wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 001 032
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 438 138

Stanisław Stefański - Głęboki kosmos

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stanisław Stefański - Głęboki kosmos.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 57 osób, 37 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 205 stron)

ROZDZIAŁ I START Tego ranka wszystkie laboratoria, warsztaty i wytwór­ nie kosmicznej stacji doświadczalnej Deifob opustoszały. Jedynie pracujące automatycznie urządzenia, a także świeże ślady pobytu ludzi świadczyły o tym, że stacja żyje. Została ona rozlokowana na satelitach Marsa w ten sposób, że pomieszczenia badawczo-wytwórczc znajdowały się wyłącznie na maleńkim Deimosie Można się więc było bez trudu domyślić, iż cała załoga stacji, przeniosła się najprawdopodobniej na Phobosa, gdzie mieścił się ko­ smodrom Deifoba Istotnie, przykryty olbrzymią siłową kopulą kosmodrom przeżywał tego dnia najazd całego dosłownie personelu Deifoba Wprawdzie owe dwieście kilkadziesiąt osób nie było w stanie zapełnić ogromnej płyty kosmodromu, któ­ rej średnica przekraczała pół kilometra, ale już sama ich obecność świadczyła, że dzieje się tu coś ważnego Na centralnej wyrzutni grawitacyjnej leżał na boku pojazd kosmiczny Przypominał kształtem gigantyczną kroplę wody długości pięćdziesięciu metrów i średnicy — w naj­ grubszym miejscu — dwudziestu metrów Na matowej, ciemnoszarej powierzchni nie widać było nawet śladu ja­ kichkolwiek wsporników, dysz, czy innych urządzeń ze­ wnętrznych W oczy rzucał się wytrawiony z boku na głębokość kilku centymetrów napis SG/tp/3. Na innych wyrzutniach, a także na kilku platformach remontowych i montażowych spoczywało kilkanaście większych oraz mniejszych rakiet kosmicznych W dużej grupce, otacza­ jącej pojazd, dyskutowanowłaśnie na temat dziwnego 5

statku, którego wygląd tak bardzo odbiegał od tradycyj­ nych wyobrażeń o rakietach. — Widziałem wiele rakiet i to znacznie większych od naszego SG — mówił wysoki blondyn — ale za każdym razem, kiedy spojrzę na „gala", ciarki mnie przechodzą. Chociaż znam go na wylot, ta jego inność ciągle mnie szokuje... — I ja myślę podobnie — odezwał się stojący obok niego, o głowę niższy szatyn. — Wydaje mi się jednak, że jest w tym wszystkim pewna prawidłowość. Zupełnie inny, oparty na całkowicie odmiennych zasadach napęd, kolosalny zasięg, nieporównywalny po prostu z tymi tra­ dycyjnymi, żałosnymi żółwiami — wskazał na stojące w pobliżu rakiety — stąd i odmienna forma. — No, no — burknął szpakowaty mężczyzna. — Nie wycieraj sobie gęby rakietami. „Żałosne żółwie"! Widzicie go! Ileż to pokoleń astronautów wychowało się na nich. Ziemia wiele im zawdzięcza! A poza tym myśmy nie tyl­ ko na nich latali, myśmy nimi także wracali... — Dajcie spokój — powiedział ktoś z tyłu. — Nie chce­ cie się chyba pokłócić akurat dziś. Powiedz nam Miro — zwrócił się do szpakowatego pilota — czy „gale" numer jeden i dwa wyglądały tak samo jak ten najnowszy? Na­ leżysz do niewielkiej grupy ludzi, którzy asystowali przy starcie obu tych statków, chyba pamiętasz? — Rzeczywiście. — Miro cedził słowa. — Jedynka była trochę mniejsza, a dwójka właściwie taka sama jak ten. Kształt praktycznie identyczny. Jak wiecie, jest on ściśle związany z budową statku i lotem, w reżimie nad- przestrzennym. Słyszałem, że ten kształt ma znaczenie w momencie wychodzenia z hiperprzestrzeni. Cóż my jed­ nak w sumie wiemy? Gdyby tamci wrócili, można byłoby powiedzieć coś konkretnego, a tak... — machnął wymow­ nie ręką. Zgromadzeni ożywili się. Chcąc, nie chcąc, Miro poru­ szył zadawniony spór. Dotyczył on przyczyn zaginięcia poprzednich wypraw statków galaktycznych i toczył się od pięciu lat na całej bez mała Ziemi. Wysunięto przy tej okazji setki, tysiące hipotez, niektóre były bardzo ory­ ginalne, ale wszystkie miały ieden mankament: były wciąż niesprawdzalne... 6

W tym samym czasie w sterowni kosmodromu trzech mężczyzn wiodło swobodną rozmowę. Jeden z nich ubra­ ny był w codzienny, roboczy strój pracownika stacji, po­ zostali mieli na sobie niebieskie kombinezony astronau- tów. Byli to: Or — kierownik Sekcji Lotów Przyszłości, twórca, a zarazem szef Deifoba, Arg — pilot i w jednej osobie dowódca SG/tp/3 oraz End — astrobiolog wypra­ wy. Śmiali się serdecznie. Wszystko wskazywało na to, że sprawcą wesołości był Arg. Musiała to być jedna z jego słynnych anegdot, gdyż po chwili dodał wyjaśniająco: — I wiecie, co się wtedy stało?! — a widząc pytające spojrzenia, gładko dokończył: — Obudziłem się! Nowy wybuch śmiechu skwitował jego oświadczenie. Kiedy wreszcie wszyscy uspokoili się, pierwszy odezwał się Or. — Właściwie pożegnanie odbyło się wczoraj w Cen­ trum. Dla Arga to nic nowego, ale ty — zwrócił się do Enda — brałeś w nim udział dopiero pierwszy raz. Nie dlatego jednak zadam ci to pytanie, może chcesz się jesz­ cze wycofać? Masz pięć minut do namysłu. Pomyśl, szan­ se powrotu, zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, wynoszą zaledwie 33 procent. Wprawdzie osobiście uwa­ żam, że są one znacznie większe, ale tak czy owak jest to diablo niebezpieczna wyprawa, jeśli się wycofasz, nikt ci tego nie weźmie za złe. Arg gorączkowo przetrząsał zakamarki swej pamięci, usiłując wyłuskać z niej casus Enda. Nic mu jednak nie przychodziło na myśl. Tymczasem astrobiolog, patrząc Orowi prosto w oczy, powiedział z goryczą: — Widzę, że ciągle pamiętasz... Ale ja nie potrzebuję tych pięciu minut. Wybrałem wcześniej, nie wycofam się, nie zawiodę. — Cóż, zatem dziękuję i życzę powodzenia — odparł Or — Nie chciałem cię urazić... Wiesz, chociaż nie ocze­ kiwałem innej odpowiedzi, musiałem zadać ci to pytanie. — W porządku — odpowiedział End — rozumiem cię, choć wydawało mi się, że przez te sześć lat zrobiłem 7

