wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Sophie Hannah - Konstabl Simon Waterhouse 09 - Błąd w zeznaniach

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sophie Hannah - Konstabl Simon Waterhouse 09 - Błąd w zeznaniach.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Sophie Hannah
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 22 osób, 25 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 187 stron)

Carolyn Mays – genialnej redaktorce i wspaniałej przyjaciółce, która od dziewięciu lat wnosi swoje światło do mojej ciemności.

. PANOWIE SZUKAJĄ PAŃ IntimateLinks > uk > wszystkie ogłoszenia Odpowiedź: 22547652@indiv.intimatelinksUK.org Zamieszczono: 2013-07-04, 16:17 PM GMT Szukam kobiety z tajemnicą LOKALIZACJA: GDZIEKOLWIEK JESTEŚ Witam Drogie Panie! Czy rozglądacie się tutaj w nadziei, że znajdziecie kogoś, kto wyróżni się w zalewie krótkich ogłoszeń typu „zrób mi laskę w hotelowym pokoju”? Cóż, Wasze poszukiwania właśnie dobiegły końca. Ja jestem inny i chodzi mi o coś zupełnie innego. Nie pragnę ani jednorazowej przygody, bo tych swego czasu przeżyłem wiele, ani poważniejszego związku, bo w swoim jestem szczęśliwy. Prawdę mówiąc, nie chcę ani seksu, ani romansu. Czego zatem szukam na Intimate Links? Otóż, jak zapewne wiesz, jeśli nie brak Ci inteligencji (a kobieta, której szukam, jest bardzo inteligentna), intymność ma różne oblicza. Jest zdzieraniem z siebie ubrań i namiętnym seksem z tajemniczym nieznajomym, jest uprawianiem głębokiej i poważnej miłości z bratnią duszą... jest też ten rodzaj intymności, kiedy dwoje ludzi dzieli jedynie tajemnicę. Ważną tajemnicę, na której im zależy. Być może nigdy wcześniej się nie spotkali, a może znają się, chociaż nie za dobrze. Tak czy owak, wspólna świadomość połączy ich jedynie wtedy, jeśli strona, która dysponuje pewną informacją, podzieli się nią ze stroną, która jej potrzebuje. Wyobraź sobie ulgę, którą poczujesz, kiedy po agonii przedłużającego się milczenia, zżerana przez tajemnicę skrywaną przed światem, w końcu zrzucisz z siebie to brzemię... Jeśli to właśnie Ciebie szukam, rozpaczliwie pragniesz się komuś zwierzyć. Tu właśnie wkraczam ja. Twój powiernik, gotowy Cię wysłuchać. A czy Ty jesteś powiernicą tajemnicy, którą chcę komuś wyjawić? Przekonajmy się o tym, zadając pewne pytanie. Odpowiedź zna jedynie ta osoba, której szukam. Nikt poza nią nie zrozumie, o co chodzi. Proszę teraz o odrobinę cierpliwości. Zanim przejdę do samego pytania, muszę nakreślić scenariusz. Wyobraźcie sobie pokój w dużym wiktoriańskim domu: przestronną, wysoką sypialnię na parterze, służącą niegdyś za gabinet. Są tam wbudowane w ściany przepełnione regały, błękitno-brązowa szafa grająca o zaokrąglonych krawędziach – klasyczna i o wiele piękniejsza niż te, które widuje się w pubach, fotel, szafa na dokumenty, długie biurko z drewnianymi nogami i z blatem z zielonego szkła. Na nim, dokładnie pośrodku, stoi laptop, ani otwarty, ani zamknięty. Wieko jest uchylone pod kątem czterdziestu pięciu stopni, jakby ktoś nie docisnął, próbując je zamknąć bez większego przekonania. Laptop ze wszystkich stron otaczają tanie długopisy, kubki z kawą, puste i na wpół opróżnione, oraz porozrzucane kawałki papieru: odręczne notatki, pomysły zapisane na przyszłość. Blisko biurka stoi typowe krzesło biurowe, czarne, obrotowe, a na nim, z głową przechyloną w lewo, spoczywa trup. Za życia był powszechnie znany i – chociaż to może nie mieć żadnego znaczenia – niezwykle atrakcyjny, o urodzie kowboja z kilkudniowym zarostem. Zapewne większość z Was wiedziałaby, o kim mowa, gdybym wymienił tu jego nazwisko. Część zadrżałaby i powiedziała: „Och, znowu ten podły bigot!” albo bardziej żartobliwie: „Tylko nie ten żałosny pajac!”. Niektóre z Was pomyślałyby: „Och, uwielbiam go – mówi głośno to, czego ja bym się nigdy nie odważyła powiedzieć”. Widzicie, nasz truposz budzi (budził) bardzo silne emocje. Tak silne, że skończyły się dla niego śmiercią. Jak zginął? Cóż, to akurat ciekawe. Proces morderstwa obejmował kilka etapów. Najpierw nasz trup został unieruchomiony. Ręce ściągnięto mu za oparciem krzesła i skrępowano w nadgarstkach za pomocą taśmy. To samo zrobiono z jego kostkami, które przywiązano taśmą do podstawy obrotowego krzesła, pod siedzeniem. Następnie morderca stanął za nim i pozbawił go przytomności, uderzając ciężkim przedmiotem w głowę. Policja znalazła ów przedmiot na podłodze przy biurku: była to metalowa ostrzałka do noży kuchennych. Nie zabiła naszego słynnego przystojniaka (jak orzekł patolog, zbadawszy ciało), aczkolwiek z uwagi na ciężar mogłaby doskonale posłużyć za narzędzie pobicia ze skutkiem śmiertelnym. Wydaje się jednak, że morderca co prawda z radością ogłuszył naszego truposza ostrzałką, ale wcale nie zamierzał go nią zabijać. W pokoju znaleziono też nóż. Nieboszczyk nie został nim jednak pchnięty. Zamiast tego za pomocą taśmy pakowej przyklejono mu go do twarzy, a dokładnie do zaciśniętych warg tak, by całkowicie je zasłonił. Ponadto taśma – w sporych ilościach – całkowicie zasłaniała również dolną połowę twarzy zamordowanego, w tym nos, przez co doszło do uduszenia. Przymocowany płasko do warg nóż był ostry. Specjaliści w dziedzinie medycyny sądowej znaleźli dowody, że naostrzono go w tym samym pomieszczeniu. Śledczy podejrzewają, że stało się to już po tym, jak ofiara została skrępowana i ogłuszona. Na ścianie, nad kominkiem, między dwiema wnękami pełnymi książek, ktoś napisał dużymi, czerwonymi drukowanymi literami: „JEST NIE MNIEJ MARTWY”. Przypuszczam, że tuż po przybyciu na miejsce policjanci jedynie spojrzeli przelotnie na te słowa i wyciągnęli błędny wniosek: wypisano je krwią ofiary. Po kilku sekundach zapewne dostrzegli na podłodze puszkę i ubrudzony czerwoną farbą pędzel i na tej podstawie wysnuli już bardziej przemyślaną teorię, która później się potwierdziła: do napisania słów na ścianie użyto farby. Odcień Ruby Fountain 2 marki Dulux, jeżeli kogoś interesują szczegóły, a jeszcze ich nie zna. Śledczy zapewne sprawdzili laptop naszego nieboszczyka. Przyszło im to ze zdumiewającą łatwością, ponieważ morderca na czystej kartce papieru leżącej na biurku zanotował czerwoną farbą: „Riddy111111”. Tak brzmiało hasło słynnego faceta, które doprowadziło policję

prosto do folderu z odebranymi e-mailami. Tam znaleźli nową, nieprzeczytaną wiadomość od korespondenta podpisującego się Nie Mniej Martwy i posługującego się takim adresem e-mailowym. W wiadomości nie było żadnego tekstu, jedynie zdjęcie, na którym obok nieprzytomnej, aczkolwiek wciąż żywej ofiary stała postać ubrana w coś, co przypominało kombinezon ochronny rodem z hollywoodzkiego filmu o epidemii – jeden z tych zakrywających całe ciało razem z głową. Oczy mordercy zapewne byłyby widoczne, gdyby nie odwrócił się przezornie od aparatu; w rezultacie fotografia przedstawiała niemożliwą do zidentyfikowania osobę, która stała z jedną ręką wyciągniętą przed siebie (żeby zrobić zdjęcie), w drugiej zaś trzymała nóż wysoko nad piersią ogłuszonego mężczyzny, sugerując nieuchronny cios. Był to ten sam (bądź identyczny) nóż, który przyklejono do ust ofiary, doprowadzając, zamiast do wykrwawienia, do śmierci poprzez uduszenie. A teraz pora na obiecane pytanie, więc, Drogie Panie, skupcie się! (W zasadzie to pytania, liczba mnoga). Morderca zaplanował wszystko z wyprzedzeniem. Działał z pełną premedytacją. Przyniósł na miejsce zbrodni nóż, ostrzałkę, taśmę, czerwoną farbę, pędzel malarski i kombinezon ochronny. Najwyraźniej znał hasło dostępu do komputera zmarłego. Skąd? Nie znaleziono śladów włamania. Czy ofiara ją wpuściła? (Mówię „ją”, ponieważ przeczucie mi podpowiada, że to była kobieta. Ty?) Czy słynny mężczyzna powiedział do niej: „W takim razie śmiało. Przywiąż mnie do krzesła, ogłusz i zabij”? Mało prawdopodobne. Chyba że morderczyni udawała, że to swego rodzaju erotyczna gra, a może to tylko moje spekulacje. W końcu Intimate Links to doskonałe miejsce ku temu – internetowa stolica wszelkiego rodzaju seksualnych graczy. Najbardziej zagadkowe pytanie brzmi następująco: po co morderczyni zjawiła się w domu naszego truposza z nożem i ostrzałką, skoro nie chciała go nim pchnąć? Dlaczego naostrzyła nóż na miejscu zbrodni, jeśli zamierzała go jedynie przykleić płasko do ust ofiary? W tej sytuacji ostrze równie dobrze mogłoby być tępe. Albo... Trzymasz w dłoni świeżo naostrzony nóż, masz na sobie kombinezon chroniący odzież przed zabrudzeniem i przypadkiem planujesz zostawić na ścianie wiadomość, dlaczego więc nie miałabyś dźgnąć faceta i posłużyć się jego krwią zamiast czerwonej farby? Może dlatego, że chcesz go właśnie udusić? W takim razie czemu nie wybrałaś jakiegoś prostszego sposobu? Powiedzmy torby foliowej oklejonej taśmą wokół szyi, żeby była szczelna? Po co w ogóle ten nóż? Z jakiegoś powodu postanowiłaś zabić tego człowieka za pomocą noża, ale nie chciałaś go nim pchnąć. Dlaczego? A to wysłane e-mailem zdjęcie? Co takiego próbujesz przekazać? Coś w rodzaju: „Patrzcie, mogłam go bez trudu pchnąć, ale tego nie zrobiłam”? Zdaję sobie sprawę, że przeszedłem na ty, mówiąc o mordercy. Przepraszam. Nie oskarżam Cię o morderstwo. Prawdopodobnie nie zabiłaś słynnego mężczyzny. Może żałujesz, że nie żyje, albo jesteś kimś, kto go kocha bądź kochał – kochanką, bliską przyjaciółką. Tego nie potrafię powiedzieć. Wiem jedynie, że to czytasz i znasz odpowiedzi na pytania, które zadaję. I pragniesz się nimi z kimś podzielić. Jestem osobą, której możesz się zwierzyć. Bardzo ryzykuję, dzieląc się tak wieloma tajemnicami w nadziei na Twoją odpowiedź. Dlatego proszę, skontaktuj się ze mną. Obiecuję, że nie będę Cię osądzał. Cokolwiek zrobiłaś, miałaś swoje powody. Jestem gotów wysłuchać i zrozumieć. Czekam na Twoją odpowiedź. P (jak Powiernik) x • Lokalizacja: Gdziekolwiek jesteś • Ten użytkownik nie chce otrzymywać ofert o charakterze usługowym bądź komercyjnym Zamieszczono: 2013-07-04, 16:17 PM GMT

