wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Serge Jacquemard - Wendeta

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Serge Jacquemard - Wendeta.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Serge Jacquemard
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 24 osób, 26 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 399 stron)

SERGE JACQUEMARD WENDETA Przekład: MAREK NOWAK „KB”

ROZDZIAŁ I Klimatyzator mruczał łagodnie w kącie pokoju i powietrze w biurze było przyjemnie chłodne. Kacem Wahad czuł, jak materiał jego koszuli powoli schnie pod pachami. Tego samego uczucia doznawał w dolnych partiach lędźwi, tam gdzie pasek spodni przyciskał koszulę do ciała. Przełknął ryk miętowej herbaty, schrupał odruchowo solonego migdała wlepiając wzrok w Saida Chouftali. — Nie wiadomo, czy któregoś dnia Arabia Saudyjska i te bratnie kraje, które nas finansują, nas nie opuszczą - kontynuował tamten jakimś zgryźliwym tonem. - Kraje Frontu Odmowy są biedne, z wyjątkiem Libii, ale nawet tutaj, w Trypolisie, sytuacja może ulec zmianie. Niedawno miał miejsce spisek, który podsycały niektóre odłamy w Armii, prozachodni oficerowie, stawiający sobie za cel obalenie Przewodniczącego Rady Rewolucyjnej i zaprowadzenie nowego porządku sprzyjającego Stanom Zjednoczonym. Spisek się nie powiódł, pochłonął tylko sporo ofiar. Ale krew pociąga za sobą krew, tak jak pieniądz przyciąga do siebie pieniądz. I będą kolejne spiski, za rok, dwa. Któryś się w końcu uda i będziemy musieli stąd odejść. — Do tego czasu możemy już osiągnąć nasz cel - zaoponował Kacem Wahad. — Utworzenie Państwa Palestyńskiego? Nie uda się tą drogą. Bratnie kraje zdradzają nas. Porozumiewają się z wrogiem za naszymi plecami. Mamy jedną wadę, w przeciwieństwie do pozostałych Arabów, Kacem, brak zgody. Kiedy jeszcze studiowałem na Sorbonie zagłębiłem się w historii Galii z pierwszego tysiąclecia... Kacem Wahad pokiwał głową. — Rozumiem tę aluzję. Gallowie, ludzie kłótliwi, anarchiści, skłóceni z Rzymianami i ostatecznie pobici przez legiony. — Otóż to - przytaknął Said Chouftali. - Jesteśmy Gallami

dwudziestego wieku... — To zbyt pesymistyczna wizja - odparł Kacem oschłym tonem, wobec którego jego rozmówca nie okazał lekceważenia. Uśmiechnął się tylko pod nosem. - Pesymistyczna, ale realistyczna - zauważył, ruchem ręki powstrzymując jakby sprzeciw, który przeczuwał. - Nasza Sprawa musi przetrwać wszelkie próby. Tylko, że żadna sprawa, jak słuszna by nie była, nie przetrwa, jeśli nie jest popierana pieniędzmi. Na razie je mamy, ale, jak mówiłem, musimy przewidzieć przyszłość, utworzyć wojenny skarbiec, zapewnić nam solidne bazy wypadowe, bazy ewakuacyjne, i to w jakimś zachodnim kraju. — I dlatego wybór padł na Francje. — Tak, z racji szczególnych warunków jakie tam panują i jakie sprzyjają moim planom. — Jakie są więc te plany? Nie spiesząc się, Said Chouftali nalał znowu miętowej herbaty do filiżanek i wstał, by napełnić spodeczek solonymi migdałami, które obu im smakowały. Potem zapalił tureckiego papierosa, o pachnącym, ale mdłym zapachu tytoniu. Brakuje mu tylko rachatłukum - skwitował znużony Kacem, ale wolał nie wypowiadać tej myśli głośno. Pozory myliły - za grubą tłustą masą, zlaną potem mimo działających ostro klimatyzatorów, Said Chouftali był niebezpiecznym człowiekiem, zbyt niebezpiecznym człowiekiem, który nienawidził naigrywania się z niego. Odpowiedzialny za wszystkie Operacje Zagraniczne Organizacji, miał na sumieniu około tysiąca ofiar. Był człowiekiem twardym, okrutnym, bez skrupułów, niezwykle inteligentnym i obdarzonym jakimś szatańskim umysłem, którego obłudny makiawelizm panował nad najdrobniejszymi zamiarami działań. Kacem porównywał go do wielkiego kota o ojcowskim, dobrotliwym, słodkim wyglądzie, ale oczach przebiegłych, pełnych hipokryzji, zawsze gotowego rzucić się na niewinną

zdobycz. Nie znał pobłażliwości. Winni niepowodzeń w misji byli karani bezlitośnie. A Said znał tylko jedną słuszną karę: śmierć. Często cytował stare arabskie przysłowie, pochodzące jeszcze z Hedjazu: „Tylko umierając, samiec, który właśnie zapłodnił modliszkę, okupuje własne winy, ulegając samicy...” - Oto mój plan, Kacem... Ten zesztywniał. Przełknął jeszcze łyk miętowej herbaty, zagryzając solonym migdałem, aby zrobić dobrą minę. Plany opracowane przez Saida Chouftali zawsze wprawiały go w zły nastrój. A Said już mówił - monotonnym głosem, pozbawionym wszelkiej namiętności. To, co przedstawiał, było proste, precyzyjne, jasne, bez zbędnych ozdóbek. Argumentacja też była trafna, wszystko doskonale się układało. Żadnych widocznych luk, przynajmniej w teorii. Kacem Wahad był zdumiony zuchwalstwem planu, jaki mu tu

