wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 064 046
  • Obserwuję1 392
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 551 773

Souček Ludvík - Tajemnica ślepych ptaków 01 - Tajemnica ślepych ptaków

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Souček Ludvík - Tajemnica ślepych ptaków 01 - Tajemnica ślepych ptaków.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Souček Ludvík
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 28 osób, 22 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 192 stron)

Ludvik Soucek Tajemnica Ślepych Ptaków Przełożył: Andrzej Piotrowski

ZAMIAST WSTĘPU Polecenie redaktora naczelnego, abym na łamach naszego czasopisma przedstawił dzieje i przeżycia wyprawy doktora Kamenika, wprawiło mnie w poważne zakłopotanie. Przede wszystkim dlatego, że w ostatnich tygodniach i miesiącach napisano o niej setki, a może nawet tysiące artykułów i sprawozdań, poza tym radio i telewizja przyniosły obszerne i szczegółowe relacje. O ile mi wiadomo, w najbliższym, czasie na ekranach naszych kin pojawi się film, stanowiący montaż wielu dziesiątków zdjąć dokonanych przez sprawozdawców kroniki filmowej. Moje opory były tym bardziej zrozumiałe, że dziedziny nauki, do których rozwoju przyczyniła się zdumiewająca podróż czworga badaczy, w żadnej mierze nie wiążą się z zawodem dziennikarza. Jedynie rzadka łaskawość i uczynność dr. Kamenika spowodowała, iż odważyłem się podjąć próbę wywiązania się z powierzonego zadania i konsekwentnego opisania w kilku rozdziałach nie tylko przeżyć wyprawy, ale i wszystkich istotnych wydarzeń, jakie ją poprzedziły. Aby uniknąć ewentualnych niedokładności, za wiedzą redakcji rozstrzygnąłem sprawę jak król Salomon: nagrałem mianowicie na taśmę magnetofonową relacje wszystkich osób, które miały jakieś związki z wyprawą i mogły udzielić wyjaśnień dotyczących zwłaszcza zdumiewających czy też niemal niewiarogodnych punktów sprawozdań, analizowanych w tych dniach na łamach prasy fachowej i specjalistyczno-naukowej. Swoje uwagi i wyjaśnienia dodawałem jedynie tam, gdzie było to - moim zdaniem - niezbędne, zwłaszcza tam, gdzie moje łaskawe „ofiary” używały w toku pełnej emocji opowieści zupełnie niezrozumiałych wyrazów, odkrywających swoje znaczenie jedynie przy użyciu encyklopedii i słownika wyrazów obcych. Nie muszę chyba dodawać, że do poszczególnych relacji nie wprowadzałem żadnych zmian prócz drobnych poprawek językowych i stylistycznych, oczywistych w takich wypadkach. Starałem się też zachować specyficzny styl i charakter wypowiedzi każdego narratora. Uważam za miły obowiązek podziękować tym wszystkim, którzy umożliwili mi odpowiedzialne opracowanie serii trzydziestu jeden artykułów i dokumentów, a przede wszystkim profesorowi Sörenssenowi, kierownikowi katedry języka staroislandzkiego na uniwersytecie w Reykjavik. Jestem mu zobowiązany nie tylko jako dziennikarz, ale i jako gość - za niezwykle łaskawe i przyjazne przyjęcie, i to zarówno na terenie kierowanej przez niego placówki naukowej, jak i prywatnego mieszkania. Wszędzie tam, gdzie sprawozdanie moje dotyczy zagadnień istnienia żywych organizmów na innych planetach i innych problemów astrobiologicznych, korzystałem z pomocy zawsze chętnego i niestrudzonego informatora - docenta Holuba, kierownika

laboratorium astrobiologicznego Czechosłowackiej Akademii Nauk. Jego rozległa wiedza z dziedziny historii badania planet i znajomość teorii tej zupełnie nowej dziedziny nauki pozwoliły mi na rezygnacją z pomocy innych uczonych. Pierwszego pilota transatlantyckiego samolotu „Convair”, kursującego na stałej linii Kopenhaga - Tokio, kapitana Sigurdssona, jednego z najbardziej zasłużonych lotników towarzystwa „Scandinavian Airlines System”, nie udało mi się, niestety, spotkać osobiście, choć świadectwo jego w celu pełnego opisu wszystkich wydarzeń było niezwykle istotne. Spełnił jednak moją prośbę i opisał swoje przeżycia z „latającym talerzem” w obszernym liście, którego dosłowny przekład dołączyłem. Podziękowania moje należą się, oczywiście, przede wszystkim - bezpośrednim uczestnikom „przygody stulecia”, jak perypetie ekspedycji nazwał niedawno dziennik „New York Herald Tribune” - to znaczy dr. Kamenikowi, jego towarzyszowi, dr Bjelke, lekarzowi polikliniki w Hafnarfjordur (niemało włożyłem wysiłku, by nauczyć się tej nazwy na pamięć), fotografowi Alenie Kralównie i przewodnikowi górskiemu Leifowi Thorgunnowi, bez którego prawdopodobnie nikt by z krateru Sneffels nie powrócił, by opowiedzieć o swoich przeżyciach. Historyka literatury nie musiałem daleko szukać. Znakomitą znajomością twórczości Jules Verne’a - o którego mi przede wszystkim chodziło - pomagał mi malarz Kamil Lhotak. Mam nadzieję, że w ten sposób zadośćuczyniłem wszystkim obowiązkom, i proszę mi pozwolić, abym zakończył nieco zmienionym przysłowiem chińskim: „Wszystkie strony dodatnie tej opowieści przypiszcie tym, którzy wzięli udział w przedstawionych wydarzeniach, wszystkie zaś niedostatki autorowi, który nie potrafił swoim opowiadaniem przybliżyć się do atrakcyjności prawdziwego życia”. Praga, styczeń- sierpień 1962 DR LUDVIK SOUCEK

Część pierwsza PRAGA z jednym jedynym wyjątkiem

ZACZYNA DOKTOR KAMENIK Już tu, na samym początku, niech pan, redaktorze, od razu napisze, że przypadki to bzdura. To znaczy - przypadkiem może panu spaść na głowę gont z dachu, to możliwe, ale przypadkiem nikt nic nie wynalazł, nie odkrył, ani - za przeproszeniem - nie spartolił. Po co to panu mówią? Otóż czytałem przed dwoma tygodniami w jakiejś gazecie, już nie pamiętam w jakiej, być może w „Timesie” albo w „Observerze”, ale z całą pewnością w angielskiej, artykuł pana kolegi po piórze. O mnie. Rozumie pan, że mnie to zainteresowało, człowiek chętnie się czegoś o sobie dowiaduje - oczywiście, jeśli to ma głowę i nogi. Artykuł ów nie odpowiadał tym warunkom. Nazwano mnie w nim „rycerzem przypadku”... Jaki tam ze mnie rycerz, panie redaktorze, a przede wszystkim: gdzie tu przypadek? Nie ma mowy o przypadku - niech pan to, bardzo proszę, napisze i trzy razy podkreśli! Właściwie to nawet spotkanie z doktorem Bjelke nie było przypadkowe. Przejeżdżał przez Pragę w drodze na odbywający się w Wiedniu kongres psychiatrów, pielęgnował w sobie dobrze już zastarzałe zapalenie wyrostka robaczkowego, o którym - rzecz zupełnie zrozumiała - jako lekarz doskonale wiedział, ale mówił sobie tak jak każdy lekarz, że jeszcze jakoś wytrzyma, no i w Pradze wynieśli go na noszach z wagonu i błyskawicznie przewieźli do szpitala. A że mu wyrostek pękł, to też nic w tym dziwnego - gdy mu go po dwu godzinach usunąłem, wyglądał jak szmatka i pęknąć musiał, rozumie pan? A że operowałem właśnie ja? Któż inny mógł mieć dyżur w sobotę wieczorem? Młodsi koledzy jeżdżą do swoich domków weekendowych, tańczą te, jak się one nazywają, madisony i twisty - a Kamenik pracuje, aż się kurzy. Ale to nic! Cóż zresztą miałbym robić? W szpitalu bywa nocą spokój, mogę sobie coś poczytać, wiele spraw przemyśleć, a gdy przychodzi pacjent i trzeba go zoperować, to go operuję pięknie, spokojnie i bez pośpiechu, tak jak to lubię. No i niech pan sam powie: gdzie tu miejsce na przypadek? Szczerze mówiąc, wiele pociechy to z nowego pacjenta nie miałem. Lekarze to bowiem najgorsi pacjenci pod słońcem: nie słuchają, wstają z łóżek, mają mnóstwo własnych pomysłów i sposobów leczenia, które na ogół różnią się niemal zawsze od moich - krótko mówiąc: jesteśmy najszczęśliwsi, kiedy pacjentowi-lekarzowi wypisujemy zwolnienie ze szpitala i kiedy się za nim uroczyście zamyka brama. A Bjelke był nie tylko lekarzem, ale i cudzoziemcem, Islandczykiem. Nigdy w życiu nie widziałem jeszcze żywego Islandczyka nawet z daleka, a cóż dopiero od środka, na stole operacyjnym, ale to nie ujmowało mi wcale tremy, jaką zawsze w takich wypadkach

