wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 194 456
  • Obserwuję1 454
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 744 291

Stephen R. Donaldson - Saga o kosmicznych piratach i galaktycznych wojnach 03 - Skok w pot

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stephen R. Donaldson - Saga o kosmicznych piratach i galaktycznych wojnach 03 - Skok w pot.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Stephen R. Donaldson
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 19 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 324 stron)

Skok w konflikt: Prawdziwa historia Skok w wizję: Zakazana wiedza Skok w potęgę: Mroczny, zachłanny bóg powstaje Skok w szaleństwo: Chaos i porządek STEPHEN R. DONALDSON SKOK W POTĘGĘ PRZEŁOŻYŁ PIOTR W. CHOLEWA Najlepszemu zespołowi: Lyndzie Kexel, Billowi Puderowi i Rickowi Carterowi Holt Krótko przed odlotem Angusa Thermopyle i Milosa Ta-vernera na pokładzie Fanfary Holt Fasner odwiedził swoją rnstkę. Uczynił to, mimo że stara wiedźma od dziesięcioleci była w paskudnym humorze. Postępy medycyny, dzięki którym on sam przez sto pięćdziesiąt lat pozostawał niemal zdrowy, stosunkowo silny i prawie w dobrej formie, nadeszły zbyt późno, by dla niej mieć równie dobroczynne skutki. Właściwie zawiodłyby całkowicie juz trzydzieści lat temu, gdyby nie uparł się, żeby podłączać ją do maszyn, które z początku pompowały jej krew potem trawiły jej jedzenie, a w końcu za nią oddychały Oczywiście, technicznie rzecz biorąc, wciąż była żywa, chociaż pozostała z niej tylko łupina kobiety. Skórę miała plamistą barwy gnijącego lnu; prawie nie mogła poruszać dłońmi- od dziesięciu lat nie uniosła głowy z oparcia. Nie wiedziała nawet, kiedy rurki dostarczają jej pożywienie, a kiedy odciągają niestrawione resztki. Zachowała jednak umysł. Zgorzkniała, ostra jak fiolka witriolu, Noma Fasner nadal myślała, choć jej ciało straciło możliwość jakichkolwiek działań. Dlatego właśnie syn utrzymywał ją przy życiu. Już wiele lat temu zrezygnowała z próśb, by pozwolił jej umrzeć. Bolesne doświadczenia nauczyły ją, że zbędzie on jej prośbę mdłym uśmieszkiem i pustą uwagą: „Wiesz przecież, że bez ciebie sobie nie poradzę". A wkrótce potem zainstalują kolejny ekran wideo w pomieszczeniu, które uważała za swój grobowiec. Wpatrywała się w te ekrany, chociaż ich nienawidziła. Obrazy były wszystkim, o czym mogła rozmyślać. Gdyby je wyłączyli, mózg z pewnością wyłączyłby się także, a tego przecież nie chciała. Pragnęła śmierci, nie nieświadomości. Gdyby choć jeden z ekranów zgasł, zapłakałaby pewnie z żalu i rozczarowania. Każda scena, każde słowo, każda chwilowa spekulacja były sugestiami, które może w końcu pozwolą uwierzyć, że jej syn zostanie zniszczony. Bez tych sugestii, bez możliwości ich otrzymywania, wszystkie te lata sparaliżowanej, pozbawionej życia egzystencji poszłyby na marne. Jej syn był dyrektorem naczelnym Zjednoczonych Kompanii Górniczych, z pewnością najbogatszym i bez wątpienia najpotężniejszym z żyjących. Ze swojego „głównego biura", stacji kosmicznej krążącej wokół Ziemi, pół miliona kilometrów dalej niż sztab PZKG, władał

ogromnym imperium, największym, rzekomo najbardziej potrzebnym przedsięwzięciem w historii ludzkości. Jego pracowników liczono na miliony; mężczyzn i kobiety, którzy żyli lub umierali wskutek jego decyzji i jego polityki - na miliardy. Ukryty za statutem ZKG i formalną demokracją Rady Zarządzającej Ziemi i Kosmosu - oficjalnie odpowiedzialnej za kontrolowanie takich ludzi jak ón, takich korporacji jak jego - powoływał i obalał rządy, niszczył albo wzbogacał konkurentów, sprawiał, że potencjalne wersje przyszłości nabierały realnych barw albo rozwiewały się jak mgła. Za jego plecami ludzie, którzy się go bali, nazywali go czasem „Smokiem" - a tylko tacy, którzy nie wiedzieli, kim jest, nie czuli przed nim strachu. 6 7 Stał w samym sercu ludzkich kontaktów z zakazaną przestrzenią. Wszystko, co pochodziło z tego niezmierzonego źródła bogactwa, przechodziło przez jego ręce. I do niego należała jedyna obrona ludzkości przed tym niezmierzonym zagrożeniem. Wartość czasu Holta Fasnera nie dała się mierzyć nawet w czystym cezie. Mimo to odwiedzał matkę, kiedy tylko trafiła się okazja. Zbyt cenił jej rady, by pozwolić jej umrzeć. Chociaż czasami interpretował je z najwyższym trudem. Pragnienie, by doprowadzić go do ruiny, było tak oczywiste, że musiał zachowywać najwyższą ostrożność, wysłuchując jej opinii i wartościując przewidywania. W rezultacie spotkania z matką stawały się dla niego wyzwaniami, które niezmiennie stymulowały umysł. W rzeczywistości niemal na pewno mógł pozwolić jej umrzeć w dowolnej chwili ostatniego półwiecza. Lubił z nią rozmawiać i cenił jej rady, ale poradziłby sobie bez nich. Utrzymywał przy życiu Nomę Fasner właśnie dlatego, że z tak głęboką jadowitością życzyła mu jak najgorzej; także dlatego, że jej całkowita bezradność sprawiała mu przyjemność; i w końcu dlatego, że zmuszała go do czujności. Bez niej mógłby zapomnieć, że jest śmiertelny. Ludzie zapominający o własnej śmiertelności popełniają błędy. Holt Fasner za swoje sukcesy płacił krwią - nie zawsze własną. A teraz, kiedy je osiągnął, nie zamierzał ich zaprzepaścić wskutek jakiejś pomyłki. Dlatego odwiedził matkę krótko przed startem Fanfary. Pojawiło się zagrożenie - niewielkie zagrożenie, które jednak w każdej chwili może przerodzić się w coś poważnego. Sami w sobie, Angus Thermopyle, Milos Taverner, Nick Succorso i Morna Hyland byli jedynie trójką mężczyzn i kobietą, pionkami na planie szerokiej polityki i jeszcze wspanialszych marzeń Holta. Ale połączeni z Fakruramą i Amnionem mogą w efekcie stworzyć coś bardziej wybuchowego, o trwałych skutkach - jak mały reaktor termojądrowy, który przeszedł w stan krytyczny i całą okolicę uczynił na stulecia niezdatną do zamieszkania. 8 Oczywiście, sprawą kierował osobiście dyrektor Policji Zjednoczonych Kompanii Górniczych, Warden Dios. Ryzyko wynikało z jego, nie Holta decyzji; negatywne konsekwencje, jeśli wystąpią, on będzie musiał usunąć. Ale Holt cenił pomyślność PZKG, tak jak cenił dobry stan samych Zjednoczonych Kompanii Górniczych. Gdyby uznał, że ryzyko jest zbyt wielkie, zakazałby działania. Nie zakazał.