przedstawiano. Wytrzeszczył oczy zastanawiając się, czy powinien podać głośno swoje zastrzeżenia. Wreszcie Said Chouftali skończył i spytał z uśmiechem: - I co o tym myślisz, Kacem? - Porywamy się na bardzo grubą rybę i na niebezpiecznych ludzi, którzy nie zawahają się zabić w obronie własnej. - Znam skalę trudności przedsięwzięcia i nie spodziewam się sukcesu z dnia na dzień. Chcę najpierw zasiać chaos, ugodzić w mrowisko, widzieć rozpraszające się na wszystkie strony, zupełnie oszalałe mrówki. I miażdżyć je stojąc obok... - Wziął do ręki książkę leżącą na jego biurku, otworzył ją i przekartkował, nim zatrzymał się na jednej ze stron i pochylił się nad czerwoną ramką. - To są szczegółowe dane francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Kacem. Te działania przynoszą każdego roku dwieście miliardów franków, albo jeszcze inaczej - dwadzieścia tysięcy miliardów starych franków... Kacem Wahad aż poderwał się z miejsca. — Rzecz jasna, oficjalne statystyki - ciągnął Said Chouftali wybuchając jakimś pełnym dysonansów śmiechem - wciąż rozmijają się z prawdą, kiedy dotyczą spraw tego rodzaju... — Dwadzieścia tysięcy miliardów starych franków... - powtórzył osłupiały Kacem Wahad. — Ale oczywiście nie możemy liczyć, że pewnego dnia położymy łapę na całej tej złotej żyle, choć należy zadbać, by odebrać swoje od pośredników. To, czego szukamy, nie jest do „eksploatowania”,ale do „kontrolowania”. Pozostanę więc skromny i powiem, że zadowolimy się jedną dziesiątą tej kwoty. Długoterminowo.../ — To i tak da jeszcze dwa tysiące miliardów starych franków! - zdążył zauważyć Kacem. — Właśnie tak. Ale, powtarzam, długoterminowo... Za taki uznaję okres dwóch lat. W każdym razie, im dalej się posuniemy, tym niezbędne będzie dla nas stworzenie własnej struktury. A możemy postępować jedynie etapowo. — Jaki więc będzie etap pierwszy?

— Paryż. — To największy kąsek. — Jeśli powiedzie się nam w Paryżu, reszta Francji się podda. — Marsylia, Lyon i Nicea też są chyba twardymi orzechami do zgryzienia... — Te miasta otworzą się same i wpadną w nasze ręce jak tylko padnie Paryż.

Kacem wzdrygnął się, mimo swej zatwardziałości i przyzwyczajenia do wypełniania przez wiele lat trudnych misji. - I to ja mam odpowiadać za tę operację? Said Chouftali potwierdził skinieniem głowy. — Tak. Masz jakieś obiekcje? - Ton jego głosu niespodziewanie zlodowaciał. — Oczywiście, że nie - odparł bez chwili wahania Kacem. — Jesteś jedynym mającym kwalifikacje, po tym czego już dokonałeś. Nadamy tej operacji nazwę Sabah Teleita, co w naszym arabskim znaczy: siedem-trzy. Cyfry są bardziej anonimowe niż nazwiska, a nawet kod. Cyfry można zawsze wyjaśnić, nazwiska - nie zawsze. Sabah, teleita nie kojarzy się z niczym, to wszędzie przejdzie. — Dobrze. Sabah, teleita - zgodził się Kacem. - Jest tylko jedna istotna kwestia, poza dopracowaniem szczegółów, ale myślę, że do szczegółów przejdziemy później... — Tak, do szczegółów przejdziemy później - przyznał Said. - Co to za istotna kwestia? — Personel. — Trafna uwaga. - Said zastanowił się chwilę i rzucił: - Hilda? — Hilda i jej Niemcy? Tym razem to Kacem przez chwilę się zastanowił. - Idea ją omami, to nie ulega wątpliwości - odparł w końcu. Spojrzenia Saida nabrało frywolności. - Do ciebie należy przekonać ją do współpracy... Ale jestem pewien, że to nie będzie trudne... - Z wulgarną intonacją głosu dodał: - Masz reputację niezmordowanego mistrza „posuwania” kobiet, a ona uwielbia się pieprzyć, zresztą jak wszystkie Niemki... Kacem powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza. — A ilu Niemców ona ma w tej swojej grupie terrorystów? — Dziesięciu. Siedzą we Francji, w Belgii i we Włoszech. Do Niemiec nie mają wstępu, odkąd to policja z Bonn urządza na

