wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Simon Brett - Ostatni gość w Acapulco

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Simon Brett - Ostatni gość w Acapulco.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Simon Brett
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 11 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 174 stron)

Tytuł oryginału angielskiego Mrs, Presumed Dead Copyright © 1988 by Simon Brett Okładkę i kartę tytułową projektował Zbigniew Czarnecki Redaktor Anna Wiśniewska-Walczyk Redaktor techniczny Maria Leśniak Korektorzy Józefa Bartnicka Andrzej Masse © Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” Warszawa 1993 ISBN 83-07-02348-3

Rozdział pierwszy Widok martwego ciała na ziemi, pośrodku płachty z polietyle- nu, przynosił chwilową ulgę. Wystarczyło podjąć decyzję, a re- szta okazała się łatwa do wykonania. Rozciągnięta na grubym dywanie płachta była prawdziwym dobrodziejstwem: nikogo nie mogła dziwić wśród tych wszystkich paczek, przygotowywa- nych w ciągu ostatnich kilku dni do przeprowadzki, i zmniej- szała obawę przed wykryciem tego, co się tu wydarzyło. Samo wydarzenie nie spowodowało dodatkowego rozgar- diaszu. Kobieta leżąca na płachcie robiła wrażenie śpiącej. Zaskoczona nagłą napaścią, przyjęła śmierć z uległością, jaka - zdawałoby się - cechowała ją za życia. Tylko przy bardzo wnikliwych oględzinach dostrzeżono by wąską czerwoną pręgę na białej szyi. Trzeba by też unieść za- słonę rudych włosów, żeby zobaczyć bladą twarz, wytrzeszczo- ne oczy i język wystający spomiędzy obrzmiałych warg. Ręce, które zabiły, bezpieczne w gumowych rękawiczkach, rzuciły krawat członka klubu krykietowego na zwłoki i, owiną- wszy je polietylenem, przewiązały taśmą klejową. Po tym za- biegu zrolowana płachta nie przypominała kształtem ludzkiego ciała - upodobniła się do pudeł z drobiazgami, do skrzyni z chińskim serwisem w gazetowym papierze, do innych pakun- ków czekających w szeregu pod ścianami bawialni. Szerokie okno natomiast budziło trochę niepokoju, ale kun- sztownie upięte dralonowe zasłony nie pozostawiały naj- mniejszej szparki. Nikt z sąsiedztwa nie mógłby się zoriento- wać, czy w domu pali się światło. Niepokój ustąpił zatem miejsca zadowoleniu. Rzeczywiście, wszystko było niesłychanie łatwe. I konieczne. Godne pożałowania, lecz konieczne. Ryzyko wy- dawało się zbyt duże, ale odkąd dało się poznać, nie było już potrzeby o nim myśleć. Pewien rodzaj mechanicznej zmiany sprawił, że obie istoty ludzkie - dokonująca mordu i jej ofiara -

przeobraziły się w dwie abstrakcyjne figury, w dwa archetypy. Teraz, kiedy było już po wszystkim, sytuacja stała się klini- cznie czysta, jednoznaczna. Brak poczucia winy wpływał na przyspieszenie procesu logicznego rozumowania. Na ocenę wygranej. A wygrana zapewniała spokój na długo. Co zwiększało szanse wyjścia z ewentualnych opresji. Stwierdzenie to podnosiło na duchu, umysł gotów już był do rozwiązania problemu, który zawsze po zbrodni przeraża sprawcę bardziej niż skrupuły moralne bądź religijne: jak po- zbyć się ciała? Rozdział drugi Osiedle Smithy’s Loam, powstałe przed mniej więcej pięcioma laty, składało się z sześciu posiadłości za miastem na pogra- niczu Surrey. Jego historia niczym się nie różniła od historii wielu takich osiedli. Inwestor zakupił rozpadające się probo- stwo wiktoriańskie, zezwolenie na budowę otrzymał dzięki członkowi Rotary Clubu, który należał do tamtejszej rady, zrównał z ziemią stare probostwo i podzielił trzy akry na sześć równych części, pozostawiając w środku plac obsiany trawą. Aby zachować koloryt lokalny i podmiejskim domom ze świeżej cegły nadać bardziej sielski charakter, inwestor szukał sto- sownej nazwy, a że ktoś mu wspomniał, że ongi znajdowała się w pobliżu kuźnia, nazwał osiedle Smithy’s Loam. Zrobiwszy na tym niezłą fortunę, wycofał się wcześnie z interesów i osiadł na Teneryfie, gdzie przyjemnie spędzał czas pijąc na umór. W ciągu pięciu lat istnienia Smithy’s Loam często zmieniali się jego mieszkańcy. Domy cieszyły się wprawdzie dobrą marką na rynku, ale że miały po cztery sypialnie, ceny były dość wygórowane, co w okresie budowy osiedla zniechęcało wielu nabywców. Zaczęli je kupować ludzie przeważnie młodzi, trzy- dziesto - czterdziestoletni menedżerowie, którzy chcąc utrzymać się na najwyższych szczeblach kariery zawodowej chwytali każdą sprzyjającą po temu okazję i raz po raz

