wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Simon Brett - W imię przyjaźni

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Simon Brett - W imię przyjaźni.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Simon Brett
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 6 osób, 12 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 176 stron)

SIMON BRETT W imię przyjaźni Przełożyła: Anna Wiśniewska-Walczyk CZYTELNIK Warszawa 1993

Dla Nigela, Sue, Charlesa i Olivii Bennett 1 Kiedy autokar z piskiem hamulców przemierzał zygzakiem ciemności, pani Pargeter rozmyślała, że taka podróż absolutnie nie leży w jej stylu. Zdawała sobie sprawę, że rozpuścił ją świę- tej pamięci mąż nieboszczyk, niemniej żywiła niezachwiane po- czucie, iż upór małżonka, by korzystać tylko ze środków lokomocji pierwszej klasy, był czymś więcej niż nadmiernym dogadzaniem sobie. Z jego punktu widzenia podróż - nudny, ale niemożliwy do uniknięcia element każdej eskapady - wpływała w istotny sposób na jej rezultaty po osiągnięciu miejsca przeznaczenia. Wobec tego, im wygodniejszy środek lokomocji, tym lepiej. Cena takiego komfortu, nawet wygórowana, to dobrze zainwestowane pieniądze. W interesach kluczowe znaczenie miało dotarcie do celu podróży w jak najlepszej formie. Jednakże w imię przyjaźni wiele można wycierpieć, a właśnie posłannictwo przyjaźni zmusiło panią Pargeter do podró- żowania w tak nietypowy dla siebie sposób. Siedząca teraz u jej boku, spięta jak struna Joyce Dover wyglądała niespokojnie przez okna autokaru na migające co jakiś czas na stoku wzgórza światełka. Kiedy przyjaciółka zaproponowała pani Pargeter spędzenie wspólnych wakacji, była w okropnym sta- nie. Pani Pargeter mogła tylko okazać jej współczucie, albo- wiem pustka, jaką w jej własnym życiu pozostawiła śmierć nieodżałowanego małżonka, wciąż jeszcze, dzień po dniu, przepełniała ją smutkiem. Joyce swojego męża, Chrisa, straciła całkiem niedawno. Chociaż pani Pargeter nigdy nie miała szczęścia poznać go osobiście, doskonale wiedziała, przez co

przechodzi przyjaciółka. Rozumiała, ile hartu ducha wymagało od niej zaproponowanie tej wycieczki, toteż z radością zgodziła się towarzyszyć. Zaofiarowała się także, że osobiście dokona wszelkich nie- zbędnych formalności. Zdjęcie tego ciężaru ze stroskanych ra- mion przyjaciółki oznaczało zarazem, że poziom komfortu i warunków lokalowych będą odpowiadać jej - trzeba przyznać wcale wysokim - wymaganiom. Dla Joyce, zdaje się, finanse nigdy nie stanowiły problemu, ale nawet gdyby tak było, pani Pargeter wspomogłaby ją z ochotą. Joyce jednakże stanowczo odrzuciła ofertę wszelkiej pomocy. Dowodziła, że teraz właśnie potrzeba jej zajęcia, a zorgani- zowanie wakacji znakomicie pomoże odzyskać równowagę psychiczną. Z mężem nigdy nie zwiedzali Grecji, toteż ten kraj nie obudzi bolesnych wspomnień. Wobec tego wybiorą się obie do Grecji właśnie. I nim pani Pargeter zdążyła udzielić Joyce kilku wskazówek co do rejonów Grecji - w jej mniemaniu najodpowiedniejszych - i co do hoteli, które były najwygodniejsze, wszystko zostało zarezerwowane. Dwutygodniowa zbiorowa wycieczka na początku czerwca do Agios Nikitas, na północno-wschodnim wybrzeżu Korfu. Zakwaterowanie w willi „Eleni” i wyżywienie we własnym zakresie! Wyżywienie we własnym zakresie! Nie do wiary, myślała pani Pargeter, do jakich poświęceń zdolny jest człowiek w imię przyjaźni! Również przyjaźń sprawiła, że na lotnisku Gatwick stawiła się całe dwie godziny przed planowanym odlotem. Także w imię przyjaźni przesiedziała aż pięć godzin na tymże lotnisku, gdy okazało się, że czarterowy lot ma opóźnienie. Przyjaźń skłoniła ją także do okazywania entuzjazmu na widok syntetycznego jedzenia podawanego w zatłoczonym Boeingu, pełnym wrzeszczących bachorów, i wreszcie przyjaźń sprawiła, że teraz podrzucało nią na tylnym siedzeniu autokaru, który prychał na nadmorskich serpentynach szosy wiodącej od lotniska Korfu do Agios Nikitas. Ale pani Pargeter nie skarżyła się ani narzekała. Z natury

bowiem miała filozoficzne usposobienie. Życie ze świętej pa- mięci panem Pargeterem nauczyło ją nie uprzedzać z góry wypadków. Mąż zawsze powtarzał, że nie warto tracić energii na lęki o przyszłość, trzeba cierpliwie czekać, co przyszłość przyniesie, a kiedy to stanie się już faktem, sam się człowiek zdziwi, że ma aż tyle sił, by stawić temu czoło. Tak więc pani Pargeter wygładziła jasną bawełnianą sukienkę na pulchnych udach i pozwoliła, by ciepły wietrzyk, wpadający przez okno autokaru, rozwiewał jej siwe włosy. Spokojnie czekała, co przyniosą najbliższe dwa tygodnie. 2 - Mogę prosić państwa o uwagę? - Pilotka wycieczki, która na lotnisku przedstawiła się egzaltowanym akcentem wychowanki angielskiej prywatnej szkoły dla panienek jako „Gin- nie”, przekrzykiwała warkot autokarowego silnika. Upłynęła dłuższa chwila, nim udało się jej przyciągnąć uwagę wszystkich członków wycieczki. Po niewygodach podróży, mimo kolebania się autobusu, sporo osób zapadło w drzemkę. Keith i Linda, młode małżeństwo z South Woodham Ferrers w Essex, które zdołało właśnie uśpić swojego półtorarocznego synka Craiga, zaczęło wyrzekać na zakłócenie jego snu. Pani Pargeter, będąca-bynajmniej nie dobrowolnie-poletkiem doświadczalnym Craiga w ćwiczeniu rzutów jedzeniem do celu podczas trzyipółgodzinnego lotu, również żałowała, że się obudził. - Proszę mi wybaczyć - powiedziała Ginnie głosem, w którym trudno byłoby dosłuchać się cienia skruchy. Prawdopodobnie i ona była na ostatnich nogach po pięciogodzinnym wy- czekiwaniu na lotnisku Korfu. - Chciałam tylko poinformować, że już dojeżdżamy. Za parę minut skręcimy z głównej drogi na trakt wiodący do Agios Nikitas. Pragnę państwa uprzedzić, że droga do wioski jest o wiele bardziej wyboista. - Co, jeszcze bardziej? Musi więc mieć więcej dziur niż sa- mochód teściowej - stwierdził emeryt w beżowym wdzianku

