wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Sophie Hannah - Konstabl Simon Waterhouse 07 - Trauma

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sophie Hannah - Konstabl Simon Waterhouse 07 - Trauma.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Sophie Hannah
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 32 osób, 33 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 326 stron)

Sophie Hannah TRAUMA

Dla Juliet Emerson, która pomogła mi rozwiązać wiele zagadek, życiowych i fikcyjnych.

Jeśli poprosisz kogoś o wspomnienie, a usłyszysz historię, możesz mieć pewność, że jest zmyślona. Ja w wieku pięciu lat, skulona w kłębek za domem dla lalek, przerażona, że nauczycielka mnie znajdzie, pewna, że czekają mnie konsekwencje, i próbująca się na nie przygotować - to jest wspomnienie. A oto historia, w którą je przeobraziłam: pierwszego dnia szkoły byłam wściekła na matkę za to, że zostawiła mnie w nieznanym mi miejscu, pełnym obcych ludzi. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, bo byłam grzeczną dziewczynką. Rodzice zawsze mi to powtarzali. Ale tego dnia tak mocno się buntowałam przeciwko temu, na co mnie skazano, że postanowiłam zebrać się na odwagę i udawać nieobecną przed panią Hill. W rogu klasy stał duży dom dla lalek i gdy nikt nie patrzył, schowałam się w kącie między nim a ścianą. Nie wiem, ile minut siedziałam w ukryciu, wsłuchując się w mało zachęcające głosy uczniów i dyscyplinujące wołania nauczycielki, trwało to jednak dostatecznie długo, by pomysł zdążył mi się znudzić. Żałowałam swojej decyzji, ale nagłe wyjście z kryjówki byłoby jednoznaczne z przyznaniem się do winy, a nie zamierzałam przedsiębrać aż tak pochopnych kroków. Wiedziałam, że w końcu zostanę znaleziona i surowo ukarana, więc rósł we mnie strach i wzburzenie. Łkałam cicho, by nikt mnie nie usłyszał. Jednocześnie głos wewnętrzny podpowiadał mi: Siedź tu, nie ruszaj się. Wciąż jeszcze może ci się upiec. Kiedy usłyszałam, że pani Hill prosi, by dzieci usiadły po turecku na podłodze, aby mogła sprawdzić listę obecności, wpadłam w panikę. Mimo iż nigdy wcześniej nie byłam w żadnej szkole ani żłobku, wiedziałam, co to oznacza: nauczycielka zaraz odczyta po kolei nasze nazwiska. Na dźwięk swojego powinnam powiedzieć: „Obecna”, bez względu na to, gdzie akurat siedziałam. Nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłabym nie zareagować. Wymagałoby to ode mnie takiej dawki oszustwa i buntu, jakiej nie byłabym gotowa nawet przemyśleć, a co dopiero wprowadzić w życie. A jednak nie ruszyłam się z kryjówki. Zawsze byłam optymistką i nie poddawałam się, o ile nie było to absolutnie nieuniknione. Przecież mogło się zdarzyć coś, co uniemożliwiłoby pani Hill odczytanie całej listy. Do klasy mógł wlecieć ptak albo jeden z uczniów mógł nagle zachorować i pojechać do szpitala. Albo też ja sama mogłam za kilka chwil wpaść na genialny pomysł, znaleźć doskonałą drogę wyjścia z tarapatów, w które się wpakowałam. Nie zdarzyła się oczywiście żadna z tych rzeczy i gdy pani Hill wywołała moje nazwisko, uznałam, że najlepiej będzie pójść na kompromis. Nie odezwałam się, ale wystawiłam rękę zza domku dla lalek, tak by była dla wszystkich wyraźnie widoczna. Myślałam sobie, że spełniam swój obowiązek, bo przyznaję się do obecności, ale że nadal

istnieje cudowna możliwość, iż nikt mnie nie zauważy i że w nagrodę za ujawnienie się będę mogła spędzić cały dzień w ukryciu. A następnego dnia zrobię dokładnie to samo. To było marzenie, lecz rzeczywistość przedstawiała się inaczej: pani Hill od razu spostrzegła moją rękę i kazała mi wyjść z kąta. Później powiedziała owszystkim mojej mamie i zostałam ukarana przez szkołę i przez rodziców. Kary nie pamiętam. Jaka część powyższej historii jest prawdziwa? Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że większość. Może dziewięćdziesiąt procent. A ile pamiętam? Prawie nic. Zaledwie dwa stany emocjonalne: mieszankę strachu i sprzeciwu, która towarzyszyła mi, gdy chowałam się za domkiem dla lalek, oraz potwornie poniżające uczucie porażki, gdy musiałam wyjść i stanąć twarzą w twarz z resztą klasy. Wszyscy wiedzieli, że podjęłam ryzyko, straciłam cierpliwość i poddałam się. Pamiętam, jaki wstyd wywołała we mnie myśl - zaledwie kilka sekund po fakcie, wspomnienie wewnątrz wspomnienia - o moim głupim, asekuranckim geście podniesienia ręki z ukrycia. Żałosne. Byłam zbyt uległa, by zachować się niegrzecznie, i zbyt niegrzeczna, by przestrzegać zasad. Pamiętam, że marzyłam o tym, by być którymkolwiek innym dzieckiem w klasie, tylko nie sobą. Jestem niemal pewna, że towarzyszyły mi wszystkie te uczucia, choć w wieku pięciu lat nie dysponowałam słownictwem, którym mogłabym je opisać. Absolutnej pewności mieć nie mogę z jednego powodu. Przez czterdzieści lat historia o wydarzeniach tamtego dnia tłamsiła wszystkie wspomnienia i w końcu całkowicie je zastąpiła. Prawdziwe wspomnienia są kruchymi, fragmentarycznymi zjawami, które łatwo się poddają żywej opowieści, stworzonej zresztą po to, by trwale zapisała się w umyśle. Niemal od razu po zdobyciu jakiegoś doświadczenia decydujemy, jakie chcielibyśmy mu nadać znaczenie. Tworzymy historię, która ma to umożliwić. Opowieść ta wykorzystuje wszelkie wspomnienia, które mogą ułatwić jej zadanie. Umieszcza je w miejscach strategicznych, niczym kolorowe brosze w klapie czarnej marynarki, i pozbywa się tych, które są niepotrzebne. Przez lata opowiadałam alternatywną wersję historii pierwszego dnia w szkole. W zmienionej relacji wychodziłam z kryjówki z szelmowskim uśmieszkiem i mówiłam: „No co? Nie udawałam, że mnie nie ma. Przecież podniosłam rękę. Nie powiedziała pani, że nie wolno siedzieć za domkiem dla lalek”. Któregoś dnia, w trakcie opowiadania nowej wersji, pomyślałam sobie: Czy to mogło się zdarzyć? Czasami trzeba zniszczyć wielokrotnie przekazywaną historię, by dotrzeć do prawdziwego wspomnienia. To trochę jak zdzieranie farby ze ściany, warstwa po warstwie. Pod spodem znajdujemy cegły, brudne i odbarwione, zniszczone przez wieloletni brak dostępu do tlenu.

Najśmieszniejsze jest to, że dzisiaj obydwie wersje - ta brawurowa i ta kompromitująca - wydają mi się prawdziwe, tyle razy je opowiadałam innym i sobie samej. Ilekroć powtarzamy jakąś historię, żłobimy głębiej miejsce, które zajmuje w naszym umyśle, a przez to wydaje się ona wierniejsza. Prawdziwe wspomnienie może być przelotnym obrazem czerwonego płaszcza, drzewa cytrynowego (nie wiemy gdzie), silnym uczuciem, czyimś imieniem. Tylko imieniem, niczym więcej. Prawdziwe wspomnienia nie zawierają początków, środków i zakończeń. Nie ma w nich napięcia, oczywistego sensu, z pewnością nie są nośnikiem nauki moralnej. Brakuje im tego, co mogłoby zadowolić publikę. Kiedy mówię o publice, myślę o narratorze, który zawsze jest pierwszym odbiorcą własnej opowieści. Wszystko to możemy odnieść do Bożego Narodzenia 2003 roku i wydarzeń z Małego Sadu, które - jak się pewnie domyślasz - nie są wspomnieniem, lecz opowieścią. Trzeba mieć nadzieję, że opowieść ta pomoże nam wydobyć kilka zawartych w niej wspomnień. Może nawet kilka wypartych, które nie pasowały do ogólnej narracji, więc zostały odrzucone. Jako eksperyment założę, przynajmniej na jakiś czas, że historia Małego Sadu jest w całości nieprawdziwa. Nic takiego się nie wydarzyło. Nikt nie obudził się w poranek bożonarodzeniowy, by zdać sobie sprawę, że czworo członków rodziny zniknęło bez śladu.

