneur prześliznęli się przez uchyloną kratę i rzucili się na strażnika zaskoczonego tym, co mu się przytrafiło. – Spluwy! Szybko! – krzyknął Mercey. Straszliwym ciosem z prawej Robert Barrades powalił oddziałowego na ziemię. Jo Lahaye szturchnął go czubkiem buta w brodę. Oddziałowy nie poruszył się. Tymczasem Jo wyjął spod kurtki imitacje pistoletów i rozdał je kolegom. Hall opanowało szaleństwo. Znajdowało się tam czterech strażników, nie licząc tego, który otworzył kratę. Chcieli biec ku stalowym drzwiom i zaalarmować przez judasz kolegę z drugiej strony, ale Jo Lahaye, z pistoletem w ręku, zagrodził im drogę. – Stać! – rzucił rozkazująco. – Pierwszy, który się ruszy, dostanie w łeb. Strażnicy zatrzymali się w biegu. – Cofnąć się – dorzucił. – Twarzą do ściany. Teraz przyszła kolej na was! Zastosowali się do polecenia. – Zamknijcie kratę, na miłość boską! – krzyczał Mercey, przystawiając jednocześnie lufę pistoletu do pleców strażnika, którego trzymał mocno wraz z Gerardem. Robert Barrades podbiegł do kraty. Po chwili osłupienia więźniowie wracający z mszy ruszyli się, chcąc wykorzystać nadarzającą się okazję i również przedostać się do hallu. Nie było to po myśli Merceya, który chciał, by wszystko odbyło się zgodnie z opracowanym przez niego planem, przy zachowaniu kolejności poszczególnych etapów. – Wal w nich! – krzyknął do Barradesa. – Żaden nie może wyjść.

I dorzucił pod adresem strażnika: – Nie ruszaj się, ty tam, to wyjdziesz z tego cało. Przypomnij sobie Buffeta i Bontempsa. Strażnik nie odpowiedział. Barrades nie mógł zamknąć kraty. Dwaj więźniowie uczepili się jej, tkwiąc wpół między kratą a ścianą. Napierał na nich tłum pozostałych więźniów. – Wypuście nas! Chcemy wyjść! Pomożemy wam! Banda łobuzów! Chyba nie zostawicie nas tutaj! To świnie! Myślą tylko o sobie! Barrades pchał z całej siły kratę, ale bez powodzenia, więc wyjął nóż, skoczył naprzód i uderzył nim w pierś więźnia napierającego całym ciężarem ciała na kratę tak, że prawie zdołał przesunąć się na drugą stronę. Ten jęknął przeraźliwie i padł w tył, przygniatając swoim ciałem drugiego więźnia. Straszliwa cisza zapanowała nagle w hallu i w korytarzu prowadzącym do kaplicy. Jo wybuchnął śmiechem. – Możesz teraz zamknąć – powiedział do Barradesa. Mercey postanowił natychmiast wykorzystać to zdarzenie. – Widziałeś, co się stało? – powiedział zgryźliwie do strażnika, którego trzymał pod lufą. Z gardła strażnika wydobył się nieartykułowany dźwięk. – Dobrze. Jeśli nie chcesz, żeby i tobie to się przytrafiło, będziesz grzecznie robił, co ci każę. Podejdziesz do judasza. Oczywiście, my pójdziemy razem z tobą, ale schowamy się za ciebie. Naciśniesz dzwonek. Twój kolega otworzy okienko. Wtedy powiesz, że wybuchł bunt i żeby ci szybko otworzył drzwi. Zrozumiałeś? – Tak jest – wybełkotał strażnik. – Dobrze. To nie wszystko. Staniesz tak, żeby twoja twarz zakrywała judasz i żeby twój kolega nie mógł zobaczyć, co tu się dzieje. Rozumiesz? – Rozumiem. – Gdyby się pytał, to bunt wybuchł w korytarzu prowadzącym do kaplicy. Więźniowie zamknięci w tym korytarzu właśnie znowu zaczęli krzyczeć, co przydawało wiarygodności słowom, które miał wypowiedzieć strażnik. – Powiesz też, że zbuntowani więźniowie wzięli strażników jako zakładników. Zapamiętałeś wszystko? – Tak – zapewnił słabym głosem strażnik. – Lepiej będzie, jak dobrze zapamiętasz, jeśli chcesz wyjść z tego żywy. – Zastosuję się do tego – drżąc wyjąkał strażnik. Mercey rozejrzał się po hallu. Wszystko było w porządku. Za kratą „bloku” stało kilku strażników wymyślających głośno, ale żaden z nich nie odważył się otworzyć kraty. Gerard stanął naprzeciw nich, pokazując im imitację pistoletu, lecz w taki sposób, by nie mogli odgadnąć niegroźnego charakteru tej broni. Ich przekleństwa nie robiły na nim żadnego wrażenia.

– Ty świnio, zobaczysz, jak się znowu dobierzemy do ciebie! – Ty gnojku, zapłacisz nam za to! – Nie uciekniesz daleko, ty, ja ci to mówię! – Czeka cię gilotyna, dostaniemy cię! Przy drzwiach do „okrąglaka” Robert Barrades pilnował innej grupy strażników zachowujących ostrożnie dystans między nim a sobą. Mercey dał znak ręką Jo Lahaye’owi. – Niech odejdą stąd! Jo podszedł do czterech strażników, których pilnował, i kazał im przejść w kierunku korytarza prowadzącego do „okrąglaka”. Robert Barrades odsunął się, by ich przepuścić. – Jak się nazywasz? – Mercey spytał strażnika. – Coulissier – odrzekł ochryple strażnik. – Posłuchaj, Coulissier, teraz kolej na ciebie. Zapamiętaj dobrze instrukcje, jakie ci dałem. Wiedz jedno: jeśli twój kolega nie otworzy drzwi, ty już nie żyjesz. Daję ci pół minuty na zebranie sił. Potem idziemy. Po upływie trzydziestu sekund popchnął strażnika przed sobą. Gdy podchodzili do ciężkich, stalowych drzwi, Mercey pochylił się i schował za plecami strażnika. Strażnik, na którego twarzy widniały krople potu, zatrzymał się. – Dzwonek – powiedział Mercey. Strażnik powoli nacisnął dzwonek i po chwili okienko otworzyło się. – A to ty, Coulissier – powiedział mrukliwie jakiś głos. – O co chodzi? – Te typy zbuntowały się – jęknął Coulissier. – Psiakrew! – Otwieraj, szybko! – Nic nie widzę. Odsuń się, do cholery, żebym mógł zobaczyć, co się dzieje! Przykleiłeś się do okienka, czy co! – Szybko, Marchal, otwieraj! Marchal nadstawił ucha. – Psiakrew, to prawda! Słyszę krzyki. Jaki harmider! Coulissier czuł, że lufa pistoletu wciska mu się coraz mocniej w plecy. – Wzięli kolegów jako zakładników – dodał pospiesznie. – Otwieraj, nie chcę tu paść trupem! – Poczekaj – powiedział szybko Marchal – zawiadomię wartownię. Nie ruszaj się stąd! – Nie! – wrzasnął Coulissier. – Otwieraj, mówię ci, zabiją mnie, jeżeli zaraz nie otworzysz! Oni tu idą, już są tam z tyłu, nie widzisz ich, ale... A... a... ach! Wrzasnął przeraźliwie. Mercey właśnie przeorał mu nożem skórę na plecach.

