wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Souček Ludvík - Tajemnica ślepych ptaków 03 - Jezioro słoneczne

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Souček Ludvík - Tajemnica ślepych ptaków 03 - Jezioro słoneczne.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Souček Ludvík
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 28 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 168 stron)

...każdy z nas był czymś bezcennym, życie ludzkie miało najwyższą wartość tam, gdzie nie mogło mieć już żadnej, gdzie tak cienka, nie istniejąca niemal błonka oddzielała je od końca. Wystarczy byle świństwo, byle przepalony drucik w aparatach łączności — i już. Gdyby jeszcze ludzie mieli zawodzić w tych warunkach, wyprawy byłyby samobójstwem, rozumie pan? Stanisław Lem: „Powrót z gwiazd" Przedmowa Za kilka minut skończę pisać przedmowę, która — jak to wie pewnie każdy czytelnik — bywa zazwyczaj pisana na końcu, i zamknę trzeci i ostatni tom reportaży publikowanych w naszym piśmie, a następnie w kolejno zebranych tomach „Tajemnica ślepych ptaków" i „Znak jeźdźca". Dziś już jest oczywiste, że moje wróżby i przepowiednie, którym dałem wyraz w epilogu „Znaku jeźdźca", na ogół się nie spełniły. No cóż — nie mogłem przewidzieć, że sondy, wysłane w latach 1964 i 1967 w kierunku Marsa, przeleciały — widać naumyślnie — przez jakieś okienka czy dziury w strefie Longschampsa, która grozi śmiertelnym niebezpieczeń- stwem wszystkiemu, co żywe, ze względu na ogromne dawki intensywnego promieniowania, a której istnienie stwierdziła dopiero automatyczna stacja kosmiczna „Kondor". Jej powierzchnia, jak się wydaje, nie rządzi się starą, dobrą i mniej więcej zbadaną aktywnością słoneczną, ale czymś zupełnie odmiennym i na razie absolutnie nie znanym. Teorii jest wiele — ja jednak zupełnie się na nich nie znam i obawiam się, że nie byłbym powołanym i właściwym interpretatorem. Nie mogłem przygotowując do druku tom reportaży „Znak jeźdźca" nawet przypuszczać, że przyszłość kryje nieprzyjemny i ostatecznie całkiem niepotrzebny incydent morski w pobliżu Belmonte, celowo rozdmuchany przez ludzi, którzy tylko na coś podobnego czekali. Obok innych konsekwencji (o których z wystarczającym rozgoryczeniem i oburzeniem pisała szczegółowo prasa na całym świecie) oznaczało to praktycznie kilkumiesięczne wstrzymanie międzynarodowej współpracy przy budowie statku kosmicznego „Rider" i poważne trudności ze strony Banku Międzynarodowego. Po trzecie zaś jako człowiek o przysłowiowym pechu w odgadywaniu przyszłości bliskiej i dalekiej (niemniej jednak niezachwiany optymista) nie przewidywałem wcale, że ostatni akt historii rozpoczętej w Islandii „Tajemnicą ślepych ptaków" i prowadzącej dr. Kamenika, Alenę Kralównę, dr. Bjelke i Leifa Thor-gunna poprzez Dziurę Świętego Patryka do nawiązania pierwszego kontaktu z nieznaną cywilizacją rozegrał się w tak dramatycznych, skomplikowanych, a w końcu również tragicznych okolicznościach. Usprawiedliwiam się więc i oddaję głos bezpośrednim uczestnikom. Podobnie jak w dwóch poprzednich tomach i tu mój udział ograniczył się jedynie do pracy redakcyjnej, uporządkowania materiału i normalnych w takich wypadkach

poprawek stylistycznych w wypowiedziach nagranych w większości wypadków na taśmę magnetofonową. A właściwie — na strunę... Nasza redakcja bowiem wybitnie się unowocześniła; redaktor naczelny zgodził się w końcu — po długoletnim warczeniu i po licznych uwagach o rozpieszczaniu i o specjalnych „pomocach" dla mało zdolnych reporterów — na zakup mającego zaledwie pięć lat „druciaka", który mieści się w kieszeni. Piszę o tym dlatego, aby się dodatkowo usprawiedliwić przed tymi spośród swoich łaskawych współpracowników, którzy być może nie przeczuwali nawet, że w mojej kieszeni obracają się kółka i że głos ich jest notowany. Nie na użytek wieczności wprawdzie, ale dla naszych reportaży i tej oto książki. Właściwie to podpisuję ją swoim nazwiskiem — raczej bezprawnie. Szczególnie gorąco dziękuję wszystkim przyjaciołom, a zwłaszcza docentowi Holubowi z Laboratorium Astro- biologicznego Czechosłowackiej Akademii Nauk i profesorowi Sórenssenowi z Uniwersytetu w Reykjaviku, krótko mówiąc: tym wszystkim, którzy w taki czy inny sposób przyczynili się do powstania „Jeziora Słonecznego". A teraz już chwila najbardziej uroczysta: koniec pracy czterech bez mała lat — kropka. Dr Ludvik Soucek Tym razem wyjqtkowo rozpoczyna dr Bjelke Ja? Naprawdę? Ale dlaczego, panie redaktorze? Wie pan przecież, że w wyliczance, która okazała się niezbędna po odkryciu strefy Longschampsa, odpadłem wraz z Leifem Thorgunnem z gry i wróciłem do niej dopiero znacznie później. Trzeba było wówczas raz jeszcze skontrolować wszystkie obliczenia wstępne, dodać kolejne warstwy osłony z ołowiu, a nawet ze złota — krótko mówiąc: przewidywana początkowo ilość członków załogi zmniejszyła się z dziewięciu do czterech. Ale to przecież dla pana nie nowina, chociaż stało się to wszystko dopiero wczoraj... Czas ucieka, panie redaktorze, prawda? Od rozpoczęcia akcji Val wtedy, w Pradze, w garsonierze Jyrry'ego, zdążył pan już trochę posiwieć. Ja — oczywiście — także. Tylko Jyrry, chociaż najstarszy z nas, wygląda wciąż tak samo, nie mówiąc, rzecz jasna, o tej... Ale nie uprzedzajmy faktów, prawda? A więc po osiemnastomiesięcznych przygotowaniach, przerwanych na jakiś czas z powodu znanych nieprzyjemności związanych z aferą w pobliżu Belmonte, kie dy statek kosmiczny „Rider" znajdował się nie tylko na planach i kalkach oraz arkuszach obliczeniowych projektantów, ale już w stadium produkcji w dwudziestu chyba punktach świata, trzeba było zmniejszyć radykalnie ilość członków załogi. Rakieta nośna Uran-Agena III C nie wyniosłaby po prostu w kosmos większego ciężaru — dodatkowe obłożenie ścian kabiny warstwą termoizolacyjną przekreśliło plany.

Nie chodziło jedynie o wagę podróżników — ja na przykład jestem co najwyżej waga piórkowa, a Leif, chociaż drągal, nie ma za to ani jednego zbytecznego grama — raczej o niezbędne zapasy wody, żywności i tego wszystkiego, czego członkowie ekspedycji na Marsa będą potrzebowali w ciągu roku i stu dwudziestu siedmiu dni. Tak długi był bowiem przewidziany i na elektrycznych maszynach liczących dziesięć co najmniej razy skontrolowany okres wizyty na Marsie, to znaczy obejmujący podróż tam i z powrotem, a ponadto czterdziestodniowy pobyt. Oczywiście, konstruktorzy, a przede wszystkim koordynator całego projektu — profesor Tombaugh — przewidzieli niezbędną rezerwę. Na miejscowe źródła Marsa nie mogliśmy liczyć, a regeneratory wody dla „Ridera" okazały się w końcu jeszcze większe i cięższe niż sam zapas wody, dlatego też je skreślono. Nie planowaliśmy też w „Riderze" miejsca na hodowlę rzęsy — Tombaugh bardzo uczenie oświadczył, że statek kosmiczny nie jest ogrodem botanicznym i że niemal piętnaście miesięcy w bardzo ciasnym pomieszczeniu to i tak galery, choć- by skazańców od rana do wieczora karmiono kawiorem i młodymi kuropatwami, i języczkami słowiczymi, i... Profesor Tombaugh, ten wielki smakosz i miłośnik dobrego jadła, wymienił jeszcze dziewięć innych przysmaków. Omlet z rzęsy trzy razy dziennie — nie, przy takim menu nie wytrzymałby podróży kosmicznej nawet — za przeproszeniem — koń. Wszyscy przyznaliśmy mu rację, szczególnie głośno Jyrry i Alena. Tak więc w magazynie „Ridera", znajdującym się na razie w baraku z falistej blachy w pobliżu boosteru, zaczęły się gromadzić dziesiątki ton rozmaitych dobrych i nie-dobrych rzeczy w konserwach z całego świata, pakowanych specjalnie dla warunków stanu nieważkości, a przede wszystkim bardzo wyraźnie oznaczonych nazwiskiem producenta. Jyrry złościł się i gderał, kiedy na posiedzenia komisji, której powierzono badanie przydatności poszczególnych produktów i opakowań, wdzierali się co chwila natrętni fotoreporterzy i kiedy później pojawiły się tu i ówdzie w prasie światowej całostronicowe reklamy, a na nich osoba czcigodnego przewodniczącego komisji, to znaczy Jyrry'ego, trzymającego niczym tomahawk na przykład czekoladę Sucharda czy pudełko zup w kostce Knorra, poniżej zaś ogromnymi literami napis: ZDOBYWCA MARSA DOKTOR KAMENIK OŚWIADCZA: BEZ CZEKOLADY SUCHARDA (albo bez zup Knorra, albo jeszcze czegoś innego) NIGDY NIE OPUŚCIŁBYM ZIEMI! „Zdobywca Marsa", wysiadujący nieustannie na nie kończących się konferencjach i zebraniach gdzieś w pobliżu Cap Kennedy, skąd miał "Rider" wystartować, niekiedy nie wytrzymywał i rzucał w fotoreportera tym, co miał akurat w ręku, ale niewiele to pomagało... Kiedy w końcu zdecydowano, że liczba uczestników wyprawy skurczy się do niespełna połowy, w dziewię- cioosobowym kolektywie zaczął się ruch i gwar. Pomysłowy hamburski ,,Stern" ogłosił nawet coś w rodzaju waszej loterii — jakże się to nazywa, aha: toto--lotek! — z wysokimi

