wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Stefan Kisielewski - Abecadło Kisiela

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :421.1 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stefan Kisielewski - Abecadło Kisiela.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Stefan Kisielewski
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 14 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 67 stron)

Stefan Kisielewski Abecadło Kisiela

Jak powstało "Abecadło"? Pomysł był dziecinnie prosty: równie prosty jak samo abecadło. Jakiś czas temu reżyser Marian Terlecki postanowił zrobić film o Kisielu i zaprosił mnie do współpracy. Już w trakcie kręcenia zdjęć okazało się - co zresztą zupełnie oczywiste - iż główny bohater wplata we własną biografię niezliczone anegdotki i wspomnienia dotyczące ludzi, z którymi miał do czynienia w najrozmaitszych okolicznościach. Opowieści te rozsadzały wprawdzie zaplanowane ramy filmu, lecz były tak smakowite, że dla ich ocalenia przystąpiliśmy niezwłocznie do robienia filmu następnego. Zasiadłem więc przy Kisielowym stole, rozmiarami przypominającym boisko do piłki ręcznej, i naprędce nabazgrałem na kartce z górą sto nazwisk. Czujne pióro gospodarza skreśliło z tej prowizorycznej listy paru delikwentów (zgadnij Koteczku - kogo mianowicie?), lecz w zamian dopisało kilkunastu innych godnych uwiecznienia. Następnie, przy użyciu metod niegodnych i podstępnych - niskie pochlebstwa, szantaż moralny, obiecywanie gruszek na wierzbie etc - udało się Mistrza skłonić do pokąsania dalszych stu kilkudziesięciu bliŽnich. Książeczka niniejsza stanowi zatem wierny zapis Kisielowej gawędy, zubożonej tylko o charakterystyczne chrząknięcia, sadystyczne pomruki oraz błogie westchnienia. Odstąpiliśmy też od nazbyt rygorystycznych poprawek faktograficznych i od fryzowania wypowiedzi niedość uładzonych. W zamian może choć w części udało się ocalić niepowtarzalną swoistość stylu, klimat i ton tej narracji. To w istocie "pamiętnik mówiony", i jako taki powinien zachować właściwości gatunku. A więc nie tyle statecznie uporządkowany "Alfabet wspomnień", ile raczej "Abecadło" i to takie, co właśnie z pieca spadło; w dodatku na łeb, na szyję. Zarazem śmiem przecież twierdzić, że te swobodnie snute opowieści mają wagę dokumentu historycznego, choć nie obarcza ich bagaż solennych przypisów ani aparatury bibliograficznej. Ich walor leży gdzie indziej. Te dykteryjki przywracają naszym współczesnym dziejom - tak uładzonym i tak doskonale bezosobowym - normalny, ludzki wymiar. Kisiel spersonalizował polską historię. Właśnie tak, uczłowieczył ją i zhumanizował, gdyż ten mądry prześmiewca wie dobrze, iż za każdym procesem dziejowym, za każdym politycznym faktem - kryją się żywi ludzie z krwi i kości. Jest to rzecz o biskupach i mężach stanu, policjantach i opozycjonistach, pisarzach i dyplomatach, komunistach - by użyć porównania samego Kisiela - tak czerwonych "jak kardynałowie łowiący raki w Morzu Czerwonym" i reakcjonistach tak czarnych "jak Murzyni czyszczący komin z sadzy w noc bezksiężycową". W tym samym wszakże stopniu jest to rzecz o Stefanie Kisielewskim, który współczesną historię Polski nie tylko w sobie właściwy sposób opisuje, ale który także ją współtworzy już od półwiecza. Pierwszy felietonista Rzeczypospolitej swoje 250 ofiar potraktował w gruncie rzeczy łagodnie. Jego niewyparzony język kłuje, ale nie rani. Bowiem Kisiel, przy całej drapieżności i sarkazmie, kompletnie wyzuty jest z jednego, bardzo ludzkiego uczucia. Uczucia nienawiści wobec bliŽnich. Rozprawia się z nimi zarazem zgryŽliwie i dobrodusznie, z przekąsem i wyrozumiałością. Leje im miód na serce i natychmiast doprawia szczyptą soli z pieprzem. Smacznego! Tomasz Wołek Proszono mnie, żeby się wypowiedzieć o różnych ludziach. Sprawa jest ryzykowna, ale trudno. Więc spróbuję, według alfabetu. A Jerzy Andrzejewski - znałem go chyba 55 lat, był to mój przyjaciel, ale nie bardzośmy się lubili. Może to wynikło z różnicy usposobień i temperamentów. Prawdziwą pretensję miałem do niego o powieść "Popiół i diament", bo uważam, że ona zafałszowała obraz Polski bezpośrednio powojennej, że właściwie dała komunistom okazję, żeby wytłumaczyć sprawy trudne, np. A$k w sposób nieprawdziwy - co mu zresztą mówiłem. Wynikło z tego tyle, żeśmy do siebie kilkanaście lat nie mówili w ogóle. Ale potem się z nim

pogodziłem. On tej powieści nie odwołał, a młodzież dziś zdaje się uważa, że jest to powieść doskonała i wolnościowa. Mam inny pogląd. A Jerzego... Moja żona go bardzo lubiła, a ja go średnio lubiłem. Ale był to nieprzeciętny człowiek, niewątpliwie. B Władysław Bartoszewski - mój wielki przyjaciel. Więzień Oświęcimia i różnych obozów. Szalenie wygadany. Pamiętam, że po PaŽdzierniku były sprawy sądowe o odszkodowania za więzienia. Powoływano Bartoszewskiego na świadka i kiedy sędzia się dowiadywał, że on ma być świadkiem, to nie dopuszczał do rozprawy. Przyznawał odszkodowanie byleby on nie gadał, bo mówił jak maszyna. Miał różne przykrości. Teraz jest w Niemczech. Wybitny historyk - moim zdaniem. Ja mam do niego pretensję, że zburzył Warszawę, ale on twierdzi, że Powstanie musiało być. To jest różnica między nami. Ale oczywiście żartuję, bo to raczej nie on zburzył... Arcybiskup Eugeniusz Baziak - po śmierci Sapiehy zastępował arcybiskupa krakowskiego. Ja miałem z nim takie zetknięcie, że po PaŽdzierniku wydano mi po raz drugi "Sprzysiężenie" i znowu wynikła historia, że to prawie pornografia. Ksiądz Bardecki, asystent kościelny w "Tygodniku", prosił, żebym poszedł do Baziaka i mu to wytłumaczył. Poszedłem, on był bardzo łagodny. Powiedział: "Czy pan może mi napisać, że pan żałuje, iż panu wydali?" Ja mówię: "Ekscelencjo, no dobrze, żałuję...". To nigdy nie miało dalszego biegu. Tylko tyle go znałem. Wojciech Bąk - poeta, poznańczyk, katolik. Znałem go w czasie okupacji. Trochę był alkoholikiem... nawet dużo. Bardzo antykomunistyczny i po wojnie były z nim niesamowite historie w Poznaniu, ponieważ odgrażał się, że przyjedzie na zjazd literatów - a nie chcieli go drukować - wygłosi przemówienie i otruje się na estradzie. Ale ksiądz, przeor dominikanów z Poznania, który to usłyszał, przyjechał do Warszawy i uprzedził Putramenta, że może być taka historia. PUtrament zmobilizował jakichś facetów, tak, że jak Bąk chciał wejść na estradę, to go chapnęLi... I był w domu wariatów chyba przez pewien czas. Tragiczna postać, niezły poeta. Jakub Berman - nie znałem, nie widziałem, niewiele mam do powiedzenia poza jedną sprawą, jak uratowałem "Tygodnik Powszechny" i Zawieyskiego. Mianowicie jak była wojna koreańska, to Berman wpadł na pomysł: zaprosił grupę literatów, których sam wybrał, i powiedział, że każdy z nich musi napisać do jakiegoś pisarza na Zachodzie list protestujący przeciwko wojnie, przeciwko Ameryce. Zawieyskiemu wyznaczył Grahama Greene'a, że on ma do niego napisać. I pogroził mu, że to fatalnie wpłynie na "Tygodnik" i na wszystko, jeżeli on odmówi. Mnie nie było wtedy w Krakowie. Przyjeżdżam i mówią mi, że Zawieyski napisał, że to na pierwszej stronie idzie, już cenzura puściła... Ja to czytam... no to było okropne! Bo on się napił wódki, wpadł w histerię, i napisał szczerze, rzeczywiście, ze szwungiem, ale bzdury niebywałe. Więc ja mówię do Turowicza: "Słuchaj, ... jeżeli to się ukaże, to ja przestaję pisać w "Tygodniku". On mówi: "Ale nie wygłupiaj się, przecież to już przeszło przez cenzurę, już wiedzą". Ja mówię: "Daję słowo honoru - jeżeli to się ukaże, koniec". No i wtedy Gołubiew się wtrącił: "Słuchajcie, jeśLi Stefan daje słowo honoru, to musimy to poważnie traktować, musimy się naradzić". I zdjęLi to w końcu na całe szczęście, bo byłoby po "Tygodniku" i po Zawieju... Władysław Bieńkowski - ciekawa postać, komunista, ateista, który miał do nas jakiś sentyment. Jeszcze w roku 1946 urządzał dyskusję marksistów z katolikami w Krakowie u "Wierzynka", gdzie głównymi dyskutantami byli pan Drobner i ksiądz Piwowarczyk. Dyskusja była wspaniała, np. Drobner mówił, że Marks napisał tak i tak. Ksiądz PIwowarczyk mówił na to: "Nie. On powiedział nie tak". Więc Drobner na to: "Ksiądz szanowny się myli". "Ja się nie mylę, ale pan zna tylko lipskie wydanie Marksa, a nie zna pan londyńskiego, gdzie on napisał to i to". No więc była to wysoka szkoła jazdy. Potem Bieńkowski został wyrzucony jako

gomułkowiec. A w 1956 znowu się zjawił w Krakowie, zaczął rozmowy z Gołubiewem, z Zawieyskim, obiecywał nam, że będzie wiele klubów katolickich, że wejdziemy do Sejmu, Zawieyski do Rady Państwa, no i skusił nas... a potem sam wyleciał po kilku latach, ponieważ Gomułka, którego był bliskim przyjacielem w czasie okupacji, zdenerwował się jego dowcipami. Robił w Sejmie dowcipy rzeczywiście dziwne. Powiedział kiedyś, że mamy ileś tam tysięcy nauczycieli szkół niższych_idiotów. A skąd się wzięli?... Z socjalizmu, socjalizm ich wychował. Po takich dowcipach Kliszko się denerwował. Wyrzucili Bieńkowskiego najpierw z ministerstwa, został dyrektorem ochrony przyrody czy lasów, czy czegoś. Potem go z partii wyrzucili i został polskim Dżilasem, wydawał za granicą. Mieszka w tym domu zresztą co i ja. Miły człowiek. Ja się z nim kłóciłem: "Pan ciągle wierzy w marksizm, tylko pan mówi, że Žle wykonano. Niestety po tylu latach to już okazuje się chyba, że tego nie można dobrze wykonać". Taka była różnica między nami. Czesław Bobrowski - wybitny ekonomista, przed wojną dobry znajomy pana Giedroycia. Uczestniczył w "Klubie 11 Listopada" stworzonym przez Rydza_$śmigłego. Omawiano tam sprawy gospodarcze. Ciekawa kariera. Po wojnie był wiceprezesem C$u$p, po czym Minc zmienił front, zaczął niszczyć ustrój trójsektorowy, nastąpiła "bitwa o handel". Bobrowski bardzo się sprzeciwiał, został ambasadorem w Szwecji, skąd uciekł do Paryża. Wrócił do Polski w 1956 r. Znowu został wiceprezesem w Radzie Ekonomicznej, ale nie bardzo go słuchano, bo Gomułka był uparty. W 1968 na Uniwersytecie B. opowiedział się po stronie studentów i pobili go chyba - jakaś była draka i wtedy znów wyjechał - był w Algierze doradcą gospodarczym. Wrócił znowu pod koniec epoki gierkowskiej - i jak wiadomo też niewiele mógł. Powiedział kiedyś w telewizji: "Skoro nie możemy wprowadzić systemu rynkowego, to trzeba ciągnąć to co jest". Bardzo niemłody, chyba już po osiemdziesiątce. Adolf Bocheński - był wybitnie zdolnym człowiekiem. Zginął jak wiadomo po bitwie pod Ankoną. Uchodził za olbrzymi talent polityczny, ale jego książka "Między Niemcami a Rosją" zaczyna się od założenia, że w Europie przez 30 lat nie będzie wojny. No, założenie w 1938 roku dosyć zabawne. Poczuwał się do winy, że tego nie przewidział i chyba dlatego zginął - szedł na najniebezpieczniejsze miejsca. To był wielki charakter. Aleksander Bocheński - czyli Olo. Mój przyjaciel. Rzeczywiście bardzo już niemłody. Właściwie jeden z twórców "Paxu", jeden z najwierniejszych. Realista polityczny, inżynier, były dyrektor browaru w Okocimiu. Autor książki "Dzieje głupoty w Polsce", której wydanie załatwiłem po wojnie w prywatnej firmie "Panteon". I wcale nie poszła, mimo że w małym nakładzie wydana - 3000, tak że wydawca, pan Ryńca miał do mnie pretensje. Ale jest to książka niesłychanie ciekawa, właściwie apologia Targowicy, wszelkich porozumień i tak dalej. Jest to ciekawy umysł, niepopularny umysł. Natomiast jego tezy gospodarcze, że żaden rynek, tylko trzeba stworzyć totalizm gospodarczy, wziąć wszystkich za mordę i produkować - chyba niesłuszne. Ale jest to człowiek z wielkiej rodziny, interesujący, zabawny, ma już po osiemdziesiątce grubo i... ja go lubię. Ksiądz Józef Bocheński - nie znam go osobiście. Uchodzi za wielkiego filozofa. Kiedyś - co zabawne - był poniekąd cenzorem rzymskim. I on właśnie wziął na Indeks książkę Piaseckiego i pismo "Dziś i Jutro". To zabawne, że jego brat był twórcą "Paxu", a on to wciągnął na Indeks. No, ale to jest taka rodzina, paradoksalna. Ciekawy człowiek - nie uważam, żeby był wielkim filozofem. Czytałem jego artykuły o Kołakowskim, o książce, którą ja uważam za najlepszą - "Główne nurty marksizmu" - i właściwie on niewiele miał o tym do powiedzenia. Jest to bardzo osobliwy... wariat, przepraszam, który sam prowadzi samolot,