odczuwam. Rozumie pan, że zależy nam na dobrym imieniu czeskiej medycyny, staramy się wszystko robić jak najlepiej, złości nas każdy nadtłuczony garnuszek na herbatę, popędzamy siostry i salowe, aby szanowny gość z zagranicy widział, że wszystko potrafimy... co tam zresztą będę panu opowiadał! Przez pierwsze dni po operacji doktor Bjelke zachowywał się - wiadoma rzecz - zupełnie spokojnie, tak jak wszyscy inni pacjenci, grzecznie pił herbatę i ilekroć musiał przewrócić się na drugi bok, pojękiwał troszeczkę, ale już w środę wieczorem przyczłapał do mnie do pokoju lekarzy. Widać było, że się nudzi. Początkowo chciałem go przepędzić na salę, ale po chwili zrobiło mi się go żal, usadowiłem go więc w fotelu, obłożyłem swoimi poduszkami, a sam usiadłem na łóżku - z niedobrymi przeczuciami co do przebiegu naszej rozmowy. Islandzkiego ani duńskiego w szkole mnie nie uczono. - How are you, doctor? - zapytałem, jak mu się powodzi. - Well - odpowiedział, że dobrze, ale skoro go tylko usłyszałem, wiedziałem, że po angielsku się nie dogadamy. Wymawiał angielskie słowa starannie jak na ćwiczeniach fonetyki w szkole - a to jest zawsze świadectwem słabej znajomości języka. Po angielsku trzeba mamrotać, jakby się miało w ustach gorący kartofel - ale proszę mi wybaczyć, redaktorze, że odbiegłem od tematu. Krótko mówiąc: zostaliśmy obydwaj przy języku niemieckim i jakoś to szło. Zapytałem go - to pytanie zadaje się zawsze każdemu cudzoziemcowi - jak mu się podoba Praga, on zaś odpowiedział bardzo uprzejmie, że ogromnie, a ja za chwilę miałem ochotę wymierzyć sobie kilka porządnych kuksańsów, bo uświadomiłem sobie, że przy czterdziestostopniowej gorączce widział z całej Pragi jedynie szklany strop hali dworcowej na Głównym. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię, tym bardziej że Bjelke jest psychiatrą i w jego obecności człowiek ma wrażenie, iż jest badany, że poddawany jest ocenie jego stan psychiczny, inteligencja i Bóg jeden wie co jeszcze. Bjelke zresztą tak właśnie wyglądał - miał czarne oczy, śniadą cerę, raczej Włoch niż Nordyk, drobny, szczupły - zupełnie nie przypominał jasnowłosych piegowatych olbrzymów, jak ja sobie zawsze Islandczyków wyobrażałem. Na szczęście bardzo szybko zagadaliśmy to wszystko, bo Bjelke zauważył na stole pudełko z moimi chrząszczami. Rozumie pan, każdy z nas ma jakiegoś konika. A ja już od lat gimnazjalnych namiętnie kolekcjonuję chrząszcze. Najpierw zbieraliśmy z Józkiem - to taki jeden kolega, dzisiaj jest dyrektorem fabryki gdzieś w Słowacji - wszystko, co w Roztokach i Selczy łaziło, biegało i wspinało się na sześciu nogach. W miarę upływu czasu stwierdziłem, że nie dam

rady zebrać pół miliona opisanych do tej pory gatunków chrząszczy, choćbym nawet żył tysiąc lat, a po dalszych kilku latach - mniej więcej wtedy, kiedy robiłem doktorat - wyzbyłem się nadziei i na tych siedem tysięcy gatunków, jakie żyją w naszym kraju. Niech pan sobie wyobrazi, panie redaktorze, że za tą bestią, za Helophorem, który nie ma nawet pół milimetra długości, chodziłem cały tydzień i o mało się przy tym nie utopiłem. W tym miejscu doktor Kamenik opisywał interesujące przygody ze swojej praktyki kolekcjonera. Ze względu jednak na to, że nie mają one bezpośredniego związku z naszym tematem, musieliśmy część wywiadu opuścić. Przyp. red. W końcu pozostałem więc przy swoich Leptoderinach, chrząszczach jaskiniowych. Nie ma ich wiele - zaledwie jakieś pięćset gatunków - ale nie uwierzyłby pan, jakie są zajmujące! Gdzie tam do nich bogatkom, jelonkom, cieślom i wszystkim innym entomologicznym „asom”. Rozumie się, że nie odznaczają się specjalną urodą, nie są też olbrzymami, największy, noszący nawet miano: giganteus, czyli ogromny, ma równo osiem milimetrów, ale komu sio nie podobają, nie musi ich zbierać. A mnie się podobają! No i kolega Bjelke zauważył pudełko, w którym właśnie znajdowały się nowe nabytki z letniego pobytu we Włoszech, z jaskini na Cima Mandriola, przygotowane do klasyfikacji i opisu. Kamień spadł mi z serca! Miałem już o czym mówić, no i opowiadałem o nich tyle, jakbym zamierzał mu to pudełko sprzedać. Właściwie to nie o nich - o nich tak wiele nie mówiłem, cóż bowiem można opowiedzieć laikowi o chrząszczach, skoro jeden jest dlań podobny do drugiego i jeden od drugiego szkaradniejszy: nożasty, niemal biały - ale o swoich łowieckich przygodach. O tym można by mówić przez całe tygodnie. Zupełnie zapomniałem, że mam do czynienia z chorym człowiekiem. W myślach odbywaliśmy podróże po Europie: biegaliśmy z olbrzymiej jaskini Vjeternice w Hercegowinie do Siedmiogrodu, następnie do Bałkańskiego Krasu, do zagadkowych labiryntów jaskiń w południowej Francji z rysunkami praludzi i z powrotem do naszego Morawskiego Krasu, do Macochy, i wreszcie do najgłębszej czechosłowackiej przepaści, do Barazdalaśe w Słowacji. Z pewnością stanowiło to dla doktora Bjelke niemały wysiłek. Dość późno zauważyłem, że jest blady i nieznacznie trzyma się za brzuch - krótko mówiąc: przesadziliśmy. Własnoręcznie odwiozłem go automobilem - tak nazywamy nasze szpitalne trzykołowe wózki - do pokoju i wymyślałem sobie, że też coś takiego mogło mi przyjść do głowy. Tej nocy odwiedziłem miłego kolegę przynajmniej pięć razy. No, nic mu się nie stało - spał jak suseł. Kamień spadł mi z serca.