1 PONIEDZIAŁEK, 1 LIPCA 2013 To nie może być on. Teraz wszyscy policjanci noszą te odblaskowe kurtki. Pewnie wielu z nich ma też lekko falujące włosy w kolorze piasku. Lada moment odwróci się, a wtedy zobaczę jego twarz i będę się śmiała, że tak spanikowałam. Nie odwracaj się – mówi głos w mojej głowie – chyba że jesteś kimś innym. Bądź kimś innym. Błagam. Siedzę w całkowitym bezruchu i staram się nie zwracać uwagi na echo, jakim niesie się każde uderzenie mojego serca. Mam w sobie zbyt wiele dystansu. Całe kilometry. Nie potrafię do siebie dotrzeć. Dopada mnie dziwna wizja: jestem swoim sercem, a samochód to moja klatka piersiowa, w której dygocę. Mijają kolejne sekundy. Nie dość szybko. Czas stanął. Wpatruję się w zegar na desce rozdzielczej i czekam, aż upłynie kolejna minuta. W końcu dziesiąta pięćdziesiąt dwa zmienia się w dziesiątą pięćdziesiąt trzy i czuję ulgę, jak gdyby mogło stać się na odwrót. Wariatka. Wciąż stoi plecami do mnie. Tak wiele szczegółów się zgadza: włosy, wzrost, postura, żółta kurtka z napisem POLICJA... Jeśli to on, to znaczy, że robię coś złego, a przecież to nieprawda. Bez żadnych wątpliwości. Nie widzę powodu, dla którego miałby znowu pojawić się w moim życiu; to byłoby niesprawiedliwe, przecież tak bardzo się staram. Gdyby osądzać jedynie po dzisiejszym zachowaniu, spośród ludzi tkwiących w tym korku zaliczyłabym się do największych niewiniątek: matka jadąca do szkoły, żeby zawieźć synowi strój sportowy, który zostawił w domu. Mogłabym stwierdzić: „Cóż, będzie musiał odpuścić ten mecz albo zagrać w mundurku”, lecz tego nie zrobiłam. Wiem, że Ethanowi nie pasowałoby żadne z tych rozwiązań, dlatego odwołałam wizytę u fryzjera i niecałą godzinę po tym, jak odwiozłam dzieci do szkoły i wróciłam do domu, ruszyłam z powrotem w tę samą trasę. Z własnej woli, ponieważ zależy mi na szczęściu mojego syna. A to oznacza, że przede mną stoi inny policjant. Nie on. Poprzednim razem to moje przewinienie przyciągnęło go do mnie. Dziś jestem niewinna. Od ponad trzech tygodni nie mam nic na sumieniu. Przyciągnęło go do ciebie? No dobrze, jestem winna przesądnej głupoty, ale nic poza tym. Jeśli to on, to znalazł się na Elmhirst Road przez przypadek – zwyczajny zbieg okoliczności, tak samo jak ostatnio. Jest funkcjonariuszem policji i pracuje w Spilling; Elmhirst Road biegnie przez Spilling. A zatem jego obecność w tym miejscu ma bardzo dobre uzasadnienie i to z powodów, które w żaden sposób nie łączą się ze mną. Tak na zdrowy rozum ten argument trzyma się kupy, ale wcale mnie nie przekonuje. Bo taka z ciebie przesądna idiotka. Jeśli to on, znaczy, że w głębi serca wciąż jestem winna. Może mnie zobaczy... Nie mogę do tego dopuścić. Jeżeli jego wzrok spocznie na mnie choćby na sekundę, zadziała niczym magnes. Wyciągnie na powierzchnię całe zło. Zepchnie mnie z powrotem tam, gdzie mnie wtedy znalazł: w krainę zagrożenia. Nie zasłużyłam na to. Od trzech tygodni i czterech dni zachowuję się bez zarzutu. Nie zbłądziłam nawet w zaciszu własnego umysłu, gdzie nikt nie zdołałby mi udowodnić żadnych występków. Raz czy dwa prawie straciłam kontrolę nad swoimi myślami, ale w kwestii stawiania barier jestem zdyscyplinowana. Szybko, zawracaj, zanim cię zobaczy. Czy mogę zaryzykować? Jeszcze przed minutą co najmniej piętnaście samochodów dzieliło mnie od miejsca, gdzie policjant stoi na chodniku, sto metrów dalej. Teraz zostało ich mniej więcej dziesięć. Gdyby jeden z kierowców przede mną zawrócił, poszłabym w jego ślady, lecz jeśli zrobię to pierwsza, on mógłby to zauważyć. Rozpoznałby samochód, przypomniałby sobie markę i model – może nawet numer rejestracyjny. Jeszcze się nie odwrócił, ale kto wie, czy zaraz tego nie zrobi. Lada chwila... Zastanawiałby się, dlaczego zawróciłam. Ruch nie jest sparaliżowany. Owszem, samochody suną przed siebie

w żółwim tempie, lecz to mało prawdopodobne, by ominięcie przeszkody powodującej ten korek zajęło nam więcej niż dziesięć minut. Ze swojego miejsca widzę policjantkę na drodze. Stoi prosto, a potem nachyla się i znika z pola widzenia; znów się prostuje, znów się nachyla. Chyba mówi coś do kierowców samochodów, które ją mijają. Na chodniku stoi drugi policjant i rozmawia z... Nie z nim. Rozmawia z mężczyzną, który – Boże, błagam – nie jest nim. Wdech. Długi i głęboki. Nie dam rady. Odpowiednie słowa rozbrzmiewają w mojej głowie, ale to za mało, żebym zdołała powstrzymać panikę. Nie przy tak urywanym, przyspieszonym oddechu. Szkoda, że nie mogę się dowiedzieć, co on tu robi. Zapewne coś nudnego i biurokratycznego. Już raz natknęłam się na policjantów w odblaskowych kurtkach – troje tak jak dzisiaj – którzy zatrzymywali auta na Rawndesley Road w ramach badań nad zachowaniami kierowców. Zapomniałam, o co mnie wtedy pytali. Byli nudni, sami też czuli, że ich działania mijają się z celem. Pamiętam, jak myślałam, że moje odpowiedzi są bez znaczenia, lecz i tak grzecznie ich udzielałam. Samochód przede mną rusza w tej samej chwili, gdy stojący plecami do mnie policjant odwraca głowę. Widzę jego profil zaledwie przez sekundę, to jednak wystarczy. Wydaję z siebie zduszony dźwięk, którego nikt poza mną nie słyszy. Mimo to czuję wstyd. To on. W takim razie nie mam innego wyjścia. Nie mogę szybko przejechać obok – jeśli policjantka mnie zatrzyma, żeby porozmawiać, w żaden sposób nie zdołam się ukryć przed jego wzrokiem. Muszę zawrócić. Zjeżdżam do krawężnika, skręcam mocno w prawo i czekam, aż przeciwległy pas będzie pusty, żeby stąd uciec. Błagam. Gdy tylko zacznę się od niego oddalać, zamiast przybliżać, od razu poczuję się lepiej. Podjeżdżam bliżej. Za daleko, aż za białą linię, gdzie wciąż nie ma miejsca. Niebieska toyota śmiga przede mną przy akompaniamencie klaksonu. Rozgniewana twarz kierowcy zlewa się w plamę. Trąbienie jest przeciągłe: to dźwięk głębokiej urazy, nie przelotnego poirytowania, chociaż nie potrafię powiedzieć, czy wciąż słyszę jego echo, czy to jedynie wspomnienie. Wstrząs niesie się rytmicznie po moim ciele, pulsując do żołądka. Dudni mi w uszach, w skórze twarzy, czuję go nawet we włosach. Na dźwięk takiego trąbienia policjant – każdy policjant – musi się odwrócić, żeby sprawdzić, co się dzieje. W porządku. Nic się nie stało. Nie ma powodu do zmartwienia. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zapamiętał mój numer rejestracyjny? Zobaczy srebrne audi i z niczym go nie skojarzy. Pewnie na każdym kroku widuje samochody takie jak ten. Siedzę odwrócona twarzą od niego, nie odrywam wzroku od przeciwległego pasa i czekam na większy odstęp między samochodami. Sekunda, dwie sekundy, trzy... Nie patrz. Teraz na pewno cię obserwuje. Żadnego kontaktu wzrokowego, to najważniejsze. Dopóki nie zobaczysz, że cię widzi... W końcu mogę wyjechać. Zawracam i ruszam Elmhirst Road w stronę centrum Spilling, oglądając to samo, co przed paroma minutami, tyle że w odwrotnej kolejności: centrum ogrodnicze, Arts Barn, dom, przed którym parkuje kamper w kolorze mięty, przypominający odwróconą do góry dnem lodówkę marki Smeg z kołami. Te znajome przedmioty i budynki wydawały się wcześniej takie zwyczajne i bezpieczne. Teraz mają w sobie coś nierzeczywistego. Są zainscenizowane. Współwinne. Jakby toczyły ze mną złowieszczą grę i wiedziały, że przegram. Jestem zgrzana, kręci mi się w głowie. Skręcam w lewo, na parking przed biblioteką, i zatrzymuję się na pierwszym wolnym miejscu. Adam i ja zawsze mówimy, że jest ono dla golfisty, bo namalowany na betonie biały symbol bardziej przypomina komplet golfowy niż dziecięcy wózek. Zdrętwiałymi, jakby częściowo oderwanymi od mojego ciała palcami otwieram drzwiczki i z trudem łapię świeże powietrze. Jestem cała rozpalona, zlana potem i nie ma to nic wspólnego z pogodą. Dlaczego wciąż się tak czuję? Powinnam była zostawić panikę za sobą, na Elmhirst Road. Razem z nim. Weź się w garść. Do niczego złego nie doszło. W ogóle nic się nie stało. – Pani tu chyba nie parkuje, prawda? Przestawi pani samochód, mam nadzieję. Spogląda na mnie młoda kobieta o kasztanowych włosach i najkrótszej grzywce, jaką kiedykolwiek widziałam. Przypuszczam, że to właśnie ona zadała mi pytanie, ponieważ poza nami nie ma tu nikogo innego. Wyjaśnienie sytuacji, w jakiej się znalazłam, chwilowo przerasta moje siły. Mogę sklecić zdanie w myślach, lecz nie

w ustach: Nie do końca parkuję. Muszę tylko posiedzieć przez chwilę, zanim będę w stanie prowadzić. Wtedy odjadę. Dopiero gdy kobieta odzywa się ponownie, dostrzegam, że wciąż stoi przede mną, tak bardzo pochłania mnie owo traumatyczne nic, które wydarzyło się przy Elmhirst Road. – To miejsce dla matek z dziećmi. Nie ma pani dziecka w samochodzie. Proszę zaparkować gdzie indziej! – Przepraszam. Ja... Tak. Zaraz stąd odjadę. Dzięki. Uśmiecham się do niej, wdzięczna za przypomnienie, że tu właśnie jest mój świat i wciąż się w nim znajduję: świat prawdziwych, niedających spokoju problemów, którymi trzeba się teraz zająć. – A dlaczego nie od razu? – Po prostu... nie czuję się... – Stoi pani na miejscu dla matek z dziećmi! Co, rozumu zabrakło, żeby spojrzeć na znak? – Z jakiegoś powodu reaguje z nadmierną agresją. – Proszę się stąd zabierać! Na parkingu jest co najmniej pięćdziesiąt wolnych miejsc. – I co najmniej dwadzieścia pięć dla matek z dziećmi – odpowiadam, wpatrując się w prostą, żółtą linię na betonie, która biegnie równolegle do mojego samochodu. Przestrzeń między nimi jest pusta. – Nie pozbawię nikogo uprzywilejowanego miejsca, jeśli posiedzę tu jeszcze trzy minuty. Przepraszam, ale nie czuję się najlepiej. – Nie wiadomo, czy ktoś się za chwilę nie zjawi – odparowuje moja prześladowczyni. – Wszystkie miejsca mogą być zaraz zajęte. Muska palcami grzywkę, która przypomina włosie szczoteczki do zębów. Najwyraźniej chciała ją odrzucić na bok, ale nic z tego nie wyszło. Włosy są za krótkie i nigdzie się nie wybierają. Mogą co najwyżej leżeć płasko na czole. – Pracuje pani w bibliotece? – pytam. Co prawda nigdy nie widziałam w Spilling bibliotekarki w botkach z krokodylej skóry, na szpilkach, ale w zasadzie czemu nie. – Nie, ale zaraz pójdę po jakiegoś pracownika, jeśli pani stąd nie odjedzie. W takim razie kim ona jest? Amatorską strażniczką miejsc dla matek z dziećmi, pilnującą ich dla tych, którzy naprawdę na nie zasługują? Nie ma ze sobą żadnych dzieci czy torby na tyle dużej, żeby pomieściła książki. Czego więc szuka na parkingu przed biblioteką? Bierz sukę – odzywa się głos w mojej głowie, którego nie wolno mi słuchać. – Sprowadź ją do parteru. – Dwa pytania – mówię chłodno. – Za kogo pani się uważa i kim pani w ogóle jest? – To nieistotne! Liczy się tylko to, że stanęła pani na złym miejscu! – Proszę przeczytać znak – odpowiadam, po czym robię to za nią, żeby nie musiała się męczyć odwracaniem głowy. – „Miejsca przeznaczone dla osób z dziećmi”. Zaliczam się do tej kategorii. Mam dwoje dzieci. Mogę pani pokazać zdjęcia. Albo bliznę po cesarce, co pani woli? – Chodzi o osoby, które przyjechały tu samochodem r a z e m z d z i e ć m i, o czym doskonale pani wie! Czy mam iść po kierowniczkę biblioteki? – Śmiało. – Dzięki tej kobiecie zaczynam się czuć lepiej. Nieźle się bawię. – Powie nam, co jej zdaniem oznacza ten znak, a wtedy ja powiem, co tam jest napisane, i wyjaśnię, na czym polega różnica. „Osoby z dziećmi” to inaczej „rodzice”. Ludzie z latoroślami, potomstwem. Ci nie bezdzietni. Ten znak ani słowem nie określa, gdzie w danym momencie te dzieci muszą się znajdować, w sensie geograficznym. Gdyby było na nim napisane: „Miejsca przeznaczone dla osób, którym t u i t e r a z t o w a r z y s z ą d z i e c i”, wiedziałabym, że należy przestawić samochód. A ponieważ nie jest... – Wzruszam ramionami. – Dobrze – warczy na mnie Grzyweczka. – Proszę tu zaczekać! – Jak to, na miejscu parkingowym, które z takim zapałem każe mi pani zwolnić?! – wołam za nią, kiedy zmierza do biblioteki. – Teraz mam na nim zostać? Nie odwracając się, pokazuje mi ponad ramieniem środkowy palec. Chętnie zostałabym tutaj i wdała się w dyskusję z kierowniczką biblioteki – a najlepiej z całym personelem – ale kiedy już się opanowałam, przypomniałam sobie, dlaczego wyszłam z domu: żeby zawieźć Ethanowi torbę z rzeczami. Powinnam się pośpieszyć, bo syn będzie się martwił. Niechętnie zatrzaskuję drzwiczki, opuszczam parking przed biblioteką i ruszam Silsford Road. Mogę dojechać do szkoły przez Upper Heckencott. Tak sądzę. To niedorzecznie długa trasa, obejmująca wąskie, kręte drogi, na