– Zabijają mnie! – Cholera! – jęknął Marchal. * * * René Estebeteguy miał już zupełnie mokre dłonie. Gorączkowo spoglądał na zegarek. Wiedział, o której godzinie kończy się zwykle niedzielna msza w więzieniu i dziwił się, że nic się nie dzieje. Trudno – pomyślał – nie można już dłużej czekać, inaczej nic się nie uda. Trzeba wykazać się własną inicjatywą. Piotruś-Adwokat na pewno to doceni. To fachowiec. Spojrzał jeszcze raz na starannie zabarykadowane drzwi biblioteki i otworzył okno. Wychylił się ostrożnie i przyjrzał się z uwagą stalowej bramie pomalowanej na jasnoszary kolor odbijający od brudnozielonych kamieni wysokiego muru otaczającego podwórze z prawej i z lewej strony. Wiedział, że za każdym skrzydłem tej bramy stoi dwóch policjantów uzbrojonych w karabiny maszynowe. Nie widział tam jednak żadnego poruszenia. Spojrzał teraz na wejście do więzienia. Główne drzwi były jak zwykle otwarte. Okna budynku wychodziły na biuro i na wartownię. Dwa ostatnie okna, położone najbliżej wejścia, należały do kancelarii więziennej. W biurze nie było nikogo, to była niedziela. Za to w wartowni siedziało dwunastu strażników grając w karty, czytając lub słuchając audycji radiowych z przenośnych tranzystorków. Widać było także dowódcę straży rozmawiającego z trzema oddziałowymi w pomieszczeniu kancelarii więziennej. Siedzieli tam też dwaj więźniowie funkcyjni, obliczając coś na kalkulatorach. Położył się na podłodze, uchylił okno i zaczął umocowywać do framugi okna haki drabinki sznurowej. Kiedy skończył, przeszedł na czworakach do drzwi, zostawiając za sobą rozwinięte sześć metrów drabinki. Gdy już ją zupełnie rozwinął, sprawdził, czy haki są dobrze wbite, pociągając mocno kilka razy za ostatni szczebel drabinki. Zadowolony z rezultatu, przywiązał do końców obu sznurów drabinki dwa brezentowe worki, do których przedtem włożył najcięższe książki, jakie tylko znalazł na półkach biblioteki i do każdego jeszcze pięciokilogramową żeliwną formę odlewniczą. Kilka dni wcześniej przyniósł je do Pałacu Sprawiedliwości1 , schowane w teczce na dokumenty. Każdy worek ważył jakieś dwadzieścia kilo. Miały one zapobiec zwijaniu się drabinki i jednocześnie zapewnić jej obciążenie. Gdy skończył, przesunął worki pod okno i poczołgał się z kolei po worek plażowy zawierający pięć pistoletów, zapasowe magazynki, dwa pistolety maszynowe i granaty dymne. 1 siedziba sądu

Prawdziwy arsenał – pomyślał z radością. Piotruś-Adwokat będzie zadowolony! Kosztowało to pół kawałka2 , ale inwestycja była tego warta. Odsunął nieco worki i wyjrzał na dziedziniec. Za oknem nic się nie zmieniło. Opanował go niepokój. Co oni tam robią? Znowu spojrzał na zegarek. Upłynęło zaledwie dziesięć minut. Zbeształ się w myśli. Ostatecznie, ucieczka z więzienia to nie chleb z masłem. Za bardzo się denerwował – pomyślał – nigdy przedtem nie miał do czynienia z takim wielkim skokiem! Nagle drgnął... Tam na dole, w kancelarii, działo się coś dziwnego! Już się nie wahał. Podniósł się szybko, otworzył szeroko okno, schylił się, podniósł jeden z wielkich worków, postawił na parapecie, to samo zrobił z drugim workiem i pchnął je z całych sił, dysząc ciężko z ogromnego wysiłku i krzywiąc się pod wpływem przeszywającego bólu mięśni brzucha. Worki spadły na ziemię, drabinka naprężyła się, haki zaskrzypiały, ale nie wysunęły się nawet na milimetr. W jednej chwili założył na szyję pasek worka plażowego, przerzucił nogi przez okno, uchwycił się drabinki i spuścił się po niej tak szybko, jak tylko mógł... * * * Marchal opuścił drążek przekładni elektrycznej, szybko otworzył drzwi i jednocześnie wściekłym ciosem pięści uruchomił dzwonek alarmowy umieszczony tuż koło drążka. W kancelarii więziennej rozległ się ostry dźwięk sygnału i poderwał na nogi tych, którzy się tam znajdowali: dowódcę straży, trzech oddziałowych i dwóch więźniów funkcyjnych. W pomieszczeniu wartowni strażnicy rzucili karty, zostawili gazety i tranzystory, zerwali się z miejsc i potrącając się nawzajem, podbiegli do stojaka z bronią, niepotrzebnie się spiesząc, bo to dowódca straży miał kluczyk do wielkiej kłódki spinającej łańcuch przewleczony przez kabłąki karabinów. Gwałtownym ciosem w bok Mercey rzucił Coulissiera na ziemię i skoczył naprzód. Marchal był zaskoczony nagłym atakiem, ale nie stracił zimnej krwi. Spróbował kopniakiem zamknąć drzwi, a jednocześnie jego lewy – w który włożył cały ciężar swoich dziewięćdziesięciu kilo – Spadł na ramię Merceya. Merceya rzuciło w tył i o mało co nie upuścił pistoletu. – Nie wygłupiaj się, bo strzelam – wymówił z trudem, gdy tylko odzyskał oddech po gwałtownym zetknięciu się z twardą, stalową ścianą. Marchal spojrzał na drewniany pistolet i cofnął się o krok. W tym momencie do korytarza wpadł René Estebeteguy. 2 tu: pół miliona starych franków