1 Wtorek, 30 listopada 2010 Popatrz, nie ma tu nic wyjątkowego. Spójrz na szpary między cegłami, skąd wykruszyła się zaprawa. Spójrz na brzydkie, plastikowe ramy okien. To nie jest miejsce, w którym dzieją się cuda. No i - ponieważ gotowa jestem z wyprzedzeniem wziąć na siebie część winy - we mnie też nie ma nic wyjątkowego. We mnie też nie dzieją się cuda. To się nie może udać. Nie powinnam więc czuć się rozczarowana, gdy nic z tego nie wyjdzie. Nie przyjechałam tu z wiarą, że otrzymam pomoc, ale dlatego, że nie chcę już przyklejać sobie na twarz sztucznego uśmiechu i wydawać odgłosów przyjemnego zaskoczenia, kiedy ktoś mi opowiada, jak niesamowicie mu to pomogło. „Musisz spróbować hipnozy”, mówią mi wszyscy znajomi z pracy, mój dentysta, rodzice i nauczyciele dziewczynek. „Nie wierzyłam w to i była to ostatnia deska ratunku, a tymczasem to prawdziwa magia. Od tamtej pory nawet nie tknęłam papierosów/wódki/babeczek z kremem”. Zauważyłam, że każdy, kto reklamuje skrajnie nieprawdopodobne rozwiązanie jakiegoś problemu, czuje się w obowiązku zaznaczyć, iż pierwotnie był nastawiony sceptycznie. Nikt nigdy nie mówi: „Zawsze byłem i nadal jestem typem idioty, który uwierzy we wszystko. O dziwo, hipnoza okazała się skuteczna”. Siedzę w swoim samochodzie przy Great Holling Road, przed domem Ginny Saxon, hipnoterapeutki, którą wybrałam na chybił trafił. No, może niezupełnie. Great Holling to najładniejsza miejscowość w całej Culver Valley. Uznałam po prostu, że jeśli już muszę marnować pieniądze, to będę to robiła w jakimś malowniczym miejscu. Niewiele jest wiosek tak idyllicznych, że ludzie się przeciwko nim buntują, opisując je jako sztuczne albo napuszone. W tej okolicy niemalże modne jest kręcenie nosem na zacisze Great Holling i wychwalanie bardziej hałaśliwych, brudniejszych miejsc, w których - zupełnym przypadkiem - ceny domów są dużo niższe. „Nawet gdyby mnie było na to stać, nie zamieszkałbym w Great Holling. Nie zniósłbym tej doskonałości”. Jasne. Może jednak powinnam być trochę bardziej ufna. Wiele osób ma pieniądze i nie wykorzystuje ich, by poprawić swoje życie. Znam kilku głupców, którzy oddają z trudem zarobioną gotówkę szarlatanom i proszą, by ich oczarować. Mają nadzieję, że gdy się obudzą, wszystkie ich problemy znikną. Adres Ginny Saxon, tak samo jak uprawiany przez nią rodzaj terapii, jest oszustwem.

Nie mieszka ona wcale w Great’Holling. Zostałam wprowadzona w błąd, jeszcze większy niż samo leczenie za pomocą placebo. Powinnam była uważniej przeczytać adres i zdać sobie sprawę, że zdublowanie w nim nazwy miejscowości - Great Holling Road 77, Great Holling, Silsford - jest zbyt nachalne. Wcale nie jestem w Great Holling, ale na prowadzącej do niego drodze. Po jednej stronie jezdni stoją domy, w tym dom Ginny Saxon, a po drugiej ciągną się brązowoszare, muliste pola. Znalazłam się w rejonie rolniczym, który udaje malowniczą wieś. Na jednym z pól stoi budynek pokryty dachem z blachy falistej. Ten rodzaj krajobrazu kojarzy mi się z kanalizacją, nawet jeśli to opinia niesprawiedliwa, bo wcale nie czuć tu ścieków. Owszem, jesteś niesprawiedliwa. Co ci szkodzi podejść z otwartym umysłem? Przecież może się udać. W duchu wydaję bolesny jęk. Rozczarowanie, które mnie dotknie, gdy wyjdę stąd, a nic się nie zmieni w moim stanie, będzie naprawdę bolało. Pewnie nawet bardziej niż to, które czułam po wszystkich wcześniejszych nieudanych próbach. Hipnoza jest zawsze ostatnią deską ratunku. Po niej nie zostaje już nic innego. Patrzę na zegarek na desce rozdzielczej samochodu. Jest punkt trzecia po południu. Właśnie powinnam wejść do środka. Ale wewnątrz renault clio jest ciepło, a na zewnątrz panuje mróz. Nie pada śnieg, nawet taki, który nie osiada. Mimo to z coraz większą satysfakcją w głosie nasza lokalna pogodynka codziennie przepowiada opady. Cała Culver Valley znalazła się w uścisku typowej angielskiej pogody - napędzanej zarówno przez niskie temperatury, jak i przez Schadenfreude - znanej jako „Nie myśl, że śnieg nie spadnie tylko dlatego, że jeszcze nie spadł”. Gdy doliczę do trzech, mówię w duchu swoim najlepszym głosem hipnotyzerki, wysiądziesz z auta, wejdziesz do domu po drugiej stronie drogi i przez godzinę będziesz udawała, że jesteś w transie. Następnie wypiszesz czek na siedemdziesiąt funtów mieszkającej tam oszustce. Będzie świetnie. Z kieszeni kurtki wyciągam zapisany na kartce adres Ginny. Sprawdzam go, po czym chowam świstek z powrotem. Gram na zwłokę, bo wiem, że jestem we właściwym miejscu. Albo w niewłaściwym. No to zaczynamy. Idąc w stronę domu, zauważam, że zaparkowany na podjeździe samochód nie jest pusty. Siedzi w nim kobieta w czarnej kurtce z futrzanym kołnierzem, z szyją owiniętą czerwonym szalikiem i ustami pomalowanymi czerwoną szminką. Na kolanach trzyma otwarty notes, a w dłoni długopis. Pali papierosa przy otwartym oknie, mimo niskiej