sam pędzi samochodami - po osiemdziesiątce to jest rzecz niezwykła. Ciekawa postać. Jerzy Borejsza - nie znałem go osobiście, ale byłem na paru jego zebraniach literacko_dziennikarskich w Krakowie, w 1945 roku. Był to człowiek, który politycznie dużo kłamał, ale miał szaloną ambicję, żeby do Polski Ludowej i do wydawnictw wciągnąć wszystkich endeków i prawicowców. Właściwie był jednym z twórców "Paxu" - to do niego zgłosił się Olo Bocheński i jego to zainteresowało, bo chciał mieć swoją prawicę. Skończył marnie, bo w końcu w partii jakoś Žle go widzieli, poza tym zakochał się w dziewczynie "reakcyjnej". Miał katastrofę samochodową, po której - jak mówiono - stracił pamięć. Był taki dowcip, że powierzono mu wobec tego napisanie historii Polski. Ale to była niebanalna postać, ciekawa. Jego bratem przyrodnim był chyba Różański, znany z U$b. Oni nazywali się Goldbergowie, czy coś takiego. To był ciekawy człowiek. Kazimierz Brandys - długie lata z nim dyskutowałem jako z komunistą i marksistą, znałem go jeszcze z czasów okupacji. Teraz się nawrócił i przeciwną funkcję spełnia. Nie bardzo go lubię, ale to jest kulturalny człowiek i bardzo dobry pisarz, chyba. A co jeszcze napisze to nie wiadomo. Moim zdaniem jego książka "Między wojnami" obok "Popiołu i diamentu" i "Pamiątki z celulozy" jest właściwie najgorszym przejawem socrealizmu. Mówią, że "Obywatele" byli gorsi. Ja twierdzę, że "Między wojnami" jest gorsze. No, ale się nawrócił i jest zupełnie inny. Stefan Bratkowski - jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie spółdzielczo_społeczno_pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników, i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował "íycie i Nowoczesność", dodatek do "íycia Warszawy", i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie Polak z Dolnego śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem, że on się przyjaŽnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie drażni, tak na przemian. Roman Bratny - znałem go słabo. Pisarz znany. Akowiec kiedyś, a potem przeciwnie. Podobno jak go przyjmowali do partii to się kajał, że on strzelał do komunistów, ale wierzył w to, a teraz chce odkupić winy. No i go przyjęLi. Jerzy Braun - ciekawa postać. W gruncie rzeczy debiutowałem literacko u Brauna. Wydawał on pismo "Zet", które było czymś w rodzaju organu filozofii narodowej Hoene_Wrońskiego. Bardzo wybitni ludzie pracowali w tym piśmie - Regamey, następnie nijaki Homolacs, erudyci ogromni. Braun też był filozofem, erudytą, poetą, powieściopisarzem. Troszkę naiwnym człowiekiem. W czasie okupacji był twórcą Unii, unii grup katolickich, potem Stronnictwa Pracy. Był chyba ostatnim delegatem rządu londyńskiego, tylko krótko. Po wojnie sądził, że odegra rolę polityczną, ale Bierut kazał zamknąć działaczy Stronnictwa Pracy. Popiel wyjechał, lecz zamknięto Studentowicza, Kwasiborskiego, Antczaka, Brauna i innych. Bardzo długo siedział w więzieniu. Stracił oko, bo dostał jaskry. Zmarł w Rzymie. Tadeusz Breza - bardzo inteligentny człowiek, ale trochę obrzydliwy, bo taki jakiś miękki cynik. Bardzo mądry, na każdą sprawę patrzył dwuznacznie... stosował kompromitacjonizm, jak mówił Irzykowski. Jeżeli się czyta jego "Spiżową bramę", to on tak niby nie lubi tych księży, ale... lubi, sam kiedyś był w zakonie, zresztą arystokrata. Jest taka jego książka "Niebo i ziemia", w dwóch tomach. Pierszy tom jest znakomity, a drugi jest idiotyczny, bo okazało się, że przyszedł socrealizm, i od niego zażądali, żeby przerobił ten drugi tom. I on go przerobił. Uważał, że cóż, tak życie się toczy, jak każą, to trzeba. W rozmowie był znakomity. Rozmówca przyjemny, subtelny, wszystko rozumiejący. A w

życiu publicznym postać dwuznaczna. Zbigniew Brzeziński - postać znana i sławna. Stykałem się z nim wiele razy. Urodzony na Hożej w roku 1928. POlak, warszawianin. Jego ojciec był konsulem w Montrealu. On sam od dziesiątego roku życia żył w Ameryce. No i zaczął się wspinać po szczeblach kariery naukowo_politycznej. Z nami się spotykał - z Giedroyciem w Paryżu, tu w Warszawie był kilkakrotnie. Czasem mu dawali wizę, czasem nie. Pamiętam bardzo śmieszny wypadek, kiedy przyjechał do Warszawy i zaprosił mnie na obiad, do węgierskiej restauracji. Gdy wychodzimy, szalona uprzejmość - szatniarz podaje płaszcze, idziemy - ktoś ustępuje miejsca. On mówi, że musi pojechać taksówką, tam stoją jacyś faceci, mówią: "A, prosimy, proszę stanąć". Więc Brzeziński mówi: "Widzę, że pan ma tu dużo znajomych". Ja mówię: "Wie pan, ja podejrzewam, że to są pana znajomi". Jego szczytem kariery było to, że został doradcą do spraw wojennych Cartera, zresztą on wymyślił Cartera w ogóle. NIe bardzo to wyszło, zwłaszcza ta historia z helikopterami pod Teheranem go wykończyła, bo to był jego pomysł. Zaczęli mówić, że to typowo polska robota... Ale jest to bardzo inteligentny człowiek - mówi po polsku z akcentem, lecz bardzo dobrze. Jest szalenie uczynny wobec POlaków i miły. Czy jest wielkim politykiem...? Również jego brat mieszka w Montrealu, jest żonaty z Polką, nawet znam. A on jest żonaty z kuzynką Benesza, z Czeszką. No i jest postacią bardzo znaną. Ryszard Bugaj - nie mam o nim wiele do powiedzenia. NIe zgadzam się z nim... Na ogół. Ma on ciągoty, jak to mówią, czerwone, chciałby to pogodzić jakoś z opozycją. Nie wiem, czy jego koncepcje gospodarcze, gdyby zaczął je praktykować, nie doprowadziłyby do jakichś fatalnych skutków. A poza tym ma brodę... C Józef Czapski - postać sławna. Malarz i właściwie człowiek, który "odkrył" Katyń. To jest jego zasługa, bo on był wśród tych czterystu, których z Ostaszkowa gdzieś przewieziono. Anders wyznaczył go do poszukiwania zaginionych oficerów, i z tego powodu jeździł po całej Rosji. Niesamowicie wysoki, dwumetrowy, w mundurze angielskim. I wykrył, że tych oficerów nie ma. Zresztą opisał to w książce "Na nieludzkiej ziemi" - bardzo ciekawie. To szalenie sympatyczny człowiek, z rodziny arystokratycznej, międzynarodowej. MIędzy innymi ich krewnym był Cziczerin - pierwszy sowiecki minister spraw zagranicznych. W 1920 roku Czapski jeździł do Rosji szukać jakichś zaginionych polskich jeńców, czyli spełniał tę samą funkcję. Bardzo ciekawy człowiek. Chyba przekroczył dziewięćdziesiątkę. Dobry malarz, świetne pióro. Mieszka w Maisons_$laffitte, razem z Giedroyciem, choć nie zawsze się lubili. Pod koniec życia prawie ociemniały, ale zawsze w świetnej formie. Adam Ciołkosz - najpoczciwszy człowiek świata i najbardziej naiwny, jaki chyba istniał. Spotkałem go też w Paryżu w 1957 roku, i zaczął mnie pytać, co to takiego właściwie nadzwyczajnego jest w tym Cyrankiewiczu. Mówi: "Przecież to mój uczeń, nic specjalnego, dlaczego on jest premierem, dlaczego on taki ważny, jakie on ma zasługi, gdzie on się wykazał?" Więc ja mówię: "Wie pan, on dużo zrobił. On zrobił wielką rzecz". Ciołkosz pyta: "Jaką?" Ja mówię: "íe żyje! Bo mógł nie żyć, dziesięć razy". No więc on się uśmiechnął i mówi: "Proszę pana, jeżeli to jest taki człowiek przyzwoity jak pan mówi, to czy pan mógłby go poprosić o jedną rzecz?" "Jaką?" "W Tarnowie, w domu takim a takim, na strychu, znajduje się skrytka, gdzie jest mój kufer z dokumentami P$p$s_owskimi, bardzo ważnymi. I żeby on mi to odesłał". Ja mówię: "Wie pan, ja mu nawet słówkiem o tym nie wspomnę, bo on oczywiście ten kufer weŽmie, ale panu go nie odeśle". Więc on mówi: "No widzi pan, że to jest świnia!" Ja mówię: "Nie, to jest polityk, który chce żyć...". Biskup Zygmunt Choromański - znałem mało. Był twardy, urzędował tutaj na Książęcej w Kurii, kłócił się z komunistami jak diabeł. Był moment, że chcieli go aresztować, kiedy

ks. Kaczyński był w więzieniu. No, ale jakoś się wybronił. Potem jak Wyszyński wrócił, on chyba jeszcze żył. Nie pamiętam, w którym roku umarł. Józef Cyrankiewicz - ciekawe, bo niby postać reprezentująca P$p$s, a ja nigdy o nim przed wojną nie słyszałem. Mój ojciec był przecież starym pepeesowcem, znałem różnych pepeesowców, a o żadnym Cyrankiewiczu jako żywo nigdy pojęcia nie miałem. Rodem z Krakowa, a właściwie z Tarnowa, z endeckiej rodziny, bo ojciec był członkiem Stronnictwa Narodowego, brat Młodzieży Wszechpolskiej. A on się wyłamał i był pepeesowcem. Znana postać na uniwersytecie, dowcipny, wesoły, i tak dalej. Przychodzi okupacja i jest czynnym działaczem W$r$n, czyli P$p$s_u antykomunistycznego, niepodległościowego. Przypadkiem dostaje się w ręce Niemców, znajduje się w Oświęcimiu, gdzie zresztą świetnie się zachowywał. Tu mógłbym powiedzieć anegdotkę. Jest taki literat, pan O..., który był z nim razem w Oświęcimiu i mówił, że mieli znajomego kapo, który twierdził, że przed wojną był kierownikiem sali w Bristolu i że zna wszystkich Polaków. Ten kapo rezerwował dla nich miejsce uprzywilejowane, to znaczy dozorcy klozetu, bo tam się nic nie robiło. Pewnego dnia przychodzą do niego i mówią, że przyjechali Sawan i Malicka. A ten kapo pyta: "Co to za jedni?", "Jak to? Sławni aktorzy, co pan, nie wie takich rzeczy. Sawan - najpiękniejszy mężczyzna w Polsce". "A, no to dobrze, to ja go dam do klozetu". A ten Sawan wyglądał jak półtora nieszczęścia - był ostrzyżony na zero, miał sraczkę nieustającą, niedopasowany pasiak, kulawy był w ogóle jakiś. Po paru dniach przychodzi ten kapo i mówi: "Słuchajcie, on nie ma prezencji, on się nie nadaje. Przyjdzie komendant, wyrzuci jego, a mnie powiesi. Ale ja to miejsce dla was rezerwuję - dajcie innego". PO paru dniach przyszedł inny i ten kapo na drugi dzień mówi: "No, to jest chłopak do rzeczy". A to był Józef Cyrankiewicz. I on w tym Oświęcimiu, a potem w NIemczech skumał się jakoś z komunistami. W każdym razie przyjechał do Polski chyba z ideą koalicji. I wiem, że było zebranie pepeesowców w Krakowie, gdzie Zygmunt Zaremba szalenie przestrzegał przed tym. A nagle Cyrankiewicz i Rusinek, którzy przyjechali z obozu, powiedzieli, że oni właśnie jadą do Bieruta, mają zaproszenie. Tam jakby piorun strzelił. "Rany Boskie! Co robicie!" - socjaliści na rany Boskie się powoływali. A on powiedział: "Nie, ja mu przedstawię wasze postulaty, wszystko będzie inaczej". Ale Zaremba mi mówił - ja go kiedyś w Paryżu spotkałem - że już nigdy potem się nie pokazał, nic nie przedstawił. No ale pokazał jakąś zręczność polityczną. Podobno Stalin go polubił szalenie. Była taka scena na Kremlu - w czasie obiadu, na którym byli przedstawiciele P$p$r, P$p$s, wszystkich czterech stronnictw. Stalin bez przerwy mówił: "No tak, P$p$s to jest narodowa partia, która nie chce z komunistami, która chce osobno... ja wiem..." Ciągle do Cyrankiewicza pił. Nagle Cyrankiewicz zabrał głos i powiedział: "Tak, towarzyszu Stalin, my jesteśmy partią narodową, mamy wielkie tradycje, my byśmy chcieli iść osobno, ale zrobimy tak, jak wy sobie będziecie życzyć. A wiecie dlaczego? Bo wy dla nas jesteście jedynym słońcem światowego socjalizmu". Stalin rozpromienił się, powiedział: "Wot gołubczik". I od tego czasu przez szereg rządów pan Józio się trzymał, z tym, że nie poszło mu z tą ręką obcinaną w Poznaniu, ale potem się zrehabilitował w jakiś sposób. Właściwie należał do tej grupy reformistycznej, puławskiej - raczej. Przy czym w Poznaniu opowiadali mi, że on pojechał kiedyś do tego samego "Cegielskiego", gdzie właśNie o tej ręce mówił. I tam się szykowali na niego, że "my tego tutaj drania splantujemy". A on od tego zaczął: "Ja tu na pewno zostawiłem złe wspomnienie, powiedziałem o tym obcinaniu ręki. No, ale wiecie przecież, jakie to były czasy, wiecie, gdzie żyjemy". I tu pokazał ręką na wschód, i wtedy ogromne oklaski: "Morowy chłop", "swój człowiek".