nagrodami dla tego, kto odgadnie ostateczny skład załogi. Niewielu znalazło się szczęśliwców, dla nas jednak od samego początku było z grubsza wiadome, kto będzie się musiał z podróżą da wałęsających się w kosmosie dzieci Hollohalandu pożegnać, a kto nie. Pierwszy pilot McLaughin miał zapewnione miejsce. Zgodnie z wypróbowaną metodą, używaną jak daleko sięga pamięć, a dokładniej mówiąc od drugiej wojny światowej, przez fabryki lotnicze, brał — podobnie jak piloci doświadczalni najszybszych maszyn — udział we wszystkich pracach projektowych i konstrukcyjnych, zaznajomił się z każdą śrubką najpierw na planie, a potem w fabryce. Nie miał łatwego życia! Co to — to na pewno nie. Kabinę "Ridera" produkowano w Związku Radzieckim i Mac McLaughin w ciągu niecałych dwóch lat przygotowań nalatał się przez ocean tyle kilometrów, ile na Marsa i z powrotem. W końcu był już na ty ze wszystkimi stewardessami i na ulicy w Taszkiencie, gdzie przeprowadzano montaż części kabiny, co dwadzieścia metrów skła- dał podpis w co najmniej jednym pionierskim pamiętniku. Tego kościstego amerykańskiego Irlandczyka znali z łamów czasopism, z filmów i relacji telewizyjnych chyba nawet australijscy buszmeni. Następnym niewątpliwym kandydatem był Iwan Ma- ksymycz Ostapienko, przysadzisty, krótko ostrzyżony Ukrainiec, inżynier i jeden z głównych projektantów. Poza swoją — nazwijmy ją tak — kosmiczną specjalnością był także geologiem, mineralogiem, meteorologiem, poza tym miał za sobą dwa lata pobytu w radzieckiej stacji Mirnyj na Antarktydzie i na drugim krańcu świata — na Ziemi Franciszka Józefa, na Północnym Oceanie Lodowatym. Podczas opracowywania statutu wyprawy zdecydowaliśmy, że Ostapienko będzie dowódcą, komendantem. Jego poważny, spokojny sposób postępowania, autorytet i ogromne doświadczenie w kierowaniu małymi zespołami w izolacji i w bardzo ciężkich warunkach stanowiły rękojmię, że dokonaliś- my słusznego wyboru. Trzecim z „pewnych" był sam Jyrry, chociaż natychmiast po decyzji konstruktorów dotyczącej zasadniczych zmian w powłoce antyradiacyjnej i zmniejszenia ilości członków załogi „Ridera" on właśnie podniósł najgłośniejszy alarm. Jyrry jest bowiem lekarzem — to po pierwsze. Ja wprawdzie również jestem doktorem medycyny, -aleT nigdy bym się nie odważył składać złamanej kończyny, a co dopiero mówić o operacji ślepej kiszki. Im dalej od psychiatrii, tym bardziej moja wiedza medyczna rozsypuje się w gruzy. Jurek jest, oczywiście, znakomitym chirurgiem i chociaż, być może, coś niecoś na tym swoim wydziale astrobiolo-gicznym zapomniał, to jednak z całą pewnością przypomniał sobie wszystko w klinice Mayo. Raz po raz latał tam operować, i to wszystko bez wyboru —• Ostapienko i Tombaugh upierali się przy tym. Najchętniej bez przerwy widzieliby go przy stole operacyjnym. Jyrry jest ponadto również astrologiem, entomolo-giem, i w ogóle znakomitym zoologiem. Jako trzecią jego specjalność wzięto też pod uwagę jego doświadczenie

speleologiczne, to łażenie po wszelkiego rodzaju jaskiniach, jamach i przepaściach. Kto wie, czy się to na Marsie nie przyda?! Ja z Leifem od razu wiedzieliśmy, że nie mamy nawet najmniejszej szansy. Czteroosobowa wyprawa nie mogła sobie pozwolić na luksus dwóch lekarzy, i to o podobnej „kosmicznej" specjalności, ani na własnego przewodnika górskiego i alpinistę, chociaż Leif — czyli według barwnych zeszytów komiksów „Flegmatyczny. Larry" — w każdej krytycznej sytuacji byłby nie do zastąpienia. Pozostawał elefctronik-operator Wisper, który miał zajmować się sprawami łączności, drugi pilot-kosmo-nauta Pietrow, który, jak pan wie, brał udział w dramatycznym locie statku „Woschod 14" i po zderzeniu z ostatnim członem rakiety nośnej nie tylko sprowadził uszkodzony „Woschod" na Ziemię, ale nawet w przewidzianym rejonie lądowania. Następnie semantyk Sinton, którego zadaniem miało być podjęcie prób znalezienia środków komunikacyjnych dla porozumienia się z inteligentnymi istotami, jakie zapewne zało- ga „Ridera" znajdzie na Marsie. Obok profesji semantycznej był on również znawcą języków staroskandy-nawskich, uczniem profesora Sórenssena, a w rezerwie miał ponadto „lincos" i „astroglosę", dwa sztuczne języki — jeśli można te hieroglify, obrazki i schematy w ogóle nazwać językiem — wymyślone przez mądre głowy właśnie dla ułatwienia wzajemnego kontaktu cywilizacji kosmicznych. No i oczywiście — chociaż niegrzecznie wymieniam ją dopiero na końcu — pani Atena Kamenikowa — fotograf i dokumentator. Koordynatorzy nie mieli specjalnie łatwego zadania — nie sądzi pan, panie redaktorze? Niestety — mówię „niestety" ze względu na naszą starą przyjaźń, a nie ze względu na wyprawę — pani Alena odpadła już w pierwszej rundzie. Psychologowie, którzy wraz z nami mieszkali w naszej nadmorskiej willi o kilka kilometrów od rosnącego boosteru „Ridera", jakby się umówili i w najbardziej niespodzianych i nieoczekiwanych chwilach pchali się do drzwi ze swoimi elektrcencefalograficznymi maszynkami, doszli do wniosku, że jej obecność nie byłaby wskazana i że mogłaby skomplikować stosunki międzyludzkie w tym niewielkim kolektywie. Ostapienko wymierzył pani Alence ostatni cios: poradził, aby nauczyła fotograficznego rzemiosła Jyrry'go albo — jeszcze lepiej — Mac McLaughina. Tak czy inaczej on właśnie podczas pobytu na Marsie będzie chyba najmniej zajętym członkiem załogi. Pani Alena popłakała sobie troszkę, kiedy nikt nie patrzył — co zdradził mi Jyrry pod straszliwą przysię gą, że zachowam to w tajemnicy, proszę więc mnie raczej nie wydawać — nawymyślała zatroskanemu małżonkowi, że jest draniem, bo dranie zawsze mają największe szczęście, po czym z werwą zabrała się do udzielania lekcji sztuki fotografowania. Na wszelki wypadek uczyła obu — Jyrry'ego i McLaughina. Po dwóch miesiącach zameldowała Tombaughowi i Osta-pience, że wprawdzie Mac Mac

McLaughin — zawsze tego jednego „Maca" dodawała — ijest urodzonym kno-ciarzem, Jyrry zaś wstrętnym formalistą, ale na Marsie to chyba nie będzie tak bardzo przeszkadzało i nie popsuje smaku artystycznego skaczących czarnych meduz. Wszystko to — Ostapienko z grymasem szyderstwa, pan profesor Tomtoaugh zaś z kamienną twarzą — przyjęli do wiadomości i zatwierdzili. Nie powinienem jednak przeciągać, prawda, panie redaktorze? Krótko mówiąc w końcu musiał ustąpić Wisper, w którego elektroniczne cuda dla określania i zmiany kursu „Ridera" i wszystkich innych możliwych ewentualności, gdzie mogłaby mieć zastosowanie matematyka i logika matematyczna, zaczął się przy pomocy szefów i wiceszefów z General Electric wciągać Ostapienko; Mac Mac McLaughin — widzi pan, mówię już jak pani Alena — obiecał, że ciągle będzie żywy i zdrowy, nierdzewny i kuloodporny i w ogóle i że drugi pilot nie będzie potrzebny — odpadł więc w ten sposób Pie- trow. Od chwili, kiedy Mac dowiedział się o tym, od rana do nocy siedział u trenerów, pozwalając rozkręcać się w centryfugach na Cap Kennedy i tej większej w Bajkonurze, gdzie wybierał się czasami, dopóki mu Jyrry nie nawymyślał, że jeszcze się rozchoruje, zanim siądzie w „Riderze" w fotelu pilota. Semantyka Sintona uznano za niezbędnego. Nawiązanie kontaktu było bowiem głównym i właściwie jedynym zadaniem wyprawy. Bez Sintona albo by w ogóle do tego nie doszło, albo też — z wielkim trudem. Fred wysłuchał tej wiadomości jednym uchem, pokiwał głową, jakby niczego innego nie tylko nie oczekiwał, ale nawet nie mógł oczekiwać, i znów zniknął za stosami książek, taśm magnetofonowych i eks-pandorów sprężynowych piętrzących się na biurku o rozmiarach znormalizowanego stołu do gry w tenisa stołowego. Ekspandorów używał jako dopełnienia i przeciwwagi swojej siedzącej profesji i muszę powiedzieć, że zupełnie nieźle. Wyglądał raczej na kulturystę niż na oschłego językoznawcę. No a potem pewnego pięknego dnia staliśmy na molo w porcie i patrzyliśmy w stronę widnokręgu, gdzie szaroniebieskie morze łączyło się z niebieskoszarym niebem, na malutki punkcik, z którego wylęgła się najpierw dziecięca łódeczka, potem stateczek, a w końcu ogromny statek wiozący na pokładzie w specjalnym. domku z płyt plastykowych nasz statek kosmiczny, kabinę „Ridera". Alena fotografowała, nowo upieczeni artyści-fotograficy Jyrry i Mac również, my, to znaczy ja z Leifem, Wisper i Piotrów, spoglądaliśmy nieco melancholijnie, a kordon policjantów odsuwał w tył tysiące widzów, aby pozostał skrawek miejsca dla nas, a przede wszystkim dla oficjalnej delegacji NASA (Urzędu do Spraw Kosmonautyki), która olśniewała błękitem mundurów i uśmiechami. Jak można przypuszczać — Belmonte dawno już poszło definitywnie w zapomnienie, zapomniano też o nie kończących się sporach nad ujednoliceniem dokumentacji technicznej, nad de-cymalnym i withwortowskim