zmieniali pracę, przenosząc się z miejsca na miejsce. Widok samochodów transportowych nie należał więc do rzadkości w Smithy’s Loam. Viwi Sprake wcale się nie zdziwiła zobaczywszy z frontowego okna swego domu (Numer Trzeci, „Haymakers”) ciężarówkę stojącą po drugiej stronie nieskazitelnego trawnika, przed „Acapulco” (Numer Szósty). Zdziwił ją natomiast fakt, że przy wyładowywaniu rzeczy nieobecni są nowi lokatorzy. Taka już była ta Viwi Sprake: nie odznaczała się bynajmniej wścibstwem, lecz bacznie przyglądała się wszystkiemu, co dzieje się na ich „podwórku” (och, nie powinna używać tego określenia, Nigel uważał je za wulgarne w odniesieniu do Smithy’s Loam) - i teraz była zupełnie pewna, że nowy lokator jeszcze się nie pojawił. W pamięci odtworzyła sobie przebieg ostatnich dni. Teresa Cotton, kiedy w poniedziałkowy wieczór składała sąsiadom pożegnalne wizyty, mówiła, że jest gotowa do wyjazdu. Cięża- rówka przybyła po jej rzeczy we wtorek rano i po załadowaniu ruszyła w daleką drogę do nowej siedziby Cottonów. I oto dziś, w środę rano, rzeczy ich następcy zostały wniesione do „Aca- pulco”. Ale sam następca jeszcze się nie pokazał. Według Viwi coś się tu nie zgadzało ze zdrowym rozsądkiem. Firmom zajmującym się przeprowadzkami nie należało zbytnio dowierzać. Klienci na ogół woleli pilnować ustawiania mebli, a przynajmniej pozostawać w pobliżu, nieustannie częstując tragarzy herbatą, co stanowiło część kłopotliwego rytuału przy osiedlinach. Nieobecność nowego właściciela „Acapulco” budziła niepokój Viwi. Nasuwało się bowiem podejrzenie, że i w innych okolicznościach nie dostosuje się on do zwyczajów obowiązujących w Smithy’s Loam. Ta perspektywa była podwójnie irytująca dla Viwi, która dość się musiała namęczyć, by sprostać wymaganiom Nigela i robić właściwe rzeczy we właściwy sposób i we właściwym czasie-tak to jest, gdy się ma dużo starszego męża. O wpół do pierwszej nowy mieszkaniec „Acapulco” nie dał

jeszcze znaku życia. Tragarze wypakowali resztę mniejszych sprzętów i zwijali brezentowe płachty; można się było domy- ślicie zaraz pój dą do pubu. Viwi westchnęła głęboko i poszła do kuchni, żeby przyrządzić sobie twarożek (Nigel dbał o to, aby się jego druga żona nie roztyła). Jedząc chudy lunch we frontowym pokoju, oglądała austra- lijski serial - jeszcze jeden nałóg, zasługujący na łagodniejsze potępienie, choć mężowi nie przyznałaby się do tego nawet na mękach. Od czasu do czasu zerkała w stronę „Acapulco”. Cię- żarówka odjechała, nowego lokatora wciąż nie było. A kiedy się wreszcie objawił, Viwi nie było w domu. Piętnaście po trzeciej musiała zabrać dzieci ze szkoły i gdy w pół godziny później wracała do Smithy’s Loam, duża czarna limuzyna stała już przed „Acapulco”. Kierowca w liberii kłaniając się - pewnie dostał suty napiwek - wsiadał do samochodu. Zapuścił silnik. Viwi zwolniła, jakby chciała mu dać wolną drogę, ale że li- muzyna jechała po przeciwnej stronie trawnika, manewr nie wypadł na tyle przekonująco, by ukryć jej ciekawość. - Dlaczego hamujesz, mamusiu? - spytał sześcioletni synek, siedzący w tyle wozu. - Ja przecież tylko zwalniam - rzekła Viwi, nie spuszczając wzroku z drzwi, ku którym kłaniał się kierowca i w których sta- ła siwowłosa pulchna kobieta, kiwająca mu ręką na pożegna- nie. Była chyba po sześćdziesiątce, ale bardzo zadbana. Barwna jedwabna suknia, futro narzucone na ramiona, kosztowna biżuteria, niezwykle wysokie obcasy podkreślające kształt jej zgrabnych nóg. Nie wyglądała wulgarnie ani wyzywająco, a jednak było w niej coś, co przyciągało uwagę. - Czy ta pani będzie mieszkać u cioci Teresy? - dopytywał się Tom. - Nie mówi się „ciocia Teresa” - niemal machinalnie ofuknęła go Viwi. Kogoś, kto nie należy do rodziny, nie powinno się traktować familiarnie. Nigel zawsze wytykał ten nawyk jako prostacki. Bez pośpiechu wprowadziła peugeota 205 do garażu. Poma- gając wysiąść Tomowi i Emilii, obserwowała nową sąsiadkę, która wciąż jeszcze stała w progu, napawając się widocznie

powietrzem wczesnego wieczoru. Starsza pani robiła wrażenie osoby godnej zaufania, zrówno- ważonej i zarazem czujnej. Viwi znów ogarnął lekki niepokój. Tom i Emilia dostali podwieczorek i usadowili się przed te- lewizorem, żeby obejrzeć program dla dzieci - zapewniało to spokój do godziny szóstej. Viwi zastanawiała się, czy zaciągnąć zasłony frontowego okna. Było już prawie ciemno, ciemniej niż dwa dni temu, gdy Teresa Cotton przyszła się pożegnać. A wtedy było już po szóstej. Viwi znów popatrzyła w kierunku „Acapulco”. Przez matowe szyby w drzwiach wejściowych przebijało pomarańczowe światło. Ale szczelne zasłony w oknach nie pozwalały się zo- rientować, czy w którymś pokoju pali się światło. Czuła, że powinna zdobyć się na jakiś gest, ofiarować pomoc nowo przybyłej - nie wiedziała jednak, jak się do tego zabrać. Instynkt nakazywał jej zapukać po prostu do drzwi „Acapulco”. Tylko że nie była pewna, czy spodobałoby się to Nigelowi. Nigel często powtarzał, że ludzie z Południa nie mają zwyczaju biegać po kominkach jak ci z Północy, gdzie Viwi się wychowała. Wizyta nie byłaby więc na miejscu. Poza tym nie wolno zo- stawić dzieci samych bodaj na kilka minut - nie wiadomo, co może się im przytrafić. Nie, trzeba pomyśleć o czymś innym, rozsądniejszym. Na przykład: oficjalne zaproszenie. Tak, to będzie bardziej w stylu Smithy’s Loam. Podjąwszy tę decyzję, Viwi zasunęła firanki i poszła do hallu, żeby zatelefonować. Niektóre telefony znała na pamięć. Dzwoniła kolejno do każdego z domów Smithy’s Loam; dom Numer Pierwszy („High Bushes”), Numer Drugi („Perigord”), Numer Czwarty („Hibi- scus”), Numer Piąty („Cromarty”). Każdą z sąsiadek zapraszała na kawę w piątek rano. Jedna odmówiła. Pamiętała oczywiście numer telefonu Teresy, ale nie był to już numer Teresy. Należał teraz-jak zresztą całe „Acapulco” w

