wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 124 262
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 617 661

Stella Rimington - Liz Carlyle 01 - Ryzyko zawodowe

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stella Rimington - Liz Carlyle 01 - Ryzyko zawodowe.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Stella Rimington
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 23 osób, 18 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 464 stron)

Stella Rim ington RYZYKO ZAWODOWE

1 ociąg metra zwalniał coraz wyraźniej, by osta- tecznie zatrzymać się gdzieś w ciemnościach tunelu. Dało się słyszeć przeciągłe, hydrauliczne westchnienie, a potem zapadła cisza. Przez kilka pierwszych chwil w zatłoczonym wagonie nikt się nie poruszył. Dopiero gdy bezruch i cisza zdały się gęstnieć, zamrugały zdziwione oczy i tłum ocknął - się z odrętwienia. Stojący pasażerowie wpatrywali się z niepokojem w czerń za oknami, jakby licząc na jakąś wyjaśniającą wszystko wizję czy objawienie. Liz Carlyle doszła do wniosku, że muszą być gdzieś w połowie drogi pomiędzy Mornington Crest a Euston. Było pięć po ósmej, poniedziałek. Według wszelkiego prawdopodobieństwa spóźni się do pracy. Wokół siebie czuła wszechobecny zapach przemoczonych ubrań, a czy- jaś mokra teczka spoczywała właśnie na jej kolanach. Wtulając podbródek w aksamitny szalik Liz wcisnęła się głębiej w swoje miejsce i ostrożnie spfóbowała wy- ciągnąć stopy. No cóż, zdecydowanie nie powinna była wkładać dziś tych szpiczastych pantofli ze śliwkowego zamszu. Kupiła je zaledwie parę tygodni temu podczas P

6 STELLA RMINGTON beztroskiego rajdu po butikach, a teraz ich czubki prze- mokły w drodze na stację i zaczęły się podwijać, zaś do- świadczenie podpowiadało, że plamy po deszczu okażą się nieusuwalne. Nie mniej irytująca była świadomość, że niskie obcasiki zostały chyba specjalnie zaprojektowane z myślą o klinowaniu się pomiędzy kamieniami bruku. Nawet po dziesięciu latach pracy w Thames House1 , Liz nie udało się zadowalająco rozwiązać problemu gar- deroby. Ogólnie przyjęty standard, któremu wszyscy stopniowo ulegali, mieścił się gdzieś pomiędzy żałob- nym ponuractwem a niewidzialnością. Ciemne spodnie, grzeczne spódnice i żakiety, jakieś przyzwoite buty - rze- czy, których pełno u Johna Lewisa albo Marksa & Spen- cera. Część jej koleżanek i kolegów doprowadziła ten styl do perfekcji, popadając niemal w sowiecką siermiężność, ale Liz instynktownie go odrzucała. Często spędzała so- botnie popołudnia na przeczesywaniu stoisk z ciuchami na Camden Market, w donkiszotowskim poszukiwaniu kreacji, która nie naruszając regulaminu służbowego, jednocześnie wywoła poruszenie. To było trochę tak, jak w czasach szkolnych mundurków i Liz uśmiechnęła się na wspomnienie szarych plisowanych spódniczek, które choć w klasie miały przepisową długość, to w drodze powrotnej do domu zbiegały się do rozmiarów grożących odmrożeniem tyłka. Może trochę to śmieszne, toczyć tę samą wojnę w wieku trzydziestu czterech lat, ale jakieś licho w środku nie pozwalało jej ulec ciężarowi utajnio- nego ponuractwa pracy w Thames House. 1 Thames House to wielki budynek na brzegu Tamizy, główna londyńska siedziba MI5, służby kontrwywiadu Wielkiej Brytanii (wszystkie przypisy - od tłumacza).

RYZYKO ZAWODOWE 7 Jakiś uwieszony poręczy współpasażer przechwycił jej I uśmiech i spojrzał na nią zaintrygowany. Unikając jego aprobującego spojrzenia, Liz szybko sprawdziła go wzro- kiem. To „skanowanie" stało się z czasem jej drugą na- turą: modnie ubrany, ale z lekką nutką konserwatyzmu, która nie do końca pasowała do City. Ktoś z Akademii? Nie, garnitur szyty na miarę. Lekarz? Dobrze utrzymane dłonie zdawały się potwierdzać tę teorię, podobnie jak ledwie wyczuwalna arogancja w jego spojrzeniu. Lekarz - zdecydowała Liz - prywatna praktyka od paru lat i tuzin uległych pielęgniarek na koncie, później odesłanych do innych szpitali. Obok niego mroczna, gotycka dziew- czyna. Purpurowe końcówki włosów, koszulka Sisters of Mercy pod lateksową kurteczką, kolczyki w każdym z możliwych miejsc. Trochę za wczesna pora jak dla kogoś z jej plemienia. Pewnie pracuje w jakimś sklepie z ciuchami czy płytami, albo... a nie, mamy cię! Delikat- na, zaczerwieniona obwódka wokół kciuka, w miejscu, gdzie opierają się nożyczki. A więc fryzjerka, spędzająca dnie na przemienianiu miłych dziewcząt z przedmieść w wampiryczne królowe ciemności. Liz pochyliła głowę, ponownie dotknęła policzkiem aksamitnej miękkości szkarłatnego, jedwabnego szalika, przywołując jakiś ulotny zapach, wspomnienie fizycznej obecności Marka - jego oczu, ust, włosów - wtedy, kiedy wpadł do jej mieszkania. Te perfumy Guerlaina kupił na Champs Elysees (zupełnie nie pasowały, co tu kryć), a szal od Diora na Avenue Montaigne. Zapłacił gotówką, jak później powiedział, żeby nie zostawiać papierowego śladu. Jeśli chodzi o zdrady małżeńskie zawsze miał nie- zawodny instynkt.