typu safari, który przy sprawdzaniu listy obecności na Gatwick zaprezentował się jako „dusza towarzystwa”. Pani Pargeter uznała wtedy, że prawdopodobnie niedługo utrzyma tę pozycję. Absolutny brak reakcji na jego ostatni dowcip zdawał się wskazywać, że po dziesięciu godzinach spędzonych w jego to- warzystwie najwidoczniej wszyscy doszli do podobnego wnio- sku. Nawet jego chuda jak szczapa żona w identycznym wdzianku safari nie potrafiła zdobyć się na najwątlejszy choćby uśmiech. - Tak czy inaczej - ciągnęła Ginnie - ponieważ pojawimy się nieco później, niż było to planowane... - to stwierdzenie powitały pomruki w rodzaju: „jakbyśmy sami o tym nie wie- dzieli” - ...więc może państwo nieco zgłodnieli... - to z kolei spotkało się okrzykami entuzjazmu o różnym natężeniu - ...kiedy dojedziemy do wioski, niektórzy z was może będą chcieli udać się prosto na posiłek, inni zaś prosto do kwater. Toteż najpierw przystaniemy przy tawernie Spiro i zostawimy tych z państwa, którzy zechcą coś zjeść, a resztę autokar roz- wiezie po willach. - Dobrze, a co z bagażami tych, którzy zostaną w tawernie? - dopytywała się pani w safari. - Odstawimy je do kwater. Będą na miejscu, nim ich właści- ciele skończą posiłek. - Cóż za ulga! - wykrzyknął pan w safari, a potem dodał urą- gliwie: - Kor! Fu! - Ten kalambur, nawet po raz pierwszy wypo- wiedziany w hali odlotów Gatwick, nie wzbudził szczególnie żywej reakcji, teraz zaś, słyszany po raz jedenasty, został cał- kowicie zignorowany. - Hm, proszę mi wybaczyć, Ginnie - odezwała się Linda z South Woodham Ferrers - wspominałaś coś o Spiro, ale w wio- sce chyba jest więcej niż jedna tawerna? - Och, tak. Spiro, potem „Trzej Bracia”, Costa i hotel „Na- usica”. Proszę korzystać z nich wszystkich, jednak uprzedzam... hm... Wedle opinii większości turystów, którzy bawili u nas na przestrzeni lat, u Spiro panuje najlepsza atmosfera. No i, prawdę powiedziawszy, tam jest najlepsza kuchnia. - A czy odbywają się tam greckie tańce? - dopytywała się

sekretarka o krótkich tlenionych włosach. - Owszem, przez większość wieczorów, natomiast co tydzień we wszystkich tawernach odbywają się tańce. Serwuje się wtedy specjalne posiłki, pokazuje ludowe tańce... U Costy od- bywa się to co piątek, w hotelu co sobotę, u Spiro w poniedział- ki, a w „Trzech Braciach” w środę. - A są tutaj jakieś nocne kluby? - dopytywała się sekretarka z krótkimi tlenionymi włosami. - Nie, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Nie w samym Agios Nikitas, choć oczywiście tawerny otwarte są, póki ostatni gość nie wyjdzie. Jeżeli jednak chciałaby pani odwiedzić zwykły nocny klub, musi się pani wybrać dalej wybrzeżem, do Ipsos lub Dassii. - Świetnie, spróbujemy w sobotę - stwierdziła sekretarka z długimi tlenionymi włosami, zwracając się do sekretarki z krótkimi tlenionymi włosami. Wyszedłszy zwycięsko z tej nawałnicy pytań Ginnie odwróciła się do kierowcy i powiedziała coś płynną greczyzną. Skwitował jej słowa śmiechem, ale trudno byłoby odgadnąć, czy żart godził w pasażerów, czy nie. - Boże, mam nadzieję, że zaraz dojedziemy na miejsce - wy- mamrotała Joyce, gdy autobus skręcił z głównej drogi na wy- boisty, kamienisty trakt. - Strasznie chce mi się siusiu. - Już niedługo - pocieszała ją pani Pargeter swoim uspoka- jającym głosem, w którym pobrzmiewał lekki cockneyowski akcent. - I chętnie bym się czegoś napiła-dodała Joyce. Jej drobna twarz pod rozwichrzonymi ufarbowanymi jasnymi włosami ściągnęła się pod wpływem zdenerwowania. Ochota na drinka wydawała się daleko silniejsza niż potrzeba zrobienia siusiu. Pani Pargeter przelotnie się zaniepokoiła. Wiedziała, że wszystko, co daje chwilowe zapomnienie, kusi w pierwszym, upiornym szoku świeżego wdowieństwa, jednak przyjaciółka zbyt łatwo poddawała się złudnemu czarowi alkoholu. Długie godziny wyczekiwania na Gatwick Joyce skracała sobie dżinem z tonikiem, a w samolocie wchłaniała wszystko, co jej podsuwano.

A na dodatek ta dziwna afera z paczką... Nim przeszły do hali odlotów, Joyce niespodziewanie spytała panią Pargeter, czy przypadkiem nie ma w swoim podręcznym bagażu wolnego miejsca. - To nic ciężkiego ani podejrzanego, Melito. Po prostu wo- lałabym nie przekraczać przepisów, w razie gdyby zatrzymali mnie na cle. W ten oto sposób pani Pargeter dostała się paczka, wciąż spoczywająca w jej torbie podróżnej pod siedzeniem. Paczka, którą pieczołowicie owinięto w karton i papier pakowy. Z tego jednak, w jaki sposób chlupotała jej zawartość, łatwo można było wywnioskować, iż w środku znajduje się butelka. Potrzeba zabierania własnych zapasów do kraju takiego jak Grecja, gdzie towar ten dostępny jest na każdym kroku, nasuwała po- dejrzenie, iż może przyjaciółka ma drobne „problemy alkoho- lowe”. Okazało się jednak, iż przezorność Joyce względem celników okazała się usprawiedliwiona. Na lotnisku Korfu oficer ze srogim wąsem namierzył akurat pięćdziesięciopięcioletnią Joyce, wraz z parą bardziej oczywistych podejrzanych w postaci studentów, i nakazał im wszystkim otworzyć walizki oraz bagaż podręczny. Mimo starannie przeprowadzonej rewizji nie znalazł niczego, co kłóciłoby się z przepisami, toteż zostawił w spokoju podejrzaną. Wydawało się to cokolwiek dziwne, chociaż... Teraz, gdy pani Pargeter pomyślała o tym zdarzeniu, uprzytomniła sobie, że przecież w bagażu przyjaciółki celnik nie natrafił na żadną butelkę. Dlaczego więc Joyce wcisnęła jej tę paczkę? Co miała na myśli mówiąc, że „nie chciałaby przekraczać przepisów”? To wydawało się jeszcze dziwniejsze. Nim pani Pargeter zdążyła poprosić Joyce o wyjaśnienie, w jej uszy wdarł się głos Ginnie. - Proszę państwa, kiedy pokonamy ten zakręt, będziemy mogli popatrzeć sobie na Albanię. Nikt do końca nie wie, co tam się naprawdę dzieje, tak więc pozwolę sobie udzielić pań- stwu pewnej rady... Jeżeli ktokolwiek z was podczas turnusu wynajmie łódź, radzę nie zbliżać się zanadto do tamtego wy-