Smithy’s Loam - do tej dobrze zakonserwowanej pani, która dała pożywkę niespokojnej ciekawości Viwi Sprake. Wykręcając numer, myślała: Dziwne jest to Smithy’s Loam bez Teresy... I poprawiła się zaczerwieniona: Bez Teresy i Roda. Ale w ostatnich miesiącach Rod nie bywał tu często. Ci nasi mężowie - mówiła sobie w duchu Viwi - przesuwają się przez Smithy’s Loam jak niewyraźne cienie. Długo nikt nie podnosił słuchawki. A przecież ona powinna być w domu. Gdyby wychodziła, Viwi z pewnością by ją spo- strzegła. Nikt zresztą nie wychodzi z domu zaraz po przepro- wadzce, prawda? I znów ogarnęła Viwi obawa, że ta osoba nie zachowa się zgodnie z tutejszymi obyczajami. Jakże się ona nazywa? Viwi była przekonana, że jej nazwisko słyszała od Teresy. Rzadko spotykane - tyle tylko zapamiętała. Nie potrafiła go sobie przypomnieć. Wreszcie w słuchawce odezwał się uprzejmy kobiecy głos. - Halo? - Och, halo! Mówi Viwi Sprake. Z „Haymakers”, spod numeru trzeciego, na samym końcu... - i z trudem powstrzymując się, by nie powiedzieć „podwórka”, dodała szybko: - naszego osiedla. - Ach... - Dzwonię właściwie po to, żeby panią przywitać w Smithy’s Loam. - To miło z pani strony! - Znałam dobrze Teresę i Roda Cottonów. Chciałam wyrazić nadzieję, że będzie tu pani równie szczęśliwa jak oni. - Dziękuję, wzrusza mnie pani życzliwość. - Faktycznie to pomyślałam sobie, czy nie zechciałaby pani wpaść do mnie któregoś ranka na kawę i poznać kilku innych pań z naszego... - O, Boże, omal nie wymknęło jej się to dyskry- minowane słówko... ale jakże tu inaczej...? Chyba nie „miaste- czko”, a „osiedle” brzmi tak konwencjonalnie, tak sztywno... więc dorzuciła: -... ze Smithy’s Loam. - Owszem, przyjdę z przyjemnością. - Może więc w piątek? - Żałuję, ale w piątek... to dla mnie trochę kłopotliwe.

- Oo,szkoda... Co za głupota: najpierw trzeba było zaprosić honorowego gościa, a później podać termin sąsiadkom. Niestety, nie przy- szło Viwi do głowy, że ktoś, kto dopiero się urządza, może mieć coś innego do roboty. - Proszę się nie martwić, Viwi. Postaram się znaleźć czas. Doskonale, wobec tego w piątek. O której mniej więcej? - O jedenastej? - W porządku. Cieszę się, że panią poznam. - A ja panią... Och, jeszcze jedno... - Tak? - Przepraszam, ale nie znam pani nazwiska. - Pargeter. - Pani Pargeter? - Tak, Melita Pargeter. Rozdział trzeci Tej pierwszej nocy w „Acapulco”, w osiedlu Smithy’s Loam, pani Pargeter spało się całkiem nieźle. Lepiej, niż przypusz- czała. W ciągu pierwszych nocy na nowym miejscu zawsze do- tychczas odczuwała pewien niepokój i niewygodę; głęboki sen zdawał się zatem pomyślną wróżbą na przyszłość. Nazajutrz zajęła się ustawianiem mebli. Miała kilka ładnych antyków i chciała znaleźć najkorzystniejsze dla nich oświetlenie. Pan Pargeter, jej zmarły mąż, wyposażył ją i za- bezpieczył wszechstronnie; każdy mebel był niczym szkatuła pełna wspomnień - przypominał okoliczności, w jakich został nabyty (a raczej w jakich wzbogacił ich wspólne mienie). Niektóre wdowy ze łzami wspominają swoich mężów; pani Pargeter wspominała swojego z melancholią i wdzięcznością. Nie roztkliwiała się nad sobą, żałowała naturalnie, że wspólne życie nie trwało dłużej, pokrzepiała się jednak myślą, że dopóki trwało, było pogodne i szczęśliwe. Większą część rzeczy trzymała przez jakiś czas w przecho- walni. Po śmierci męża wolała mieszkać w hotelach bądź w

wynajętych pokojach umeblowanych. Upłynęło dobrych parę lat, nim poczuła się na siłach, by urządzić własny dom, i na- bycie „Acapulco” w Smithy’s Loam stało się pierwszą podjętą w tym kierunku próbą. Ciągle jeszcze nie miała pewności, czy wybór jest trafny, ale przy swym filozoficznym usposobieniu odłożyła ostateczną konkluzję na pół roku: jeśli się zawiedzie, to pogodzi się z po- rażką i wyprowadzi się gdzie indziej. Dzięki wielkoduszności i przemyślności świętej pamięci pana Pargetera, pieniądze nie odgrywały tu żadnej roli. Wiele względów przemawiało za wyborem Smithy’s Loam. Stosunkowo niedawno wzniesiony budynek nie wymagał gruntownych napraw, a drobne usprawnienia, nie do uniknię- cia w każdym nowym pomieszczeniu, zostały już dokonane przez poprzednich lokatorów. Dużą zaletą był także fakt, że mieszkańcy osiedla nie należeli wyłącznie do starszej generacji. Wskutek doświadczeń, które wyniosła z prywatnych pensjonatów - jak na przykład „Devereux” w Littlehampton - pani Pargeter obawiała się za- mknięcia w takim geriatrycznym getcie. Nie zapominała by- najmniej o swoim wieku - dobiegała siedemdziesiątki - ale in- teresując się sprawami tego świata, doszła do wniosku, że to- warzystwo ludzi młodszych działa na nią bardziej pobudzająco niż przebywanie wśród rówieśników. U wielu z nich zauważyła przerażający defetyzm: patrzyli na nadchodzące lata jak na ciągły proces staczania się w dół, co było sprzeczne z poglądami pani Pargeter na poszczególne okresy własnego życia. Nie mogła oczywiście przewidzieć, ile jej jeszcze lat zostało, ale postanowiła cieszyć się każdym rokiem. Nie spieszyła się z rozstawianiem sprzętów. Była w znako- mitej formie, niemniej rozumiała, że mając siedemdziesiątkę na karku musi oszczędniej gospodarować energią. Pracowała więc z przerwami na wypicie herbaty i zjedzenie kilku biskwi- tów. Kupiła od Cottonów wyposażenie kuchni, dywany i dralono-