A Gomułka się tam nie podobał, bo mówił o gospodarce, a było widać, że nie ma o niej pojęcia. I ten Józio się długo trzymał, nawet kiedy Gierek doszedł, to go zrobił przewodniczącym Rady Państwa... Już wiele on nie znaczył, ale za stalinizm nie odpowiadał, za gomułkizm nie odpowiadał, i właściwie za nic nie odpowiadał - co dowodzi zręczności. To znaczy za socjalizm odpowiadał, ale ja go kiedyś zapytałem: "Czy pan dalej wierzy w socjalizm?". "A w co mam wierzyć? Czy można budować kapitalizm bez kapitału". No - pomyślałem sobie - ma rację, nie można. Ta postać ma swoje podłoże cyniczne, bo polityk tego rodzaju musi być cynikiem. Ale starał się jakoś wypłynąć tak, żeby go Polacy lubili, nie powiem - kochali, ale żeby go nie powiesili jak dojdzie co do czego. D Maria Dąbrowska - pisarka, wybitna. Nie bardzo ją adorowałem, bo była apodyktyczna i lubiła się wywyższać. Ale to może być moje osobiste odczucie. Miałem z nią zatarg, zresztą niemądry. Ona była przyjaciółką Stanisława Stempowskiego, wielkiego masona. Syn Stempowskiego, Jerzy - znany pisarz - był w Szwajcarii i nagle w "Tygodniku" ktoś powiedział, że on umarł. Ja to podałem Bartoszewskiemu, który prowadził wtedy u nas kronikę "Zmarli". On to wydrukował. Okazało się, że Stempowski żyje. Spotykam potem panią Dąbrowską i ona mówi: "To podobno pan podał tę wiadomość". Ja mówię: "No właśnie" i zaczynam się śmiać. Ona mówi: "Nie widzę w tym nic śMiesznego" - z taką wściekłością na mnie spojrzała, że nogi mi się ugięły... Ale była to wybitna osoba. Co prawda ja nie czytałem "Nocy i dni", tylko fragmenty... Jest jedna rzecz wstydliwa. Otóż w 1956 była kandydatką do Nagrody Nobla. Ale tak się złożyło, że po śmierci Stalina w 1953 roku Putrament wymuszał od ludzi jakieś wypowiedzi na temat tej śmierci. To przez to się "Tygodnik" przewrócił. I od niej wymusił. Napisała takie coś, że "potworna wiadomość", "co będzie z nami", "co będzie z Polską" i tak dalej. I podobno gdy była kandydatką do Nobla, ktoś to podał do Sztokholmu przetłumaczone, no i skosił. Tak Polacy robią. Roman Dmowski - ha! Nie będę się wypowiadał. Raz w życiu z nim rozmawiałem w Drozdowie u państwa Lutosławskich. Chodził po ogrodzie i myśmy chodzili. ZaczęliśMy rozmawiać. Nie była to ważna rozmowa. On zapytał: "Jak się panom podoba nowa kompozycja Koca?". Podobał mi się jako niebanalny typ polskiego polityka. Bo stary kawaler, bardzo elegancki, bywający dużo za granicą, znający języki, świetnie mówił po angielsku. Twórca polskiego nacjonalizmu, a jednocześNie siedział w Dumie. Myślę, że zrobił wielką rzecz na KOngresie Wersalskim, czy przed Kongresem. Natomiast w Polsce nie odegrał już wielkiej roli, bo jednak nienawiść do Piłsudskiego wpłynęła na to, że wszystko postawił na zwalczanie sanacji. No i odbiła się od niego młodzież. Najpierw O$n$r, potem "Falanga" i różne inne. Myślę, że za dużo było tej nienawiści. Jednak zaciemniło mu to widzenie. Jan Dobraczyński - co tu mówić. Nawet z nim jestem na "ty". Uważam, że jest to człowiek dziwnie zakłamany. Bo pobożny, który się trzy razy na tydzień spowiada, a jednocześNie buja, mówi rzeczy nieprawdziwe. Wydał taki pamiętnik "Tylko w jednym życiu" i tam napisał o zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" - wszystko nieprawda, co mu zresztą sprostowali. Nawet endecy prostowali - Maciński. Więc to jest zakłamany facet, ale on o tym nie wie. Uważa, że jest w porządku. NO... dziwne. Adam Doboszyński - nie znałem osobiście, tylko czytałem jego powieść, której nikt nie czytał: "Słowo ciężarne". Jest to powieść o przyszłości, o Polsce, którą rządzi córka Piłsudskiego. I jest wynalazca, co wynalazł proszek, który jak go rozpylić nad jakimś krajem, to dzieci przestają się rodzić. Więc on go rozpyla nad Niemcami, gdzie po paru miesiącach robi się tam popłoch. BArdzo zabawna powieść, nikt jej nie czytał. Poza tym Doboszyński, jak przyjechał do Polski - a za nim U$b jeŽdziło wszędzie - to ze wszystkimi się chciał spotkać, ze mną też między innymi. No i z

księdzem Piwowarczykiem całą noc przedyskutowali w jakimś klasztorze, i wtedy po jego aresztowaniu ksiądz Piwowarczyk był wzywany na proces. Ksiądz Piwowarczyk nie lubił endeków, i nie lubił jego teorii społecznej, bo on napisał książkę - "Gospodarka narodowa" - i szalenie się ksiądz Piwowarczyk biesił na tę książkę. Wiem, że Piasecki go chciał uratować, ale nie udało mu się. Wyrok śmierci po procesie wykonano. Bolesław Drobner - postać znana, moim zdaniem mało poważna. Pepeesowiec, ale zawsze dysydent, komunizujący trochę. Miał rodzinę komunistyczną w Rosji. Jego zięć był, zdaje się, przez Stalina wykończony. Drobner pojechał na białe niedŽwiedzie w czasie wojny, pomimo całej swojej lewicowości. Siedział gdzieś w kraju Jakutów. Opowiadał mi w Sejmie, że gdy go zwolniono, przyjechał do Moskwy i w Moskwie spotkał na ulicy Zambrowskiego. Zambrowski mówi: "Aha, to wyście wrócili z obozu. To świetnie. Dziś idziemy do Mołotowa, bo będziemy ustalać wschodnią granicę Polski". Drobner mówi: "Jak to? Ja nic nie wiem, ja byłem na zesłaniu". "To nic". I mówi mi: "Przychodzimy. Mołotow ma czerwony i niebieski ołówek i kreśli - tu Krosno, tu coś tam". Drobner mówi: "Absurd. Rząd jest w Londynie, ja wracam z zesłania i mam ustalać granice Polski". Twierdził zresztą, że coś wytargował, właśnie koło Krosna, czy gdzieś tam - ale czy to prawda, to nie wiem. Bardzo zresztą był zabawny. To mu mam za złe, że niszczył w Krakowie prywatną inicjatywę. Stare sklepy zamykał. A jego rodzina była bardzo bogata i też mieli takie sklepy, więc on miał jakiś kompleks. Potem się w Sejmie bardzo naraził, bo był najstarszym posłem, otwierał Sejm, i coś takiego powiedział, co się Kliszce nie podobało. Kliszko był nerwus straszny i zabronił, żeby już kiedykolwiek Drobner zabierał głos w tych sprawach. Zabawna to była postać, ale niezbyt poważna. Stanisław Dygat - aaa, to zabawna, ciekawa postać. I bardzo zdolny. Ja go cenię, bo to pisarz, który się potrafił ustawić poza komunizmem - ale nie przeciw, poza socrealizmem, poza wszystkim. Miał swoje zainteresowania, swoją linię. Przed wojną, co tydzień była inna wystawa "Wiadomości LIterackich" na Placu Saskim. To Eile projektował te wystawy, takie ładne plastycznie, nowoczesne. I w każdy poniedziałek zabierano to i robiono nową. Otóż przychodził jakiś młody człowiek, który wynosił wszystko, z własnego amatorstwa to robił... nikt nie wiedział, kto to jest. To był Staś Dygat, który zresztą nic wtedy nie pisał. Natomiast "Jezioro Bodeńskie" nam w czasie okupacji dał do czytania: to było tak odświeżające, tak oryginalna książka. PóŽniej "Pożegnania", tak samo doskonałe. Nigdy Žle nie pisał, wszystko pisał dobrze. Miał wrodzony talent. A w ogóle on był nerwus i histeryk, co ukrywał. Poza tym szalenie interesował się sportem, przyjaŽNił się z mistrzem olimpijskim Komarem. Ale lubił się popisywać pesymizmem. Pamiętam, ja coś zaczynam mówić o sporcie, a on mówi: "Słuchaj, ty sobie nie zdajesz sprawy, to nie jest żaden sport, to wszystko jest płatne, to wszystko jest z góry umówione, to są kombinacje, nie ma żadnego sportu, nic..." I dopiero jego siostra, żona Lutosławskiego, powiedziała mi: "Nie słuchaj, co Staś mówi, bo on się popisuje takimi rzeczami". Umarł tragicznie, ponieważ go oskarżono o ten film "Hotel Palace", że to jest film niepatriotyczny, tam POlacy są wyśmiani i on właściwie nie jest Polakiem, bo matka była Francuzka, czy ojciec... On się szalenie przejął tym, że była dyskusja w Urzędzie Filmowym, prowadził ją Janusz Wilhelmi, nieboszczyk, który zaatakował potwornie Dygata, a po nim wszyscy atakowali, co Dygat potem skomentował z goryczą: "A moi przyjaciele siedzieli cicho, Konwicki, inni, nikt nie zabrał głosu w mojej obronie". Wrócił do domu, dostał ataku serca i umarł. Przejął się tym, że jego przyjaciele go nie bronili. Mirosław Dzielski - mój przyjaciel polityczny, żarliwy neoliberał, neokapitalista, ideolog.

Drukował pismo "13". Założył Towarzystwo Przemysłowe w Krakowie. Był to bardzo ciekawy i inteligentny facet. Opowiadałem się za nim. Niestety, umarł zbyt wcześNie. E Marian Eile - bardzo ciekawy dziennikarz z "Wiadomości Literackich". Kierownik plastyczny "Wiadomości". Całe życie marzył, żeby stworzyć coś w rodzaju polskiego "Playboya i stworzył "Przekrój". Mój pierwszy etat był w "Przekroju". Mam pierwsze numery i tam był taki abstrakcyjny humor, że Hitler żyje, ale się ukrywa. Była dziewczyna z warkoczami o rysach Hitlera, póŽniej posąg jakiś nagi - okazało się, że to Hitler udaje i takie różne kawały. To tak szło parę numerów. Nagle przyjechał Borejsza z Warszawy, wezwał Eilego, zwymyślał go potwornie, że to jest burżuazyjny formalizm. Powiedział: "Ja panu dziękuję za pracę". Czołem - cześć. No i Eile zginął, poszedł gdzieś... i przerażenie, bo go nie ma dwa dni, może odebrał sobie życie? Zaczęli go szukać nad rzeką. No, ale w końcu się znalazł. Borejsza go pożałował i przywrócił. Było parę numerów o orce, o kołchozach, ale potem "Przekrój" się rozwinął. Grzegorz Fitelberg - wybitna postać, wielki dyrygent. Co najciekawsze, człowiek, który zakochał się w kulturze polskiej. Był synem dyrygenta wojskowego z Rygi, íyda rosyjskiego. W dzieciństwie nie mówił po polsku w ogóle. A w Polsce tak się zakochał, w polskiej kulturze i muzyce. Stał się propagatorem, przyjacielem Szymanowskiego. Był to świetny muzyk, ale nie bardzo dobry dyrygent, bo się tremował. Na próbach pracował wspaniale, miał doskonały słuch i uczył orkiestrę, a koncert potrafił zawalić, bo miał takie dziwne ruchy. Ale to bardzo ciekawy człowiek. Arogant potworny, niesamowity. Pamiętam bardzo śmieszną z nim historię. Mianowicie przeszedł na katolicyzm przed wojną i był szalenie pobożny, chodził w procesjach i tak dalej... wojnę spędził w Południowej Ameryce. Po wojnie został mianowany dyrektorem orkiestry w Katowicach - bezpartyjny oczywiście. Tam był dyrektor administracyjny partyjny i drugi jeszcze sekretarz partii. Kiedyś jechali samochodem w Katowicach i nagle widzą, że procesja idzie do kościoła. Fitelberg mówi: "Proszę zatrzymać auto". Wysiadł, poszedł z tą procesją, poszedł się modlić. A oni się schowali za węgłem, bo się wstydzili. No i potem Fitelberg przychodzi i mówi: "A panowie co? íydzi?". NO i wspaniałą rzecz zrobił, kiedy umarł Stalin. Fitelberg przyszedł na próbę orkiestry i mówi: "Proszę panów, proszę wstać. Dziś w nocy umarł wielki radziecki... kompozytor Sergiusz Prokofiew, mój przyjaciel, autor tego, tamtego, owamtego. Proszę uczcić minutą milczenia". Minuta milczenia, siadają, on się odwraca do koncertmistrza i mówi: "Panie Wochniak, podobno Stalin też umarł". Bo oni umarli tego samego dnia. G Tadeusz Galiński - był to człowiek zabawny, bo właściwie bojowy, to znaczy bał się wszystkiego i wszystkich pod każdym względem, ale... starał się być rozsądny. Ja pamiętam sprawę Wodiczki. Wodiczkę wyrzucono z filharmonii, i akurat Galiński został ministrem kultury. Spotkałem go w Sejmie i mówię: "Jak wy możecie najwybitniejszego dyrygenta i to pioniera, wyrzucać!?". On próbuje się tłumaczyć, mówi: "Proszę pana, ale przychodziły delegacje orkiestry, że on pijany przychodził na próby..." Ja mówię: "To jest nieprawda. Owszem, on pić lubił, ja nawet z nim zaczynałem karierę picia, ale teraz wiem, że był ciężko chory na wątrobę, od paru lat w ogóle nie pije". On powiada: "Ale co zrobić, kiedy już taką decyzję powziąłem?..." Ja mówię: "No, minister... to powinno ministra stać na to, by cofnąć swoją decyzję...". I proszę sobie wyobrazić, że on mianował Wodiczkę dyrektorem Opery. Jednak posłuchał, co było niespodzianką, wielką zresztą. Więc wspominam go nieŽLe, z tym, że spotkałem go, jak była "Solidarność"... I on mówi: "Panie, ja przeszedłem na emeryturę, tak z żoną liczyliśmy, że parę lat spokoju... No i ma pan. Znowu historia. I wie pan co będzie?... Domyśla się pan?..." No więc zabawny był... Konstanty Ildefons Gałczyński - denerwował mnie wielokrotnie, bo to był