Skierował na dowódcę straży i trzech oddziałowych biegnących tu z kancelarii lufę trzymanego w rękach pistoletu maszynowego i o mało co nie wysłał im serii, tak się denerwował. – Nie ruszać się – rozkazał głosem, który wreszcie udało mu się opanować. Tamci zatrzymali się w miejscu. Drugą, wolną ręką René Estebeteguy zdjął z karku worek plażowy, postawił na ziemi i kopnął w kierunku Merceya. – Spluwy – rzekł lakonicznie. – Uważajcie, bezpieczniki są naciągnięte, ale w lufach są kule. – Dobra robota – pochwalił zwięźle Mercey. W mgnieniu oka otworzył worek i wyjął z niego pistolet maszynowy. Wycelował go w kierunku tych strażników, którzy zdecydowali się wybiec z wartowni, gdy nie pojawił się tam dowódca straży, aby zdjąć łańcuch z ich karabinów. – Bez zbędnych ruchów, chłopcy, a wszystko będzie dobrze. Nie zrobimy wam nic złego. Po prostu chcemy się stąd wydostać, to wszystko. Ale jeżeli któryś z was zechce się wygłupiać, jeżeli choć spróbuje, to ma zapewniony medal pośmiertny za odwagę! Nikt się nie ruszył. Dowódca straży, trzej oddziałowi, Marchal, więźniowie funkcyjni i strażnicy z wartowni przeszli przez stalowe drzwi do głównego hallu. – Ty zostajesz tutaj – rozkazał Mercey Renému. – Pilnuj dziedzińca, kancelarii i korytarza oddziału kobiecego. Jeżeli zadzwoni telefon, rób co chcesz, ale musisz przyjąć! Widząc, jak Mercey podaje broń Lesaigneurowi, jeden ze strażników pilnowanych przez Barradesa zrozumiał nagle, że zostali wystrychnięci na dudka. – Chłopaki! – wrzasnął. – Oni nas nabrali! Mają lipne pistolety! I skoczył głową naprzód. Grał w drużynie C. A. Beglais i technika gry w rugby bardzo mu się teraz przydała w operacji powalenia Barradesa na ziemię. Już miał zabrać się za następnych, gdy do akcji wkroczył Jo Lahaye. Przed chwilą dostał od Merceya pistolet i bez wahania strzelił w górę. Nie miał najmniejszego zamiaru zabijać strażników, ani nawet ranić któregoś z nich. Nie znosił niepotrzebnego przelewania krwi. Wystrzelił tylko po to, by ich nastraszyć. Dwa wystrzały wystarczyły. Strażnicy zrozumieli, że to nie przelewki. Mercey pobiegł do hallu. Stanął przed strażnikami, którzy wycofali się w kierunku „okrąglaka” i zatrzymał ich, wywijając pistoletem maszynowym. – Niech wystąpi ten, który ma klucz do „bloku”! – polecił ostrym głosem. Nikt się nie ruszył. – Bardzo dobrze – uśmiechnął się. – Liczę do dwóch i strzelam. Potem obszukam trupy... i znajdę ten przeklęty klucz. Podniósł wyżej pistolet, ujął go mocniej w rękach i wycelował.

– Raz! – zaczął. – Nie bądź idiotą, Schneider – krzyknął nagle któryś z oddziałowych. – Daj klucz! Zaraz odezwały się inne głosy. – Schneider, słyszysz? To szaleńcy, zabiją nas wszystkich! – Nie udawaj bohatera! Daj mu ten klucz! – Dawaj ten idiotyczny klucz, mówię ci! – Dwa! – huknął Mercey tak głośno jak tylko mógł, by przekrzyczeć panujący hałas. Z grupy strażników wypadł nagle jak z katapulty mężczyzna wypychany przez dziesiątki niecierpliwych rąk i o mało co nie upadł u stóp Merceya. Niechętnie wyciągnął z kieszeni klucz i podał go Merceyowi. Ten szybko go pochwycił i rzucił się pędem w stronę drzwi „bloku”. Odepchnął na bok Lesaigneura i w jednej chwili otworzył drzwi. Znajdujący się za nimi strażnicy uciekli na drugi koniec korytarza. Mercey przechylił się przez biurko dyżurnego oddziałowego „bloku” i zdjął klucz zawieszony pod czerwoną naklejką na drewnianej tablicy. Razem z Lesaigneurem podbiegł do drzwi celi umocnionego nadzoru, pospiesznie otworzył zamek, pociągnął drzwi i wpadł do środka. Niemal potrącił Christiana Sancy. – Piotrek! – krzyknął Sancy. Jego twarz wyrażała osłupienie. W drugim końcu celi stał śmiertelnie blady strażnik Lemaire z wzrokiem utkwionym w lufę pistoletu Merceya, trzymając się kurczowo prętów kraty. – Ja mam żonę i dzieci... – wybełkotał. – Cześć, stary! – rzucił Mercey, nie zwracając uwagi na strażnika. – Dobra. Nie ma czasu do stracenia. Dotarli do głównego hallu w chwili, gdy jakiś dźwięczny głos przedarł się przez krzyki tych więźniów, którzy byli przedtem na mszy, poprzez hałas wywołany wściekłym kopaniem drzwi przez więźniów zamkniętych w celach na piętrach wyczuwających, że dzieje się coś niezwykłego. – Mercey! Bądźcie rozsądni! – krzyczał głos. – Rzućcie broń! Nie wygłupiajcie się! To do niczego nie doprowadzi! Mercey poznał głos kapelana. Spojrzał w tamtą stronę. Ksiądz utorował sobie drogę do kraty i potrącany, narażony na ciosy pięści rozwścieczonych więźniów, uczepił się rozpaczliwie prętów kraty tak, by nie dać się od niej oderwać i krzyczał ze wszystkich sił: – Mercey! Mercey! Wracaj! Mercey otworzył szeroko stalowe drzwi, a Jo Lahaye i Robert Barrades podbiegli do niego. Na ich widok René Estebeteguy zarzucił na szyję pasek swojego pistoletu maszynowego i popędził do drabinki sznurowej. – Jo, zamknij za nami drzwi! – krzyknął Mercey.

René Estebeteguy pospiesznie wdrapał się na drabinkę i dostał się do biblioteki. Wyciągnął rękę do Christiana Sancy i pomógł mu przejść przez parapet okna. Mercey, Barrades, Jo Lahaye i Gerard Lesaigneur wchodzili kolejno po drabince do biblioteki. – I co teraz robimy? – spytał niecierpliwie Mercey, patrząc na Renégo. – Tędy, szybko! – odpowiedział tamten. Wyszli drzwiami z biblioteki, przeszli długim, skręcającym w bok korytarzem i zbiegli po śliskich, zadeptanych stopniach wąskich, kamiennych schodów. Znaleźli się w wysoko sklepionej sali o ścianach ociekających wilgocią. Po przeciwnej stronie sali widoczne było wejście do mrocznego korytarza oświetlonego skąpo jedną żarówką umieszczoną na suficie. Za przykładem Renégo przebiegli przez długi korytarz skręcający pod kątem prostym i wreszcie ujrzeli światło dzienne. René Estebeteguy dał im znak gestem ręki, aby się zatrzymali. – Zobaczę, czy wszystko jest w porządku – powiedział. Po chwili wrócił. – Dobra jest, idziemy! Wyszli na dwór z uczuciem ulgi. Przed drzwiami czekały na nich dwie furgonetki.