wszystktko, by zupomniano o mym błędzie. A teraz prze­ praszam was na chwilę. Kiedy End wyszedł ze sterowni, szef Sekcji spojrzał z troską na Arga. — Sądzę — odezwał się pilot - myślę, że on rzeczy­ wiście nie zawiedzie. — Chyba nie, ale wolałem, byśmy obaj usłyszeli to od niego. — Słuchaj, co to w ogóle za historia? Przecież nie bez powodu pytałeś go, czy nie ma ochoty się wycofać. I do tego na pięć minut przed startem. Prawdę mówiąc, nie spotykałem się z takimi praktykami. — Rzeczywiście nie wiesz o co chodzi? W swoim cza­ sie sprawa Enda była dość głośna. Niemożliwe, żebyś o tym nie słyszał. A że spytałem go tuż przed startem... No, cóż, prawdę mówiąc, byłem pewny, że się nie wycofa. Z drugiej strony przypomnienie mu całej tej historii z pewnością wpłynie na niego mobilizująco. — Może i słyszałem o tym wszystkim, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Powiedz, o co tu chodzi. Or nie zdążył jednak niczego wyjaśnić, gdyż drzwi ste­ rowni rozsunęły się i wszedł End. Astrobiolog usiadł, z uśmiechem spojrzał na milczących kolegów. — O czym rozmawialiście? — zapytał swobodnie. — Oczywiście o tobie — odpowiedział Arg, przygląda­ jąc się z zainteresowaniem Endowi, który skinął tylko głową, aprobując szczerość pilota. — To twój pierwszy głęboki lot, prawda? — Arg nie czekając na odpowiedź, mówił dalej. — Powiedz mi. co sądzisz o tych lotach, co o nich myślisz nie jako pracow­ nik Sekcji czy astrobiolog, a po prostu jako End, obywa­ tel Ziemi? — Jak by ci to powiedzieć... Wydaje mi się. że są one koniecznością, naszą nieuchronną przyszłością. Przecież już na początku XX wieku genialny Ciołkowski powie­ dział, że dopiero opanowanie kosmosu będzie oznaczało powstanie prawdziwej ludzkości, godnej miana społecz­ ności istot rozumnych... — Dobra, dobra — przerwał mu wyraźnie niezadowo­ lony Arg — chciełom usłysz- eć twoją opinię, a nie Cioł­ kowskiego. Czy nie uważasz na przykład, że za wcześnie<>

próbujemy lotów w głęboki kosmos, że nasze możliwości techniczne są wciąż, za małe, a apetyty zbyt duże? — Bo ja wiem — z wahaniem podjął End — jakoś się nad tym nie zastanawiałem. Już wielokrotnie słyszałem tego rodzaju opinie, duża część członków Rady Naukowej mówi w ten sposób. Jednocześnie nie mniej ludzi wyra­ ża na ten temat zupełnie przeciwstawne zdanie. Jeśli cho­ dzi o mnie... cóż... myślę po prostu, że ludzie muszą kie­ dyś dotrzeć na głębokość setek, tysięcy parseków, a każde początki są trudne Przez kilka sekund Arg z kamienną twarzą wpatrywał się w astrobiologa, po chwili odezwał się: — Na statku będziemy mieli dość czasu, żeby o tym podyskutować. Teraz — zwrócił się do Ora — chciałem ciebie o coś zapytać. Otrzymaliśmy wraz z Endem dossier tego nowego urządzenia, odpowiedziano wyczerpująco na mnóstwo naszych pytań, znamy zasady jego działania, schemat ideowy, nawet wiele szczegółów konstrukcyj­ nych Jedno tylko nie zostało dopowiedziane do końca: po kiego diabla nam ono potrzebne? Im dłużej o tym my­ ślę tym mniej rozumiem — urządzenie psychoanalitycz­ ne, też mi coś! I do tego prototyp zupełnie nie sprawdzo­ ny w roboczych warunkach kosmicznych. Wybacz, ale jakoś to się kupy nie trzyma. — Owszem — poparł go astrobiolog — mam podobne wątpliwości. — Szkoda, że tak późno o to pytacie — odparł Or — ale rozumiem, że czasami te podstawowe pytania rodzą się najpóźniej. Cóż, urządzenie PA-II/1 zostało zainsta­ lowane na waszym statku w wyniku decyzji Grina. na mój wniosek. Można więc powiedzieć — roześmiał się — że z waszymi wątpliwościami trafiliście pod właściwy adres. End zachował pełne szacunku milczenie, ale Arg poru­ szył się niecierpliwie. Nic zdążył jednak nic powiedzieć, gdyż szef Sekcji Lotów Przyszłości zaczął mówić dalej — Tak. PA-II/1 jest psychoanalitykiem Powinniście jednak wiedzieć, że tego rodzaju nazwy w odniesieniu do autonomicznych układów logicznych są czysto umowne — Powinniśmy, nie powinniśmy — burknął Arg — w końcu żaden z nas nie jest informatykiem, a nazywa- i)