których trzeba czasem cofać się aż o kilometr, jeżeli z naprzeciwka coś nadjedzie, choć zazwyczaj nie ma takiej konieczności. Poza tym nie przychodzi mi do głowy żaden inny przejazd, który nie prowadziłby przez Elmhirst Road. Zerkam na zegarek: jedenasta dziesięć. Wyciągam z torebki telefon i dzwonię do szkoły. Proszę, aby przekazali Ethanowi, żeby się nie martwił, bo już wiozę mu jego rzeczy. Wszystko to robię, prowadząc samochód, chociaż wiem, że nie powinnam, i mam nadzieję, iż ujdzie mi to płazem. Zastanawiam się, czy można być jednocześnie dobrą matką i złym człowiekiem: kimś, kto lubi się kłócić z obcymi na parkingach, kto kłamie, wdaje się w kłopoty z policją i niemal rujnuje życie własne i swojej rodziny; człowiekiem, który myśli: Wal się, za każdym razem, gdy inna osoba wytknie mu, że łamie jakieś zasady. Wydycham powietrze przez otwarte okno, jakby to był papierosowy dym. Ethan zasługuje na matkę bez tajemnic, taką, która może przyjechać do szkoły, przed nikim się przy tym nie chowając. Zamiast tego ma mnie. A niedługo będzie miał również swój strój sportowy. Mogłoby być gorzej. Staję na głowie, żeby było lepiej; sama też chcę być lepsza. Trzy tygodnie i cztery dni. Dochodzę do wniosku, że pyskówka z nadętą kretynką nie liczy się jako błąd, choć jednocześnie napominam siebie, że to nie może się więcej powtórzyć – w przyszłości muszę zachowywać większą pokorę, nawet jeśli ktoś mnie sprowokuje. Mniej waleczna, bardziej... zwykła. Jak inne szkolne mamuśki. Byle nie tak nudna. Za nic nie chciałabym stać się osobą, która mówi: „Bez psa dom nie jest domem” albo „Pojęcia nie mam, po co chodzę na tę siłownię – czterdzieści minut w kieracie i co robię po powrocie do domu? Rzucam się na puszkę z ciastkami!”. Równie bezpieczna i honorowa co te kobiety, ale bardziej ekscytująca. Czy to w ogóle możliwe? Chcę być taka jak one, a zarazem zupełnie inna. Na tym właśnie polega mój problem. *** Gdy tylko docieram do szkoły, od razu staję przed szansą sprawdzenia mojego nowego podejścia. – Nie pochwalamy wizyt rodziców w klasach – oznajmia sekretarka, którą widzę pierwszy raz. Stoi przede mną, żebym nie mogła przejść. Od kiedy? Wielokrotnie wchodziłam do klas Sophie i Ethana. Nikt się nie skarżył. – Kiedy jakiś rodzic zjawia się niespodziewanie w trakcie lekcji, ma to destrukcyjny wpływ na emocje dzieci – wyjaśnia. – Część z nich myśli: Och, to mama czy tata, zabierze mnie do domu, a potem bardzo się smuci, kiedy rodzic znika, zostawiając dziecko w klasie. – Obiecuję, że Ethan nie będzie się smucił. – Uśmiecham się do niej z nadzieją. – Ucieszy się i uspokoi, że ma swoją torbę. – Ty głupia krowo, jest mu potrzebna na popołudniowe zajęcia, więc kiedy ją dostanie, nawet nie przyjdzie mu do głowy, że mogłabym od razu zabrać go ze szkoły, a on nie pójdzie na zajęcia z wychowania fizycznego, na których musi mieć strój sportowy. – Naprawdę, nie stanie się nic złego, jeśli zaniosę mu ją osobiście – dodaję z nadzieją, że z mojego głosu przebijają wyłącznie pozytywne emocje. – Oszczędzi to pani kłopotu. – Nicki! – rozlega się piskliwy kobiecy głos, który bardziej pasowałby do cheerleaderki niż zwierzchniczki. Poprawka: dyrektorki szkoły. Oddycham z ulgą, bo już wiem, że wszystko będzie jak trzeba. Przybyła Kate Zilber: niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, postura dziesięciolatki, najbardziej nierozważna osoba na tak odpowiedzialnym stanowisku, jaką kiedykolwiek spotkałam. Kate nie życzy sobie, by nazywać ją „pryncypałem” czy „zwierzchnikiem”; jej tytuł brzmi „dyrektorka szkoły” i widnieje wygrawerowany na drzwiach gabinetu; Kate nalega, by właśnie tak się do niej zwracać. W rozmowie ze mną określiła się raz mianem megalomanki; szybko się przekonałam, że nie było w tym ani krzty przesady. – Czy to strój sportowy Ethana? – pyta. – W porządku, Izzie, tym razem możemy nagiąć przepisy. Tak w zasadzie mogę je naginać, kiedy mi to odpowiada, skoro zarządzam szkołą – dodatkowa korzyść tej pracy. Nie chcemy, żeby Nicki się zamartwiała, czy jej syn na pewno dostał swój strój, prawda? Izzie wzrusza ramionami, a potem wraca za biurko. Kate wyciąga mnie z gabinetu na pusty korytarz. – A szanse, że Izzie go przekaże, są nikłe – dodaje już na osobności. – Ta dziewczyna to chodzące bezmózgowie.

– Naprawdę? – Muszę przestać kwestionować każde słowo Kate. Ciągle zakładam, że stroi sobie żarty, lecz to nie w jej stylu. Nie przywykłam do tego, że ktoś zatrudniony w szkole podstawowej zawsze mówi prosto z mostu, tak jak Kate Zilber. Mimo wszystko Freeth Lane uchodzi za najlepszą szkołę niepubliczną w Culver Valley i jest to zasługa Kate. Prawdopodobnie mogłaby obrzucić rodziców i członków zarządu zgniłymi jajami, a i tak uszłoby jej to płazem. – Szybka motywacyjna gadka. – Taksuje mnie surowym spojrzeniem. – Jeśli chcesz zanieść tę torbę Ethanowi osobiście, ponieważ twoim zdaniem nikt tego nie zrobi jak należy, to nie ma sprawy. Ale jeśli chcesz się przy okazji upewnić, że wszystko z nim w porządku... to sprawa jest. – Dlaczego? – Uciszając własny niepokój, podsycisz niepokój Ethana. Potrzebuje stroju sportowego; ty mu go przywiozłaś – problem z głowy. – Ściska moje ramię. – Wcale nie musisz tam iść, Nicki. Wyczytasz z jego twarzy przygnębienie, bez względu na to, czy je czuje, czy nie, i zaczniesz szaleć z nerwów. Jeśli się uśmiechnie na twój widok, będziesz się zamartwiać, czy nie robi przy nowych kolegach dobrej miny do złej gry. A jeśli się nie uśmiechnie, uznasz, że w głębi duszy przechodzi istne męczarnie. Mam rację? Wzdycham. – Chyba tak. – Może sama zaniosę mu tę torbę? – proponuje. – Na nikim nie można polegać tak jak na mnie. Wiesz o tym, prawda? Jestem nawet skuteczniejsza od ciebie. – W porządku. – Z uśmiechem wręczam jej torbę. Z jakiegoś powodu ta drobna, bystra kobieta o głosie dziewczynki potrafi w okamgnieniu sprawić, że czuję się o niebo lepiej, chociaż ledwo ją znam. Za każdym razem przychodzi mi wtedy na myśl Melissa, która ma na mnie odwrotny wpływ. I jest moją najbliższą przyjaciółką. – Dziękuję. – Kate już chce odejść, ale odwraca się z powrotem w moją stronę. – Ethan naprawdę sobie poradzi, wiesz o tym. Będzie tu równie szczęśliwy jak Sophie – poczekaj, a sama się o tym przekonasz. Niektóre dzieci potrzebują więcej czasu niż inne, żeby stworzyć emocjonalną więź i odnaleźć się w nowym środowisku, to wszystko. Pozostałe dzieciaki naprawdę go wspierają, opiekują się nim – w tym semestrze nawet bardziej niż w zeszłym. To słodkie. Znalazł wielu nowych przyjaciół. – Ethan zawsze był bardziej wrażliwy niż Sophie – mówię. – Nie najlepiej radzi sobie ze zmianami. A jego matka, doskonale o tym wiedząc, zabrała go ze szkoły, w której był szczęśliwy. Dwa semestry później Ethan co najmniej raz w tygodniu mówi mi, że nigdy nie pokocha nowej szkoły tak bardzo jak starej – że bez względu na to, ilu kolegów sobie tutaj znajdzie, Oliver-który-został-w-Londynie zawsze będzie jego najlepszym przyjacielem. Nawet jeśli nigdy więcej się nie zobaczą. – Nicki. – Kolejne surowe spojrzenie. – Ethan ma się dobrze. Od czasu do czasu czegoś się boi. Jak większość dzieci. To naprawdę nic poważnego. Za to twój strach... Powinnaś przebadać głowę, moja panno – kończy z czułością. – Kate, ja... – Urywam. Co ja sobie myślę? Nie mogę jej o niczym powiedzieć. Nie mogę powiedzieć nikomu. Nigdy. – Co? – Nic. – „Nic” jak cholera. Nie możesz tak zaczynać i nie kończyć. Mów albo wyrzucę twoje dzieciaki ze szkoły. – Ja... ostatnio żyję w wielkim napięciu. Zazwyczaj nie jestem taka nerwowa. Kate unosi wyskubaną brew. – Nie zbywaj mnie gadką szmatką, Nicki. Wcale nie to miałaś na końcu języka. Ogarnia mnie nieodparte pragnienie, żeby jej powiedzieć – coś, cokolwiek. – Okłamałam cię. – Ooo! Brzmi obiecująco. – Przysuwa się bliżej, zacierając dłonie. Żadna ze znanych mi osób nie zareagowałaby z podobnym entuzjazmem na wieść, że została oszukana. Gdyby tylko było inaczej. – A w jakiej kwestii? – Kiedy pierwszy raz przyszłam do szkoły, żeby się rozejrzeć, zapytałaś, dlaczego przeniosłam się z Londynu do Spilling. – A ty odpowiedziałaś tak samo jak wielu uciekinierów z Londynu: lepsze szkoły, większy ogród, czystsze

powietrze, idealne dzieciństwo w wiejskiej okolicy, bla, bla, bla. Ilekroć słyszę to od rodziców, myślę sobie: Ha, zaczekajcie, aż wasza czternastoletnia latorośl zacznie się włóczyć wśród tych zielonych pól, które teraz tak bardzo sobie cenicie, nafaszerowana nielegalnymi substancjami, bo nie ma tu metra, którym mogłaby dojechać w jakieś ciekawe miejsce i dać tę lokalną idyllę. Śmieję się. – Ze wszystkimi rodzicami jesteś taka szczera? Kate zastanawia się chwilę nad odpowiedzią. – Co bardziej wrażliwym przedstawiam ciut złagodzoną wersję. No, mów – co z tym kłamstwem? – Tak naprawdę przeprowadziłam się tutaj z całkowicie samolubnych powodów. Nie miało to nic wspólnego z czystszym powietrzem ani większym ogrodem. Nie myślałam ani o dzieciach, ani o mężu. Wyłącznie o sobie. – Cóż... to dobrze. – Dobrze? – Oczywiście. Kiedy wyobrażamy sobie, że wiemy, co czują inni i co będzie dla nich najlepsze, to właśnie wtedy popełniamy błędy. Nikt nie zna naszych potrzeb lepiej niż my sami. – Rzuca okiem na zegarek. – Stawianie siebie na pierwszym miejscu to wcale nie jest taka głupia zasada, jak mogłoby się wydawać. Uszczęśliw tę jedyną osobę, którą możesz. Pozwól całej reszcie, żeby poszła w twoje ślady i sama zadbała o własny interes. W takim razie dlaczego przeniosłaś się do Spilling? Kręcąc głową, odwracam wzrok. – Nieważne. Zresztą tuż po tym, jak tu przyjechaliśmy, sprawa przestała mieć znaczenie. Prawo Murphy’ego. Po prostu chciałam, żebyś o tym wiedziała, bo właśnie dlatego martwię się o Ethana. – Rozumiem – mówi Kate. – Jego cierpienie to twoja kara. Nie mieści ci się w głowie, że tak samolubne postępowanie może ujść ci płazem, a zatem Ethan musi cierpieć niewysłowione katusze? – Coś w tym stylu – mamroczę pod nosem. – Na twoim miejscu nie myślałabym w ten sposób. Kobiety muszą być bezwzględnie egoistyczne. Wiesz dlaczego? Bo tacy są mężczyźni. I takie też są dzieci. Zrobią z ciebie swoją służącą, chyba że będziesz reagować tak samolubnie, jak tylko zdołasz. Łapię się na tym, że zerkam na jej lewą dłoń w poszukiwaniu obrączki. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, a jej nazwisko niczego nie zdradza: Kate jest doktor Zilber, nie panią czy panną. Ma na palcu obrączkę. Wąską – z białego złota albo platyny. Skóra wokół metalu jest zaróżowiona, spękana i łuszczy się, jak gdyby wskutek reakcji alergicznej. – Słuchaj, Nicki, bardzo bym chciała bliżej poznać twoje tajemnice, ale powinnam się zbierać. Wśród mojego personelu wciąż są ludzie, którzy powinni stać w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych. – Kiwa głową w stronę Izzie. – Nie spocznę, póki się z tym nie uporam. Ale najpierw: rzeczy Ethana. Dziękuję jej, a potem wracam do samochodu. Już od dawna nikt mnie tak nie podniósł na duchu. Może wcale nie spotkało mnie nic strasznego. Może nie jestem najbardziej winną kobietą pod słońcem. Gdybym zwierzyła się Kate, może roześmiałaby się i rzuciła z zachwytem: „Boże, to ci dopiero historia!”. Przywykłam już do srogiego wzroku Melissy i jej zasznurowanych warg, a ostatnio również do ciągłych odmów, ilekroć potrzebuję, żeby mnie wysłuchała, ale mam tylko ją. Kiepska kandydatka na powiernicę, kiedy w grę wchodzi tajemnica bardziej kontrowersyjna niż: „A to właśnie kupiłam im na urodziny – tylko mnie nie zdradź”. Wniosek, którego tak usilnie starałam się unikać, rozbłyska w moim mózgu niczym neon: powinnam dać sobie spokój z Melissą i znaleźć nową najlepszą przyjaciółkę. Nie ucieknę od niej – zdołała związać nas ze sobą na zawsze, chociaż wcale nie miała takiego zamiaru – mogę jednak zdegradować ją w myślach do „znajomej”. Nawet się nie zorientuje, co zaszło, jeśli z pozoru będę wobec niej przyjacielska. Zastanawiam się, czy istnieje strona internetowa w rodzaju nowaprzyjazn.com? Nawet jeśli tak, pewnie roi się na niej od ludzi pragnących nieplatonicznych relacji, szukających „kumpli do bzykania” albo „przyjaciół z bonusem łóżkowym”. Zaszłości z policjantem nie powstrzymałyby Kate Zilber przed robieniem tego, czego chciała i potrzebowała. Przede wszystkim w ogóle by tego nie zrobiła, jeśli nie upewniłaby się najpierw, że wszystko gra, i nie dałaby się zżerać wstydowi i lękowi, że ktoś ją na tym przyłapie. Wątpię, czy zniknęłaby bez słowa z życia Gavina, tak