temperatury Nie ma rękawiczek, a jej zziębnięte dłonie pokryte są plamami. Palenie i pisanie są dla niej najwyraźniej dużo ważniejsze niż wygoda, myślę, kiedy widzę wełniane rękawiczki leżące obok paczki marlboro light na fotelu pasażera. Kobieta podnosi wzrok, uśmiecha się do mnie i mówi cześć. Stwierdzam, że to nie może być Ginny Saxon, która na stronie internetowej wspomina o paleniu jako o jednym z nałogów, z którego leczy klientów. Siedzenie w aucie przed domem z papierosem w ustach byłoby dziwną formą pomocy, chyba że mam do czynienia ze starannie przemyślanym, podwójnym blefem. W końcu dostrzegam coś, czego nie mogłam zauważyć, stojąc przy drodze: niewielki, wolno stojący, drewniany budynek na tyłach ogrodu, a na nim szyld z napisem „Klinika Hipnoterapii Great Holling - Ginny Saxon”. - Właśnie tam się to odbywa - mówi palaczka z wyraźną goryczą w głosie. - W szopie. Napełnia zaufaniem, co? - Szopa jest ładniejsza niż dom - odpowiadam, bez trudu przybierając ton złośliwej dziewczynki z ostatniego rzędu w szkolnym autobusie. Mam nadzieję, że Ginny Saxon nie wyrośnie mi zza pleców i nie przyłapie mnie na krytykowaniu jej domu. Dlaczego tak się przypochlebiam tej naburmuszonej nieznajomej? - Przynajmniej nie ma plastikowych okien - dodaję, w pełni zdając sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie się zachowuję, choć nie umiem temu zaradzić. Kobieta się uśmiecha, po czym odwraca wzrok, jakby postanowiła, że jednak nie warto ze mną rozmawiać. Patrzy na notes. Wiem, co teraz czuje. Byłoby lepiej, gdybyśmy obie udawały, że się nie widzimy. Możemy się popisywać sarkazmem, ale prawda jest taka, że jesteśmy tutaj, bo nie umiemy same poradzić sobie z problemami i dobrze o tym wiemy. Każda z nas wie to o sobie i o tej drugiej. - Ma godzinne opóźnienie. Ja byłam umówiona na drugą. Staram się zrobić obojętną minę. Nie wiem, czy mi się udaje. To znaczy, że Ginny Saxon będzie mogła mnie przyjąć dopiero oczwartej, tymczasem dziesięć po będę musiała stąd wyjść, żeby odebrać Dinah i Nonie z autobusu szkolnego. - Nie przejmuj się. Możesz wejść przede mną - proponuje moja nowa znajoma, wyrzucając niedopałek przez okno. Gdyby była z nami Dinah, powiedziałaby: „Natychmiast to podnieś i zanieś do kosza”. Nie przyszłoby jej do głowy, że jako ośmiolatka nie powinna wydawać poleceń obcej osobie pięć razy starszej od niej. W myślach obiecuję sobie, że podniosę niedopałek i wyrzucę go do kosza, o ile uda mi się to zrobić poza oczami nieznajomej. W przeciwnym razie mogłaby to uznać za krytykę.

- Naprawdę? Tobie się nie śpieszy? - pytam. - Nie proponowałabym - odpowiada już wyraźnie weselszym tonem. Bo się jej upiekło? - Albo wrócę tu na czwartą, albo... - wzrusza ramionami - albo wcale. Zamyka okno samochodu i zaczyna wyjeżdżać z podjazdu, machając do mnie, tak że odnoszę wrażenie, jakbym właśnie została w coś wrobiona. W jej geście jest odrobina nonszalancji i wyniosłość, coś jakby: „Radź sobie sama, frajerko”. - Wejdź do środka, bo zamarzniesz - mówi głos za moimi plecami. Odwracam się i widzę pulchną kobietę o krągłej, ładnej twarzy i z blond włosami zgarniętymi w kucyk tak luźny i niedbały, że większość włosów się rozsypała. Ma na sobie sztruksową spódnicę w kolorze oliwkowym, czarne buty do kostek, czarne rajstopy i kremowy półgolf, mocno opięty, który uwydatnia nadwagę. Zgaduję, że ma jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Bliżej czterdziestu. Idę za nią do drewnianego budynku, który ewidentnie nie jest i nigdy nie był szopą. Drewno, na zewnątrz i w środku, jest zbyt nowe. Nie widzę ani śladu po brudnej kielni czy wysmarowanej olejem kosiarce. Jedna ze ścian pokryta jest od podłogi po sufit rysunkami roślin, a w trzech rogach pomieszczenia stoją kształtne wazy wypełnione świeżymi kwiatami. Większość powierzchni podłogi zajmuje biały dywan z szeroką niebieską bordiurą. Przy jednej z jego krawędzi stoi obrotowy fotel z rdzawoczerwonej skóry i podnóżek do kompletu. Naprzeciwko widzę wysłużoną brązową kanapę i stolik ze stertą książek i czasopism o hipnoterapii. Irytuje mnie ten ostatni detal. Tak samo denerwują mnie wyłożone w salonie fryzjerskim pisma branżowe. Symbolika jest rażąca i zalatuje desperacją, by za wszelką cenę zakomunikować zawodowy przekaz. W takich sytuacjach zawsze myślę: Wiem, czym się zajmujesz. Dlatego tu przyszłam. Czy faktycznie muszę się zagłębiać w wyłącznie włochate myśli w oczekiwaniu, aż pryszczaty nastolatek wetknie mi głowę w umywalkę i poleje ją wrzątkiem? A jeśli ja chcę poczytać o notowaniach giełdowych albo balecie nowoczesnym? Wprawdzie żadna z tych rzeczy mnie nie interesuje, ale argument ma sens. Hipnoterapia jest nieco ciekawsza od rozdwojonych końcówek, choć muszę przyznać, że moje kwartalne wizyty w Salonie 32 pozostawiają mnie przynajmniej z odczuciem, że zapłaciłam za rzeczywistą usługę. - Możesz sobie przejrzeć książki i czasopisma - proponuje Ginny Saxon z entuzjazmem, który niespecjalnie pasuje do okazji. Wymawia słowa z akcentem, który nazywam „medialnym” - nie przynależy do żadnego regionu, nie mówi mi nic o jej pochodzeniu. Zakładam jednak, że nie jest z Culver

Valley. - Możesz pożyczyć, ile chcesz, pod warunkiem, że zwrócisz. Albo nie szczędzi wysiłku, by podbudować swój wizerunek, albo faktycznie jest miłą osobą. Mam nadzieję, że jest sympatyczna - dostatecznie sympatyczna, by mi pomóc, pomimo że ja miła nie jestem. Udawanie lepszej, niż jestem, drenuje mnie z sił. Nieustannie wysilam się, by moje zachowanie nie odzwierciedlało stanu ducha. Ginny podaje mi czasopismo „Hipnoterapia”. Nie mogę go nie wziąć. Otwiera się w środku, na artykule zatytułowanym Co z warunkowaniem zapachowym w hipnoterapii? Czego się spodziewałam? Zajmującego całą stronę zdjęcia zegarka na łańcuszku? - Usiądź. - Ginny wskazuje na obrotowy fotel i podnóżek. - Przykro mi, że czekałaś godzinę. - Nie czekałam - odpowiadam. - Jestem Amber Hewerdine. Byłam umówiona na trzecią. Tamta kobieta powiedziała, że mogę wejść na jej miejsce i że wróci później. Ginny kwituje to uśmiechem. - A potem powiedziała? Boże, mam nadzieję, że nie słyszała całej naszej rozmowy. Jak grube są te ściany? Jak donośny mam głos? - Nic nie słyszałam, nie przejmuj się. Domyślam się, że mówiła więcej, niż mi relacjonujesz. „Nie przejmuj się”? Co to ma znaczyć, do cholery? Wczoraj zapytałam Lukea, czy według niego hipnoterapii uczą się ludzie lubiący grzebać w cudzych myślach, na co on tylko się zaśmiał: „Niech Bóg ma w swojej opiece tego, kto spróbuje się grzebać w twoich”. Nie zdawał sobie sprawy, jak bliski był prawdy. - Powiedziała: „Przyjadę o czwartej albo wcale” - powtarzam Ginny. - I zrobiło ci się głupio, że zostałaś, co? Nie martw się. To idiotka. Nie sądzę, że wróci. Tydzień temu też stchórzyła. Zarezerwowała wstępną konsultację i nie przyjechała. Bez uprzedzenia, więc zażądałam pełnej opłaty. Czy powinna mi to wszystko mówić? Wydaje mi się to nieprofesjonalne. O mnie też opowie następnemu klientowi? - No to powiedz mi, co cię do mnie sprowadza. Ginny rozpina suwaki butów, zrzuca je ze stóp i zwija się w kłębek na skórzanej kanapie. To ma niby wywołać większy komfort we mnie? Jeśli tak, to bez skutku. Wkurza mnie to. Dopiero co ją poznałam. Myślałam, że będę miała do czynienia z profesjonalistką. W