II René Estebeteguy znalazł im doskonałą kryjówkę. Był to stary dom z początków ubiegłego stulecia, który jeszcze pół wieku temu musiał być w dobrym stanie. Teraz był mocno podniszczony i przypominał niemłodą kobietę, która kiedyś raz na zawsze zdecydowała się na starość, pogodziła się z nią i z rezygnacją poddała się niszczącemu działaniu czasu. Był obszerny, jak obszerne bywały budowane niegdyś pańskie siedziby. Stał w rozległym parku porośniętym chwastami i polnymi kwiatami, które znalazły sprzyjające warunki rozwoju w cieniu sędziwych lip. Park był ogrodzony trzymetrowej wysokości murem pokrytym szklaną stłuczką. Wewnątrz ogrodzenia, pomiędzy lipami, kryty się zastawione tu i ówdzie wilcze wnyki. Posiadłość ta kryła się wewnątrz Bouscatu3 , na końcu jakiejś ślepej drogi pokrytej usianym dziurami asfaltem. Czyż nie idealna kryjówka? Stałymi jej mieszkańcami była para ludzi równie zżartych rdzą czasu, jak ich domostwo. On, Wiktor, był dawniej fałszerzem pieniędzy i spędził więcej czasu na ciężkich robotach niż na wolności. Ona, Honoryna, niska, szczuplutka, miała rzadkie włosy, twarz pomarszczoną niczym skóra słonia i oczy szare jak wzburzone morze u wybrzeży Bretanii, jej stron rodzinnych. Wiecznie zatroskana jak ktoś, kto poznał tylko gorszą stronę życia, przypominała bezdomnego kota, któremu widok ludzkiej nogi kojarzy się wyłącznie z grożącym mu kopniakiem. Kupno tej zagrożonej ruiną posiadłości pochłonęło wszystkie niewielkie oszczędności tych dwojga staruszków. Zamknęli się w niej jak w pustelni, z dala od ludzi, i oczekiwali śmierci, zastanawiając się, które z nich opuści wpierw swojego współmałżonka. Co ich łączyło z Estebeteguyém, pochodzącym zresztą z Bordeaux i znającym te okolice? Dlaczego zgodzili się udzielić schronienia pięciu zbiegłym przestępcom, kryminalistom, 3 region w departamencie Bordeaux

których będzie niebawem poszukiwać cała policja francuska i których wykrycie w tym domu oznaczałoby dla dwojga starych więzienie do końca życia? – zastanawiał się Mercey. Żądza zysku? Czy René Estebeteguy obiecał im jakąś większą sumę? Jeżeli tak, to okazał się bardzo dyskretny w tej sprawie i wykręcał się od odpowiedzi na wszelkie pytania. To zresztą nie ma znaczenia – westchnął. Mieli tu zostać tylko kilka dni. Potem opuszczą te strony. Postanowił wracać z przechadzki do domu. Właśnie odbył dłuższy spacer po parku dla zdrowia, po zbyt obfitym obiedzie przygotowanym przez Honorynę i wykorzystał tę sposobność, by dokonać dokładnej inspekcji terenu. Wystrzegając się wchodzenia na tereny porośnięte chaszczami i dzikimi kwiatami kryjącymi wilcze wnyki i pilnując się wąskich ścieżek, wrócił do domu. Wiktor drzemał na kanapie. Jo Lahaye, Christian Sancy, Gerard Lesaigneur i Robert Barrades siedzieli przed starym, rozregulowanym telewizorem. Nie było tu ani Estebeteguya, ani Honoryny. Policja zaczęła przeszukiwać teren. Głos lektora zabrzmiał teraz radośnie: „...niebywały tłum zebrał się dziś na nowym, bogato Wyposażonym Parku Książęcym, gdzie już po raz drugi odbywają się finały mistrzostw Francji w piłce, nożnej...” * * * Bernard Charigués, osobistość niezastąpiona w branży budownictwa i robót publicznych, przyjechał na lotnisko Merignac wielką, czarną limuzyną, którą oddał mu do dyspozycji Jean- Luc Borton. Jean-Luc Borton siedział zresztą obok niego w samochodzie. Sekretarka osobista Chariguésa, jego przyjaciółka i osoba do wszelkich poruczeń, Korynna, siedziała obok szofera w liberii. – Sądzi pan, że to się uda? – spytał Borton. – A jakże, mój drogi! Samochód zatrzymał się przed szlabanem zamykającym dostęp do części płyty lotniska zarezerwowanej dla prywatnych samolotów. Wartownik przycisnął dźwignię i szlaban powędrował do góry. Limuzyna ruszyła naprzód tak cicho, jak drapieżnik zbliżający się do swojej ofiary. Samolot Mystere 20 stał już na pasie, gotów do startu. Ten Dubois to dobry pilot – pomyślał z zadowoleniem Charigués. Jak zawsze, miał nosa angażując go do pracy. Samochód zatrzymał się tuż koło samolotu. Charigués chwycił swoją ciężką teczkę i wysiadł. Borton pomógł Korynnie wydostać się z wozu.

Słychać było warkot silników. Ten Dubois nie tracił czasu. Charigués pospiesznie uścisnął rękę Bortonowi i pchnął lekko Korynnę w stronę samolotu, aby uciąć pożegnalną gadaninę Bortona. – Będę telefonować i informować pana na bieżąco – rzucił mu przez ramię. Spojrzał na długie, zgrabne nogi Korynny wchodzącej po schodkach do samolotu i poczuł nagły przypływ pożądania. Gdy sam stanął na ostatnim stopniu, odwrócił się i pomachał ręką odchodzącemu już Bortonowi, przesunął wzrokiem po kolorowych światełkach na szczycie wieży kontrolnej i postawił nogę wewnątrz samolotu. Chwyciły go dwie ręce i wciągnęły siłą do środka. Trzecia ręka rozgniotła mu usta. Popchnięto go bezceremonialnie na fotel. – Siedź cicho, a nic ci się nie stanie – szepnął mu ktoś do ucha. Usłyszał trzask zamykanych drzwi i zaraz potem głos Dubois zwracającego się do wieży kontrolnej o zezwolenie na start, następnie przekazany pilotowi komunikat meteorologiczny, wreszcie ogłuszający warkot. Dubois znalazł się w powietrzu, ucisk na wargach Chariguésa zelżał. – Korynno! – zawołał. – Jestem tutaj – odpowiedziała przestraszonym głosem. Trochę uspokojony, postanowił rozejrzeć się w sytuacji. To niesłychana historia! W kabinie panowały ciemności rozpraszane jedynie światełkami tablicy rozdzielczej. Spojrzał w drugą stronę i domyślił się, że jest obserwowany. – Gdybyście mi wyjaśnili... – wykrztusił. – Tu nie ma nic do wyjaśniania – odparł sucho Piotr Mercey. – Potrzebujemy pana maszyny. Korzystamy z niej, to wszystko. Siedźcie spokojnie wszyscy troje, a nic złego wam się nie stanie. Pana pilot jest uprzedzony. Zrozumiał. Ma żonę i troje dzieci i bardzo mu zależy, by mógł dalej nimi się opiekować. Niech pan postępuje tak jak on, a po przybyciu do Paryża będzie pan wolny. Zastanawiam się zresztą, co innego może pan zrobić, zanim wylądujemy. Siedzący za nim Jo Lahaye roześmiał się drwiąco. – Chyba że chciałby popełnić samobójstwo! – Na razie niech mi pan poda swoją teczkę – powiedział Mercey. Charigués drgnął i przycisnął teczkę do piersi. – Tam są tylko dokumenty, które was nie zainteresują. – Pana dokumenty nie obchodzą mnie. Szukam tylko pieniędzy. – Pieniądze są w moim portfelu. – Niech mi pan więc da i to i to, i teczkę i portfel. Oddam panu wszystko prócz pieniędzy. Charigués niechętnie zastosował się do polecenia. – Po co porwaliście mój samolot? – spytał. – Żeby mi wszystko odebrać?