jak ja. Najuczciwsze rozwiązanie, przez wzgląd na niego i moją rodzinę – tak to sobie wytłumaczyłam. Kłamczucha. Tchórz. Należy mu się wyjaśnienie. Bez względu na powody, choćby nawet głupie i niepoważne. Przez pewien czas Gavin odgrywał w moim życiu istotną rolę. Był dla mnie ważny, a ja chyba dla niego. Jadę Silsford Road przy otwartym oknie, myśląc o tym, czy powinnam skontaktować się z Gavinem. Czy moja definicja poprawnego zachowania mogłaby objąć napisanie do niego ostatniego e-maila z wyjaśnieniem, że to nie przez niego zniknęłam i nie zrobił nic złego? Nie. Nie skończyłoby się na tym jednym e-mailu. Znowu by cię złapał. Chcąc odciąć się od Gavina, musiałam zdobyć się na wykorzystanie całej siły woli; drugi raz mogłoby mi jej zabraknąć. Pozwalam sobie na luksus zostawienia decyzji na później. Pragnę się trzymać tej możliwości – nie powrotu do przeszłości, lecz ostatniego kontaktu, zakończenia spraw tak jak należy. Lepiej niż ktokolwiek wiem, że czasem sama możliwość wystarczy, by utrzymać człowieka w pionie, nawet jeśli nigdy się nie urzeczywistni. Czy trzy tygodnie i cztery dni po ostatniej wymianie wiadomości Gavin wciąż sprawdza skrzynkę? Może już zrezygnował? Gdyby sytuacja się odwróciła i to on nagle przestałby do mnie pisać, po jakim czasie dałabym sobie spokój z oczekiwaniem na nowego e-maila? Kiedy podjeżdżam pod dom, ze środka dolatuje dźwięk telefonu. Wyskakuję z auta i zaczynam szukać nerwowo klucza do drzwi wejściowych. Wiem, że chodzi o Ethana. Coś się stało: siedzi zamknięty w toalecie i płacze. Albo czegoś brakuje w jego torbie. Czy aby na pewno wszystko do niej włożyłam? Żeby tylko nic mu nie było, a przysięgam, że nie napiszę do Gavina, nawet przestanę o tym myśleć. Wpadam do salonu i chwytam za słuchawkę, zachodząc w głowę, czemu z takim uporem próbuję wchodzić w te lipne układy z Bogiem. Jeśli On istnieje, z pewnością jest dość inteligentny – i nie chodzi mi o inteligencję, dzięki której ukończyłby studia wyższe na samych piątkach, ale o potężną intuicję i głębokie zrozumienie ludzi. Raz po raz obchodzi się ze mną łagodnie, a wtedy myślę sobie: uf, po czym zapominam, co takiego obiecałam Mu w zamian, albo wynajduję jakąś lukę, żeby się wymigać. – Słucham? – Czy to pani Clements? – Tak. – Mówi Izzie z Freeth Lane. Dopiero co się widziałyśmy, była pani u nas. – Czy z Ethanem wszystko w porządku? – Nienawidzę czasu, który zajmuje mi zadanie tego pytania: tych ciągnących się w nieskończoność sekund niewiedzy. – Och. – Izzie jest zaskoczona. – Nie mam pojęcia. – Co to znaczy, że nie ma pani pojęcia? – warczę. – Zakładam, że nic się złego nie dzieje. Przynajmniej ja o niczym takim nie wiem. – Więc nie dzwoni pani w sprawie Ethana? – Nie. Pomału wypuszczając powietrze, opadam na krzesło. – Dobrze. W takim razie w czym mogę pani pomóc? – Chodzi o Sophie. Sophie, która nigdy nie sprawia żadnych kłopotów, o którą nie muszę się martwić. Z góry zakładam, że nic złego się z nią nie dzieje. Mam wrażenie, jakby moje serce uderzyło o wnętrzności, a potem zaczęło się pomału zsuwać, zmiażdżone przez lęk. Dzieci winnych matek, zakładnicy karmy, zawsze w wyimaginowanym niebezpieczeństwie, które wydaje się takie prawdziwe, takie zasłużone... – Miała mdłości – ciągnie Izzie. – Teraz czuje się lepiej i mówi, że chce zostać do końca lekcji, ale z zasady informujemy rodziców. – Sama to ocenię – odpowiadam. – Proszę jej przekazać, że już jadę. Ani myślę wierzyć Izzie na słowo, kiedy chodzi o zdrowie mojej córki; chcę się przekonać na własne oczy, czy

Sophie czuje się na tyle dobrze, żeby zostać na lekcjach. A to oznacza kolejną przejażdżkę do szkoły i z powrotem, potem zaś jeszcze jedną – żeby odebrać obydwoje albo samego Ethana, jeżeli Sophie wróci ze mną wcześniej. Przelotnie rozważam, czyby nie zabrać ich od razu, żeby oszczędzić sobie czwartej wycieczki jednego dnia, ale potem uświadamiam sobie, że Ethan nie powinien opuścić meczu. Nie po tym, jak zawiozłam mu strój. Na pewno nie może się już doczekać, aż zagra w piłkę nożną, krykieta czy coś tam, przekonany, że pozostała część dnia przebiegnie tak, jak można by się tego spodziewać, bez żadnych niespodzianek. Postanawiam, że będę odważna i pojadę Elmhirst Road. Jak najszybsze dotarcie do Sophie liczy się bardziej niż mój strach. Jeśli jasnowłosy policjant wciąż tam jest, zachowam spokój i udam, że go nie poznaję. A może mrugnę do niego porozumiewawczo. Wyobrażam sobie, że robi to Kate Zilber. Mruganie jest zgodne z prawem. Nie mógłby udzielić mi upomnienia ani niczym grozić. Mruganie niczego nie dowodzi. Zresztą nie ma czego dowodzić, odkąd zeszłam na dobrą drogę. *** Kiedy pod koniec dnia Sophie i Ethan wchodzą do domu po powrocie ze szkoły, robią to, co zawsze. Dysząc i stękając w korytarzu, uwalniają się z kurtek i butów, jakby zrzucali z siebie łańcuchy krępujące ich od dziesięcioleci, po czym gnają do salonu i trzaskają drzwiami. Są umówieni na pilne spotkanie z telewizorem, którego za nic nie mogą przeoczyć. Do mnie należy pozbieranie porzuconych rzeczy, posklejanych mokrym błotem z podeszew piłkarskich korków, i schowanie (ja wrzucam byle jak!) ich do szafy w przedpokoju. Adam jest cierpliwy. Nie narzeka na bałagan tak długo, aż nie sposób już odróżnić wnętrza szafy od pryzmy kompostu. Kiedy w końcu zgłasza zastrzeżenia, w zależności od nastroju odpowiadam: „Wiem. Przepraszam, jutro to uprzątnę” albo warczę: „No to bierz się do dzieła, skoro tak ci to przeszkadza”. Rozlega się kanał CBBC. To sygnał, żebym nalała sok i zrobiła tosty. Gdy są gotowe, oznajmiam: – Przekąska na stole! – Przynieś tutaj! – woła Sophie. Jest bardziej wygadana niż brat, który z radością pozwala, by reprezentowała go w dyskusjach na linii rodzic–dziecko. – Nie! – Tak! Pamiętaj, że miałam mdłości! Trochę mi słabo! – Właśnie, m i a ł a ś, a teraz nie masz! Nie miała ich również, kiedy przyjechałam do szkoły; spojrzała na mnie jak na wariatkę, oznajmiła, że ani myśli wracać do domu, po czym odwróciła się z powrotem do koleżanek. Zostałam z pustymi rękami, osoba z dziećmi chwilowo bez dzieci, zupełnie jak tego ranka na parkingu przed biblioteką. Dopiero za czwartym i ostatnim razem przyjechałam do domu ze szkoły tak, jak chciałam: z Sophie i Ethanem na tylnym siedzeniu i wszechogarniającym uczuciem ulgi. Nie potrafię się całkowicie odprężyć, kiedy dzieci nie przebywają ze mną; dzieje się tak, odkąd przeprowadziliśmy się tu z Londynu. Kate Zilber ma rację: przydałaby mi się terapia. Za dużo się denerwuję. Kiedyś czekałam na dzieci pod koniec ich szkolnych zajęć i dostałam palpitacji, bo jakiś facet spojrzał na mnie w taki sposób, że poczułam się skrępowana: z przeciągłym, znaczącym uśmieszkiem. To jeden z tych zadufanych w sobie, efekciarskich tatuśków. Często widzę, jak stoi oparty o swoje drogie bmw w tej części dziedzińca, gdzie zawsze czekają najbardziej pretensjonalni rodzice. Ma zrobione delikatne pasemka, wyglądające na dzieło fryzjera. Nie pochwalam tego, chociaż wiem, że to nie moja sprawa. Pewnych rzeczy mężczyźni po prostu nie powinni robić, a jedną z nich są pasemka czy usuwanie owłosienia łonowego u kosmetyczki. Co prawda nigdy nie widziałam jego dziecka bądź dzieci, ale lubię sobie wyobrażać, że to zbuntowane nastolatki, od stóp do głów w tatuażach i kolczykach, które mówią: „Mój ojciec to fajfus”. – Mamo, proszę! – woła Sophie. Mogłabym znów odmówić, tylko po co? Koniec końców i tak się poddam; jak zawsze. Nie wiem, dlaczego dzień w dzień zawracam sobie głowę nakrywaniem stołu. Chyba podoba mi się wizja, w której moje dzieci przychodzą do kuchni i ze mną gawędzą, dlatego staram się stworzyć ku temu odpowiednie warunki. Widząc tosty i sok ustawione na stole, czuję się jak dobra matka. W naszym domu nie obowiązuje zbyt wiele zasad. Te nieliczne – na przykład żadnego jedzenia w salonie – są łamane każdego dnia. Adam uważa, że zakazując zachowań, których nie pochwalamy, a potem i tak na nie