Jednakże nie przestawał myśleć o sytuacji. Zamiast próbować rozszyfrować Wardena - który prawie trzydzieści lat dowodził, że jest silną, prawą ręką Smoka - Holt uznał, że lepiej porozmawia z Norną. Pokój, w którym tkwiła uwięziona, ukryty był w mrocznym zakamarku głównego biura, w części stacji, gdzie nikt nie wchodził - z wyjątkiem mężczyzn i kobiet dysponujących bardzo szczególnymi uprawnieniami. Jak zwykle, kiedy nie badało jej kilku osobistych lekarzy, jedynym oświetleniem sterylnego pokoju szpitalnego było dwadzieścia kilka wideo-ekranów, niemal w całości pokrywających ścianę przed jej oczami. Sama wybrała ten.półmrok - odrobina siły, jaka pozostała w jej palcach, wystarczała, by rozjaśnić lub przyciemnić światła, zmienić pozycję łóżka, przywołać pielęgniarkę, a nawet wyłączyć ekrany. Holt zezwolił jej na taką swobodę, gdyż ufał, że wykorzysta ją właściwie. Jaskrawoblada twarz w fosforyzującym blasku przypominała oblicze mumii, wymalowane tak, by wyglądać upiornie pod lampami ultrafioletowymi. Wąskie wargi i bezzębne dziąsła bezustannie przeżuwały jedzenie, którego Norna nie kosztowała od dziesięcioleci. Od czasu do czasu śliniła się nieświadomie; siateczka zmarszczek rozprowadzała ślinę w lśniącą warstwę na brodzie. Nie spojrzała nawet na wchodzącego syna: jej oczy przeskakiwały niespokojnie po ekranach, jak gdyby potrafiła oglądać i rozumieć je wszystkie równocześnie. Z ekranów dobiegał stały pomruk głosów i ścieżek dźwiękowych, stłumione i nierozróżnialne słowa przeplatane kilkoma melodiami - odgłos niby gwar tłumu, niespokojnego i gniewnego, ale tak głuchy i daleki, że mógłby być tektonicznym 9 zgrzytem skał albo zapomnianą skargą morza. Ten dźwięk budził u Holta dreszcze; czasami zdawał się zaćmiewać mu umysł. Sprawiał wrażenie, że coś niedobrego dzieje się z samą strukturą głównego biura. Z doświadczenia jednak wiedział, że Norna obserwuje i rozumie głosy nie gorzej od obrazów. - Witaj, mamo - pozdrowił ją ze sztuczną serdecznością, po części z zasady, po części dlatego, że musiał coś zrobić, by przeciwstawić się działaniu dźwięku. - Dobrze wyglądasz, lepiej niż kiedykolwiek. Mam nadzieję, że już niedługo wstaniesz z łóżka. Przyda mi się twoja pomoc w zarządzaniu firmą. Jak się czujesz? Co mówią lekarze? Przyjęła tę paplaninę ze zwykłym lekceważeniem. Z tymi oczami przebiegającymi po ekranach, przypominała mu kurę, próbującą dziobać ziarno z kamienistego gruntu. On również spojrzał na ekrany, ale obrazy nie miały żadnego znaczenia. Typowy zbiór: pół tuzina serwisów wiadomości, próbujących zinterpretować życie dla swoich widzów i wyciągających identyczne wnioski; trzy, może cztery programy ukazujące akty wyjątkowej przemocy w różnym stopniu symulacji; cztery czy pięć komedii i satyr, sprawiających wrażenie, jakby bez przerwy powtarzały te same żarty; i jeszcze kilka romantycznych wideo... - Mamo, w twoim wieku? Jak ci nie wstyd? ...z fascynacją przedstawiających takie właśnie bezmyślne, duchowe żądze, które zapewne pociągnęły ku sobie Mornę Hy-land i Nicka Succorso na Stacji Gór-Komu. Takimi bzdurami pozwalały się oszałamiać masy ludzkich istot - aż nadchodziła jedna z tych rzadkich chwil, kiedy budziły się, dostrzegały, co się dzieje dookoła, źle to pojmowały i usiłowały wymusić na rządzących najgłupsze z możliwych rozwiązań. Rozruchy Człowieczeństwa były tego świetnym przykładem. W pozostałych przypadkach świat pokazywany na wideoekranach spełniał swoje zadanie całkiem skutecznie. Jednak Holtowi nie miał nic do zaoferowania. 10 Po raz n-ty zastanowił się, co takiego daje jego matce. Czyżby widziała w nim coś, czego on nie