nie jakiegoś komputera psychoanalitykiem tylko dlatego, że w nieco odmienny niż dotąd sposób przetwarza infor­ macje, jest grubą przesadą. — Nie w tym rzecz. Musicie przyjąć do wiadomości, że PA-I1/1 nie jest komputerem, a pierwszym w pełni udanym egzemplarzem autonomicznego układu logiczne­ go. To zasadnicza różnica i mam nadzieję, że się o tym przekonacie. Każdy AUL jest czymś, co się określa jako tabula rasa Na tym właściwie kończy się jego podobień­ stwo do komputera. Układ zaczyna funkcjonować z chwi­ lą wprowadzenia do niego odpowiedniej ilości informacji i uruchomienia zasilania. Rodzaj informacji wstępnej, otrzymanej przez układ, spowodował, że wasz AUL zo­ stał nazwany psychoanalitykiem. — Ale dlaczego, w dalszym ciągu nie pojmuję, dla­ czego uszczęśliwiono nas tym psychoanalitykiem — nie wytrzymał End. — Pierwotne przeznaczenie PA-II/1 było inne — cier­ pliwie tłumaczył Or — ale doszliśmy do wniosku, że to urządzenie może się wam bardzo przydać. - Niezależnie od wszystkiego jestem przekonany, że przetestowanie go w czasie waszej wyprawy będzie najbardziej miarodajną próbą, o jakiej mogli marzyć konstruktorzy. W najgor­ szym razie, jeśli zawiedzie, będziecie postępować tak, jak gdyby go nigdy nie było — To, co mówisz — upierał się astrobiolog — jest bar­ dzo przekonywające, ale ja w dalszym ciągu nie rozu­ miem.. — Czekaj, czekaj — przerwał mu Arg — w tym co mówił Or, uchwyciłem pewien arcyciekawy moment Chy­ ba nie zwróciłeś na to uwagi Otóż cały ten nasz psycho­ analityk nie jest podobno w ogóle komputerem. A jeśli nie jest komputerem i jednocześnie przetwarza informa­ cje, pochodzące ze świata zewnętrznego, to... czym w ta­ kim razie jest? — Trafiłeś w sedno! — na twarzy Ora pojawił się szel­ mowski uśmiech — Mógłbym ci bardzo po prostu i abso­ lutnie zgodnie z prawdą odpowiedzieć, że jest zwykłym autoukładem logicznym. Wiem jednak, że taka odpowiedź cię nie zadowoli Zatem powiem krótko jest układem m y ś l ą c y m . Potrafi nie tylko przetwarzać informacje, 10

jest twórczy wraz ze wszystkimi konsekwencjami, jakie z tego faktu wynikają. Zaskoczenie Enda było zupełne, Arg natomiast spra­ wiał wrażenie, jakby spodziewał się takiego właśnie wy­ jaśnienia zagadki. Mimo to, dopiero po dłuższej chwili po­ wiedział: — O konsekwencje nawet nie pytam. Przypuszczam, że „toto" uczy się wyjątkowo szybko, stąd zapewne twoje zastrzeżenie co do umowności nazwy „psychoanalityk" — No, no, nie demonizuj. Żadne „toto", tylko skon­ struowane przez ludzi i dla ludzi — łagodnie tłumaczył Or — urządzenie. Prawda, że niezwykłe, że jak dotąd je­ dyne, ale to tylko urządzenie... — Rzeczywiście — podjął zamyślony End. — Trudno w tej, sytuacji nawet w przybliżeniu ocenić usługi, jakie może nam oddać ten cudowny „psychoanalityk". — Jeszcze jakieś pytanie? — Or wymownie spojrzał na duży zegar startowy, umieszczony tuż obok ekranu łącz­ ności zewnętrznej. — Ależ oczywiście! — widząc niezadowoloną twarz Ora, Arg, dodał ze śmiechem: — Myślę jednak, że odło­ żymy je na później. Teraz chyba już nie zdążymy. Istotnie, do startu pozostało niewiele ponad siedem minut. Wszyscy podnieśli się ze swych miejsc, Or i Arg bez słowa uściskali się serdecznie. Nie było w tym nicze­ go niezwykłego, gdyż obaj znali się z dawnych czasów, należeli niegdyś do najwybitniejszych absolwentów Wy­ działu Pilotażu Akademii Lotów Kosmicznych i chociaż ich losy potoczyły się zupełnie inaczej, trudno byłoby jed­ noznacznie powiedzieć, który z nich spędził mniej burz­ liwie dotychczasowy żywot. Arg został pilotem kosmicz­ nym i gdyby prowadzono klasyfikację najlepszych pilo­ tów dalekiego zasięgu, to z pewnością stałby od lat na jej czele Miał nieprawdopodobne szczęście, pozwalające mu uchodzić cało z katastrof, którym od czasu do czasu ulegały całe zespoły doskonale przygotowanych i wypo­ sażonych ludzi. Szczęście to niestety zawodziło go czasem na Ziemi. Żona nie miała z nim łatwego życia. Wiadomo, pilot... Ale to nie on, wystawiony na setki śmiertelnych niebezpieczeństw, a właśnie ona, pozornie wolna od za­ grożeń, nie opuszczająca bezpiecznej Ziemi, zginęła tra- !1

gicznie po dziewięciu latach małżeństwa. Była wąsko wy­ specjalizowanym archeologiem, badaczem epoki średnio­ wiecza. Kiedy nagle zawaliły siej ruiny średniowiecznego zamku nad Loarą, grzebiąc ją i kilka innych osób pod wielotonowymi zwałami gruzów, Arg brał akurat udział w swojej trzeciej wyprawie, dzieliła go od domu odleg­ łość przeszło trzech lat świetlnych. Jak ustalono, nad Loarą zawaliły się jeszcze trzy inne stare budowle, ale tam ofiar w ludziach nie było. Komisja dochodzeniowa orzekła, że przyczyną katastrofy był jednoczesny start i lądowanie dwóch rakiet kosmicznych na saharyjskim kosmodromie. Ściślej — wibracje spowodowane nakłada­ jącymi się i wzmacniającymi falami dźwiękowymi. Nigdy dotąd nie dochodziło do tego rodzaju wypadków, zresztą jednoczesny start i lądowanie były tak rzadkie, że nikt nie brał pod uwagę możliwości wydarzenia się podobnej katastrofy... Dwadzieścia kilka lat później jedyny syn Arga poleciał jako astrofizyk na swoją pierwszą daleką wyprawę. Statek z pięcioosobową załogą zaginął bez wie­ ści. Pozostał mu zatem wnuk, ale synowa ubzdurała so­ bie, że źródłem rodzinnych nieszczęść jest nie kto inny tylko Arg i odtąd ich stosunki były poprawne, ale chłod­ ne. Gdyby Arg pozostawał na Ziemi dłużej, na pewno przełamałby lody, ale po tych wszystkich rodzinnych nie­ szczęściach za każdym razem usilnie zabiegał w Dowódz­ twie o skrócenie okresu wypoczynku i oczekiwania na nowy przydział... Na płytę kosmodromu wyszli razem i Arg zatrzymał się na chwilę, by po raz ostatni przed startem rzucić okiem na rozpościerającą się przed nim panoramę okolic. Kosmo­ drom Deifoba był jednym z czterech kosmodromów istnie­ jących w Układzie Słonecznym. Z uwagi na specyficzną działalność naukowo-badawczą Stacji różnił się znacznie od pozostałych Dotyczyło to jego rozmiarów, wyposaże­ nia i systemu zabezpieczeń, a przede wszystkim przezna- czenia, gdyż jako iedyny nie miał nic wspólnego z regu­ larną komunikacją międzyplanetarną. Historia Stacji obfitowała w niezwykłe wydarzenia. a nawet dramaty. Wkrótce po jej wybudowaniu, a więc 12