gwintowaniem śrub oraz tysiącem innych dyskusyjnych problemów. Przedstawiciele kosmonautyki radzieckiej nie dawali się — jeśli idzie o jakość uśmiechów i ich ilość — zawstydzić i cała uroczystość poszła jak po maśle, nie licząc deszczu, który spadł nagle i rozpędził pośrednich i bezpośrednich uczestników tej parady do kawiarni i bufetów w najbliższej okolicy. Tak więc w końcu ,,Ridera", a właściwie jego część, załadowano na specjalną przyczepę z potężnym ciągnikiem jedynie w asyście zmokniętych policjantów na motocyklach, a więc zupełnie spokojnie i bez nerwów, jakby zapewne powie- działa pani Alena. A czas, panie redaktorze, płynął coraz prędzej. Nie mówiliśmy wprawdzie o tym, ale codziennie przynajmniej na chwilkę podjeżdżaliśmy tak blisko boosteru, jak na to pozwalał drut kolczasty i tłumy ludzi dokoła, i obserwowaliśmy, jak rośnie kadłub „Ridera", jak niczym grzyby po deszczu wyrastają wokół niego pomocnicze zbiorniki na materiały pędne, jak w końcu na sam wierzchołek wysokiej na siedemdziesiąt metrów rakiety wciągana jest pozornie malutka kabina kosmiczna... Dalej i dla nas wejście było wzbronione. Musiała nam wystarczyć dokładna ma- kieta kapsuły. Przedłużaliśmy wspólne wieczory, jak tylho się dało — i Ostapienko nawet tak bardzo nam nie wymyślał. Siadywaliśmy z Jyrry'm, Aleną, a niekiedy także z Leifem w kąciku messy i niestrudzenie rozmawiali-liśmy o Marsie i o tym, co tam ekspedycja znajdzie albo też i nie znajdzie. — Jyrry, a co będzie, jeśli się okaże, że to wszystko W końcu tylko pomyłka i na Marsie będą tylko jakieś porosty i mchy; jeśli runa rider w rejonie Jeziora Słonecznego to jedynie przypadkowy układ jakichś zupełnie naturalnych formacji? — pewnego razu odważyłem się wreszcie wypowiedzieć głośno to, co męczyło mnie już niemal dwa lata. Jyrry łypnął na mnie oczyma i przez chwilę milczał. Potem machnął ręką. — W takim wypadku, Bjelke, pomyślimy o tobie i zaliczymy to na twój rachunek. Żeś rzucił urok, rozumiesz? A mamy już, drogi chłopcze, niejakie doświadczenia z islandzkimi czarownicami! — Potraktuj to serio, Jurku! — Pani Alena stanęła po mojej stronie. — To dobrze, że Gudmundur podjął ten problem. Ja także wciąż o tym myślę, tylko że nie taki ze mnie jak z niego bohater. To by ci dopiero była heca! W samych tylko dolarach „Rider" kosztował już, psiakrew, niemal osiem miliardów!... — ... a w rublach niemal dwa razy tyle, o nieufna i małowierna! Jakbym o tym nie wiedział! Gazety przypominają nam to codziennie jak tatuś koszt nowej teczki wyrodnemu synkowi, który za wszelką cenę chce jeździć na niej jak na sankach. Ale czyż my, na miłość boską, chcemy czegoś takiego? A zresztą gdybyśmy znaleźli i przywieźli tylko te porosty i mchy, i jeszcze jakieś robactwo, to i tak by to była wspaniała zdobycz! Rozumiecie? Jyrry, panie redaktorze, był wówczas tak poirytowany, że aż Ostapienko z drugiego końca messy popatrzył ciekawie:

dlaczego i o co tak się kłócimy? To trzeba widzieć na własne oczy: Jyrry'ego, kiedy ogarnie go sprawiedliwy gniew. — No, dobrze już, dobrze, ty krzykaczu! — nie ustępowała pani Alena. — Tak myślisz ty. I Gudmundur. I choćby ja. Ale ludzie oczekują jakiejś sensacji. I w końcu — mają do tego prawo. Przecież za „Ridera" zapłacili. Każdy człowiek na kuli ziemskiej począwszy od prezydenta, a skończywszy no... no choćby na mamie doktora Bjelke, dał na niego uczciwych osiem dolarów. Rozumiesz, Jurku? I za te osiem dolarów... Jurek złapał się za głowę. — Alenko, błagam cię: skończ już z tym. Ja wiem! Za te osiem dolarów możesz sobie kupić dajmy na to srebrną puderniczkę albo pajacyka na sprężynce, albo jeszcze jednego okropnego słonia do tej swojej obrzydliwej kolekcji... — Nie, Jurku, o tym akurat nie myślałam — przerwała mu Alena. — Tylko tak na własny użytek policzyłam, ile za te osiem dolarów można kupić na przykład ryżu albo chleba. Wiesz, że na świecie są jeszcze ludzie, może byś w to nie uwierzył, ale są jeszcze na świecie ludzie, którzy potrzebują kawałka chleba albo woreczka ryżu bardziej niż pajacyka na sprężynce. Drogi Jyrry, skoro to tylko usłyszał, natychmiast zrobił się taki malutki. — Wybacz... ja wiem... Ja tylko tak... sami wiecie... Chwilkę się zastanawiał, po czym pochylił sdę do nas konfidencjonalnie: — Sam bym się długo namyślał, czy warto niemal półtora roku być, Alenko, bez ciebie, gdybym nie był pewien, że na Marsie są nie tylko mchy i jakieś inne zielone czy raczej czerwone łodyżki, ale też bardziej interesujące rzeczy! — A ty jesteś pewien? — powiedzieliśmy niemal je- dnocześnie z panią Aleną. Jyrry ściszył głos niczym teatralny intrygant. — ,Tak, jestem pewien. Nie chciałem się z tym przed wami zdradzać, ale przycisnęliście mnie do muru... — przełknął ślinę i z wyrzutem spojrzał na mnie i na panią Alenę — ...zarzucając mi brak zrozumienia ludzkich potrzeb. Przez chwilę zgodnie i jednogłośnie protestowaliśmy, ale Jyrry machnął ręką i natychmiast ciągnął dalej, że naprawdę jest pewien i że ma dowód na istnienie na Marsie wysoko rozwiniętej cywilizacji. Wszyscy zastygliśmy w bezruchu. Zauważyłem, że nawet pani Alena wyglądała — jak by to sama określiła — niczym wystraszona mysz. Pierwszy — rzecz dziwna — odzyskał mowę na ogół milczący Leif Thorgunn. Wyjął z ust tę swoją wiecznie poobgryzana fajkę, z którą nie rozstawał się ani na chwilę od czasu, kiedy zdecydowano definitywnie, że jednak nie poleci, i rzucił: — To jest... bardzo interesujące. Na całym świecie właśnie tylko ty... — I znów przysłonił się milczeniem i chmurą błękitnego dymu „Złotego runa", które bez cła, a więc absolutnie nielegalnie, zdobywali dlań rosyjscy uczestnicy projektu ,,Rider".

— Nie tylko ja! Przypadkiem wie o tym także Osta-pienko! — bronił się Jyrry. — A teraz wiecie to również wy ł mam nadzieję, że przynajmniej do startu „Ridera" zachowacie to dla siebie. Postanowiliśmy z Iwanem Maksymyczem, że na razie nie będziemy robić paniki. Zapytałem, jaką panikę ma. na myśli. — Zaraz się dowiecie! Chodźmy na chwilę do nas — Jyrry na to. Wymknęliśmy się chytrze i cicho jak Indianie na ścieżce wojennej, ale nie udało się nam ujść pełnemu wyrzutu wzrokowi Iwana Maksymycza Ostapienki, który spojrzał na zegarek i znowu popatrzył na nas. Jyrry przez chwilę grzebał w swoich wiecznie poroz- rzucanych, niemniej jednak absolutnie nietykalnych stertach papieru, i wyciągnął w końcu kilka reprodukcji, wyciętych widać z jakiegoś czasopisma. Ze względu na to, że na zdjęciach znajdowały się — jako zawodowiec poznałem to na pierwszy rzut oka — słynne fotografie powierzchni Marsa dokonane przez sondę ,,Ma-riner IV", a na ostatniej stronie uniwersalny „dwume-trowiec" Zeissa z obserwatorium w Tautenburgu, można było przypuszczać, że to specjalistyczne pismo astronomiczne. Na podstawie zaś czeskiego tekstu — dzisiaj, panie 'redaktorze, potrafiłbym go już nawet jako tako przetłumaczyć — stwierdziłem, że periodykiem tym było praskie „Królestwo gwiazd". Jyrry tę moją detektywistyczną dedukcję potwierdził. — A więc patrzcie, wy, wy... z waszymi porostami i mchami! — I podsunął nam pod nos pierwszą fotografię obejmującą część Mare Sirenum z wysokości około 1000 km. Jeśli dobrze pamiętałem, największy krater na zdjęciu ma około 50 km średnicy. W lewej górnej części fotografii mniej więcej do połowy dostrzegało się zatarcie rastra — poza tym nic nadzwyczajnego nie widziałem, tym bardziej więc, oczywiście, nic nadzwyczajnego nie mogli widzieć ani pani Alena, ani też Leif, którego wiedza astronomiczna kończyła się gdzieś na Koperniku. Pani Alena osunęła się w fotelu. — O mój Boże, znowu zdjęcia! Jedynym fotografem z prawdziwego zdarzenia jestem w tym towarzystwie ja, a wy, chłopcy, powinniście z tym skończyć! W ten sposób przecież zaczęła się właściwie cała akcja z „Ri-derem" — tylko że wtedy mieliśmy przynajmniej zdjęcia tego szkraba ze statku z rakietami! To jest zupełnie, ale to zupełnie nieinteresujące. Co pan na to, Gudmundurze? Wzruszyłem ramionami. — Właściwie to ja także nic nie wiem... Jyrry przerwał mi w całkiem nieparlamentarny sposób: ' ' — Jeśli nie wiesz, to się nie wtrącaj! A więc żeby ście wiedzieli, wy wszyscy, ta linia, która najwyraźniej wygląda jak przerwa w rastrze podczas wysyłania bądź też przyjmowania fotografii, wcale nie jest przerwą. Przypadkiem tylko jest niemal — powtarzam: niemal — równoległa z pionowymi liniami rastra.