wariat. Ale wspaniały poeta. Ja twierdzę, że był lepszym poetą przed wojną niż po wojnie. Ten jego przedwojenny zbiór "Utwory poetyckie" jest znakomity. To Stanisław Piasecki z "Prosto z mostu" go zainspirował. Natomiast te różne "Niobe" i tak dalej po wojnie, to już z niego Eile wyduszał. Gałczyński miał straszną obawę przed biedą, że nie będzie miał pieniędzy, no bo nie miewał. Więc pisał takie różne. Ja mam jego cztery tomy zbiorowe - to jest historia polskiej inteligencji, ostatnie pięćdziesiąt lat. Genialne wiersze - niektóre. Ale z nim rozmawiać, to była ciężka rzecz. Myśmy mieszkali pod nimi w Krakowie ze dwa lata. On jak nie pił wódki, to pił masę kawy. Zaczynał rano - po kilkanaście czarnych kaw potrafił wypić i był szalenie podniecony. Jak był podniecony, to musiał z kimś rozmawiać. Przychodził do nas. Przychodzi i mówi: "Słuchaj, ty jesteś muzyk". Ja mówię: "Tak", "No więc Bach". Ja mówię: "No Bach, to co". "Geniusz?" Ja mówię: "Tak". "No to mów". "Co ci będę mówił, ja nie mam czasu". "Mów! Bach! Bach! Bach!". W ogóle szaleniec był zupełny, zabawny człowiek. Ale wielki poeta. Bronisław Geremek - bardzo pełen wdzięKu, bardzo inteligentny, o szerokim spojrzeniu, u niego brak programu nie razi, ponieważ on ma ogólniejsze spojrzenie, historyczne - powiedziałbym. A pamiętam straszne nagonki na niego... U$b: wydawali na niego w stanie wojennym jakieś paszkwilanckie broszury... A teraz jest najbardziej szacowny. Ale bo też to rzadki talent polityczny. Mamy mało takich ludzi. Nawet "Solidarność" ma ich mało. Tak że to jest mój kandydat na premiera. Zbigniew Gertych - to był wicepremier, którego znam stąd, że w 1957 roku w wyborach w NOwym Sączu jedynym posłem, który nie dostał 50 procent głosów, był Antoniszczak, przewodniczący Rady Narodowej w Krakowie - potwornie niepopularny. A niepopularny był z tego powodu, że kiedyś w domu studenckim zatruły się studentki jakimiś nieświeżymi rybami. No i zrobiono wielkie śledztwo, bo tam były wypadki śmiertelne. Przyjechał Antoniszczak to zbadać. One mówią, że ryby... A on na to: "Tak, ryby... a potem się okaże, że to była ciąża". Wściekli się na niego, że kawał chama. Wtedy Gertycha dali - partyjnego. Dostał olbrzymią ilość głosów i był bardzo miły w Sejmie. W Skierniewicach był dyrektorem zakładu roślin. Nagle zrobił karierę, został wicepremierem. Nawet go spotkałem potem, pogadaliśmy. Myślę, że on nic nie mógł i nic nie znaczył. Ale Gertych w rządzie - przyjemne. Jerzy Giedroyć - znam ponad 50 lat, u niego zacząłem pisać w "Buncie Młodych", potem w "Polityce". U niego wydałem szereg książek. Książę podobno. Urodzony chyba w Moskwie, a gimnazjum kończył w Mińsku. Ciągle tylko myśli o Wschodzie, o wolnej Ukrainie, o rozbiciu Rosji i to są jego idee. Wspaniały człowiek, szalonej pracowitości, który właściwie wolałby być politykiem niż redaktorem i dyrektorem wydawnictwa, ale mu się to nie złożyło. Ja całe życie z nim się właściwie kłócę, ale mu wszystko zawdzięczam. Jest urodzony w 1906 - w tej chwili ile ma lat? Dużo. No, ale pracuje ciągle jak koń. Powiedział, że po jego śmierci "Kultura" już nie powinna wychodzić, a książki to inna sprawa. "Kultura" bez niego nie mogłaby wychodzić, bo on tam wynalazł jakichś starych Litwinów, Ukraińców, którzy pisują. Tego nikt z młodych nie będzie kontynuował. NIe potrafią. Ja w ogóle stwierdziłem, że tylko na emigracji są ludzie, którzy Rosję znają i kochają. Bo przecież przed wojną był znacznie większy kontakt z Rosją niż jest teraz - istny paradoks. Biali Rosjanie w Warszawie - tego było masę. Ale w ogóle były piosenki rosyjskie, były tłumaczenia. Było jakieś zainteresowanie, było masę ziemian z Ukrainy. W tej chwili oni wszyscy są na emigracji, albo wymierają. Przywiozłem kiedyś do "Kultury" płytę Okudżawy, to Giedroyć mało nie płakał jak usłyszał "Przy kominku" i takie różne. No bo on się wychował na Wschodzie. Edward Gierek - no cóż... Gierek się skompromitował, a nie wie chyba o tym. Jeżeli ktoś czytał raport komisji

Grabskiego, to przecież tam wychodzą śmieszne rzeczy, niepoważne, jak facet mówi, że dopiero po ośmiu latach się dowiedział o zadłużeniu Polski, i tak dalej... On nas wciągnął w przepaść, a wciągnął przez to, że był sympatyczny, mówił obcymi językami, i kochał go Helmut Schmidt, lubili go Francuzi, i bulili mu ogromną forsę - dzisiaj nie chcą dać grosza, a jemu dawali miliardy. Właściwie sekretarze partyjni zmarnowali te miliardy, bo każdy chciał mieć inwestycję dewizową, najwięKszą była Huta Katowice, jak wiadomo, no i te wszystkie pieniądze poszły w końcu w błoto. I teraz mamy skutki, a on zdaje się wcale nie wie, że to on wszystko narobił. Inna rzecz, że ktoś mi powiedział: "A co miał robić sekretarz partii, przynajmniej dał dziesięć lat złudnego dobrobytu, wybudował parę dworców, parę lotnisk, to po nim zostanie". Dzielił się z nami... Jędrzej Giertych - niesamowitej pracowitości, ale pomylony. Jego urazy masońskie, żydowskie, antypiłsudczykowskie... On mi przysyłał swoje książki. Między innymi o Piłsudskim, taką grubą, maczkiem wydrukowaną w Londynie gdzieś, własnym kosztem. Benedyktyńska praca, szczegóły całego życiorysu. Zaczyna się bardzo dobrze - jaki był ten PIłsudski, że to rodzina szlachecka, powstanie... POtem, jak zaczyna po nim jechać, to już... w potworny sposób zupełnie. Jest to maniak, ale pracowitości niesamowitej. I syna tak nastawił, tego Macieja. Zresztą on ma dwóch synów w Polsce. Jeden jest dominikaninem w Krakowie, a drugi Maciej w Kórniku i w Radzie Prymasowskiej. Leopold Gluck - bardzo ciekawa postać, endek poznański, w którym się zakochał Gomułka. Mianował go wiceministrem Ziem Odzyskanych, ponieważ Gluck był szalenie antyniemiecki i bardzo się podniecił sprawą Ziem Odzyskanych. I ten Gluck ciągle był w rządzie, nie siedział w więZieniu. Ja pamiętam po wojnie takie spotkanie u pani Janiny Kolendo - wiadomo, kto to był - szwagierka Piaseckiego. I tam cały "Pax" się zbierał, jeszcze podziemny, jeszcze partyzanci. Nagle mówią, że przychodzi wiceminister - Leopold Gluck. Ja nie wiedziałem, kto to jest - przychodzi taki wielki chłop, rozmawiamy, rozmawiamy, po czym wychodzę z nim i z jakąś panią, ale nie mogę się zorientować, kto to jest. Mówię: "Wie pan, tu się dziwne towarzystwo zebrało" - bo tam byli sami falangiści, Piasecki, Kurzyna... A Gluck mówi: "Tak, dziwne, ale ja sobie nie mam nic do wyrzucenia. Ja zawsze byłem za Stronnictwem, jak był rozłam w POznaniu, ja się opowiedziałem za Stronnictwem". Ja myślę, co on gada, cholera, za jakim Stronnictwem. Wiceminister? NO, a to był wiceminister endecki. Równy facet, który bardzo dużo wie, jest emerytem. Był wiceprezesem Banku Polskiego. Powiedział mi kiedyś jak go spotkałem: "Wie pan, w tym ustroju człowiek dostaje takiego bzika, że gdy przeszedłem na emeryturę, to sobie czytam, chodzę - pierwszy raz od 30 lat coś takiego mi się zdarza". To jest człowiek, który dużo wie, nie wszystko powie i nie każdemu. Ale ciekawy wypadek. Zresztą wtedy mówiono w 1945 roku, że kiedyś każdy szlachcic miał swojego íyda. A wtedy bywało, że każdy íyd miał swojego endeka. Antoni Gołubiew - wielki człowiek, bardzo głęboki. Co mnie w nim najbardziej fascynowało, że człowiek z Litwy, z Wileńszczyzny, który tak potrafił się przestawić. Jak ich wyrzucili z Litwy, przyjechali do Polski, gdzie strasznie biedował, najpierw w ťodzi, potem w Zakopanem, z rodziną. Ja go zapytałem: "No jak wy się czujecie tutaj?" A on mówi: "Przestawiamy się z koncepcji jagiellońskiej na koncepcję piastowską". Bardzo głęboki człowiek. I straszna tragedia - dwóch synów stracił po kolei. UtonęLi obaj i to on ich nauczył pływania kajakami. Obaj utonęLi pod koniec jego życia. Umarł smutno, nawet Papieża w Krakowie nie zobaczył. Witold Gombrowicz - napisałem o nim w 1938 recenzję o "Ferdydurke" i Giedroyć jej nie umieścił, ponieważ przyjaciel Gombrowicza Czesław Staszewicz był wtedy w "Polityce", więc on nie chciał zadzierać. Uważam,

że napisał parę świetnych utworów. Ja nie lubię "Ferdydurke", ale "Transatlantyk", nowele niektóre - świetne - i "Dziennik". Tylko, że to był człowiek, który myślał wyłącznie o sobie i o swojej karierze. Zadziwiające, bo w końcu się przebił z tej Argentyny. Ale pamiętam jak jego bliski przyjaciel, Stefan Otwinowski, powiedział mi kiedyś, gdy Gombrowicz chciał wrócić do Polski: "Słuchaj, jakby on wrócił i jakby go w partii przekabacili, to on by nam tak dał w dupę, że Ważyk to mucha". Ale wielki pisarz. Władysław Gomułka - znana postać, cóż ja mogę powiedzieć. NIe znałem go osobiście i nie chciałem. A ochrzanił mnie w przemówieniach parokrotnie. Pamiętam także potworną awanturę, jaką on zrobił Zawieyskiemu w pewnej ambasadzie, kiedy kardynał Wyszyński miał jakieś kazanie, które się nie podobało Gomułce. A Gomułka uważał, że koło "Znak" jest po to, żeby załatwiać te sprawy. NO i nagle słyszę potworny ryk. Stoi Zawieyski czerwony, a Gomułka krzyczy: "Panie Zawieyski, od czego wy jesteście?! Co to znaczy. Co on mówi! Wy nie macie wpływu!". Tu stoją Amerykanie, Anglicy zdumieni, co to się dzieje. Głupi był ten Gomułka, chociaż miał format rzeczywistego polityka. Gustaw Gottesman - znam bardzo mało, tylko z gry w pokera, bośmy grywali w Zakopanem kilkakrotnie i przegrywał nawet ze mną, więc to rzadkość, bo ja na ogół przegrywam, a z nim wygrywałem. I wygrałem z nim zakład o jakiś mecz. Też o parę tysięcy złotych. I zapłacił - taki honorowy facet. Wiesław Górnicki - mam do niego taki kontradykcyjny stosunek jak do Passenta. To znaczy wszyscy myślą, że ja jestem jego wrogiem, bo ten Górnicki na mnie pisał, ja pisałem na niego - a ja w rzeczywistości go rozumiem. To jest uwikłany człowiek, ale dobrych intencji właściwie. On jest naprawdę chyba patriotyczny, tylko że wierzył w różne głupstwa, a potem się nie chciał do tego przyznać... Z Kambodżą miał takie hece i wiele innych. Natomiast kiedyś się postawił w O$n$z_cie w obronie Izraela, to było ciekawe, bo wylali go wtedy. Ja z nim wówczas rozmawiałem - był rozgoryczony, ale uważał, że walczył w słusznej sprawie. Potem potrafił pisać obrzydliwe rzeczy, ale potrafił i doskonałe. Pamiętam taką jego książeczkę "Wyprawa po garść ryżu", którą bardzo pochwaliłem w "Tygodniku Powszechnym": to był reportaż z Indii chyba czy z Wietnamu, bardzo dobry... A póŽniej, no cóż - człowiek niezrównoważony, uwikłał się w tych różnych fałszach, ale w końcu dość odważnie rzucił pisanie i wylądował jako doradca... A pisał rzeczywiście różnie. Pamiętam z Kambodżą, jak jednego dnia pochwalił, a drugiego musiał zganić. On prowokator taki trochę. Ale sercem prowokował. Dwuznaczna postać, dostojewszczyzna... Stanisław Grabski - Stanisława Grabskiego raz w życiu spotkałem. Było spotkanie z młodzieżą, gdzie on opowiadał o swoich przeżyciach w Rosji. Został aresztowany, skazany na 25 lat obozu za kontrrewolucję, chociaż tłumaczył, że nie było rewolucji - "dlatego właśnie nie było, że wyście tam działali..." - po czym nagle, kiedy już był dogorywający, chudy i słaby, przyjechali do obozu jacyś faceci z jedzeniem, z garniturem, z maszynką do golenia. Wspaniale go odnowili i zawieŽLi prosto do Stalina. Stalin go zaczął przepraszać: "Panie profesorze, zaszła pomyłka, tu wielki kraj, zdarzają się pomyłki... My wiemy, że pan znał Lenina w Zurychu, i w ogóle... że pan był jednym z twórców P$p$s_u... przepraszamy... Co by pan chciał teraz robić?" Grabski mówi: "Ja bym się chciał porozumieć z moim rządem w Londynie". Stalin: "A oczywiście, natychmiast..." I specjalnym samolotem wysłali go do Londynu. Mimo tych przeżyć był zawsze za sojuszem z Rosją, no i był zastępcą Bieruta w K$r$n_ie, siedział z długą, siwą brodą przy Bierucie... A tu, w Alejach Ujazdowskich jeŽdził na koniu, pod Podchorążówką. Co rano go było widać, jak z tą siwą brodą trenował. Aleksander Gieysztor - ja go ceniłem, bo mówili, że to król masonów... Ale on zaprzecza, więc... jak nie jest mason, no to co? To