we zasłony, wszystko to mało używane, nabyte przed osiemna- stoma miesiącami, ale nie odpowiadające jej gustom. Z tym jednak łatwo się pogodzić. Będzie czas je zmienić po owej pół- rocznej próbie, jaką sobie wyznaczyła. Jeśli wtedy zdecyduje się osiąść na stałe w Smithy’s Loam, kupi coś efektowniejszego. Nie ma sensu wykosztowywać się już teraz. Pani Pargeter pomimo swej zamożności nie była rozrzutna. Oto jedna z jej licznych zalet, tak cenionych przez świętej pamięci pana Pargetera. Następny dzień spędziła w domu, zrobiła tylko przymusową wycieczkę do Shopping Parade (ten supersam, dogodnie poło- żony, przyczyniał się niewątpliwie - jak to głosiła broszurka reklamowa - do podniesienia walorów osiedla). Przy okazji pani Pargeter poznała atmosferę panującą w Smithy’s Loam. Miała niezwykły zmysł obserwacyjny i chociaż ludzie nie za- wsze zdawali sobie sprawę z jej spostrzegawczości, rzadko kiedy udawało się im ukryć cokolwiek przed spojrzeniem jej łagodnych błękitnych oczu. Przede wszystkim zwróciła uwagę na czystość, porządek i do- bre rozplanowanie całości. Każda działka miała inny kształt, różne też były sylwetki domów (co bardzo zachęcało nabyw- ców) - a jednak odznaczały się one jakąś cechą wspólną. Trawniki były równo przystrzyżone i chociaż zbliżał się koniec lata, rośliny we frontowych ogródkach zwycięsko opierały się nadchodzącej jesieni. Domy były starannie utrzymane: błyszczące szyby w oknach, czyste drzwi i framugi. Podobnie wyglądały peugeoty, volva czy renaulty na podjazdach i podobnie będą wyglądać podczas weekendów mercedesy, rovery i BMW, którymi mężowie zwykli powracać z pracy. Poza tym uderzyła panią Pargeter nieobecność mężczyzn: kiedy obudziła się rankiem pierwszego dnia, wszyscy już wyjechali, a jedynym dowodem, że wrócili, były światła reflektorów w zapadającym mroku. Każdemu zależało na szybkim awansie lub na utrzymaniu zdobytego stanowiska, toteż wszyscy poświęcali pracy dużo czasu i

ambicji, byle sprostać wydatkom, jakich wymagał poziom życia w Smithy’s Loam. Pani Pargeter zadała sobie pytanie, czy aby znów nie trafiła do getta, tym razem do getta kobiet. W każdym z anonimowych domów kryły się kobiece sekrety, marzenia, tęsknoty i kobieca inteligencja. Była rada, że przyjęła zaproszenie na kawę w pią- tek rano. Te kobiety zaczynały ją interesować, chciała wiedzieć, jak spędzają dzień wypełniony różnymi obowiązkami. Około pół do siódmej, kiedy się już zmierzchało, postanowiła zakończyć pracę. Była zadowolona ze swych dokonań. Prze- myślnie rozmieszczone meble odwracały uwagę nawet od za- słon i dywanów poprzednich właścicieli. W bawialni mogła te- raz czuć się jak u siebie. Miała ochotę na befsztyk, a przedtem na małego drinka. Co za przyjemność móc znowu patrzeć na stojący w oszklo- nym kredensie rząd butelek, które przysłano do ich małżeń- skiej rezydencji w Chigwell o trzeciej nad ranem, po kolejnym spektakularnym wyczynie pana Pargetera! Otworzyła kredens, wyjęła szklaneczkę i napełniła ją po brzegi wódką i campari. Potem poszła do kuchni po lód i cytrynę. Dopiero wtedy poczuła chłód w mieszkaniu. Chcąc temu za- radzić, odszukała szafkę pod schodami, w której znajdował się piec centralnego ogrzewania. Przekręciła termoregulator na „temperaturę stałą”; nie za- paliło się jednak żadne światełko; nie podejrzewała wszakże awarii, skoro dziś rano brała gorącą kąpiel i wszystko działało doskonale. Usiadła tedy w bawialni, żeby rozkoszować się drinkiem i czekać, aż zrobi się ciepło. Ale nie zrobiło się ciepło. Po półgodzinie było nawet zimniej. Dotknęła największego kaloryfera. Lodowaty. Sprawdziła kaloryfer w przedpokoju. To samo. Otworzyła szafkę z bezpiecznikami w kuchni: wszystkie były w porządku. Ponownie zajrzała do szafki pod schodami. Ciągle żadnego światełka. Jeszcze bardziej tajemniczo zachowywał się milczący

bojler. Zatrzymała się na chwilę w hallu. Co za przykrość! Mogła naturalnie zadzwonić po pogotowie techniczne. Mogła również zaczekać do jutra i wezwać tańszego specjalistę, żeby przejrzał całą instalację. Ale, jak każdy nie obeznany z domem, pomyślała odruchowo, że coś zepsuła. Nie znała mechanizmu sieci kontrolnej i mogła niechcący uszkodzić jakiś drobiazg. Jeśli zawoła fachowca, ten natychmiast trafi na właściwy kontakt, obrzuci ją litościwym spojrzeniem i podbije cenę, karząc ją za brak kompetencji i nieporadność. Na pewno nie było to nic poważnego, wieczorem jednak, gdy temperatura wciąż spadała, pani Pargeter zdecydowała się położyć temu kres. Nie płaci się przecież tyle pieniędzy za dom, żeby w nim marznąć. Najprościej byłoby zatelefonować do poprzednich właścicieli. Pierwszego dnia swego pobytu w „Acapulco” pani Pargeter nie miała na to wielkiej ochoty, ale Teresa Cotton, choć mało jej znana, robiła wrażenie osoby sympatycznej i na pewno nie odmówi jej przysługi, zwłaszcza że chodzi o taką drobnostkę jak przekręcenie kontaktu. Pani Pargeter zaczęła szukać w notesie adresu Cottonów. Pamiętała, że Rodney, mąż Teresy, dostał awans wiążący się z wyjazdem na parę lat gdzieś na północ w pobliże Yorku. Tak, zgadza się. Pani Pargeter znalazła adres. Brakowało jednak numeru telefonu. Ach, tak, teraz sobie przypomniała. Teresa Cotton mówiła, że aparat podłączą w dniu ich przyjazdu i że nie przydzielono im jeszcze numeru. No, ale mieszkali tam już od dwóch dni. Pani Pargeter za- dzwoniła do centralnego biura informacji. - Jakie miasto, proszę? - W okolicach Yorku. Miejscowość nazywa się Dunnington. - Nazwisko abonenta? - Cotton. Dokładny adres: „Elm Trees”, Bascombe Lane. W słuchawce zaległa cisza. - Powiedziała pani: Cotton? - Tak.