— I znowu, Jurku, masz jakieś przypadki. Taki przypadek to przecież jedna możliwość na... bo ja wiem na ile... No... choćby jedna na milion — protestowała pani Alena. — Jedna na milion? Co ci też przychodzi do głowy! Jasna linia odchyla się od linii rastra o pełny stopień. Sprawdziłem to przy pomocy mikroskopu w obserwatorium u Nawia. Z możliwych 360°, czyli z pełnego koła, mogła się trafić w liniach rastra dokładnie cztery razy — z góry, z dołu, z lewej strony i z prawej, a jeśli założymy jeszcze możliwe odchylenie o jeden stopień, to znaczy, że jeszcze osiem razy. Ogółem biorąc — dwanaście razy. Prawdopodobieństwo więc, moja szanowna, miła i matematycznie zacofana małżonko, przedstawia się więc nie jak jeden do miliona, ale jeden do trzydziestu. Taki przypadek dopuśćcie już więc łaskawie, abyśmy nie przeciągali tego zbyt długo i aby Ostapienko nie zjawił się tu nagle jak upiór. Jest już po capstrzyku. Krótko mówiąc wierzcie mi, że ta linia, dość zresztą dziwna, na pewno nie ma nic wspólnego z liniami rastra — nikt tego jednak nie zauważył, zdję-\ cię o numerze porządkowym 8 uznano za nieudane i w zasadzie nie zostało ono opublikowane. Jedynie „Królestwo gwiazd" i być może jakieś inne jeszcze pisma chciały mieć coś ekstra i wykorzystały je. Ta biała linia zaczyna się od czarnego punktu — właściwie to nie tyle od czarnego punktu, ile od czarnej plamki w kształcie koła, obejmującej mniej więcej dwudziestą część pozornej średnicy sąsiedniego krateru. Od tej plamki ciągnie się nieprzerwanie biała linia, która mniej więcej w połowie drogi do skraju fotografii rozpada się i jej wyrazistość stopniowo słabnie. Jest tak? — Tak, Jurku! Wszystko to mówisz bardzo pięknie, jakbyś z książki czytał... — ziewnęła pani Alena z głębi fotela. — Tylko że ja takich śladów widziałam w swoim długim i trudnym życiu całe setki i zawsze przepowiadały nieszczęście. To po prostu zadraśnięcie emulsji filmu paznokciem albo czymś równie złowieszczym... Tak powstała prosta szrama, a ten twój sła- wetny punkt czy też plamka to odrobina zdartej emulsji. A teraz możemy spokojnie iść spać. — Świetnie — ucieszył się Jyrry. — Widać zupełnie to samo myśleli wszyscy, którzy mieli zdjęcie w ręku, i dlatego nie zbadali go dokładnie. Ja jednak, ko-chasiu, jestem z natury dociekliwy i dlatego u ra-dioastronomów w Jodrell Bank, gdzie te portrety Marsa przyjmowano, z całą pewnością stwierdziłem, że przyrząd przyjmował negatywy. Rozumiesz, Alen-ko, negatywy? A więc w przypadku, który tak lekko- myślnie przedstawiasz, linia musiałaby być czarna, a ów punkcik biały, a nie odwrotnie. Zresztą — spójrzcie na kolejne zdjęcie. Nosi numer porządkowy 14 i mamy na nim północno-zachodnią część pustyni Phaetonis, sfotografowaną już z o wiele mniejszej wysokości. Krótko mówiąc, część powierzch ni zdjęcia 8, i to na szczęście właśnie jedna z tych, przez którą biegnie nasza... — Jaka znów nasza?! — odezwała się z oburzeniem pani Alena.

— A więc moja biała linia. Widzicie! — Co? — teraz na odmianę powiedzieliśmy jednocześnie Leif i ja. — To niewiarygodne! — Jyrry chwycił się za głowę jak nauczyciel bezradny wobec szczególnie tępego ucznia. — No ten szeroki jasny nieprawidłowy pas w lewej połowie obrazu! To wcale nie jest skaza, ale... co? Woleliśmy milczeć, Jyrry więc dokończył za nas: — To jest, o moi niedomyślni, częściowo rozproszona smuga kondensacyjna, jaką w chłodnej i rzadkiej atmosferze Marsa pozostawił samolot, uchwycony w locie właśnie na zdjęciu numer 8! — O psiakrew! Jeszcze jeden pierwszorzędny przypadek — zauważyła jakby od niechcenia i dla samej siebie pani Alena. — Wcale nie! — odciął się Jyrry. — Na ten pomysł wpadł Ostapienko. Mówiąc zupełnie szczerze, mnie to •wcale nie przyszło do głowy. Zdaniem Iwana Maksy-mycza jakaś latająca maszyna zmierza dokładnie do miejsca, dokąd kierował się „Ranger IV", aby obserwować jego lądowanie i Bóg jeden wie co jeszcze. Dokonaliśmy obliczeń i wszystko zgadza się co do joty. Owa latająca maszyna na pewno nie znalazła się tam przypadkiem. Lotnisko także nie znajduje się przypadkiem tam, gdzie lądują samoloty. No, dość szczególna to wprawdzie logika, ale coś w tym było! — Dobrze, Jyrry, ale dlaczego trzymacie to z Osta-pienką w sekrecie? Być może podczas dyskusji z innymi astronomami okazałoby się, że jednak nie macie racji. Może by... — wolałem czym prędzej zamilknąć. bo Jyrry znów zaczął czerwienieć. — Chciałeś powiedzieć, czy się aby przypadkiem nie boimy posprzeczać czy też pobić o naszą teorię, co, Bjelke? Czyżbyś tak mało mnie znał? Wiesz, że nie... Boimy się za to całkiem czego innego; ta maszyna, która na zdjęciu numer 8 wygląda jak czarna plamka, ma mianowicie dobry kilometr średnicy, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że leciała mniej więcej 50 km nad powierzchnią Marsa. Gdyby leciała jeszcze wyżej, nie powstałyby już smugi kondensacyjne. A „Rider" ma na pokładzie, o ile mi wiadomo, trzy czechosłowac- kie kieszonkowe pistolety maszynowe „Skorpion", kilka granatów ręcznych do walki z kosmicznymi potworami i jeden egzemplarz karabinu laserowego, który jest znakomity na ćwiczeniach; w praktyce nie skrzywdziłby nawet kota. Miotacze promieni i broń radioaktywna stanowią — niestety — uzbrojenie kosmonautów jedynie w powieściach fantastycznych. — No i? — zdenerwowałem się odrobinę. — Czyżbyśmy mieli jakieś powody, aby od razu planować starcie z nieznaną cywilizacją? A może nasza wyprawa na Marsa ma charakter zdobywczy? — Nie mów głupstw... — Jyrry machnął leniwie ręką. — Sam przecież najlepiej wiesz, że nie. Nasza wy prawa jednak i tak już jest bardzo cenna i kosztowna, musi więc być odpowiednio wyposażona we wszystkie możliwe i

niemożliwe środki na każdą ewentualność. I Iwan Maksymycz, i ja nie wątpimy, że znalazłyby się jakieś mądre głowy upierające się przy zapewnieniu „Riderowi" ochrony przeciwko latającym maszynkom o rozmiarach powiatowego miasteczka. Zanimby to przedyskutowano, upłynęłyby znów tygodnie i mie- siące, a w końcu wyfasowalibyśmy dla „Ridera" bombę atomową i odpowiednie osłony antyradiacyjne, a zamiast kosmonautów poleciałby już pewnie tylko jakiś kieszonkowy robot. A to jest, moi mili, dokładnie to, czego sobie z Ostapienką absolutnie nie życzymy. Po chwili odezwała się pani Alena. — Słuchaj no, Jurku... — powiedziała nieco zmienionym głosem — więc ty naprawdę myślisz, że tam... wiesz, tam, w górze, mogą istnieć jakieś maszyny zdolne zagrozić „Riderowi"?... — Co też ci przychodzi do głowy, kochanie! — Jyrry klepnął ją po plecach. — Właśnie przed chwilą przekonałaś mnie absolutnie, że to tylko draśnięcie paznokciem. Zostańmy więc przy tym, zgoda? No i zostaliśmy przy tym, panie redaktorze, aż do startu „Ridera". Doktor Komenik opowiada A więc przede wszystkim, redaktorze, rzecz najważniejsza: niech pan nigdy nie czyta sci-fi, czyli powieści fantastyczno- ^naukowych. Pozbawi się pan wszelkiej radości, jeśli kiedyś potem Pan Bóg przypadkiem dopuści i z kija wypuści, tak jak wypuścił w moim wypadku, i uda się pan osobiście i całkiem naprawdę gdzieś za stodołę naszej starej dobrej mamy Ziemi. Nie tyle może dlatego, że bywa w nich mnóstwo nonsensów. Z tym musi się człowiek zawsze liczyć. Gorsze jest to, co jest trafne i absolutnie dokładne i co w końcu niweczy każdą niespodziankę. Wie pan, kiedyś, przed dawnymi, bardzo dawnymi laty przyjaźniłem się z takim jednym kolegą, medykiem, razem uczyliśmy się, razem zdawaliśmy egzaminy, no i pewnego razu zdecydowaliśmy, że razem wyruszymy na wędrówkę po Karkonoszach. Mój szanowny kolega miał na brzuchu w przezroczystym mapniku mapę turystyczną i ciągle mnie pouczał: — Posłuchaj, Jurek, tam, za tym zakrętem drogi, będzie młyn, a nad nim trzy domki na zboczu. Nie, przepraszam, cztery domki. Wydawało mi się, że ten czwarty to rezultat trawienia jakiejś muszki. A po chwili: — A teraz uważaj: jeszcze mniej więcej sto metrów i znajdziemy się koło leśniczówki. I tak dalej, i dalej. Wytrzymałem to z Jilemnic do Witkowa, ale tuż za Witkowem tygrysim susem przeskoczyłem rów i zniknąłem w lesie. Odżałowałem wspólne pęto kiełbasy, ale za to potem maszerowałem sobie wesoło i pozwalałem się zaskakiwać, no i była to — krótko mówiąc — przygoda, a nie jazda wzdłuż wytyczonej chorągiewkami i z góry znanej trasy. Dlaczego to mówię?

Ano dlatego, że wszystko, co podczas startu i po starcie „Ridera" przeżywaliśmy, zna pan już z pewnością doskonale, tak jak zna to każdy chłopak, który raz na jakiś czas pozwoli sobie na fantastyczno-nauko-wą lekturę — a któryż to chłopak sobie nie pozwala, niech pan sam powie, redaktorze? Napije się pan kawy? Świetnie. Ja też. A więc te pierwsze minuty były zupełnie przepisowe, łącznie z przeciążeniem, uczuciem ucisku koło serca i w żołądku i tak dalej, i dalej; wyjątek stanowił fakt, że kabina „Ridera" podczas przelotu przez atmosferę ziemską wypełniona była dwutlenkiem węgla, tak że musieliśmy siedzieć w skafandrach. Nie mogliśmy nawet spojrzeniem pożegnać się z naszą macierzystą planetą w ogóle, a z kilkoma bunkrami wokoło boosteru, gdzie znajdowali się Alena, Bjelke, Leif i pozostali przyjaciele, w szczególności. Dwutlenek węgla stanowił jak- by doskonalszą namiastkę formuły zakazu palenia roz- błyskującej w startujących samolotach. My, oczywiście, o paleniu nie mogliśmy nawet marzyć — ale i tak te pierwsze i ostatnie odcinki lotu przez atmosferę są ponoć największym problemem. Kątem oka dostrzegłem za iluminatorami „Ridera" znane „robaczki świętojańskie", iskierki, odłamki roztopionego i rozżarzonego płaszcza rakiety. Wyglądały zupełnie tak jak iskry z paleniska lokomotywy podczas jazdy nocą. Po- wierzchnia osłony „Ridera" była rozpalona do czerwoności, tak mnie przynajmniej pouczał kiedyś Mac Mac Mac — i niebezpieczeństwo pożaru w kabinie właśnie w tej chwili największe. No i siedzieliśmy sobie pięknie niczym kokoszki w kojcu, z rękoma i nogami ciężkimi jak z ołowiu. McLaughin trzymał wprawdzie palce na guziczkach i dźwigniach ręcznego sterowania, ale chyba tylko z poczucia obowiązku i odpowiedzialności — aż do ostatecznego bowiem wprowadzenia na orbitę wokółziemską kierowało „Riderem" centrum obliczeniowo-dyspozy-cyjne na Cap Kennedy na spółkę z Bajkonurem. Żywię brzydkie podejrzenie, że w wypadku jakiegoś nieszczęścia jeszcze w atmosferze Mac McLaughin tak czy inaczej nie na wiele by się przydał. W jednym tylko punkcie, panie redaktorze, powieści fantastyczno-naukowe niewątpliwie kłamią, tak że aż się im z liter i rozdziałów kurzy; a mianowicie wówczas, kiedy popuszczają wodze fantazji i z rozkoszą opisują, w jakim bajecznym komforcie, niemal jak z Tysiąca i Jednej Nocy, spędzają kosmonauci najnud- niejszy okres wypełniania obowiązków, to znaczy podróż tam i z powrotem. Ha! ha! ha! — proszę pozwolić mi zaśmiać się straszliwie. Nie ma mowy o salach gimnastycznych i basenach, i bibliotekach! Nie ma mowy o specjalistach, którzy na każde żądanie potrafią wyczarować dowolny krajobraz i przepiękne widoki! Nie ma mowy o windach łączących poszczególne kondygnacje rakiety! „Rider" miał rozmiary małego autobusu albo raczej czegoś pośredniego między małym autobusem a mikrobusem. To, szanowny panie redaktorze, mówi wszystko! I proszę napisać