nich nieustanne polowanie. — Niech się zbiorą w Paryżu. Weźcie ich pod wasze skrzydła, Hilda i ty, i wykorzystajcie do realizacji naszego projektu. Do ciebie należy wymyślić motywację ideologiczną, aby przywrócić ich do formy. Kacem potakująco skinął głową. — Będziesz miał do swojej dyspozycji naszą grupę w Paryżu. Ich również jest dziesięciu. Z dwudziestoma ludźmi możesz ruszyć z miejsca. — To nie wystarczy - stwierdził Kacem. - Paryż jest wielki, a robota do wykonania ogromna. Po pierwszym efekcie zaskoczenia, z pewnością nastąpi riposta i trzeba liczyć się ze stratami w naszych szeregach. Potrzebne mi będzie dużo więcej osób. — Będziesz ich miał - obiecał Said. — A kto to będzie konkretnie? — Paryski gang, na którego czele stoi Maurice Benzahra. Kacem zerwał się z miejsca. — Żyd?! — Zgadza się, algierski Żyd. Ale dlaczego nie sprzymierzyć się z Diabłem, gdy nasza sprawa ma zatriumfować. Zwłaszcza, że nawet Diabeł może zostać wyeliminowany, kiedy nie będziemy już go potrzebowali. A poza tym Diabeł to chrześcijański wynalazek. Jesteśmy muzułmanami, nie zapominajmy o tym. Więc nie bójmy się zabić Diabła, kiedy nie jest już użyteczny. — A ten Maurice Benzahra się zgadza? - spytał z niesmakiem Kacem. — Zbliżyłem się do niego. Taki test próbny. Powiedział „tak”. Jest nadzwyczaj ambitny. I przekonany, że nie zajmuje miejsca, na jakie zasługuje w paryskim półświatku. Chce się rozwinąć. Oczywiście kosztem innych gangsterów. I gotów jest podać nam rękę. Rzecz jasna, nie wie o zasięgu naszych projektów. Gdyby je znał, w jednej chwili przeszedłby do obozu przeciwnika, co zresztą byłoby niesłychanie logiczne w

kontekście dbania o własną skórę. Musisz więc grać z nim nadzwyczaj subtelnie. Bądź przebiegły, obchodź się z nim delikatnie, schlebiaj jego manii wielkości, udawaj, że żywisz wobec niego podziw. Wielu gangsterów jest zarozumiałych. Uwielbiają pochlebstwa. Trzeba wtedy pozwolić płynąć rzekom miodu... Kacem lekko skinął głową. - Zgadzam się. — Ogólnego zarysu planu już nie muszę objaśniać? — Nie. — Dobrze, przejdźmy więc do praktycznych szczegółów... — A w tym i pieniędzy, koniecznych do rozpoczęcia operacji - sprecyzował Kacem. * * * Kacem Wahad nie lubił brytyjskich linii lotniczych. Z uwagi na... kuchnię. Był stanowczo uczulony na angielską kuchnię, z baraniną włącznie. Zmuszony był jednak wsiąść na pokład tego samolotu, bo tylko w nim mógł zarezerwować miejsce do Londynu, a Hilda Kloske tam właśnie przebywała. I była osobą, z którą przede wszystkim musiał się spotkać.

Odmówił więc grzecznie jedzenia i został przy wybornym Williamie Lawsonie, którego butelkę podano mu wcześniej. Obrzucił zdegustowanym spojrzeniem sąsiada łapczywie rzucającego się na pływający w szarawym sosie groszek miętowy i pospiesznie odwrócił wzrok czując, jak fala mdłości kurczy mu żołądek. Aby się jej pozbyć, przełknął kolejny łyk whisky, odstawił szklankę, zamknął oczy i pozwolił, aby jego kark spoczął na oparciu wyściełanego siedzenia. Nie wiedział dlaczego, ale to właśnie obrazy z miasta Agadir, a raczej dwóch różnych miast, przyszły mu na myśl. Dawnego Agadiru, w którym urodził się trzydzieści osiem lat temu i który zniszczyło trzęsienie ziemi w roku 1960, i tego nowego Agadiru - miasta, które odbudowano. Białe domy, nieustanny ruch w porcie, statki rybackie, barwne towary wystawiane na straganach, malownicze uliczki suków - muzułmańskich bazarów, niezmącony błękit morza... Westchnął. Do Maroko... Jego kraju. Kraju, w którym nie mógł się pojawić... Po opuszczeniu murów Akademii Wojskowej w Darel- Beida został przydzielony do Komandosów Wojsk Lądowych biorących udział w operacjach specjalnych. W ciągu roku awansował na porucznika. A po tym treningu zwyczajnie wysłano go do Szkoły Wywiadu w Casablance jako stażystę. Komandosi z Wojsk Lądowych byli w pięćdziesięciu procentach „szkołą wyrzutków”. Ten staż ukończył z pierwszą lokatą i gratulacjami sądu konkursowego. I tak trafił do Service Action, marokańskich Służb Specjalnych. Powierzono mu kilka mniej znaczących misji w Algierii, na doszlifowanie, z których wywiązał się znakomicie, ku zadowoleniu swoich szefów, a w roku 1965 uczestniczył już w pierwszej poważnej misji: porwaniu i zabójstwie lidera marokańskiej lewicy zwabionego w pułapkę w Paryżu. I kolejne, coraz ważniejsze, takie akcje następowały jedna po drugiej. Aż w roku 1969 awansowano go na kapitana. Trzy lata później popełnił najcięższy błąd w życiu.