brzeża. Czy wyraziłam się jasno? Pasażerowie obrócili głowy i spojrzeli ponad pustacią morza ku widocznym z daleka światłom. Środkiem kanału sunął majestatycznie duży, jasno oświetlony statek. Teraz, gdy znaleźli się już tak blisko celu, po raz pierwszy od tamtej odle- głej półgodziny na Gatwick, kiedy to poinformowano ich o opóźnieniu lotu, powrócił nastrój podniecenia. - A w dole, pod wzgórzem, możecie państwo zobaczyć wioskę. Pokonali ostatni zakręt. Półksiężyc zatoki oblewały światła, padające z ustawionych frontami do morza tawern i willi. Z ruchomej tafli wody migotały ku nim girlandy odbijających się w niej żarówek. Kołysały się przycumowane na morzu mo- torówki, cztery bliźniacze jachty tworzyły flotyllę, niezgrabne kutry rybackie z wielkimi lampami na dziobie przyciągały wzrok. Starsze łajby miały na obu burtach wymalowane oczy, mające służyć za amulet przeciwko „złemu oku”, nadprzy- rodzonemu zjawisku, w które wciąż wierzyła znaczna część mieszkańców Korfu. Droga biegła między domami a morzem. Naprzeciwko ta- werny w morze wrzynały się falochrony. Przy jednym z nich cumował masywny błękitny kaik. Autokar z chrzęstem opon zatrzymał się przed solidnym prostopadłościanem kamiennego budynku, nad którego fron- tem rozpięto pasiaste płócienne markizy. Pod nimi pochłonięci jedzeniem, poubierani w podkoszulki i szorty urlopowicze niewiele poświęcili uwagi nowo przybyłym. Przez otwarte okna autokaru wsączył się dźwięk odtwarzanej z magnetofonu buzuki wraz z zapachem dymu z węgla drzewnego i ziół. - Nareszcie - powiedziała Ginnie. - Witajcie w Agios Nikitas. 3 - Jej, teraz to już naprawdę nie wytrzymam. Muszę znaleźć toaletę. Zajmiesz nam stolik, Melito? - Tak! - powiedziała do pleców odchodzącej spiesznie Joyce, potem wzięła podręczny bagaż przyjaciółki i nieco stateczniej

wysiadła z autobusu. Widziała, jak Joyce pędzi do kamiennego budynku i w kilka sekund później wypada stamtąd i kieruje się w bok, zgodnie ze strzałką wskazującą „Toalety”. Wyglądało więc na to, że w Agios Nikitas nie będzie kłopotów z barierą językową. Wrażenie to potwierdziły słowa powitania wypowiedziane przez wysokiego mężczyznę, który na widok pasażerów auto- karu podniósł się znad pobliskiego stolika. - Witajcie u Spiro - powiedział wylewnie. - Dołożymy wszelkich starań, abyście poczuli się jak u siebie w domu. Do- bre picie i jedzenie, byście odpoczęli po podróży. Proście Spiro o wszystko, na co tylko macie ochotę... żaden problem. Miał oliwkową cerę, przekroczył pięćdziesiątkę, ale trzymał się świetnie, był barczysty. Mimo jowialności, maskowana me- lancholia wyzierała z jego oczu, które niczym wiśnie błyszczały pod krzaczastymi brwiami. Włosy na głowie przyprószyła już siwizna, jednak spod rozchylonej białej koszuli wyłaniał się wciąż czarny zarost. Miał na sobie czarne kelnerskie spodnie i pantofle, a mimo to roztaczał wokół siebie aurę nie kwe- stionowanego autorytetu. Strzelił palcami na młodszych kel- nerów, aby poprowadzili nowych gości do stolików i przyjęli zamówienia na napoje. Z progu tawerny dyrygował podawa- niem pierwszej kolejki i już po chwili przed wszystkimi poja- wiły się szklanki i oszronione, prosto z lodówki butelki. Zamówienia były różne. Półlitrówki jasnego piwa, butelki greckiego białego wina, coca cola, dla Craiga z South Wood- ham Ferrers gazowany napój pomarańczowy, dla kilku trady- cjonalistów dżin z tonikiem, jakaś para odważyła się na ouzo. Pani Pargeter, bezpiecznie usadowiona przy dwuosobowym stoliku, z torbą podróżną schowaną pod krzesłem, nie wiedzia- ła wprawdzie, jak daleko zaszła Joyce w swoim pijackim ciągu, natomiast miała absolutną jasność, czego sama pragnie się napić. Pargeterowie bowiem podczas bytności na Krecie odkryli w sobie upodobanie do retsiny. Bawili tam trzy miesią- ce po jednym z bardziej udanych przedsięwzięć świętej pamięci pana Pargetera. Teraz zaś wdowa z rozrzewnieniem wspominała ów jeden z niezmiernie rzadkich okresów, kiedy to