nie ma się kim interesować, nie? Ale za to dyrektor Zamku. Pamiętam, jak spotkałem kiedyś profesora Lorentza, który zaczął wymyślać na Gieysztora, że on Gierka zaprosił do Zamku, czy kogoś tam... A ja powiedziałem: "Panie, na Zamku mieszkał gubernator Paskiewicz, więc tradycja jest, nie ma co się oburzać". Andrzej Gwiazda - nie znam, nie wiem. Wiem, że boi się go Wałęsa. Poza tym nic nie wiem, tyle, że inżynier stoczniowiec, twórca "frakcji" w "Solidarności". Mieczysław Grydzewski - ja go nie znałem osobiście. Był podobno dyktator szalony, uparty, niesamowity pracuś. I zabawne, bo "Wiadomości Literackie" miały stempel pisma niby lewicowego, natomiast on w Londynie, jako redaktor "Wiadomości" okazał się absolutnym prawicowcem, nacjonalistą polskim, tępił wszelką lewicę i komunizm. Był wielką indywidualnoścą na swój sposób. Z tym, że proszę pomyśLeć, iż "Wiadomości LIterackie" miały w najlepszym okresie te 12 tysięcy nakładu: na dzisiaj to jest nic. Ale rządziły rynkiem. Mój ojciec bardzo ich nie lubił. Mówił, że oni utopili Leśmiana, i nową poezję, i Miłosza, i Irzykowskiego, i całą prawicę. Właściwie ton nadawał Słonimski, Irena Krzywicka, Boy: ta linia, której Grydzewski wyrzekł się w Londynie zupełnie, i wiem, że nawet z Tuwimem całkiem zerwał stosunki z powodu jego lewicowości. H Aleksander Hall - bardzo miły człowiek, najmilszy chłopak jakiego znam. Bardzo mi się podobało jedno jego posunięcie, kiedy się ukrywał i nagle napisał, że się nie zgadza tam z czymś. Podpisywał razem z Wałęsą, a potem napisał, że się nie zgadza. Bardzo miły chłopak, ale powiedzieli mi, że to nie jest prawdziwy endek, tylko taki Wasiutyński. Bo za inteligentny. Lubię go. Ostatnio go uraziłem, bo powiedziałem: "Masz jedną wadę, że jesteś mało pracowity". A on pyta: "A skąd wiesz?" Ja mówię: "Bo mi Michnik powiedział". Troszeczkę się na to skrzywił, zdaje się. A może to dobrze? Kiedyś Talleyrand powiedział, jakie jest pierwsze przykazanie dla polityków i dyplomatów: "Zwłaszcza nie za dużo gorliwości". No więc może... Bardzo miło się rozmawia z Hallem. Adam Hanuszkiewicz - mój sąsiad. Nie za wielki aktor, nie za wielki reżyser, ale człowiek kultury. Bardzo ciekawy jednak - nie orzeł, ale taki szalenie zapalony do sztuki. Raz on Dejmka wyrzucił, potem Dejmek wyrzucił jego - taka była jakaś polka. W tej chwili jeŽdzi po Niemczech, po Finlandii, gdzieś tam reżyseruje. Nie zna języków, ale robi to doskonale. Robi nazwisko. Lwowianin, postać malownicza. Rozmawiamy o teatrze. Znałem wielkich ludzi teatru - Osterwę, Horzycę, Wiercińskiego. Mówię: "Wie pan, ciekawe, bo orły to nie były". Ale on nie chwycił na szczęście, że to do niego. A może w teatrze nie potrzeba orłów... Marian Hemar - nie znałem go, ale jedną rzecz powiedziałbym, o której nikt nie wie. Wiąże się to z Mikicińskim. To taki facet, który był honorowym konsulem Chile w Warszawie, wtedy, kiedy weszli Niemcy. I Niemcy go uznali, a to był íyd. Był tym honorowym konsulem, widywał się z gestapowcami i jeŽdził do Paryża. Tam poznał się z nim profesor Kot i przez niego przesyłał tutaj, do armii podziemnej, pieniądze, wskazania, rozkazy. I on wszystko doręczał, wywiązywał się z tego doskonale. Pisał też o tym Olgierd Terlecki. Wszystko załatwiał, nie można mu było nic zarzucić. Ale Anglicy powiedzieli, że to jest niemożliwe, że to musi być agent Gestapo, dopadli go w Stambule i po prostu go utopili: w worek zaszyli i wrzucili do wody. Ale była sprawa i wypowiadali się ludzie, którzy go znali, między innymi Hemar, który siedział rok w więzieniu w Stambule w związku z tą sprawą, o czym nikt nie wie. I potem dopiero Anglicy go wypuścili i pojechał do Londynu. A ten Mikiciński moim zdaniem był pokrzywdzony, to spryciarz niesamowity, ale chciał być dobry na obie strony. Hemar wspomniał o tym więzieniu w jednym wierszu, że go tak skrzywdzono. Józefa Hennelowa - posłanka. Bardzo miła osoba, bardzo uczciwa. Wilnianka.

Odznaczała się tym, że płakała, jak jej się ktoś sprzeciwił na posiedzeniach redakcyjnych. Była jeszcze wtedy młodziutka. Ten szantaż skutkował, no bo co tu robić. Podobno pani Thatcher płacze na posiedzeniach gabinetu i szantażuje tych swoich gentlemanów. Więc miła osoba ta Ziuta, tylko taka za bardzo troszkę w typie... zakonnicy, takie myśLenie... Zbigniew Herbert - Zbigniewa Herberta poznałem po wojnie w Klubie Logofagów. Istniał taki klub w Krakowie, prezesem był Adi Ciechanowiecki, który potem siedział w więZieniu, a teraz jest w Londynie wielkim antykwariuszem, bogatym człowiekiem. Byli tam różni ludzie, był taki Rej, był Gawlik, był Chrzanowski, był Najder, rozmaite typy. NO i był też Herbert, niesłychanie inteligentny i bystry. NIkt nie wiedział, że on będzie poetą, raczej był subtelnym dyskutantem, eseistą. Potem go straciłem z oczu, kiedy był w Warszawie, i ponowny kontakt nawiązałem z nim w śMiesznych okolicznościach. Mianowicie w Związku Kompozytorów POlskich, gdzie byłem w zarządzie, zabrakło dyrektora biura. Poprzedni się rozpił, był wariat... No a ja spotkałem Herberta, który powiada, że nie ma z czego żyć... Myślę sobie: może on byłby? No i go zaproponowałem, przyjęli go, był doskonałym dyrektorem. Tam poznał swoją żonę, Kasię Dzieduszycką. Był świetnym dyrektorem, ponieważ nie miał nic wspólnego z muzyką, nie miał własnych interesów, był obiektywny... Potem zacząłem czytać jego poezje. Z początku mi się podobały, zresztą miał być sekretarzem "Tygodnika Powszechnego" przed zamknięciem pisma w 1953 roku... On chyba właśnie wtedy debiutował jako poeta. Pamiętam taki jego wiersz "Madonna z lwem" w "Tygodniku", który mi się bardzo podobał. Ale potem, kiedy z nim nawiązałem kontakt po latach, wydał mi się zarozumiały za bardzo, i jakiś taki... nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak za bardzo wywyższać. A poza tym może się rozpił trochę... NIe podobał mi się jego "Barbarzyńca w ogrodzie", wierszy nie bardzo rozumiem... Właściwie oddaliliśmy się od siebie, chociaż to jest bardzo wybitny facet, w zasadzie. Z tym, że zrobił mniej niż mógł. A ten "Pan Cogito" to mnie denerwował, ja tego nie rozumiem. Ja się nie znam na tych rzeczach... Gustaw Herling_Grudziński - jest to człowiek, z którym ja walczę często. W tej chwili drugi po Giedroyciu w "Kulturze", nadaje polityczną linię - taką powstańczą, moralną, buntowniczą. Osobiście nigdy się z nim nie kłóciłem, nawet go lubię. A w pisaniu częstokroć go ochlapywałem i on mnie ochlapywał, bo mu tłumaczę, że zostaniemy w Związku Sowieckim do śmierci, więc żeby nie zawracał głowy. On nie lubi takich... Mieszka we Włoszech, w Neapolu. Byłem tam zresztą u niego, zdolny pisarz. Tylko, że politycznie wydaje mi się dziecinny. Paweł Hertz - mój przyjaciel. Zdziwaczał trochę. Moim zdaniem wybitny poeta. Mam z nim wielkie przeżycie, ponieważ on pisywał w KuŽnicy", a ja w "Tygodniku" i kiedyś napisałem, że nie mogę z nim dyskutować, bo nie mam wolności wypowiedzi, czy coś takiego. I on do mnie napisał prywatny list, że - "przecież pan mi nie zechce tłumaczyć, że pan mi nie może odpowiedzieć, że cenzura coś tam...". "Owszem ja panu to mogę wytłumaczyć" - i posłałem mu wycinki z cenzury. I wtedy on wystąpił z "KuŽnicy". No więc uczciwie się zachował, pięknie. Dzisiaj człowiek wierzący, praktykujący. Poważny facet, choć dziwak trochę. Ale dziwacy to też coś ciekawego w Polsce. Zofia Hertz - prawa ręka Giedroycia. Niesamowita pracownica, która pracuje dzień i noc, która się nie bardzo zna na polityce. Ale oboje z mężem byli wywiezieni do Rosji, potem byli w II Korpusie, tam poznali Giedroycia. Jest fanatyczką Giedroycia i "Kultury". Jak coś złego powiesz o "Kulturze", to ona cię zabije. Ale to jest właściwie administracyjna dusza tej redakcji. Bez niej by tam nic nie szło. Zygmunt Hertz - mąż Zofii, który był bardzo przyjemny,

bo był sceptykiem. Nadawał malowniczość tej redakcji. Niestety - umarł w 1979 roku. Jan Himilsbach - bardzo śmieszny facet. Kiedyś mnie okropnie zdenerwował na Krakowskim Przedmieściu, bo bił swoją żonę i kopał. Więc ja interweniowałem, i wtedy oboje się na mnie rzucili z wymyślaniami, że po co się wtrącam. No, miał swój talencik niewątpliwie... Jak wiadomo, pracował jako kamieniarz na cmentarzu. Ja znam tę firmę, bo tam kiedyś byłem w sprawie grobowca. I opowiadał mi jego szef, że on tam spał pijany zawsze gdzieś, w drewutni. Talent samorodny, i pisarski i aktorski. Prymas August Hlond - rozmawiałem z nim dwa razy, bardzo miły. Miał wyrzuty sumienia, że nie był w Polsce w czasie okupacji. No i wierzył w trzecią wojnę, która niezadługo nastąpi. W 1946, kiedy był projekt stworzenia katolickiej grupy w Sejmie - takiego dużego "Znaku" - on to poparł. Ale kiedy Mikołajczyk mu wytłumaczył, że to będzie konkurencja dla P$s$l, tymczasem on wygra wybory, lub nastąpi interwencja w O$n$z, gdyby było oszustwo wyborcze, Hlond jednak dał się przekonać i cofnął błogosławieństwo dla tej imprezy. Po czym niedługo umarł. Ale był to bardzo sympatyczny człowiek, a wierzył w trzecią wojnę i trudno mu to było wytłumaczyć. Jan Hoppe - chyba najwybitniejszy charakter ze Stronnictwa Pracy i z Unii, przed wojną poseł z "Jutra Pracy". Męczennik, wywieziony do Rosji. Bardzo przyzwoity człowiek, ale wszyscy ludzie od Popiela byli jednakowi w jakiś sposób, mieli swój mózg ustawiony w pewnym kierunku. Hoppe może najmniej, najbardziej go bolszewicy pobili. Był wrażliwy także na inne koncepcje, nie tylko "popielowskie". Klaudiusz Hrabyk - osobiście go nie znałem, tyle że mnie opluł kilkakrotnie, i ja jego. Był taki rektor K$u$l_u, ksiądz Iwanicki, postać trochę dwuznaczna. I był tam też taki profesor, który się jąkał i mówił bardzo kresowym akcentem. Kiedyś go zapytali, co myśli o księdzu Iwanickim. A on powiedział: "Ja ni...ic nie myślę, bo to jest świ...świ...świ...świnks". Więc ja o Hrabyku tak myślę. I Ireneusz Iredyński - najmłodszy członek Z$l$p po wojnie, młodziutki chłopak. Mieszkał w Krakowie w tym samym domu co my. Przedziwny. Bawił się z moim synem w "zośkę" - kopali na podwórzu - i dostał list od prezesa Związku, Otwinowskiego, że nie może członek Związku z synem członka bawić się na podwórzu, bo to nie wypada. Zabawny. Trochę bandyta, trochę wariat, duży alkoholik. Ale niesłychanie zdolny chłopak. Całe lata go znałem. Jego uwięzienie - on siedział trzy lata - to było nie wiadomo co. Pobił w Bristolu prokuratora, który mu zajął stolik. Dał po mordzie. Potem zaczął się cykl awantur. On twierdził, że to jest wszystko nieprawda, intryga i tak dalej, rzekomo jakąś dziewczynę uwiódł, która była córką tego prokuratora, jak się okazało. Potem w sądzie udowodniono, że on jej nie mógł uwieść, bo zdjęła kozaczki, a nikt siłą nikomu nie zdejmie kozaczków - no w ogóle takie śmieszne rzeczy. Ja byłem u niego w więzieniu, w Sztumie i on mi dał list do Starewicza. Ja mu ten list dałem nie czytając... No i Starewicz do mnie mówi: "Proszę pana, gdyby on błagał o łaskę, to mógłbym coś zrobić, ale on napisał, że prokurator jest łajdakiem, oskarżenie jest kłamliwe - ja nie mogę nic zrobić". No i przesiedział trzy lata. A umarł... właściwie chciał umrzeć. Przecież zapił się już tak śmiertelnie, że jeszcze w karetce pogotowia wyjął butelkę i pił. To jest zupełny obłęd. A zdolny pisarz, bardzo go żałuję, lubiłem go. Byłem na procesie, byłem jego rzecznikiem w Związku Literatów, ale wiele mu nie pomogłem. Karol Irzykowski - mój mistrz, wręcz od dzieciństwa. Był to wielki krytyk, wielki dziwak, wielki oryginał. Dziwne rzeczy pisujący. Jako krytyk był bardzo osobliwy, bo lubił pisać o złych książkach, a nie bardzo lubił o dobrych. To samo w teatrze. Napisał "Pałubę", która była prekursorską książką - gdyby dotarła na Zachód... Ale nikt o tym nie wiedział. Fantastyczna postać, bardzo ciekawa. Pamiętam jego wypowiedŽ w czasie okupacji (często