co się ubierze na drugą wizytę? W halkę i majteczki? Nieważne. Nie będzie drugiej wizyty. - Cierpię na bezsenność - mówię. - Taką z prawdziwego zdarzenia. - Co każe mi zapytać: na czym polega bezsenność z nieprawdziwego zdarzenia? - Na tym, że człowiekowi trudno jest zasnąć, ale jak już mu się to uda, to śpi bite osiem godzin. Albo zasypia momentalnie, ale wcześnie się budzi. O czwartej zamiast o siódmej. Wszyscy, którzy twierdzą, że nie śpią dobrze, a okazuje się, że budzą się cztery razy w nocy, żeby pójść do toalety... To nie są problemy ze snem, ale z pęcherzem. - Ludzie, którzy używają słowa „bezsenność” na określenie płytkiego snu? - sugeruje Ginny. - Tacy, których budzi każdy szelest? Albo ci, którzy zasną tylko przy włączonym radiu albo z zatyczkami w uszach? Przytakuję, starając się nie dać po sobie znać, jakie wrażenie robi na mnie fakt, iż moja rozmówczyni zna wszystkich ludzi, których nienawidzę. - Ci są najbardziej wkurzający. Jak ktoś mówi: „Mogę zasnąć tylko pod warunkiem, że...”, po czym wymienia stosowne okoliczności, to znaczy, że nie cierpi na bezsenność. Tacy ludzie wykonują niezbędną czynność i zasypiają. - Nienawidzisz dobrze śpiących? - pyta Ginny. - Jeśli przyznają to otwarcie, to nie. - Może jestem zbyt wyczerpana, by być miła, ale wierzę, że nie przestałam myśleć racjonalnie. - Przeszkadzają mi ludzie, którzy udają, że mają problem, choć nic im nie dolega. - Czyli nie irytowałaby cię osoba, która powiedziałaby: „Śpię jak suseł, nic nie jest w stanie mnie obudzić”? Czyżby próbowała przyłapać mnie na niekonsekwencji? Korci mnie, żeby skłamać, ale po co? Ta kobieta nie musi mnie lubić. Jej obowiązkiem jest udzielenie mi pomocy, bez względu na osobistą sympatię. Za to jej płacę. - Irytowałaby. Nie cierpię nadmiernego zadowolenia z siebie. - A jeśli to prawda? Jeśli ktoś faktycznie śpi jak suseł, to co powinien powiedzieć? Jeszcze jedna wzmianka o susłach i wychodzę. - Są różne sposoby zakomunikowania komuś, że się dobrze śpi - mówię i jestem już niebezpiecznie bliska łez. - Można powiedzieć: „Nie, nie wiem, co to kłopoty z zasypianiem”, i natychmiast przyznać się do innych problemów. Każdy ma jakieś problemy, prawda? - Oczywiście - przyznaje Ginny, choć sama wygląda na osobę, która nigdy w życiu niczym się nie przejęła. Patrzę przez dwa duże okna za kanapą, na której siedzi. Jej ogród jest długim, wąskim

pasem zieleni. Na końcu widać niewielki brązowy kawałek drewnianego płotu, a za nim rozciągają się pola, bardziej zielone i obiecujące od tych, które widziałam po drugiej stronie drogi. Gdybym tu mieszkała, bałabym się, że jakiś deweloper wykupi ziemię i postawi na niej tyle domów, ile tylko się da. - Opowiedz mi o swoich problemach ze snem - prosi Ginny. - Po takim wprowadzeniu spodziewam się prawdziwego horroru. Pod poręczą fotela jest wajcha, jeśli chcesz się położyć. Nie chcę, ale i tak to robię, kładąc stopy na podnóżku. Leżę prawie całkiem poziomo. Będzie mi łatwiej mówić, nie widząc jej twarzy. Jakbym rozmawiała z czyimś nagranym głosem. - Czyli co? Jesteś mistrzynią świata w bezsenności? Czy ona się ze mnie śmieje? Ewidentnie nie zostałam jeszcze wprowadzona w trans. Kiedy wreszcie zacznie? Została niecała godzina. - Nie - odpowiadam. - Mam lepiej niż ludzie, którzy w ogóle nie śpią. W nocy udaje mi się zasypiać na piętnaście, dwadzieścia minut, co jakiś czas. I zawsze wieczorami, przed telewizorem. To mój najgłębszy sen, zazwyczaj między ósmą trzydzieści a dziewiątą trzydzieści. Przy odrobinie szczęścia zasypiam wtedy na całą godzinę. - Od kompletnego braku snu ludzie by umierali - informuje mnie Ginny. Trochę mnie to zbija z tropu, aż w końcu zdaję sobie sprawę, że chodzi jej o ludzi, o których wspomniałam przed chwilą - tych cierpiących bardziej niż ja. - No i umierają - stwierdzam. - Chorzy na FFI. Czuję, że Ginny czeka, aż wyjaśnię. - Śmiertelna bezsenność rodzinna. To schorzenie dziedziczne. Niezbyt przyjemna choroba. Totalna bezsenność, ataki paniki, fobie, halucynacje, demencja, a w końcu śmierć. - Mów dalej. To jakaś idiotka? - To wszystko. Śmierć jest ostatnim etapem. Po niej już nie za wiele czują. Co byłoby ulgą, gdyby tylko żyli i mogli jej zaznać. Dlaczego się nie śmieje? Postanawiam zwiększyć dawkę czarnego humoru. - Oczywiście dla niektórych FFI ma tę zaletę, że wszyscy członkowie rodziny też w końcu giną. Czekam na reakcję. Jeden krótki chichot by mnie zadowolił i zwiększył zaufanie do Ginny Czy jest na tyle pewna siebie i swoich kompetencji, by uznać mój dowcip za dowcip? Tylko całkowicie bezradna terapeutka potępiłaby pacjentkę za tak oczywisty brak powagi już

przy pierwszej wizycie. - Życzysz swojej rodzinie śmierci? Rozczarowanie, którego się spodziewałam. - Nie. Nie to chciałam powiedzieć. - Zawsze miałaś problemy ze snem? Nie podoba mi się to, jak szybko i płynnie zmieniła temat. - Nie. - Więc od kiedy? - Od półtora roku. Mogłabym podać dokładną datę. - Wiesz, dlaczego się zaczęły? Czemu nie możesz spać? - Przez stres. W pracy i w domu. Udzieliłam jej najogólniejszej odpowiedzi. Mam nadzieję, że nie zapyta mnie o szczegóły. - A gdyby wróżka zamachała czarodziejską różdżką i wyeliminowała źródła tego stresu, to jak myślisz, co by się stało z twoim snem? Czyżby podchwytliwe pytanie? - Wróciłby do normy - mówię. - Zawsze dobrze spałam. - To wspaniale. Przyczyny twojej bezsenności mają charakter zewnętrzny. Nie jest tak, że ty, Amber Hewerdine, nie możesz spać ze względu na coś w twojej psychice. Nie śpisz dlatego, że coś w twojej obecnej sytuacji życiowej wywiera na ciebie nieznośną presję. Każdy w takich okolicznościach miałby problem, prawda? - Tak myślę. - To dużo lepsze. Jak już cierpieć na bezsenność, to właśnie na taką. Słyszę w jej głosie szeroki uśmiech. Jak to możliwe? - Wszystko z tobą w porządku. Twoje reakcje są prawidłowe i zupełnie zrozumiałe. Czy jesteś w stanie zmienić sytuację tak, by wyeliminować źródła stresu? - Nie. Nie chcę być niepoważna, ale nie sądzisz, że przyszło mi to już do głowy? Wszystkie te noce, kiedy leżałam, nie śpiąc, roztrząsając każdy problem... - Nie daj się ponieść emocjom. Podejdź do tego jak do spotkania biznesowego. Jesteś niezadowoloną klientką. - Nie jestem w stanie wyeliminować ze swojego życia źródeł stresu. One są moim życiem. Myślałam, że dzięki hipnoterapii będę mogła... Nie potrafię powiedzieć tego, co zamierzałam. Zabrzmiałoby to zbyt idiotycznie. - Liczysz na to, że uda mi się oszukać twój mózg - podsumowuje moje słowa Ginny. -