kilkanaście lat przed opisywanym tu wydarzeniami, wszyscy wiedzący coś niecoś o działalności Deifoba na­ tychmiast podzielili się na dwa obozy. Pierwszy z nich stał na stanowisku, że program pracy Stacji to czysta strata energii, środków i potencjału ludzkiego. Drugi na­ tomiast głosił z zachwytem, że Deifob stanowi w gruncie rzeczy pierwszy liczący się krok na drodze do opanowa­ nia kosmosu, o więc i do powstania prawdziwej ludzkości. W rzeczywistości Deifob był dla wielu ludzi tworem nie­ zrozumiałej, okrutnej Sekcji Lotów Przyszłości. Dość prędko potwierdziło się stare porzekadło o jabłku i ja­ błoni Oto niecałe dziesięć lat temu wydarzyła się w Dei- fobie seria tajemniczych katastrof. Uszłyby one prawdo­ podobnie Sekcji na sucho ale pech chciał, że zginęło w nich trzech młodych uczonych. Wrogowie Sekcji nie omieszkali oczywiście wykreować nieboszczyków na naj­ genialniejszych uczonych młodego pokolenia, bez mała pod­ porę światowej nauki. W rzeczywistości byli to dobrze zapowiadający się młodzi ludzie, o niekonwencjonalnym sposobie myślenia i z pewnością zbyt daleko idącą chęcią natychmiastowego wprowadzenia w czyn własnych po- mysłów. Pogrzeb był tylko jeden gdyż dwóch pilotów- naukowców po prostu wyparowało (a może utknęło gdzieś w hiperprzestrzeni, kto to wie) natomiast trzeci uległ zagładzie w wyniku swego rodzaju kolapsu grawitacyj­ nego z niewiadomych powodów przerwanego — n i e po­ wstał p r z y t y m czarny d ó ł . Z m ł o d e g o naukowca pozo- s t a ł a k u p k a substancji w n i c z y m n i e przypominająca ludzkich szczątków. Ów nieudany kolaps stał w tak jaw­ nej sprzeczności z wszelkimi prawami fizyki, że kierow- nictwo Centrum Lotów n i e zdecydowało się podać go jako bezpośredniej przyczyny śmierći młodego czlowieka. Wbrew obowiązującym zasadom w oficjalnym komuni- kacie ograniczone się do ogólnika o nieszczęśliwym wy- padku. Natychmiast po wspomnianych wydarzeniach Światowa Rada Naukowa wprowadziła w Deifobie rygory, które miały na celu zapobieżenie w przyszłości t e g o ro­ d z a j u "nieodpowiedzialnym wybrykom". C a ł y b e z wy- j ą t k u personel Deifoba i Sekcji narzekał n a t e regula- minowe obostrzenia, ale wielu młodych naukowców pusz­ czało przy tym "perskie oko"... i ?

Takie myśli przychodziły Argowi do głowy, gdy pa­ trzył na rozległą panoramę kosmodromu. Był to widok doskonale mu znany, ale pilot za każdym razem odnaj­ dował w nim nowe, niepowtarzalne piękno. Nad głową wisiała czarna kosmiczna pustka przybrana tysiącami, set­ kami tysięcy jarzących się światełek. Gwiazdy świeciły tu zupełnie inaczej, niż na nocnym ziemskim niebie nawet inaczej niż na Marsie. Były zadziwiająco jaskrawe w zestawieniu z czarnym tłem, na dodatek można było zaobserwować ich pozorny ruch nad kopułą kosmodromu. Trochę niesamowicie, ale dla Arga swojsko, wyglądał ko­ smodrom zalany, jasnym, dziennym światłem, które są­ czyło się zewsząd, oprócz górnej części kopuły siłowej. Arg spojrzał na ludzi otaczających statek galaktyczny, poczuł lekkie ukłucie w sercu — całym sobą, wręcz fi­ zycznie, odczuł swą przynależność do nich, do Stacji, do Ziemi, a jednocześnie nieodparty zew czarnej pustki. Przeszedł go dreszcz na myśl, że wedrze się w nią na głę­ bokość prawie siedmiuset lat świetlnych. Co go tam cze­ ka?... Ocknął się, gdy zniecierpliwiony Or dotknął jego ra­ mienia i znacząco wskazał na olbrzymie cyfry zegara, który stał kilkanaście metrów od nich i odliczał czas po­ zostały do startu. W milczeniu wsiedli na platformę ko­ munikacji wewnętrznej, która natychmiast ruszyła w kie­ runku statku. Tymczasem na centralnej wyrzutni pano­ wał ruch: potężny korpus statku poruszył się, następnie zaczął się prostować. Po chwili mierzył swym wysmuk­ łym końcem w centrum kopuły. W momencie, gdy plat­ forma komunikacyjna zatrzymała się przy wyrzutni, ciel­ sko statku lekko, jakby nic nie ważyło, uniosłob się w górę i znieruchomiało na wysokości dwóch metrów nad wy­ rzutnią, a w dnie gigantycznej „kropli wody" pojawił się okrągły otwór o średnicy półtora metra. Deifobianie oży­ wili się, wszyscy chcieli osobiście pożegnać odlatujących. Arg ściskał wyciągnięte dłonie, odpowiadał na pytania, przyjmował życzenia szczęśliwej podróży, wyczuwał nie­ pokój i napięcie większości żegnających. Nie był tym za­ skoczony, gdyż wiedział, że powodzenie wyprawy utoż­ samiane jest przez większość tych ludzi z ich osobistym sukcesem lub klęską. 14

Kiedy siłowa kapsuła przeniosła Enda i Arga do wnę­ trza statku i zniknął bez śladu otwór luku, do „godziny zero" pozostało niecałe pół minuty. Wszyscy zastygli w bezruchu Nikt nie odezwał się nawet wtedy, gdy SG/tp/3 lekko popłynął w górę i bezdźwięcznie przenik­ nął przez potężne siłowe pole kopuły kosmodromu.