małżonkowie mogli być tylko we dwoje. Do czasu, kiedy Joyce wróciła z toalety, autokar już odjechał, uwożąc na pokładzie Ginnie, której zadaniem było dopil- nowanie rozładunku bagaży i rozlokowanie zmęczonych tury- stów, Spiro zaś zniknął w tawernie, by nadzorować wypełnienie zamówień na posiłki. Joyce, zaczerwieniona i niespokojna, pojawiła się dopiero po dłuższej chwili. Pani Pargeter obawiała się, czy przyjaciółce nie zrobiło się aby niedobrze. W jej zachowaniu bowiem było coś zastanawiająco nerwowego, możliwe jednak, że w ten sposób objawiała się tylko reakcja na niedawną śmierć męża. - Kibelki są nieskazitelne - oznajmiła siadając. - To znakomicie. Dobrze się czujesz, moja droga? Joyce gestem dłoni opędziła się od takiej troskliwości. - Ależ oczywiście. Zamówiłaś mi drinka? - Nie wiedziałam, na co masz ochotę. Może tego spróbujesz? -Pani Pargeter podsunęła jej butelkę z retsiną. Joyce powąchała trunek i skrzywiła się. - Nie, dziękuję. - Rozejrzała się i natychmiast jak spod ziemi wyrósł miody kelner z papierową serwetą i metalowym ko- szyczkiem z oliwą, octem, solą, pieprzem i wykałaczkami. - Czy mógłbym zaproponować pani drinka? - Jasne. Zgrabnie uniósł retsinę i kieliszki, podłożył pod nie pa- pierowy obrus i zabezpieczył jego rogi elastycznymi tasiem- kami. - Słucham panią? - Ouzo. - Ouzo. Oczywiście, zaraz podaję. Żaden problem. - Dziękuję. Czy mogę wiedzieć, jak panu na imię? - Na imię? Yianni, do usług. Błysnął w uśmiechu nieskazitelnymi zębami i odżeglował; jego niewiarygodnie wąskie biodra zręcznie lawirowały między stolikami. - Hm, no i jak on ci się podoba? - spytała Joyce w zadumie. - Nie przypuszczałam, że rozglądasz się za chłoptasiem - zdziwiła się pani Pargeter.

- Okazja czyni złodzieja. Coś takiego, po raz pierwszy w życiu mogłabym sobie pozwolić na kochanka, a jestem już po pięćdziesiątce i chuda jak szczapa, więc nikt by się za mną nawet nie obejrzał. - Cóż... - pani Pargeter filozoficznie wzruszyła ramionami. - To zwykła kolej rzeczy. Kiedyś słyszałam, jak ktoś mówił, że doświadczenie przypomina szczotkę, którą ktoś daje ci w pre- zencie, gdy już kompletnie wyłysiałaś. - Idiotyczne, prawda? Problem polega na tym, Melito, że kiedy naprawdę jesteś wolna, to wcale nie zdajesz sobie z tego sprawy. Pomyśleć, że kiedy byłam dwudziestoletnią dziewczy- ną, mogłam zdobywać złote góry, mieć mnóstwo romansów, żadnych pęt, a ja co zrobiłam? Ja zamartwiałam się w dzień i w noc. że nie pojawił się nikt, kto chciałby mnie poślubić. Z tobą było podobnie? - Cóż, trudno powiedzieć... - Pani Pargeter w zasadzie wo- lałaby się nad tym nie rozwodzić. Prawdę powiedziawszy bo- wiem, nim spotkała świętej pamięci pana Pargetera, prowa- dziła bujne i ze wszech miar ekscytujące życie erotyczne - a po ślubie bujne i ekscytujące życie w związku małżeńskim - zawsze jednakże była wyznawczynią zasady, iż seks należy do tematów interesujących wyłącznie dwójkę partnerów. Szczęśliwie przed dalszymi pytaniami Joyce uchroniło ją pojawienie się Yianniego z ouzo. Joyce rozcieńczyła je w przy- niesionej jednocześnie szklance wody, z zadowoleniem przy- patrując się, jak przezroczysty płyn zamienia się w mleczną biel. Potem, nim przystąpiła do dalszej części monologu, po- ciągnęła solidny łyk. - A Conchita popełnia dokładnie ten sam błąd co ja. Chodzi mi o to, że moja córka jest uroczą dwudziestolatką i ma dobry zawód, więc każdy facet poleciałby na każde jej skinienie. A ona co robi? Zakochuje się w podejrzanych facetach, przeważnie żonatych, a kiedy ją porzucają, zamiast wić sobie z nią gniazdko, ma złamane serce. Dlaczego tak się dzieje? - Doświadczenie mi podpowiada - oznajmiła pani Pargeter rozsądnie - że kobiety, które angażują się w nieodpowiednie związki, czynią tak, gdyż w głębi duszy wcale nie mają ochoty

wiązać się na stałe. - Uhm - potaknęła Joyce. - Cóż, życzyłabym sobie jednak, aby Conchita się ustatkowała i wyszła za mąż. - A to dlaczego? Naprawdę wydaje ci się, że małżeństwo to idealne rozwiązanie? - Sama nie wiem. Myślę po prostu, że życie samo w sobie jest okropne, więc może łatwiej spróbować radzić sobie z nim we dwoje. Taki pogląd na świat wydał się pani Pargeter nasycony zbyt- nim pesymizmem. Ona bowiem nigdy nie traktowała życia jak dopustu bożego, raczej jako piwniczkę pełną niezrównanych okazji, które należy wysączyć do ostatniej kropli. Przypusz- czalnie takie czarne widzenie świata u przyjaciółki wywołała niedawna strata męża. - Nie wiem też - ciągnęła Joyce, pogrążając się coraz głębiej w ponurym nastroju - na ile w ogóle można poznać innego człowieka. Popatrz sama, wydaje ci się, że jesteś z kimś blisko związana, sypiasz z kimś ćwierć wieku, a kiedy taki człowiek umiera, nagle zdajesz sobie sprawę, że w ogóle go nie znałaś. Nie przypuszczam, aby udało ci się kiedykolwiek poznać kogoś tak do głębi. Słysząc te słowa pani Pargeter popadła w głęboką zadumę. Nie myślała bynajmniej o swoim własnym małżeństwie - nigdy nie wątpiła, że ona i nieboszczyk pan Pargeter poznali się od podszewki - zapytywała jednak samą siebie, do jakiego stopnia poznała Joyce Dover. Szybko doszła do wniosku, że niezbyt dobrze. Spotkała Joyce jakieś piętnaście lat temu w Chigwell, podczas jednego z tych okresów, kiedy to świętej pamięci pan Pargeter musiał na jakiś czas opuścić dom. Mąż Joyce, Chris, jak się okazało, także przebywał wówczas poza domem (choć z zupełnie innych powodów), a Joyce wraz z córeczką Conchitą - wtedy szczuplutką czarnooką sześciolatką - czekały na jego powrót w wynajętym domu. W ciągu owych trzech miesięcy panie wiele ze sobą przebywały, a później utrzymywały luźne kontakty. Pani Pargeter była o dziesięć lat starsza. Zaprzyjaźniły się jednak od razu, choć niewiele wiedziały o sobie. Joyce wyznała