pozwalając, postępujemy głupio. Ja jestem rozdarta. Podziwiam ludzi konsekwentnych we wdrażaniu ustalonych zasad i cieszę się w głębi ducha, ilekroć moje dzieci demonstrują, że ani myślą posłusznie stosować się do moich wymagań. Być może podchodziłabym do tego inaczej, gdybym wierzyła, że należę do lepszej grupy społeczeństwa, tej ze wzmocnionym morale. Kim jestem, żeby mówić innym, jak powinni się zachowywać? Zanoszę sok i tosty do salonu. Sophie ucisza mnie, zanim zdążyłam się odezwać. Nie odrywa wzroku od ekranu telewizora, podobnie jak Ethan. – Dziękuję, kochana mamusiu – mówię głośno, po czym wychodzę. – No, dzięki, mamo – rzuca Ethan. Aż trzy słowa. Zdumiewające. Po powrocie ze szkoły oboje na ogół tracą głos na mniej więcej półtorej godziny. Odzyskują go w porze kolacji, po której zazwyczaj nie potrafimy ich uciszyć, dopóki nie położą się spać. Dostarczywszy przekąskę, zamykam za sobą drzwi salonu i zaczynam kręcić się po korytarzu, nie do końca wiedząc, co teraz będę robić. Mam pewne podejrzenie, ale pewna nie jestem. Muszę wrócić do kuchni. Zanim wezmę się do gotowania, opróżnię zmywarkę i wstawię do niej brudne naczynia. Nie powinnam, zdecydowanie nie powinnam pisać do Gavina. Ale napiszesz. Zaraz to zrobisz. Łamanie cudzych zasad może świadczyć o godnej pochwały umysłowej niezależności, ale łamanie swoich, które przyjęło się dobrowolnie, dla dobra własnego i najbliższych? Jaki głupiec robi coś takiego? Chcę nadal żyć złudzeniem, że mam wybór, ale tak naprawdę w to nie wierzę. Decyzja zapadła w ciemnym zakamarku mojego umysłu, do którego nigdy nie dociera logika i rządzi potęga o wiele większa od silnej woli. Patrzę na zegarek. Adam wróci do domu za około pół godziny. Jeśli nie zrobię tego teraz, następną szansę będę miała dopiero jutro. Nie mogę tyle czekać. Biegnąc schodami na górę do pakamery, gdzie stoi nasz rodzinny komputer, zastanawiam się, jakim cudem zdołałam tak długo opierać się pokusie. Trzy tygodnie i cztery dni. Sądziłam, że to takie łatwe, zachowywać się przyzwoicie, dopóki dziś znów nie zobaczyłam tego policjanta. Szok, jakim było nasze pierwsze spotkanie, wystarczył mi za motywację. Nie rozumiem, dlaczego to drugie, niedoszłe, wywarło przeciwny efekt. Wciąż możesz postąpić jak trzeba. Jeden krótki e-mail z grzecznym wyjaśnieniem to jeszcze nie powrót. Właśnie to powinnam była zrobić, zamiast znikać bez słowa jak ostatni tchórz. Sprawdzam, czy drzwi pakamery zatrzasnęły się za mną, a nie tylko domknęły, i włączam komputer. Po raz pierwszy od spotkania z tamtym policjantem otwieram moją tajemną skrzynkę na Hushmailu. Bałam się, że znajdę w niej nową wiadomość od Gavina i zabraknie mi odwagi, by skasować ją bez czytania. Wpisuję hasło, w uszach i gardle czując trzepot serca jak skrzydła uwięzionego ptaka. Przygotowuję się na spotkanie z największym lękiem: pustą skrzynką. A co jeśli przez te trzy tygodnie i cztery dni, kiedy nie utrzymywałam z nim żadnego kontaktu, on również nie pisał? To by oznaczało, że nigdy nie kochał mnie tak, jak sądziłam. To dobrze, jeśli mnie nie kocha. Dobrze, bo między nami wszystko skończone. Chociaż nigdy nie ujęliśmy tego w ten sposób, przez całą naszą korespondencję bezwzględnie przestrzegaliśmy „systemu zmianowego”. Każde z nas czekało na odpowiedź, zanim napisało kolejnego e-maila. Bez wyjątków. Czy Gavin trzymał się tego wzoru i wziął brak odpowiedzi na jego ostatnią wiadomość za znak, że nie jestem nim dłużej zainteresowana? Czy poddałby się tak łatwo? Po tym jak nie odezwałam się przez cały dzień – a potem następny i następny – na pewno zaczął się zastanawiać, czy jego e-mail przypadkiem gdzieś się nie zawieruszył. Na jego miejscu tak bym właśnie pomyślała. Kursor unosi się nad nagłówkiem „Odebrane”. Jeśli go kliknę, za kilka sekund będę już wiedziała. Nie mogę. Odjeżdżam krzesłem od biurka. Boję się, że kliknę ten nagłówek przez przypadek, zanim się upewnię, że tego w ogóle chcę. Nie musisz tam zaglądać. Nigdy. Wyłącz komputer, idź na dół. Zapomnij o nim. Nie, nie tym razem. Już to dzisiaj przerabiałam więcej niż raz. Chociaż obiecałam, że tego nie zrobię,

ominęłam Elmhirst Road, kiedy jechałam do Sophie. Znowu wybrałam trasę przez Upper Heckencott, w tę i z powrotem. To samo pod koniec dnia, kiedy odbierałam Ethana i Sophie ze szkoły, chociaż podczas każdej z tych czterech podróży okłamywałam się aż do ostatniej sekundy, zanim stchórzyłam. Przysuwam krzesło bliżej komputera. W polu nadal widnieje dwanaście asterysków, pod którymi ukrywają się litery hasła. Moje hasło brzmi „12asteryskow”. Wciąż jestem dumna, że na to wpadłam: hasło, które powinno ukrywać się przed osobami postronnymi, robi coś dokładnie przeciwnego – ujawnia się tak bezczelnie, że nikt by na to nie wpadł. Krzywiąc się, klikam „Odebrane”, zanim zdążę zmienić zdanie. Na widok skrzynki odbiorczej gwałtownie wciągam powietrze. Siedem nieprzeczytanych e-maili od Gavina. Siedem. Dziękuję, dziękuję. Nie ma sensu udawać, że ten nagły przypływ podekscytowania to coś zupełnie innego. Tego kitu nie przełknąłby nawet ktoś równie utalentowany w oszukiwaniu samego siebie jak ja. Choćbym była zrozpaczona, poddałabym się szybciej niż po siedmiu e-mailach. Ale nie Gavin. Oto powód – dlaczego kłamię, ukrywam tajemnice i ryzykuję. Dla tego uczucia. Nic tak nie uderza mi do głowy jak świadomość, że ktoś mnie pragnie i o mnie zabiega. Otwieram wiadomości jedna po drugiej. Wszystkie zostały wysłane w ciągu czterech dni po tym, jak postanowiłam zerwać kontakt z Gavinem: cztery pierwszego dnia mojego milczenia, pozostałe w trzy kolejne dni. Cześć, Nicki, chcę się upewnić, że mój ostatni e-mail nie zaginął gdzieś po drodze. Daj znać. G. Żałosne, co nie? Zamartwiam się, bo od paru godzin nie dostałem od Ciebie żadnego e-maila. Nie chcę, byś myślała, że nie potrafię wytrzymać dnia czy choćby paru godzin bez wiadomości od Ciebie, ale sama wiesz, jak to jest – każde odstępstwo od ustalonego wzorca powoduje niepokój. A czy zdajesz sobie sprawę, że odkąd zaczęliśmy do siebie pisać, codziennie wymieniamy **co najmniej** dwadzieścia e-maili? G. PS Na wypadek gdybyś zapomniała, zaczęliśmy dwudziestego czwartego lutego. Wspominałaś raz o kasowaniu wszystkich e-maili ode mnie, tak dla bezpieczeństwa. Przemilczałem to (żebyś sobie nie pomyślała, że nie przejmuję się bezpieczeństwem, bo to nieprawda) i teraz sam nie wiem, czy uznałaś, że ja również kasuję wszystkie przeczytane e-maile. Nie kasuję. Zachowuję je i czytam na nowo. Wiele dla mnie znaczą. Chyba nie masz nic przeciwko temu? Dlatego nie zmartwiła mnie informacja, że kasujesz swoją część naszej konwersacji, bo wciąż mam swoją. Nie martw się. Obiecuję, że nikt poza mną nigdy jej nie zobaczy. G. PPS Uczucia, co? Skomplikowana sprawa, prawda? Mam nadzieję, że Cię nie wkurzyłem, pisząc o kwestiach, które można opisać jedynie jako niecielesne. Nie wejdzie mi to w nawyk, obiecuję. Daj tylko znać, czy u Ciebie wszystko w porządku i czy nie masz mnie już powyżej uszu, a wrócę do pisania głównie o Twoich sutkach. Przysięgam. (Cóż, prawdę mówiąc, być może skupię się na kilku częściach Twojego ciała. W e-mailach, a we właściwym czasie również osobiście – oby). G. Nie, nie, nie. Wszystko nie tak. Z tej dezorientacji kręci mi się w głowie. Pragnę, potrzebuję wiadomości od Gavina, ale nie takich. Te nie brzmią jak jego słowa. Za bardzo przebija z nich człowiek z krwi i kości, ktoś, kogo mogłabym znać, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić. Gavin zawsze brzmiał jak... Jak? Jak automat. Krótkie, bezbarwne zdania, krótkie akapity. Niczym android wydający erotyczne polecenia. Pisemna postać głosu, jaki mógłby wypowiadać te bezcielesne słowa. Dokładnie tego pragnęłaś, prawda? I co to mówi o tobie? „We właściwym czasie również osobiście”? Czy Gavin mówił poważnie? Czy chcę, żeby mówił poważnie? Uzgodniwszy, że jesteśmy gotowi rozpocząć kolejny etap znajomości, umówiliśmy się ten jeden jedyny raz, w maju. Nagle wszystko odwołał; nie powiedział dlaczego. Potem żadne z nas nie wracało już do tematu. W głębi ducha ulżyło mi. Nie spotykaliśmy się, czyli nie robiłam nic złego. Myśląc o nim jako nierzeczywistym, jednowymiarowym bycie, programie komputerowym generującym słowa mające wywołać z mojej strony konkretną reakcję fizyczną, niemal potrafiłam sobie wmówić, że tak naprawdę w moim życiu nie ma drugiego mężczyzny, innego niż mój mąż. Ale to wciąż złe. Choć nie tak dogłębnie złe jak fizyczna zdrada. Może. E-maile były w sam raz. Boże, w sam raz to mało

powiedziane: niekończące się, szczegółowe, barwne polecenia od mężczyzny, którego nigdy nie spotkałam ani nie widziałam, nawet na zdjęciu. Żaden z moich prawdziwych kochanków nie wykazywał się takim brakiem zahamowań, jeśli chodzi o słowa, jakimi się posługiwał, czy rzeczy, o które prosił, których po mnie oczekiwał – a ja z żadnym z nich nie zachowywałam się tak... rozwiąźle, z braku lepszego określenia. Gavin pozbawił mnie wszelkich kompleksów, całkowicie je ignorując, nie przyjmując do wiadomości ich istnienia i zwyczajnie powtarzając swoje żądania. W końcu przestałam odpowiadać, że za bardzo się wstydzę, i zaczęłam robić to, czego chciał. I było bosko. Miałam ochotę na więcej i więcej. Wiem o nim jedynie, że jest Anglikiem po czterdziestce, żonatym, bezdzietnym i pracuje w domu. A przynajmniej tak mi powiedział. Pewnie nie wszystko z tego jest prawdą, może nawet nic. Szczerze mówiąc, od początku miałam to gdzieś. Obchodziło mnie tylko to, co dzięki niemu czułam. Dwukrotnie jego natarczywe, jednoznaczne słowa wystarczyły, żebym doszła – same słowa i moja wyobraźnia, bez choćby jednego muśnięcia palcem. Żaden mężczyzna tak na mnie nie działał. Nawet Król Edward. Którego przysięgłam na zawsze wyrzucić z myśli. Właśnie po to pojawił się Gavin: żeby wyprzeć Króla Edwarda. Naprawdę, zdumiewające, jak łatwo poszło. Aż do dzisiaj. Z trudem łapię powietrze, chociaż nie robię nic fizycznie wyczerpującego. Trzymam się kurczowo biurka, żeby się uspokoić. Myśl o Gavinie. Nie... o kimś innym. Gavin. Czarne, bezbarwne słowa stanowiły istotną część przyciągania. Tak odmienne. A mimo to trzy z czterech nowych wiadomości, które właśnie przeczytałam – wszystkie z wyjątkiem pierwszej – w ogóle go nie przypominają. Czy wskutek porzucenia wpadł w taką panikę, że zapomniał o swojej sieciowej tożsamości? „Obiecuję, że nikt poza mną nigdy jej nie zobaczy...” „Nie wpadnę w nawyk, obiecuję...” „Wrócę do pisania głównie o Twoich sutkach. Przysięgam...” „Uczucia, co?” Moim ciałem wstrząsa dreszcz. Nie chcę od niego uczuć ani obietnic. Król Edward ofiarował mi je i koniec końców nie miały żadnego znaczenia. Nie chcę też, żeby się przekomarzał i bawił słowami. Adam bez przerwy żartuje. Tak samo Król Edward. Zwykle przepadam za dowcipnymi mężczyznami. To znaczy, kiedyś przepadałam. Wciąż kochasz Adama. Nie zapominaj o tym. Gavin nigdy dotąd nie był zabawny, ciepły ani tkliwy. Właśnie dlatego czułam się bezpieczna w naszym układzie. Chciałam, żeby był namiętny, nigdy emocjonalny, właśnie tego potrzebowałam. Nie potrafię znieść myśli, że w rzeczywistości to wrażliwy człowiek, któremu być może złamałam serce. Nie chcę już dzisiaj o nim myśleć – mam dość – ale nie jestem w stanie się wylogować, dopóki nie przeczytam wszystkiego. Otwieram wiadomość numer pięć: Nicki, poważnie, nic Ci nie jest? Zaczynam popadać w paranoiczne urojenia, że stało się najgorsze. Twój mąż poznał nasze sekrety? Dowiedziałaś się czegoś o mnie? Jesteś w szpitalu, bez dostępu do poczty? G. Nicki? Gdzie jesteś? G. Chcesz usłyszeć moją najnowszą teorię? Zawsze podpisujesz swoje maile „N x”. Ja podpisuję się „G”. Doszłaś do wniosku, że jestem zimnym, beznamiętnym brutalem, bo nie dodaję buziaka. To dlatego zniknęłaś z mojego cyberżycia. Zgadza się? Do Twojej wiadomości, nigdy nie podpisywałem e-maili za pomocą „x” i chyba nigdy tego nie zrobię, bez względu na to, co czuję wobec danej osoby. Kobiety mogą tak robić, ale w przypadku mężczyzny moim zdaniem trąciłoby to zniewieścieniem. Poza tym nie wierzę, że ni stąd, ni zowąd zaczęło Ci to przeszkadzać, skoro wcześniej nie miałaś z tym problemu. A może miałaś, tylko czekałaś w nadziei na?... Słuchaj, jestem dużym chłopcem. Poradzę sobie ze szczerością. Powiesz mi, co zrobiłem nie tak? G x (Ten jeden raz, z powodów strategicznych, bo... cóż, bo bardzo cię lubię, Nicki. Może powinienem był powiedzieć Ci to wcześniej). Nie. Nie. Nie zniosę tego.