w swojej książce, jeśli już za wszelką cenę chce ją pan wydać, to mianowicie: zasadniczym problemem podróży kosmicznych na dalekich dystansach nie jest już dziś technika, ale ludzie i ich wzajemne stosunki, które podczas wielu miesięcy podróży w bardzo ciasnym pomieszczeniu nie mogą tak się rozsypać, by zagrozić wynikowi kosztownej i pracochłonnej ekspedycji. Planetoloty z łazienkami i bieżniami, z bibliotekami i ogrodami zoologicznymi dla rozrywki „zdobywców wszechświata", jak z upodobaniem nazywa się kosmonautów, to — proszę mi wybaczyć — idiotyzm. Ludzie, którym w ciągu kilku miesięcy podróży niezbędne są takie figliki, powinni i muszą siedzieć w domu. I basta! Każda dodatkowa tona wagi kabiny oznacza dalsze kilka milionów dolarów czy rubli, które w końcu ktoś musi zapłacić — i tak prawdopodobnie będzie jeszcze długo, bardzo długo, nawet gdy rakiety będzie napędzać energia atomowa, fotony, anihilacja masy czy — choćby, bo ja wiem — nawet dobre słowo. Krótko mówiąc: najważniejsi są i będą ludzie, którzy widzą dalej niż czubek własnego nosa, w miarę możliwości nie przeszkadzają sobie nawzajem i nie irytują się więcej niż to niezbędnie potrzebne. Napisze pan to? Nie zapomni pan? A więc dobrze — tu pan ma obiecaną kawę jako honorarium. W ten sposób spełniam warunki umowy, a jednocześnie udowadniam, że na chwalebnie znaną kawę, jaką parzy się tylko u Kameników, w pełni zasłużyłem. Oczywiście, słowa doktora Kamenika przeczytalibyście i bez tej łapówki. A to dlatego, że w poszczególne wywiady starałem się w miarę możliwości nie ingerować, przede wszystkim zaś z uwagi na niezwykłą ważkość tej myśli. W tym względzie zgadzam się z doktorem Kamenikiem co do joty. Przyp. red. Proszę sobie jednak nie wyobrażać, że całe wnętrze kabiny „Ridera" służyło tylko i wyłącznie naszym skromnym osobom. Wówczas czulibyśmy się — jak mawiał nasz posługacz szpitalny, pan Burgrabek — niczym Pan Bóg we Francji. Skądże znowu! Większą część zajmowały zapasy wody i żywności, przyrządy i części zamienne, mikrofilmy i broń, o której — jak sądzę — wspomniał już Bjelke, i tysiące innych rzeczy. Aha, jeszcze jedno: nie mieliśmy robotów 7 słuchających poleceń i wykonujących wszystkie możliwe i niemożliwe prace, podczas gdy kosmonauta kręci sobie palcami młynka na brzuchu. Niestety, i one na razie należą je dynie do świata fantazji, ale powiem panu, że niekiedy cholernie by się nam przydały... Musieliśmy posługiwać się własnymi rękoma. No... ale nie uprzedzajmy wypadków. W końcu szczęśliwie wydostaliśmy się z atmosfery, „robaczki świętojańskie" za iluminatorami pomału rzedły, aż wreszcie zniknęły zupełnie. „Rider" krążył wokół Ziemi po elipsie na wysokości mniej więcej 300 km. Było to pierwsze z czterech okrążeń, które miały być rodzajem próby generalnej mającej wykazać, czy wszystko jest w należytym porządku, czy też Mac Mac Mac powinien raczej zwrócić spiczasty nos — oczywiście „Ridera", nie swój — w przeciwnym kierunku.

Iwan Maksymycz pozwolił zdjąć hełmy skafandrów — ciśnienie tlenu wytłoczyło dwutlenek węgla, którym dla bezpieczeństwa wypełniona była kabina, i mogliśmy przynajmniej podrapać się w nos. Nie uwierzy pan, redaktorze, co to za przyjemność! Podczas czterech okrążeń nic szczególnego się nie działo, poza tym, że praktycznie zaznajamialiśmy się ze stanem nieważkości, że Fredowi ołówek poleciał pod sufit, tak że zdenerwowany chwytał go niczym muchę, ale coś takiego przydarzyło się już — jeśli dobrze pamiętam — Gagarinowi, i że na własne oczy przekonaliśmy się o widzialności dróg i świateł miejskich na pogrążonej w mroku półkuli, statków na oceanach i innych rzeczy, które już przed nami kosmonauci widzieli, a które — biorąc pod uwagę wszelkie teoretyczne przewidywania — nie powinny być absolutnie dostrzegalne gołym okiem. No, ja panu tego, redaktorze, nie będę wyjaśniał. Jak Boga kochani, nie wiem, jak się to dzieje. A potem zaczęła się już właściwa podróż na Marsa. Nie powiem panu o niej nic poza tym, że trwała dobrych parę miesięcy. Przemiana materii w każdym z nas musiała być znacznie zwolniona. Z jednej strony oszczędzaliśmy w ten sposób tlen, wodę i żywność, z drugiej zaś — zmniejszało się przez to niebezpieczeństwo choroby popromiennej podczas przelotu przez strefę Longschampsa. Rozdawałem więc najrozmaitsze środki uspokajające i nasenne i drzemałem jak wszyscy pozostali koledzy prócz biedaka — albo szczęścia- •rza, ma pan do wyboru — który właśnie pełnił służbę i którego zasadniczym obowiązkiem w wypadku ja-' kiegoś nieszczęścia w kabinie albo też na ekranie radaru meteorycznego było obudzenie przy pomocy zastrzyku katosilu najpierw McLaughina, po nim Osta-pieriki i trzeciego śpiącego rycerza. Wypróbowaliśmy katosil na ziemi. Wydaje mi się, że obudziłby i doprowadził do stanu pełnej sprawności nawet mumię Tu-tanchamona. Niekiedy słyszałem, jak na sąsiednich siedzeniach zmienionych w kuszetki Fred rozmawia z Iwanem Ma- ksymyczem i wprowadza go w rozmaite językoznawcze tajemnice. Jeden zwrot pamiętam, ponieważ odnosi się do Islandii: „Heimskt er heimaalid barn", czyli „Głupie jest dziecko, które rośnie w domu". Do zawartej w tym islandzkim przysłowiu rady zastosowaliśmy się więc w stu procentach. Niekiedy też czytałem przez chwilę; na zmianę — pod komendą Ostapienki albo też naszego kulturysty Freda — gimnastykowaliśmy się trochę w miarę możliwości i miejsca albo też słuchaliśmy programów specjalnie dla nas przygotowanych przez kilka rozgłośni na Ziemi. Odbiór był tak kiepski, że Iwan Maksymycz dziękował „za ogromne walory" raczej dlatego, aby nie sprawić przykrości tym gorliwcom, którzy wymyślali dla nas najrozmaitsze rozrywki: od prastarych anegdot i programów estradowych aż po koncerty muzyki konkretnej i elektronowej. Jedynie głosów najbliższych, którzy zostali w domu, na Ziemi, słuchaliśmy w napięciu i cichutko jak myszki, a im bardziej się oddalaliśmy i

im trudniej je Iwan Maksymycz „łapał" swoją krótkofalówką, tym były nam droższe. Ale opowiadam tu panu, redaktorze, rzeczy zupełnie banalne, które pewnie nikogo nie. interesu j ą, prawda? Daję słowo — nic niezwykłego się nie przydarzyło! Nie spotkaliśmy żadnego roju meteorytów, chociaż zgodnie z wszelkimi powieściowymi regułami powinno się to zdarzyć i osłona „Ridera" powinna przynajmniej w trzech miejscach zostać przebita, i któryś z nas z narażeniem życia powinien ją z zewnątrz załatać — tylko że między Ziemią a Marsem tych meteorytów jest tyle, ile za grosz uranu, a na domiar złego są tak drobne, że na tungstenkarbidowej osłonie „Ridera" zo- stawiłyby ledwie dostrzegalne otworki. Nie byliśmy przygotowani do igraszek poza kabiną w kosmosie, a jeśli nawet, to i tak nie moglibyśmy nic zrobić, chyba tylko zapłakać nad dziurą w „Riderze" — spawanie bowiem specjalnie prasowanych stopów za pomocą na- szych marniuchnych źródeł energii elektrycznej możliwe jest jedynie i wyłącznie w powieściach... Od dnia, kiedy sokolooki Fred Sinton stwierdził, że ogieniek Marsa, widoczny w bocznym iluminatorze, jest już czerwonawą tarczą, nie świecącym wprawdzie, ale już dość jasnym punktem — podróż zaczęła mijać trochę prędzej. Oczywiście, natychmiast dostrzegliśmy 'to wszyscy — obawiam się jednak, że pragnienie dodawało tu bystrości wzrokowi. Długotrwały stan nieważkości zaczynał już nam bowiem działać nie tylko na nerwy — to by jeszcze człowiek wytrzymał. Przede wszystkim jednak — mimo wszelkie środki i lekarstwa, którymi zgodnie z zaleceniami światowych powag i specjalnych tablic profesora Tombaugha szpikowałem su- miennie każdego z nas — zaczął oddziaływać na organ równowagi; dawały o sobie znać dolegliwości żołądkowe, a od piątego miesiąca podróży, czyli od momentu, kiedy do celu pozostawało jeszcze uczciwe dziesięć tygodni lotu, również choroba skafandrowa. Trzeba by znaleźć na nią jakiś sposób, redaktorze, tylko nie wiem, jaki, nie wie też tego żaden z mądrych i brodatych profesorów medycyny kosmicznej — przynajmniej na razie. Po prostu skóra nie wytrzymuje bez odparzeń tak długiego hermetycznego zamknięcia, nawet jeśli skafander jest w najbardziej pomysłowy sposób ogrzewany, wietrzony i suszony. Wiadomo, że nie sterczeliśmy w skafandrach bez przerwy — ale co najmniej przez połowę podróży nie zdejmowaliśmy ich z siebie. Zgodnie z obowiązującym bezwzględnie regulaminem pokładowym dwaj spośród nas musieli być w stałym pogo towiu, w „pełnym rynsztunku", z hełmami pod ręką, aby moc je założyć w ciągu dwóch-trzech sekund. Pozostali dwaj mogli tymczasem odpoczywać w fotelach — „w stroju domowym". Tu Iwan Maksymycz nie ustąpił ani o włos. A więc najpierw wszyscy drapaliśmy się, a potem jęczeliśmy przy każdym ruchu, ja zaś prowadziłem długie i pouczające rozmowy konsultacyjne z mniej więcej połową klinik dermatologicznych na Ziemi, niestety jednak każda z nich miała na tę sprawę diametralnie różny pogląd. W końcu tę naszą dolegliwość