widywałem go w "Kuchni Literatów"): "Słuchajcie, piszcie, róbcie coś, przecież to jest cudowny czas - ta okupacja - czas darowany. Nie ma życia literackiego, nie ma "Wiadomości Literackich", nie ma żadnych szantaży. Tylko siedzieć w domu i pisać". I paradoks, on wówczas napisał książkę swojego życia, nazywała się "Mosty". W czasie Powstania, najpierw go postrzelili, potem całe mieszkanie na Filtrowej Ukraińcy mu przefasowali. Tę książkę wyrzucili oknem - wiatr ją nosił i córki kiedyś pozbierały trochę kartek. Czyli że on nigdy nie mógł jakiegoś syntetycznego dzieła napisać. Umarł w íyrardowie w szpitalu i też bardzo ciekawa rzecz, bo tam powstańcy leżeli i leżał Irzykowski. Nikt nie wiedział kto to jest. Przyszła penicylina, która go mogła uratować, bo on miał karbunkuł. Lekarze zastanawiali się komu dać: tu leżą bohaterowie, którzy walczyli, a tam jakiś starzec, o którym mówią, że to akademik literatury - ale co to w ogóle znaczy. Nie dali mu tej penicyliny i umarł. Obie jego córki żyją w Gdańsku_Wrzeszczu. Są to dwie osoby z jednym synem. Już mają wnuki - zdaje się. Inteligentne dziwaczki. Jarosław Iwaszkiewicz - nie lubiłem. Wybitny pisarz. świniowaty moim zdaniem. Zawsze mi wnioski przeciwko cenzurze z protokołu skreślał i żadnego gadania nie było. A jak mu coś mówiłem, odpowiadał: "Drogi panie, niech mi pan nie opowiada głupstw, pan wie, gdzie żyjemy". I nic nie zrobił, nigdy. Nie lubiłem go. Może to była fizyczna odraza. Jan Izydorczyk - ja twierdziłem, że to jeden z dwóch i pół komunistów poznańskich - bo rzeczywiście nie było ich więcej, a on był. I został w roku 1956 ambasadorem w Bukareszcie. Był czerwiec, ja pierwszy raz pojechałem za granicę po wojnie - Związek Kompozytorów wysłał mnie do Rumunii. Siedzę w kawiarni w Bukareszcie, podchodzi do mnie kelner i po francusku mówi: "Czy pan jest z Polski?" Ja mówię: "Tak". "Bo tu jest francuski dziennikarz, który chciał z panem porozmawiać". Podchodzi, pyta: "Czy pan zna takie miasto Poznań?". Ja mówię: "Znam". On na to: "Gdzie to jest?". "Między Warszawą a Berlinem w połowie drogi". "Bo tam jest rewolucja". Ja pytam: "Jaka?". "No, tam ludność wystąpiła przeciwko komunizmowi". Ja myśLę: "To jest niemożliwe, on coś bredzi". Wobec czego pojechałem do ambasady gdzie był pan Izydorczyk. I on mi powiedział: "Proszę pana, tak, tam jest bunt klasy robotniczej. Uzasadniony, bo towarzysze w Komitecie..." I zaczął mi dopiero na nich psioczyć, jeszcze mnie koniakiem poczęstował. Mówi: "Widzi pan, to tak, ja jestem komunistą, ale..." Po czym został dyrektorem do spraw wyznań, tak że miałem z nim do czynienia. Był to niezły facet. NIe orzeł, ale był. J Henryk Jabłoński - bujacz straszny, historyk niezły, cynik. Jak kiedyś w Sejmie zaatakowałem jego "Historię P$p$s_u" - bo on był pepeesowiec piłsudczykowski - że to wszystko bujda, to on się nie zaparł wcale, tylko do mnie pomachał... Poza tym jest o nim anegdotka, że on przed wojną chodził do biblioteki Wojskowego Instytutu HIstorycznego i kiedyś biegł korytarzem, wpadł na jakiegoś starszego pana, mało go nie przewrócił. Ten pan powiedział: "Uważaj gówniarzu". A to był Piłsudski. Ktoś mówił, że to była jedyna rozmowa Jabłońskiego z Piłsudskim. Duży cynik, ale inteligentny człowiek. Bardzo się wściekł Bieńkowski, kiedy on został ministrem oświaty, powiedział: "Przecież to jest kłamca". Zabawny człowiek, ale cynik i obłudnik. Pułkownik Edward Jankiewicz - to był mój pułkownik, który mnie wzywał w sprawach paszportowych i różnych. Ubek. Dość przyjemny facet. On mi inne nazwisko powiedział. Po jego śmierci dowiedziałem się, jak on się nazywał. Kiedyś jak ciągle dostawałem odmowę paszportu, przyszedł milicjant z wezwaniem, żebym poszedł na plac Dzierżyńskiego. Tam mnie prowadzą, siedzi jakiś facet i mówi: "Właśnie przeczytałem pana odwołanie. Właściwie dlaczego pan by nie miał wyjechać, tylko jeszcze pogadajmy". Potem dwa

razy się z nim spotkałem, on mówił: "Dobrze, ja panu wystawię paszport". Dostałem ten paszport, pojechałem do Francji... Aha, on jeszcze powiedział: "Jak pan wróci to niech pan nie oddaje paszportu na milicji, niech pan do mnie zadzwoni". Ja wracam, dzwonię do niego. On mówi: "To wie pan co, niech pan przyjdzie do HOtelu Forum". Zdziwiony przychodzę, on czeka na mnie w hallu, a tam jest taki pokój dla U$b. W każdym hotelu jest, zresztą opisałem to w powieści "Podróż w czasie". NO i tam wódka - on zresztą nie pił, chory był jakiś - mówi: "Wrócił pan. To świetnie. Niech mi pan powie, kto to jest Tarniewski?" "No... pisze". "Ale kto to jest?". "Człowiek". "No dobrze, pan tam rozmawiał, co panu powiedzieli?". Parę takich pytań mi zadał. W końcu mówię: "Panie pułkowniku, pan mi dał paszport, ale ja panu nie będę takich rzeczy opowiadał, bo to nie jest zapłata". "Pan odmawia?". Ja mówię: "Tak". On się bardzo przejął, wyszedł, nie było go z dziesięć minut. Potem wraca, mówi: "Proszę, tu jest pański dowód. Proszę paszport. Już nie mamy o czym rozmawiać". No to cześć. Długo go potem nie widziałem i znów nie dostawałem paszportu i napisałem odwołanie. Nagle spotkałem go na M$d$m_ie, on przywitał się, mówi: "Wie pan, czytałem pana odwołanie. Ma ładną literacką formę, ale skuteczności to nie będzie miało". No to nie. W 1980 roku jechałem na odczyt do Białegostoku, ściągnęli mnie z pociągu na Dworcu Gdańskim, zawieŽLi do komisariatu na íoliborzu, na íeromskiego. Pytam: "O co chodzi?". "A tu przyjdzie ktoś z panem porozmawiać". Osiem godzin tam siedziałem, zrobili mi rewizję, zabrali "Kulturę" i czytali ją, a mnie dali "Kulisy" do czytania. Potem mi przynieśli bułkę i piwo. Osiem godzin zeszło. Ja mówię, że muszę zadzwonić do domu, bo już się niepokoją. "Nie, nie, ktoś przyjdzie". I przyszedł on właśnie i mówi: "Proszę pana, co wy wygłaszacie takie odczyty. Tutaj Król, wyście w kościele na Ochocie nagadali takie rzeczy." Tam był Król, Kieniewicz i ja. Mówię: "No nic takiego złego". "Nie, Kieniewicz był w porządku, a wyście nawoływali do powstania". "Panie pułkowniku, jakie powstanie, przecież to nie ma sensu". "A dlaczego jesteście przeciw?". "No bo tu plajta jest kompletna". "To, to każdy widzi". I mówi: "No to jak pan chce, odwieziemy pana do domu, a jeżeli pan chce jechać do Białegostoku, to tam pana zwiną z dworca i to będzie 48 godzin, bo my na to nie mamy wpływu. A już do Przemyśla i do Rzeszowa pan nie pojedzie". Mówię: "A skąd pan wie, że ja mam tam jechać?". "No, coś muszę wiedzieć". I odwieŽli mnie. POtem on umarł, jeszcze przed "Solidarnością". Dość zabawny był facet. Typowy ubek, ale do rzeczy. Wojciech Jaruzelski - mmh... to trzeba by cały poemat napisać... Ja myślę, że on jest człowiek bojowy. To znaczy boi się. Boi się, i wie czego się bać, bo przeżył dużo. Dlatego jest super ostrożny. Więc czasem wychodzi to na dobre, a czasem na złe. Na dobre wyszło, powiedzmy po stanie wojennym, kiedy on nie drażnił nadmiernie, krwi przelał mało, starał się jakoś przynajmniej... A na złe, kiedy potem tyle czasu stracił. Jest to kunktatorstwo: i chciałbym i boję się... bo nie wiadomo co będzie z Gorbaczowem, a tu nie chce za bardzo popuścić opozycji, ale rozumie sytuację... No, marksista to on nie jest żaden, ale firmował dziesięć lat rządy Gierka i nie protestował. O zadłużeniu musiał wiedzieć. Poza tym na nim ciąży to, że system nakazowo_rozdzielczy w wojsku był zawsze... on jest do tego przyzwyczajony, i nie wiem jak będzie przeprowadzał reformę gospodarczą. Ale miał zdolnych doradców. Nawet ten, przepraszam, wariat Górnicki, to jednak był niezły doradca... mający taki patriotyczny tonik. Urban był też inteligentnym doradcą. No i on jakoś wylądował z tego wszystkiego, ale co z nim będzie dalej? Chciałbym zobaczyć wróżkę, która by mu z ręKi przepowiedziała, co będzie dalej. To bardzo dziwna sytuacja. Paweł Jasienica - mój wielki przyjaciel. Znana historia. Zgłosił się do

"Tygodnika", nikt nie wiedział, kto to jest - to znaczy wiedział chyba Gołubiew. Wiedzieliśmy, że to jakiś partyzant. Potem wynikły historie... Sprawa ťupaszki, który wpadł w Zakopanem z całym archiwum i z fotografiami sztabu. Jasienica był jego zastępcą. Przy czym to było w ten sposób, że komendant A$k w Wilnie Wilk_Krzyżanowski wysłał go, żeby się porozumiał z armią sowiecką. Ale jak szedł, to mu w lesie powiedzieli: "Niech pan się nie wygłupia, bo pana wywiozą na Syberię. Ale on dalej szedł i spotkał oddział akowski pod dowództwem Szendzielorza, czyli ťupaszki. Przyłączył się do nich, był jego zastępcą, bo miał stopień oficera rezerwy. Potem był ranny i został w Puszczy Białowieskiej. Gdy wpadł ten Szendzielorz_ťupaszko, znaleŽLi fotografię. A Jasienica przypadkiem w Krakowie poszedł do jakiegoś mieszkania, gdzie był kocioł i tam wpadł. Parę dni ten kocioł trwał. Ja o tym wiedziałem, bo mi nawet Aleksander Bocheński, który był posłem powiedział. Więc mówię: "To idŽ tam, jak tam jest kocioł". On mówi: "No, raczej nie". Po tej fotografii poznali, że to jest zastępca ťupaszki. Wzięli go w kajdany, zawieŽli do Warszawy. Po paru miesiącach został zwolniony - są różne wersje. NIe będę mówił, bo to bardzo długo. Ja o tym napisałem w "Zeszytach Historycznych". Po prostu, jak się zorientowali, kto to jest, że to znany literat katolicki z Krakowa, dziennikarz i tak dalej, postanowili go wypuścić, umorzyć całą sprawę. Z tym, iż Gomułka w 1968 powiedział, że Jasienica wiedział za co został zwolniony, czyli, że za to, że się zgodził być szpiegiem, co jest nieprawdą. Niemniej wystąpił z "Tygodnika". Pisywał w "Paxie". Potem nagle, podobno pani Bristigerowa mu powiedziała: "Pan może wszędzie pisać" - stał się bardzo znanym pisarzem, zaczął pisać książki. W 1968 roku, gdy Gomułka powiedział w przemówieniu, że ten osobnik, ze względów sobie wiadomych został zwolniony, chociaż zasłużył na karę śmierci, to Jasienica rozesłał listy po całej Polsce, ale te listy nigdzie nie doszły. I tak się przejął, że właściwie z tego umarł, z tego oskarżenia. Było to chamstwo ze strony Gomułki. Ciekawa historia. Konstanty Jeleński - to jeden z polskich talentów niewyzyskanych. Człowiek szalenie inteligentny, wielki poliglota znający z osiem języków doskonale. Krakowianin z pochodzenia, który właściwie stosunkowo mało pisał, doskonały krytyk. Kochał się w Gombrowiczu i pisał o nim dużo. Był podporą "Kultury" paryskiej, jednym z jej założycieli, a potem się pokłócił z Giedroyciem, poróżnili się, coraz bardziej się oddalał, i w końcu już bardzo rzadko można go było tam spotkać. Człowiek ogromnej kultury, ale dziwny... żonaty z malarką, też jakąś zwariowaną Francuzką i taki... niewyzyskany geniusz. Najprzyjemniej było z nim pójść na obiad: dwie godziny rozmowy, błyskotliwej szalenie, ale po dwóch godzinach się męczył i szedł spać. Zresztą miał właściwie olbrzymie wpływy w paryskim światku intelektualnym, starał się je dla Polski wyzyskiwać. Dostał kiedyś nagrodę P$e$n_$clubu, ale nie przyjechał już. A w czasie wojny był oficerem w formacji generała Maczka, zdobywał Holandię z Maczkiem, no i między innymi jego podkomendnym był Anglik, Auberon Herbert. Niesamowita postać, kuzyn Churchilla. To był Anglik, arystokrata, katolik, pederasta..., który mówił po polsku, po litewsku i po ukraińsku, bardzo śmiesznie zresztą, kochał się w Polsce. On chyba wywiózł Mikołajczyka z Polski. Wielki chłop taki. I on był oficerem łącznikowym angielskim przy polskim sztabie. Jakiś mundur ułański sobie wykombinował, nie miał żadnej szarży, a był przy formacji Maczka. Gdzieś w Bredzie chyba było wojenne Boże Narodzenie, Wigilia. Auberon poszedł na Pasterkę, bo był bardzo pobożny, a potem zawitał do knajpy. W tej knajpie go przyuważyli zarówno polscy jak angielscy żołnierze... íe w mundurze dziwnym, mówi po polsku dziwnie, potem wyjął portfel, a tu cała harmonia funtów szterlingów...,