zauważał? Czy może Norna zwyczajnie czekała na wiadomość, że jej syna spotkała katastrofa? A może z tego bełkotu czerpała tajemną wiedzę - wiedzę, która jemu wciąż się wymykała, mimo ogromnych możliwości? Ten problem dodawał pikanterii jego wizytom. Co takiego przeoczył? Chyba niewiele, wykazał bowiem swoją umiejętność czerpania zysków - i to wielkich zysków - z tych chwil, kiedy ludzkie miliardy zrzucały pęta i wysu wały irracjonalne żądania wobec swoich przywódców. Wciąż chichotał w duchu, kiedy myślał o Rozruchach Człowieczeń stwa. Jak można sobie wyobrazić odparcie groźby Amnionu bez genetycznej wiedzy, dorównującej wiedzy przeciwnika? A jednak wybuch odrazy wobec doświadczeń genetycznych praktycznie włożył mu w ręce cały Intertech. A posiadanie In- tertechu pozwoliło przejąć kontrolę nad kontaktami z Amnio- nem, co z kolei - nieuchronnie niczym sylogizm - doprowa dziło go do obecnej pozycji władcy losów własnej rasy. Jeśli jakiś człowiek w historii mógł o sobie powiedzieć, że niewiele przeoczył okazji, to był nim Holt Fasner. Mimo to nie zapominał o zagadce swej utrzymywanej przy życiu matki. To pozwalało wierzyć, że nie przeoczy niczego teraz. Po stu pięćdziesięciu latach życia wciąż był w sile wieku; fizjologicznie nie zaczął się jeszcze starzeć. Ale policzki miał odrobinę zbyt rumiane, troszeczkę częściej musiał mrugać, żeby oczy nie zachodziły mgłą. Czasami drżały mu ręce, czasami dokuczała prostata. Lekarze odradzali wszelkie wyczerpujące ćwiczenia fizyczne, nie wiedzieli bowiem, ile wytrzymają tkanki serca. A unikanie błędów stało się teraz ważniejsze niż kiedykolwiek. - Mamo - podjął z tą samą nieszczerą serdecznością, jak gdyby nie odpowiedziała milczeniem na jego powitanie, wię cej: jak gdyby udzieliła mu odpowiedzi, której najbardziej pragnął. - Potrzebuję twojej rady. W ciągu ostatnich kilku dni odbyłem kilka niepokojących rozmów z Godsenem Frikiem. Pamiętasz go, prawda? - Holt doskonale wiedział, że matka niczego nie zapomina. - Jest dyrektorem protokołu u War- da. Z jakichś powodów... - Holt błysnął zębami w uśmiechu 11 domokrążcy - ...uważa, że jeśli nie podobają mu się decyzje czy działania Warda, może się zwracać bezpośrednio do mnie. Bardzo naganne postępowanie, nie sądzisz? Ward by tego nie tolerował, gdyby nie wiedział, że Godsen jest moim protegowanym. W odpowiednim czasie, mniej więcej za dziesięć lat, Godsen będzie chyba gotów, by wypełnić swój obowiązek wobec ludzkości i objąć przewodnictwo RZZK. Ale to poważny kłopot, prawda? Dla Warda jako przełożonego God-sena. I dla mnie, jako przyjaciela, sprzymierzeńca i mentora Warda. Chciałbym przecież... - Holt żywił złośliwe upodobanie do takich zdań - ...żeby praca dawała mu zadowolenie. Od niego zależy bezpieczeństwo ludzkiej przestrzeni. Z pewnością bezpieczeństwo ludzkiej przestrzeni zależało od PZKG. Nie istniała żadna siła, mogąca się przeciwstawić Amnionowi. A zatem wyjątkowa pozycja Holta także zależała od

PZKG. Gdyby nie miał policji, RZZK mogłaby już dawno rozparcelować jego imperium. Wytężając słuch, by odfiltrować bezustanny szum ekranów, rozróżnił ledwie słyszalne pytanie Nomy, wymamrotane przez blade wargi i bezzębne dziąsła: - Jaka jest sytuacja? Och, mamo, żyjesz dla mnie, prawda? Nie chcesz tego, ale żyjesz tylko dla mnie. Uśmiechał się ciągle. - Ward uznał, że trzeba coś zrobić w sprawie jednej z naj gorszych nielegalnych stoczni. Takie stocznie służą zakazanej przestrzeni, pomagają przestępcom, a także handlują kradzio nymi towarami. Zadziwiające, jak wielu ludzi chce się wzbo gacić, wspierając lub wspomagając naszych wrogów. Amnion chce naszych surowców, naszej technologii, naszych genów. Piraci im to sprzedają. Ale piraci byliby... - Holt zacisnął war gi. - Byliby nieskuteczni bez nielegalnych stoczni, gdzie bu dują i naprawiają statki. I bez handlarzy, którzy prowadzą in teresy z Amnionem. Ward z radością rozwaliłby ich na strzępy. Zastanowił się. - Problem tkwi w tym, jak to zrobić. Ta szczególna stocznia, o którą teraz mu chodzi, znajduje się w zakazanej przestrzeni. Straciłby pracę, gdyby dokonał otwartego ataku na Amnion. Dlatego planuje dywersję. Pamiętasz, mamo, wypadek na Stacji Gór--Komu, jakieś pół roku temu? Wyglądało na to, że ochrona dogadała się z pewnym piratem, żeby wrobić innego. Ta sytuacja pomogła nam zdobyć głosy konieczne dla wprowadzenia Ustawy o Priorytecie. Oczywiście, że pamiętała. Holt ciężko się napracował, by przeforsować Ustawę o Priorytecie. Dawała ona PZKG jurysdykcję nad lokalnymi siłami ochrony na wszystkich stacjach, umacniając w ten sposób jej hegemonię i osłabiając jedyną sensowną alternatywę dla policjantów Holta. - Ten przestępca, którego wtedy aresztowali, nazywa się Angus Thermopyle. Najobrzydliwszy typ pod słońcem. Ward zażądał jego wydania, zgodnie z ustawą. Zaspawali go, za programowali, a teraz posyłają przeciwko tej stoczni. Dzisiaj, o ile wiem. Właściwie w tej chwili. - To skomplikowana sprawa. Powiedz, gdybym cię nudził, mamo. Odniosłem wrażenie, że kiedy poleciłem Wardowi za łatwić tę sztuczkę na Gór-Komie, nie chciał wykonać rozka zu. Nasz Ward jest takim idealistą... Nie lubi się mieszać w praktykę polityczną. Słyszałem wręcz, że wygłasza mowy przeciwko „zniżaniu się do poziomu naszych wrogów". Ale zrobił to, ponieważ w ten sposób mógł zdobyć coś, na czym mu zależało, to znaczy Angusa Thermopyle. O ile mogę oce nić, nie zależy mu na większej władzy dla niej samej. Jakby do siebie, ale czujnie obserwując matkę, Holt zamruczał: - Ciekawe, jak mocno musiałbym go naciskać, gdyby nie zależało mu na Angusie. Jeśli Norna cokolwiek powiedziała, nie usłyszał.