Rezydował wtedy w Rabacie, w Kwaterze Głównej Służb Specjalnych. Był zastępcą szefa Departamentu Wywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jeden z jego agentów wręczył mu pewnego dnia szczegółowy raport dotyczący spisku zawiązanego w Siłach Powietrznych, mającego na celu zamordowanie króla. Raport nosił kryptonim A-l, zgodnie z francuską terminologią: „A” jako źródło godne zaufania, „1” - informacja pierwszorzędnej wartości. Kacem bez wahania pognał wtedy do biura swego zwierzchnika, aby poinformować go o wszystkim na bieżąco. Ale postawa tamtego była dziwna. Zwlekał, okazał zakłopotanie. W końcu odłożył całą sprawę. Jaki interes miał Kacem w zdemaskowaniu spisku? Maszyna została puszczona w ruch, nic już nie mogło jej powstrzymać. A człowiekiem stojącym na czele spisku był sam Minister Obrony i Spraw Wewnętrznych, a obok niego premier - najwyższa, zaraz po królu, władza w Państwie. Sprzeciwiający się realizacji spisku zostaliby skazani na śmierć. Czy Kacem chciał umierać tak młodo? A gdyby milczał, gdyby stał się ogniwem pewnej całości, on także, w tym co ukartowane, korzystałby z pospiesznego awansu: major, i bardzo szybko podpułkownik. Co na to mógł Kacem? Z jednej strony - śmierć, z drugiej - szybki awans? W milczeniu, szalenie udręczony podążył za swoim przełożonym. 16 sierpnia 1972 roku król opuścił Francję na pokładzie prywatnego Boeinga 727, po kilkudniowych wakacjach w Paryżu. Kiedy jego samolot wchodził w marokańską przestrzeń powietrzną, cztery samoloty Northrop F-5 Freedom Jetfighters marokańskich Sił Powietrznych wynurzyły się zza chmur i wściekle go ostrzelały. Główne silniki padły, kadłub rozszarpany został na kawałki, jedno skrzydło i ogon maszyny oderwały się, ale z silnikiem, który pozostał, pilot, obdarzony nadzwyczajną zręcznością manewrowania, zdołał zbiec napastnikom i z powodzeniem wylądować, co naprawdę w cudowny sposób uratowało życie króla.

A choć po tym chybionym zamachu błyskawicznie nastąpiły kolejne ataki, i one się nie powiodły. Królowi udało się dotrzeć w bezpieczne miejsce i zaalarmować jednostki Armii. Na ich lojalność mógł liczyć. Wtedy rozpoczęło się kontruderzenie. Spiskowcy wpadali w ręce żandarmerii wojskowej jeden po drugim. Generał, Premier, Minister Obrony i Spraw Wewnętrznych - inspiratorzy spisku padli od kul wystrzelonych przez samego króla w jego pałacu w Skhiracie. Przełożony Kacema został aresztowany jako jeden z pierwszych i bez ceregieli poddano go torturom. Kacem nie czekał, aż wyjawi on i jego nazwisko. Schronienie dały mu lasy. A dzięki agentom, którymi posługiwał się w swej służbie, mógł dotrzeć do Hiszpanii na pokładzie statku rybackiego, zabierając ze sobą tajne fundusze Departamentu Wewnętrznych Służb Wywiadowczych. Te pieniądze pozwoliły mu utrzymać się przy życiu przez rok w Madrycie, Rzymie, Zurichu, Londynie, Paryżu, Frankfurcie - we wszystkich tych miejscach, gdzie emigrował na krótko, mając na uwadze zmylenie śladu swym ewentualnym prześladowcom. Ale w końcu pieniędzy musiało zabraknąć.

Wtedy właśnie trafił do Trypolisu i zaproponował swoje usługi Organizacji, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami. Organizacja nienawidziła króla i człowiek uczestniczący w spisku na jego życie był wręcz pożądany w jej szeregach. Ponadto, co ważniejsze, Kacem nie był pionkiem. Wykwalifikowany tajny agent, specjalista od sabotażu, zabójstw, agent Service Action, ekspert w dziedzinie zabójstw zdalnie sterowanych i wszelkiego rodzaju masakr. Ktoś, kogo Organizacja potrzebowała i kim mogła się jak najlepiej posłużyć w obopólnych interesach. Dbano więc o Kacema. Nic nie było dla niego zbyt piękne w Trypolisie. Potem zaczęły się misje. I Kacem bardzo szybko stał się najemnikiem. Zatarł się gdzieś ideał z czasów, gdy był we własnym kraju oficerem. Tu był już tylko robotem mającym wykonać operację, za jaką sowicie go opłacano. Pierwsze akcje skierowane były na Państwo Izrael. Zamachy wszelkiego rodzaju. Jedne po drugich - porywanie samolotów, branie zakładników w ambasadach krajów uważanych za sympatyzujące z wrogiem, zabójstwa tajnych izraelskich agentów w stolicach europejskich, morderstwa opozycjonistów, rywali, konkurentów. Po tym stadium przyszedł czas na organizowanie kontaktów z grupami terrorystycznymi całego świata. Japońska Armia Czerwona, włoskie Czerwone Brygady, Irlandzka Armia Republikańska w Irlandii Północnej, autonomiści baskijscy, autonomiści bretońscy, Korsykanie. Flamandowie, urugwajscy Tupamaros, argentyńscy Montoneros, niemiecka Frakcja Czerwonej Armii, chilijska Armia Wyzwolenia, molukijska Armia Wyzwolenia w Holandii i wiele innych. Techniczna wartość tych grup, ich ferwor walki były zmienne. Niektóre mogły zostać użyte, inne nie. I niektórych używano. Tak właśnie spotkał Hildę Kloske. I uczynił z niej swoją kochankę. Hilda należała do niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii. Kacem pasował jej idealnie do mglistych ideologicznych tematów, jakie wygłaszała przez cały dzień, ale on sam w głębi