Ty wiesz i on wie, że są powody do niepokoju, ale masz nadzieję, że w wyniku hipnozy da się mu wmówić, iż wszystko jest w porządku. Teraz już na pewno się ze mnie naśmiewa. - Skoro sądzisz, że to takie niedorzeczne, to czemu wybrałaś właśnie ten zawód? - pytam szorstkim tonem. Ginny mówi coś, co brzmi jak: „Spróbujmy potrząsnąć drzewem”. - Co takiego? Musiałam to powiedzieć z prawdziwym strachem w głosie, bo Ginny mnie uspokaja: - Zaufaj mi, to tylko ćwiczenie. Będzie musiała się zadowolić wymuszoną zgodą. Zaufanie jest zbyt cennym towarem, by żądać go od obcej osoby. - Radzę ci zamknąć oczy. Tak będzie łatwiej. Wątpię. - Pewnie ucieszy cię wiadomość, że prawie w ogóle nie będziesz musiała się odzywać. Większość czasu zajmie ci słuchanie i uwalnianie wspomnień. To brzmi jak coś łatwego, choć słowa „prawie w ogóle” sugerują, że jednak coś będę musiała powiedzieć. Co takiego? Chciałabym się przygotować. Gdy Ginny znów się odzywa, nieomal wybucham śmiechem. Wypowiada słowa wolniej, jej głos jest głębszy, jak w transie. Podobny do prześmiewczego głosu hipnotyzera, który naśladowałam wcześniej w myślach: „Zapadasz w głęboki, głęboki sen”. Ginny nie wypowiada dokładnie tych słów, ale podobne. - Skup się na oddechu - zaczyna. - I na samiutkim czubku głowy. Pozwól... by się... całkiem się odpręż. Dlaczego to robi? Na pewno wie, że brzmi jak postać z komedii. Czy nie lepiej by było, gdyby mówiła normalnym głosem? - A teraz czoło... rozluźnij je. Idź w dół do nosa... Oddychaj powoli i głęboko, spokojnie i cicho, pozwól, by twój nos się rozluźnił. Teraz usta, wargi... Rozluźnij je. A co z tym miejscem między nosem a ustami, jakkolwiek się nazywa? Co, jeśli jest spięte jak skała? Ginny o nim zapomniała. Beznadzieja. Nie nadaję się do hipnozy Wiedziałam, że tak będzie. Tymczasem Ginny dotarła do moich ramion. - Poczuj, jak opadają i się relaksują. Całe napięcie z nich spływa. Oddychasz powoli i głęboko, spokojnie i cicho, opuszcza cię cały stres i napięcie. Teraz klatka piersiowa i płuca, rozluźnij je. Nie istnieje odczucie zahipnotyzowania, jest tylko całkowite uspokojenie i

odprężenie. Serio? To za co ja płacę siedemdziesiąt funtów? Jeśli mam się jedynie zrelaksować, to mogę się tym zająć u siebie w domu. Nie, poprawiam się w duchu. Nie mogę. - Całkowity spokój... i całkowite odprężenie. Schodzisz w dół, do brzucha... Rozluźnij go. Przegroda. Nie, to ścianka między nozdrzami. Kiedyś wiedziałam, jak się nazywa miejsce między nosem a górną wargą. Z wiekiem coraz bardziej przypomina jedenastkę. Ale to samo można powiedzieć o... Rynienka, tak to się nazywa. Razem ze słowem w moim umyśle pojawia się bardzo wyraźny obraz Luke a ogłaszającego je triumfalnym tonem. Pubowy kwiz. Ten rodzaj pytania, na które on zawsze zna odpowiedź, a w którym ja jestem do luftu. Zmuszam się do skupienia na monotonnym głosie Ginny. Czy dotarła już do moich stóp? Nie słuchałam uważnie. Oszczędziłaby czas, zbierając wszystkie części razem i każąc mi odprężyć całe ciało. Staram się oddychać regularnie i trzymać zniecierpliwienie na dystans. - Niektórzy ludzie doświadczają niesamowitej lekkości, jakby mieli odlecieć - mówi Ginny - Inni czują ciężkość w kończynach iwydaje im się, że nie mogą się ruszyć. Wypowiada słowa jak spikerka radiowa, udając „lekkość” i „ciężkość”. Czyżby nigdy nie eksperymentowała z bardziej kamienną intonacją? Często się nad tym zastanawiam, kiedy myślę o radiowcach: dlaczego nikt im nie uświadomi, że sztuczne tony nie pomagają w odbiorze? - Jeszcze inni czują mrowienie w palcach. Ale wszyscy zaznają cudownego spokoju i są przyjemnie odprężeni. Mrowienie w moich palcach jest całkiem intensywne. Zaczęło się, jeszcze zanim o nim wspomniała. Czy to znaczy, że jestem zahipnotyzowana? Nie czuję odprężenia, ale przyznam, że jestem bardziej świadoma brzęczących w moim umyśle nerwic, silniej na nich skupiona. Jakby zamknięto nas razem w zaciemnionym pudle, które odpłynęło od reszty świata. Czy to coś dobrego? Wątpię. - A teraz, nadal oddychając powoli i głęboko, spokojnie i cicho, wyobraź sobie najpiękniejsze schody na świecie. Niby co? Zwaliła to na mnie bez najmniejszego ostrzeżenia. Mój umysł przepełnia tuzin tłoczących się obrazów z cudownymi schodami. Kręte z ornamentami z kutego żelaza? Czy może te otwarte, które wyglądają, jakby zawisły w powietrzu, ze szklaną lub stalową

balustradą, o przyjemnych, nowoczesnych liniach? Chociaż nie. Te są pozbawione duszy, przywodzą na myśl hol w biurowcu. - Twoje doskonałe schody mają dziesięć stopni - ciągnie Ginny. - Teraz zejdziemy razem po tych schodach, krok po kroku. Zaraz, chwila. Nie jestem gotowa. Nie wybrałam jeszcze swoich wymarzonych schodów. Najbezpieczniej byłoby postawić na tradycję: ciemne drewno, chodnik. Widzę coś pasiastego... - Chcę, byś podczas schodzenia wyobrażała sobie zanurzanie się w oceanie spokoju, całkowite odprężenie. Robisz pierwszy krok w dół, spokój i odprężenie. Kolejny stopień, następny krok ku odprężeniu... Jak to możliwe, by iść tak szybko, a jednocześnie mówić tak sennym głosem? A może kamień? To też tradycyjny materiał, w dodatku masywniej szy od drewna, choć nieco za zimny. Chociaż z chodnikiem... Ginny jest kilka kroków przede mną, ale nie przejmuję się tym. Zamierzam na spokojnie zaprojektować sobie wymarzone schody. Jeśli na tym kluczowym etapie pójdę na skróty, to później będę tego żałować. Potem zeskoczę na sam dół jednym susem. Najważniejsze, bym dotarła do celu razem z Ginny - co za różnica, jak to zrobię? - A teraz stawiasz ostatni krok i docierasz do miejsca absolutnego odprężenia, pełnego spokoju. Jesteś zupełnie zrelaksowana. Wróć myślami do czasu, gdy byłaś dziewczynką i dopiero poznawałaś świat. Chcę, żebyś przypomniała sobie chwilę, w której odczuwałaś radość. Tak intensywną, że bliska byłaś eksplodowania. To mnie zbija z tropu. Co się stało ze schodami? Miały mnie tylko doprowadzić do „miejsca absolutnego odprężenia”? Przegapiłam też okazję do wydobycia radosnego wspomnienia. Ginny ruszyła już dalej i teraz rozkazuje mi - o ile żądanie przedstawione tak sennym tonem można nazwać rozkazem - bym przypomniała sobie coś bardzo smutnego, co złamało mi serce. Smutek, smutek, powtarzam w duchu, martwiąc się, że zostałam w tyle. Ginny znowu idzie do przodu, tym razem pyta o gniew - żarliwą, palącą złość - mnie nic nie przychodzi do głowy. Za chwilę przegapię trzeci etap. Lepiej się poddać. Kiedy Ginny przechodzi od strachu („twoje serce wali jak młot, a ziemia u§uwa ci się spod nóg”) do samotności („niczym lodowata próżnia dookoła i wewnątrz ciebie, oddzielająca cię od wszystkich ludzi”), zastanawiam się, ile razy recytowała tę gadkę. Jej opisy są mocne, może nawet nieco przesadzone. Moje dzieciństwo nie było jakoś wyjątkowo dramatyczne. Nie było w nim nic (w każdym razie nie pamiętam), co pasowałoby do ekstremalnych stanów emocjonalnych, które próbuje przywołać. Byłam szczęśliwym