—Najważniejsze jednak - podjął głośno Holt - że Ward wykonał rozkaz. Zawsze wykonuje rozkazy. Najbliższe dni powinny doprowadzić do ciekawych wydarzeń na granicy zakazanej przestrzeni. Norna wymamrotała coś, co brzmiało jak: - Dlaczego Godsen się tym przejmuje? 12 13 - Dobre pytanie! - zawołał jowialnie jej syn. - Jak zwykle, mamo, trafiłaś w samo sedno. Dlaczego ta sprawa niepokoi ta kiego oddanego urzędnika jak Godsen Frik? Oczywiście, nie moglibyśmy wrobić tego Angusa Thermopyle, gdybyśmy nie mieli swojego człowieka w ochronie Stacji. Ale byłoby rze czą... - Holt poszukał odpowiedniego przymiotnika - ...nie fortunną, gdyby lokalne dochodzenie odkryło prawdę. Usta wa o Priorytecie przeszła, ponieważ wszyscy uznali, że nie można ufać miejscowej ochronie, że na Stacji Gór-Komu był zdrajca, pracujący dla zakazanej przestrzeni. Gdyby się roze szło, że ten zdrajca w istocie pracował dla nas... Cóż, utrzy małbym jakoś głosy stacji, ale reszta Rady dostałaby szału. Że by nie dopuścić do takiej ewentualności, Ward zażądał przekazania nam zdrajcy równocześnie z Angusem. To sady styczny drobny biurokrata, nazywa się Milos Tavemer. Jak do tąd wszystko szło dobrze. Ale dochodzimy do kwestii, która zaniepokoiła Godsena. Angus jest w tej chwili cyborgiem, oprogramowanym od stóp do głów. Nawet zębów nie umyje bez zgody swojego rdzenia danych. Lecz nadal potrzebuje nadzorcy, kogoś, kto wyreguluje jego oprogramowanie, gdy by nastąpiły jakieś nieprzewidziane okoliczności. Potrzebuje też załogi. A na dodatek potrzebuje kamuflażu: musi jakoś wy tłumaczyć, w jaki sposób odzyskał wolność, jak się wyrwał z więzienia, skąd wziął statek. Holt zawiesił głos, dla lepszego efektu. -1 Ward wybrał Milosa, żeby leciał z Angusem - dokończył. Przez chwilę Noma żuła coś w milczeniu. Zamiast słów, z jej warg wyciekała ślina. Wargi. Oczyma wodziła nerwowo po ekranach, jednak ani razu nie spojrzała ńa syna. - Czy zrozumiałaś, mamo? - spytał serdecznie Holt - Wie my, że Milos ma duszę zdrajcy, ponieważ zdradził dla nas ochro nę Stacji. Ward uważa, że nie zwróci się przeciwko nam, bo trzy mamy go krótko przy pysku. - To kolejne określenie z tych, które Holt Fasner szczególnie lubił. - Jeśli wyjawi coś, czego nie chcemy, by wyjawiał... Albo zrobi coś, czego nie chcemy, by robił, będzie skończony. Ale Godsen patrzy na to inaczej.

Ma bardziej „społeczną" perspektywę. Gdyby nasze działania wyszły na jaw, co „lud", te „wielkie, niemyte masy"... - takie słowa niemal radośnie spływały mu z ust - ...pomyślą o wysłaniu znanego mordercy i gwałciciela pod kontrolą znanego zdrajcy? Jak głosy w RZZK ocenią wiarę Warda, że Milos nie zwróci się przeciwko nam? No i jaka jest szansa, że naprawdę się nie zwróci? Zrobiłby przecież fortunę, sprzedając wszystko, co o nas wie, nie mówiąc już o tym, co wie o Angusie. Co prawda Milos nie mógłby dosłownie sprzedać samego Angusa, ponieważ oprogramowanie gwarantujące jego lojalność wobec PZKG nie dopuszczało zmian. - Nasz Godsen zna swoją pracę. To jego obowiązek, by w ta kich sytuacjach wpadać w histerię i toczyć pianę. I jego obo wiązkiem jest przyjść z tym do mnie. Ale ja go nie poparłem. Nie chcę, żeby zapominał, gdzie jego miejsce, żeby sądził, że może mi mówić, co mam robić. I nie chcę podkopywać pozy cji Warda. Nie w takim przypadku, kiedy potencjalne korzyści były ogromne - wielkie zwycięstwo w walce z zakazaną przestrzenią i piractwem, znakomicie poprawiające wizerunek PZKG - a możliwe ryzyko niewielkie. Przecież gdyby Milos zachował się nieodpowiednio, Ward zawsze może rozkazać Nickowi Succorso, żeby go zabił. - Ward ma talent do takich delikatnych manipulacji. I jest najlepszym dyrektorem PZKG, na jakiego mógłbym liczyć. Jest może jedynym człowiekiem, który mógłby mi zagrozić, gdy by nie należał do mnie całą duszą. W rzeczywistości Holt obawiałby się Diosa, gdyby nie zyskał od niego rodzaju deklaracji całkowitej lojalności, jaką był współudział w ukryciu środka immunizującego. - Ale ciągle się martwisz... - dobiegł szept od strony wysuszonego ciała Norny. - Masz rację, mamo - przyznał. - Ciągle się martwię. Choć Ward jest bardzo ostrożny, jednak podejmuje ryzyko, a wiesz dobrze, że tego nie lubię. Dlatego na przykład ukryłem an- tymutagen Intertechu. Miał przynajmniej teoretyczny potencjał, by zachwiać równowagą sił w ludzkiej przestrzeni. Każda skuteczna obrona przeciwko wymuszonym przez Amnion 14 15 mutacjom osłabiłaby Warda i całe PZKG; wydawaliby się mniej niezbędni, nie tak konieczni. A to podkopałoby moją pozycję wśród głosów. - Wzruszył ramionami. - A może nie. Być może nic takiego by się nie stało. Ale nie chciałem ryzykować. Dlatego postarałem się, żeby tylko Hashi i Ward wiedzieli o istnieniu leku, a tylko Hashi umiał go używać. Aby chronić tajnych agentów Gromadzenia Danych, rozumiesz. Czekał na jej reakcję, ale bez skutku. - A teraz Ward sam podejmuje ryzyko. Oczywiście, najpierw skonsultował się ze mną. Motywy jego działania są bardzo przekonujące... Choćby dlatego, że Angus Thermopyle uzyska szansę wyeliminowania problemu Momy Hyland. Była podporucznikiem PZKG z nieautoryzowanym implantem strefowym i - prawdopodobnie -