no więc coś nie tego. Zawiadomili żandarmerię kanadyjską, a to była szalenie brutalna formacja. Wzięli go i pytają: "Wy jesteście ułan?" "Tak". "A z którego pułku...? A pieniądze skąd...? A po polsku to Žle mówicie..." No i chapnęli go jako szpiega. Jego dowódcą był właśnie Jeleński. Po dwóch dniach alarm, więc Jeleński przyjechał, ale Herbert już miał wybite wszystkie przednie zęby przez tych żandarmów... bo się nie przyznawał do niczego. Ciekawa historia. Przyjaciel Polski prawdziwy. Stefan Jędrychowski - przed wojną w Legionie Młodych, ale komunista z Wilna. Tym się odznaczył, że na ZjeŽdzie Kultury Polskiej we Lwowie - to był 1937 rok - powiedział, iż pozdrawia pisarstwo polskie w imieniu Zachodniej Ukrainy i Białorusi. Więc wynikło... że oni nie należą do Polski. Miał proces, posiedział trochę. Ale był rządowym stypendystą, kolegą Miłosza. Sławne było, że w Wilnie, kiedy siedział jeszcze jak weszli NIemcy, zapytał go mój znajomy, pianista, Stanisław Szpinalski: "Co będzie?" A on powiedział: "Nic! Trzeba przeżyć Niemców i na czerwonym koniu wjedziemy do Warszawy". No i tak się stało. Został wicepremierem. Twierdził, że się zna na gospodarce, ja mam inne zdanie. Potem był ministrem spraw zagranicznych. íyje, mieszka tu w Alei Róż. K Ksiądz Zygmunt Kaczyński - znałem go bardzo mało, bo "Tygodnik Warszawski" założył właściwie ksiądz Zygmunt Wądołowski, który organizacyjnie był bardzo dobry, a przy tym doszedł do przekonania, że jak ja tam będę pisał, to będzie miało powodzenie. Tak samo jak Król myślał, że ja mu urządzę tę "Res Publikę". Więc ciągle przychodził, do Krakowa przyjeżdżał, zamawiał artykuły. Ale przyjechał ksiądz Zygmunt Kaczyński z Londynu, były minister oświaty w rządzie emigracyjnym, a przed wojną dyrektor Katolickiej Agencji Prasowej. Taki ksiądz_intelektualista. Sympatyczny. Przychodziłem do niego - w "Romie" była redakcja - ale on łamał ręce z powodu cenzury. Pokazywał mi takie olbrzymie artykuły, skonfiskowane płachty pod różnymi nazwiskami, znakomite artykuły i mówi: "A wie pan, to wszystko napisał ťaszowski". Cenzura zdejmowała bez żadnej litości, on płakał nad tym. Stowarzyszył się z Braunem, z całą tą ekipą "Unii". Po zamknięciu "Tygodnika" został aresztowany pod najcięższymi - Bóg wie jakimi - zarzutami szpiegostwa... tak jak ci oficerowie, co przyjechali z Anglii. Nie wiem dobrze, już nie pamiętam, jak się odbywał proces, w każdym razie ciężko bardzo siedział i zmarł w więzieniu. Stanisław Kania - Kania się ocalił w opinii. Zyskuje z czasem. W końcu to, co powiedział w telewizji niedawno, to było to, co pułkownik Kukliński napisał... właściwie zupełnie to samo. Tu warto na chwilę przeskoczyć. Ja sobie myślałem, jaka jest właściwie zasługa Jaruzelskiego. Wszyscy powiadają: "Ach, to byłaby inwazja sowiecka, a on ocalił..." Nie, jego zasługa jest taka, że on rozmawiał z Breżniewem, i przekonał go, iż on to zrobi lepiej i bez kłopotu. To była cała jego zasługa...! A Kania był odważniejszy. Wojciech Karpiński - przyjaciel Marcina Króla. Bardzo inteligentny. Chyba nie wróci do Polski - boję się. Dobrze się czuje w Paryżu. Doskonały eseista i pisarz. Ale taki zachodni szalenie. On tu w komunizmie już nie zwojuje wiele. Mój nekrologista. Leon Kasman - podobno kandydat Stalina na pierwszego sekretarza w Polsce po aresztowaniu Findera. Tylko, że gdzieś go zrzucili na spadochronie, tam złamał nogę, zniszczył radio, nie dotarł do Warszawy. Podobno Moczar go tam przytrzymał, no i wtedy wybrali Gomułkę. Ja go znałem jako redaktora "Trybuny Ludu". Był kłamcą, bo gdy kiedyś parę głosów padło przeciwko jakiejś ustawie, to w "Trybunie Ludu" napisano, że przeszła jednomyślnie. Więc ja spotykam Kasmana w Sejmie, mówię: "Proszę pana, przecież to nieprawda". On mówi: "Czyż to takie ważne". Trochę cynik. Czesław Kiszczak - nie wiem kto to jest. Państwo wiedzą...? Ciekawa postać chyba. Raz w życiu z nim rozmawiałem, Inteligentny, błyskotliwy, wesoły. Lubi pogadać. Chwilowy premier. No

i minister spraw wewnętrznych. Ale niebanalny, ponieważ zależy mu, żeby wiedziano, że on nie jest z policji, że jest z wojska. Podkreśla, że był w wywiadzie, że on nie jest tym policjantem, co na ulicy bije pałką. Ale jak trzeba - bije. To jest jego zawód. Już nie ma wyjścia. Zenon Kliszko - to była tragedia. Facet, który wykończył koło "Znak" i wszystkie próby dogadania się katolików z partią. Zresztą może i lepiej. Ale był to wariat ideologiczny, marksista absolutny, przy tym szalony nerwus, krzyczał, pięścią w stół walił. Ja miałem z nim szereg awantur. Zablokował mi paszport na dziesięć lat i nie wyjeżdżałem. Tak, że mam złe doświadczenia. Ale był to człowiek wierzący w marksizm... rzadki wypadek. Potworny nerwus i histeryk. Stomma go lubił, nie wiem na jakiej zasadzie. On mi kiedyś powiedział: "Co ten Wyszyński wygaduje? A co wy robicie, od czego wy jesteście". Ja mówię: "Panie marszałku, jak by nas nie było, może by jeszcze gorzej mówił". A on mówi: "A jak by nas nie było, może by i Polski nie było". O cholera! Więc miał takie romantyczne zagrywy. Spotkałem go w Alejach, ale on od czasu Gdańska, kiedy dał rozkaz w Gdyni do strzelania, miał jakąś taką chorobę, ręce mu latały, strasznie nerwowy... Wtedy właściwie Kociołek i on wydali sprzeczne zarządzenia. Kociołek powiedział, aby iść do pracy, a Kliszko powiedział, żeby strzelać, jeżeli tam ktoś się zjawi. No i skutek - wiadomo. Był sąd nad nim w partii, wtedy podobno dostał tej choroby i dali mu spokój. Stanisław Kociołek - nie znałem go osobiście. Fizycznie przypominał Gomułkę. Ciekawy okaz takiego przekonanego "betona", ale naprawdę przekonanego, bo mówił z okropną furią i z przekonaniem. Tam na Wybrzeżu już nie wiem kto się bardziej skompromitował - on czy Kliszko - bo dali odmienną instrukcję, i z tego wynikła strzelanina w Gdyni. No, a co robił potem jako ambasador w Belgii, to zadziwiające. Parę lat tam siedział i wcale się nie zmienił. Potem znowu szalał tutaj, potem był w Moskwie. Teraz to już zabytek. Rzadko pisuje do "íycia Literackiego"... Ale brak mi takiego pisma jak "Rzeczywistość", bo jednak krajobraz ubarwiało... Janina Kolendo - szwagierka Piaseckiego, więŽniarka Oświęcimia. Potwornie uparta. Fanatyczka "Falangi" i Bolesława. Już nie żyje. Była dyrektorką wydawnictwa "Pax", a jej siostra żoną Bolesława. Leszek Kołakowski - długie lata bardzo go nie lubiłem, bo mnie drażnił. On był wielkim ateistą i w ogóle taki jakiś. Ale przekonałem się dopiero dopiero po książce "Główne nurty marksizmu". Uważam, że to jest najlepsza książka, jaką napisano o marksizmie i komunizmie na świecie. Nie ma lepszej - i erudycja i doświadczenie własne... To ciekawe, że tej książki długo nie wydawano we Francji. W Niemczech bardzo popularny, w Anglii znany, a Francuzi lubią marksizm i jakoś się do tego nie palili. To jest świetna książka. Uważam, że każdy polityk powinien ją przeczytać. Wacław Komar - generał Komar. Człowiek odważny, ale mało rozgarnięty zdaje się. Mówią, że dlatego w 1956 powstrzymał armię sowiecką pod Warszawą, że... nie potrafił nic innego wymyśleć: dostał rozkaz, że nikt nie ma przejechać tamtędy, więc... Szef wywiadu, był w czerwonej armii hiszpańskiej, a potem torturowany, siedział. Ja go poznałem w Sejmie, i to w dziwnych okolicznościach. Mianowicie, była w Przemyślu szkoła organistów, prywatna, kościelna, którą zamknięto. Wybuchły wtedy rozruchy, odebrał sobie życie komendant milicji, byli zabici. A ja przedtem - ponieważ to księża "muzyczni", moi koledzy z konserwatorium byli w tej szkole, przyjeżdżali do mnie i mówili, że coś takiego się szykuje, i żeby interweniować, bo fortepiany im skonfiskowano - więc ja chciałem pójść do ministra Moczara w tej sprawie. Ale nie mogłem się dodzwonić, wreszcie się dodzwoniłem, i Moczar mówi: "Aa, panie pośle - on był wtedy wiceministrem - my tu nic nie robimy bez gospodarza, a gospodarzem jest minister Wicha, więc proszę do niego". A Wicha nie chciał mnie przyjąć, nie było go niby. I póŽniej jest posiedzenie

komisji budżetowej, omawia się różne budżety, omawia się też budżet M$s$w. Wreszcie pytania do Wichy. Więc ja pytam: "Doszło do takich zajść, ja chciałem zawczasu ostrzec przed tym, ale nie raczył mnie przyjąć minister Moczar ani minister Wicha, no i chciałbym się dowiedzieć, co pan o tym myśli?" I nagle Wicha ze straszną furią na mnie: "Co to?! Czy pan nie wie,? Jaki to naiwny, ten pan poseł! Nie wie, gdzie się stawia takie pytania? On tu przychodzi, on nie wie, o co szło w Przemyślu... Ha, ha... udaje Greka. Tu, na tym miejscu! "Potem pytają się, czy jeszcze ktoś chce coś powiedzieć. Więc ja powiedziałem: "Ja chcę. I proszę o zaprotokołowanie, że minister Wicha obraził parlamentaryzm, powiedział, że tu nie jest miejsce... To gdzie jest to miejsce?! Ja jestem bezpartyjny i innego miejsca nie znam. Nie pytam na plenum Sejmu, gdzie jest publiczność, tylko pytam tutaj. Proszę to zaprotokołować". Nikt nic nie powiedział. Po czym podchodzi do mnie generał straży ogniowej, i chyłkiem, za filarem mówi: "Winszuję panu". To był Komar, którego przenieśli do straży ogniowej chyba. Władysław Konopczyński - poznałem go w "Tygodniku Powszechnym", gdzie przychodził w latach 40_tych. Szalenie pracowity człowiek, bardzo porządny, wybitny historyk, endekowaty, uparty bardzo... Właściwie tylko z "Tygodnika" go pamiętam. Przychodził często, a bardzo żałował czasu. Nie lubił długo rozmawiać, szkoda mu było czasu. Ja go rozumiem dobrze. Tadeusz Konwicki - bardzo dobry pisarz, tylko nie w moim guście, bo taki okropnie uczuciowy i impresyjny. Ale na przykład ta jego niedoceniona książeczka o Nowym świecie, to jest o Polsce Ludowej i z sentymentem właściwie napisana. On niby ten opozycjonista się zrobił, a to jest książka o tym, jak tu się żyje. Ciekawa jego ewolucja... Ja nie lubię tych "Dziadów", to nie w moim guście. Zresztą w ogóle "Dziadów" nie lubię, choć Mickiewicza szalenie... Ciekawy jest Konwicki, ale jak się przeczyta jedną jego książkę, to się wszystko o nim wie. Z wyjątkiem chyba tej o Nowym świecie, no i z wyjątkiem "Władzy", której drugiego tomu nie dokończył, bo w trakcie pisania sytuacja się całkowicie zmieniła i Gomułka ponownie doszedł do władzy... Ale talent wielki na pewno, wrodzony talent. Stefan Korboński - szef oporu cywilnego, adwokat, ludowiec. Bardzo miły człowiek. Sekret jego odwagi w czasie okupacji to ja znam: był stale nieco zawiany. Ale był naprawdę kozak. Przetrzymał całą okupację, dopiero Mikołajczyk go wystawił do wiatru, bo wyjechał. Uprzedził go w ostatniej chwili. Korboński też w końcu wyjechał. Byłem u niego w Ameryce. To jedyny człowiek, który mi powiedział: "Wie pan co, pan to jest szczęśliwy, pan wraca do Warszawy. A ja już nie mogę". I prawie łzy miał w oczach. To ładne. Janusz Korwin_$mikke - mój przyjaciel. Prezydent liberałów w Warszawie. Troszeczkę fantasta, robi wrażenie pomylonego, ale swoje osiąga i realizuje. Drukuje, wydaje, jakieś robi historyjki. Szalenie pracowity. Poza tym imponuje mi, bo on tę kostką węgierską w minutę załatwia nie patrząc, a mnie się to jeszcze do dzisiaj nie udało. A więc geniusz, nie? Tadeusz Kotarbiński - byłem nawet kiedyś jego słuchaczem. Zawsze postępowy, ale taki ateista postępowy, typu dawnych "Argumentów", czy coś w tym rodzaju. Wielokrotnie go wyśmiewałem po wojnie. Nawet w moich felietonach jest, że kiedy profesor Kotarbiński mówi, iż nie ma żadnego Boga, to dlaczego działać moralnie... To już Dostojewski mówił, że jeżeli nie ma Pana Boga, to wszystko wolno. A Kotarbiński zawsze pisał, że serce mu dyktuje... więc ja pytałem: "Co to jest serce? To jest taki mięsień, który tłoczy krew. Dlaczego ma dyktować... materialiście?". Wyśmiewałem się z niego. Ale miał swoją piękną kartę przed wojną na Uniwersytecie, kiedy wojował z młodzieżą O$n$r_owską, tam mu rozbijali szafki w jego seminarium, a on dalej swoje głosił. Szlachetna postać, ale mędrzec to nie był. Jan Kott - nie lubię, znam bardzo dawno. Jest to