dzieckiem, czułam się kochana i bezpieczna. Załamałam się, gdy moi rodzice umarli w ciągu dwóch lat, ale miałam wtedy już dwadzieścia kilka lat. Może powinnam spytać Ginny, czy wspomnienia z wczesnej dorosłości mogą zastąpić te z dzieciństwa. Prosiła mnie, bym wróciła myślami do czasu, gdy byłam dziewczynką, ale chyba niedawne wspomnienie będzie lepsze niż żadne. 24 Ginny jest kilka kroków przede mną, ale nie przejmuję się tym. Zamierzam na spokojnie zaprojektować sobie wymarzone schody. Jeśli na tym kluczowym etapie pójdę na skróty, to później będę tego żałować. Potem zeskoczę na sam dół jednym susem. Najważniejsze, bym dotarła do celu razem z Ginny - co za różnica, jak to zrobię? - A teraz stawiasz ostatni krok i docierasz do miejsca absolutnego odprężenia, pełnego spokoju. Jesteś zupełnie zrelaksowana. Wróć myślami do czasu, gdy byłaś dziewczynką i dopiero poznawałaś świat. Chcę, żebyś przypomniała sobie chwilę, w której odczuwałaś radość. Tak intensywną, że bliska byłaś eksplodowania. To mnie zbija z tropu. Co się stało ze schodami? Miały mnie tylko doprowadzić do „miejsca absolutnego odprężenia”? Przegapiłam też okazję do wydobycia radosnego wspomnienia. Ginny ruszyła już dalej i teraz rozkazuje mi - o ile żądanie przedstawione tak sennym tonem można nazwać rozkazem - bym przypomniała sobie coś bardzo smutnego, co złamało mi serce. Smutek, smutek, powtarzam w duchu, martwiąc się, że zostałam w tyle. Ginny znowu idzie do przodu, tym razem pyta o gniew - żarliwą, palącą złość - mnie nic nie przychodzi do głowy. Za chwilę przegapię trzeci etap. Lepiej się poddać. Kiedy Ginny przechodzi od strachu („twoje serce wali jak młot, a ziemia usuwa ci się spod nóg”) do samotności („niczym lodowata próżnia dookoła i wewnątrz ciebie, oddzielająca cię od wszystkich ludzi”), zastanawiam się, ile razy recytowała tę gadkę. Jej opisy są mocne, może nawet nieco przesadzone. Moje dzieciństwo nie było jakoś wyjątkowo dramatyczne. Nie było w nim nic (w każdym razie nie pamiętam), co pasowałoby do ekstremalnych stanów emocjonalnych, które próbuje przywołać. Byłam szczęśliwym dzieckiem, czułam się kochana i bezpieczna. Załamałam się, gdy moi rodzice umarli w ciągu dwóch lat, ale miałam wtedy już dwadzieścia kilka lat. Może powinnam spytać Ginny, czy wspomnienia z wczesnej dorosłości mogą zastąpić te z dzieciństwa. Prosiła mnie, bym wróciła myślami do czasu, gdy byłam dziewczynką, ale chyba niedawne wspomnienie będzie lepsze niż żadne. - A teraz wyobraź sobie, że toniesz. Gdziekolwiek spojrzysz, widzisz wodę, która dotyka każdej części twojego ciała. Wlewa ci się do nosa i do ust. Nie możesz oddychać.

Jakie wspomnienie kojarzy ci się z tym stanem? Przychodzi ci coś na myśl? Owszem, moja rynienka podnosowa się zamoczy Przykro mi, ale nic więcej. Co Ginny chce przez to osiągnąć? Przestałam myśleć o uczuciach, a zaczęłam przypominać sobie filmy katastroficzne o łodziach podwodnych. Gdy każe mi wyobrazić sobie siebie w płonącym domu, otoczoną przez ogień, robi mi się niedobrze. Ta sesja ma tak niewiele wspólnego z odprężeniem, że modlę się o to, by na końcu Ginny dała mi do wypełnienia formularz, w którym będę mogła złożyć oficjalne zażalenie. Nie chcę tego ciągnąć. - Świetnie - mówi Ginny. - Świetnie ci idzie. Słyszę w jej głosie ostrzejszy ton i wiem, że nadeszła ta chwila: czas na udział widowni. - Teraz pozwól, żeby twój umysł przywołał jakieś wspomnienie, iopowiedz mi o nim. Dowolne wspomnienie z dowolnego okresu twojego życia. Nie analizuj go, nie musi być istotne. Co teraz sobie przypominasz? Sharon. Tego nie mogę powiedzieć. O ile dobrze zrozumiałam, Ginny chce teraz czegoś nowego, a nie resztek z poprzedniego ćwiczenia. - Nie staraj się wybrać czegoś dobrego - odzywa się normalnym głosem. - Każde wspomnienie będzie dobre. No tak. Miło wiedzieć, jakie to wszystko nieistotne. Tylko nie Sharon i jej płonący dom. Chyba że chcesz stąd wyjść kompletnie roztrzęsiona. W takim razie Mały Sad. Historia moich znikających krewnych. Żadnej śmierci, żadnej tragedii. Tylko wiecznie nierozwiązana zagadka. Otwieram usta, ale przypominam sobie, że Ginny prosiła, bym nie dokonywała selekcji. Mały Sad jest zbyt pretensjonalny, na siłę zwraca na siebie uwagę. Pani terapeutka nie uwierzy, że po prostu mi się przypomniał, i będzie miała rację. Ta historia tkwi w mojej głowie nieustannie. Ciągle ją roztrząsam, nawet po tylu latach. Dzięki temu mam jakieś zajęcie, gdy nie mogę zasnąć w nocy, a kończy mi się lista rzeczy, którymi mogę się zamartwiać. - Co ci się przypomina? - pyta Ginny. - W tej chwili. Boże, to jakiś koszmar. Co powinnam powiedzieć? Cokolwiek, cokolwiek. - Dobrzy. Źli. Prawie źli. Co to znaczy? - Możesz powtórzyć? - słyszę.

To bardzo ciekawe. Co się przed chwilą stało? Ginny powiedziała coś dziwnego, więc dlaczego prosi, bym to powtórzyła? Nie uważałam. Moje myśli musiały na chwilę odpłynąć. W stronę Małego Sadu albo do Sharon... - Możesz powtórzyć te słowa? - Dobrzy. Źli. Prawie źli - mówię, bez pewności, czy tak właśnie to brzmiało. - Co to znaczy? Czyżby były magicznym zaklęciem, które ma pomóc w wydobyciu opornych wspomnień na powierzchnię? - Ty mi powiedz - domaga się Ginny. - A skąd mam wiedzieć? Przecież to ty powiedziałaś. - Nie ja. Ty. Zapada długa cisza. Dlaczego wciąż leżę z zamkniętymi oczami? Powinnam usiąść i zażądać, by ta obca osoba przestała mnie okłamywać. - Ty to powiedziałaś - rzucam gniewnie, wkurzona, że muszę ją przekonywać, choć na pewno wie o tym tak samo dobrze jak ja. - A potem kazałaś mi powtórzyć. - No dobrze, Amber, teraz policzę do pięciu i wybudzę cię z hipnozy. Gdy doliczę do pięciu, otworzysz oczy. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Dziwne jest znowu widzieć jej pokój. Pociągam za wajchę pod poręczą fotela i siadam z wyprostowanymi plecami. Ginny patrzy na mnie, ale się nie uśmiecha. Sprawia wrażenie zmartwionej. - Ja nic nie powiedziałam - upieram się. - To był twój głos. W pośpiesznej ucieczce wpadam na kobietę z czerwoną szminką na ustach. - Już uzdrowiona? - pyta. Jej widok jest dla mnie wstrząsem. Początkowo nie rozumiem dlaczego. Jak mogłam tak doszczętnie usunąć ją z pamięci? Powinnam była wiedzieć, że gdy otworzę drzwi, mogę ją tu zastać. Mój mózg nie pracuje na normalnych obrotach. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy efekt hipnozy. Jej notes. Zapomniałaś, że widziałaś, jak pisze coś w notesie. Co to było? Udaję, że nic się nie stało. To moja zwyczajowa reakcja, gdy coś mnie zaskakuje. Tym razem nic mi ona nie daje. Z jakiego powodu Ginny Saxon wmawia mi, że coś powiedziałam? Jeszcze wczoraj nawet mnie nie znała, więc jaką korzyść może jej dać opowiadanie kłamstw na mój temat? Dlaczego dopiero teraz przychodzi mi to do głowy? Powinnam się odezwać. Czerwona Szminka zadała mi pytanie. Czy już