pani Pargeter, że jest rdzenną londynką. Jej mąż, Chris, urodził się w Urugwaju, lecz gdy miał około trzydziestki, uciekł do Anglii, by uniknąć prześladowania ze względów politycznych. Tu udało mu się osiągnąć znaczącą pozycję na rynku eksportu (głównie do Afryki) i wszystko wskazywało na to, że przeistoczył się w idealnego angielskiego dżentelmena. Mniej więcej tyle pani Pargeter wiedziała o życiu i pracy Chrisa Dovera. Natomiast sama dołożyła wszelkich starań, by Joyce w jesz- cze mniejszym stopniu orientowała się w życiu i pracy zgasłego pana Pargetera. Joyce dalej labiedziła, pani Pargeter słuchała jej tylko jednym uchem. Retsina smakowała cudownie jak zawsze, a miękka, ciepła bryza od morza i uspokajające brzęczenie odtwarzanej z magnetofonu buzuki sprawiły, że zaczęła się odprężać. Dzień był wielce męczący, perspektywa zaś leniwych dwóch tygodni spędzonych w słońcu okazała się niezmiernie pociągająca. Jak zawsze, tak i teraz panią Pargeter urzekała tajemniczość nowego miejsca. Kiedy przyjeżdżasz gdzieś, gdzie wszystko jest ci absolutnie nie znane, możesz odkryć wiele ekscytujących rzeczy. Tak, zaczynała się cieszyć, że przyjechała do Agios Nikitas. Jakież to relaksujące, myślała, przebywać tu, gdzie nie znam nikogo i mnie nikt nie zna. Dlatego tak się zdumiała, kiedy usłyszała czyjś głos: - Och, dobry wieczór. Pani Pargeter, nieprawdaż? 4 Podniósłszy głowę ujrzała mężczyznę, który składał się z sa- mych przeciwieństw. Przemówił cockneyowskim akcentem, a wyglądał na rodowitego Greka. Grube, śródziemnomorskie ry- sy zdawały się nie pasować do szczupłej sylwetki, a ten kontrast podkreślał jeszcze luźny strój, jaki noszą turyści: jaskrawe szorty i podkoszulek Patykowate nogi w sportowych skar- petkach obute były w niesamowite srebrzystoszare trampki. Ogólnie prezentował typ Greka, który pragnie uchodzić za an-

gielskiego urlopowicza. Spostrzegłszy zdziwienie w jej oczach, mężczyzna przedstawił się pospiesznie: - Larry Lambeth. Pracowałem niegdyś z pani świętej pamięci mężem. To wszystko tłumaczyło. Świętej pamięci pan Pargeter pro- wadził bowiem rozległe interesy, toteż nawiązał kontakty z osobami najrozmaitszego pochodzenia. Ponieważ jednak był zwolennikiem zasady, by nie wynosić pracy zawodowej do do- mu, wielu z jego kontaktów pani Pargeter nigdy nie poznała. Dlatego też przyzwyczaiła się - szczególnie po śmierci małżonka - do tego rodzaju spotkań z ludźmi, których przedtem nawet nie widziała. - Proszę usiąść z nami, panie Lambeth. Czy mogę zapropo- nować panu drinka? - Niechże ja to zrobię! - Płynną greczyzną zawołał kelnera, potem usiadł. Przedstawiwszy Joyce, pani Pargeter zadała nasuwające się siłą rzeczy pytanie: - Ogromnie się cieszę, że pana poznałam, ale jakim cudem dowiedział się pan, że tutaj jestem? - Och, w dziurze takiej jak ta nie ukryje się żaden sekret. Wszyscy się znają, są ze sobą spowinowaceni, rozumie pani. Jestem przekonany, że i tak szybko bym panią odnalazł, lecz w tym wypadku dostałem cynk. - Cynk? - Hm, chciałem powiedzieć, że pewien przyjaciel z Anglii poinformował mnie, iż pani się tutaj wybiera. - O? - Truffler Mason. - Aha. -To wszystko tłumaczyło. Truffler Mason był jednym z nieocenionych pod względem użyteczności „kontaktów” z notesu, jaki świętej pamięci pan Pargeter zostawił swojej żonie w spadku. Talenty, którym Truffler-Niuchacz zawdzięczał swój przydomek, doprowadziły go obecnie do całkiem legalnej firmy pod nazwą Agencja Detektywistyczna Mason de Ve- re. Truffler okazał się wprost bezcenny podczas śledztwa w sprawie

morderstwa, które pani Pargeter prowadziła w ubiegłym roku. W sumie Larry Lambeth nie mógłby przedstawić lepszych listów uwierzytelniających. Kelner doniósł nowe drinki. Pani Pargeter wciąż jeszcze była w połowie swojej półlitrowej butelki retsiny, toteż następną odstawiła dalej. Joyce natomiast wysączyła już pierwsze ouzo i z niepokojącym entuzjazmem przypięła się do drugiego. Dla siebie Larry Lambeth zamówił grecką brandy. Taki wybór stał w jaskrawej sprzeczności z radą nieboszczyka pana Pargetera, który, posmakowawszy owego trunku, gdy bawili na Krecie, wyraził opinię, że choć może grecka brandy znakomicie nadaje się do usuwania rdzy, to jednak nie powinna się znaleźć w układzie pokarmowym człowieka. Niemniej Larry Lambeth wchłonął swój napój z widoczną przyjemnością, potem zaś przystąpił do dalszych wyjaśnień. - Prawdę mówiąc, Truffler zadzwonił do mnie w ubiegłym tygodniu, pani P. Dal mi coś w rodzaju cynku, że pani tutaj przyjedzie, i poprosił, bym się panią zaopiekował, to znaczy dopilnował, by pani miała wszystko, czego potrzebuje, i w ogó- le, żebym służył pani pomocą. Oczywiście się zgodziłem. To znaczy, że tak czy siak pomagałbym pani z największą ochotą. Zrobiłbym to nawet bez proszenia. Ale pan P., pani małżonek, osobiście mnie zobowiązał, bym nie spuszczał pani z oka, jeżeli kiedykolwiek będę miał po temu okazję. Pani Pargeter uśmiechnęła się wzruszona. Zawsze robiło się jej ciepło na sercu, gdy się dowiadywała, jak pieczołowicie zabezpieczył ją świętej pamięci pan Pargeter przed swoją śmiercią. Nie każda wdowa mogłaby cieszyć się tak długoter- minową, nieustającą opieką. - On był najlepszy - oświadczył Larry Lambeth. - Najlepszy z najlepszych, prawdziwy książę. - Owszem - zgodziła się odrobinę enigmatycznie pani Par- geter. Pod tawernę wrócił autokar. Porozwoził już bagaże po roz- maitych willach Agios Nikitas. Ginnie, ze skoroszytem i plikiem