dziwny przypadek człowieka, który nie czuje się winny. On jest zawsze w porządku, cokolwiek by robił. A robił rzeczy dziwne. Na przykład Conrada przez niego nie wydali, bo on napisał, że Conrad bronił armatorów i burżujów. Miał takie numery. Muszę powiedzieć, że tego człowieka niezbyt lubię. Ale dobry pisarz. Mikołaj Kozakiewicz - zdaje się, że on jest trochę podobny do Wycecha. Ciągle mu się mylą papiery, nie słyszy. Ale to inteligentny człowiek. Przyzwoity... I sympatycznie wygląda na trybunie. Krzysztof Kozłowski - przyjaciel, wiceredaktor "Tygodnika Powszechnego", bratanek premiera Leona Kozłowskiego. Bardzo porządny chłopak, fanatyk "Tygodnika Powszechnego" - nie wiem dlaczego. Kocha się w tym piśmie, całe życie mu poświęca. Ale moim zdaniem jest to pismo właściwie nie redagowane. Taka składanka z tego, co kto przyśle. "Tygodnik" wie czego nie chce, ale nie bardzo wie czego chce. No, ale trwa. Kazimierz KoŽniewski - mój przyjaciel. Zaczynał właściwie trochę po katolicku po wojnie, w "Tygodniku" pisał, w "Dziś i Jutro". Niby zdolny, ale ma jakiegoś świra. Potrafi pisać rzeczy niepopularne i bez sensu. Bo ja rozumiem, że on jest za państwem, za tym, żeby było państwo polskie. On w rozmowie jest znacznie lepszy niż w tym, co pisze. Potrafi napisać rzeczy tak niepopularne... Ale jakoś go lubię w końcu. Był kurierem rządu londyńskiego. Siedział w Budapeszcie w Gestapo przez rok i nie załamał się. Ojca mu Niemcy rozstrzelali. Postać skomplikowana. Rafał Krawczyk - osobiście tylko kilka razy z nim rozmawiałem, znam go głównie z rozmaitych wypowiedzi i z pisania. Natomiast uderzyło mnie, że w okresie D$i$p_u, w czasach jeszcze przed "Solidarnością" i przed tym wszystkim co potem wybuchło - jako sekretarz Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego wypowiadał się kilkakrotnie, i to w prasie, w sposób szalenie radykalny za gospodarką kapitalistyczną i rynkową. Robił to wprost, zupełnie otwarcie. To mnie bardzo zainteresowało, potem jeszcze czytałem parę jego rzeczy, no i w kilkakrotnych rozmowach stwierdziliśmy duże podobieństwo myślenia ekonomicznego. Wiem, że jest w Stanach Zjednoczonych i działa bardzo sensownie w Fundacji "Heritage", co jakiś czas bywa w Polsce. Jest to wybitna postać, zawsze go cytuję, ale osobiście znam mało. Marcin Król - znany nam młody, interesujący, może nie tylko jako pisarz, ale jako redaktor. Redagował "Res Publikę" - to był ciekawy pomysł. Czy ta legalna "Res Publica" jest lepsza od tamtej? No, ciekawe... Ale zebrał dobry zespół młodych ludzi... Leon Kruczkowski - muszę powiedzieć, że mimo wszystko nie lubiłem go. Mówili, że to uczciwy komunista, że tego, że owego, ale było w nim coś... on nie lubił mówić o tych rzeczach, bo sam sobie chyba do końca życia nie wyjaśnił swoich wątpliwości czy swoich skrupułów. Na przykład sprawa wykończenia komunistów polskich w Moskwie w 37 roku: on w ogóle nie znosił powrotu do tego tematu. Miał parę takich tematów. Nie był niemiły raczej, ale... Nic złego nikomu nie zrobił. Jako pisarz? No cóż, "Kordian i cham" to książka, która jako gatunek była rewelacją. O tym napisał Irzykowski entuzjastyczny artykuł pod tytułem "Cierpki debiut", że ktoś historię Polski cierpko ocenia. Ja go widywałem w Sejmie, był też w Radzie Państwa. Załatwił mi w roku 1961 wyjazd z żoną do Moskwy, bo mi nie dawali paszportu, a on interweniował. Ale nie lubiłem go. Kazimierz Krukowski - najpopularniejszy aktor kabaretowy przed wojną. Twierdzę, że w dyskusji o íydach pomija się strukturę kabaretową, jaka była w Warszawie. Przecież to było szalenie popularne, a same íydy tam były: Warszawa kochała te szmoncesy, a o tym się zapomniało. W czasie wojny był w Rosji u Andersa, potem w Argentynie. Opowiadał mi, że jak postanowił wrócić do Polski polskim statkiem, w ambasadzie powiedzieli mu, żeby sprzedał samochód, bo to jest Žle widziane, tam gdzie lud rządzi. Kapitan statku powiedział: "Mistrzu, ja pana zapraszam na

pożegnanie na statku. Pan może zaprosić przyjaciół". Więc on zaprosił Polaków... to był 1956 rok. Jest bankiet, piją wódkę. Kapitan mówi: "Mistrzu Krukowski. Mamy dla pana jeszcze dodatkową przyjemność, bo nie jedziemy prosto do Gdyni, tylko jedziemy do Leningradu". Krukowski mówi, że podchodzą do niego faceci z emigracji i mówią: "Coś ty zwariował, on ci daje do zrozumienia, że pojedziesz do Rosji i w ogóle cię nie puszczą. Wysiadaj". A on mówi: "Ale wytrzymałem nerwowo". Wrócił, był dyrektorem "Syreny". Inteligentny facet. To był kuzyn Tuwima zresztą. Brat cioteczny. Henryk Krzeczkowski - przyjaciel. Bardzo go lubił Tomek Wołek. Uważam, że to był niezwykle inteligentny człowiek, znający świetnie języki, który przechodził różne metamorfozy, wymyślał sobie różne postawy, ale już przed śmiercią był bardzo określony ideologicznie. Taki swojego rodzaju konserwatysta, patriota. Ciekawe, bo miał zawsze argumenty na swoją postawę. Szkoda, że mało pisał, a takie dobre pióro. Brakuje mi go bardzo. Adam Krzyżanowski - postać krakowska. Wielki ekonomista, profesor, liberał. Przewodniczący komisji budżetowej Sejmu przed wojną. Został jednym z ojców porozumienia z Rosjanami. Był w Moskwie, ale miał to w nosie. Jest to jedyny poseł, który zrzekł się mandatu, gdy przyszło do głosowania, żeby Gomułkę wydać sądom. Inny poseł - Eugeniusz Kwiatkowski powstrzymał się od głosu i powiedział: "Wicepremier sanacyjny nie może wydawać jednego komunisty innym komunistom". A Krzyżanowski wyszedł i zrzekł się mandatu. Powiedział: "Ja nie będę nikogo mordował". íył w Krakowie, powylewali go ze wszystkich posad, ale zabawny bardzo. Jeden z ojców duchowych liberalizmu. Zresztą masę o nim krążyło w Krakowie anegdotek. Między innymi kazał się tytułować "panem rektorem". Kiedyś student na egzaminie mówi: "Panie profesorze...". A on: "Hm... Dzisiaj panie profesorze, jutro już będzie Adasiu...". Kiedyś napisał do "Tygodnika", wielki artykuł, że nieszczęściem krajów rozwiniętych są starzy ludzie, że nadmiar starców jest kosztowny, że to nie ma sensu i trzeba wymyślić sposób na likwidację tych starców. Na co ksiądz Piwowarczyk powiedział: "No nie, w katolickim piśmie czegoś takiego nie umieścimy". Jedyny przypadek, że mu odesłał artykuł. Spotykam go na Plantach, mówię "Jak pan rektor się czuje? A on: "Nie chcecie likwidować starców, to się czuję dobrze, co mam robić". Biskup Teodor Kubina - znałem go krótko, gdy byłem w Częstochowie. Bardzo światły biskup, miał galerię malarstwa z aktami kobiecymi, którą mi pokazywał. Prosił, żebym nikomu nie mówił, bo nie wypada, ale teraz już można powiedzieć. Kazimierz Kumaniecki - w czasie okupacji istniała redakcja radiowa, której dyrektorem był profesor Tretiak, a dyrektorem czynnym - Edmund Rudnicki, dawny dyrektor Radia. No i właśnie w tym radio pracowali Skierski, ja, Kumaniecki, Trościanko, tacy różni ludzie... i stąd pamiętam Kumanieckiego. Pamiętam dyskusję właściwie przed samym Powstaniem - z nim i Trościanką, kiedy cała prasa ziała na Rosję, a o Niemcach nic nie było... że Niemcy już przegrali... Leżały przed nami tajne pisma z całej Warszawy na ten temat. Ja powiedziałem: "Jeżeli my to czytamy, to ten sowiecki dowódca za Bugiem też to może czyta. To dlaczego on ma przyjść z pomocą..." Oni się oburzyli, i Kumaniecki i Trościanko. Potem mi to Kumaniecki przypomniał po wojnie kiedyś. Bardzo przyzwoity człowiek, ciekawy naukowiec, specjalista od starożytności. Ale nie żyje. Też miał zresztą opinię masona. Jacek Kuroń - długi czas, szanując go, absolutnie nie rozumiałem, co on mówi i czego chce, jakie ma poglądy. Teraz nieco lepiej go rozumiem. Jest to chyba przede wszystkim wybitny taktyk. Opadły z niego wszelkie socjalizmy i inne tego rodzaju rzeczy... no, może nie całkiem, ale w zasadzie opadły. W każdym razie, jeżeli mu powiedzieć, że nie ma programu, to się bardzo gniewa. Bo mówi, że nie chodzi o program. A więc o co chodzi? No, ale to

można zastosować i do Michnika, bo do Geremka chyba nie, Geremek ma jakieś ogólniejsze koncepcje. W każdym razie Kuroń to postać sympatyczna i nieprzeciętna. Ale trochę obca dla mnie. Nie rozumiem go. Generał Józef Kuropieska - mój przyjaciel, bardzo zabawny. Przedwojenny oficer zawodowy - komunista. To się rzadko zdarzało, takie coś. Przez całą wojnę był w oflagu. Po wojnie wstąpił do partii. Attach~e wojskowy w Londynie, a jego pomocnikiem od spraw wywiadu był niejaki porucznik Kiszczak. Po czym go wezwali do Warszawy, zamknęli, no i proces generałów - Tatara, Kirchmayera, Spychalskiego. I Kuropieska był jedynym, który się do niczego nie przyznał. Bo był to proces o to, że chcą podminować wojsko ludowe, wprowadzić sanacyjne porządki. On się do niczego nie przyznawał, upierał się, że jest niewinny, że to wszystko bujda. Dostał karę śmierci. Opowiadał mi, że prokurator Zarakowski powiedział w ostatniej rozmowie: "No, jak wy nic nie wiecie, do niczego się nie przyznajecie, nie chcecie zeznawać to jest taki skutek. A gdyby...". I on sobie to zapamiętał i siedział parę tygodni, nie wiadomo, kiedy wyrok śmierci będzie wykonany i nagle napisał list do prokuratury, że sobie przypomniał. Więc go wezwali i on zaczął zmyślać jakieś bzdury bez nazwisk, że jakiś agent amerykański do niego przyszedł, że coś. I tak długo zeznawał, aż dotarł do PaŽdziernika. Został zrehabilitowany. Mianowano go dowódcą okręgu warszawskiego, potem komendantem szkoły wojskowej. Przyjaciel Gomułki. Więc niesamowity skok. Ja go dobrze znam. Już ma 84 lata, a bardzo inteligentny człowiek. Masę prześmiesznych rzeczy opowiada. Między innymi, że jak była w Moskwie defilada zwycięstwa w 1945 roku, to on właśnie miał prowadzić polską kompanię przed Kremlem. Ale nagle dowiedział się, że nie będzie polskiej kompanii, tylko że polskie oddziały będą podzielone na plutony, czy coś. Jego szlag trafił, pojechał do polskiej ambasady, wiedział, że tam jest Modzelewski, minister spraw zagranicznych. "Ale tam mnie nie chce puszczać woŽny. Mówię mu "Ja muszę z ambasadorem, z ministrem porozmawiać". "Ale kto pan jest?" "Ja jestem przedwojenny, sanacyjny oficer i masz obowiązek mnie wpuścić". WoŽny się przeraził, sprowadził jakichś ubeków. Wreszcie zszedł Modzelewski." A Kuropieska mówi: "Co ma nie być polskiej kompanii, to ja nie będę prowadził defilady". No to ci wszyscy tam - Modzelewski, Zambrowski - "Cholera, co robić". Bo tego poniżej Stalina się nie da załatwić. Parę godzin się męczyli. Wreszcie zadzwonili na Kreml z okropnym strachem, a Stalin powiedział: "No naturalnie... polska kompania, nu, kanieczno...". I Kuropieska prowadził. On zna takich historyjek, różnych mnóstwo. Ksiądz Stefan Kurowski - to był kanclerz Kurii w Krakowie, ksiądz wielki. Moje dzieci konfirmował. On był szalonym antykomunistą, bardzo pewnym siebie. "A tam, ja mam ich w nosie" - mówił. Po czym aresztowano go, ale na krótko, 48 godzin. Pytam go, jak było. "Ależ... to idioci. Co oni mi zrobią... Gwiżdżę na to...". Po czym była taka sławna sprawa, że na Wawelu znaleziono jakąś broń. I aresztowano go znowu. Po trzech tygodniach był proces. Na tym procesie on śpiewał jak ptak, jak "Trybuna Ludu", że wrogowie, że on też był wrogiem, żałuje, przeprasza, że tu są winni - no, niebywałe zupełnie. Dostał jakąś karę z odroczeniem i zaraz go zwolniono. Ja go nie szukałem, ale go spotkałem gdzieś i on mówi: "Proszę pana, tym procesem to ja się chyba skompromitowałem". Nic nie mówię. A on: "Ale nie było wyjścia. Kto tam nie był, ten nie wie. To jest Szatan". Podobno go szantażowali czymś, coś mu wynaleŽli. Cholera wie. Stefan Kurowski - wielki ekonomista. Moim zdaniem bardzo obiektywny i bardzo interesujący. Towarzystwo Gospodarcze założył. Ja uważam, że to jest obok Krawczyka i może profesora Beksiaka najlepszy polski ekonomista. Niestety, stale bity w dupę, że tak powiem. Bez katedry - teraz jest chyba na K$u$l_u. Karol