Po trzech dniach już go wypisywaliśmy. Pod śniadą opalenizną kryła się jeszcze bladość, ale wszystko poza tym było w zupełnym porządku: rana zagojona, szwy zdjęte - krótko mówiąc: pacjent pierwsza klasa! Chciał zdążyć przynajmniej na zakończenie kongresu i uprosił ordynatora, aby go o te kilka dni wcześniej zwolnił - za rewersem. Przyszedł do mnie na salę, gdy myłem się właśnie przed operacją. Stojąc na progu dziękował mi i jakby mimochodem powiedział, że ma tam u siebie, w Islandii, w Hafnarfjordur - to ci dopiero nazwa, nie? - przyjaciela, znanego przewodnika po górach i jaskiniach, i że zapyta go o jakieś chrząszcze dla mnie. I już go nie było. Nie zdążyłem mu nawet powiedzieć, aby nie zawracał sobie tym głowy, że nie jest to aż tak istotne. Prawdę mówiąc, nie wziąłem tej obietnicy poważnie. W większości wypadków chorzy po operacji bardzo dziękują, a na ulicy to nawet pana nie poznają. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, wcale nam to nie przeszkadza i nie oczekujemy żadnych podziękowań za swoją pracę. Ja sam też nie kłaniam się do ziemi, kiedy mi śmieciarz wypróżni pojemniki na śmieci albo dozorca zamiecie przed domem. Każdy robi to, co potrafi, a jeśli tkwi w nim odrobina przyzwoitości, robi to najlepiej, jak potrafi. Ale oto co się zdarzyło: za miesiąc, może za dwa, przyszła bardzo elegancko zapakowana i zapieczętowana paczuszka z ogromną ilością znaczków i pieczęci. Z Islandii... Opakowanie ze znaczkami natychmiast zagrabił kolega Rużek, zagorzały filatelista, a dla mnie pozostało pudełko. I lepiej na tym wyszedłem. Ułożono tam pięknie i fachowo - w delikatnych trociczkach skropionych odrobinę kreozolem - najbajeczniejsze okazy: kilka malutkich, niezwykle cennych przedstawicieli rzędu Leptoderina, niewiele większych od mrówek, jeden Astagobius i wreszcie na samym spodzie „złoty gwóźdź” - nie znana dotychczas odmiana Speleoplana, słowem: wystarczająca ilość materiału do szczegółowych studiów. W miesiąc po tym ukazał się, proszę: oto „Pismo Towarzystwa Entomologicznego”, tu, na pierwszej stronie, artykuł: „Osiągnięcie czeskiego kolekcjonera”. Ten kolekcjoner, proszę pana, to ja. A ten chrząszcz na rysunku to Speleoplanes giganteus var. Kam. To Kam. - to od mojego nazwiska... Krótko mówiąc: Bjelke odwdzięczył mi się po królewsku. Na szczęście udało mi się jeszcze wydrzeć Rużkowi skrawek opakowania z adresem nadawcy i dzięki temu mogłem mu nie tylko podziękować, ale także posłać różne książki o Czechosłowacji, o Pradze, piękny drewniany czerpak z ludowym ornamentem i inne drobiazgi. On mi się rewanżował publikacjami o Islandii, pantoflami ze skóry renifera - mam je na nogach, pewnie pan zauważył - najbardziej niecierpliwie jednak oczekiwałem zawsze małego drewnianego pudełeczka z chrząszczami. I przyznać muszę, że nigdy nie czekałem długo. Leif Thorgunn,

tak nazywał się przyjaciel doktora Bjelke, był tak gorliwym zbieraczem, iż podejrzewałem go, czy aby nie przeszedł na wiarę chrząszczy. Przynajmniej raz w miesiącu coś tam znajdował - wprawdzie już nie nowe gatunki - byłoby zgoła nieskromnością coś takiego wymagać - ale mimo to moje zbiory znacznie się wzbogaciły, zainteresowało się nimi Muzeum Narodowe i przyszedł je obejrzeć pan profesor Obenberger. Poklepał mnie po ramieniu i stwierdził, że jaskinie Islandii mam najpełniej reprezentowane spośród wszystkich europejskich zbieraczy i że jeśli następnym razem ten doktor Bjelke dostanie w Pradze zapalenia wyrostka robaczkowego, to abym go łaskawie odstąpił preparatorowi Muzeum Narodowego. On to też potrafi niezgorzej usuwać, no a muzeum zyska wspaniałe nabytki. Musi pan wiedzieć, że od razu napisałem o tym doktorowi Bjelke: aby przekonał się, że przyjaźń potrafimy cenić. Pewnego jednak razu rozpakowawszy pudełeczko osłupiałem i siedziałem nad nim bezradnie. W trociczkach leżały - jak zawsze do tej pory - Leptoderiny, dziesięć sztuk, ale już gołym okiem spostrzegłem, że są wśród nich osobniki czterech różnych wielkości. Oznaczenie miejsca znalezienia było jednak to samo: Sneffels. Coś mi się tutaj nie zgadzało! To po prostu nie mogła być prawda! Ach tak, pan nie rozumie, redaktorze. No to musze, panu zrobić w kilku słowach wykład z entomologii. Wie pan z pewnością przynajmniej tyle, że chrząszcz nie rośnie jak dziecko, że się przepoczwarzą i zmienia, ale kiedy już jest dojrzałym drągalem, nie urośnie ani na włos. Jeśli więc spotka pan kiedy na miedzy dwa czarne chrząszcze, jednego większego, drugiego zaś trochę mniejszego, niech pan pamięta, że to nie tata z synem wyszli na przechadzkę, ale że spotkały się przypadkiem dwa zupełnie różne gatunki, może tego samego rodzaju, ale na pewno nie z jednej rodziny. My odróżniamy gatunki na podstawie każdego milimetra, a u tych brzdąców różnicę stanowi nawet pół milimetra. I nigdy się nie mylimy. Cóż jednak z tego, dlaczegóż nie miałoby żyć obok siebie kilka gatunków chrząszczy różniących się rozmiarami - doprawdy, dlaczegóż by nie? Oczywiście, panie redaktorze, i to jest istotne: nie w przypadku Leptoderinów! W każdej jaskini żyje tylko jeden, najwyżej - i to już wyjątek - dwa gatunki. Trzy - nigdzie na świecie. Może mi pan wierzyć, łapię chrząszcze pod ziemią już prawie dwadzieścia lat. Istniało kilka możliwości. Albo nieznajomy przyjaciel i dobroczyńca Thorgunn pomylił coś i umieścił w jednym pudełku okazy znalezione w różnych miejscach, albo też ów „Sneffels” - Bóg jeden wie, co to takiego, wówczas jeszcze tego nie wiedziałem - to takie miejsce, gdzie nie obowiązują prawa entomologii. Jeśli tak, to znajdowałbym się na tropie jeszcze większego odkrycia niż Speleoplanes giganteus var. Kam.

Trzeciej możliwości, iż nie są to wcale gatunki, ale coś całkiem innego, nie dopuszczałem wtedy nawet we śnie. Tłumaczy mnie trochę fakt, że nie pomyśleli o tym także panowie z Towarzystwa Entomologicznego, którym chrząszcze pokazałem, nie zdradzając im jednak, skąd je mam. To oczywiście już przejaw ostrożności idiotów, którym wydaje się, że są na tropie odkrycia... Szczyt wszystkiego miał dopiero nastąpić, kiedy po jakimś czasie przyszedł znowu „Sneffels” z czterema Leptoderinami: trzy z nich należały do gatunku nadesłanego w ostatniej przesyłce, czwarty zaś do innego, różniącego się rozmiarami gatunku, czyli - ogólnie rzecz biorąc - do piątego. Zupełnie zrozumiałe, że miałem zamiar natychmiast napisać do doktora Bjelke, przedstawić mu całą tę historię i poprosić o sprawdzenie miejsc znalezienia chrząszczy i o bliższe szczegóły. Nim jednak ze względu na nawał zajęć i najrozmaitsze sprawy zabrałem się do tego pewnego wieczora, zadzwonił dzwonek u drzwi i na progu stanął sam doktor Bjelke. Uściskałem go, jakby należał także do plemienia słowiańskiego o czułym sercu, a nie był Islandczykiem, ale nie wziął mi tego za złe. Wprost przeciwnie - ucieszył się, że mnie widzi i że mi może opowiedzieć więcej, niż się da w listach napisać, i to listach dość często podróżujących z Pragi do Islandii i z powrotem. Tym razem przyjechał wprost do Pragi. - W klinice psychiatrycznej - mówił - udoskonalono jakąś aparaturę służącą do badania uszkodzeń mózgu, ulepszony elektroencefalograf, i islandzkie Ministerstwo Zdrowia posłało właśnie doktora Bjelke, aby na miejscu zaznajomił się z działaniem urządzenia, przyjrzał się mu i nauczył z nim obchodzić, a jeśli okaże się przydatne - zakupił dla kliniki w Reykjavik. Pobyt jego miał trwać dwa miesiące. Natychmiast zrezygnowaliśmy telefonicznie z pokoju hotelowego, który doktorowi Bjelke przydzielił „Cedok”, ja przeprowadziłem się z łóżka na tapczan i rozpoczęliśmy wspólne życie. Jak każdy porządny stary kawaler miałem w domu jakiś tam rondel, korkociąg, kubeczki na herbatę i popielniczkę. Nic więcej nie potrzebowaliśmy. Bjelke był zadowolony, a ja miałem przed sobą całe dwa miesiące towarzystwa wspaniałego człowieka. W trzy dni później siedzieliśmy pod wieczór na tarasie petrzyńskiego „Nebozizka”. Była wiosna, strahowski park kwitnął, Praga pod nami leżała w półmroku i tylko wieże wynurzały się z tej lekkiej mgły unoszącej się znad Wełtawy - proszę mi wierzyć, panie redaktorze, że taki widok chwyta za serce nawet urodzonego prażanina, który do takich widoków jest przyzwyczajony, a cóż dopiero cudzoziemca! Bjelke, chociaż widział Londyn, Rzym, Paryż i inne miasta Europy, był wzruszony. Nie mógł wyjść z podziwu, a ja mu oczywiście w tym