8 STELLA RIMINGTON Potrafiła sobie przypomnieć każdy szczegół tamtego wieczoru. W drodze powrotnej z Paryża, po tym jak robił tam wywiad z jakąś aktorką, przyjechał bez uprzedzenia do mieszkania Liz w Kentish Town. Akurat brała kąpiel, słuchając La Bohćme i bez entuzjazmu próbując prze- brnąć przez artykuł w The Economist, gdy nagle wszedł Mark, podłogę zasłał kosztowny papier do pakowania, a powietrze wypełniło się - jakże pasującym do okolicz- ności zapachem Vol de Nuit. Później otworzyli butelkę bezcłowego Moet i już wspólnie wrócili do wanny. - Shauna na ciebie nie czeka? - spytała wtedy Liz ze spóźnionym poczuciem winy. - Pewnie już śpi - odparł Mark beztrosko. - Przez cały weekend miała na głowie dzieciaki swojej siostry. - A ty w tym czasie... - Wiem, wiem. Okrutny ten świat, prawda? Tym, co zawsze zdumiewało Liz, było pytanie, dla- czego Mark właściwie ożenił się z Shauną? Na podstawie jego opisów można było uznać, że nie mieli żadnych cech wspólnych, niczego, co by ich łączyło. Mark Callendar był beztroskim epikurejczykiem, miał prawdziwie ko- cie zmysły, spostrzegawczość, która czyniła go jednym z najbardziej cenionych dziennikarzy - specjalistów od wywiadów na rynku popularnej prasy. Jego żona była na- tomiast nieugiętą feministką, wykładowcą akademickim. Wiecznie ganiła go za beztroskę i nieodpowiedzialność, a on wiecznie uciekał przed jej pozbawionym poczucia humoru gniewem. Nie było w tym zbyt wiele sensu. Ale to nie Shauna była problemem Liz. Był nim Mark. Ten związek to kompletne szaleństwo, które może ją

RYZYKO ZAWODOWE 9 kosztować stanowisko, jeżeli szybko czegoś z tym nie zrobi. Nie kochała Marka i drżała na myśl o tym, co by się mogło stać, gdyby ich romans wyszedł na jaw. Od dłuższego czasu zapewniał ją wprawdzie, że zostawi Shaunę, ale dotąd tego nie zrobił, i Liz w międzyczasie zwątpiła, by kiedykolwiek to miało nastąpić. Wyglądało na to, że Shauna była niczym ładunek ujemny dla dodat- niego ładunku Marka. Jeśli on był orłem - to ona była reszką, ale właśnie wspólnie z nim tworzyła sprawnie funkcjonującą całość. Siedząc w znieruchomiałym nagle metrze, Liz zdała sobie sprawę, że tak naprawdę Marka ekscytowało głów- nie zamieszanie, jakie wprowadzał w jej życie. Wpadał nagle, stawiał wszystko na głowie, kpił z jej powagi i rzeczowości, a ją samą zmieniał z pomocą magicznej sztuczki w niebieskiego ptaka. Pewnie gdyby mieszka- ła w przestronnym, słonecznym mieszkaniu z oknami wychodzącymi na jeden z londyńskich parków, a szafy miała pełne projektanckich ciuchów, pewnie wcale nie wzbudziłaby jego zainteresowania. Naprawdę musiała to skończyć. Oczywiście nie po- wiedziała o nim swojej matce, więc kiedy spędzała z nią weekend w Wiltshire, musiała znosić pełne najlepszych intencji homilie o „Poznaniu Kogoś Miłego". - Wiem, że to trudne, mieć pracę, o której nie można rozmawiać - zaczęła wczoraj wieczorem jej matka, pod- nosząc głowę znad albumu ze starymi zdjęciami, zajęta ich porządkowaniem - ale czytałam ostatnio w gazecie, że w twoim budynku pracuje ponad dwa tysiące ludzi i naprawdę myślę, że można tam poznać kogoś, kto miał- by podobne zainteresowania. Może spróbowałabyś teatru