wiedziała o środku immunizującym. Jeśli kiedykolwiek opuści zakazaną przestrzeń i opowie o tym, co wie, w PR i w całym PZKG nastąpi katastrofa. - To coś, co można nazwać chirurgiczną operacją. - Holt oblizał wargi. - Wyciąć nowotwór, zanim zdąży się rozprze strzenić. Dlatego podejmuje to ryzyko z moim błogosławień stwem. Ale jednak trochę się martwię. Mam wrażenie, że Ward pakuje się w kłopoty. Słowa Nomy były tylko cichym pomrukiem na tle gwaru ekranów, ale z jakiegoś powodu Holt słyszał go tak wyraźnie, jakby był to jedyny dźwięk w pokoju. - Myślę, że ciebie pakuje w kłopoty. Holt zaśmiał się odruchowo. - Daj spokój, mamo, nie ma powodu do obaw. Nie podnie caj się bez przyczyny. Mówimy przecież o Wardenie Diosie. To ja go stworzyłem, jest moją prawą ręką. Nie może nawet wyjść do sana, żebym ja na tym nie skorzystał. Mógłby tak ciągnąć, ale zamilkł, widząc, że zniekształcony, drżący palec Norny wskazuje jeden z ekranów. Z początku nie zauważył nawet, o który jej chodzi. Romans? Nie, ten z wiadomościami. Męska twarz obdarzona autorytatywnym głosem i nie posiadająca umysłu, mówiła wśród irytującego gwaru: - ...przedstawiamy biuletyn specjalny. Biuletyn specjalny? Jaki biuletyn specjalny? Przecież w ludzkiej przestrzeni nic się nie wydarzyło, nie mogło się wydarzyć tak, by Holt Fasner nie wiedział o tym pierwszy. - Wysoko postawione źródło informacji w biurze dyrekto ra Protokołu na stacji sztabu PZKG potwierdziło, że Angus Thermopyle zdołał uciec. Bez ostrzeżenia dreszcz przebiegł wzdłuż niemal silnego kręgosłupa Holta i zagęścił się wokół moszny. - Kapitan Thermopyle - mówiła męska głowa, jakby była czymś więcej niż kukiełką brzuchomówcy - jest przestępcą schwytanym i osądzonym prawie sześć miesięcy temu na Sta cji Gór-Komu. Następnie, na polecenie Hashiego Lebwohla, dy rektora Gromadzenia Danych, przewieziono go do sztabu PZKG. Nie udzielono żadnych wyjaśnień, dlaczego Wydział Gromadze nia Danych zainteresował się kapitanem Thermopyle. Jednak że, jak informował wtedy nasz zespół reporterski, nie jest to zwy kły przestępca. Okoliczności jego aresztowania i skazania są powszechnie uważane za czynnik decydujący o wprowadzeniu przez Radę Zarządzającą Ziemi i Kosmosu tak zwanej Ustawy o Priorytecie. Podobno w aktach piractwa z kapitanem Thermo pyle współpracował zdrajca należący do ochrony Stacji Gór-Ko mu. Kryzys zaufania do służb ochrony w całej ludzkiej przestrze ni przekonał RZZK o konieczności wprowadzenia ustawy. Fakt, że kapitan Thermopyle zdołał uciec z samego sztabu PZKG, sam w sobie jest bardzo niepokojący. Jednakże nasze źródło w biu rze dyrektora Protokołu PZKG potwierdza, że sytuacja jest gor