– Nie zadawaj pytań – przerwał bezceremonialnie Sancy. – Tracisz tylko czas. I tak nie dostaniesz odpowiedzi. Rób tylko to, co ci się każe. Mercey wyjął z portfela jego zawartość i oddał go właścicielowi wraz z teczką. – Teraz pani, ślicznotko – poklepał Korynnę po ramieniu. – Proszę mi dać torebkę. Posłuchała bez słowa. Tym razem Charigués wpadł we wściekłość, zapomniał o ostrożności i zerwał się z miejsca. Chciał rzucić się na Merceya, lecz nagle poczuł dźgającą go w kark lufę pistoletu. – No, no, bez głupstw – powiedział cicho Sancy. – Nie zrobimy nic złego twojej damie. Chcemy tylko zabrać jej forsę. Ty jej przecież zwrócisz, co? My bardziej potrzebujemy forsy niż ona. To dla ciebie kropla w morzu w porównaniu z całą tą flotą, którą zarabiasz na tej umowie, którą dzisiaj podpisałeś. To ostatnie zdanie zaniepokoiło Chariguésa: A jeśli to byli ludzie wynajęci przez konkurencyjne firmy, zazdrosne o jego sukcesy w interesach? Opadł bezwładnie na miejscu. – O, właśnie! – pochwalił go Sancy pobłażliwym tonem. – Już zrozumiałeś? Nikt tu ci źle nie życzy. My chcemy po prostu dostać się do Paryża. Mamy po uszy wina Bordeaux robionego z winogron zebranych w Corbières4 . Mercey oddał torebkę Korynnie i przesunął się do pilota. – Uważaj, tylko bez kawałów – powiedział. – Nie próbuj wysadzić nas w jakimś innym miejscu. Zaufaliśmy ci. Jeżeli nas oszukasz, wiesz, co cię czeka? Dubois nie odpowiedział. Patrzył przed siebie i zaciskał ręce na drążkach steru. W kabinie zapanowała cisza. Mercey usadowił się wygodnie w fotelu i pogratulował sobie w myśli. Jeszcze raz jego plan sprawdził się. Jeżeli wydostając się z więzienia musieli chwilami improwizować, to przynajmniej ta ostatnia operacja obyła się bez niespodzianek. Co prawda, sprzyjała im noc. Mógłby wyrecytować z pamięci artykuł z gazety, który przyspieszył sprawy i skłonił go do powiadomienia Estebeteguya, że wyjadą w najbliższą niedzielę, to znaczy o tydzień wcześniej, niż przewidywali. „We wtorek po południu przyjedzie do Bordeaux pan Bernard Charigués, znany przedsiębiorca budowlany, aby podpisać kontrakt, o który pertraktował z zarządem miejskim, na wyburzenie i przebudowę dzielnicy Saint-Michel. W kołach dobrze poinformowanych mówi się, że kontrakt będzie opiewał na kwotę pięćdziesięciu milionów nowych franków; sumę tę zapewnią trzy źródła: rząd, zarząd miasta i, prócz tych funduszy państwowych, także kapitał prywatny. Pan Charigués, który jak zwykle podróżuje na pokładzie swojego samolotu Mystere 20, odleci do Paryża tego samego dnia wieczorem. 4 masyw górski w Pirenejach Wschodnich, dość odległy od rejonu Bordeaux

Należy przypuszczać, że...” Telefon na lotnisko Merignac, by upewnić się, że samolot tam właśnie wylądował, i sprawa załatwiona. Reszta, to już była dziecinna zabawka: ostrożnie wyjść z domu Wiktora i Honoryny, wsiąść do furgonetki prowadzonej przez Barradesa i przejechać okrężnymi uliczkami przez miasto, aby dostać się do Merignac, wreszcie zaczaić się przy drucianej siatce odgradzającej lotnisko. Gerard pierwszy odkrył miejsce postoju Mystere 20. Był to zresztą jedyny samolot tej firmy stojący na części płyty zarezerwowanej dla prywatnych samolotów. Podeszli bliżej, pod siatkę. Pilot spacerował tam i z powrotem po betonowych płytach w pobliżu samolotu. Od czasu do czasu oddalał się, by zapalić papierosa, opierając się plecami o ścianę hangaru. Christian bez trudu przeciął siatkę, posługując się wielkim przecinakiem, przewidująco zabranym do samochodu. Potem kolejno przecisnęli się przez wycięty otwór. Koło hangaru nie było nikogo, a pilot zaskoczony niespodziewanym przebiegiem wypadków nie stawiał oporu. Szybko zdał sobie sprawę, że to nie żarty, rozumiejąc dobrze, z której strony jest posmarowana jego kromka chleba, jak mówią Amerykanie. Piotr Mercey nie zapomniał o zdjęciu tablic rejestracyjnych z furgonetki, zanim ją zostawili na lotnisku. Teraz nagle dotknął ramienia Chariguésa. – Czy będzie czekał na pana samochód na lotnisku Le Bourget? – Tak – mruknął rekin robót budowlanych. – Pana prywatny wóz? – Tak. – Jakiej marki? Tamten zawahał się. – Jakiej marki? – naciskał Mercey. – Rolls. Mercey skrzywił się. Za bardzo rzucający się w oczy, jak na samochód ludzi, którzy chcieli ujść niepostrzeżeni. Wstał i podszedł do pilota. Dubois usłyszał, że zbliża się i odwrócił głowę, marszcząc gęste brwi. – Ile czasu potrzebujesz, żeby dostać połączenie radiowe z Le Bourget? – Już mam. – Dobrze. Więc przekaż im, że pan Charigués życzy sobie, żeby dwa wynajęte samochody czekały na niego na lotnisku. Dwa peugeoty 604, jeśli to możliwe. I żeby podstawili je do samolotu, razem z rollsem. Pan Charigués nie zdąży podpisać umowy na wynajem samochodów. Będzie się spieszył. Niech mu wyślą umowę do biura. Z przyjemnością podpisze i wyśle wraz z czekiem. Do umowy trzeba wpisać termin wynajęcia