10 STELLA RIMINCTON amatorskiego, albo tańców latynoskich, albo czegoś po- dobnego? - Mamo, błagam! - Liz oczami wyobraźni ujrzała grupę zadaniową od Irlandii Północnej oraz gości z sek- cji obserwacji bezpośredniej A4, jak zbliżają się do niej z płonącymi oczami, grzechocząc marakasami, w ko- szulach z dopiętymi kolorowymi falbaniastymi rękaw- kami. - To tylko taki pomysł - odpowiedziała jej matka ła- godnie i wróciła do albumu. Minutę czy dwie później wyciągnęła z niego jedno ze starych klasowych zdjęć Liz. - Pamiętasz Roberta Deweya? - Tak - powiedziała Liz ostrożnie. - Mieszkał w Til- bury. Zlał się w spodnie na wycieczce do Stonehenge. - Właśnie otworzył nową restaurację w Salisbury. Tuż obok Playhouse. - Naprawdę? - mruknęła Liz. - Kto by pomyślał. Tym razem atak nadszedł z flanki, chodziło zaś o to, czy nie wróciłaby czasem do domu. Wychowała się w małym kanciastym domku z ogrodem, którego jedy- nym obecnym lokatorem była jej matka, wciąż żywiąca niewypowiedzianą nadzieję, że Liz wróci tu i „osiądzie", zanim staropanieństwo i Miasto Bezsennych Nocy zabio- rą jej córkę na zawsze. Więc nawet niekoniecznie Robert Dewey - ten w przemoczonych szortach - ale ktoś „tu- tejszy". Ktoś, z kim od czasu do czasu mogłaby wybrać się do „francuskiej restauracji" czy „wyjść do teatru", bo pewnie przywykła do takich rozrywek w metropolii. Wczorajszego wieczoru, zanim wyrwała się z sieci matczynych planów i dotarła do autostrady, było już

RYZYKO ZAWODOWE 11 po 22. Do swojego mieszkania w Kentish Town weszła po północy. Na miejscu odkryła jeszcze, że uruchomiona w sobotni ranek przed wyjazdem pralka zatrzymała się w połowie cyklu, i pranie spoczywało smętnie w zimnych mydlinach. Było już zbyt późno, by ją włączać bez draż- nienia sąsiadów, więc przekopała się przez stos rzeczy przeznaczonych do pralni chemicznej, wyciągnęła z niego najmniej pognieciony kostium, rozwiesiła go nad wanną, i wzięła prysznic z nadzieją, że gorąca para wyprostuje choć trochę zmięty materiał. Kiedy wreszcie dotarła do łóżka, była prawie pierwsza w nocy. Złapała więc jakieś pięć i pół godziny snu, i teraz czuła pod opuchniętymi powiekami powracającą falę zmęczenia. Kolejne hydrauliczne sapnięcie i z przeciągłym drże- niem metro ruszyło w dalszą drogę. - Tak - pomyślała Liz. - Z całą pewnością spóźnię się do pracy.

2 hames House, kwatera główna MI52 , mieści się na Millbank. Przytłaczający, ośmiopiętrowy bu- dynek z portlandzkiego kamienia przypomina wielkie jasnoszare widmo, choć do Pałacu Westminster- skiego jest stąd ledwie kilkaset metrów. Tego ranka, jak zwykle, na nabrzeżu Millbank czuć było zapach rzeki i spalin dieslowskich silników. Otu- lając się ciasno płaszczem przed zacinającą mżawką i uważnie omijając mokre liście zaścielające chodnik, które aż się prosiły, by skręcić sobie na nich kostkę, Liz wmaszerowała na schody wejściowe. Z torebką spadającą z ramienia pchnęła drzwi, podniesieniem dłoni pozdro- wiła strażników w holu i wsunęła kartę identyfikacyjną w otwór śluzy. Gdy jedno z przejść otworzyło się, we- szła do środka i na moment została odcięta od świata'. Potem, jak gdyby w jednej chwili przemierzyła całe lata świetlne, tylne drzwi śluzy rozsunęły się, i Liz wkroczyła do innego wymiaru. Thames House był jak mrowisko, 2 Secret Service (SS), MI5 to kontrwywiad Zjednoczonego Kró- lestwa. Do jej zadań należy m.in. zapobieganie infiltracji Wielkiej Brytanii przez obce wywiady i terrorystów. T

14 STELLA RIMINGTON miasto ze stali i mlecznego szkła. Gdy przekroczyła za- pory bezpieczeństwa, gdzieś tam, w środku, Liz poczuła to lekkie podniecenie, a teraz bezgłośna winda niosła ją na piąte piętro. Drzwi windy rozsunęły się, wyszła więc i skręcając w lewo, szybko ruszyła w kierunku 5/AX, wydziału ofi- cerów prowadzących. Duże otwarte biuro było oświe- tlone rzędami podwieszanych halogenów, a wieszaki na ubrania stojące przy każdym biurku nadawały mu nieco szemrany wygląd. Na wieszakach znajdowały się „ubra- nia robocze" oficerów prowadzących - w przypadku Liz były to znoszone dżinsy, czarny polar Karrimora i skó- rzana kurtka zapinana na suwak. Jej biurko było prawie puste - szary terminal komputera, telefon, kubek FBI, wszystko oskrzydlone przez zamykaną na szyfr szafkę, z której Liz wyjęła właśnie granatową teczkę. - I oto wpada na linię mety... - mruknął pod nosem Dave Armstrong z sąsiedniego biurka, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. - Podziękowania dla cholernej Północnej Linii... - westchnęła Liz, kręcąc zamkiem szyfrowym. - Metro, ot tak sobie, stanęło w tunelu, i stało dobre dziesięć minut. - No cóż, motorniczy nie bardzo może przypalić jointa na stacji, prawda? - spytał, skądinąd rozsądnie, Armstrong. Ale Liz, z teczką w dłoni, pozbywszy się uprzednio szalika i płaszcza, już była w połowie drogi do wyjścia. Po drodze do pokoju 6/40, piętro wyżej, zahaczyła o toaletę, żeby doprowadzić się do ładu. Ku swojemu zaskoczeniu w lustrze ujrzała nieoczekiwanie harmonijny obraz. Jej ładne brązowe włosy otaczały równomiernie jasny owal