ROZDZIAŁ II C E N T R U M Or należał do ludzi obdarzonych przez naturę mnóst­ wem różnorodnych zdolności. Jego opiekunowie, zarówno w pierwszym, jak i w drugim etapie nauczania, wiele ra­ zy kłócili się między sobą o ukierunkowanie zaintereso­ wań i specjalizację podopiecznego. W gruncie rzeczy były to spory jałowe, albowiem nie brano w nich pod uwagę jednego czynnika, a był nim charakter młodego człowie­ ka Jego dominującą cechą była żelazna konsekwencja. Or słynął również z bezkompromisowości, od najmłod­ szych lat dał się jednocześnie poznać jako jednostka, de­ likatnie mówiąc, nieco wybuchowa. Owa nieczęsto spo­ tykana mieszanka cech charakteru nie ułatwiała Orowi życia, szczególnie w stosunkach z przełożonymi. Miał zaledwie dziesięć lat, kiedy wybrał sobie zawód, którego wówczas jeszcze... w ogóle nie było, a który w pięć lat później rzeczywiście powstał. Był to zawód pi- lota-badacza. Tego rodzaju wybór oznaczał konieczność opanowania co najmniej czterech specjalności: pilotażu i nawigacji kosmicznej, informatyki, socjologii oraz ko­ smologii ze szczególnym uwzględnieniem astrofizyki i astrobiologii Na pierwszy ogień poszła specjalność pi- lota-zwiadowcy Później, podczas pierwszych wypraw, stale pogłębiał swą wiedzę z pozostałych dziedzin. Jego szósta wyprawa okazała się niestety ostatnią. Już nigdy więcej Or nie miał zasiąść za pulpitem sterowniczym statku zwiadowczego. Zawiniła niewielka awaria pokła­ dowych urządzeń nawigacyjnych, nie od razu dostrzeżo­ na przez główny komputer pokładowy z powodu zablo­ kowania jednego z mikroprocesorów, przetwarzających 16

akurat informacje, które napływały z systemów nawiga­ cyjnych. Zdarzyło się zatem coś, co uznawane jest przez konstruktorów statków za niemożliwe — równocześnie nastąpiły dwie awarie odrębnych układów, których praca w danej chwili miała istotne znaczenie dla bezpieczeństwa lotu. GKP po odblokowaniu nieszczęsnego mikroprocesora i zlikwidowaniu awarii urządzeń nawigacyjnych dopiero po siedmiu sekundach zawiadomił pilota o sytuacji. A sy­ tuacja była następująca: przechodzili w pobliżu gwiazdy Epsilon Eridani i mieli ją ominąć w odległości 0,2 AU. jednak awaria sprawiła, że układ sterujący przez kilka­ naście sekund nie otrzymywał danych, niezbędnych dla stałej korekty kursu i, rzecz jasna, żadnej korekty przez ten czas nie wykonał. W efekcie kurs statku wypadł już nie w odległości 30 milionów kilometrów od gwiazdy, lecz celował w jej fotosferę. Należało wykonać manewr odchylający, ale w warunkach błyskawicznie rosnącego ciążenia nie było to proste. Jednocześnie szybko rosła temperatura powierzchni statku, a urządzenia chłodzące pracowały pełną mocą. W tej sytuacji GKP decyzję o ma­ newrze pozostawił człowiekowi. Na wybór optymalnego wariantu miał Or nie więcej niż dziesięć sekund. Gdyby zwlekał dłużej, skutki mogły być tragiczne. Co prawda GKP powinien samodzielnie wykonać manewr ratunko­ wy, ale po pierwsze — oznaczało to stratę owych dzie­ sięciu sekund, po drugie zaś — GKP mógł w tych wa­ runkach nie wybrać optymalnego wariantu. Należy przypuszczać, że Or nie miał czasu na rozmy­ ślania nad decyzją, musiał ją po prostu w błyskawicznym tempie podjąć w oparciu o realne dane, wyświetlone usłużnie przez GKP na dużym ekranie pomocniczym. Faktem jest, że już w szóstej sekundzie Or wydał rozkaz, który zapoczątkował przeprowadzenie manewru odchy­ lającego. W rezultacie zostało uratowane życie pilota, sta­ tek nie doznał większych uszkodzeń, a paliwa wystarczy­ ło, by dolecieć do najbliższej Bazy. Człowiek zdążył wy­ brać optymalny wariant. Przypadek ów został wyczerpu­ jąco opisany w „Rocznikach Historii Astronautyki" i jest zawsze szczegółowo omawiany bodajże na trzecim roku Akademii Lotów Kosmicznych (na wszystkich wydzia­ łach), nie ma zatem potrzeby rozwodzić się nad nim w tym 17