- Nie, przykro mi... nikogo o tym nazwisku i pod tym adresem nie mamy. - Cottonowie sprowadzili się dopiero wczoraj i natychmiast mieli dostać telefon. - Chwileczkę, sprawdzę. Znowu milczenie. - Nie, żadnego numeru na nazwisko Cotton nie odnotowano. - Jest pani pewna, że nie można by tego gdzie indziej spraw- dzić? - Jestem pewna, proszę pani. Może pani otrzymała niewła- ściwy adres...? - Hm... może. Dziękuję. Pani Pargeter odłożyła słuchawkę i, wciąż zamyślona, weszła do kuchni, żeby usmażyć sobie befsztyk. Kto wie, czy nie zawiniło biuro informacji telefonicznej; od- kąd je sprywatyzowano, nie działało już tak sprawnie - pomy- ślała w końcu, przygotowując się na zimną noc. Papierek z no- wym adresem Cottonów nie dotarł jeszcze gdzie trzeba. A może zwyczajnie opóźniono podłączenie aparatu. Tak, chyba coś w tym rodzaju. Niemniej było to dziwne. Rozdział czwarty Nazajutrz rano nie podjęła próby skontaktowania się z Teresą Cotton. Zdecydowała się wezwać kogoś z gazowni i została wynagrodzona - a przynajmniej pomszczona - okazało się bowiem, że w głównym bojlerze była poważna usterka. Człowiek z gazowni - zgodnie z tradycją swego zawodu - nie miał oczywiście przy sobie potrzebnej części zamiennej, udało mu się j ednak - na przekór tradycji - znaleźć przyczynę awarii i w ciągu dwudziestu czterech godzin dokonał naprawy. Tak tedy pani Pargeter, w ogrzanym już, własnym domu za- pomniała o nieudanej próbie nawiązania kontaktu z Cottona- mi.

W piątek o jedenastej rano zapanował w osiedlu niezwyczajny ruch. Pani Pargeter widywała jak dotąd tylko pojedyncze osoby opuszczające dom o różnych porach. Rankami, po hałaśliwym odjeździe kawalkady mężowskich samochodów, żony obdarzone przez Boga potomstwem wsiadały z kolei do swoich pojazdów, aby odwieźć dzieci do szkoły. Wracały w porach rozmaitych, zależnie od ilości sprawunków i spraw do za- łatwienia. Potem w ciągu dnia szły nieraz pieszo do supersamu, na spacer z pieskiem lub niemowlęciem w wózeczku. Ale i wtedy rzadko się z sobą spotykały i dopiero w piątkowy poranek pani Pargeter mogła zobaczyć więcej niż dwie kobiety zmierzające w tym samym kierunku - do domu Vivvi Sprake. Obserwowała je zza siatkowych firanek, które pozostawili Cottonowie. Nie lubiła siatkowych firanek, ale wyjątkowo je sobie upodobał pan Pargeter. Nie znaczy to naturalnie, że robił w domu coś, czego musiałby się wstydzić - po prostu cenił intymność. Aforyzm, który stale powtarzał, brzmiał: „To, co niewidoczne, nie wymaga śledztwa”. A małżonka, szanująca zasady męża, zmieniła również zdanie w kwestii firanek. Myślała, że jako nowo przybyła powinna raczej przyjść trochę później niż inne panie. Patrzyła więc teraz, jak zamykają za sobą schludne frontowe drzwi i suną ku niemniej schludnym drzwiom Viwi Sprake. Niektóre znała już z widzenia i, zwyczajem większości ludzi, z góry urobiła sobie o nich opinię. W związku z tym nadała wszystkim, prócz Viwi Sprake, odpowiednie przezwiska. Sześć posiadłości tworzyło zgrabną podkowę wokół drogi, która obiegała środkowy trawnik. Oryginalny charakter Smithy’s Loam byl dodatkowym atutem przy sprzedawaniu domów w okresie ich budowy - proszę tylko popatrzeć na to nietypowe osiedle z odrębnie projektowanymi domami na działkach różnych kształtów! Przy czym każda działka ma identyczną powierzchnię, domy zaś, tak różne pod względem architektonicznym, ale zbudowane z tych samych materiałów, sprawiają wrażenie harmonijnej całości.