RYZYKO ZAWODOWE 15 twarzy. Zielone oczy nosiły lekkie ślady zmęczenia, ale ogólny efekt był zadowalający. Nabrawszy odwagi, Liz ruszyła w dalszą drogę. JCT, połączona grupa antyterrorystyczna, której była członkiem przez większą część tego roku, w każdy ponie- działkowy ranek spotykała się o 8.30. Celem spotkań była koordynacja operacji związanych z siatkami terrorystycz- nymi i wyznaczenie zadań wywiadowczych na nadcho- dzący tydzień. Grupą kierował szef Liz, czterdziestopię- cioletni Charles Wetherby, a składała się ona z oficerów śledczych i prowadzących MI5, oficerów łącznikowych z MI63 , GCHQ4 , z Wydziału Specjalnego Metropolitan Police oraz przedstawicieli Home Office i Foreign Offi- ce, jeśli akurat ich obecność była wymagana. Grupa powstała natychmiast po ataku na World Trade Center, na bezpośrednie polecenie premiera, który nakazał wy- kluczyć wszelką możliwość narażenia bezpieczeństwa wywiadowczego kraju, która mogłaby wyniknąć z bra- ku komunikacji albo gry ambicji pomiędzy służbami. Wobec tak postawionej kwestii, nikt nie zdobył się na słowo protestu, a Liz przez dziesięć lat pracy w Służbach nie widziała jeszcze tak bezproblemowej współpracy. 3 Secret Intelligence Service (SIS), MI6 to tajna służba wywia- dowcza Wielkiej Brytanii, koncentrująca się na operacjach poza granicami Zjednoczonego Królestwa. 4 Government Communications Headquarters - Rządowy Sztab Środków Komunikacji, cywilny departament powstały w 1946 roku, na bazie słynnego ośrodka szyfrów i kryptografii z Bletchley Park. GCHQ jest odpowiedzialny za działania wy- wiadowcze i kontrolne we wszystkich formach komunikacji sy- gnałowej - a więc przekazach radiowych, TV, Internet, ale także za radary i urządzenia elektroniczne.

16 STELLA RIMINGTON Ku swej uldze przez otwarte drzwi do sali konferen- cyjnej Liz zobaczyła, że nikt jeszcze nie zajął swojego miejsca. Dzięki Ci, Boże! Musiałaby znosić wszystkie te pobłażliwe męskie spojrzenia, w drodze na swoje miej- sce przy długim, owalnym stole konferencyjnym. Tuż za drzwiami duet bysiów z Wydziału Specjalnego wpro- wadzał jednego z kolegów Liz w rzeczywisty przebieg wydarzeń historii opisanej na stronie tytułowej Daily Minor - skandalizującej opowieści z życia telewizyjne- go prezentera programów dla dzieci, jego naćpanej orgii z udziałem chłopców do wynajęcia w pięciogwiazdko- wym hotelu Manchester. Przedstawiciel GCHQ w mię- dzyczasie zajął miejsce, z którego mógł słyszeć całą tę rozmowę, ale jednocześnie uniknąć posądzenia o zain- teresowanie takimi zberezeństwami. Facet z Home Office przeglądał przyniesione przez siebie wycinki prasowe. Charles Wetherby stał jak zwykle przy oknie. Jego wyprasowany garnitur i wypolerowane półbuty były ni- czym milczący wyrzut wobec Liz, której ubraniu zabiegi z łazienkową parą niewiele pomogły. Ale na twarzy szefa można było dostrzec cień uśmiechu. - Czekamy na Szóstkę - mruknął, spoglądając w kie- runku Vauxhall Cross5 , pół mili w górę rzeki. - Złap oddech i przyjmij pozory anielskiej cierpliwości. Liz spróbowała się zastosować do polecenia. Spojrzała na błyszczącą od deszczu nawierzchnię Lambeth Bridge. Wody rzeki sięgały wysoko, wzburzone i ciemne. 5 Naprzeciwko Thames House, po drugiej stronie Tamizy, pod adresem Vauxhall Cross 85, w kanciastym, schodkowym budynku zwanym „Legolandem" albo „Babilonem nad Tamizą", mieści się kwatera główna SIS (MI6).