duszy kpił sobie do upadłego. Dla niego liczyło się, że Hilda była kobietą czynu, ochotniczką gotową do wszystkich zadań, że miała wystarczający wpływ na mężczyzn, którymi dowodziła, i że w łóżku była biegłą partnerką, zawsze gotową zaspokoić jego najdrobniejsze pragnienia. Pod tym względem naprawdę nie mógł się skarżyć! - pomyślał z rozbawieniem, doznając jakiegoś rozkosznego uczucia na wspomnienie białego ciała swojej kochanki. Te najbardziej lubił: blondynki o bardzo jasnej skórze... Przed Hildą była Greta, inna Niemka, też blondynka o jasnej skórze... A przed Gretą jeszcze...

- Przepraszam... Otworzył oczy zły, że przerwano mu rozmyślanie. Zabierano pustą tacę jego sąsiada - obżartucha. Spojrzał na zegarek z bransoletą. Za dwadzieścia minut samolot wyląduje na Heatrow. Zamknął ponownie oczy. Z oczywistych wymogów bezpieczeństwa Hilda nie mogła czekać w porcie lotniczym, ale był pewien, że oczekiwała go zupełnie naga w ciepłym łóżku... ROZDZIAŁ II Wargi Hildy prześlizgiwały się pożądliwie po skórze brzucha, po czym zawładnęły jego męskością. Kacem zamknął oczy i upajał się do granic tą chwilą wzajemnego spotkania. Język Hildy krzątał się niczym ekspert, a on bardzo szybko osiągnął szczyt rozkoszy. Hilda pobiegła potem do łazienki, a on pozwolił, by jego ciało odprężyło się. Wiedział, że najpóźniej za dziesięć - piętnaście minut pożądanie odrodzi się w jego brzuchu na nowo i że rozkosz stanie się jeszcze bardziej gwałtowna niż wtedy, gdy wchodził w Hildę zuchwale, tak jak ona to lubiła. Wróciła ze szklaneczką whisky w dłoni. — Chcesz się napić? - zaproponowała. — Tak. Znowu zniknęła i chwilę później już podawała mu szklankę po brzegi wypełnioną szkocką whisky. — Śmiertelna dawka - skomentowała. — Nie tego potrzebuję, żeby się naprawdę obudzić... Zaśmiała się i kiedy pił, pochyliła się i pieściła go znowu. Wtedy odstawił szklankę i utkwił spojrzenie w nagim ciele młodej kobiety. Hilda miała około trzydziestu lat. Była wysoka i smukła. Jej piersi były drobne i tego tylko żałował Kacem. Lubił piersi ciężkie i duże, i czasem przy Hildzie miał wrażenie, iż kocha się z chłopcem. Ale w głębi serca musiał przyznać, że i tak uczucie nie było nieprzyjemne, bo ona naprawdę umiała go podniecić.

Opróżnił szklankę whisky podczas gdy Hilda kontynuowała swe pieszczoty. Te małe łyczki sączonej szkockiej sprawiły, że zadziałał dodatkowy bodziec. Wkrótce był znowu w formie. Hilda również pospiesznie odłożyła swoją szklankę. Oczy wyszły jej z orbit, tak bardzo trafnie przewidywała to, co teraz nastąpi. Oboje tyle razy powtarzali te same gesty, że Kacem wszedł w młodą kobietę w dwie sekundy. Natychmiast pospiesznie i brutalnie ją posiadł, w taki sposób jak ona błagała go, aby to robił. Specjalnie miażdżył w palcach białą skórę swej partnerki, odkrywając dodatkową rozkosz w fioletowych znamionach odciśniętych na delikatnej skórze. Hilda wydała przeraźliwy okrzyk, któremu odpowiedziało chrapliwe, potężne westchnienie z piersi Kacema, kiedy zwalił się na nią całym ciężarem. - Jesteś królem kochanków - pogratulowała mu po chwili. - Tylko Arab umie tak kochać... Wypiął dumnie tors. Referencje odnoszące się do jego seksualnych wyczynów, i to z ust Europejki, schlebiały mu w najwyższym stopniu. W tej dziedzinie odczuwał jedynie pogardę dla Europejczyków, którzy okazywali się kiepskimi kochankami do tego stopnia, że porzucali swe żony dla ras seksualnie najwyższych. Jego zdaniem była to pewna oznaka dekadencji. Czyż cywilizacja rzymska nie przeminęła właśnie w ten sposób? Był to także jeden z ulubionych tematów Hildy, co teraz ułatwiało wprowadzenie jej, oczywiście częściowo, w projekt, jaki stworzył Said Chouftali. - Właśnie myślałem o porównaniu, jakie zazwyczaj czynisz - zaczął - między cesarstwem rzymskim a dekadencją, jaką obserwujemy na co dzień w zachodnim społeczeństwie. Nie musiał czekać co dalej. Intelektualne tematy były pasją Hildy. — Społeczeństwo zachodnie jest przegniłe do szpiku kości. Należy je zniszczyć, zrównać z ziemią, by nic z niego nie pozostało.