dwadzieścia cztery godziny. Oczywiście, chodzi o samochody bez szofera. I, powtarzam, wszystkie auta mają być podstawione u wyjścia z samolotu. Zrozumiałeś? Powtórz. Dubois posłusznie powtórzył. – Dobrze – pochwalił Mercey. – Teraz wal. Wezwij lotnisko. Dubois włączył przycisk nadajnika i po paru daremnych próbach udało mu się połączyć z lotniskiem. Przekazał bezbarwnym tonem polecenia Merceya i poprosił o potwierdzenie ich wykonania. – Alfa Tango Charlie – brzmiał nosowo głos jego rozmówcy – wezwiemy was i potwierdzimy. – O której lądujemy? – spytał Mercey. – Za jakieś czterdzieści minut – odpowiedział Dubois obojętnie, koncentrując uwagę na swoich przyrządach. Mercey wrócił na fotel. W przejściu Christian szturchnął go po przyjacielsku. – Wszystko pójdzie dobrze, stary. – Mam nadzieję – mruknął Mercey. Po upływie dziesięciu minut radio znowu zatrzeszczało. – Alfa Tango Charlie? – Alfa Tango Charlie, słucham – pospiesznie odpowiedział Dubois. – Alfa Tango Charlie, zgoda na dwa wynajęte auta. Peugeot 504 i renault 17, jeżeli wam pasuje. – W porządku – podpowiedział Mercey ze swojego miejsca. – Pasuje – odpowiedział krótko pilot. – Agencja Hertza z przyjemnością załatwi zlecenia pana Chariguésa. Niech się nie martwi o umowę. Będzie załatwiona tak, jak sobie życzy. Oba samochody będą podstawione do samolotu, także rolls pana Chariguésa. Czy jeszcze coś, Alfa Tango Charlie? – Nie, to wszystko, dziękuję. – Dziękuję. – Wzywam wieżę kontrolną, wzywam wieżę kontrolną – podjął Dubois. – Tu Alfa Tango Charlie... Samolot zaczął schodzić. Mercey odwrócił się do okna i przez chwilę przyglądał się migocącym w ciemności światełkom Paryża. Kiedy Dubois dostał z wieży kontrolnej zgodę na lądowanie, Mercey poprosił o ciszę. – Oto jak zrobimy – powiedział. – Pan, panie Charigués, wsiądzie jak zwykle do rollsa. Pewnie pan ma swojego kierowcę, który będzie czekał na pana? – Tak – odpowiedział słabym głosem przedsiębiorca. – Jeden z nas pojedzie z panem. Mercey dotknął po ciemku ramienia Jo Lahaye. Należało unikać wymieniania imion, chociaż i tak policja szybko się zorientuje, kim są sprawcy skoku.

– Ty. Ja pojadę peugeotem... Pochylił się i położył rękę na ramieniu Gerarda Lesaigneura. – ... z tobą, i z pana sekretarką jako zakładniczką, panie Charigués. Pozostali dwaj wsiądą do renaulta razem z pilotem. – Niemożliwe – zaprotestował Dubois. – A to dlaczego? – spytał szorstko Mercey. – Muszę zająć się moją maszyną. – To znaczy? – Ach... no... muszę ją odprowadzić do hangaru... zostawić... sprawdzić parę rzeczy... no, wszystko jak zwykle! Kto widział pilota, który zostawia swoją maszynę na płycie! Chyba że chcecie poczekać na mnie, ale to potrwa! – mówił z ironią w głosie. – Wystarczy, jak powiesz, że jesteś chory – wtrącił Christian Sancy. – Ale... – Milcz! – przerwał Sancy. – Będziesz mnie uczył, jak to się załatwia na lotnisku? Ciągniki wezmą to twoje pudło na hol i wprowadzą do hangaru, tak że wcale nie musisz być przy tym. – Właśnie – przytaknął Piotr Mercey – i... – Nie na Le Bourget – upierał się Dubois. – Oni mi tam... – Nie nudź! – uniósł się Jo Lahaye. – Zrobisz, jak ci mówimy i zamiast pleść głupstwa, zajmij się lepiej tymi swoimi drążkami, bo ja nie mam zamiaru nabić sobie guza! I radzę ci, nie próbuj wygłupiać się, kiedy wylądujemy, bo tak dostaniesz, że się nie pozbierasz, możesz mi wierzyć! I tobie tak samo radzę, Charigués, i twojej laluni... Róbcie, co się wam każe, a nic wam nie grozi... Mówił z nie ukrywaną groźbą w głosie, tak by Charigués, Korynna i Dubois zakarbowali to sobie dobrze w pamięci. Ale na Korynnę podziałało to tylko przez chwilę. Za długo już panowała nad nerwami. Nagle wybuchnęła płaczem. Robert Barrades, ufny w swoje dawne doświadczenie sutenera, przysunął się do niej i wymierzył jej dwa tęgie policzki, co natychmiast wywołało reakcję oburzonego Chariguésa. – Potwory! Nie macie prawa... Piotr Mercey miał już dość. – Ciszej! Za chwilę będziemy lądować, a to nie jest odpowiedni moment, żeby pilot robił głupstwa. A ty, Charigués, zamknij się i pamiętaj, że trzymam wycelowany w ciebie pistolet. Jeżeli jeszcze raz otworzysz dziób, nie odpowiadam za moją rękę... I uspokój Korynnę. Poradź jej, żeby siedziała cicho, to nie jest właściwa chwila na atak nerwowy! * * *

Leyland zjechał wreszcie na bok i Sancy miał już wolną drogę przed sobą. Odszukał wzrokiem rollsa i peugeota, które trochę zwolniły, aby mógł je dogonić, i zjechał za nimi z autostrady w kierunku Saint-Ouen. Kwadrans później trzy samochody zatrzymały się na skraju nie zabudowanego terenu zawalonego wrakami starych aut. Z trzech stron tego cmentarzyska straszyły na wpół zrujnowane mury nieczynnych fabryk. – Koniec drogi – obwieścił Piotr Mercey. Charigués błędnie zrozumiał znaczenie tych słów. – Nie! – wrzasnął. – Nie możecie nas zabić! Obiecaliście nas uwolnić, jeżeli zachowamy spokój! Niech pan sobie przypomni! – Cicho! Nie mamy zamiaru was zabijać – odparł oschle Mercey. – Po prostu zostawimy was tutaj. Na waszych własnych nogach, naturalnie. Zabieramy pana samochód. Proszę się nie obawiać, za kilka dni policja odda go panu. Szybko, nie ma czasu do stracenia, idźcie tam. Wepchnięci między wraki samochodów Charigués, Korynna, Dubois i szofer zostali w mgnieniu oka zakneblowani brudnymi szmatami i związani starymi sznurami poniewierającymi się na zaśmieconej ziemi. Potem rzucono ich na platformę jakiejś zardzewiałej ciężarówki, płosząc gromadkę wynędzniałych kotów. – Piękna pogoda, nie zmarzniecie – roześmiał się szyderczo Jo Lahaye. – W dodatku dziewczyna leży między wami. Przytulicie się do niej, będzie wam cieplej... Jeżeli się trochę pokręcicie, to może... – Wystarczy – przerwał Piotr Mercey. – Skończ z tymi dowcipami. Charigués – zwrócił się w stronę ciężarówki – jutro zatelefonujemy do gliniarzy i powiemy im, gdzie jesteście. To będzie tylko jedna przykra noc. Mimo to, dobranoc... Wrócili do samochodów i odjechali. Zostawili zbyt rzucającego się w oczy rollsa w Levallois-Perret, nad brzegiem Sekwany, naprzeciw wyspy Grande Jatte, o sto metrów od mostu Levallois. Mercey znalazł czarny mazak w schowku na rękawiczki i na reklamówce firmowej rollsa nabazgrał słowo „awaria”, po czym wetknął kartkę za zderzak, w dobrze widocznym miejscu. Zyskamy parę godzin – pomyślał, nie żywiąc – jednak nadmiernych złudzeń. Dom w Chesney był pogrążony w całkowitej ciemności, gdy peugeot i renault zatrzymały się cichutko, ze zgaszonymi światłami, przy krawężniku. Na ulicy nie było nikogo. Skąpe światło latarni ustawionych co pięćdziesiąt metrów rzucało na chodnik trupi odblask. W peugeocie panowała cisza. – Przecież nie będziemy tu siedzieli całą noc – zniecierpliwił się Jo Lahaye. – Teraz kolej na ciebie – Piotr Mercey zwrócił się do Christiana Sancy.