RYZYKOZAWODOWEI 17 - Coś się wydarzyło przez weekend? - spytała, kładąc na stole granatową teczkę. - Nic co mogłoby zatrzymać nas tu na dłużej. Jak tam twoja mama? - Zła, bo nie ma przymrozków - odpowiedziała Liz. - Liczyła, że mróz zabije żuki niszczące jej winorośle. - Nie ma to jak solidny mróz. Nie znoszę takich ni- jakich pór roku - sękatymi palcami przeczesał swoje siwiejące włosy. - Szóstka ma przysłać kogoś nowego, któregoś z ich ludzi z Pakistanu. - Znamy go? - Nazywa się Mackay. Bruno Mackay. - I cóż się mówi o panu Mackay? - Że to stary Harrowczyk6 . - Tak jak w tej anegdotce o kobiecie, która wchodzi do pokoju w towarzystwie trzech absolwentów? Etończyk prosi ją, by zechciała usiąść, chłopak z Wykeham podsu- wa jej krzesło, a Harrowczyk... - ...siada na nim - kończy Wetherby z bladym uśmie- chem. - Dokładnie. Liz znowu spogląda na rzekę, ciesząc się, że ma prze- łożonego, z którym może sobie ucinać takie pogawędki. Na drugim brzegu Tamizy widzi pociemniałe od deszczu ściany pałacu Lambeth. Czy Wetherby wie o Marku? Pra- wie na pewno. Wie przecież o niej prawie wszystko. - No, chyba wreszcie jesteśmy w komplecie - słyszy jego mruknięcie za plecami. 6 Określenia pochodzące od nazw słynnych angielskich szkół średnich: Harrow, Eton, Winchester (zwana Wykeham od nazwiska założyciela), stereotypizujące postawy życiowe typowe dla wycho- wanków tych college'ów.

18 STELLA RIMINCTON MI6 reprezentują Geoffrey Fane, koordynator operacji antyterrorystycznych, i - nowy w tym gronie - Bruno Mackay. Po wymianie uścisków dłoni Wetherby zamyka drzwi sali konferencyjnej i rozpoczyna się narada. Pod- sumowanie raportów z weekendu leży przed każdym z uczestników spotkania. Mackay zostaje powitany w Thames House i przed- stawiony pozostałym członkom zespołu. - Ten oficer MI6 właśnie powrócił z Islamabadu - mówi Wetherby. - Był tam bardzo cenionym zastępcą szefa delegatury. Mackay unosi ręce w geście skromnego sprzeciwu. Jest opalony, szarooki, jego flanelowy garnitur nieomyl- nie pochodzi z Savile Row7 , cała jego postać odcina się wyraźnie od reszty raczej mało wyrazistych uczestników spotkania. Kiedy wychyla się, by odpowiedzieć Wether- by'emu, widać, że Geoffrey Fane patrzy na niego z chłod- ną aprobatą. Z pewnością musiał się nieco natrudzić, żeby wprowadzić młodszego człowieka do zespołu. Dla Liz, przywykłej z czasem do powściągliwej, kry- tycznej atmosfery Thames House, Mackay wygląda tro- chę absurdalnie. Jak na mężczyznę w jego wieku - a nie ma więcej niż trzydzieści dwa, trzy lata - ubiera się zbyt wyszukanie. Jego wygląd - opalenizna, szare, opanowane spojrzenie, kształtny nos i usta - wszystko to jest wystu- diowane, empatyczne. Tego faceta, co budzi w Liz odruch profesjonalnego sprzeciwu, ludzie zapamiętują bez pro- blemu. Liz wymienia krótkie spojrzenie z Wetherby'm. 7 Słynna na całym świecie ulica drogich zakładów krawieckich w Londynie.

RYZYKO ZAWODOWE 19 Po wstępnej prezentacji grupa zaczyna pracę nad ra- portami zagranicznymi. Geoffrey Fane zaczyna pierw- szy. Wysoki, ma w sobie coś ptasiego. Wygląda jak żuraw ubrany w prążkowany garnitur (tak myśli o nim zawsze Liz). Zrobił karierę w wydziale bliskowschodnim MI6, gdzie zdobył renomę nieugiętego i zawziętego. Zajmował się ITS - Islamskim Syndykatem Terrorystycznym - co jest ogólnym terminem dla grup takich jak Al-Kaida, Islamski Dżihad, Hamas i tysiąca im podobnych. Kiedy Fane skończył mówić, zwrócił się w lewo ku swojemu młodszemu koledze. Bruno Mackay pochylił się nieco, poprawił mankiety, i spoglądając w swoje notatki, zabrał głos. - Pozwolę sobie powrócić na moje dotychczasowe po- dwórko - zaczął. - Pakistański kontakt przekazał nam informację o pojawieniu się Dawooda al Safy. Raport sugeruje, że al Safa odwiedził obóz szkoleniowy w po- bliżu Takht-i-Suleiman, w północno-wschodniej części kraju, kontrolowanej przez klany. Mógł wejść w kontakt z grupą znaną jako Dzieci Niebios, która jest podejrze- wana o udział w zabójstwie strażnika ambasady USA w Islamabadzie sześć miesięcy temu. Ku rosnącej irytacji Liz, Mackay wymawiał islamskie nazwy tak, by nie pozostawić wątpliwości, że mówi po arabsku. Co jest z tymi ludźmi? Czemu zawsze im się zdaje, że są Lawrencem z Arabii albo przynajmniej Ral- phem Fiennesem w Angielskim Pacjencie? Porozumie- wawcze mrugnięcie Wetherby ego powiedziało jej, że szef podziela jej opinię na temat gości z MI6. - Uważamy w Vauxhall, że ta aktywność jest istotna - kontynuował Mackayjuż bardziej kolokwialnie - z dwóch