— Zgadzam się w zupełności - przytaknął, zapalając jednego z mentolowych papierosów Hildy. — Należy wszędzie zrzucić bomby, zmasakrować świątobliwych kretynów kapitalistyczno-imperialistycznego społeczeństwa konsumpcji, zamarynowanych w ich pospolitości, w ich dobrach materialnych, zadowalających się zbyt ciasnym życiem niewolnika. Należy wykształcić kraje Trzeciego Świata, stworzyć nowe społeczeństwo... Jest w szczytowej formie - ucieszył się w duchu Kacem. - Sama się podnieca. Tylko pozwolić jej teraz mówić - mogła tak i dobrą godzinę, bo monologi jej nie przerażały. Znał jej wszystkie ulubione tematy powtarzane setki razy. Był cierpliwy i odporny na wszystko, co wywodziło się zarazem z jego wschodniego, orientalnego fatalizmu i długich lat praktyki w Służbach Specjalnych. Potrafił udawać, że słucha jej, potrząsając stanowczo i energicznie głową w chwilach zastanowienia, tak by nie zdała sobie sprawy, iż jego myśl błądziła gdzie indziej.

Tym razem także pozwolił, by ciało rozluźniło się, aż w końcu stoczył się prawie na bok. Odrobina popiołu, którą pospiesznie strzepnął, spadła na ramię Hildy, ale nawet tego nie zauważyła, a on owinął się prześcieradłem. Dopiero przy siódmym mentolowym papierosie Hilda przerwała. - Zgodzisz się chyba, co? - padło tonem nie znoszącym sprzeciwu. To była odpowiednia chwila - przekonał sam siebie. - Wyłom został zrobiony. — Do tego stopnia zgodzę się z tobą, że mam nawet dla ciebie propozycję... - zaczął. — Jakiego rodzaju? — Nowa operacja. Zdusił niedopałek w popielniczce na nocnym stoliku, wypełnionej już po brzegi. Odwrócił głowę i zobaczył, że Hilda wpatruje się w niego z żarłocznym zaciekawieniem. — Nowa operacja? — Zorganizowana przez Trypolis. — I na czym ma ona polegać? — Trzeba zrobić burdel we Francji. Przejąć kontrolę nad francuskim półświatkiem. Trzymać w szachu domy publiczne, postępującą demoralizację, prostytucję i korupcję, i tym sposobem przyspieszyć pro-/ ces upadku jednego z najbardziej zgniłych zachodnich społeczeństw. Klasnęła w dłonie. - Cudownie! Jak mawiał Lenin: „Kiedy owoc zgnije, sam wpadnie nam w ręce...” - Zostawmy Lenina w spokoju. Nie żyje od pół wieku. – Zdawał się grać rolę jednego z ideologów przeciwnych Leninowi. To przeszłość, stara zakurzona tablica - dodał w myśli. - Kult idoli się skończył, nie znajdujemy się już w tym miejscu! Choć szczypta ideologii tu nie zaszkodzi. - Ja tylko go cytowałam - broniła się. - Wiesz przecież, że jestem anarchistką. To nihilizm i przemoc są generatorami energii i odrodzenia. Hilda miała takie same teorie jak reszta grupy

anarchistycznych desperados, którymi dowodziła żelazną ręką. Umiała okazać się twardą, bezlitosną, okrutną, nieczułą, nieprzystępną dla wszelkiego ludzkiego uczucia, kiedy chodziło o to, by jej idee zatriumfowały. Kobieta żyjąca z własnej woli poza prawem, z niesamowitą dawką zimnej krwi, rozhukany demon, wściekła bestia, dzikie zwierzę na wolności - tym wszystkim była Hilda. I to zachwycało wprost Kacema, bo te cechy nadzwyczajnie służyły jego projektom.