sza, niż może się wydawać. Problemy wiążą się z człowiekiem, który pełnił kiedyś funkcję zastępcy szefa ochrony Stacji Gór- -Komu, niejakim Milosem Tavemerem. Niech to szlag, pomyślał Holt. Lęk rozlał się od krocza w górę, do klatki piersiowej. Płuca zapiekły, jakby nagle się postarzały. Jak wszystkie kukiełki, męska głowa na ekranie była nieubłagana. - Milos Tavemer odpowiadał za przesłuchania kapitana Thermopyle na Stacji Gór-Komu. Dlatego został sprowadzony do 16 / 17 sztabu razem z więźniem, również na polecenie dyrektora Gromadzenia Danych: Oficjalnie Wydział Gromadzenia Danych zażądał obecności Tavernera, by kontynuował przesłuchania. Uznano, że dysponuje unikalną i cenną wiedzą o więźniu. Teraz jednak nasze źródło informuje, że zastępca Taveffler trafił do sztabu PZKG rtie ze względu na swoją szczególną wiedzę, ale ponieważ uważano, że to on jest zdrajcą w szeregach ochrony Stacji Gór-Komu. Trafił do sztabu, by Wydział Gromadzenia Danych mógł przeprowadzić śledztwo i aby zneutralizować zagrożenie, jakie sobą reprezentował. Holt słuchał w bezruchu. —'Z chwilowo nieznanych powodów Milos Taverner nie był odpowiednio strzeżony. Jak się zdaje, udało mu się wyprowadzić z celi byłego wspólnika, Angusa Thermopyle. Razem ukradli statek i zbiegli ze sztabu PZKG. Wnioski z tej pozornej niekompetencji PZKG są poważne i budzące lęk w rasie już zagrożonej zniszczeniem przez Amnion, rasie ochranianej przez tych samych mężczyzn i kobiety, którzy właśnie pozwolili wymknąć się z rąk skazanemu piratowi i najgroźniejszemu z jego wspólników. Program trwał dalej: pokazali zdjęcia z aresztowania i procesu kapitana Thermopyle, skrót danych o karierze zastępcy szefa ochrony, Milosa Tavernefa, a potem wyczerpującą analizę wydarzeń w wykonaniu panelu samozwańczych ekspertów ■- genofobÓW, libertarian, fanatyków Wolnego rynku, rodowitych Ziemian - przedstawicieli wszystkich grupek politycznych, bezskutecznie pragnących głosów w RZZK. Holt Fasner już ich nie słuchał. Rozmawiał już przez interkom, żądając szyfrowanego kanału między głównym biurem a sztabem PZKG i napełniając lękiem przed Smokiem serca wszystkich techników i sekretarki pomiędzy szpitalną salą jego matki a Godsenem Plikiem. Ręce drżały mu bez przerwy. Ze swojego osobistego Operacyjnego Centrum Dowodzenia w sztabie PZKG Warden Dios obserwował płynny lot Fanfary w przestrzeni kontrolowanej przez Stację, Jeśli nie liczyć Min Donner, dyrektor Wydziału Operacyjnego, i nielicznych ochroniarzy, był Sam. Odesłał nawet techników, którzy teoretycznie powinni utrzymywać kontakt z departamentami i komórkami nadzoru wszystkich działań PZKG. Nie zamknął drzwi na zamek, ale uciszył w OGD wszystkie

mikrofony, monitory i rejestratory. Dyrektor PZKG rzadko bywał sam. Cisza była jeszcze bardziej niezwykła. Towarzystwo Min to wprawdzie nie to samo, co pełna samotność, ale ona przynajmniej się nie odzywała, jeśli nie miała niczego ważnego do powiedzenia. Jak dotąd lot Fanfary przebiegał ściśle według planu. Statek nie podał portu przeznaczenia, zresztą nikt tego nie żądał; punkcik na ekranie pokazywał, że trzymają się skrupulatnie wyznaczonej trajektorii - kursu i szybkości; że reagują prawidłowo na dane i polecenia z boi nawigacyjnych, kierujących gęstym ruchem systemowym. 19 Czy Warden Dios spodziewał się czegoś innego? Właściwie nie. Fanfara miała na pokładzie tylko dwóch ludzi, i ani An-gus Thermopyle, ani Milos Taverner raczej nie zaczną improwizować zbyt wcześnie. Angus był zaspawany tak dokładnie, jak tylko potrafił Hashi Lebwohl, a Hashi to czarodziej cybernetyki. Sam pomysł, że Angus sprzeciwi się oprogramowaniu, nie mieścił się w głowie. Zresztą Milos mu na to nie pozwoli. A działania Milosa, do jakich skłonią go niepewne więzy lojalności, z pewnością nie będą zwracać uwagi ani budzić zwątpienia; w każdym razie nie tak blisko Ziemi i sztabu PZKG. Został zbyt dobrze wyszkolony, zbyt mocno zastraszony. W dodatku Warden postarał się spalić za nim mosty. Informacje przekazane przez jednego z podwładnych Godsena Frika, dotyczące „ucieczki" Angusa i „współudziału" Milosa, wymuszą jego posłuszeństwo. Były zastępca szefa ochrony Stacji Gór-Komu może w końcu zaryzykować wiele, ale na pewno nie zaryzykuje tutaj. Dyrektor PZKG nie miał powodów, by tkwić w tym miejscu. Był człowiekiem zapracowanym. Powinien zająć się innymi obowiązkami. Cenił jednak tę ciszę i namiastkę samotności. Tylko w towarzystwie Min Donner obserwował, jak Fanfara - i fragment jego własnego losu - wysuwa się spod kontroli. Wierzył, że stawką jest przyszłość ludzkiej rasy. W przeciwnym razie nie potrafiłby zrobić tego, co zrobił. Był silnym mężczyzną, o potężnej klatce piersiowej i ramionach. Twarz i podbródek wyglądały jak wyryte w metalu. A opaska zasłaniająca protezę lewego oka, a także skrzywiony nos, sprawiały tylko, że wydawał się jeszcze silniejszy. Czasem jednak potrzebował czegoś więcej niż tylko siły, by znieść ciężar swych tajemnych planów. Musiał przypominać sobie o konsekwencjach porażki. Jeśli przegra, to zwycięży Holt Fasner. Warden Dios zbyt wiele uczynił, by pomóc w tworzeniu potęgi Smoka. Nie mógł teraz zapomnieć o odpowiedzialności, kiedy wreszcie zrozumiał, jakim zagrożeniem jest to, co razem z Holtem zbudowali. Przez moment punkt na ekranie rozmył się lekko, kiedy transmisja nawigacyjna przeskoczyła z jednej boi na drugą. W ciągu godziny Fanfara osiągnie wyznaczoną pozycję skoku - bliżej Ziemi, niż pozwalano innym statkom, ale wciąż bezpiecznie, w granicach strefy pierwszeństwa, zastrzeżonej dla użytku PZKG. Potem zniknie, a Warden Dios będzie musiał pogodzić się z wynikami jej misji. Min nieco zmieniła pozycję; końce jej palców gładziły kolbę broni, z którą się nie rozstawała. Warden podejrzewał, że nawet w łóżku ma przy sobie pistolet uderzeniowy. - Myślisz, że się uda? - spytała, nie odrywając wzroku od ekranów.