18 STELLA RIMINGTON MI6 reprezentują Geoffrey Fane, koordynator operacji antyterrorystycznych, i - nowy w tym gronie - Bruno Mackay. Po wymianie uścisków dłoni Wetherby zamyka drzwi sali konferencyjnej i rozpoczyna się narada. Pod- sumowanie raportów z weekendu leży przed każdym z uczestników spotkania. Mackay zostaje powitany w Thames House i przed- stawiony pozostałym członkom zespołu. - Ten oficer MI6 właśnie powrócił z Islamabadu - mówi Wetherby. - Był tam bardzo cenionym zastępcą szefa delegatury. Mackay unosi ręce w geście skromnego sprzeciwu. Jest opalony, szarooki, jego flanelowy garnitur nieomyl- nie pochodzi z Savile Row7 , cała jego postać odcina się wyraźnie od reszty raczej mało wyrazistych uczestników spotkania. Kiedy wychyla się, by odpowiedzieć Wether- by'emu, widać, że Geoffrey Fane patrzy na niego z chłod- ną aprobatą. Z pewnością musiał się nieco natrudzić, żeby wprowadzić młodszego człowieka do zespołu. Dla Liz, przywykłej z czasem do powściągliwej, kry- tycznej atmosfery Thames House, Mackay wygląda tro- chę absurdalnie. Jak na mężczyznę w jego wieku - a nie ma więcej niż trzydzieści dwa, trzy lata - ubiera się zbyt wyszukanie. Jego wygląd - opalenizna, szare, opanowane spojrzenie, kształtny nos i usta - wszystko to jest wystu- diowane, empatyczne. Tego faceta, co budzi w Liz odruch profesjonalnego sprzeciwu, ludzie zapamiętują bez pro- blemu. Liz wymienia krótkie spojrzenie z Wetherby'm. 7 Słynna na całym świecie ulica drogich zakładów krawieckich w Londynie.

RYZYKO ZAWODOWE 19 Po wstępnej prezentacji grupa zaczyna pracę nad ra- portami zagranicznymi. Geoffrey Fane zaczyna pierw- szy. Wysoki, ma w sobie coś ptasiego. Wygląda jak żuraw ubrany w prążkowany garnitur (tak myśli o nim zawsze Liz). Zrobił karierę w wydziale bliskowschodnim MI6, gdzie zdobył renomę nieugiętego i zawziętego. Zajmował się ITS - Islamskim Syndykatem Terrorystycznym - co jest ogólnym terminem dla grup takich jak Al-Kaida, Islamski Dżihad, Hamas i tysiąca im podobnych. Kiedy Fane skończył mówić, zwrócił się w lewo ku swojemu młodszemu koledze. Bruno Mackay pochylił się nieco, poprawił mankiety, i spoglądając w swoje notatki, zabrał głos. - Pozwolę sobie powrócić na moje dotychczasowe po- dwórko - zaczął. - Pakistański kontakt przekazał nam informację o pojawieniu się Dawooda al Safy. Raport sugeruje, że al Safa odwiedził obóz szkoleniowy w po- bliżu Takht-i-Suleiman, w północno-wschodniej części kraju, kontrolowanej przez klany. Mógł wejść w kontakt z grupą znaną jako Dzieci Niebios, która jest podejrze- wana o udział w zabójstwie strażnika ambasady USA w Islamabadzie sześć miesięcy temu. Ku rosnącej irytacji Liz, Mackay wymawiał islamskie nazwy tak, by nie pozostawić wątpliwości, że mówi po arabsku. Co jest z tymi ludźmi? Czemu zawsze im się zdaje, że są Lawrencem z Arabii albo przynajmniej Ral- phem Fiennesem w Angielskim Pacjencie? Porozumie- wawcze mrugnięcie Wetherby ego powiedziało jej, że szef podziela jej opinię na temat gości z MI6. - Uważamy w Vauxhall, że ta aktywność jest istotna - kontynuował Mackayjuż bardziej kolokwialnie - z dwóch

20 STELLA RMINGTON powodów. Pierwszy: główną rolą al Safy jest przekazywanie pieniędzy pomiędzy Rijadem a grupami terrorystycznymi w Azji. Jeśli gdzieś się wybiera, to wiadomo, że szykuje się tam coś paskudnego. Drugi: Dzieci Niebios to jedna z nielicznych grup w ITS, które przyjmują w swe szeregi białych, Europejczyków. Pakistański wywiad przekazał nam raport sprzed około sześciu miesięcy, wskazujący na obecność w obozie szkoleniowym, cytuję: „dwóch, może trzech osób o nieustalonym, zachodnim wyglądzie". Wysunął przed siebie opaloną dłoń. - Naszym problemem, co zakomunikowałem w ciągu weekendu wszystkim zespołom, jest to, że przeciwnik może przeniknąć na nasz teren, korzystając z „niewi- dzialnego". Pozwolił ostatniemu zdaniu wybrzmieć w ciszy sali konferencyjnej. Pewna teatralność jego wystąpienia nie zmniejszyła wrażenia, jakie ostatnie stwierdzenie zrobiło na zebranych. „Niewidzialny" to określenie CIA na praw- dziwe przekleństwo każdego wywiadu: terrorysta, on czy ona, należący do etnicznej ludności kraju, który jest celem ataku. Taki ktoś może przekraczać swobodnie jego grani- ce, podróżować, nie wzbudzając podejrzeń, przenikać z ła- twością do większości instytucji czy obiektów. Pojawienie się „niewidzialnego" to najgorsza możliwa wiadomość. - Ponieważ mamy do czynienia z takim przypad- kiem - Mackay gładko podjął wątek - sugerujemy, że należy włączyć do działań wydział imigracyjny. Facet z Home Office skrzywił się. - Czy możecie podać jakieś szczegóły co do możli- wych celów albo spodziewanego czasu ataku? Jak rozu- miem, powinniśmy podnieść status zabezpieczeń wszyst-