leczyliśmy na swój rozum. Najgorzej nam się za to dostało od Aleny — znajdowaliśmy się wówczas już jakieś dziesięć milionów kilometrów od tej kulki, którą ludzie nazywają Ziemią. Zwymyślała nas, że jesteśmy jak dzieci i powinniśmy przesyłać na Ziemię bardziej interesujące informacje niż to, że coś nas gdzieś swędzi i piecze... Iwan Maksymycz strasznie chichotał, a Fred Sinton oświadczył, że dopiero teraz rozumie, dlaczego tak się na Marsa pchałem. A to drań! W tym miejscu gwoli uczciwości muszą wspomnieć o pewnej drobnej sprawie. W pierwotnym tekście „boczny iluminator", o którym wspomina doktor Kamenik na początku akapitu, zastąpiłem „przednim iluminato-rem". Statek „Rider" miał bowiem cztery iluminatory. Przypuszczałem wiec — zgodnie z naszymi ziemskimi wyobrażeniami — ze cel można osiągnąć jedynie wtedy, jeśli poruszamy się w jego kierunku, i że doktor Ka-memk po prostu się przejęzyczył. Mój łaskawy współpracownik jednak podczas korekty sprowadził rzecz do właściwych wymiarów i wyjaśnił mi dokładnie zasady kosmicznej nawigacji, podczas której dwa ciała zbliżają się do siebie pod najodpowiedniejszym kątem. Szybkość, z jaką Mars krąży wokół Słońca, jest taka, że „Rider" w porównaniu z nim jest zwyczajnym ślimakiem, no i oczywiście o wyścigach nie ma co myśleć. Dlatego istotnie Mars zjawił się w bocznym iluminato-rze. Ofiarny doktor Kamenik udokumentował mi ten fakt całym mnóstwem „planów lotu" i projektów dotarcia do Marsa począwszy od Candera i Ciołkowskiego poprzez Ary Szternfelda aż po trasy obliczone przez nowoczesne maszyny elektronowe. Muszą przyznać^ że ani Cander, ani maszyny elektronowe nie były tak naiwne jak ja — ale przyznałem się już do tego, mam wrażenie, we wstąpię, kiedy to nie rozmijając sią absolutnie z prawdą oświadczyłem, że nie jestem powołany do fachowych wyjaśnień na temat strefy Long-schampsa. Nic nie poradzą. Tym bardziej wiać staram sią o dokładność powtórzenia wypowiedzi moich daleko bardziej poinformowanych „ofiar". Przyp. red. i No a potem czerwonawa tarcza Marsa zaczęła się po- większać, tak że wyglądała jak zdjęcie astronomiczne, a wokół niego na czarnym niebie świeciły gwiazdy. Widzi pan, o tym jeszcze nie mówiłem, redaktorze. Wie pan co? Niech pan to sobie gdzieś przeczyta i opisze w tej swojej książce owe efekty z czarnym niebem i ognistym węzłem Słońca, które wyglądało jak ognie sztuczne na Boże Narodzenie, oczywiście, że trochę jaśniej, otoczonym strzępami korony i tak dalej i dalej. I tak to już każdy czytał gdzieś co najmniej dziesięć razy! Wiośnie z tego powodu nie przyjąłem propozycji doktora Kamenika. Przyp. red. > W końcu zaczęliśmy mieć coś do roboty — rzecz

jasna „Rider" podczas lotu wypełniał również najrozmaitsze zadania przewidziane w tej części programu: mierzył gęstość mikrometeorytów, promieniowanie kosmiczne i Bóg wie co jeszcze, ale była to bądź fuszerka, bądź też robiły to za nas w całości urządzenia automatyczne, które dane zapisywały — coś, co wymagało trochę myślenia, a niekiedy też wzięcia rzeczy we własne ręce, oczywiście, o ile w kabinie jakieś czynności fizyczne były w ogóle możliwe. „Chrapacylina", jak tabletki nasenne w przybliżonym przekładzie na nasz język nazwał Fred (a ma on, redaktorze, ogromny talent do tworzenia nowych straszliwych słów, co wiąże się pewnie z tą jego semantyczną profesją!), definityw- nie powędrowała już do apteczki. Ostapienko obstawał przy uczciwych ośmiu godzinach uczciwego snu na dobę. Na Marsie dzień ma tylko o czterdzieści siedem minut więcej niż na Ziemi i ziemskie zwyczaje znakomicie się nam tam przydadzą. Sam pan rozumie, że z początku szło nam bez „chrapacyliny" niełatwo, bardzo sią do niej przyzwyczailiśmy, ale po kilku dniach — Mars tymczasem wyglądał jak zupełnie niczego sobie placek — spaliśmy już znowu na zmianę jak zabici. Pewnego pięknego dnia przyśrubowaliśmy na powrót hełmy skafandrów i do kabiny „Ridera" zaczął z sykiem napływać ze zbiorników dwutlenek węgla. Zbliżaliśmy się do gazowej powłoki Marsa, który wisiał pod nami jak ogromny puchar, tak, redaktorze, głęboki puchar. Nie mieliśmy wcale wrażenia, że jesteśmy już tuż-tuż nad niemal wypukłą kulą — ale to z pewnością wie pan także, ponieważ pisał o tym każdy niemal kosmonauta, kiedy na stare lata chciał sobie dorobić taką czy inną książką... Ostapienko popatrzył na nas przymrużonymi oczyma. Wyglądaliśmy chyba nieszczególnie, ale z wolna i stopniowo przyzwyczajaliśmy się do tego, a więc nie robiło to na nas większego wrażenia. Nie, nie to, redaktorze, oczywiście byliśmy ogoleni, nie udawaliśmy załogi łodzi podwodnej, a zresztą nie kosztowało nas to wiele wysiłku. Firma Phillips dzięki czterem leciutkim maszynkom marki „Spaceshaver" zrobiła sobie wspaniałą reklamę i zarobiła miliony. A zresztą — dlaczego nie? Goliły bajecznie. Mieliśmy tylko kręgi pod oczyma, cerę bladą jak pędraki, a włosy jak nieco już podtatusiały zespół bigbeatowy. Nie odezwał się. Tylko kolejno — jednego po drugim — dotknął ręką, jakby nas poklepywał po ramieniu. Fred Sinton uśmiechnął się przyjaźnie, Mac Mac Mac zachęcającym ruchem uniósł w górę kciuk, a ja... właściwie to nawet nie wiem, redaktorze, co ja... Pew nie tylko siedziałem z bąblem skafandra na głowie, za- sznurowany pasami deceleracyjnymi, wdychałem tlen z helem, syczący cichutko w wentylu bezpieczeństwa przewodu doprowadzającego, i myślałem o tych, którzy zostali na Ziemi: o Alenie, o dr. Bjelke, o Leifie. A także o tym, dokąd to nas właściwie w końcu zaprowadziły: cała akcja Val oraz kilka zatartych słów w dzienniku Julesa Verne'a. Za iluminatorami ukazały się pierwsze „robaczki świętojańskie", pierwsze iskierki, drobinki roztopionej warstwy

termoizolacyjnej chroniącej powłokę „Ridera". Mac McLaughin nacisnął jeden z zupełnie niepozornych guziczków na tablicy rozdzielczej — ale wbrew tej niepozomości mieliśmy wrażenie, że wpadł na nas parowóz pociągu pospiesznego. Oczywiście nic takiego się nie stało — bo skądże by znowu na Marsie jakiś parowóz, no nie? — o przeciążeniu też nie ma co mówić, zaledwie jakieś dwie albo trzy atmosfery, a i to kto wie, czy tyle, ale to pierwsze włączenie silników rakietowych, przy pomocy których Mac McLaughin rozpoczynał manewr wejścia na orbitę — dziwi się pan, redaktorze, że się tak fachowo wyrażam, co? — natychmiast pouczyło nas namacalnie, jak bardzo Zdziadzialiśmy w ciągu tych kilku miesięcy stanu nie- ważkości. Fred, siedzący czy też leżący obok mnie w pozycji deceleracyjnej, spojrzał na mnie i z przerażeniem łypnął oczyma. Rozumieliśmy się bez słów. Rozmowy zresztą tak czy inaczej były zabronione — połączenie telefoniczne skafandrów miał zastrzeżone dla siebie nasz pan szef —. Ostapienko. Właśnie pracowicie naciskał klawisze kalkulatora pokładowego i szło mu to bardzo dobrze — widać naprawdę się tego nauczył. Na podstawie zwięzłych meldunków Maca przeprowadzał korektę kursu i obliczał nowe parametry orbity. „Robaczki świętojańskie" niezwykle się rozmnożyły i — praktycznie — iluminatory przysłoniła ognista zasłona, w której tylko od czasu do czasu — i to jedynie na ułamek sekundy — otwierały się wrzecionowate okienka. Powierzchnię Marsa widzieliśmy więc znacznie gorzej niż choćby „Ranger IV" i — o ile mogliśmy to stwierdzić — na ogół wyglądała tak jak na zdjęciach, które nam łaskawie przekazał. Kratery, łagodnie sfał-dowane równiny o nieokreślonej brunatnoczerwonej barwie. Tu i ówdzie mignęła przed nami ciemna linia — niczym rzeka albo rozpadlina czy wąwóz. W tych warunkach polowych nie mogliśmy, rzecz jasna, dać głowy ani za jedno, ani za drugie, ani za trzecie. — Słuchaj no, Mac — Iwan Maksymycz zwrócił się do McLaughina swoim spokojnym, trochę jakby nonszalanckim głosem. — Atmosfera jest tu osiem i pół rażą gęstsza niż na tej wysokości przewidywano. Jeśli będziemy schodzić zgodnie z pierwotnym planem, spalimy się w tym sosie jak meteor. Przytrzymaj go jeszcze na orbicie i nie przekraczaj szóstki. Później otworzymy parasol. W przekładzie na niekosmonautyczny język oznaczało to, redaktorze, że Mac Mac ma wstrzymać dalsze schodzenie „Ridera", zmniejszyć szybkość orbitalną do sześciu kilometrów na sekundę, co umożliwi włączenie urządzeń hamujących, jakichś tam klapek zwalniających lot poprzez tarcie o altanosferę. Rozumie .pan? Naprawdę? Słowo honoru? Łatwo się mówi, tylko że — ale co ja tam będę panu wyjaśniać! W końcu znaleźliśmy się na krytycznej wysokości nad powierzchnią Marsa — a mianowicie tak blisko, że uczciwa góra ziemskiej produkcji formatu mniej więcej Mount Everestu mogłaby „Ridera" roztrzaskać i rozproszyć jego