Spojrzał na nią. Surowa linia jej ust nigdy się nie zmieniała. Odkąd została jego najcenniejszym współpracownikiem, czarne włosy Min były przetykane tymi samymi pasemkami siwizny. Wzrok miał dość żaru, by spopielić ludzi o duszach nie ze stali - albo nie pokrytych bliznami. Kochał ją w dziwny, bezosobowy sposób. Bardziej personalnie, szanował jej niewzruszoną moralność, lojalność wobec ludzi z WO, oddanie prawu i porządkowi, chroniącym kruchą spoistość ludzkiej przestrzeni. Przed laty te cechy jej charakteru budziły w nim radość i dumę. Dzisiaj - smutek. A że był smutny, stał się mniej ostrożny niż powinien. - Myślę - odparł - że gdyby się nie udało, Smok zmusi mnie do popełnienia seppuku. Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy - w sztuczną gałkę pod opaską i w drugie, ludzkie. Całe jej ciało płonęło emisjami podczerwieni. - Więc dlaczego to robisz? - Min... - Nie ma co, powinien uważać. Nie wolno tak się przed nią odsłaniać. I tak grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, z tego tylko powodu, że jest dyrektorem Wydziału Operacyjnego i uczciwym człowiekiem. — Czy myślisz, że miałem wybór? - Mogłeś posłać mnie - odparła natychmiast. - Albo mogłeś mi pozwolić dobrać zespół. Zamiast wysyłać tam cyborga i zdrajcę, że nie wspomnę nawet o poświęceniu Momy Hyland. 20 21 Ti Min nie nalegała.do kobiet, które boją się mówić, co myślą. - Mogłeś pozwolić komuś, komu ufasz, załatwić obie sprawy: wyłączyć Fakturamę i uratować: Mornę. To samobójstwo, tak ją zostawiać - dodała, zanim zdążył odpowiedzieć. - Amnion może ją dostać. Poza tym nie zasłużyła, żeby jej cierpienia zakończyły się razem ze stocznią. Jeśli uważasz* że zbyt wiele byś ryzykował, powierzając jej ratowanie Angusowi i Milosowi... - ton głosu Min był żrący niby kwas; nawet jej ciało miało kolor kwasu mineralnego - ...jeśli uważasz, że polecenie wyciągnięcia jej stamtąd jest zbyt skomplikowane, spróbujmy czegoś innego. Zbiorę zespół. Albo polecę sama. Urwała nagle. Dios widział napięcie wzdłuż linii szczęki, kiedy hamowała słowa, które miała jeszcze ochotę wypowiedzieć. - To dlatego - odparł fałszywie, kryjąc swój ból — że ona się już nie liczy. To nieważne, czy to rozumiesz, czy nie. Inie obchodzi mnie, że to boli tak ją opuścić. Teraz liczą się tylko Angus i Milos. Wszystko zależy od nich. Jeśli przyczynię się do ich porażki, jeśli za bardzo utrudnię im zadanie, polecając ratować Momę, to równie dobrze mogli wcale nie lecieć. A jeśli przegrają, jesteśmy zgubieni. Min musiała wiedzieć, że nie zdoła przed nim ukryć swojego niepokoju. A mimo to odwróciła głowę, by nie widział jej oczu, wyrazu jej twarzy. Min, czy nadal mi ufasz? miał ochotę zapytać. Czy mnie poprzesz? Ale wiedział, że powie mu prawdę, z powodów nie mających nic wspólnego z jego zdolnością rozróżniania prawdy od

kłamstwa. Dlatego pozwolił jej zachować te odpowiedzi dla siebie. Miała prawo. Zamiast tego zrobił kolejny krok na ścieżce winy i ofiary, jaką dla siebie wybrał. - Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobiła - powiedział. - Ta sprawa nie może wyjść ode mnie, ale musi zostać załatwiona. Czekała bez ruchu. : Warden stłumił westchnienie. - Czy mamy jakichś stronników w Radzie Zarządzającej? To znaczy stronników, któizy jednocześnie są przeciwnikami ZKG? Powinienem sam wiedzieć, ale trudno mi teraz skupić się na takich sprawach. L Widział jej zdziwienie, kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią. ,- Chodzi ci o blok głosów? - spytała po chwili. - Czy pojedynczych głosujących? . - Pojedynczych. O członków Rady. Odetchnęła krótko, jakby parskała. Spojrzała na niego. ■-r Kapitan Yertigus. Warden Dios uniósł brew, by sprawić wrażenie, że jest zaskoczony. Kapitan Sixten Vertigus, dowódca Dalekiej gwiazdy, statku badawczego KKK, był pierwszym człowiekiem, który zobaczył Amnioni. - Ma już chyba dziewięćdziesiątkę - mówiła dalej Min. - Ale wciąż potrafi powiedzieć swoje, kiedy reszta Rady tylko paple. Z racji wieku przynajmniej jest starszym radcą z ramie nia Zjednoczonego Bloku Zachodniego, chociaż nie ma żad nej realnej władzy. Według programów wiadomości, od cza su do czasu wygłasza mowę, demaskując dążenie Smoka do „hegemonii ZKG". Z drugiej strony, aawsze staje po naszej stronie podczas głosowań w naszych sprawach. Po co ci on? Warden siedział w absolutnym spokoju, by nie pokazać dyrektor WO, jak bardzo mu zależy na tej sprawie. - Chcę, żebyś porozmawiała z nim w moim imieniu - wy jaśnił spokojnym, swobodnym tonem, - Masz go przekonać, żeby zaproponował ustawę, oddzielającą nas od ZKG. Powin niśmy być osobną instytucją, odpowiedzialną wyłącznie przed Radą. Powinniśmy być policją ludzkości, anie tylko aparatem przemocy Smoka. Chcę, żeby przedstawił Radzie Ustawę o Od dzieleniu, i chcę, żeby to zrobił natychmiast. Min rozjarzyła się kolorami, które zdradziły Wardenowi, że dawno już czekała, aż powie coś takiego. - Przygotuj się - podjął. - Wyjaśnij mu wszystko. Przeko naj, żeby rzucił na szalę cały swój prestiż, całe doświadcze nie, całą pasję... Wiedział, że Sixten Vertigus to człowiek, któremu nieobce są pasje. W przeciwnym razie nie złamałby wyraźnych rozkazów Holta Fasnera i nie nawiązał bezpośredniego kontaktu z Amnionem.