nie przeszkadzałem, nawet kiedy zaczęło mi być porządnie zimno. Jemu nie - rozumie pan: Islandczyk! W szczerej rozmowie podziękowałem mu naprawdę z całego serca za jego przyjaźń i upominki. Machnął tylko ręką. Mogę przecież - nie jemu, ale jego ojczyźnie - łatwo się odwdzięczyć: niechaj po prostu napiszę - kiedy uznam, że mam wystarczającą ilość materiału porównawczego - książkę o chrząszczach jaskiniowych Islandii. Bjelke postara się o jej wydanie w Reykjavik - i rachunki między nami zostaną wyrównane. Jednym słowem - proponował mi i nadal ofiarowywał swoją przychylność i życzliwość. Propozycję - oczywiście - odrzuciłem. Nie - czułem się dostatecznie przygotowany do takiego zadania i nie wydawało mi się to uczciwe. - Nie ma o czym mówić! Postąpiłbym podobnie jak Jules Verne, który - nie będąc nigdy w Islandii - napisał o niej całą książkę: „Wyprawa do wnętrza ziemi”. Bjelke machnął ręką. - Jyrry - mówił mi po imieniu, tylko że nie potrafił wymówić poprawnie czeskiej formy imienia Jerzy: Jifi - ty się ciągle nie doceniasz. Kompleksy, świetnie to rozumiem, jestem przecież psychiatrą. A jeśli idzie o Verne’a, to też nie masz racji. Islandię bowiem odwiedził, wiem o tym z całą pewnością. Nic podjąłem sporu, ale myśl ta nie dawała mi spokoju. Verne - mój ulubiony pisarz - w Islandii? Nie czytałem o tym nigdy i nigdy nie słyszałem. Bjelke jednak nie wracał już więcej do tej sprawy. Patrzył, jak zapalają się światła Pragi, jak odbijają się w Wełtawie i załamują na jazach, słuchał śpiewu ptaków w gałęziach pobliskich drzew i milczał. Był to wyjątkowo piękny wieczór, redaktorze, jeden z najpiękniejszych, jakie nam Praga ofiarowała. O Islandii i Verne’em jednak nie zapomniałem. Na drugi dzień Bjelke miał spotkanie z technikami z „Chirany”, gdzie właśnie wyprodukowano ten aparat, tak że mogłem po pracy pójść do biblioteki uniwersyteckiej i w czytelni przewertować ze smakiem wszystkie dostępne życiorysy sławnego francuskiego marzyciela. Oczywiście - nie myliłem się; Jules Verne nigdy nie był w Islandii. Odwiedził bardzo różne kraje, ale na wyspie o mrożącej nazwie Ziemia Lodowa nigdy nie był, a w żadnym wypadku przed napisaniem powieści: „Wyprawa do wnętrza ziemi”, to znaczy przed 1864 rokiem. Należy wyjaśnić, dlaczego „Jyrry” Kamenik zwraca się do doktora Bjelke po nazwisku, a nie używa jego imienia: Gudmundur. Doktorowi Kamenikowi wydawało się ono nieco za długie i nie brzmiało dość serdecznie - natomiast doktor Bjelke nie życzył sobie, aby jego imię zdrabniano na - Gud, Dur czy wreszcie Mundur, no i dlatego pozostano przy

formie: Bjelke. Oczywiście kontakty między przyjaciółmi nie stały się przez to mniej serdeczne. Sprawdziłem też twierdzenie doktora Kamenika, jeśli idzie o pobyt Jules Verne’a w Islandii. Nie wiedzieli nic o tym nawet biografowie francuscy (M. Allotte de la Fuye: „Jules Verne, sa Vie, son Oeuvre”; Bastard Georges: „Jules Verne” i inni), a co dopiero niemieccy (J. J. Honneger: „Jules Verne”; Gerda Schmokel: „Die Belebheit des Stills in der Darstellungsart Jules Verne”) czy czescy (na przykład J. M. Mafatka: „Nieznany Jules Verne”). Nic nowego nie przyniosły też poszukiwania w wielkich encyklopediach powszechnych i literackich, chociaż przejrzałem takie publikacje jak Encyclopedia Britannica, Wielka Encyklopedia Radziecka, Larousse Universelle i tym podobne. Wszystkie źródła zgadzały się na taka oto kolejność podróży Verne’a: 1859 - podróż do Szkocji i pobyt w Londynie; 1861 - podróż do Skandynawii odbyta wraz z przyjacielem Hignardem, pobyt w Danii i Norwegii. Z podróży tej Verne powrócił szybko do Francji w związku z urodzinami swojego pierworodnego syna. Następną podróż do Stanów Zjednoczonych podjął Verne dopiero w 1866 roku na pokładzie największego w owych czasach kolosa morskiego, na statku „Great Eastern”, głośnym między innymi i dlatego, że on to właśnie przeciągnął transatlantycki kabel z Irlandii do Ameryki. A potem - aż do końca życia - Verne odbywał jedynie krótsze wyprawy swoimi jachtami, noszącymi nazwy: „Święty Michał I”, „Święty Michał U” i „Święty Michał III”, przeważnie po Morzu Śródziemnym. O Islandii nigdzie ani słowa. Miał więc doktor Kamenik pełne prawo żywić wątpliwość co do prawdziwości twierdzenia doktora Bjelke, wygłoszonego z tak niezachwianą pewnością. Przyp. red. Bjelke z uśmiechem przyjął moje sprawozdanie z poszukiwań historyczno-literackich. - Ależ, Jyrry, nie twierdziłbym przecież czegoś, czego nie wiem z całą pewnością. Przekonam cię, skoro tak bardzo leży ci na sercu sprawa badań dotyczących Verne’a. Ale najpierw powiedz mi, czyś ty właściwie czytał jego „Wyprawą do wnętrza ziemi”?

- Oczywiście! Co za pytanie?! Nie tylko czytałem, ale wraz z Józkiem, moim długoletnim kolegą, przeżywaliśmy ją zupełnie serio. Zwrot: „O, cudowny geniuszu”1 stał się niemal naszym hasłem, które powtarzaliśmy dotykając palcem czoła przy każdej możliwej i niemożliwej sposobności. Bjelke upił mały łyk kawy - nie mógł się przyzwyczaić do tych przerażających ilości, którymi my, prascy lekarze, systematycznie się zatruwamy, i błysnąwszy mądrymi ciemnymi oczyma, zwrócił się do mnie: - Jyrry, czy mógłbyś mi odświeżyć w pamięci jej treść. Ot, tak, proszę cię, w kilku słowach... - A więc słuchaj: hamburski naukowiec, profesor Lidenbrock, znajduje w jakiejś starej księdze skrawek pergaminu zapisany staroislandzkim pismem, runami. Pergamin podpisany jest nazwiskiem znanego uczonego islandzkiego żyjącego w XVI wieku, Arne Saknussema. Czy istniał w ogóle ktoś taki? - Oczywiście - zapewnił mnie Bjelke. - To postać historyczna. Żył naprawdę i nasze dzieci uczą się o nim w szkole. - W porządku. A więc ten Arne Saknussem ukrył w zaszyfrowanym czterowierszu wiadomość, że wścibstwo pozwoliło mu dotrzeć przez jakiś krater do środka ziemi. Bratanek profesora Lidenbrocka - Axel i profesor idąc śladami Arne Saknussema dostają się przez krater jakiejś islandzkiej góry do wnętrza ziemi. Rzecz dzieje się w Islandii, przedtem już bowiem opisał Verne ten kraj i jego lud. Do środka ziemi nasi podróżnicy nie docierają, ale znajdują się w jakiejś olbrzymiej pieczarze, spotykają z prehistorycznymi zwierzętami, a w końcu z jakimś praczłowiekiem pasącym stado mastodontów, po nieszczęśliwym zaś podłożeniu ładunku wybuchowego porywają ich wody „wewnętrznego oceanu” i unoszą do gardzieli wulkanu, który poprzez krater Stromboli we Włoszech wysadza ich grzecznie na światło dzienne. Krótko mówiąc sci-fi według wszelkich reguł. - Co to znaczy? - Wybacz. Sci-fi to powszechnie używany skrót science-fiction, czyli innymi słowy: powieść fantastyczno-naukowa. - Aha. Posłuchaj no, Jyrry, czy ten profesor tylko z bratankiem zszedł w głąb krateru? 1 Cytaty z polskiego wydania „Wyprawy do wnętrza ziemi” w anonimowym przekładzie z 1909 r. pt. „Podróż do środku ziemi”.