wyzdrowiałam? W ciągu godziny jej gorycz przeobraziła się w dowcipną rezygnację: najwyraźniej nie wierzy, że Ginny jest w stanie nam pomóc, ale sądzi, że obydwie musimy brać udział w całej szopce. Patrzę na chmurę naszych oddechów i wyobrażam sobie, że tworzy barierę, która uniemożliwi nam wzajemne zrozumienie. Nie mogę wydobyć głosu. Dzień przechodzi już w noc. Pola wyglądają jak ciemny materiał rozciągnięty po drugiej stronie pustej drogi. Przywodzą mi na myśl magika, którego zatrudniliśmy na siódme urodziny Nonie, i czarną satynę pokrywającą jego stolik. Co się ze mną dzieje? Jak długo trwa ta cisza? Moje myśli poruszają się albo zbyt szybko, albo ospale. Nie umiem rozróżnić. Jej dłonie upstrzone cętkami od zimna, czarne, wełniane rękawiczki na fotelu pasażera, otwarty notes na kolanach, słowa zapisane na kartce... Opieram się przemożnej chęci wbiegnięcia z powrotem do drewnianego domku Ginny i błagania o łaskę. Przyjechałam tu po pomoc. Wciąż potrzebuję pomocy. Jak to możliwe, że oskarżyłam Ginny o kłamstwo, odmówiłam zapłaty i wybiegłam wściekła na dwór? Dobrzy, źli, prawie źli. - Godzinę temu umiałaś mówić, a teraz nie umiesz? - pyta Czerwona Szminka. - Co ona ci zrobiła? Mrugaj morseem - raz na tak, dwa razy na nie. Może zaprogramowała cię, byś zamordowała jej wrogów politycznych? Nie mogę o to spytać. Ale muszę. Za kilka sekund Ginny Saxon wezwie ją do środka. - Twój notes - mówię. - Ten, który miałaś w samochodzie. Pomyślisz, że zwariowałam, ale... Pisałaś w nim jakiś wiersz? Odpowiada mi śmiechem. - Nie. Nic aż tak ambitnego. A co? Skoro to nie był wiersz, to skąd te krótkie linijki? Dobrzy Źli Prawie źli - Jak się nazywa ten facet, który mrugając lewą powieką, podyktował treść całej książki? - pyta Czerwona Szminka, odwracając się za siebie, jakby stał tam ktoś, kto mógłby znać odpowiedź. Nie chce ze mną rozmawiać o tym, o co ją pytam. Niby dlaczego miałaby omawiać treść swojego osobistego notesu? - Dobrzy, źli, prawie źli. Te słowa pisałaś? Nie pytam o ich znaczenie... - Nie wiem, co znaczą - odpowiada, wyjmując z torebki marlboro light i srebrną

zapalniczkę. - Oprócz tego, co oczywiste. Dobrzy to dobrzy, źli to źli itd. - Czy mogłam widzieć te słowa w twoim notesie? A co ci daje prawo do zadania tego pytania? Czekam, aż zapali papierosa. Dwukrotnie głęboko się zaciąga, długo trzyma dym w płucach. Doskonała reklama nałogu, z którego rzekomo chce się wyleczyć. Choć może nie powinnam zakładać, że właśnie po to tu przyjechała. Niczego nie zakładaj. Zwłaszcza tego, że na pewno masz rację, a osoba, która próbuje ci pomóc, jest kłamcą. Dlaczego mam wrażenie, że specjalnie zwleka z odpowiedzią? - Nie, nie mogłaś widzieć ich w moim notesie - mówi w końcu. - Może gdzie indziej wpadły ci w oko. A skoro jesteśmy przy niedyskretnych pytaniach, to jak się nazywasz? - Amber. Amber Hewerdine. - Bauby - woła nagle. - Tak się nazywa ten mrugający pisarz. Widzę, że muszę ją przycisnąć. Nie mogę się powstrzymać. - Jesteś pewna? Może napisałaś je dawńo temu albo... Przerywam w porę, by nie posunąć się do zasugerowania, że może nie zdawać sobie sprawy z obecności tych słów w notesie, że mógł je napisać kto inny. To byłoby niedorzeczne. Nawet bardziej niż pomysł, że Ginny używa hipnozy, by programować umysły zabójców. Obecnie nie ufam swoim myślom. Wszystko, co do mnie dociera, muszę przesiać przez filtr normalności i wiarygodności. Nie pytaj jej, czy dżieli z kimś ten notes. Ludzie nie dzielą się notesami. Uważam, że najwięcej zyskam pełną szczerością. - Pamiętam, że je widziałam. Tak samo, jak pamiętasz, że mówiła je Ginny Saxon i kazała ci je powtórzyć? - Jak jakaś lista: „dobrzy” w jednej linijce, potem kilka linijek bez tekstu, „źli” w drugiej, a jeszcze niżej „prawie źli”. Czerwona Szminka kręci przecząco głową, a mnie się chce krzyczeć. Czy mogę oskarżyć dwie osoby o kłamstwo, czy to przesada? Nachodzi mnie myśl, z dużym opóźnieniem, że powinnam wytłumaczyć jej, czemu pytam. Może to ją zachęci do mówienia. - Nie chcę być wścibska - usprawiedliwiam się. - Owszem, chcesz. - Pierwszy raz poddałam się hipnozie. Dopóki nie wypowiedziałam tych słów, nie zdawałam sobie sprawy, jak dumie zabrzmią. Czerwona Szminka się wzdryga. Wspaniale. Udało mi się zawstydzić nas obie.