-I właśnie przemoc zastosujemy do realizacji naszych planów - zaznaczył. Wstała, sięgnęła po płaszcz kąpielowy i włożyła go na siebie. - Idę wziąć prysznic. Później opowiesz mi o każdym szczególe, przy szklaneczce whisky. Kiedy wróciła, seks już się dla niej nie liczył. Wolała butelkę Williama Lawsona. Napełniła szklanki. Kacem zobaczył w jej oczach dobrze mu znany błysk. Nieco obłąkańczy, okrutny błysk, jaki pojawiał się u niej, kiedy przystępowała do działania. Ubrana ciągle w kąpielowy szlafrok uniosła szklankę w jego kierunku: - Prosit! Odpowiedział po arabsku i zadowolił się małym łykiem whisky. Należało zachować klarowność umysłu - powiedział sobie. - A teraz szczegóły - zażądała. Nie dał się dłużej prosić. Kiedy skończył, oczy Hildy błyszczały prawie trudnym do uzasadnienia blaskiem, a jakiś tik sprawił, że drgał jeden z mięśni pod jej lewym policzkiem. — Nieźle - przyznała. — A do tego ma duże szanse się udać. — I to Trypolis przygotował tę akcję? — Tak. — Czyżby to słońce dodało im wyobraźni? Nie zauważyłam, by kiedyś wcześniej dali dowód takiej błyskotliwości umysłu. — Doświadczenie i wyobraźnia przychodzą z wiekiem - zauważył Kacem. — I ty jesteś wielkim szefem operacji? — Tak. — Dokonali trafnego wyboru - orzekła szczerze. Wiedział, że ta ocena nie miała nic wspólnego z jego seksualnymi, bohaterskimi wyczynami w łóżku Hildy. Mieściła się tylko w ściśle zawodowych sferach, biorąc pod uwagę jedynie wysoce techniczny charakter jego pracy, co Kacem udowodnił w

misjach razem z Hildą wykonywanych. Gdy chodziło o działanie, Hilda zapominała zupełnie o innych aspektach, jakie mógł przedstawiać sobą samiec. - Będę potrzebował ludzi z twojej grupy - powiedział przełykając whisky. Przytaknęła, dodając: - Możesz liczyć na mnie i na nich. * * *

Kacem Wahad spoglądał bez cienia wyrozumiałości na niepozorną twarz Maurice’a Benzahry. Znał na pamięć jego życiorys - przed wyjazdem z Trypolisu Said Chouftali wręczył mu kilka stron, szczegółowo i zwięźle opisujących Benzahrę. Urodził się w Tunisie, w rodzinie, gdzie przyszło na świat jedenaścioro dzieci, jakieś czterdzieści lat temu. Wraz z pięcioma braćmi wyjechał w latach sześćdziesiątych do Paryża i zamieszkał w dzielnicy Montmartre. Bracia: Marcel, Raymond, Elie, Joseph i Paul byli znacznie od niego starsi. Z niewielką sumą pieniędzy, jaką dysponowali, zaczęli od otwarcia małej restauracji serwującej kuskus i merquez, którymi cała szóstka się zajadała, jedni na sali, inni - stojąc nad piecami kuchennymi. Paul, najprzystojniejszy, znużony zmywaniem naczyń, został sutenerem. Niestety, któregoś dnia zapomniał się uprowadzając córkę innemu stręczycielowi i potem szybko zastrzelono go na rue Richer, kiedy wychodził z pewnej podejrzanej knajpy. Zredukowana do pięciu osób rodzina postanowiła pomścić zamordowanego brata. Egzekucji dokonał Maurice. Odszukał sutenera w korytarzu jakiegoś domu publicznego, gdzie tamten oczekiwał na swój haracz, i z zimną krwią zastrzelił go. Ta egzekucja wywarła olbrzymie wrażenie na kupcach z dzielnicy Montmartre, kuśnierzach, przemysłowcach branży konfekcyjnej, tapicerach, producentach wyrobów safianowych, właścicielach restauracji - ofiar reketierów przybyłych z północnej części przedmieścia Paryża. Wrażenie tym większe, iż Maurice, przesłuchiwany przez policję, wyszedł z całej sprawy bez szwanku. W ślad za tym, kilku kupców zaproponowało pięciu żyjącym braciom, by zapewnili im ochronę przed nędznymi reketierami nachodzącymi ich z paryskiego przedmieścia. By za sowitą opłatą użyli dość charakterystycznych dla światka argumentów. Bracia wyrazili zgodę i posłużyli się pieniędzmi, jakie im płacono, by powiększyć restaurację, zwiększyć znacznie jej

komfort i zaangażować „protektorów” wyraźnie źle czujących się przy zmywaniu naczyń albo układaniu talerzy i nakryć na papierowych obrusach. Potem kupili drugą restaurację, trzecią i bar, gdzie gromadziły się prostytutki z dzielnicy. A prostytutki potrzebowały hotelu, by mieć gdzie wykonywać swe „numery”. Pięciu braci kupiło więc hotel. Ta działalność stanowiła coś w rodzaju śniegowej kuli, pieniądze wpływały na okrągło. Raymond, Joseph i Elie poszli za przykładem Paula, zamordowanego fetota. Zostali sutenerami dzięki korzystnemu sąsiedztwu, jakie stanowił ich bar. Wkrótce w trójkę mieli pod kontrolą dwadzieścia dziewcząt. Kupili drugi bar, potem trzeci, a także dwa domy publiczne. Maurice był teraz prawdziwym mózgiem rodziny. To on nadawał kierunek ich działalności, zarządzał funduszami, trzymał kontakty z adwokatami. On również dowodził oddziałami komandosów - odwetowców lub ekipami zabójców, kiedy te ostatecznie okazywały się niezbędne dla ochrony rodziny i jej interesów. Najemne zbiry, które szukały szefa, zostały objęte ochroną bandy. Powoli, z biegiem lat, pięciu braci przejęło kontrolę nad całą dzielnicą. Teraz już wszyscy kupcy z dzielnicy płacili im haracz, by żyć bez kłopotów. Naturalnie, tak jak wszyscy, spróbowali pokątnego handlu narkotykami na początku lat siedemdziesiątych, osiągając krociowe zyski, które niezwłocznie zainwestowali w sieć Eros- Centers w Niemczech. Jednak ich mocarstwo zaczynało niepokoić innych. Rywalizujące gangi powstały przeciwko nim. Nastąpiła seria krwawych porachunków, w których Joseph i Elie stracili życie. Przeżyli: Maurice, Raymond i Marcel. I przeprowadzili kontratak. Spróbowali zdetronizować Nonce Biancardiniego, właściciela dwóch największych prywatnych kasyn gry w stolicy Francji. Efektem było tylko ścięcie serią z pistoletu maszynowego kilku zbirów