miejscu Może jednak służyć jako przyczynek do charak- terystyki Ora. W związku z tym wypada wspomnieć o kil- ku ciekawych, a mało znanych szczegółach, dotyczących tego lotu, a właściwie jego następstw. Kiedy statek został przechwycony przez Bazę, Or nie mógł, rzecz jasna, udzie- . lić żadnych wyjaśnień. Reanimacja, leczenie i regenera­ cja spalonych płatów skóry trwały tak długo, że gdy wreszcie Or mógł udzielić pierwszych wyjaśnień, cierpli­ wość grona znakomitych specjalistów Centrum Lotów była już na wyczerpaniu. Okazało się zresztą niebawem, że oprócz potwierdzenia zapisu GKP, niewiele więcej miał do dodania. I to właśnie spowodowało, że w Centrum Lo­ tów wybuchł konflikt Potwierdzenie zapisu oznaczało bo­ wiem, iż Or rzeczywiście w ciągu pięciu czy sześciu se­ kund sam wybrał optymalny wariant, którego obliczenie trwa (sprawdzono to kilkakrotnie) w normalnych warun­ kach od 40 do 50 minut Większość specjalistów twier­ dziła, że jest to absolutnie niemożliwe, że jedynie przy­ padek mógł przyjść z pomocą pilotowi, jednak kilku wta­ jemniczonych w sprawę było zdania, iż Or mówił prawdę i rzeczywiście w tak krótkim czasie rozwiązał samodziel­ nie skomplikowane zadanie. Tak się składało, że do dru­ giej grupy należeli wyłącznie ci, którzy od lat znali Ora i jego zadziwiające zdolności. W tej grupie dwóch pilo­ tów — jak to się okazało podczas dyskusji — miało w swej karierze przypadki nieco przypominające casus Ora, chociaż nie tak błyskotliwe, a dalszych trzech sły­ szało o podobnych wydarzeniach od naocznych świadków. Ponieważ żadna z grup nie myślała ustąpić w tym teo­ retycznym sporze i ciągle wynajdywano nowe argumenty na poparcie to jednej, to drugiej tezy, konflikt narastał. Ówczesne kierownictwo Centrum miało wiele kłopotów z wyciszeniem całej tej sprawy Odetchnęło dopiero wte­ dy gdy Or oświadczył, że nieodwołalnie, i to w trybie natychmiastowym, rezygnuje z pracy w Centrum Lotów i grzecznie poprosił uczonych specjalistów, by nie zawra­ cali mu więcej głowy. Rezygnacja z samodzielnych lotów nastąpiła jeszcze przed wydaniem ostatecznego werdyktu komisji lekarskiej Centrum, gdyż Or wiedział już, że nie może więcej zasiąść za pulpitem sterowniczym. Komisja w swym późniejszym oficjalnym orzeczeniu wspominała 18

o urazie psychicznym, o nieodwracalnych zmianach, ja­ kie zaszły w organizmie pilota pod wpływem wysokiej temperatury, a nawet o niezrównoważonym charakterze. Prawdziwa przyczyna była jednak inna, ale orzeczenie lekarskie nie wspomniało o niej ani słowem. Ową przy­ czyną była nieodwracalna utrata zaufania do urządzeń typu komputerów pokładowych, które stosuje się na stat­ kach dalekiego zasięgu. Odchodząc z Centrum Or powie­ dział jednemu z pilotów, przyjacielowi z lat młodzień­ czych, że na dobrą sprawę GKP to ślepy zaułek, stale się je doskonali, a jeszcze szybciej rośnie stopień komplikacji jego budowy. Mimo nadludzkich wysiłków konstruktorów oznacza to zwiększenie zawodności urządzenia. W tej sy­ tuacji jedynym wyjściem jest zastosowanie całkowicie nowych konstrukcji, opartych na nieznanych dotąd za­ sadach, których wspólnym mianownikiem musi być pro­ stota. Or odszedł z Centrum, przez prawie dziesięć lat nikt z jego dawnych przyjaciół i znajomych nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. W tym czasie zmieniło się całe kie­ rownictwo Centrum, powstała Sekcja Lotów Przyszłości. Pierwszy szei Sekcji był wspaniałym człowiekiem, wy­ bornym organizatorem, ale miał nieco ograniczoną wy­ obraźnię. Z chwilą gdy Sekcja, po okresie organizowania się podjęła realizację swych zasadniczych zadań nowa praca zaczęła mu ciążyć. Komandor Grin, piastujący wówczas funkcję zastępcy szefa Centrum włożył wtedy wiele wysiłku w odnalezienie Ora, który oddał się bez reszty swej nowej wielkieji pasji — geoarcheolcgii. Or został wkrótce zastępcą kierownika Sekcji Lotów Przy­ szłości a po upływie pół roku szefem Sekcji. W ciągu następnych kilku lat dojrzewał mu w głowie pomysł stworzenia doświadczalnei stacji-kosmodromu. Wybor padł na satelitę Marsa — Deimosa stad nazwa Deifob Tam właśnie skonstruowano transformatory przestrzeni, stamtąd wyruszały wyposażone w nie statki, tam też po­ wstał pierwszy (i jedyny jak dotąd) funkcjonujący auto­ matyczny układ logiczny. Nowe systemy łączności, roz­ wikłanie wielu zagadek parapsychologii, genialny w swej prostocie, całkowicie nowatorski sposób przesyłania ener­ gii w atmosferze i poza nią, kapitalne rozwiązania w za- 2- 19

kresie wykorzystania niektórych źródeł energii, dopraco­ wany w najmniejszych szczegółach projekt i matematycz- no-cybernetyczny model regulacji klimatu i pogody róż­ nych stref klimatycznych Ziemi — to tylko niektóre osiągnięcia Sekcji. Or jednak kładł główny akcent na ba­ dania mikrokosmosu i prace związane z hiperprzestrzenią. Twierdził z uporem, że obydwa te kierunki stanowią w gruncie rzeczy nierozerwalną całość. Całkowitym przeciwieństwem Ora był jego bezpośredni przełożony, a zarazem serdeczny przyjaciel, szef Centrum Lotów Kosmicznych, komandor Grin. O flegmatycznym trochę usposobieniu, działał wolno, lecz zawsze precyzyj­ nie i skutecznie. W młodości był dobrym pilotem, cho­ ciaż dość prędko zaliczono go do tych co to „prochu nie wymyślą". Taka opinia związana była z jego powolnością i przezornością, krzywdziła Grina, choć może nie w tym stopniu, co zdanie jednego z przełożonych, który zwykł nazywać przezorność swego podwładnego asekuranctwem. Grin spokojnie, bez większych przygód i zaskakujących odkryć, ale też bez przykrych awarii i niespodzianek, wy­ czerpał swój limit lotów i przeszedł do pracy w Centrum, w Sekcji Nawigacji Kosmicznej. Odtąd mozolnie piął się w górę, pokonując szczeble hierarchii pracowniczej Był kolejno szeregowym pracownikiem Sekcji, zastępcą kie­ rownika i kierownikiem Działu. Kiedy otrzymał stanowi­ sko szefa Sekcji, w ciągu dwóch lat zrobił dodatkową spe­ cjalizację w zakresie organizacji i kierowania dużymi ze­ społami. Złośliwi przebąkiwali wówczas, że stracił na czy­ sto dwa lata, ale Grin wiedział co robił — po następnych trzech latach awansował na zastępcę szefa Centrum Lo­ tów i stosunkowo szybko, bo w półtora roku później, zo­ stał szefem Centrum. W powszechnej opinii pracowników, Centrum potrze­ bowało właśnie takiego szefa, gdyż prędko zaczął rosnąć autorytet tej zasłużonej instytucji zarówno w Światowej Radzie Wykonawczej, jak i w Światowej Radzie Nauko­ wej. Uznanie w oczach Rady Naukowej było sporym suk­ cesem, gdyż słynęła ona z niezależności i niechęci do ja­ kichkolwiek zewnętrznych autorytetów. Grin obrał jed­ nak właściwą drogę: po uporządkowaniu spraw organi­ zacyjnych, podjął udaną próbę przyciągnięcia i utrzyma- 20