papierów przyciśniętymi do piersi, wyskoczyła zwinnie z samochodu. Powiedziała jakiś dowcip po grecku. Szofer roze- śmiał się słysząc ten pożegnalny żart i odjechał z chrzęstem metalu. Pani Pargeter domyśliła się, że wcześniejsza hałaśliwa zmiana biegów wynikała nie tylko z trudnych warunków jazdy po krętych drogach. Po prostu kierowca miał taki styl jazdy. Na widok Ginnie pan w safari, siedzący wraz z panią w safari nad stekiem wieprzowym, coś zawołał, dziewczyna jednak rezolutnie udała, że nie słyszy, i skierowała się prosto do ta- werny. W pośpiechu nie zauważyła, że z pliku trzymanych przez nią kartek dwie wysunęły się i pożeglowały na ziemię. Pani Pargeter podniosła je i powstrzymała Larry’ego Lam- betha, który już zaczął wstawać. - Proszę się nie fatygować, sama jej to oddam - powiedziała i podążyła śladem pilotki do tawerny. Atmosfera panująca w środku różniła się diametralnie od tej na zewnątrz. Było tam mroczno i w jakiś nieokreślony sposób prymitywnie. Tego wrażenia nie tłumiły różne nowoczesne urządzenia: lśniąca aluminium lada chłodnicza, przez której przednią szybę można było podziwiać sterty mięsiwa, ryb i homarów, adapter kompaktowy i stojak z kompaktowymi pły- tami. Owo wyposażenie i nieskazitelnie czysta marmurowa posadzka stanowiły efekt niedawnego remontu czy odnawiania gospody. W rogach lustrzanego baru zatknięto amatorskie zdjęcia roześmianych turystów, tańczących ze Spiro i jego kel- nerami. Wrażenie prymitywu wywoływały twarze osób siedzących w tawernie. Przez drzwi do kuchni wyjrzała czarnooka kobieta, która na nowo przybyłą popatrzyła z wyrazem wyuczonej obo- jętności. Ku pani Pargeter zwróciły się także oczy mężczyzn, zajmujących mały stolik tuż przy barze. Do nich właśnie przy- siadła się Ginnie. Przed całą trójką stały szklaneczki ouzo. Byli to Spiro, jakiś drugi, łysiejący mężczyzna o wybitnie greckich rysach oraz trzeci, ubrany w mundur. W pierwszej chwili pani Pargeter pomyślała, że to celnik, który zatrzymał Joyce na lotnisku Korfu. Podobieństwo było uderzające, dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się można

było spostrzec różnicę: miał na sobie inny mundur - jasnosza- ry. Wąsiki nad górną wargą tworzyły idealnie równoramienny trójkąt, a odwrócona do góry dnem spiczasta czapka leżała na stole obok szklaneczki. Uporczywa, nieco zbijająca z tropu ciekawość w oczach mężczyzny była wiernym odbiciem wyrazu twarzy osoby z foto- grafii znad baru. Chociaż tamten mężczyzna wydawał się star- szy i schorowany, ciemne oczy ze spłowiałej fotografii patro- nowały jakby całej tawernie, niczym oczy jakiegoś bożka do- mowego ogniska. Fotografię powieszono na centralnym miej- scu, a ozdobna ramka przydawała jej atrybutów niemal reli- kwiarza. Rodzinne podobieństwo nie pozwalało wątpić, iż na zdjęciu widnieje ojciec Spiro. Jedynie przez drobny ułamek sekundy pani Pargeter dano odczuć, iż wtargnęła tu niczym intruz. Na twarzy Spiro błyska- wicznie pojawił się zawodowy uśmiech. Karczmarz wstał i wy- lewnie rozłożył ramiona. - Czym mogę pani służyć? Pani Pargeter pokazała znalezione papierki, które okazały się rachunkami za wynajem autokaru. - Ginnie, zgubiłaś to. Zapewne ciągle przypatrywała się fotografii, gdyż Spiro po- twierdzając jej domysły wyjaśnił: - To mój ojciec. Zdjęcie zrobiono tuż przed jego śmiercią, trzydzieści lat temu. Wciąż jednak sprawuje pieczę nad tawer- ną. Spiro zapewnia szczęście Spiro. Ta fotografia odwraca od nas „złe oko”. Pozostali dwaj mężczyźni parsknęli śmiechem, jak gdyby usłyszeli przedni żart. Pani Pargeter także się uśmiechnęła i powiedziała: - Hm, to bardzo miło z jego strony. Cały epizod trwał nie dłużej niż minutę, a pani Pargeter nie potrafiła rozszyfrować uczuć, jakie się w niej zrodziły. Przeszył ją dreszcz, wywołany może nie tyle strachem, ile przemożnym przeczuciem niespodziewanych komplikacji, które muszą zaistnieć w wyniku różnicy między tym, co oglądają turyści, a prawdziwym obliczem Korfu.

Już stojąc na progu obejrzała się na tawernę w nadziei, że ponownie ogarnie ją to przeczucie i że tym razem zdoła je w jakiś sposób rozszyfrować. Ale napotkała tylko jowialność i błysk zębów wyszczerzonych w przyjacielskim uśmiechu mężczyzn. Jedynie dumna i wyzywająca twarz starca na zdjęciu i czujne oczy kobiety z kuchni zdradzały głębię otchłani, nad której krawędzią pani Pargeter postawiła właśnie stopę. 5 Gdy wróciła do stolika, zastała już przyniesiony tymczasem posiłek. Joyce zajadała się kebabem z ryżem, a na miejscu pani Pargeter postawiono talerz ze smażoną rybą, ugamirowaną kilkoma frytkami. Pośrodku stołu znalazła się miska greckiej sałaty posypanej serem feta. Joyce wlewała w siebie kolejne ouzo. Pani Pargeter ze smakiem zabrała się do jedzenia ryby, Larry Lambeth natomiast rozwodził się nad dalszymi szczegółami swoich powiązań z jej świętej pamięci małżonkiem. - Faktycznie, sporo z nim pracowałem. To znaczy, nigdy nie zaliczałem się do grona jego „chłopaków”; wykonywałem raczej niewielkie robótki. - Aha. Zza skromnej miny, którą przyoblekł twarz, przezierała nie- kłamana duma. - Byłem zaangażowany w... hm... Welwyn Garden City. Na pani Pargeter wywarło to stosowne wrażenie. - A teraz osiedlił się pan tutaj? - Tak, cóż, zawsze utrzymywałem, że kiedyś wrócę do Grecji. Przecież jestem Grekiem. Moi rodzice pochodzili z tego kraju, ale ja wychowałem się w Londynie. Ściślej mówiąc, w dzielnicy Lambeth. Stamtąd zresztą wziąłem sobie nazwisko. - O? - Cóż, kiedy ktoś tak jak ja dorasta w Londynie, staje przed pewną alternatywą. Pani rozumie, kiedy wchodzi się do bizne- su, trzeba zdecydować, czy pozostać przy swoim pochodzeniu,