RYZYKO ZAWODOWE 21 kich budynków rządowych z czarnego do czerwonego, ale wywołamy masę kłopotów administracyjnych, więc wolałbym tego nie robić zbyt wcześnie. Mackay zerknął do swoich notatek. - Pakistańczycy sprawdzają obecnie wszystkie li- sty pasażerów, którzy opuścili kraj, ze szczególnym uwzględnieniem... spójrzmy... podróżnych nie-bizneso- wych, w wieku poniżej trzydziestu pięciu lat, których pobyt trwał powyżej trzydziestu dni. Można powiedzieć, że robią, co mogą. Nie wiemy jeszcze, co mogłoby być celem ataku, ale nadstawiamy ucha, na ile się da. Spojrzał przez długość sali na Wetherby'ego, a potem na Liz: - Musimy być w stałym kontakcie z naszymi agenta- mi na miejscu. - Już nad tym pracujemy - powiedział Wetherby. - Je- śli coś usłyszą, to dowiemy się o tym, ale póki co... - spoj- rzał pytająco na przedstawiciela GCHQ, który wydął policzki i zrobił minę sugerującą bezradność. - Mamy trochę więcej szumu na łączach niż zwykle. Nic konkretnego, żadnych wskazówek. Nic, co przypo- minałoby przepływ informacji podczas przygotowywa- nia jakiejś większej operacji. Liz dyskretnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Ofice- rowie z Wydziału Specjalnego milczeli jak zwykle. Rów- nież tak jak zwykle, mieli miny bardzo zajętych ludzi, którzy tylko tracą swój czas na biurowej gadaninie rodem z Whitehall. Ale tym razem obaj siedzieli wyprostowani i słuchali z napięciem. Jej oczy spotkały się z oczami Mackaya. Nie uśmiech- nął się ani nie odwrócił wzroku, ale po prostu patrzył

22 STELLA RIMINCTON wprost na nią. Kontynuowała swoją wędrówkę wzrokiem po sali, wiedząc, że oficer MI6 wciąż ją obserwuje. Czuła na sobie jego niespieszne, zimne, badawcze spojrzenie. Wetherby z kolei, ze swoją przeciętną, pozbawioną wyrazu twarzą, patrzył na Mackaya. Ten obieg spojrzeń trwał dłuższą, pełną napięcia chwilę, wreszcie Fane prze- rwał milczenie ogólnym pytaniem o agentów MI5 w spo- łecznościach muzułmańskich na terenie Zjednoczonego Królestwa. - Jak blisko wydarzeń macie swoich ludzi? - spy- tał. - Jeśli ITS będzie coś planował przeciw krajowi, to czy będą mieli informacje z pierwszej ręki? Tym razem Wetherby pozwolił wykazać się Liz: - W większości przypadków raczej nie - powiedziała, wiedząc z doświadczenia, że Fane nie przyjmuje za dobrą monetę optymistycznych zapewnień. - Ale mamy ludzi w odpowiednich kręgach. Czas pokaże, czy uda się ich umieścić bliżej centrum wyda- rzeń. - Czas? - Nie mamy możliwości przyspieszenia tego proce- su. Uznała, że nie będzie wspominać o Marcepanie. Taki agent mógłby być mocną kartą, ale wciąż musiał jeszcze potwierdzić swoją przydatność. A właściwie swą odwagę. Na tym etapie jego działania jako agenta nie było sensu się nim chwalić, a już na pewno nie przed tak szerokim gronem. Wetherby, milczący, uderzał lekko ołówkiem w za- ciśnięte usta, ale Liz mogła wyczytać z jego postaci, że uznał tę decyzję za słuszną. Nie pozwoliła Fanebwi, by

zmusił ją do deklaracji, którą później mógłby użyć przeciwko nim. A Mackay, jak zdała sobie sprawę po chwili, wciąż ją obserwował. Czy, tak jak nietoperz, emitowała jakieś seksualne impulsy? A może Mackay był jednym z tych facetów, którzy starają się zrobić wrażenie na każdej napotkanej kobiecie, wyobrażając sobie, że mogliby ją mieć w każdej chwili, gdyby tylko przyszła im na to ochota? Tak czy owak, Liz czuła się bardziej zirytowana niż podziwiana. Nad ich głowami, jakby dając sygnał do zamknięcia spotkania, zaczęła mrugać jedna ze świetlówek.