- No wiesz, masz rację. To bardzo nieładnie z mojej strony, że zapomniałem o twoim rodaku, któremu Verne powierzył rolę Anioła Stróża Lidenbrocka i Axela - o zawsze spokojnym, mądrym i dzielnym Hansie. - Hansie... a jakie on nosił nazwisko? Nie pamiętasz przypadkiem? - Nie miał nazwiska. Po prostu Hans. Verne dość często w swoich powieściach nazywał bohaterów jedynie imionami - Conseil z „Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi”, Dick z „Tajemniczej wyspy” i inni. - Widzę, Jyrry, że jesteś znakomitym znawcą twórczości Verne’a - to znaczy, że wciąż jesteś jeszcze chłopcem, co zresztą jako doświadczony psychiatra dawno już zauważyłem. Dlatego jesteś taki sympatyczny. Ale czy jesteś pewien, że nie mylisz się w tym wypadku? - Bjelke, nie chcesz chyba, abym zaraz jutro tę „Wyprawę do wnętrza ziemi” kupił albo wypożyczył? - Myślisz, że to możliwe? - spytał mój współlokator z nieoczekiwanym zainteresowaniem. O do licha, ale wpadłem, bądź co bądź wchodzi tu w grę duma narodowa. Jeszcze tego tylko brakowało, żebym w praskich księgarniach nie znalazł tej powieści... Nazajutrz rano pełen ufności zadzwoniłem do swojego znajomego z biblioteki uniwersyteckiej i narodowej i poprosiłem, aby mi książkę przygotował. Po chwili odezwał się telefon, przynosząc hiobowe wieści: „Wyprawy” nie ma ani w bibliotece narodowej, ani w miejskiej. Wszystkie inne powieści Verne’a mogą mi pożyczyć, ale właśnie „Wyprawy do wnętrza ziemi”, niestety, nie... - O, do licha - powtórzyłem po raz drugi - ślicznie będę wobec doktora Bjelke wyglądać! I wziąłem się do dzieła. Zasiadłem przy telefonie w gabinecie ordynatora i rozpocząłem połów. Po chwili wzięła pierwsza ryba: antykwariusz w Skofepce miał na półce niezwykle rzadkie pierwsze wydanie francuskie Hetzela: „Voyage au centre de la terre”. Sam, niestety, po francusku nie umiem (zostały mi tylko strzępy wiedzy z lat gimnazjalnych!), a Bjelke - o ile mi wiadomo - również nie zna tego języka. Mimo to książkę zamówiłem. Kosztowała sto pięćdziesiąt koron - niebagatelna sumka! Na szczęście biblioteka Muzeum Naprtska posiadała to, czego właśnie szukałem - popularne niemieckie wydanie Weicherta „Reise zum Mittelpunkt der Erde”, wprawdzie bez ilustracji, ale to nie szkodzi. Po trzecie zaś ordynator usłyszawszy, jak telefonuję, oświadczył, że książkę chętnie mi pożyczy. Jeśli dobrze pamięta, z całą pewnością ma ją jeszcze z lat chłopięcych. I rzeczywiście miał ją w swoich zbiorach - w ten sposób mogłem wieczorem przynieść doktorowi Bjelke z miną zwycięzcy dwa egzemplarze: czeski w czerwono-złotej okładce, wydany przez Vilimka. Zna

pan tę edycję, prawda, panie redaktorze? Nad tajemniczym zamkiem w Karpatach przelatuje „Albatros” Robura, nieco dalej unosi się balon „Victoria” ścigany przez Arabów na koniach, w stronę księżyca zmierza pocisk prezesa klubu armatniego Barbisana, w dole zaś - pod ziemią bestii - Nautilus kapitana Nemo rzuca potężne snopy światła na nurka walczącego na śmierć i życie z ośmiornicą. A jeśli był pan jak ja gorliwym czytelnikiem powieści Verne’a, to na pewno pamięta pan także rysunek w prawym dolnym rogu: tam właśnie nieustraszony profesor Lidenbrock, Axel i wierny Hans płyną z prądem lawy po morzu z płomieni, a do tego wszystkiego jeszcze jakiś prehistoryczny gad szczerzy na biedaków zęby... Okładka tego wydania bardzo się doktorowi Bjelke podobała, ale nic rzucił się na książkę z niecierpliwością... Rozczarowało mnie to odrobiną, tyle przecież poświęciłem wysiłku na jej zdobycie, nie mówiąc już o tym, że przetelefonowałem co najmniej pięć koron... Poprosił mnie, abym przejrzał czeskie wydanie i sprawdził, czy istotnie Verne nie podaje nigdzie nazwiska Hansa. Posłuchałem go. Nie, nigdzie nie ma nazwiska, wszędzie Hans, Hans i tylko Hans. Kartkowałem aż do strony pięćdziesiątej dziewiątej, gdzie Jules Verne opisuje spotkanie profesora Lidenbrocka z poleconym przez profesora nauk przyrodniczych w Reykjavik, pana Fridrikssona, przewodnikiem Hansem. Aha, tu to mamy: „... ta surowa, milcząca i flegmatyczna figura nosiła nazwisko Hans Bjelke...” - oto dosłowny cytat z Verne’a. Bjelke! A więc to dlatego! Mój towarzysz, jak się okazało, lepiej znał powieść Verne’a niż ja i nie chciał sobie odmówić przyjemności obserwowania mojego zdumienia, wywołanego zbieżnością nazwisk. Miałem go już zamiar porządnie - oczywiście na żarty - zwymyślać, ale Bjelke był poważny, tylko oczy może bardziej mu niż zwykle błyszczały. Nim zdążyłem coś powiedzieć, on sam się odezwał: - Widzisz, Jyrry, ten Hans Bjelke z powieści Verne’a to mój rodzony dziadek. Dlatego chciałem cię troszkę ukarać. Ale nie gniewasz się, prawda, Jyrry? I możesz tu jeszcze coś sprawdzić, czegoś wczoraj nie wiedział. Nazwę krateru, przez który powieściowa trójka zstąpiła w głąb ziemi. Pospiesznie przewracałem kartki. Sneffels! Miejsce, skąd pochodziły owe zagadkowe okazy Leptoderinów. Dlatego ta nazwa wydawała mi się skądś znajoma...

DOKTOR BJELKE PROTESTUJE I POCZĄTEK AKCJI VAI. Aby czytelnicy nie zagubili się w chaosie zdumiewających przygód, które rozpoczynają się właśnie w chwili, gdy dobiega końca poprzednia rozmowa z doktorem Kamenikiem, zdecydowałem się kontynuować narrację częścią wypowiedzi doktora Bjelke, mimo że nagrałem ją jako jedną z ostatnich, i to w odległości kilku tysięcy kilometrów od kawalerskiego gospodarstwa Jyrrego Kamenika na Starym Mieście. Doktor Bjelke zrozumiał moje intencje, przeczytał przekład poprzedniej rozmowy i rozpoczął dokładnie w tym miejscu, tu którym uważałem za stosowne pierwszy wywiad przerwać. Przyp. red. Drogi panie redaktorze, mój czechosłowacki przyjaciel doktor Jyrry Kamenik myli się w kilku punktach swojego wywiadu. Mogę to powiedzieć zupełnie otwarcie choćby dlatego, że jest moim prawdziwym przyjacielem. A przyjaciele nie biorą za złe nawet nieco ostrzejszej uwagi. Przede wszystkim idzie tu o sprawę powieści Verne’a i naszej rodziny. Jyrry przypuszczał - nie wiem dlaczego - że chciałem go ukarać. Oświadczył nawet panu, że coś podobnego powiedziałem. To nieprawda. Twierdzenie, że pisarz Jules Verne nigdy osobiście w Islandii nie był, stanowiło dla mnie nadzwyczaj ciekawą wiadomość. Nigdy nie zajmowałem się bliżej życiorysem Verne’a - że jednak Jyrry się myli, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Mój ojciec bardzo często opowiadał mi o wizycie jakiegoś pisarza (zmienił jednak jego nazwisko na Vaarna, bardziej odpowiadające duchowi naszego języka), który za pośrednictwem profesora Fridrikssona z Reykjavik poprosił o pomoc dziadka, trudniącego się w razie potrzeby oprowadzaniem cudzoziemców, dziadek bowiem - niekiedy myśliwy to znów rybak - zawsze był biedakiem. Ale a propos profesora... Jak pan widzi, nazwisko i osoba zgadzają się, tylko że ów profesor Fridriksson nie był - jak podaje Verne - wykładowcą nauk przyrodniczych, ale geodezji, i korzystał z pomocy mojego dziadka przy pracach mierniczych podczas wytyczania drogi z Reykjavik wzdłuż wybrzeża poprzez Lundur (gdzie dziadek mieszkał) i Snoksdatur aż do Stadur na północno-zachodnim krańcu wyspy. Oprócz tego ustnego podania - zakładam, iż mogło ono powstać jak baśń czy legenda po przeczytaniu powieści Verne’a, wydanej i u nas w 1890 roku - mam też, oczywiście, dowody nie do zakwestionowania. Oto one.