III Piotr Mercey otworzył lodówkę, wyjął ostatnią butelkę piwa przytuloną do zamrażalnika i postawił ją na stole. Zamknął lodówkę i spojrzał pytająco na Christiana Sancy. – Napijesz się? Sancy potrząsnął przecząco głową. Miał zabawny wyraz twarzy, wyglądał jak mały chłopiec przyłapany na jakimś figlu, co nie pasowało do jego zimnych oczu i twardych rysów pobrużdżonej twarzy o kwadratowej brodzie zdradzającej silną wolę. Mercey przeniósł wzrok na Zuzannę. Właśnie odcięła brzeg torebki z zupą w proszku i wrzuciła zawartość do wielkiego garnka, do którego nalała gorącej wody z kranu. Postawiła garnek na kuchence gazowej i zapaliła palnik. Po chwili rozszedł się po kuchni ostry zapach porów. Nie spuszczając wzroku z Zuzanny, Mercey podniósł butelkę do ust i przechylił ją, wlewając do gardła zimny płyn. Gdy Zuzanna podeszła bliżej, by wyjąć coś z lodówki, pochwycił jej posępne spojrzenie. – Nie zostaniemy tu długo – powiedział uspokajająco. Zamiast odpowiedzi wzruszyła ramionami. Christian trochę przesadził, mówiąc o jej życzliwości wobec ludzi i o gościnności – pomyślał, trochę podrażniony. Trzeba jednak przyznać, że narażała się na wielkie ryzyko. Ukrywała u siebie w domu pięciu przestępców poszukiwanych przez policję całego kraju i na pewno przechodziły ją od tego ciarki. Gdyby to był tylko Christian, pewnie by tak nie grymasiła, ale ich pięciu... Miała pięćdziesiąt kilka lat. Była wysoka, solidnie zbudowana, miała szerokie ramiona i rozłożyste biodra, płaską, bladą twarz, smutne oczy i fałdy goryczy w kącikach ust. Włosy krótko obcięte po męsku. Była z gatunku małomównych, mogłaby wzbudzić zazdrość dawnych gwiazd filmu niemego. Jakieś czterdzieści lat temu odważyła się popłynąć pod prąd wydarzeń dziejowych, zakochując się w żołnierzu Wehrmachtu, czego jej nie zapomniano podczas czystek po wyzwoleniu. Ogolono jej głowę i przeprowadzono nagą ulicami jej rodzinnego miasta. Przez tydzień pełniła rolę „wypoczynku wojownika”, po czym zamierzano ją rozstrzelać wraz z pięćdziesięciu innymi dziewczynami znajdującymi się w podobnej sytuacji, gdy pojawił się

ojciec Christiana Sancy, wziął ją w obronę i uratował jej życie. Była mu bezgranicznie wdzięczna i gdy państwo Sancy zginęli w wypadku samochodowym, przelała swoje uczucie wdzięczności na Christiana. Już dwadzieścia lat temu dowiodła swojej lojalności, gdy policja poszukiwała Christiana za jego działalność w O.A.S.5 . Ukrywała go u siebie przez kilka dobrych tygodni i policja nigdy się o tym nie dowiedziała. Naturalnym biegiem rzeczy Christian teraz znowu postanowił prosić ją o pomoc, tym razem jednak nie tylko dla siebie, lecz także dla współtowarzyszy swojej ucieczki z więzienia. Zgodziła się bez entuzjazmu, jedynie dlatego, by przysłużyć się Christianowi. Może nastąpić jednak moment, gdy będzie miała dosyć. Należałoby tego uniknąć i nie siedzieć tak bez końca w tym domu w Chesney. Christian dobrze o tyra wiedział i stąd ta jego dziwna mina. Niestety, na razie nie było dokąd iść. Trzeba było coś obmyślić i to jak najszybciej. Siedzieli tu już dwa dni. Cała Francja wiedziała, że ukryli się w rejonie Paryża, więc sam Paryż i okolice musiały roić się od gliniarzy. A jednak trzeba się stąd ruszyć. I dlatego też, żeby zdobyć trochę forsy... – Możecie siadać do stołu – powiedziała Zuzanna ponurym głosem. Nie czekając na nich podniosła wazę z zupą i zaniosła ją do jadalni. – Nie zwracajcie na to uwagi – usprawiedliwił ją Sancy, uśmiechając się blado. – Ona jest naprawdę bardzo dzielna, wiesz przecież. Wstali obaj i poszli za Zuzanną. Tamci trzej siedzieli już przy okrągłym stole w jadalni, rzucając zgłodniałe spojrzenia na wazę z zupą. Jo Lahaye próbował rozruszać towarzystwo, opowiadając słone kawały, wtórował mu Robert Barrades, ale ich wymuszona wesołość nikogo nie oszukała. Zjedli kolację, jak ludzie spieszący się na pociąg. Gdy Zuzanna sprzątała ze stołu, Gerard Lesaigneur włączył telewizor. Wszyscy umilkli i słuchali wieczornego dziennika. Nie było nic nowego. W każdym razie tak twierdził spiker, siedząc na tle ich fotografii wydobytych z archiwów policyjnych. Zrobiono je kiedyś, wczesnym rankiem, po nieprzespanej nocy. Ukazywały teraz żądnym sensacji telewidzom ich półprzytomne oczy na chorobliwie bladych, zarośniętych twarzach. – Naprawdę mamy obrzydliwe gęby – roześmiał się Jo Lahaye. – Lepiej by dali białą planszę, bo nastraszymy dzieciaki! – Będą miały złe sny – dodał Robert Barrades. – Niektórzy spędzą fatalną noc! Będą musieli aż do rana uspokajać swoje bachory! 5 Organisation Armée Secrète – Organizacja Armii Podziemnej, która działała w latach 1961-1963