szczątki na obszarze równym średnio dużemu i dobrze prosperującemu państwu. Nie znaczy to, że spodziewaliśmy się na Marsie takich pagórków, wprost przeciwnie, ale diabeł nie śpi. Mac McLaughin mimo skafandra z regulacją temperatury był spocony jak mysz, Iwan Maksymycz zaś nie naciskał już guzików kalkulatora, tylko obserwował wszystkie trzydzieści dwa zegary na tablicy rozdzielczej „Ridera". W miarę jak wskutek działania „parasola" — być może uszkodzonego w wyniku straszliwego przeciążenia — malała stała szybkość, kabina wibrowała, drżała i trzeszczała. Ekrany radiolokatorów wyglądały jak rebusy dla szaradzistów — chmury jonizowanych gazów, otaczające rozżarzoną osłonę „Ridera", uniemożliwiały działanie anten nadawczych i odbiorczych. Najbardziej z nas wszystkich wstrząsy te dokuczały chyba FredowL. Usta miał fioletowe i zaciśnięte w wąską linię. W końcu nie wytrzymał i wychrypiał w mikrofon: — Do cholery, Mac, jak długo to jeszcze potrwa... — Cicho! — warknął Ostapienko. — Przygotować się do twardego lądowania! Twarde lądowanie, redaktorze, to — aby pan wiedział — w kosmonautycznym żargonie coś bardzo nieprzyjemnego, bliskiego katastrofie. Ekrany pojaśniały trochę i stały się mniej zagadkowe. Zaglądając Maoowi przez ramię spostrzegłem, że wskazówka szybkościomierza „niekosmicznych prędkości", mającego podziałki aż do pięciu M, zadrżała lekko. Ekrany radiolokacyjne ukazywały rozciągającą się pod nami równinę, beznadziejną i nieskończoną... A jednak nie. Chwilami migały jakieś formacje i pasy, ujrzałem nawet w pewnej chwili jaśniejszą plamę o ciemnych brzegach. Coś jakby tająca zamarznięta kałuża, jeśli pan pozwoli. Tak mniej więcej wyglądała. Ekran nad urządzeniem sterowniczym zamigotał, zgasł i znowu się zapalił. Teraz obraz był trochę inny — jakby powierzchnia Marsa odskoczyła nagle od nas przynajmniej na czterokrotną odległość. Iwan Maksy-mycz włączył panoramiczny radar. Odniosłem wrażenie, że temperatura w kabinie wzrasta — pewnie uległo uszkodzeniu urządzenie klimatyzacyjne skafandrów. Teraz oczywiście nie można było o naprawie myśleć. Ciśnienie deceleracyjne wyciągało nas z foteli, tak że aż pasy wrzynały się w ciało. Usłyszałem w słuchawkach, jak Ostapienko mówi do Maca: — Uwaga, to podgórze Edom i Zatoka Równikowa. Orbita niemal idealnie w porządku. Staraj się skierować go o mniej więcej pół stopnia na północny zachód. Ostapienko i McLaughin budzą wprost podziw, re daktorze! W tym zamieszaniu wiedzieli nawet, gdzie się znajdujemy. Wyobraziłem sobie mapę Marsa — znaliśmy ją doskonale na pamięć. Do Jeziora Słonecznego brakowało zaledwie dziesiątej części obwodu równika Marsa —

wydawało się jednak, że „Riderowi" za to brakuje wiele, bardzo wiele. Temperatura w skafandrach stawała się nie do zniesienia, a do wstrząsów dołączyły się jeszcze jakieś uderzenia o płaszcz rakiety, jakby ktoś rzucał garściami grochu na blaszany dach. Miałem ogromną ochotę zapytać Iwana Maksymycza, co to jest, ale obawiałem się, że w tej chwili z całą pewnością by mnie ugryzł. Bez względu na hełm skafandra. Zresztą po chwili sam się domyśliłem: przez iluminator widać było żółtawe strzępy przesuwające się koło nas z ogromną szybkością, tworzące wiry, to znów rozpadające w mnóstwo drobnych obłoczków i cząstek. Pyłowa, a właściwie — kamienna burza. Pierwsza, jaką przeżyliśmy na Marsie. Coś w rodzaju islandzkiego mistouru, jeśli pan, redaktorze, jeszcze pamięta. Tam, na SneflelsieL. — Za dwadzieścia sekund włączamy silniki hamujące — rozległ się w słuchawkach głos McLughina. — Proszę się przygotować. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden... już! Po raz drugi już stuknął nas parowóz pociągu po- spiesznego. Tuż przy twarzy świsnął mi niczym bicz pas urwany z fotela Freda, którego wyrzuciło do przodu jak kamień z procy — na szczęście drugi pas wytrzymał — tak że Fred zwinął się w dziwnej pozycji w miejscu, gdzie przed chwilą miał nogi. Ja miałem wrażenie, że pas przetnie mnie w pół albo sprawi, że przez resztę życia będę miał osią talię. Pociemniało mi w oczach. Niczym w półśnie usłyszałem, jak Mac Mac Mac chrypi w mikrofon: — ...aga, obrót!... A potem świat obrócił się do góry nogami, na szczęście jednak nasze sprytnie pomyślane fotele przewidziały te i obróciły się razem z nami, tak że teraz ja ze zwiniętym w kłębek nieruchomym Fredem Sinto-nem siedzieliśmy na „parterze" „Ridera", Ostapienko zaś z McLaughinem na ,,pierwszym piętrze", nad nami. Dolne krawędzie ich foteli mieliśmy akurat przed nosem, ja zaś w ciągu tej sekundy zdążyłem zauważyć delikatną pajęczynę pęknięć na lakierze fotela Maca. Jemu też na pewno porządnie się dostało, ale wytrzymał. Gdzie tam, redaktorze, cybernetycznym maszy- nom równać się z człowiekiem!... Podczas gdy dokonywało się obrócenie świata, o którym właśnie mówię, Mac włączył silniki hamujące, tak że parowóz trącił nas po raz trzeci, tym razem już nie tak intensywnie, a wkrótce potem uczucie ciążenia i ciśnienia zniknęło, jak nożem uciął. Staliśmy na płomieniu, który smagał i topił grunt pod nami. Grunt? Brzmi to dość dziwacznie, nieprawdaż, redaktorze, kiedy mówiąc o Marsie używamy terminów „grunt" czy „ziemia". No cóż, trzeba coś wymyślić. Albo wymyśli coś Fred Sinton, gotów jestem założyć się, że raz dwa się do tego weźmie... Bardziej przeczuwaliśmy niż czuli, jak cała ogromna masa „Ridera", zbiorniki paliwa pod nami, w których

zmieściłby się zupełnie przyzwoity statek powietrzny, wieńce silników odrzutowych, słowem: całe te tysiące ton metalu, z wolna, metr po metrze, opuszcza się na powierzchnię Marsa. I raczej przeczuwałem niż wiedziałem naprawdę, jak ogromnego wymaga to od Maca wysiłku — mimo że pomagają mu — rzecz jasna — żyroskopy, repulsory automatyczne i jakże się tam te wszystkie wynalazki nazywają — aby tego potwora delikatnie i szczęśliwie sprowadzić na dóL Gdzieś daleko pod nami skrzypnął metal, jakby otwierały się nie oliwione wrota — to obok stabilizatorów wysunęły się trzy teleskopowe ramiona z potężnymi sprężynami hamującymi i szerokimi talerzami podpór. Płomienie silników odrzutowych huczały nierytmicz-nie — w miarę jak je automaty (a może sam Mac Mc-Laughin?) włączały. Potem nastąpił lekki, ledwie odczuwalny wstrząs. „Rider" natychmiast pochylił się o kilka stopni, silniki odrzutowe zawyły, pochylenie — przy wibracjach i skrzypieniu kadłuba — powoli wyrównywało się, jeszcze jeden wstrząs, tym razem dość silny, tak że Fred wspinając się z powrotem na swój fotel, opadł znów na czworaki i nadal wisiał na zapasowym pasie, jakiś łoskot i trzaski pod nami — i cisza. Tylko w osłonie „Ridera" coś cichutko postukiwało — być może to tylko kurczyły się stygnące dysze. Przed iluminatorem i przed ścianką hełmu znajdowało się coś, czego nie mogłem dobrze rozpoznać, właściwie to z początku miałem trudności z akomodacją wzroku — zna pan to uczucie, redaktorze? W końcu blask zachodzącego przed nami, ale poza polem widzenia ilu- minatora słońca oświetlił to nieco: pojawiła się bru- natnoczerwona sieć, nieregularnie spleciona, tu i ówdzie rozszerzająca się w jakieś kuliste, jakby lodowe naroślą. Sięgała widać bardzo wysoko — najwyższe „oka" sieci widziałem zaledwie parę metrów pod nami, a więc co najmniej sześćdziesiąt metrów od podstawy. Po niebie z absolutnie nieziemską szybkością płynęły absolutnie nieziemskie błękitno-żółte chmury, przypominające raczej dymy z jakiejś fabryki chemicznej niż nasze poczciwe chmurzyska. A potem jakby ktoś nagle przekręcił kontakt — zapadła ciemność, czego zresztą ze względu na rzadkość atmosfery i równikowe położenie Jeziora Słonecznego oczekiwaliśmy i co profesor Tombaugh z pewnością siebie przepowiadał. Nie zauważyłem nawet, że nie ma już w kabinie dwutlenku węgla, dopóki nie usłyszałem jakby z daleka zmęczonego trochę wprawdzie, ale spokojnego głosu Iwana Maksymycza: — Możecie zdjąć hełmy. Jesteśmy na miejscu. No i rzeczywiście, redaktorze, byliśmy na miejscu. Tam, na Marsie. Zdaję sobie sprawę, że moja opowieść nie była ro- mantyczna, nie występują w niej piraci kosmosu ani podstępne meteory — ale chciał pan przecież prawdy, no nie? A teraz z przyjemnością wypiję jeszcze jedną kawę. No, redaktorze, jazda! Wspominając to, co rozpoczęło się po chwili, bardzo jej będę potrzebować!