czy też nieco ubarwić fakty... Musiałem zadać sobie pytanie, czy do końca życia chcę pozostać „tym Grekiem”. Uznałem, że nie, i w ten sposób zrodził się Larry Lambeth. Wykalkulowałem sobie, że będzie to mniej podejrzane przy tego rodzaju interesach, jakie prowadziłem. Zwracanie bowiem na siebie szczególnej uwagi nie byłoby zbytnio pożądane. - Rozumiem, oczywiście. - No więc, w domu pozostałem Grekiem, rozmawiałem po grecku z rodzicami i znajomymi, ale wykonując swój zawód przeistaczałem się jakby w londyńczyka. I póki dobrze wyko- nywałem swoją robotę, nikt nie interesował się moim pocho- dzeniem. - Jasne. A teraz przeszedł pan na emeryturę, prawda? - Hm, w pewnym sensie. Faktycznie, zawsze wyobrażałem sobie, że kiedyś wyjadę do Grecji... Pani rozumie, wrócę do korzeni i tak dalej... No i, mówiąc oględnie, nadeszła chwila, w której okazało się, że dalszy pobyt w Londynie nie wyszedłby mi na zdrowie. - Nachylił się ku niej konfidencjonalnie. - Faktycznie, pani Pargeter, wplątałem się w mocno nieciekawe towarzystwo. Oczywiście, stało się to po śmierci pani małżon- ka. Chodzi mi o to, że pan P. był znakomitym organizatorem, pracując dla niego człowiek nie narażał się na najmniejsze ryzyko... hm... pominąwszy ryzyko, jakie w naturalny sposób wiąże się z wykonywaną przez nas profesją... Ale kiedy pana P. zabrakło, związałem się z bandą prawdziwych łobuzów. No i przyszła ta chwila, w której stanąłem przed wyborem: albo na- tychmiast ewakuuję się z Londynu, albo na parę lat stracę mo- żliwość wyjazdu gdziekolwiek... Rozumie pani, co mam na my- śli? Pani Paigeter skinęła głową. Zrozumiała doskonale. - Miałem oszczędności i wciąż ważny grecki paszport. No i pomyślałem, że może to właściwy moment, by na jakiś czas za- mienić londyńską mgłę na greckie słońce. Podsumowując, w ten właśnie sposób wylądowałem tutaj. - Czyżby całkowicie zrezygnował pan z pracy? - Cóż... - Larry Lambeth uśmiechnął się skromnie. - Prowa- dzę mały interesik na własny rachunek... malutki, ale wciąż nie

wypadłem z branży. - A gdy pani Pargeter uniosła pytająco brwi, dodał: - Chyba lepiej nie zagłębiać się nadmiernie w szczegóły, prawda? Wydłubując ość z zębów, skinęła potakująco głową. - Tak czy inaczej, jak wspomniałem, cokolwiek będę mógł dla pani uczynić podczas pani bytności na Korfu, żaden problem. Nawiasem mówiąc, to takie miejscowe powiedzonko: „Żaden problem”. Drukują je na podkoszulkach i tak dalej. Ale uprzedzam, że z mieszkańcami Korfu czasami zdarzają się problemy. Lecz jeśli chodzi o mnie, pani Pargeter, nie będzie żadnych, słowo honoru. Gdyby pani czegokolwek potrzebowa- ła, proszę tylko szepnąć słówko, zgoda? - Pięknie panu dziękuję. - Na przykład, gdyby chciała pani skorzystać z telefonu, po- lecam swoją willę. - O? Czyżby w okolicy nie było telefonów? - Nie ma. Zdaje się, Spiro posiada jedyny aparat w Agios Nikitas. Chyba połączenie ma także hotel, lecz przypuszczalnie będzie pani poręczniej nie korzystać z żadnego z nich. - Dlaczego? - Gdyż rozmowa może okazać się nazbyt publiczna. W takim miejscu nawet ściany mają uszy. Toteż jeżeli pani zechce za- dzwonić, radzę skorzystać z mojego telefonu. - Cóż, jestem ogromnie zobowiązana. - Żaden problem. Oczywiście, to samo odnosi się do pani, pani Dover, gdyby pani... Kiedy zobaczył wyraz twarzy Joyce, słowa uwięzły mu w gardle. Pani Pargeter spojrzała na przyjaciółkę, która pobladła pod wpływem doznanego wstrząsu. Podążyła za jej wzrokiem ku drzwiom tawerny. W progu stal obrócony ku nim plecami Spiro, a ponad jego ramieniem widać było mężczyznę w mundurze. Na głowie miał trójkątną czapkę, minę marsową. Joyce Dover wlepiła w niego oczy i poruszała bezgłośnie wargami. Wyglądała tak, jakby ujrzała ducha.

6 Po paru sekundach wrażenie to minęło. Prócz pani Pargeter i Larry’ego Lambetha nikt nie zwrócił uwagi na całe zajście. Pan w safari pochłonięty był musztrowaniem pani w safari, aby do wakacyjnej fotki przybrała bardziej zrelaksowaną pozę. Linda z South Woodham Ferrers usiłowała na powrót uśpić Craiga, podczas gdy Keith z South Woodham Ferrers, który bez przerwy powtarzał, jak to cudownie wyrwać się z biura, pracowicie naciskał kalkulator, by porównać relację cen między greckim białym winem a ich ulubionym rieslingiem Lutomer z sieci supermarketów Sainsbury’ego. Sekretarka o król kich tlenionych włosach wraz z sekretarką o długich tlenionych włosach pochylały się nad szklanicami jasnego piwa planując strategię dwutygodniowych podbojów seksualnych. Mężczyzna w mundurze także nie zdawał sobie sprawy z wy- wołanego przez siebie efektu. Nim Spiro poklepał go po ra- mieniu i pomachał mu na pożegnanie dłonią, Joyce wstała od stolika i pospieszyła nad brzeg morza. Tam nachyliła się nad wodą. Wstrząsały nią konwulsyjne dreszcze. Pani Pargeter natychmiast stanęła u jej boku. Chociaż Joyce wyrzuciła już całą zawartość żołądka, wciąż jeszcze targały nią odruchy wymiotne. - Spokojnie, kochanie - powiedziała pani Pargeter, obejmując przyjaciółkę za ramiona. - Wszystko w porządku? Po policzkach Joyce płynęły łzy, zrodzone pod wpływem zdenerwowania lub nudności, które zaprzeczały energicznym ruchom głowy. - Tak, oczywiście. Nic mi nie jest. - Zobaczyłaś coś, co cię przeraziło? - Skąd?! - W jej oczach pojawiła się czujność. - Skąd, niczego takiego nie widziałam. Musiałam zjeść w samolocie coś nie- strawnego. Zawsze podają tam paskudne żarcie. - Ja jadłam to samo, a czuję się dobrze - zauważyła spokojnie pani Pargeter. - Może było to coś, na co mam uczulenie. - I zauważywszy powątpiewającą minę przyjaciółki, Joyce spróbowała z innej