nia w kilku Sekcjach grupy najznakomitszych uczonych i specjalistów, mających powiązania ze Światową Radą Naukową. Nie było to łatwe, gdyż minął akurat okres euforii, spowodowanej pozorną ekspansją człowieka w ko­ smos, a społeczność ludzka ze sceptycyzmem zaczęła trak­ tować to, co dotąd budziło w niej szczery entuzjazm. Za­ sięg penetracji kosmosu nie przekraczał wówczas dzie­ sięciu lat świetlnych, przy czym perspektywa znacznego zwiększenia tego zasięgu wydawała się bardzo odległa. a dla wielu wręcz mglista. Dlatego większość naukow­ ców przestała zajmować się problematyką lotów kosmicz­ nych, a tych, którzy formalnie przy niej zostali, bardziej absorbowały własne badania niż program zlecony przez Centrum Lotów. Z pewnością nie Grin pierwszy dostrzegł stojące za ty­ mi faktami niebezpieczeństwo, ale był pierwszym, który zaczął mu skutecznie przeciwdziałać. Umiejętnie wyko­ rzystał, przyciągającą szczególnie młodych ludzi, roman­ tykę pracy w Deifobie, przeniósł tam in gremio Sekcję Lotów Przyszłości — w ten sposób pozyskał plejadę mło- tych, dobrze zapowiadających się uczonych. Skutki nie dały na siebie długo czekać. „Burza mózgów" przyniosła efekty między innymi w postaci prac nad transformato­ rem przestrzeni. Kiedy rozpoczęto budowę statków ga­ laktycznych o zasięgu roboczym równym 200 parsekom, świat ponownie zwrócił oczy na Centrum Lotów. Jak za dawnych dobrych czasów Akademia Lotów Kosmicznych pękała w szwach, naukowców, specjalistów i kandydatów na pilotów, chętnych do wzięcia bezpośredniego udziału w nowym etapie podboju kosmosu było tylu, że wybie­ rano najlepszych z najlepszych. W końcu dwie pierwsze wyprawy galaktyczne wystartowały w daleką podróż. Po każdym starcie cała dosłownie Ziemia świętowała. Bawio­ no się przez kilka dni. Nadszedł jednak termin powrotu pierwszego statku galaktycznego, później drugiego, a Dei- fob na próżno wypatrywał swych wysłanników. Kiedy upłynęło jeszcze pół roku stało się oczywiste, że obie wy­ prawy należy uznać za zaginione. Oficjalny komunikat w tej kwestii wydało Centrum Lotów cztery lata temu. Reakcje były natychmiastowe i łatwe do przewidywania. Światowa Rada Naukowa po raz drugi w ciągu pięciu lat 21

podjęła debatę nad natychmiastową likwidacją Sekcji Lo­ tów Przyszłości, do czego miała zresztą pełne prawo, gdyż wszystkie instytucje i organizacje, zajmujące się bada­ niami naukowymi, podlegały jej bezpośrednio lub pośred­ nio. I znów, podobnie jak pięć lat wcześniej, gdy na wo­ kandzie znalazła się sprawa tragicznej śmierci trzech mło­ dych uczonych Deifoba, Grin pokazał, że nie jest malo­ wanym szefem Centrum. Zawsze dawał podwładnym du­ żą swobodę w wyborze kierunku i metody działania, jednym słowem — pozwalał im pracować. Nie odsądzał ich od czci i wiary, kiedy ponosili klęskę, gdyż doskonale wiedział, że jest to, obok wkładu sił i środków, nieunik­ niona cena, jaką się płaci za sukces. Był konkretny i su­ rowy, jeśli chodziło o szczegółową analizę przyczyn po­ rażki i wyciągania właściwych wniosków, ale uważał, że nie wolno karać ludzi za twórcze niepowodzenia. Kiedy doszło do wspomnianej debaty w Światowej Ra­ dzie Naukowej, Grin walczył o Sekcję, jak lew. Rzucił na szalę cały swój autorytet, w końcu zagroził nawet re­ zygnacją ze stanowiska. Wygrał. Rada ustąpiła. Tym ra­ zem nie mógł jednak zaprzeczyć słuszności niektórych argumentów strony przeciwnej. Musiał pójść na kompro­ mis. Zaginięcie dwóch kolejnych wypraw to śmierć sześ­ ciu ludzi — nie można było przejść nad tym do po­ rządku dziennego Dlatego też, kiedy padł wniosek w sprawie zakazu kontynuacji prac nad transformatorem przestrzeni i wycofania go z użycia na statkach kosmicz­ nych, szef Centrum mógł zrobić tylko jedno przyłączyć się do głosujących za zakazami, by wywalczyć zawiesze­ nie „wyroku na pięć lat". Bezpośrednio po debacie od­ wiedził Deifoba. Spędził tam cały tydzień na rozmowach z kierownictwem Sekcji, naukowcami i konstruktorami TP. Nie wdawał się przy tym w żadne dodatkowe dysku­ sje na temat przyczyn zaginięcia wyprawy zakładając z góry. że przyczyna tkwi właśnie w transformatorze. Na­ rzucił taki tok rozumowania swym rozmówcom i dzięki temu skierował cały wysiłek Deifoba na prace nad udo­ skonaleniem TP.