3 Trumpera na Jermyn Street, jakąś milę na pół- nocny zachód, Peregrine Lakeby usadowił się na wygodnym fryzjerskim fotelu. Z niejakim zadowoleniem przyjrzał się swojemu odbiciu w pano- ramicznym lustrze. Nie jest rzeczą łatwą zachować ele- gancki wygląd, gdy wokół was uwija się fryzjer ze swo- imi szczotkami i ręcznikami, ale - mimo sześćdziesięciu dwu wiosen na karku - Perry'emu Lakeby’emu ta sztu- ka ciągle się udawała. Nie dla niego worki pod oczami, wypukłe żyły i wielokrotne podbródki zmieniające jego rówieśników w fizycznie odpychające pokraki. Spojrze- nie Lakeby ego było błękitne, chłopięce, skóra sprężysta, a włosy tworzyły szpakowatą, ale wciąż ciemną grzywę zaczesaną ku tyłowi. Jak udawało mu się uciec przed karzącą ręką czasu, która dotykała tylu innych, Perry nie miał pojęcia. Jadał i pił, jeśli nie do przesytu, to z pewnością bez umiaru. Jedyną formą aktywnych ćwiczeń, której się oddawał, było świntuszenie od czasu do czasu z panienkami, albo parę dni polowania w sezonie. Gdyby go ktoś przycis- nął, swój dobrze zakonserwowany wygląd przypisałby U

26 STELLA RIMINGTON dobrym genom. Lakebybwie, o czym lubił rozpowiadać, wywodzili się od Sasów. - Jak minęła podróż do miasta, siń Perry uniósł brew, rozdrażniony. - Nieźle, gdyby tylko nie ci kretyni z telefonami komórkowymi. Ludzie ostat- nio uwielbiają informować cały świat i okolice o wszyst- kich szczegółach swojego paskudnego życia. I trwa to czasem godzinami. Nożyczki pana Parka błysnęły. - Przykro mi to sły- szeć, sir. Wraca pan do siebie jeszcze dziś, prawda? - Obawiam się, że tak. Żona zaprosiła gości. Najnud- niejszą parę w całym Norfolk, ale cóż poradzić. - Rzeczywiście, sir. Zechce pan przechylić głowę. Perry przyjeżdżał do Londynu pociągiem przeciętnie raz w miesiącu i z reguły swe pierwsze kroki kierował do Trumpera. Ciemne, lakierowane deski podłogi, szczot- ki z borsuczego włosia i mydlany zapach tego miejsca - miały to „coś". Może miało to związek ze wspomnie- niem szkoły? - w każdym razie dawało mu to poczucie niezwykłego odprężenia. Perry cenił sobie przywiązanie i ciągłość, a do Trumpera przychodził już od paru dzie- sięcioleci. Mógłby oczywiście odwiedzić fryzjera w Fa- kenham i uzyskać to samo za jedną trzecią ceny, ale nigdy nie przyszło mu to do głowy. Jego londyńskie wypady były dla niego ucieczką. Nie tylko pozwalały mu wyrwać się spod czujnego oka Anny, jego żony, ale miały charak- ter małego rytuału, do którego przywykł przez lata. - Podbródek do góry, jeśli można prosić, sir. Perry usłuchał i pan Park zaczął wklepywać w szczęki swojego klienta ostro pachnącą wodę kolońską. - Cośjeszcze,sir7 .

RYZYKO ZAWODOWE 27 Perry pozostawał przez moment w przyjemnych opa- rach talku i esencji sycylijskich cytryn. Nawet majacząca gdzieś w dali perspektywa picia ginu w towarzystwie Ral- pha i Diany Munday nie mogła zepsuć mu tej chwili. - Nie, panie Park, to wszystko. Dziękuję. Wstał, włożył podany mu płaszcz z aksamitnym koł- nierzem, który nosił na wyprawy do miasta. Wspinając się na schody prowadzące na ulicę, zobaczył, że chociaż nadal było wietrznie, to deszcz ustał. Doprawdy, w gru- dniowy poranek trudno liczyć na więcej. Ze złożoną parasolką w garści Perry spacerował na zachód, w kierunku St James, mijając słynne sklepy szewców i kapeluszników, perfumerie, drogerie, skle- py z galanterią, witryny krawców szyjących koszule na miarę, zapełnione belami różnych prążkowanych tka- nin. Wszystkie te sklepy cieszyły serce Perry'ego Lake- by'ego, umacniając jego wiarę w świat, w którym stare zwyczaje jeszcze coś znaczą, a ludzie tacy jak on wciąż mają należne im miejsce i szacunek. Nawet jeśli niektóre stare zakłady i sklepy znikały, zastępowane przez salony telefonii komórkowej albo nachalnie egalitarne salony mody - udawał, że tego nie zauważa. Nie zamierzał psuć sobie humoru głupstwami. Przed sklepem New & Lingwood uznał, że powinien sprawić sobie nowy krawat. Miał szczególną słabość do tej marki, jeden z ich sklepów mieścił się w Eton w czasie kiedy tam studiował, i pewnie jest tam do dziś. Jednak w ostatniej chwili wycofał się. Trudno sobie wyobrazić, że wróci do domu z nowym krawatem, a bez prezentu dla Anny, a nie miał dość czasu, żeby szukać czegoś dla niej. Właściwie nie miał też pieniędzy. Przez ostatnie kilka