Doktor Bjelke przyniósł z biblioteki małe płócienne ramki, w których - umocowana czterema paskami tektury - znajdowała się fotografia młodego mężczyzny o rozłożystej brodzie i kędzierzawych włosach. Stał z założonymi rękoma na tle draperii. Fotografia była stara, wyblakła już nieco, a jej szczególny brązowy odcień i kształt prostokąta wielkości wizytówki na twardym kartonie wskazywały bez wątpienia na ubiegłe stulecie. Bjelke wyjął fotografię z ramek i odwrócił. Na drugiej stronie ozdobnym pismem wydrukowano nazwę firmy: Nadar. Tak, to był dowód przekonujący: fotografia bezwzględnie przedstawiała Jules Verne’a. A co więcej: młodego Verne’a. Według tej fotografii znany ilustrator książek francuskiego pisarza, Rinu, wykonał jedyny jego portret, pojawiający się w powieściach: postać profesora Arannaxa, bohatera powieści: „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. Fotograf Nadar o prawdziwym nazwisku Gaspar Felix Tournachon, „król fotografów i aeronautów”, był wiernym przyjacielem Verne’a... Ów marzyciel i fantasta przyczynił się nawet w niemałej mierze do sukcesów życiowych Verne’a. Nie mającego powodzenia młodego autora przeciętnych powieścideł o straszliwych tytułach, takich jak: „Złamane źdźbła” czy „Zamki na lodzie” zaznajomił on w 1861 roku na zebraniach w „Kółku czasopism naukowych” z zasadami żeglugi powietrznej. A za rok, w jesieni, gotowa już była powieść, dzięki której Jules Verne stal się sławny: „Pięć tygodni w balonie”. Jako wzór balonu doktora Fergussona, bohatera książki, posłużył olbrzymi balon Nadara „Geant” („Gigant”) przygotowujący się właśnie do pierwszych lotów. Jules Verne też według zasług uwiecznił swojego przyjaciela Nadara - najsympatyczniejszą postacią powieści „Wokół księżyca” jest „...ruchliwy Paryżanin, ducha równie bystrego jak i dzielnego...” imieniem Michał Ardan. Nie trzeba mieć tak wiele sprytu, aby rozpoznać w tej postaci Nadara. Rytownik Riou i w tym wypadku wierny był modelowi i przekazał nam w ilustracjach do książki: „Wokół księżyca” twarz Nadara wprawdzie nie nadzwyczaj piękną, ale poczciwą i inteligentną. Głównym dowodem był jednak francuski napis u dołu zdjęcia, pisany drobnym ostrym pismem, tak jakby każda literka stanowiła drzewce sztandaru. Napis brzmiał: „Dzielnemu Hansowi Bjelke za pomoc i uratowanie życia - wdzięczny Jules Verne. 27 lipca 1861 roku”. 27 lipca 1861 roku! A więc akurat starczyło czasu, by Verne wsiadł na statek i - przeskakując po dwa schodki w biegu do swojego studenckiego mieszkania dzielonego z małżonką Honoratą - zdążył na urodziny swojego syna Pierworodnego, który przyszedł na świat w dniu 3 sierpnia.

Doktor Bjelke, który po wszystkich wydarzeniach wokół Dziury Świętego Patryka stał się znakomitym i cenionym znawcą życia i twórczości Jules Verne’a, potwierdził wszystkie moje domysły. Przyp. red. Widzi pan więc, że miałem pełne prawo spierać się z Jyrrym do ostatka, chociaż zupełnie nie wiedziałem, dokąd nas cała ta polemika wokół życiorysu Verne’a zaprowadzi. Oczywiście, nie miałem wcale zamiaru Jyrrego „karać”, wprost przeciwnie: chciałem go leczyć. Stwierdziłem bowiem - dzięki temu, że jestem lekarzem chorób psychicznych - iż mój praski przyjaciel jest bardzo wyczerpany. Jego naczynia zaczynały się - że tak powiem - starzeć szybciej, niż wskazywał na to jego wiek. Pił zbyt wiele czarnej kawy, bardzo mało sypiał, łykał ciągle najprzeróżniejsze proszki - wie pan doskonale, że każdy lekarz ma je pod ręką: jedne, żeby zasnąć, drugie, żeby nie zasypiać, inne znów od bólu głowy albo na uspokojenie... Nowoczesna nauka przyniosła obok ogromnych zdobyczy i tę rozpustę. Wydaje mi się, panie redaktorze, że za jakieś sto lat będą już wytępione wszystkie groźne śmiertelne choroby, nawet gruźlica i rak, ich miejsce natomiast zajmie jedna jedyna: choroba spowodowana nadużywaniem lekarstw... Postawiłem diagnozę i jednocześnie zaproponowałem środki terapeutyczne: Jyrry na kilka tygodni musi oderwać się od swoich lekarskich zmartwień i - jeśli to możliwe - zmienić otoczenie. W przeciwnym wypadku z tych pierwszych ostrzegawczych objawów - jak niepokój, chorobliwe drżenie rąk, zanik pamięci - rozwinie się długa i ciężka choroba. Objawy te stwierdziłem już zresztą podczas swojej pierwszej przymusowej wizyty w szpitalu, kiedy to Jyrry zaopiekował się mną jak dotychczas nikt jeszcze nigdy w życiu. Doskonale umiem rozróżnić, ile troski poświęcono mi jako lekarzowi, a do tego jeszcze cudzoziemcowi, a ile Jyrry dodał od siebie jak człowiek człowiekowi - i postanowiłem, że postaram mu się odwdzięczyć za jego łaskawość i dobroć, które zresztą zaobserwowałem także u innych lekarzy i pielęgniarek. Jeszcze przed drugim pobytem w Pradze rozmawiałem z ministrem oświaty naszej małej republiki - przypadkiem to mój przyjaciel, również lekarz - i otrzymałem od niego zobowiązujące przyrzeczenie: jeśli specjaliści przyrodnicy z uniwersytetu w Reykjavik uznają pracą Jyrrego o owadach jaskiń islandzkich za ważki wkład i przyczynek do poznania naszej ojczyzny, zostanie on zaproszony przez rząd islandzki na kilkutygodniowy, a może nawet kilkumiesięczny pobyt w Islandii w celu zbadania chrząszczy jaskiniowych.

A ponieważ wiedziałem z góry, że Jyrry będzie się bronić, powołując się na swoje obowiązki, na brak lekarzy na oddziale chirurgicznym, krótko mówiąc, że będę miał niemałe kłopoty z uzyskaniem jego zgody na wyjazd do mojej ojczyzny, starałem się znaleźć jak najwięcej interesujących powodów, które by tę podróż uzasadniały i czyniły bardziej atrakcyjną. Prócz naszej przyjaźni, oczywiście... No i proszę sobie wyobrazić: udało się. Ale to już zasługa wypadków, które stanęły po mojej stronie. Jyrry chwycił przynętę. Odezwał się w nim miłośnik najrozmaitszych zagadek, tym bardziej że właśnie przygotowywał pracę o islandzkich owadach z „vernowskiego” krateru Sneffels, skąd to mój stary przyjaciel, Leif Thorgunn, posyłał mu te przedziwne mrówki (czy co to właściwie było). Mnie zaś - rzecz jasna - interesował problem pobytu Verne’a w Islandii jako fragment dziejów mojego rodu, aż do tej chwili jasny - z jednym jednak poważnym znakiem zapytania. Chciałem dowiedzieć się prawdy choćby dlatego, że dziadek Hans stanowił zarówno dla mojego ojca, jak i dla mnie wzór mężczyzny odważnego, zmagającego się z naturą i przeciwnościami losu nie ze względu na siebie samego, ale by pomóc swojej rodzinie i sąsiadom w rybackiej osadzie Lundur. Rozpoczęliśmy więc akcję VAI - to znaczy Verne a Islandia - jakeśmy ją pół żartem, pół serio nazwali. A rozpoczęliśmy ją - w myśl wspaniałego planu Jyrrego - od uprzejmego listu do profesora Sörenssena, który na uniwersytecie w Reykjavik wykładał gramatykę języka staroislandzkiego i był znakomitym lingwistą oraz znawcą pisma runicznego i historii literatury islandzkiej. Nazajutrz list nasz odleciał na pokładzie samolotu SAS do Reykjaviku, a po tygodniu mieliśmy już odpowiedź. Ale o tym najlepiej poinformuje pana sam list profesora Sörenssena. Znajduje się w Pradze, włączony do archiwum VAI - właśnie wówczas Jyrry założył je z troskliwością właściwą wszystkim specjalistom od chrząszczy... Albo wie pan co? Jeszcze lepiej: chodźmy wprost do profesora.