beczki. - Och, jakże mi przykro, od śmierci Chrisa mam tak poszarpane nerwy, że niewiele mi brakuje, bym straciła nad sobą panowanie. Rozumiesz, w jednej chwili wydaje ci się, że trzymasz się w garści, a w następnej jakiś drobiazg, detal przy- pomina ci o wszystkim na nowo. I wtedy wraca cały ból po naj- droższym człowieku. - Joyce, kochanie, świetnie znam ten stan. - W kojącym gło- sie pani Pargeter pojawiły się twardsze nuty. - A przed chwilą... co takiego odrodziło twój ból? - Nie rozumiem... - Czy zobaczyłaś coś, co tobą wstrząsnęło? - Co? Och, nie. Wcale nie. Po prostu dawałam ci przykład. Właśnie myślałam o Chrisie i... wiesz, że spędzam te wakacje bez niego i... emocje wzięły górę. - Rozumiem, oczywiście - zgodziła się pani Pargeter jakby przekonana tym wyjaśnieniem. - Hm, hm... Może mógłbym w czymś pomóc? - Larry Lam- beth, który do tej pory trzymał się taktownie na uboczu, dołą- czył do przyjaciółek stojących nad brzegiem morza. - Nie, dziękujemy-odparła pani Pargeter.-Joyce tylko nie najlepiej się poczuła. Chyba jednak odnajdziemy naszą willę i położymy ją do łóżka. Joyce, nie uważasz, że tak będzie najroz- sądniej? - Och, tak, dziękuję ci, Melito. - Joyce Dover wyciągnęła z kieszeni chusteczkę, otarła twarz i energicznie wydmuchała nos. Trochę niepewnie odwróciła się w stronę tawerny. Wydawało się, że kiedy spostrzegła, iż policjant zniknął, poczuła ulgę. Stanowczym krokiem wróciła do stolika. - Odnajdę Ginnie i dowiem się, gdzie jest nasze lokum - za- proponowała pani Pargeter. I znów atmosfera panująca wewnątrz tawerny zdawała się pochodzić jakby z odmiennej kultury, tym razem jednak nie była wcale złowróżbna. Może to, że uprzednio czaiła się tutaj jakaś niejasna groźba, sprawił policyjny mundur? Ginnie rozmawiała z łysiejącym mężczyzną. Chociaż pani Pargeter nie rozumiała ani słowa, barwa ich głosów wskazy-

wała, że facet beszta pilotkę. Ta usiłowała się bronić, ale uda- wało się jej wybąkać jedynie imię „Georgio”. Nieznajomy spo- strzegł panią Pargeter i zamilkł, uniesieniem brwi dając Ginnie znak, że pojawiła się turystka. Zajął się swoim ouzo, a dziewczyna odwróciła się. Była rozogniona, zdenerwowana, jakby postarzała. Musiała mieć już dobrze po trzydziestce. - Przepraszam, że zakłócam ci spokój, Ginnie, ale moja przyjaciółka, pani Dover, nagle źle się poczuła. Wydaje mi się, że lepiej będzie odstawić ją do naszej willi, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. - Ależ oczywiście, że nie. - Ginnie wstała. - Mam nadzieję, że to nic poważnego? - Och, nie. Drobna niedyspozycja żołądkowa. Do jutra z pewnością wróci do formy. - No tak. Willa znajduje się zaledwie parę kroków stąd. Za prowadzę tam panie. - Będę wdzięczna. Tylko jeszcze powinnam uregulować ra- chunek. - Spiro! - zawołała Ginnie. Przedtem wypowiedziała parę słów po grecku. Georgio dorzucił coś niezrozumiałego od sie- bie. Spiro wynurzył się z kuchni z jak zawsze szerokim, zawodo- wym uśmiechem. Zajazgotał coś w ojczystym języku do Ginnie, a zabrzmiało to niemal jak rozkaz, potem obrócił promienną twarz ku pani Pargeter. - Czym mogę służyć? - Chciałam tylko uregulować rachunek. Mojej przyjaciółce zrobiło się słabo, toteż wydaje mi się, że powinnam położyć ją do łóżka. - Ach, tak. Mam nadzieję, że rano lepiej się poczuje. Korfu to nadzwyczaj zdrowa wyspa. Powietrze jest dobre, więc za chwilę będzie... zdrowa jak rybka. - Z niekłamaną dumą użył tej przenośni. - Z całą pewnością. Więc może łaskawie powie mi pan, ile jestem winna? Zamachał rękami, jakby opędzał się od much. - Och, nie, nalegam! Nie teraz. Zbyt wiele zachodu. Zapłaci

pani, kiedy ponownie zawita do Spiro... - Cóż, skoro pan tak uważa...? - Oczywiście. Żaden problem. Jaka cudowna pewność siebie. Pani Pargeter nasunęła się cyniczna refleksja, że bez wątpienia nie jest to tylko manife- stacja zaufania. To także sposób, by zmusić przybysza z Anglii do powtórnego odwiedzenia tawerny. - Możemy już iść? Okropnie się czuję. To Joyce. Chwiała się, osłabiona, w progu. - Tak, kochanie. Już nas rozlokowano, więc... - Pani Pargeter urwała, gdyż Joyce znowu osłupiała z przerażenia. Spoglądała ponad barem. A tam stała milcząca ciemnowłosa kobieta rozlewając do filiżanek neskę. Nie zwróciła uwagi na Joyce, przeszła tylko przez salę i wręczyła filiżanki Yianniemu. Kelner okręcił się na pięcie i popędził roznieść je gościom siedzącym na dworze. Potem kobieta zniknęła w kuchni. W jej ślady podążył Spiro, który najwyraźniej nie spostrzegł niczego dziwnego. Joyce, jak zahipnotyzowana, patrzyła wprost przed siebie z przerażoną, kredowobialą twarzą. - Moja droga, idziemy - odezwała się pani Pargeter ujmując przyjaciółkę pod ramię i wyprowadzając ją stanowczo z ta- werny. - Musisz się położyć. Przy ich stoliku kręcił się niespokojnie Larry Lambeth. - Mogę w czymś pomóc, pani Pargeter? - Och, dziękuję. Damy sobie radę. - Proszę, oto mój adres i telefon. - Wcisnął jej do ręki karte- czkę. - Tutaj jest wewnętrzna centrala, gdybym mógł się na coś przydać, proszę dzwonić bez wahania, rozumie pani... - Dziękuję, panie Lambeth. - Dla pani Larry... - Znakomicie, Larry. Dzięki. - Nagle pani Pargeter przyszło coś do głowy i przysunęła się do niego bliżej. - Możliwe, że mógłbyś wyświadczyć mi pewną przysługę. - Tak? - Larry Lambeth odezwał się równie cichym głosem. - Ten umundurowany mężczyzna, który był tutaj... - Hmm...