Biancardiniego. A tym egzekucjom odpowiedziały szybko kolejne masakry. Zbirów Benzahry. I Marcel nie uniknął jednej z nich. Pozostali już tylko Maurice i Raymond, jedyni z licznej rodziny. Tak to im wyszło. Kacem skrzywił się. Zdecydowanie nie lubił tego Żyda. Był jednak zmuszony przejść do porządku dziennego nad emocjami. Bo takie były rozkazy Saida Chouftali, a poza tym potrzebował Maurice’a Benzahry, jego ludzi, jego znajomości paryskiego półświatka. Należało odstawić prywatne grymasy w kąt i zgodzić się na tę spółkę. Choć, jak zaznaczył Said, i Maurice Benzahra zostanie zlikwidowany, kiedy jego pomoc okaże się już zbędna. Była to nęcąca perspektywa. Marzył, że osobiście zlikwiduje Benzahrę, gdy nadejdzie ten dzień... - To jak, zgoda? - niecierpliwiła się Hilda, kręcąc nosem. Maurice Benzahra zerknął na swego brata Raymonda i skinął potakująco głową, utkwiwszy duże, czarne, nieco wyłupiaste oczy w młodej kobiecie. - Mój brat i ja zgadzamy się na tę spółkę - zachrypiał. – Ale musimy dokładniej wiedzieć, jaką część zysku przeznaczacie dla nas. Nie mamy zwyczaju pracować gratis. — Połowę tego, co oferuje rynek paryski - odparł szybko Kacem. Benzahra nawet nie mrugnął. — A jak z terminami? – uzgadnia dalej Kacem. — Te obowiązujące w strefach wpływów albo te, które obowiązują przy rozliczeniach finansowych. Jeśli chodzi o strefy wpływów, należy je określić już teraz. — To jaką opcję wolicie? — Strefy wpływów. Jeśli wybralibyśmy rozliczenia finansowe brutto, w grę nie wejdzie żadna praktycznie kontrola. To dałoby pole dla podejrzliwości, narzekań, kłótni. Ciągle ktoś by się czegoś domagał, mówił, że drugi go oszukał, i to by wywołało między nami wojnę. — Tak też uważam - przyznał Kacem. W głębi duszy kpił sobie do upadłego z przyjętego

rozwiązania, ponieważ cokolwiek by się stało, Benzahra w fazie finałowej zostanie zlikwidowany. Jednak mógł zgodzić się tylko na takie ustępstwa, które by wyglądały na w pełni rozważne. — Zgoda - powiedział. — Trzeba więc od razu określić granice tych stref wpływów - zażądał Benzahra - ale to wielka robota, to zajmie trochę czasu. — A jakie są aktualnie, z grubsza biorąc, strefy wpływów paryskiego półświatka? - spytał Kacem. Benzahra potrząsnął głową. — Nie można w pełni mówić o paryskim półświatku - wyjaśnił. - Tradycyjny paryski półświatek już nie istnieje, ten półświatek z jego kodeksem honorowym, surową mentalnością, to wszystko umarło. Było tak wiele Nowych Fal, że rzecznicy Ancien Regime’u albo nie żyją, albo są na emeryturze w Menton lub w Cap d’Antibes. Reszta to historia. Należałoby raczej mówić o ludziach, którzy razem pracują. Przede wszystkim wykluczam kasiarzy i bandziorów. Tu jest duża rotacja. Jednego dnia pracują z Michelem, drugiego z Gerardem. Jednego dnia napad z bronią w ręku na Credit Agricole, nazajutrz rabują pocztę albo napadają na pracownika stacji benzynowej. Ci nędznicy z Fredo tak właśnie pracują. Ale ci chyba nas nie interesują... — Nie - przyznał Kacem. — Nas obchodzą - ciągnął Benzahra - ci z rodzin, grube ryby mające pod swoimi rozkazami zbrojne oddziały. Ci, co kontrolują nierząd, prywatne kasyna gry, reket, handel narkotykami, pokątne szuler-nie, wyścigi konne, kina porno, bary dla dziwek, domy publiczne, han-