Z WIZYTĄ U PROFESORA SÖRENSSENA Wyobrażałem sobie uczonego, który zasłynął na całym świecie jako odkrywca i tłumacz nie znanych dotychczas fragmentów północnonordyckich, islandzkich podań Eddy i pieśni o bogu Tuiście, synu Ziemi, i jego synu Manie, jako brodatego starca, pogrążonego w starych pergaminach i rękopisach. Tym bardziej więc zdziwiłem się, kiedy za drzwiami z małą mosiężną tabliczką z napisem: „Kierownik katedry” zastałem stosunkowo młodego mężczyznę w sportowym swetrze z norweskim wzorem, opalonego na ciemny brąz i w ciemnych okularach w grubej oprawie. Później stwierdziłem że: 1 Profesor Sörenssen nie jest taki młody, na jakiego wygląda; 2 Nosi okulary, chociaż tak bardzo ich nie potrzebuje, aby wyglądać na swoje lata i wzbudzać szacunek wśród studentów. Prawdę powiedziawszy, nie w pełni mu się to udawało, tym bardziej że na biurku obok książek, słowników, maszyny do pisania i telefonu leżały części wiązań do nart, które pan profesor za pomocą śrubokrętu starał się usilnie połączyć z powrotem w jedną całość. Poza tym pokój - oczywiście pełen kwiatów i książek - był ogrzewany centralnie wodą z gorących źródeł. Między oknami wisiała rzeźba ludowa: mityczny siłacz Gretti z islandzkich podań, a naprzeciw niego fotografia Amundsena, słynnego badacza polarnego, opartego o skrzydło swojego samolotu. - God dag! - przywitał mnie po duńsku, ale przypomniawszy sobie zaraz, kim właściwie jestem (doktor Bjelke zapowiedział telefonicznie moją wizytę) zaczął mówić płynnie i czysto po rosyjsku. Był to pretekst do nawiązania przyjacielskiej, nieoficjalnej rozmowy. Sörenssen wyjaśnił mi, że właśnie języki rosyjski i polski stanowiły dlań bramę wiodącą do odkrycia nie znanych fragmentów staroislandzkicgo piśmiennictwa, które wraz z wyprawami Wikingów - dziwnymi i zagadkowymi drogami dotarły na brzegi Bałtyku i do portów północnoruskich. Przyp. red. - Nasz przyjaciel Bjelke jest najlepszym, jakby z podręcznika szkolnego zaczerpniętym przykładem związków Islandii z krajami słowiańskimi. Nieprawdaż, panie redaktorze? - zauważył. - Nie uda mu się ukryć, że któryś z jego przodków był Słowianinem o jasnej karnacji - biełyj, biały - czym różnił się od smagłych nordyckich wojowników. Najprawdopodobniej na „Ziemię Lodową” dostał się z Jomborga, słynnej siedziby Wikingów

u ujścia rzeki Odry, położonego niedaleko dzisiejszego Szczecina. Wikingowie z Jomborga to były dzielne zuchy... Mógłbym panu o nich opowiadać takie historie, że włosy by panu stawały ze strachu na myśl o przygodach tych berserkierów o herkulesowej sile, których zapał i obojętność na rany i ból stała się przysłowiowa na całym świecie. Mówi się, że berserkierowie rzucali się w bój w szczególnym stanie ducha: z dziką wściekłością i pianą na ustach oraz z wilczym wyciem. Po drodze łamali drzewa, gryźli brzegi tarcz i walczyli, nie zważając na odniesione rany dopóty, dopóki nie padli martwi... No, nasz miły Bjelke nie jest do nich zupełnie podobny. Na szczęście. Nie byli to szczególnie mili kompani... I tak oto dochodzimy do przyczyny pana wizyty u mnie. Jules Verne, aby zgodnie z prawdą przedstawić swój pobyt w naszym kraju, użył prawdziwego nazwiska Hansa Bjelke - ale nie bardzo mu ono - by tak powiedzieć - odpowiadało. Brzmi ono bowiem mało prawdopodobnie: nie po islandzku - powiedziałbym. Celowo go więc unikał. Gdyby nasz dobry i dzielny Hans nosił nazwisko: Thornsson, Olafsson, Greiflund czy też jakoś podobnie, z całą pewnością częściej pojawiałoby się ono na kartach powieści. Ale to tylko uwaga na marginesie. Ale pan z pewnością chce się czegoś dowiedzieć o liście, jaki mniej więcej przed rokiem otrzymałem od doktora Bjelke i jego praskiego kolegi, doktora Kamenika, prawda? Z początku byłem nie tylko zdziwiony, ale i nieco zdenerwowany i zły, że będę musiał dla jakichś tam niemądrych błahostek oderwać się od poważnej pracy. Te przecież zrozumiałe, że kiedyś jako chłopak czytałem „Wyprawę do wnętrza ziemi”, tylko że wówczas nawet mi się nie śniło, że będę się zajmować runami, i całą tę bajeczkę o pergaminie Saknussema ledwie przerzuciłem, właściwie to - prawdę mówiąc - po prostu przeskoczyłem, aby jak najrychlej znaleźć się pośród przygód w środku ziemi. Wiadoma rzecz: chłopak! No i teraz - po upływie trzydziestu lat - przesłanie Saknussema wróciło za karę na moje biurko: jako niezwykle staranna kopia fotograficzna z pierwszego francuskiego wydania Hetzela. Doktor Kamenik sięgnął bowiem głąbiej do kieszeni i wspomniana edycja mimo wszystko powędrowała z antykwariatu w Skofepce do jego kawalerki. Niemieckie ani czeskie wydanie nie zamieściły oryginalnych ilustracji z pierwszej edycji, ale tylko niezbyt dokładnie je przerysowały. Gdyby więc doktor Kamenik pożałował niepotrzebnie wyrzuconych.” stu pięćdziesięciu koron i książki, bardzo zresztą cenionej przez zbieraczy, nie kupił, nigdy - być może - nie dotarlibyśmy do „Dziury Świętego Patryka”. Przyp. red.

Ponieważ chciałem spełnić prośbę doktora Bjelke - czym mniejszy naród, tym bardziej jego przedstawiciele starają się nieść sobie nawzajem pomoc na całym świecie - a także dlatego, aby - szczerze mówiąc - mieć całą tę sprawę z głowy, jeszcze tego samego wieczora zasiadłem do napisania listu do obu lekarzy, którzy - jak mi się zdawało - niepotrzebnie wtrącali się do problemów językoznawstwa. Runy na reprodukcji fotograficznej były poprzestawiane i całkowicie pozbawione sensu, co mnie zresztą specjalnie nie zdziwiło. Pamiętałem jeszcze, że szło tu o jakiś zagadkowy napis, do którego właściwego ułożenia potrzeba było zarówno niemałej inteligencji profesora, jak i owego młodzieńca z książki Verne’a. Interesujące było to, że runy nakreślono doskonale czy - mówiąc dokładniej - doskonale napisano, i to z określonymi właściwościami typowymi dla epoki historycznej i szczegółami dotyczącymi pochylenia i wzajemnego stosunku części liter i kresek. Najwyraźniej można było tę dokładność stwierdzić na powiększonym podpisie Arne Saknussema, wyglądającym tak, jakby dopiero co wyszedł spod pióra pisarza owej epoki upadku, kiedy to na naszą literaturę narodową zaczynała mieć niedobry wpływ łacina, oczywiście łacina barbarzyńska, nie mająca nic wspólnego z pięknem i urodą języka Owidiusza czy Wergilego - przynieśli ją wszakże do Islandii niedouczeni mnisi, którzy znali jedynie łacinę kościelnych obrzędów i nie zdawali sobie nawet sprawy, jak piękna i dźwięczna to mowa. Pismo nie są to martwe, raz na zawsze dane znaki, ale - odważam się twierdzić - niemal żywa istota, zmieniająca się i rozwijająca zgodnie z duchem epoki i jej smakiem i gustem. Nie należy się więc dziwić, że profesor Sörenssen już na pierwszy rzut oka określił okres historyczny, z jakiego pochodzi pismo, zamieszczone w książce Verne’a. Posiadanie takiej wiedzy i umiejętności jest dla badacza starej literatury wszystkich narodów warunkiem niezbędnym. Przyp. red. Podobnie jak pismo tak i język odczytanego w końcu napisu odpowiada „kuchennej” łacinie Arne Saknussema. Napis w pierwotnej oryginalnej wersji brzmi następująco: In Sneffels Yaculis craterem kem delibat umbra Scartaris Julii intra calendas descende, audax viator, et terrestre centrum attinges.