Od chwili swego przyjazdu pani Pargeter nie widziała jeszcze nikogo z „High Bushes” (Numer Pierwszy, położony naprzeciw „Acapulco”). Nie było jednak wątpliwości, że i tam mięśz- ka kobieta. W oknach również wisiały siatkowe firanki, a prze- suwająca się za nimi kobieca sylwetka kontrolowała, zdawałoby się, ruch na rozwidleniu głównej drogi, przy której dom robił wrażenie budki strażniczej. Ilekroć pani Pargeter zatrzymywała się przy swoich frontowych drzwiach, czuła na karku czyjeś przenikliwe spojrzenie. Nie umiałaby jednak powiedzieć, czy było one nieżyczliwe, czy podyktowane ciekawością. Właścicielka „High Bushes” figurowała w pamięciowym stenogramie pani Pargeter jako Kobieta Szpieg. Stosując zasady dziecinnej gry karcianej w „Happy Family”, pani Pargeter nie pominęła żadnej z przedstawicielek „Szczęśliwych Rodzin” w Smithy’s Loam. Z dwóch mieszkanek „Perigord” widywała tylko jedną, istnienie drugiej wynikało z dedukcji. Ta pierwsza bowiem była młodziutka i zbyt obojętnie odnosiła się do dwojga maluchów, aby mogła być kimś innym niż zagraniczną opiekunką dzieci. Pani Pargeter ochrzciła ją przeto Znudzoną Panną z Belgii Rodem. Natomiast jej chlebodawczynię, która opuszczała osiedle wczesnym rankiem wraz ze sforą mężów, nazwała Biznesmenką. Viwi Sprake zajmowała dom Numer Trzeci, nie wiadomo dlaczego nazwany „Haymakers”; tuż obok, w „Hibiscusie” (Numer Czwarty), mieszkała kobieta, która swym wiecznym pośpiechem i umykającym wzrokiem zasłużyła sobie na przy- domek Neurasteniczki. Bezpośrednia sąsiadka pani Pargeter spod Numeru Piątego, z „Cromarty”, która nie pozdrowiła jej jeszcze nawet naj- drobniejszym gestem, ale co najmniej raz dziennie polerowała szyby w oknach, dostała się do rejestru „Szczęśliwych Rodzin” jako Czyściocha. Melita Pargeter opuściła wreszcie swoje stanowisko przy siatkowych firankach, wzięła torebkę i ruszyła na wyprawę w celu ustalenia prawdziwych nazwisk Szczęśliwych Żon...

Rozdział piąty Viwi Sprake, ubrana w żółte domowe spodnie, przyjęła ją nad wyraz serdecznie, nie należała jednak do osób, których serdeczność idzie w parze z subtelnością uczuć. - A czym zajmował się pani mąż? - spytała prosto z mostu. Poddana indagacji pani Pargeter uśmiechnęła się równie serdecznie. - Prowadził własny interes. - O! W jakiej branży? - W różnych branżach - odrzekła z wdziękiem pani Pargeter. - Finanse? - Poniekąd. - Handel? - Przy okazji. - Miał przedstawicielstwo? - Można to i tak określić. Viwi, zorientowawszy się, że dalej nie wypada się posunąć, zrobiła w tył zwrot. - Mąż Carole, Gregory, pracuje w handlu. - Oo? - Chyba już pani poznała Carole? - Viwi wymawiała te słowa ostrożnie, usiłując trzymać na wodzy swój północny akcent, by nie wymknął się spod kontroli jak swawolny kotek, który lubi zostawiać na podłodze brzydkie plamy. - Przecież mieszkacie blisko siebie. - Nie spotkałam jej dotąd. A zatem Czyściocha to Carole. Przydomki powoli ustępowały miejsca imionom. - Więc muszę was sobie przedstawić. I Viwi odpłynęła w stronę gładko uczesanej blondynki w szarej bluzce i szarej spónicy. Upolowaną zwierzynę pociągnięto przed oblicze honorowego gościa. - Melita Pargeter, Carole Temple. - Halo! - Carole nawet nie udawała zainteresowania nową sąsiadką.

- Halo! Widziałam, jak myła pani okna - odpowiedziała ze spokojem pani Pargeter. - Tak? - Ton był lekko wyzywający. - Czyż mogłam tego nie zauważyć, moja droga? W tych dniach często wychodziłam. Wie pani, jak to jest po przeprowadzce. Ciągle o czymś zapominamy i ciągle sobie o czymś przypominamy. Chyba to pani spostrzegła, kiedy się pani tutaj wprowadzała? - Nie - odpaliła Carole Temple. - Mój mąż i ja zrobiliśmy listę rzeczy, jakie nam były potrzebne. Naturalnie, zrobiliście listę, czyż mogliście postąpić inaczej? -pomyślała pani Pargeter. Nie bardzo sobie wyobrażała, by mogła się zaprzyjaźnić z tą sąsiadką. Jednakże nadal trzymała inicjatywę we własnym ręku. - Jesteśmy tu dobrze zaopatrzeni, prawda? Jeśli chodzi o sklepy, to w Shopping Parade można kupić wszystko czego dusza zapragnie. - Owszem - zgodziła się Carole Temple. - Ale ceny tam są zawyżone. Po cotygodniowe zakupy jeździmy do Sainsbury’- ego. A w podstawowe produkty zaopatruję się raz w miesiącu w Cash and Carry. I to także do pani podobne. - Jak słyszałam, mąż pani jest handlowcem - zagadnęła znów pani Pargeter, spodziewając się, że ożywi niemrawą kon- wersację. - Tak - potwierdziła Carole, co odebrało pani Pargeter resztkę nadziei. Upiła więc łyk kawy przed rozpoczęciem nowego ataku. - Ma pani dzieci? To chyba bezpieczny i niekontrowersyjny temat. - Dwoje. W internacie. Pani Pargeter oczekiwała teraz potoku macierzyńskich wy- nurzeń, ale nawet nie dowiedziała się, jakiej płci są owe dzieci. Tyle tylko usłyszała, że „szkoły z internatem są obecnie bardzo kosztowne”. - Istotnie-rzekła. - A pani ma dzieci?