Miłe, szczere, serdeczne słowa. Właśnie tego boję się najbardziej. Pierdol się, Królu Edwardzie. To wszystko twoja wina. Dobrze, że w pakamerze nie ma lustra. Wolę nie wiedzieć, jak teraz wyglądam. Jak pobojowisko. Nie ma na tym świecie ani jednego człowieka, któremu by ciebie brakowało. Nawet twoim własnym dzieciom. Zamiast wyłączyć komputer i uciec, zmuszam się do przeczytania wszystkich siedmiu e-maili od Gavina – nie raz, lecz kilkakrotnie. Kiedy kończę, jego słowa nie wydają się już tak groźne, a moje dłonie przestają się trząść. Jak to możliwe, że tak bardzo mu na mnie zależy? Przecież ledwo mnie zna. Poprawka: nie zna mnie wcale. A jednak mnie też na nim zależy, chociaż wcale go nie znam. To, jak mnie uratował... Nie mam nic przeciwko tej kropce, którą zawsze stawia po inicjale, bardzo ją lubię. Lubię też jego wulgarny adres e-mail, i dwa asteryski przed jakimś słowem i po nim, które wstawia dla podkreślenia. „Dowiedziałaś się czegoś o mnie?” Co chciał przez to powiedzieć? Co robić? Nie mam nikogo, kogo mogłabym zapytać, kto udzieliłby odpowiedzi. Kiedyś chciałam zwierzyć się Melissie. Wyznałabym jej wszystko, ale stwierdziła, że nie będzie już dłużej moją powiernicą. Nie przychodzi mi do głowy nikt, kto zechciałby ze mną podyskutować na temat zmieniającego się stylu mężczyzny, który jako Pan Cycki poszukuje w sieci anonimowej fizycznej przyjemności. Gdybym choć raz zebrała się na odwagę, żeby komukolwiek o tym powiedzieć, nie otrzymałabym w zamian przydatnej analizy, tylko solidną porcję śmiertelnie nudnego potępienia: od moich koleżanek, brata, od rodziców; i od Adama, jeśli usłyszawszy całą prawdę, wciąż chciałby ze mną rozmawiać, zamiast wyrzucić mnie z domu. Sophie i Ethan również zareagowaliby szokiem i obrzydzeniem, chociaż nie chcę o tym nawet myśleć. Mają dopiero dziesięć i osiem lat, ale wiedzą, czym jest zdrada, nawet jeśli nie rozumieją tego słowa. Moje dzieci. Które siedzą na dole. Które wierzą, że się nimi opiekuję, bo przebywamy razem pod jednym dachem, a ja jestem dorosła. Oczy zachodzą mi łzami, niemal się duszę. Zanim przestałam pisać do Gavina, bardzo często doznawałam tego uczucia, siedząc właśnie tu, przed komputerem: nagle docierała do mnie świadomość, że dzieje się coś strasznego – coś cennego zostaje nieodwołalnie zniszczone – a ja nie mogę nic poradzić, chociaż to wszystko moja wina. Nie mam nad tym kontroli. Cztery czy pięć sekund później oczy są suche i znów normalnie oddycham. Nie potrafiłabym przywołać tego uczucia nadciągającego nieszczęścia, nawet gdybym próbowała. Zupełnie jakby to w ogóle się nie wydarzyło. Zaciskam powieki, żeby nie widzieć komputera. Szkoda, że ktoś wynalazł Internet. Powtarzam sobie, że pod absolutnie żadnym pozorem, dla dobra mojej rodziny, nie wolno mi – n i e w o l n o – pisać do Gavina. Nie słyszę jednak własnego głosu, tylko głos Melissy, jej słowa zlane ze słowami wypowiedzianymi przez jasnowłosego policjanta, mimo że żadne z nich nigdy tak do mnie nie mówiło. Ich potępienie, chociaż wyimaginowane, to zbyt wielkie brzemię, żebym zdołała je udźwignąć. Ucieknę przed nim, jeśli całkowicie przestanę się z nim liczyć. Powinnam raz jeszcze przeczytać wiadomości od Gavina, zanim mu odpiszę – żeby ich znaczenie dotarło do mnie w pełni. Może coś przeoczyłam... Nie. Nie ma czasu. Adam wróci lada moment. A Gavin już dość się naczekał na wiadomość ode mnie. Może wciąż zależy mu na mnie równie mocno, jak wtedy, gdy wysyłał te maile; jutro może zmienić zdanie. Nie chcę odkładać tego na później. Otwieram ostatnią wiadomość i klikam „Odpowiedź”. Zesztywniałe palce zawodzą. Dopiero za trzecim podejściem udaje mi się napisać „Cześć, Gavin” bez żadnych literówek. A potem to kasuję i zaczynam inaczej: „Drogi Gavinie”. „Cześć” jest zbyt niedbałe. Wybacz, że odpisuję dopiero teraz. Aż do dziś przez ponad trzy tygodnie nie zaglądałam do tej skrzynki. Postanowiłam, że nie mogę dłużej ciągnąć naszej znajomości. Nie zrobiłeś nic złego, więc się tym nie zadręczaj, proszę. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale mam za sobą drobne przejścia z policją, po części związane z naszą relacją. To mną wstrząsnęło i straciłam resztki odwagi. Uznałam, że powinniśmy to zakończyć, zanim stanie się coś nieodwracalnego. W idealnym świecie bardzo bym chciała utrzymywać z Tobą kontakt. Dzięki Tobie pozostałam przy zdrowych zmysłach i doświadczyłam nieoczekiwanej przyjemności w najmroczniejszym okresie mojego życia. Ale to po

prostu niemożliwe. Raz jeszcze bardzo przepraszam. Życzę Ci jak najlepiej. N x Klikam „Wyślij”, drugą dłonią ocierając łzy. Stało się. Choć raz postąpiłam słusznie. Całe szczęście, że pragnienie zachowania się jak trzeba nie napada mnie częściej, bo czuję się, jakbym patroszyła sobie serce. „Najmroczniejszy okres mojego życia”. Czy nie przesadziłam? W lutym, za sprawą Króla Edwarda – a dokładnie Króla Edwarda VII – rozważałam samobójstwo. Przez kilka dni nie byłam pewna, czy nawet myśl o Sophie i Ethanie, pozbawionych matki, zdoła mnie zatrzymać na tym świecie. Już mam się wylogować z Hushmaila, kiedy w skrzynce odbiorczej pojawia się nowa wiadomość. Gavin. O Boże. Jezu, Boże. Oczywiście, że to on; nikt inny nie wie, że posiadam taki adres e-maila. Do Króla Edwarda pisałam z konta na Gmailu. Nie miałam pojęcia o istnieniu Hushmaila, dopóki nie odpowiedziałam na ogłoszenie Gavina, a on odezwał się do mnie z konta z tej domeny. Jakim cudem odpisał tak szybko? Czyżby od trzech tygodni i czterech dni ślęczał przed komputerem i czekał? Mam nadzieję, że nie. Niemal równie wielką, co nadzieję, że tak. Próbuję złapać mysz i niechcący zrzucam ją z biurka. Gdy kładę ją z powrotem na swoim miejscu, biorę głęboki wdech i otwieram wiadomość. Liczy zaledwie jeden wers: Powiedz coś więcej o tych przejściach z policją. G. Odpisuję równie zdawkowo: Nie. To było okropne przeżycie. Chcę je wymazać z pamięci. Nie podpisuję się jak zwykle „N x”. W ten taktowny sposób chcę zademonstrować, że nie jesteśmy już razem, jeśli kiedykolwiek byliśmy. Odpowiedziałam mu, ale to jeszcze nie znaczy, że wróciłam do naszej korespondencji, a ta wymiana wiadomości nie ma żadnego związku z seksem. Gavin jest po prostu wścibski; odpuści, kiedy zobaczy, że to nie działa. W skrzynce odbiorczej pojawia się kolejny e-mail. Otwieram go. No dobrze, czyli miałaś spięcie z policją i doszłaś do wniosku, że nie możesz już do mnie pisać – w porządku (czy raczej będzie w porządku, jeśli zdołam ogarnąć związek). Więc skąd dzisiaj ta zmiana? Właśnie wypuścili Cię z aresztu? G. Uśmiecham się wbrew sobie. A zatem Gavin ma poczucie humoru. Czy to źle? Nie każdy uroczy, zabawny facet jest zły. Na przykład Adam. Moje palce unoszą się nad klawiaturą. Chcę odpowiedzieć, ale jak wytłumaczę, że odpisuję już drugi raz, skoro w rzeczywistości pragnę to zakończyć? Czy Gavin sądzi, że jeśli będzie omijał erotyczne podteksty, to uznam, że jednak mogę z nim korespondować? Co będzie z tego miał, jeśli przestaniemy uprawiać cyberseks? A ja? Nie szukam platonicznej znajomości z Gavinem. To byłoby okropne. Jeśli muszę wybierać, jak go stracić – a najwyraźniej muszę – to wolę nagłe i oszałamiające rozstanie od powolnego oddalania. Piszę: Nie siedziałam w areszcie. Natknęłam się dziś na tego samego policjanta i przypomniałam sobie, że to przez niego zerwałam kontakt z Tobą. Doszłam do wniosku, że jestem Ci winna wyjaśnienia. Tyle. Proszę, przestań do mnie pisać. W moim przypadku wszystko albo nic, a ja muszę wybrać nic. Jeszcze raz bardzo przepraszam. N x Klikam „Wyślij”. Koniec. Wyloguj się, Nicki. Dlaczego jeszcze tu siedzisz i wpatrujesz się w skrzynkę odbiorczą? Jak bardzo będziesz

to przeżywać, jeśli Gavin nie odpisze od razu? Więc po co kazałaś mu przestać? Po kilku sekundach przychodzi odpowiedź. Zgadzam się: jesteś mi winna wyjaśnienia. Co zaszło z tym policjantem? Za pierwszym i za drugim razem. Wszystko albo nic to dobra zasada – a skoro zdradziłaś mi już część tej historii, to teraz musisz opowiedzieć całą resztę. G. Teraz bardziej przypomina Gavina, którego znam: beznamiętnego. Wydającego polecenia. Wzbiera we mnie podniecenie. Prostuję się na krześle. Powiedzieć mu? Jeśli tego nie zrobię, nigdy tak naprawdę nie zrozumie. Czy zdołam się zmusić, żeby opisać mu w e-mailu, co zaszło? Na samą myśl dostaję gęsiej skórki. Klikam „Odpowiedź” i aż podskakuję, gdy na dole rozlega się huk zatrzaskiwanych drzwi. – Dzieciaki! – krzyczę. – Nie trzaskajcie drzwiami! – To nie dzieciaki. Wybacz. Adam. Cholera. Zamieram z przerażenia i dopiero po paru sekundach jestem w stanie się poruszyć. Kładę dłoń na myszy. – Już schodzę! – wołam. Błagam, tylko nie wchodź na górę. Co zrobi Adam? Nadstawiam uszu, trzymając kursor tuż nad przyciskiem „Wyloguj” w górnym prawym rogu ekranu. Błagam, idź do kuchni, Adamie. Wystarczy mi parę sekund... Słyszę skrzypienie drzwi – pewnie do salonu – a potem Adam podejmuje próby nawiązania rozmowy z dziećmi. Poddaje się po minucie. Wstrzymuję oddech, nasłuchując kroków na schodach. Nic. Pewnie poszedł do kuchni albo do łazienki. Nie wiesz tego. Wyloguj się. Nie ryzykuj. Piszę: Muszę lecieć. Może potem Ci wyjaśnię. Ale niczego nie obiecuję. Cześć. N x Klikam „Wyślij”, a potem „Wyloguj”. Następnie wchodzę w ustawienia przeglądarki, wybieram „pokaż całą historię” i kasuję wszystkie wejścia na Hushmaila. Co za szczęście, że mogę. To taki sieciowy odpowiednik kilku zdrowasiek i odpuszczenia grzechów. Dziękuję ci, technologio. Co teraz? Nie potrafię zebrać myśli. Ach tak, już wiem. Yahoo Mail, moje poważne konto e-mailowe. Właśnie otwieram wiadomość od mamy, kiedy do pakamery wchodzi Adam. – Cześć, skarbie. Jak ci upłynął dzień? – Świetnie, dzięki. A tobie? – Czemu świetnie? – Cóż, tak naprawdę... nie do końca świetnie. – No dalej, mózgu, bierz się do roboty, do jasnej cholery. Nie mam żadnych powodów do radości, przynajmniej oficjalnie. Muszę o tym pamiętać, najlepiej do końca swoich dni. To dobry znak, że po trzech tygodniach i czterech dniach poprawnego zachowania tak bardzo opuściłam się w kłamstwie. Nie zamierzam znowu okłamywać Adama. Nie chcę. – Musiałam cztery razy jechać do szkoły i z powrotem – wyjaśniam. Na ekranie wyświetla się e-mail od mojej matki z pytaniem, kiedy znowu się spotkamy. Nie ma tam nic, co chciałabym ukryć przed mężem, ale... Powinnam czuć większe wyrzuty sumienia z powodu tej korespondencji niż tej z Gavinem. Skoro już robię listę ludzi, z którymi zrywam kontakt, moi rodzice z pewnością zasłużyli na miejsce na samym szczycie. Tyle że ty wcale nie zrywasz z nikim kontaktu, prawda? Nigdy tego nie zrobisz.