Jeszcze raz (teraz już zupełnie krótko) doktor Kamenik Ależ pan niecierpliwy, redaktorze! Nawet pan porządnie nie skosztował mojej kawy, a ma ona, mój drogi panie, nie byle jaką opinię. Wie pan, że przysyła mi ją Hertwig wprost z Brazylii? Ma on teraz w Santarenie kawiarenkę z czerwono- białymi firaneczkami i czterema stolikami na chodniku. Przysłał mi fotografię. A ta kawa, ta kawa jest naprawdę bardzo interesująca. Proszę sobie wyobrazić, że każde ziarnko jest na swój sposób odmienne, ma najróżnorodniej- sze kształty, raz wygląda jak rogalik, to znów jak kulka. Oczywiście, są to ziarnka przebrane... Doktor Kamenik był w swoim żywiole. A ja z kolei ogromnie się niecierpliwiłem — choćby dlatego, że był późny wieczór, doktor nie czuł się jeszcze zupełnie zdrowy i dawno już powinien spać. Oczywiście, nie Śmiałem mu przerwać — przecież to od niego przede wszystkim zależało, czy ukaże sią „Tajemnica ślepych ptaków", „Znak jeźdźca" i książka, którą właśnie czytacie. I tak w końcu, chcąc nie chcąc, dowiedziałem się oprócz nazw najrozmaitszych gatunków kawy także sposoby jej przyrządania; w porządku alfabetycznym od Anissette, arabskiej, brazylijskiej, Borgia, bośniackiej, curacao, dimiana i tak dalej, i tak dalej, aż po kawę tropikalną, turecką, Yenezia i wiedeńską... Na literę 2 już żadnej kawy nie ma — w przeciwnym ra- zie doktor Kamenik by ją z pewnością znał i wypróbował. Ta gastronomiczna rozmowa trwała chyba z godzinę... Niech, mi mój szanowny i drogi przyjaciel dr Kamenik wybaczy, że taśmę magnetofonową z jego kawo-logicznym wykładem zostawiłem sobie jako piękną pamiątkę i cenne pouczenie osobiste i że jego doświad- czeń w tym zakresie w książce nie wykorzystałem. Zresztą zbliżała się już niebezpiecznie północ, pani Alena chodziła wokół nas wprawdzie w milczeniu, ale niewątpliwie ze wzmagającym się nieustannie pragnieniem ujrzenia mnie za. drzwiami. Tak więc dalszy ciąg wywiadu jest bardziej telegraficzny i zwięzły niż to doktor Kamenik ma w zwyczaju. Niemniej jednak jest co do joty zgodny z zapisem. Przyp. red. W myśl wszelkich reguł powieści fantastycznych po- winniśmy w tej chwili niczym sarenki wyskoczyć z deceleracyjnych kuszetek, na których wylegiwaliśmy się przez niemal trzy czwarte roku, i zacząć sobie hasać po Marsie. Jeśli już nie z innego powodu, to choćby ze względu na przyciąganie, które nie osiąga tu nawet połowy grawitacji ziemskiej. Ho, ho! Szkoda, że pan tych harców i tych sarenek nie widział! Ledwo wlekliśmy się. Była to chyba reakcja na napięcie nerwowe ostatnich godzin, a zwłaszcza skutek długotrwałego stanu nieważkości: kiedy to mięśni nie ćwiczyła nawet zwykła konieczność statycznego tonusu fleksorów... Ale to pewnie dla pana zbyt specjalistycznie lekarskie, prawda? Lepiej więc dajmy temu spokój. Krótko mówiąc czuliśmy się

wszyscy jak po długiej ciężkiej chorobie i tak też przedstawiała się nasza kondycja fizyczna. Dokładne dyrektywy lotu opracowano tylko do chwili lądowania — dalej już obowiązywała decyzja dowódcy ekspedycji, Ostapienki. Postanowił, że z cennych czterdziestu dni, jakie spędzimy na Marsie, urwiemy tak za dwa-trzy na odzyskanie sił i sprawności, a także na odzyskanie równowagi psychicznej, a dopiero potem zabierzmy się do eksploracji. Wie pan, redaktorze, co my tu będziemy o tym gadać... to raczej temat dla dr. Bjelke, niech pan go kiedyś o to zapyta. Żaden z nas wprawdzie się do tego nie przyznał, ale pod koniec podróży wszyscy mieliśmy już halucynacje, każdy zgodnie ze swoim usposobieniem. Na naszej starej poczciwej Ziemi wystarczyłoby to zupełnie, by człowieka zabrano na przymusowe leczenie na oddziale psychiatrycznym. •Niech no pan spróbuje zamknąć się na trzy czwarte roku w pomieszczeniu wielkości kabiny samochodowej i wystrzelić w przestrzeń kosmiczną!... Zanim zabraliśmy się do pracy, do analizy miejscowej atmosfery, do badania bakterii i ich wrażliwości na antybiotyki, których mieliśmy ze sobą całkiem przyzwoitą apteczkę, do mierzenia — dla celów filmowania i fotografowania — barwnej temperatury światła i tak dalej i dalej, zasiedliśmy wszyscy razem niczym na naradzie wojennej. Jakbyśmy się umówili — nikt z nas nie użył kuszetki. Mieliśmy ich zupełnie dosyć. Mac i Iwan Maksymycz oparli się o tablicę rozdzielczą, chociaż najrozmaitsze wypukłości i dźwignie gniotły ich w tylne części ciała i musieli pochylać głowy, ja z Fredem zaś usiedliśmy na zdjętych hełmach w wąskim przejściu między kuszetka-mi. Musiały wytrzymać ciśnienie 800 ziemskich kilogramów, teraz więc nic im nie groziło. — A co tu właściwie wokół nas rośnie? — trochę naiwnie zapytał Fred. — Marsjańska odmiana palm kokosowych — nie od- mówiłem sobie żartu. — Same kudły z orzechów i orzechy. Nie zauważyłeś? — Spokój, chłopaki, spokój! — uśmiechnął się krzywo Mac Mac Mac. — Oto przeżywamy historyczną chwilę, o której kiedyś dzieci będą się uczyć w szkole. Moje będą musiały umieć to na pamięć i płakać na myśl o tym, co tatulek przeżył. W przeciwnym razie zjem je z kościami — dodał mściwie. — Czy wobec tego mamy wygłosić jakieś przemówienie okolicznościowe? — Fred na to. — A jeśli w końcu nie znajdziemy tu nic poza tymi kokosami George'a — miał mnie na myśli, redaktorze — i wrócimy do domu z kwitkiem? Co ty na to, Iwanie? Jes teś przecież koordynatorem, zacznij więc zachowywać się historycznie! Iwan Maksymycz stał z pochyloną głową i nie odpowiadał. Myślałem, że pogrążony jest w jakichś głębokich rozważaniach, ale nagle zauważyłem, że z uwagą przesuwa w palcach pasek z nakreśloną linią krzywą. Z daleka wyglądało

to jak elektrokardiogram, ale takich wymyślnych urządzeń na pokładzie „Ridera" nie mieliśmy. — Przepraszam — Ostapienko drgnął — co mówiliście? Aha, już wiem. Mówiłeś Frędzle, że są tu tylko kokosy. Otóż nie, chłopcy. My dwaj, to znaczy Jurek i ja, już na ziemi byliśmy święcie przekonani, że na Marsie znajdziemy coś bardziej interesującego i że mamy nawet na to dowody. Chwileczkę — powstrzymał lawinę pytań — wszystko wam we właściwym czasie powiemy. Teraz coś ważniejszego: mniej więcej o sto kilometrów od miejsca lądowania w kierunku północ-no-wschodnim spostrzegłem na ekranie jakieś prawid- łowe formacje. Wyglądało to na dość regularne figury geometryczne... albo może w przybliżeniu figury geo- metryczne, półkule ułożone według wielkości w krąg. Nie wiem. Nie jestem pewien. I wy to zauważyliście? Popatrzył na nas. Wszyscy pokręciliśmy głowami. — Naprawdę nie? Hm. Może więc... Miejmy nadzieję, że będzie to na zdjęciu ekranu, zdążyłem jeszcze nacisnąć wyzwalacz, wynik, oczywiście, poznamy dopiero na Ziemi... Ale tu jednak jest dowód. Spójrzcie! — Wyciągnął rękę i powoli przewijał pasek między palcami. Co kilka centymetrów powtarzał się w prawidłowych interwałach ostry zygzak krzywej. — Co to znaczy, Iwanie? — Fred pochylił się. — Będziesz nam musiał chyba to wyjaśnić. Ostapienko zastanawiał się chwilę, popatrzył na mnie, po czym uśmiechnął się do siebie. — No dobrze. Może się to przyda. Jako bodziec i za- chęta... Chociaż... A więc słuchajcie: na tym pasku mamy zapis czynności urządzenia automatycznego, którego obecność na „Riderze" uważałem za zbyteczną. Jest to udoskonalona i oczywiście odpowiednio zminiaturyzowana wersja antyradarowego lokatora doświadczalnego wykrywającego promienie radarowe w chwili, kiedy padają na antenę. Dzisiaj — o ile się orientuję — bardzo to w siłach zbrojnych modne i takie maszynki są w samolotach doświadczalnych jeszcze bardziej szanowane niż wychodzące już po trosze z mody kamery fotograficzne. Nasz detektor radarowy obejmuje całe spektrum fal, jakie zna nasza ziemska elektronika: od milimetrowych aż po metrowe. Włączył się samoczynnie mniej więcej pół miliona kilometrów od Marsa. O tu — widzicie? — Nawinął odcinek czystego paska, dalej był kleks, spowodowany wibracją leżącego elementu piszącego, za nim zaś równa ciągła linia. Szybko przesuwał między palcami wstążkę podobną do paska zapisu telegraficznego. — W odległości 382 000 kilometrów od powierzchni Marsa detektor po raz pierwszy zanotował — nazwijmy to tak — audycję na talach krótkich. Po dziesięciu sekundach kierowany stożek fal ustalił się, musiał to bowiem być stożek kie rowany, możecie mi jako elektronikowi wierzyć, i nie opuścił już „Ridera" ani na chwilę. Dopiero tuż przed lądowaniem przyrząd umilkł. Albo uszkodziła go wibracja, albo też — i to wydaje mi się bardziej prawdopodobne — „Ridera"