Pytanie zaskoczyło panią Pargeter. Z twarzy Carole wyczytała absolutny brak zaciekawienia, był to zatem zwrot czysto grzecznościowy. - Nie, nie mam. Zawsze tego trochę żałowała. Ale z uwagi na nieregularny tryb życia świętej pamięci pana Pargetera i jego nieprzewidziane wyjazdy, od razu zrozumiała, że dla nich obojga najlepszy jest stan bezdzietny. Kiedy przebywali razem, mogli całkowicie poświęcić się sobie wzajem. Dalsze drogi konwersacji zostały zablokowane i pani Pargeter z ulgą powitała dwie kobiety wprowadzone przez Viwi Sprake - dokonawszy eliminacji, rozpoznała w nich Biznesmenkę i Kobietę Szpiega. Rozdział szósty Przedstawiono je jako Sue Curie i Fionę Burchfield-Brown. Pierwsza, trochę po czterdziestce, miała bolesny grymas na twarzy, co raczej jej dodawało niż ujmowało atrakcyjności. Wyglądała na osobę, która wiele wycierpiała, ale nie pozwoli, by zmąciło to jej radość życia w przyszłości. Fiona Burchfield-Brown natomiast zgotowała niespodziankę pani Pargeter, która wyobrażała ją sobie jako kruche stwo- rzenie, a nie wysoką, cokolwiek przygarbioną, z szalem owinię- tym dokoła szyi, witającą ją tonem kobiety bywałej w świecie. - Halo! Miło mi panią poznać! - Pochwyciła rękę pani Par- geter i mocno ją uścisnęła; ruchy miała niezgrabne, jak gdyby nie dorosła jeszcze do swego wzrostu i uczyła się panowania nad ciałem. - Bardzo żałuję... - ciągnęła z intonacją panienki z dobrej angielskiej szkoły - miałam zamiar wpaść do pani i przywitać się, ale musiałam czekać cały tydzień na tych nie- znośnych facetów, którzy muszą nam zainstalować wirówkę w basenie. Nie odważałam się wyjść, bo w każdej chwili mogli przyjechać lub zatelefonować. Jacuzzi to pomysł mego męża Aleksandra. Złościłby się, gdyby mnie nie zastali. Ostatecznie dzwonili dziś rano i zapowiedzieli się na przyszły tydzień.

Okoliczność ta tłumaczyła przynajmniej cel inwigilacji zza siatkowych firanek w „High Bushes”. Dziwne to jednak - my- ślała pani Pargeter - Fiona Burchfield-Brown nie wyglądała na amatorkę podwodnych masaży. Nie pasowały one do jej arystokratycznie niedbałych manier. Jakby potwierdzając te wątpliwości, Fiona zaraz dodała: - Ja właściwie nie jestem przekonana, czy potrzebne nam jacuzzi. Nie sądzę, bym z niego często korzystała. Niemniej Aleksander bardzo chce... ma je wielu jego kolegów... i przecież to on zarabia pieniądze, więc... - Bezradnie uniosła w górę ramiona. - Czy Cottonowie też chcieli założyć jacuzzi? - wtrąciła Sue Curie. - Ale z pewnością nie założyli - roześmiała się pani Pargeter. - I nie myślę, by mi tego brakowało. - Nie, nie, tylko planowali. Rod miał zwyczaj głośno rozpo- wiadać, co chce zrobić w domu... no, nie zrobić, tylko kazać zrobić. Podobnie z zakupami... Chcieli mieć nowe video, no- woczesny adapter na płyty kompaktowe... - Och, jego zawsze fascynowały tego rodzaju rzeczy - przy- taknęła Fiona. - Tak, pamiętam, że Teresa mówiła o przerobieniu kuchni - rzekła Sue Curie - i chciała pozbyć się tej ohydnej starej lo- dówki. - Nawet sobie nie przypominam, żeby Teresa miała jakąś lodówkę. Gdzie ona stała? W kuchni? - Nie, Fi ono. Trzymała ją w garażu. Wielka, staroświecka, za- mykana na klucz. Tak czy owak chcieli mieć supernowocze- sną... - Wspominali, że ją wezmą na raty - dorzuciła Fiona Burch- field-Brown, krzywiąc się na myśl o tak wulgarnym pomyśle. - Ale od kiedy Rod dostał awans, przestał interesować się Smithy’s Loam. - Czy właśnie wtedy przeniesiono go na Północ? - Tak, pani Pargeter. - Proszę mnie nazywać Melitą. - O! Bardzo mi miło.

Pani Pargeter już się przyzwyczaiła do lekkiego wahania w głosie Fiony Burchfield-Brown. Inni jednak tak samo reagowali na dźwięk imienia Melita. Mało kto korzystał z prawa do wyrażania w ten sposób zażyłości. Większość znajomych zwra- cała się do niej per pani Pargeter, co jej bardziej odpowiadało. Nadane jej na chrzcie imię Melita mogło zachować swoją wyłączność jako więź między nią i panem Pargeterem. - Czy dobrze znała pani Cottonów? - spytała na chybił trafił. Sue Curie potrząsnęła głową. - W zasadzie nie. Tak jak się zna ludzi, z którymi nic nas nie łączy poza miejscem pobytu. - Połapała się, że może to nieco urazić sąsiadki, i dorzuciła szybko:-Chcę powiedzieć, że można się przyjaźnić z sąsiadami, ale Cottonowie... Nie, nie byliśmy sobie zbyt bliscy. To bardzo uprzejmi ludzie... Wie pani, oddawaliśmy sobie różne przysługi... podlewanie kwiatów podczas urlopów i temu podobne... I, naturalnie, wymieniali- śmy zawsze jakieś miłe słówka... Pani Pargeter pomyślała natychmiast, jak niewiele tych „mi- łych słówek” słyszało się w Smithy’s Loam. Mieszkańcy sześciu hermetycznie zamkniętych domów wydawali się samowystar- czalni. Ach, im także zdarzały się okazje do spotkań towarzy- skich, jak tego ranka, ale i teraz wyczuwało się w atmosferze pewne napięcie. Pomimo małych odległości między domami nic w osiedlu nie świadczyło o wspólnym życiu. W czasie weekendów, oczywiście, atmosfera mogła być od- mienna, w ćo jednak pani Pargeter wątpiła. - A pani znała ich dobrze? - zwróciła się do Fiony Burch- field-Brown. - Cottonów? Właściwie nie. Próbowałam, ale Teresa raczej... wolała samotność. Skłonność do samotności cechowała zapewne wszystkich w Smithy’s Loam. Melicie Pargeter samotność też by odpowia- dała, ale tylko w pewnym stopniu. - Cottonowie - podsumowała opinie Sue Curie - to typowe małżeństwo na dorobku. Może są już na to nieco za starzy, Rod jednak wcale nie różni się od yuppies. - Czy to znaczy, że Teresa jest inna niż Rod?