Koło dziesiątej Zuzanna poszła się położyć, życząc Christianowi dobrej nocy, ale tylko jemu. Wyszła z pokoju w chwili, gdy kończył się stary western nadany zaraz po dzienniku telewizyjnym. Mercey skorzystał z tego i wyłączył telewizor. Gerard Lesaigneur spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Co ty, co robisz? My ziewamy z nudów, a tu nie można się nawet trochę rozerwać! – Właśnie, jak powiedziałeś, ziewamy z nudów, ale ja nie mam zamiaru długo ziewać i proponuję, żebyśmy coś postanowili. I zaraz wszyscy się naradźmy, co robić, żeby stąd wyjść. Wskazał im miejsce przy stole. Robert Barrades przewidująco przyniósł z kredensu butelkę koniaku wraz z tacą z kieliszkami i postawił na stole. – Nalejcie sobie – powiedział. – Przy rozmowie zasycha w gardle. Chętnie zastosowali się do tej rady. Piotr Mercey upił łyk koniaku, odchrząknął i zabrał głos. – Podsumujmy. Odkąd wyrwaliśmy się z mamra, zupełnie nieźle sobie radzimy. Dzisiaj jest piątek, więc ukrywamy się już od pięciu dni i gliny nas jeszcze nie złapały. To punkt dla nas. Udało nam się przyjechać do Paryża. Pamiętacie, co mówiliśmy, kiedy byliśmy jeszcze u Wiktora? Wszyscy uważaliśmy, że najważniejsze to dostać się do Paryża, bo, po pierwsze klimat Bordeaux nam nie służył, po drugie, nasze bazy wypadowe – Jo, Christiana i moja – były tutaj i wreszcie, że jak raz tu już będziemy, to resztę łatwo się załatwi. No i wreszcie nadeszła chwila, żeby załatwić. Jak dotąd, wszystko nam się udawało. Znaleźliśmy jedną melinę w Bordeaux, drugą w tym domu, samolot, żeby za darmo przejechać się do Paryża, a teraz siedzimy tu jak zapędzeni w kozi róg. Nie możemy dłużej zostać w tym domu. Widzieliście minę Zuzanny... Położył dłoń na ramieniu Christiana. – To oczywiście nie twoja wina, Christianie. I tak bardzo dobrze, że znalazłeś nam tę kryjówkę. Ale nie możemy się dłużej oszukiwać. Musimy się wynieść. Wreszcie kwestia zasadnicza: pieniądze. Jo, Christian i ja mamy trochę forsy. Niestety, chwilowo niedostępnej. Więc nie mówmy o tym. Wniosek: musimy zdobyć pieniądze. Mercey przerwał, żeby upić koniaku i bardzo powoli postawił kieliszek z powrotem na stole. – Tak jest. Mam na myśli pewien skok. Wielki skok. Nawet bardzo. – Ile? – spytał natychmiast Jo Lahaye. – Dwa miliardy. Patrzyli na niego z przerażeniem. On, nie spiesząc się, wziął ze stołu paczkę gauloises’ów, prztyczkiem wyrzucił papierosa i spokojnie go zapalił. – Nabierasz nas – wyksztusił Christian Sancy. – Wcale nie.

– Ale niedawno mówiłeś – zdziwił się Robert Barrades – że skoki na pięćset kawałków rzadko się zdarzają, a teraz mówisz o dwóch miliardach. – Mówiłem wtedy o rabunku. – A ten twój skok, to co? – Może mokra robota? – Też nie. Kidnaperstwo. Jo Lahaye gwizdnął przeciągle. – Wybacz, Piotrek, ale ja na to nie idę. Porywanie dzieciaków, to nie dla mnie. Obrabować bank, zgoda, ale napaść na smarkacza... Dziwię się nawet, że przyszło ci to do głowy, Piotrusiu, z twoim wykształceniem i z całą twoją przeszłością... Piotr Mercey zachował niewzruszony spokój. – Słyszałeś, Jo, jaka sumę wymieniłem? – Dwa miliardy, oczywiście, słyszałem. No pewnie, ładna sumka! Tylko jaki facet zapłaci tyle pieniędzy? Mercey uśmiechnął się tajemniczo. – Mogę cię zapewnić, że ta suma będzie wypłacona. – Czy wolno wiedzieć, jak się nazywa ten miliarder? – spytał niedowierzającym tonem Gerard Lesaigneur. – Nie wiem. Przyglądali mu się, jak gdyby nagle oszalał. – Nie wiesz? – Nie – odparł Mercey obojętnie. – I nie znam nawet nazwisk dzieci, które trzeba będzie porwać. – Dzieci? – wtrącił Barrades. – Chcesz powiedzieć, że będzie więcej, niż jedno dziecko? – Tak. Czworo. – Czworo? – zbuntował się Sancy. – Ależ to czyste szaleństwo. Wiesz, Piotrek, myślę, że ty masz źle w głowie. Nie wiem, czy to pod wpływem odsiadki w mamrze, ale mam wrażenie, że zwariowałeś. – To wpływ więzienia – zapewnił Jo Lahaye tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Zawsze dobrze się rozumieliśmy, Piotrek, ale z tym porwaniem, to chyba rzeczywiście zwariowałeś, jak powiedział Christian. – A te wasze napady rabunkowe – odciął się Mercey – dokąd was zaprowadzą? Chcecie, żebym powiedział? Prosto do więzienia. Jeśli to jest waszym celem... Nacieszyć się wolnością przez parę miesięcy i... – Te twoje dwa miliardy wcale nie są pewne – zaoponował Sancy. – Mylisz się. Możesz mi wierzyć. Miałem dość czasu, by rozważyć szanse. Są bardzo duże. A w końcu chodzi o dwa miliardy. Po odliczeniu kosztów własnych, każdemu z nas przypadnie – oczywiście, jeżeli pójdzie na to – mniej więcej trzysta pięćdziesiąt milionów, a z

taką sumą można łatwo ukryć się gdzieś za granicą. Zresztą, mam również plan przedostania się za granicę bez większych kłopotów. A mając trzysta pięćdziesiąt milionów w kraju, który nie podpisał z Francją układu o ekstradycji – a na szczęście dla gangsterów istnieje takich kilkanaście – będziemy mogli żyć, jak gdybyśmy nie mieli nic na sumieniu, jak gdyby nigdy nic. – To piękna mowa obrończa – rzekł Jo Lahaye. – Słowo daję, zdawało mi się, że jestem w Pałacu Sprawiedliwości, a może już się za nim stęskniłem, co? Tylko że ta twoja historia nie jest do końca przemyślana. Ty nawet nie wiesz, komu zabierzesz te dwa miliardy. – To prawda, nie wiem komu, nie wiem nawet, jakie dzieci będą porwane, ale za to wiem na pewno, że te dwa miliardy zostaną wpłacone. – Więc komu w końcu zabierzesz te dzieci? – spytał Gerard Lesaigneur cokolwiek podrażnionym tonem. – Mój plan jest dlatego oryginalny – odrzekł spokojnie Mercey – że rodzice dzieci, które mają być porwane są, że tak powiem, pozbawieni jakiegokolwiek majątku, no i to wcale nie oni złożą okup... Tym razem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. – Słuchaj, nabijasz się z nas, czy co? – Co to znowu za historia? – To jakaś lipa! Pozwolił im się wykrzyczeć, a gdy wreszcie umilkli, powiedział spokojnie: – Zgoda, na pierwszy rzut oka to wygląda idiotycznie, ale mogę was zapewnić, że ten pomysł wcale nie jest taki niemądry. – No więc wytłumacz nam – zniecierpliwił się Jo Lahaye. – To słuchajcie... * * * Inspektor okręgowy, Le Guennec, wodził swoim jednym okiem po twarzach szefów sekcji. Twarze te wyrażały znużenie wywołane nieprzespaną nocą. – Nic nowego, jeśli chodzi o Lesaigneurów? – Nic. Wszyscy są inwigilowani – odpowiedział Vanderbussche. – Musieliśmy zresztą prosić o pomoc tych z drogówki i z brygad terenowych, bo nie dalibyśmy sobie sami rady. Okropna rodzina, może doprowadzić do rozpaczy! – Nie można nikogo z nich spuścić z oka. Tylko dzięki tej rodzinie zdołamy odnaleźć naszych pięciu zbiegów. – W każdym razie – wtrącił komisarz Servant – Charigués z przyjaciółką i pilot wyszli cało z tej przygody. Mogło się gorzej skończyć, bo co tamci mieli do stracenia? Zwłaszcza mordercy, jak Sancy i Lahaye.