Dlaczego nie słyszałam Adama na schodach? Przecież mógł mnie bez trudu przyłapać na gorącym uczynku. Ale nie przyłapał. Nabroić i nie ponieść za to żadnych konsekwencji: żadne uczucie nie może się z tym równać.

Damon Blundy I kto tu nie potrafi przegrywać, Keiranie? We wczorajszym wydaniu „The Times” Keiran Holland w y j a ś n i ł, dlaczego jego zdaniem okryty niesławą biegacz Bryn Gilligan nie zasługuje i nigdy nie zasłuży na drugą szansę. Przeczytawszy kazanie, które palnął w tej kwestii, i uznawszy je za trudne do przełknięcia, zarówno w sensie intelektualnym, jak i trawiennym, chciałbym zaproponować Hollandowi jeden z najwspanialszych darów, jaki człowiek może podsunąć bliźniemu swemu. Czystym zbiegiem okoliczności jest to dokładnie ów dar, którego on sam odmawia Gilliganowi: druga szansa. Keiranie, z pewnością wstydzisz się tego, co napisałeś, więc może weź tydzień wolnego, żeby odświeżyć sobie cykl o Jeevesie i Woostersie, a potem z pełnym błogosławieństwem użyczę ci swojej kolumny. Wykorzystaj ją mądrze. Mam przez to na myśli biadanie nad etyczną zaćmą, która mąciła Twój wzrok w dawnych, złych czasach (w c z o r a j, d z i ś r a n o), kiedy to byłeś nieszczęsnym tworem opinii publicznej. Moi stali czytelnicy wiedzą wszystko na temat Bryna Gilligana, jako że k i l k a k r o t n i e o nim p i s a ł e m. Gilligan został uznany winnym stosowania środków dopingujących. Choć z początku u t r z y m y w a ł, ż e j e s t n i e w i n n y, koniec końców p r z y z n a ł s i ę d o w s z y s t k i c h z a r z u t ó w i przeprosił. Nieco później złożył b a r d z i e j s a t y s f a k c j o n u j ą c e przeprosiny. Sportowy Sąd Arbitrażowy odrzucił wczoraj jego wniosek o zniesienie dożywotniego zakazu olimpijskiego. Keiran Holland uważa, że zakaz ten należy utrzymać, ponieważ „Jego skrucha jest ewidentnie nieszczera”. „Kara może wydawać się surowa, lecz niesłusznie”, zapewnia nas Holland. „Bryn Gilligan jest kłamcą i oszustem, do czego sam się zresztą przyznał”. W tym argumencie kryje się pewien szkopuł, który z miejsca dostrzeże każdy dumny posiadacz więcej niż jednej szarej komórki. Gdyby nie kłamstwa i oszustwa, jakich się dopuścił, Gilligan nie miałby za co przepraszać. Ludzie, którzy przepraszają, na ogół popełniają błędy, nierzadko nawet poważne. Skoro nie wolno nam przyjmować przeprosin z ich strony, ponieważ w przeszłości zrobili coś złego, to jaki jest sens w przepraszaniu kogokolwiek za cokolwiek? Czy w takim razie nie należałoby wprost zakazać skruchy? Keiran Holland nie podziela tego zdania. W przeciwnym razie być może darzyłbym go większym szacunkiem. Osobiście jestem wielbicielem wielowiekowej tradycji, zgodnie z którą człowiek przyznaje, że spieprzył sprawę, i obiecuje poprawę; szanuję jednak osoby konsekwentne w swych przekonaniach, jakkolwiek dziwaczne by one były. Keiran Holland nie zalicza się do tego grona. Jak zwykle nie przemyślał sprawy. W istocie Holland twierdzi, że oczekuje od Gilligana l e p s z y c h przeprosin, mniej „pokrętnych”. Życzy sobie czegoś czystego i wyjątkowego: skruchy najwyższych lotów. Czy wybaczyłby Gilliganowi i zaczął lobbować za zniesieniem zakazu, gdyby doczekał się z jego strony służalczego płaszczenia, którego tak bardzo łaknie? Nie – jak dowodzi jego odpowiedź na późniejsze, bardziej uniżone przeprosiny, którą można streścić następująco: „Teraz się kaja, bo zobaczył, że te pierwsze bzdury nie zrobiły na nikim wrażenia, dlatego musimy nadal przeganiać go w tę i z powrotem po rozgrzanych węglach aż po wsze czasy”. Zapominając, że nikt nie przepada za inspektorem Javertem z Nędzników, Holland nie wyjaśnia, dlaczego doskonale sformułowane przeprosiny za sportowe oszustwo i za niedopracowane przeprosiny są nie do przyjęcia, a jednocześnie upiera się, że te same doskonałe przeprosiny w y ł ą c z n i e za sportowe oszustwo byłyby idealne. Z logicznego punktu widzenia nie ma w tym krztyny sensu. Chociaż zgadzam się, że użycie przez Gilligana słowa „niedopatrzenie” w jego początkowym oświadczeniu na określenie szprycowania się niedozwolonymi substancjami przed każdym biegiem to, delikatnie mówiąc, wykręt – co napisałem t u t a j – to wprost nie mieści mi się w głowie, że Holland najwyraźniej nie ma pojęcia, dlaczego Gilligan, po tym jak jego grzechy wyszły na jaw, w pierwszej chwili zareagował tak niestosownie. Przeprosiny skompromitowanych celebrytów na ogół tak wyglądają, czyż nie? „Przepraszam, ale...”, kiedy nie może być mowy o żadnym „ale”; „przepraszam za rolę, jaką w tym odegrałem”, podczas gdy nikt inny nie odegrał w tym żadnej roli; „przepraszam, jeśli kogoś uraziłem” w sytuacji, kiedy jedynie osoby pod wpływem znieczulenia ogólnego nie poczuły się urażone tak bezsprzecznie nikczemnym występkiem. Za tym wszystkim stoi powód – tak oczywisty, że nie będę marnował czasu na wyjaśnienia. Niezmiernie mnie ciekawi, dlaczego Holland wykazuje się takim brakiem współczucia wobec Bryna Gilligana. Co w połączeniu przyjmowania niedozwolonych substancji i kłamstwa budzi w nim taki sprzeciw, skoro z żadnym z tych grzechów z osobna nie ma już podobnych problemów? Sam przez co najmniej pół roku z d r a d z a ł ż o n ę z Paulą Riddiough, byłą parlamentarzystką z Partii Pracy i sabotażystką edukacji jej jedynego syna (choć trzeba przyznać, że każdy ciepłokrwisty samiec uległby wdziękom ponętnej Pauli), a więc to nie nieuczciwość Gilligana tak bardzo przeszkadza Hollandowi. Ponieważ sam się jej dopuścił, można by po nim oczekiwać odrobiny pobłażliwości wobec współbraci w krętactwie. Miałem to nieszczęście żenić się dwukrotnie – z Księżniczką Wycieraczką i Doktor Despotką – i obydwie żony zdradzałem z radosnym zapamiętaniem typowym dla heteroseksualnego faceta. Smutna prawda jest taka, że człowiek, który poślubił piękną kobietę, musi liczyć się z tym, iż zawsze znajdzie się równie piękna bądź jeszcze piękniejsza, gotowa wziąć go w objęcia i tym wdzięczniejsza, że niebędąca jego żoną. A zatem... czy jestem wstrząśnięty do głębi, że Bryn Gilligan łamał zasady, by wygrywać biegi? Nie. Jak mógłbym, skoro sam je łamałem? Parafrazując znane porzekadło, czytałem wiadomości o odrażających występkach znanych ludzi, by mieć pewność, że nie jestem sam. W takim razie czy to dopingu Keiran Holland nie potrafi wybaczyć Gilliganowi? Nie, czego mogę dowieść. Holland zasiadał w jury kategorii fantastyka/horror w ramach tegorocznych B o o k s E n h a n c e L i v e s A w a r d s . Zwycięstwo jednogłośnie odniósł R e u b e n T a s k e r za powieść Głód i odraza, rozpoczynającą się zdaniem: „Każda przejrzysta miłość zawiera w sobie cząsteczki gnijącej nienawiści”. Obawiam się, że jedynie w fantastycznym świecie nawalonych, Reubenie. Nieprzemijające oddanie, jakim Tasker darzy marihuanę, stanowi tajemnicę poliszynela w świecie literatury, podobnie jak jego przekonanie, że narkotyki poszerzają jego wyobraźnię. Stwierdził publicznie, że bez nich chyba nie byłby w stanie napisać porządnej książki. Zakładając, że część lub cała reszta pozostałych tegorocznych kandydatów do nagrody w kategorii fantastyka/horror wykazuje

nudną wstrzemięźliwość w kwestii niedozwolonych substancji, czy oznacza to, że przyjmowanie przez Taskera narkotyków mogło mu zapewnić niesprawiedliwą przewagę nad konkurencją? Amoże powinien zwrócić nagrodę pieniężną, wystąpić ze zwieszoną głową w sesji zdjęciowej i szlochać zniesmaczonemu Piersowi Morganowi w mankiet? Czy Keiran Holland w ogóle miał taki dylemat? Czy z perspektywy czasu zaświtało mu w głowie, kiedy to wylewał swoje potępienie za pośrednictwem klawiatury, że sam zasiadał w jury, które przyznało prestiżową nagrodę osobie uzależnionej od niedozwolonych substancji? Zanim wszyscy rzucą mi się do gardła: tak, oczywiście, dostrzegam różnicę między tymi dwoma przypadkami – marihuana nie wpływa tak jednoznacznie na wydolność organizmu podczas zawodów jak substancja, którą zażywał Gilligan. Twórczość jednego prozaika może być napędzana narkotykami, drugiego kawą rozpuszczalną albo uderzeniem cukru po zjedzeniu paczki czekoladek Minstrels. Osobiście zasypiam w ciągu dziesięciu sekund po wypaleniu skręta, więc niezbyt by mi to pomogło w pisaniu, a jedyne, czego mi trzeba, abym mógł spłodzić nieskazitelne dzieło, które właśnie czytacie, to filiżanka mocnej herbaty. A zatem, owszem, jest różnica. Ale czy jest to różnica naprawdę istotna, skoro ktoś nie wierzy w przestrzeganie zasad tylko dlatego, że istnieją? Nie sądzę. Moim zdaniem to obłęd, że na gruncie zawodowego współzawodnictwa sportowcy podlegają zupełnie innym ograniczeniom niż pisarze i artyści. Co usprawiedliwia podobną rozbieżność? A co ciekawsze, co usprawiedliwia hipokryzję Keirana Hollanda? „Jest kłamcą i oszustem”. Tak, Keiranie – to cały Ty, prawda? (6 września 2011, „Daily Herald Online”)