- Nie, niespecjalnie. Przypuszczam, że myślą podobnie. Nie wiem... nigdy mi się nie zwierzała. Wolała samotność, jak to określiła Fiona. W każdym razie nigdy nie dochodziło między nimi do kłótni. A przy tym nie mają dzieci, które by im komplikowały życie. Takie przeciętne szczęśliwe małżeństwo. Słysząc gorycz w jej głosie, pani Pargeter ze zdziwieniem uniosła brwi. Sue Cui'le, jakby tylko na to czekała, zaczęła mó- wić o własnym małżeństwie. - A więc nie, jeśli mam odpowiedzieć na pytanie, którego pani nie postawiła: nie należę do tak idealnie funkcjonującej wspólnoty. Jestem w trakcie szczególnie przykrego rozwodu. - Przepraszam. - Nie musi pani przepraszać i na pewno nie mnie. Nie prze- żywam rozwodu uczuciowo. Jestem szczęśliwa, że pozbywam się drania. Natomiast powinna mi pani współczuć, bo cały ten rozwód ciągnie się nieskończenie długo i jest nad wyraz wy- czerpujący. Rozległ się dzwonek u drzwi i Viwi pobiegła, by je otworzyć, a Fiona Burchfield-Brown odwróciła uwagę pani Pargeter od sprawy rozwodu Sue Curie, mówiąc tonem nieco pobłażliwym, typowym dla osób z wyższych sfer: - Mam nadzieję, że będzie nas pani traktować jak grono przyjaciółek, pani Pargeter. Pani Pargeter doceniła to życzenie, myśląc przy tym, że na razie nie wydaje się ono łatwe do spełnienia. - Chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy gotowe pomagać sobie wzajem, jeśli któraś z nas naprawdę będzie potrzebowała pomocy. - Tak jak w przypadku hinduskiej restauracji - uzupełniła Sue Curie, nawiązując do problemu, który ją poróżnił z mężem. - Czy słyszała pani, pani Pargeter, że bar kawowy na rogu Shopping Parade wystawiono na sprzedaż i że ktoś stara się o zezwolenie na otwarcie tam hinduskiej restauracji? - Niestety, mieszkam tu od niedawna... - I my wszystkie razem, jak tu jesteśmy, powinnyśmy skrzyknąć się, żeby do tego nie dopuścić - rzekła z naciskiem Sue Curie.

- Tak - poparła ją Fiona Burchfield-Brown - Aleksander ma zamiar napisać do... - Nie musimy w to wciągać tych cholernych chłopów - warknęła Sue Curie. - My, kobiety, możemy stworzyć własną grupę protestacyjną. - Dobrze, ale... - powiedziała Fiona zorientowawszy się, że rozmowa zmierza w niepożądanym kierunku. - Tak czy siak, gdyby pani miała jakieś kłopoty, pani Pargeter, zawsze może pani zwrócić się do którejś z nas. - Dziękuję - rzekła pani Pargeter, przyrzekając sobie, że będzie ostrożna w wyborze kłopotu, z jakim się do nich zwróci. Drzwi wiodące z hallu rozwarły się i Viwi Sprake wprowadziła Znudzoną Pannę z Belgii Rodem, w kosztownej skórzanej kurtce. - O co chodzi? - spytała Sue Curie, obrzuciwszy ją nieprzy- chylnym spojrzeniem. - Przepraszam panią - powiedziała dziewczyna tonem wcale nie przepraszającym - telefonują z biura. Coś się tam stało. Jeśli Znudzona Panna przyjechała do Wielkiej Brytanii, żeby wyszlifować swój angielski, to jeszcze tego celu nie osiągnęła. Samogłoski wymawiała błędnie. Pani Pargeter natomiast pomyliła się co do Belgii - akcent był raczej skandynawski... może norweski? - Uff, daj spokój, uprzedziłam ich, że będę po południu. - Sue Curie sięgnęła jednak po torebkę i podniosła się, gotowa do wyjścia. - W porządku, Kirsten, proszę wracać do dzieci. Nie powinnaś ich zostawiać samych. - Przecież tylko na chwilę... - Nie powinnaś była ich zostawiać - powtórzyła ostro chle- bodawczym. Kirsten z ociąganiem wymknęła się z bawialni. Sue Curie, nim za nią wyszła, powiedziała jeszcze, że cieszy się z poznania nowej sąsiadki, i wyraziła nadzieję, że się znowu zobaczą. Pani Pargeter widziała, jak idą w stronę „Perigord”, każda osobno. Po drodze minęła je Neurasteniczka, wychodząca z „Hibiscusa”. Maszerowała energicznym krokiem, wpatrzona przed siebie, tak jakby wcale nie znała ani Kirsten, ani Sue

Curie. Najpewniej i ona też była zaproszona - pomyślała pani Par- geter. Dopiero teraz gdzieś wychodzi, więc chyba miała przed- tem trochę czasu. Czyżby mieszkanki Smithy’s Loam były z so- bą skłócone? Viwi Sprake, która pojawiła się za plecami pani Pargeter, potwierdziła to przypuszczenie. - To Jane Watson. Nasz brakujący gość. Mówiła, że nie może przyjść. Nawet nie postarała się o jakiś wykręt. Zwariowana wiedźma. Pani Pargeter miała wątpliwości, czy ta opinia jest w pełni uzasadniona. Sposób, w jaki Jane Watson maszerowała, koja- rzył się istotnie z arogancją. Ale wyraz twarzy zaprzeczał temu wrażeniu. Zdaniem pani Pargeter na twarzy Jane Watson malował się raczej przestrach. Rozdział siódmy Po lunchu pani Pargeter pozwoliła nareszcie wypocząć swoim nogom. Tydzień był męczący. Nie co dzień zmienia człowiek mieszkanie. Rozglądając się z zadowoleniem po bawialni, która nabrała już cech osobowości nowej właścicielki, rzekła sobie: Niemało dokonałam. Zasłużyłam na krótką drzemkę w fotelu. We własnym, ulubionym fotelu, którego miękkie obicie i wysokie oparcie zapewniały wygodę. Zakończywszy wędrówki po hotelach i umeblowanych pokojach przyjemnie było znaleźć się w tak swojskim otoczeniu. Obudził ją dzwonek telefonu i przez chwilę nie wiedziała, Gdzie jest. Podniosła słuchawkę i odczytała na aparacie nie znany jej jeszcze numer. - Czy mogę mówić z panią Cotton? Męski głos. Niemłody, może sześćdziesięcioletni, dość dźwięczny. Głos kogoś nawykłego do publicznych wystąpień. - Niestety, pani Cotton wyprowadziła się. - Ach, więc już się wyniosła?