Kod jęci. Arne Saknussem. A oto przekład z tego niesmacznego wywaru łaciny kościelnej: Jeśli zstąpisz do tego krateru, który cień Skartarisu pocałuje pierwszego lipca, dotrzesz, dzielny podróżniku, do środka Ziemi. Co uczyniłem. Arne Saknussem. Szesnastowieczny alchemik niemało - jak pan widzi - przyrzeka, ale ja już dawno wyrosłem z krótkich spodenek i bardziej niż treść napisu zaintrygował mnie pewien szczegół: ostatnia linijka łacińskiego oryginału, właściwie jedno tylko króciutkie zdanie składające się z dwóch zaledwie słów: „Kod feci”. Rani to uszy i uczeń w szkole otrzymałby za formę „Kod” murowaną dwóję, zanimby zdążył otrząsnąć się ze zdumienia - właściwa bowiem forma brzmi: „quod” - mnie jednak w tej chwili uderzyło, że ten niezwykły i wyjątkowo wstrętny barbaryzm gdzieś już spotkałem. Przez jakiś czas szukałem w bibliotece i po chwili daremnego szperania i przestawiania tomów znalazłem „Fragmenty dzieła Arne Saknussema”, wydane w 1870 roku, które ocalały mimo prześladowania tego alchemika i dziwaka przez Świętą Inkwizycję i mimo spalenia wszystkich jego dzieł na stosie. No, oczywiście - powiedziałem sobie. - Zwyczajne brednie alchemików o „krwawiącym pelikanie”, „białym lwie” - wielkie słowa zasłaniające prosty fakt, że wytapianie złota, przemiana pospolitych metali w szlachetne to bzdura i można to osiągnąć jedynie w cyklotronach, bombardując ołów ciężkimi cząsteczkami, a tego Saknussem z całą pewnością nie potrafił. Natomiast wszędzie tam, gdzie powinno być „quod”, używał stale dziwolągu „kod”... Tak więc mogłem z całkowitym spokojem napisać doktorowi Bjelke: „Napis, jaki przytoczył Jules Verne w swojej powieści fantastycznej „Wyprawa do wnętrza ziemi”, pisany jest runami ściśle odpowiadającymi epoce, z której mają pochodzić, i to w najdrobniejszych nawet szczegółach. Barbarzyńska łacina przypisywana przez powieściopisarza Saknussemowi w zadziwiający sposób zgadza się z jego rzeczywistymi wypowiedziami literackimi, łącznie z używaniem specyficznych, właściwych tylko Saknussemowi nowotworów. Ogólnie rzecz biorąc można powiedzieć, że Jules Verne z niezwykłą pieczołowitością przestudiował materiały, zanim przystąpił do pisania swojej powieści, i poznał je znakomicie”.

W zakończeniu listu doktor Bjelke prosił mnie, abym dowiedział się, czy istnieje możliwość wypożyczenia lub też jedynie przejrzenia cennego rękopisu „Heims-Kringla”, czyli „Kuli Ziemskiej”, napisanego w XII wieku przez Snorra Turlessona, w którym opisuje panowanie władców norweskich w Islandii. Jako historyk literatury nie musiałem - rzecz jasna - nic sprawdzać. Znam tę księgę bardzo dobrze - oczywiście tylko jej fotokopię. Oryginał na nieszczęście przechowywano w bibliotece kopenhaskiej, skąd w okresie wojen napoleońskich, kiedy wojska francuskie zajęły Danię, dostał się do Francji. Obecnie jako wielka rzadkość spoczywa w szafie pancernej biblioteki w Amiens. Rząd republiki Islandii usiłuje właśnie na drodze dyplomatycznej przekonać rząd francuski, iż skarb ten powinien zostać zwrócony narodowi, dla którego ma największą wartość - Islandczykom. Wydaje się, że pertraktacje te uwieńczone zostaną pomyślnym wynikiem. Dopóki więc oryginał nie powróci, nasza pracownia fotograficzna jest do dyspozycji doktora Bjelke i sporządzi mu tyle kopii rękopisu Turlessona, ile tylko będzie sobie życzyć. Oto więc wszystko, co napisałem doktorowi Bjelke i jego praskiemu przyjacielowi. Potem rozmawialiśmy już z uprzejmym panem profesorem Sörenssenem o narciarskich wiązaniach, o nowej technice jazdy na nartach po stromych zboczach, kiedy to podczas szusów ciało przegina się zupełnie inaczej niż przedtem, o literaturze islandzkiej, a wreszcie o planach profesora odwiedzenia Czechosłowacji... Na dole przed budynkiem uniwersytetu czekał już niebieski samochód z doktorem Bjelke za kierownicą, który ofiarował się odwieźć mnie przynajmniej na skraj sceny wszystkich wydarzeń - zanim się jednak nimi zajmiemy, musimy na tych kartach powrócić do Pragi, do taśmy magnetofonowej z zapisem rozmowy z doktorem Kamenikiem. Przyp. red.

DOKTOR KAMENIK OPOWIADA O PIERWSZYCH ZNAKACH ZAPYTANIA Rozumie pan, panie redaktorze, że nie mogłem niczym zakochany młodzieniec oddalać się od łóżek pacjentów i wybiegać listonoszowi naprzeciw. Dałby mi za to ordynator! Siedziałem jak na szpilkach. Na szczęście Sörenssen okazał się pełnym galanterii dżentelmenem i nie upłynął nawet tydzień, a miałem już odpowiedź. Prócz mnie i doktora Bjelke czekał na nią również filatelista Rużek. Wiadoma rzecz! List przeszedł wszelkie oczekiwania, tak jakbyśmy się z panem profesorem języka staroislandzkiego umówili... Tylko że on, oczywiście, nie miał nawet pojęcia, o co chodzi. Natychmiast przekonałem się, że nasz miły Juliusz Verne rzeczywiście odwiedził Amiens, a to dnia 8 maja 1856 roku, kiedy odbywał się ślub jego przyjaciela Lelarge’a. Verne był świadkiem i zamierzał po dwóch dniach udać się w drogę powrotną do Paryża, tylko że - niech pan zechce i to przyjąć do wiadomości - człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Dwa dni przekształciły się w kilka miesięcy. Młody Jules bowiem zapatrzył się w piękne oczy siostry panny młodej, młodziutkiej wdowy Honoraty Morel z domu de Viane. Najpierw chodził wzdychając smętnie pod jej oknami, po czym zdobył się na odwagę i porozmawiał z matką - to zrozumiałe: inaczej się wtedy tych spraw nie załatwiało! - następnie z ojcem, a wreszcie (przynajmniej sądzę, że dopiero na końcu) z Honoratą, którą też przywiózł ze sobą do Paryża. Oczywiście jako swoją żonę. Miłość w jego wypadku nie była jednak aż tak ślepa, by przysłoniła mu cały świat. Nie spędzał już każdej wolnej chwili pod oknami Honorci, ale rozglądał się za pomysłami do powieści i sztuk teatralnych, a także po mieście, do którego za szesnaście lat się przeprowadził, osiedlił się na stałe i gdzie też umarł. Już wówczas był zdecydowany jak najprędzej porzucić zajęcie maklera giełdowego i poświęcić się wyłącznie literaturze. Można więc z całą pewnością przypuszczać, że któregoś dnia odwiedził bibliotekę i obejrzał jej najwspanialszy zabytek - rękopis Turlessona... I że - być może - miał szczęście. Mogło to - z grubsza rzecz biorąc - wyglądać tak, jak to później przedstawił w swojej książce... Chwileczkę, tu to mamy: .... wtem wypadek niespodziewany zmienił nagle tok naszej rozmowy. Ze starej książki wypadł na ziemię kawałek brudnego i zaplamionego pergaminu. Stryj mój chciwie chwycił to cacko. Stary jakiś dokument od niepamiętnych może czasów zamknięty w zapleśniałej księdze musiał koniecznie mieć ogromną wartość w jego oczach...” Jak pan myśli, panie redaktorze: ilu ludzi w ospałym Amiens ubiegłego stulecia interesowało się staroislandzkim pismem runicznym i norweskimi królami? Jeśli jeden na sto lat, to i tak dużo. Mieszkańcy tego grodu zadowalali się pełnym szacunku spozieraniem na