O tej porze w ogromnym 400-metrowym gmachu-mie- ście Centrum Lotów na Saharze wyczuwało się normalny rytm wytężonej pracy tysięcy ludzi, całego mrowia zespo­ łów i urządzeń. Niezwykłe mogło się wydawać jedynie czerwone światło, którym jarzyła się górna połowa drzwi gabinetu szefa Centrum na setnym piętrze. Była to bo­ wiem pora uzgodnień, a zwykle o tym czasie gabinet sze­ fa bardziej przypominał przedsionek hali kosmoportu tuż przed odlotem kolejnej rakiety pasażerskiej na Marsa, niż pokój pracy kierownika wielkiej instytucji. Tymcza­ sem spod drzwi gabinetu, wzruszając ramionami, zawra­ cali pracownicy Centrum, którzy mieli tu normalnie wstęp o każdej porze dnia. Siedzący w gabinecie Grin wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w okno, za któ­ rym widniały zabudowania Centrum, okolone soczystą zielenią, skąpane teraz w słońcu. Snuł akurat niewesołe rozważania o przyszłości czło­ wieka w kosmosie. Ani badania, ani prognozy naukowe nie dawały obecnie żadnej nadziei na wyjście poza za­ czarowaną granicę sfery, której środek stanowiła Ziemia, a promień — kilkanaście lat świetlnych, czyli nędzne trzy, cztery parseki. Przeszkodą była zbyt mała prędkość statków, nie przekraczająca 0.95 c. Teoretycznie szansę dawały tunele hiperprzestrzenne, ale mogły one funkcjo­ nować jedynie w układzie: stacja nadawcza — stacja od­ biorcza. Pomijając olbrzymie koszty, niewspółmierne do osiągniętych efektów, tego rodzaju ekspansja musiała się rozciągnąć w czasie na setki lat, a jej tempo winno było spadać wraz ze wzrostem zasięgu. Do niedawna tym jedynym, prawidłowym kierunkiem badań wydawały się prace nad transformatorami prze­ strzeni. Generator deformacji czasoprzestrzennej był w tym przypadku tylko jeden i znajdował się na rucho­ mym obiekcie, gdy w klasycznych nadprzestrzennych tu­ nelach takich generatorów musiało być co najmniej dwa i były one stacjonarne. Kiedy powstał TP, wszystko wy­ dawało się takie proste i oczywiste, ale teraz.. Teraz przysłowiowy włosek, na którym wisiała przyszłość trans­ formatorów, z każdym dniem, z każdą dosłownie godziną wydawał się Grinowi coraz cieńszy. Wprawdzie udosko­ nalenie TP poszło, jak sądził, we właściwym kierunku, on 23

sam zapewnił trzeciej wyprawie najlepszego pilota, jakim dysponowało Centrum, no i był jeszcze PA-II/1, ale wątpliwości mnożyły się w zastraszającym tempie. Jak w rzeczywistych — podróżnych, a nie laboratoryjnych warunkach — zareagują organizmy ludzkie na długo­ trwałe oddziaływanie pola deformacyjnego? Czy harmo­ nijna zazwyczaj współpraca człowieka i urządzeń nie ulegnie w tych warunkach jakimś zakłóceniom? Jak prze­ biegnie najbardziej krytyczny dla wyprawy etap wyjścia z nadprzestrzeni? Co napotkają dwieście parseków bliżej jądra Galaktyki? Pytań było coraz więcej. W pewnym momencie Grin przyłapał się na tym, że z uporem prze­ ciwstawia wszystkim swym wątpliwościom irracjonalną wiarę w niezmienne szczęście Arga... Z zamyślenia wyrwał go cichy odgłos gongu i melo­ dyjny głos, który odezwał się ze służbowego mnemofonu: — Jest godzina dziesiąta. Z kosmodronu Deifoba na Phobosie wystartował statek galaktyczny numer trzy, wy­ posażony w transformator przestrzeni, w skrócie SG/tp/3, z dwuosobową załogą na pokładzie. Ostateczny termin po­ wrotu — za dwa lata. Koniec informacji. Grin wstał z fotela i podszedł do okna. Przez moment poczuł się bardzo zmęczony decyzjami, jakie musiał pod­ jąć. Była to jednak krótka chwila, gdyż komandor nie zwykł poddawać się słabościom. Rozprostował ramiona, spojrzał na odległy kosmodron. W słońcu błyszczały igieł­ ki wysmukłych rakiet. Teraz pozostawało tylko pracować i czekać. Wydarzenia najbliższych miesięcy miały zwe­ ryfikować słuszność orientacji, którą reprezentował i któ­ rej tak nieustępliwie bronił. Rozległ się sygnał wywoławczy oznaczający, że któryś z szefów Rady Wykonawczej lub Rady Naukowej chce z nim rozmawiać. Niechętnie wrócił na fotel i wcisnął jeden z klawiszy na malutkim pulpicie sterowniczym. Na niewielkim ekraniku pomocniczym, stojącym na biurku ukazała się twarz Przewodniczącego Światowej Rady Naukowej, Rode. Z gęstej sieci zmarszczek, wspaniale harmonizującej z grzywą mlecznobiałych włosów, spoglą­ dały przenikliwe oczy. — Witaj. Widzę, że mocno przeżywasz to wszystko — 24

odezwał się R o d e z nutą współczucia. — Przed chwilą wystartowali, tak? Zamiast odpowiedzi, Grin skinął potakująco głową. — No cóż, życzę im powodzenia, a tobie wytrwałości i hartu ducha. Wiesz, że ci dobrze życzę i nic się nie zmieni, nawet jeśli... — Jeśli?... — Nawet jeśli będziemy musieli czekać pełne dwa la­ ta — uzupełnił Rode i dodał: — Nie przejmuj się tak, chłopcze, jestem przekonany, że wszystko ułoży się po twojej myśli. Ekran zgasł, Grin ze zdziwieniem stwierdził, że rozmo­ wa ta nie sprawiła mu przykrości.