2 PONIEDZIAŁEK, 1 LIPCA 2013 – Niż – rzucił funkcjonariusz Simon Waterhouse, po czym odwrócił się od czerwonych liter, które wymalowano czerwoną farbą na ścianie gabinetu Damona Blundy’ego. Od patrzenia na nie robiło mu się niedobrze. Odkąd zjawił się przy 27 Elmhirst Road, zdążył przeczytać te słowa ponad sto razy: JEST NIE MNIEJ MARTWY. – Niż? – powtórzył sierżant Sam Kombothekra. – Tak. Najważniejsze słowo. Nieme „niż”. Nie widzisz go. – Znaczy... – Sam podszedł do ściany, żeby przyjrzeć się z bliska. – A ty je widzisz? – Nie. – Simon uśmiechnął się, zauważając zmieszanie swojego przełożonego. – Bo go tam nie ma. Podobnie jak ciała Damona Blundy’ego, które zostało sfotografowane, zbadane i zabrane. Mimo to krzesło przy biurku wcale nie wydawało się puste; wciąż tchnęło wyraźnym wspomnieniem martwego człowieka. Idealna ilustracja morderstwa, pomyślał Simon: kogoś raz obecnego, kto teraz zniknął. Miejsce, w którym powinien się znajdować, jego namacalny brak. Simon widział świętej pamięci Blundy’ego tak wyraźnie, jakby ten wciąż spoczywał na krześle. Twarz owinięta taśmą pakową, nóż mocno przyklejony do ust... Obraz w umyśle Simona był równie jaskrawy jak brakujące „niż” na ścianie. Simona na ogół bardziej pochłaniało to, co działo się w jego wyobraźni, niż to, co widział naprawdę. Stracił zainteresowanie pozostawionymi w pomieszczeniu rekwizytami – ostrzałką, puszką czerwonej farby, pędzlem. Nawet fotografią, którą morderca przysłał Damonowi Blundy’emu, oraz hasłem zapisanym na kartce formatu A4 obok laptopa dla pewności, że policja znajdzie e-maila z załączonym zdjęciem... Simon mógł z radością rozmyślać całymi dniami nad znaczeniem tych dwóch powiązanych ze sobą dowodów, nie czuł jednak potrzeby, żeby znów na nie spoglądać. Po co marnować czas? Sam i reszta zespołu przetrząsali to, co widzieli jak na dłoni, podczas gdy on patrzył dalej i głębiej, próbując wydobyć z cienia ukryte motywy i urazy. – Rozumiem, co masz na myśli. „Nie mniej” sugeruje „niż”. – Samowi najwyraźniej ulżyło, że w końcu to rozgryzł. – Ale nie mniej martwy niż co? – zapytał Simon. – Ten, kto napisał te słowa, zna odpowiedź i wybrał kalambur, zamiast nas wtajemniczyć. Co oznacza, że chce, abyśmy albo sami do tego doszli, albo polegli na całej linii. Jeśli polegniemy, ujdzie mu to na sucho, udowodni, że jest od nas mądrzejszy. – A jeśli do tego dojdziemy? – Wtedy odpowie za morderstwo. – Może. Te wszystkie... dziwne szczegóły mogą być wskazówkami prowadzącymi do motywu zbrodni albo do czegoś na temat Damona Blundy’ego, choć niekoniecznie do tożsamości samego mordercy. – Żartujesz sobie, prawda? – Simon wskazał pokój – Tutaj motyw zbrodni będzie niepowtarzalny jak odcisk palca. Kiedy tylko odkryjemy dlaczego, dowiemy się też, kto go zabił. Ale kiedy? Simon już czuł palące zniecierpliwienie, choć to był dopiero pierwszy dzień śledztwa. Zawsze wpadał w paskudny nastrój, jeśli nie znał odpowiedzi, zwłaszcza w godzinach następujących bezpośrednio po morderstwie. Rozczarowanie, gdy zjawiał się na miejscu zbrodni i nie mógł od razu rozwikłać tajemnicy, poczucie porażki, strach, że nigdy nie dojdzie prawdy, jeżeli ta w ciągu pierwszych pięciu minut sama nie rzuci mu się w oczy... Trzymał się kurczowo nadziei, że pewnego dnia właśnie to się wydarzy, spełni się ów idealny scenariusz, o który zawsze się modlił: objawienie w tych pierwszych bezcennych chwilach, zanim więksi i mniejsi gracze zaczną zarzucać go swoimi kłamstwami. Podszedł do jednego z przepełnionych regałów Damona Blundy’ego, wyciągnął tom o jasnoniebieskim, miękkim grzbiecie – P.G. Wodehouse – po czym wsunął z powrotem na miejsce. – Morderca włożył w to mnóstwo czasu i wysiłku, obmyślił cały plan i wcielił go w życie – powiedział. – Jest dumny ze swojego dzieła. Nie chciałby, żebyśmy doszli samego motywu, nie odkrywszy sprawcy. Wtedy całe uznanie zgarnąłby Pan Anonim. – Więc chce, żebyśmy go złapali? – Aż tak bym tego nie ujął. – Simona zaniepokoiło, że Sam bierze jego pochopne przemyślenia za stwierdzenie faktu. Duma nie pozwalała mu powiedzieć: Nie wiem, czy mam rację, tak tylko spekuluję, dlatego zamiast tego

dodał: – Nie, on nie chce zostać złapany, ale jest na to gotowy. Nie zawracałby sobie głowy kalamburami, gdyby nie zamierzał dać nam szansy, chociaż szczerze wątpi, żebyśmy zdołali je rozgryźć. To dla niego żadna przyjemność wywieść nas tak w pole, jeśli rozwiązanie jest z góry przesądzone. – A czy nie wywiódłby nas w to pole z jeszcze większą łatwością, gdyby nie zostawił żadnych wskazówek? – zapytał Sam. Simon skinął głowę. Słuszna uwaga. – Tyle że on pragnie również uznania – zarówno dla swojego żalu, jak i sprytu. Może rzeczywiście chce, żebyśmy go złapali, tylko ja źle się do tego zabrałem, a wymknięcie się policji uważa za nagrodę pocieszenia. Albo obydwa rezultaty zadowolą go w równym stopniu, bo nie przegra. Albo okażemy się zbyt tępi, żeby zinterpretować jego wskazówki, i wtedy mu się upiecze – wielka stymulacja dla ego – albo zainteresowanie policji i mediów przyniesie mu pociechę, bez względu na to, czy chodzi o sprawę polityczną, czy osobistą. – Polityczną? – Sam wyglądał na zaskoczonego. – Czemu nie. Czytam felietony Damona Blundy’ego w „Heraldzie”. Następował na odcisk każdemu, komu tylko się dało: kobietom, żydom, muzułmanom, ateistom, prolifersom, lewicowcom, prawicowcom, dziennikarzom, właścicielom psów – do wyboru, do koloru. Ktoś będzie musiał przeczytać od deski do deski wszystko, co opublikował, razem z komentarzami internautów. Pewnie znajdzie się co najmniej pięćset osób, które przy tej czy innej okazji groziły, że go zabiją. – Założyłem, że chodzi o sprawę osobistą. Dziwaczne miejsce zbrodni... – Sam przeciągnął dłonią w rękawiczce po szafie grającej, która przed nim stała. Robiła wrażenie. Simon nigdy nie widział takiej z bliska. Gdyby był tu z nimi Sellers, pewnie zaproponowałby, żeby każdy z nich wybrał jakąś piosenkę. – A co jeśli te kalambury to tylko zasłona dymna? – zapytał Sam. – Może mają sprawiać wrażenie, że coś znaczą, chociaż tak naprawdę nie znaczą nic? Rozmyślnie zainscenizowane fałszywe znaczenie: od tej wizji Simonowi aż przewróciło się w żołądku. Nie był nawet w stanie wziąć takiej możliwości pod rozwagę, a co dopiero o niej dyskutować, musiał jednak przezwyciężyć swoją fobię i odpowiedzieć, skoro Sam poruszył ten temat. – Nie. Gdyby morderca chciał, żebyśmy szukali wiatru w polu, zostawiłby nam tylko jeden fałszywy kalambur – napis na ścianie albo zdjęcie... Jeden. Nie więcej. Farba, pędzel, ostrzałka... To za dużo na fałszywkę. Poza tym wiemy, że morderca pozostawił nam autentyczny trop: hasło do laptopa. Dzięki temu dostaliśmy się do poczty Blundy’ego. Morderca dał nam w ten sposób do zrozumienia, że był z Blundym na tyle blisko, by znać jego hasło. – Albo unieruchomił Blundy’ego na krześle i wyciągnął z niego hasło za pomocą noża – odparował Sam. – Możliwe. Aczkolwiek mało prawdopodobne. Morderca demonstruje, że to on jest tu specjalistą: od samego Blundy’ego, hasła do jego komputera, od powodów, dla których Blundy zasłużył sobie na śmierć. Popisuje się. Rozejrzyj się: cały ten pokój to pokaz samozadowolenia. On wie wszystko; my nie wiemy nic. Albo ona. – Sądzisz, że to kobieta? – A powiedziałem tak? Istnieje spore prawdopodobieństwo, że prędzej żona Blundy’ego będzie znała hasło, a nie ktoś inny, prawda? – Czyżby? – zapytał Sam. – Jeśli człowiek zabezpiecza hasłem dostęp do domowego laptopa, to czy przypadkiem nie chroni swojej prywatności przed osobą lub osobami, z którymi mieszka? – Kiedy będę mógł z nią porozmawiać? Sam spojrzał w stronę otwartych drzwi gabinetu. – Nawet nie mamy co próbować, dopóki nie będzie w stanie sklecić zdania. Hannah Blundy znajdowała się dwa piętra niżej, w piwnicy przerobionej na kuchnię połączoną z jadalnią. Towarzyszyła jej rzeczniczka rodziny. Hannah natknęła się na ciało męża o dziesiątej trzydzieści rano, kiedy niosła mu na górę kubek z herbatą, który nigdy nie dotarł do celu. Do tej pory nie zdołała się uspokoić na tyle, by wydusić z siebie coś użytecznego. Sądząc jednak po bałaganie panującym na podeście, najwyraźniej dotarła do szczytu schodów, przez otwarte drzwi gabinetu ujrzała Damona, martwego i przywiązanego taśmą do krzesła, i upuściła kubek tam, gdzie stała. Wstrząs. Albo coś, co miało uchodzić za wstrząs, zainscenizowane przez tę samą osobę, która z taką starannością zaaranżowała miejsce zbrodni. Simon bardzo chciał to wiedzieć.

– Jeśli Hannah Blundy spokojnie i metodycznie zamordowała swojego męża, po czym odegrała przed nami załamanie nerwowe... – Sam urwał i pokręcił głową. – Aktorstwem na takim poziomie niemal zasłużyłaby sobie na uniknięcie kary. Nie mówię tego poważnie – uściślił pośpiesznie. – Każdy potrafi zaszlochać i paść na podłogę – stwierdził Simon, choć w rzeczywistości nie mieściło mu się w głowie, że mógłby tak stracić panowanie nad sobą w miejscu publicznym, bez względu na to, jak bardzo by rozpaczał. – Zwłaszcza morderczyni otoczona przez policjantów i przerażona, że przejrzą jej grę. – Nie sądzę. Nie wyobrażam sobie Hannah Blundy w roli zabójczyni. – A ja tak. Gdybym miał teraz przyjąć zakład, obstawiłbym ją. – Z jakiegoś innego powodu poza tym, że jest żoną denata? – Nie spotkałem jeszcze innych podejrzanych, prawda? Sam poczerwieniał. Simonowi zrobiło się żal sierżanta. Za łatwo dawał się wyprowadzić z równowagi. – Prawdę mówiąc, nie chodzi o to. Ani o to, że Hannah Blundy jest żoną denata. – Więc o co? – Jest psychoterapeutką. Wyczytałem na jej stronie internetowej, że specjalizuje się w psychoterapii par i rodzin. – Widząc, że Sam chce zaprotestować, Simon dodał: – Tak, wiem, to jeszcze o niczym nie świadczy. Tyle że... postanowiła poświęcić życie pomocy ludziom nienawidzącym tych, których powinni kochać. Może też taka była – nienawidziła swojego męża, życzyła mu śmierci. – Sądzę, że to... zbyt daleko idący wniosek, wysnuty wyłącznie na podstawie jej zawodu – rzekł po chwili Sam. – Cóż, ale w kwestii brakującego słowa mam rację – odparł Simon, wracając na pewniejszy grunt. – Co mogłoby nastąpić po „niż”? Sam bezradnie wzruszył ramionami. – Liczba możliwości jest nieskończona. Jak możemy ją zawęzić? – Czyjeś imię. „Jest nie mniej martwy niż... Fred”. Przyjmijmy tak czysto teoretycznie. Co by to znaczyło? Że jest b a r d z i e j martwy niż Fred? Czy równie martwy jak on? Nie można być bardziej martwym – Simone odpowiedział sam sobie. – Jeśli chodzi o imię – Fred, Mary, jakiekolwiek – to mogłoby sugerować kolejne ofiary – powiedział Sam. – Każda nie mniej martwa niż poprzednia. – Tak. – Simon wolno pokiwał głową. – To mi pasuje. – Trochę. Nie za bardzo, nie na tyle, żeby się tego uchwycić. – A może chodzi o inne znaczenie: „Jest nie mniej martwy, niż był za życia”? To ma więcej sensu niż „bardziej martwy”. – Simonie, tu może chodzić o cokolwiek. – Wiem o tym. I znam również ten twój ton: więc może byśmy się tak poddali? – Nie, ja nie... – Musimy przemyśleć każdą opcję, jaka przyjdzie nam do głowy, wszystko i cokolwiek, co mogłoby nastąpić po „niż”. – Simon podszedł do biurka, po drodze potykając się o ostrzałkę. Była czarna, ciężka i równie dobrze sprawdziłaby się jako odbojnik do drzwi. – Zbyt wiele tego, żeby nie miało żadnego znaczenia – wymamrotał – ale może ma tylko j e d n o... Tak. Jedno. – Wyjaśnisz? – Wszystkie pozostawione przez mordercę tropy to różne ścieżki do tej samej informacji – rozmaite podpowiedzi. Cokolwiek znaczą ten bełkot na ścianie i zdjęcie, na którym mógł z łatwością pchnąć Blundy’ego nożem, lecz zamiast tego postanowił go nim udusić... Zostawił nam mnóstwo wskazówek, ale to w niczym nie przypomina krzyżówki, gdzie każde hasło ma doprowadzić do innej odpowiedzi. Wyobraź sobie krzyżówkę z polami od jeden do dwudziestu w poziomie oraz z polami od jeden do dwudziestu w pionie. We wszystkich czterdziestu przypadkach chodzi o to samo dziewięcioliterowe słowo, które próbujemy zgadnąć. – Dlaczego dziewięcioliterowe? – Strzelam – odparł niecierpliwie Simon. – Niech będzie ośmio- albo dziesięcioliterowe, jak wolisz. Chodzi o to, że twórca tej krzyżówki n a p r a w d ę chce, abyśmy odgadli odpowiedź – to dziesięcio-, dziewięcio- czy ośmioliterowe słowo, tak bardzo dla niego ważne. Uważa, że powinniśmy je poznać, ale też traktuje nas jak