- Chcę tylko sprawdzić, czy moja pamięć działa sprawnie. - I ustaliłyśmy już, że nie działa - odpowiada. Dlaczego ta sytuacja nie przeraża jej bardziej niż mnie? Wiem, jak dziwnie się zachowuję. A przynajmniej wydaje mi się, że wiem. Jej rzeczowe odpowiedzi każą mi w to wątpić. Dobrzy Źli. Prawie źli. Widzę te słowa na papierze i nawet więcej: tak samo wyraźnie widzę siebie, jak patrzę i widzę je. Jestem częścią tego samego wspomnienia, co one. Należę do tej sceny Ona też i jej notes, jej papierosy. - Opisujesz papier w linię - mówi. Przytakuję. Jasnoniebieskie, poziome linie i różowa, pionowa kreska, która biegnie po lewej stronie kartki, wyznaczając margines. - Kartki w moim notesie są czyste. I to powinno zamknąć kwestię. Tymczasem ona patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby wiedziała, że kwestia pozostaje otwarta. Jeśli Ginny nie wypowiedziała tych słów i nie prosiła, bym je powtórzyła, jeśli nie zobaczyłam ich w notesie tej kobiety... Widziałam je. Wiem to na pewno. To, że myliłam się co do Ginny, nie oznacza, że teraz też nie mam racji. - Czy mogę rzucić okiem? - pytam. - Proszę. Niczego nie będę czytała. Chcę tylko... Chcesz tylko co? Przekonać wszystkich, że jesteś zbyt głupia i uparta, by uwierzyć komuś na słowo? Dlaczego nie przeszkadza mi moje skandaliczne zachowanie? Nie mogę tego dalej ciągnąć. Nie mam prawa. - Pokaż mi dowolną stronę i jeśli nie będzie na niej linii... - Nie ma. - Spogląda na zegarek, a potem w kierunku ogrodu. - Muszę już iść. Jestem spóźniona ponad dwie godziny na swoje spotkanie i sześćdziesiąt pięć minut na twoje. I nawet jeśli spóźniłam się nie z własnej winy... - Wzrusza ramionami. - Pewnie mi nie uwierzysz, ale wolałabym dalej rozmawiać z tobą. Kiedyś może pokażę ci swój notes. Może nawet niedługo. Ale jeszcze nie teraz. Wypowiadając te osobliwe słowa, patrzy na mnie wymownie. Czy ona mnie podrywa? Musi być jakiś powód, dla którego nie jest na mnie wściekła, choć ma do tego pełne prawo. „Może nawet niedługo”. Skąd myśl, że jeszcze się spotkamy? To bez sensu. Nie mogę jej o to spytać, bo już mnie minęła i idzie przez ogród na tyłach domu Ginny. Przyglądam się, jak stawia kroki, i zdaję sobie sprawę, że sama nie umiem się ruszyć. Nogi wrosły mi w ziemię. Może zaczekam, aż za godzinę stamtąd wyjdzie. Tyle tylko, że nie

mogę. Muszę wracać po dziewczynki. Jeśli nie odjadę teraz, spóźnię się. Mimo to wciąż stoję bez ruchu. Dopiero dźwięk pukania uzmysławia mi, że za kilka sekund Ginny otworzy drzwi drewnianej chatki. Nie może mnie tu zastać. Nie po tym, jak na nią nakrzyczałam. To jedyna rzecz, jakiej jestem teraz pewna: Ginny Saxon nie może mnie już nigdy zobaczyć. Wyślę do niej list z przeprosinami i czekiem na siedemdziesiąt funtów i poszukam innego hipnoterapeuty. Kogoś bliżej domu, w Rawndesley Kogoś, kto nie wie, że potrafię się zachować jak rozpuszczony dzieciak. Lukę będzie się śmiał i nazwie mnie tchórzem, i będzie miał rację. Na swoją obronę powiem tylko, że ze wszystkich tchórzy z pewnością najlepsi są ci, którzy płacą i przepraszają. Co ja gadam? Nigdy się nie odważę powiedzieć Luke owi, jak fatalnie się zachowałam. W ogóle nic mu nie mówisz. Odpycham od siebie tę myśl. Siedząc w lodowatym samochodzie, opieram głowę o kierownicę i jęczę. Ginny mogła się ze mną spierać, ale tego nie zrobiła. Nie domagała się zapłaty za sesję, ponieważ ewidentnie czułam się zawiedziona. Może wyślę jej czek na dwukrotność należnej kwoty. Chociaż nie, to będzie wyglądało na akt desperacji. Równie dobrze mogłabym zmienić testament i przepisać jej wszystko, co mam, pod warunkiem że przez resztę życia nie będzie mnie wspominała jako największej świni, jaką kiedykolwiek znała. Jest dziewięć po czwartej. Jeśli wyruszę teraz, powinnam zdążyć. Jeśli zostanę jeszcze dziesięć minut i pojadę na złamanie karku do Rawndesley, powinnam zdążyć. Zresztą nie będę potrzebowała dziesięciu minut, bo Czerwona Szminka na pewno zamknęła swoje auto, więc za trzydzieści sekund wsiądę z powrotem do swojego samochodu i udam się do domu. „Nie wiem, co znaczą”. Powiedziała to tak, jakby fakt, że nie rozumie tych słów, gnębił ją bardziej niż mnie. Nie była zainteresowana tym, czy ja je rozumiem. Więc czemu udawała, że nie pisała ich w notesie? Nie zastanawiając się nad tym, co robię, wysiadam z samochodu, przechodzę przez jezdnię i idę podjazdem przed domem Ginny. Dokładnie tak jak godzinę temu. Cieszę się, że jest ciemno. To dobrze, że radni w Culver Valley bardziej boją się lobby przeciwników zanieczyszczenia światłem niż ich przeciwników, którzy prowadzą niekończącą się kampanię na rzecz ustawienia latami przy każdej drodze, by emeryci i nastoletnie dziewczęta z daleka widzieli przyczajonych rabusiów i gwałcicieli. Z radością donoszę, że nigdzie w pobliżu nie ma bandytów. Tylko jedna wariatka w poszukiwaniu notesu. Nic się nie zdarzy, jeśli tylko Czerwona Szminka pamiętała ozamknięciu samochodu.

Uniemożliwi mi to popełnienie szalonego przestępstwa. Zastanawiam się, jakie prawo bym złamała. Pewnie coś o naruszeniu cudzej własności, chociaż co to za włamanie, jeśli nie zepsuję zamka? Bezprawne wdarcie się do auta? Pociągam za klamkę w drzwiach kierowcy. Otwierają się. Momentalnie czuję się jak kryminalistka. Mój urywany oddech zawisa w powietrzu niczym graffiti z pary. Stanowi widoczny dowód na to, że jestem w miejscu, w którym nie mam prawa być. Przecież otworzyłam tylko drzwi auta. Czy to takie naganne? Mogłabym je zamknął i odejść. I nigdy się nie dowiedzieć, czy widziałaś te słowa, czy nie. A jeśli ich tam nie ma? Czy znów pomyślę, że wypowiedziała je Ginny, że kazała mi je powtórzyć, a potem, z niewiadomego powodu się tego wyparła? Notes leży otwarty na fotelu pasażera, obok rękawiczek. Sięgam po niego trzęsącymi się rękami. Zaczynam wertować kartki, fest na nich dużo tekstu, ale rozpoznaję tylko niektóre słowa. Niebo jest zbyt ciemne, prawie tak czarne jak otaczające mnie pola. W aucie świeci się lampka. Włączyła się, gdy otworzyłam drzwi. Żeby z niej skorzystać, musiałabym... Nie myśl, po prostu to zrób. Serce wali mi jak młot. Siadam na fotelu kierowcy, drzwi zostawiam otwarte, nogi są za progiem. W ten sposób tylko część mojego ciała robi coś złego. Znów rozkładam notes. Z początku nie mogę się skupić, całą uwagę przykuwa rozszalałe bicie serca, które za chwilę wyskoczy mi z piersi. Już sobie wyobrażam, że zostanę znaleziona o piątej, martwa po ataku serca w samochodzie obcej osoby. Ale przynajmniej otrząsnęłam się już z hipnotycznego otępienia. Nic tak nie ożywia umysłu jak odrobina bezprawia. „Nie istnieje coś takiego jak stan hipnozy”. Tak powiedziała Ginny. Nie znam się na tym, ale obawiam się, że nie miała racji. Gdy w końcu się uspokajam na tyle, żeby móc się skupić, zauważam, że notes jest pełen listów. Jeśli można tak nazwać tekst do nikogo niezaadresowany i przez nikogo niepodpisany. Wydaje mi się, że nie można. Zgaduję, że te monologi nie powstały z myślą owysłaniu, lecz o poprawieniu nastroju autora. Każdy list liczy kilka stron, jest pełen złości i oskarżeń. Zaczynam czytać jeden z nich, ale przestaję, gdy po paru linijkach przeszywa mnie fala strachu. Co ja wyprawiam? Nie jestem tu po to, żeby zagłębiać się w gorycz nieznanej mi osoby. Muszę znaleźć to, czego szukam, i wysiąść. Po tej próbce werbalnego gniewu, jakim Czerwona Szminka potrafi uraczyć swoich wrogów, mam jeszcze mniejszą ochotę być przez nią przyłapana na przeczesywaniu jej rzeczy osobistych.