22 23 - Nie pozwól, żeby pogrążył się w szczegółach. Napisz mu tę ustawę, jeśli trzeba. Najważniejsze, czego będzie chciał się dowiedzieć... czego będą chcieli się dowiedzieć wszyscy człon kowie Rady... to: jak będziemy finansowani. Jakie źródło w budżecie zastąpi kufry ZKG. Odpowiedź brzmi: trzeba opo datkować wszystkie firmy, które robią jakiekolwiek interesy w przestrzeni. Większa część pieniędzy i tak spłynie od ZKG. Ale jeśli staniemy się oddzielną instytucją, jeśli staniemy się niezależną agencją rządową, a nie ramieniem ZKG, wreszcie będziemy mogli działać tak, jak powinna policja. Odetchnął. - Chcę, żeby ta ustawa trafiła do Rady w ciągu czterdzie stu ośmiu godzin. Zanim Holt się dowie, co się dzieje na Thanatos Minor. Oczy Min płonęły jak jej aura. Spojrzała mu prosto w oczy. . - Smok ci tego nie daruje - ostrzegła cichym głosem. - Przede wszystkim ma dość głosów, by cię powstrzymać. A kiedy odkryje, co zamierzasz, uzna to za zdradę. Wciąż jest twoim szefem. Ma władzę i zyska osobiste powody, żeby cię zwolnić. Dyrektor PZKG uśmiechnął się lekko. - Dlatego cała ta sprawa jest absolutnie poufna. Gdyby God- sen, a nawet Hashi, usłyszeli choć słowo... Jeśli ktokolwiek oprócz mnie, ciebie i kapitana Vertigusa choćby domyśli się prawdy, wszystko... - my wszyscy, może cała ludzkość - ...pój dzie na marne. Co więcej, ja osobiście nie mogę mieć z tym nic wspólnego. Nawet kapitan Vertigus nie może wiedzieć, że to był mój pomysł. Chcę, żeby to zrobił, ponieważ wierzy, że to słuszne, a nie ponieważ uzna, że chcę przechytrzyć Holta. Min skinęła głową, raz, krótko. - Dyrektorze... - zaczęła. - Warden... - Musiała się zastanowić, zanim dokończyła: - Nie poproszę o wyjaśnienie, co to ma wspólnego w wysłaniem Angusa i Milosa na Faktura-mę. Ale poproszę cię, żebyś pilnował pleców. W takiej grze łatwo można zginąć. - Min, Min... — Warden rozłożył ręce w geście żartobliwej bezradności. - On jest tylko Smokiem. Nie jest bogiem. Nie uśmiechnęła się. - Nie, ale ty też nie jesteś. Założę się, że mógłbyś nawet krwawić, gdyby wyrwał ci serce. Założę się... Mogła tak ciągnąć: była naładowana pasją, która nie znajdowała ujścia. Ale przerwało jej ciche pukanie, po czym drzwi się rozsunęły. Jedna z techniczek Centrum, blada i bardziej niż trochę przestraszona, wsunęła głowę do środka. - Dyrektorze... Zirytowany, Warden chciał na nią warknąć: Nie bądź taką zastrachaną owcą. Kiedy to ostatnio zamordowałem - nie mówiąc już o naganie czy degradacji - technika komunikacji za to, że

wykonuje swoją pracę? Ale stłumił ten odruch. Był symptomem napięcia, którego nie mógł zdradzić. Uśmiechając się, by ukryć irytację, zaczekał, aż techniczka wyjaśni, co się stało. - To dyrektor PR - oznajmiła, jąkając się lekko. - Godsen Frik. Próbuje się z panem skontaktować. Twierdzi, że to pil ne. Mogę przełączyć rozmowę na pański interkom. Skinęła głową w stronę konsoli. Warden z wysiłkiem uśmiechał się nadal, mimo ukłucia niepokoju. - Dziękuję, techniku. - Do licha, nie będzie w takiej chwili przypominał sobie nazwiska tej kobiety. - Proszę powiedzieć dy rektorowi Frikowi, że właśnie przed chwilą wyszedłem. - A kie dy się zawahała, dodał jeszcze cichym głosem: - Możecie wyjść. Zniknęła i drzwi zamknęły się za nią. Min Donner milczała. To sprawiło ulgę. Może jego miłość do niej nie była jednak tak bezosobowa. A może był jej po prostu wdzięczny, że pozwala mu samemu zorganizować własną zgubę i nie prześladuje pytaniami. Powinna zadać te pytania. Miała do tego prawo. Była przecież najcenniejszym z jego współpracowników, najbardziej niezawodnym stronnikiem, czasami ochroniarzem, czasami katem. Jeśli on sam nie zachowa najwyższej ostrożności - i jeśli Min nie wykona wszystkiego dokładnie tak, jak jej polecił -jego upadek prawie na pewno pociągnie w dół także ją. Na dobre czy złe. To niebezpieczeństwo było jednym z powodów jego smutku. Jednym z wielu. 24 25 Milosa swędziała łysina. Właściwie świerzbiało go całe cia^ łó. Był brudny - za brudny. Brzydził się tym brudem, wtar-tym w ręce i kombinezon, tym olejem na twarzy, zaschniętym potem ocierającym krocze. Już jako dziecko był zbyt pedantyczny, żeby doprowadzać się do takiego stanu. Miał uczucie, że ktoś wytarzał go w ekskrementach. A to złościło go bardziej niż cokolwiek w życiu. Oczywiście, to nie była jego wina. Czy nie grał uczciwie z tą gównianą Policją Zjednoczonych Kompanii Górniczych? Nie grał? Grał uczciwie z każdym, kto mu płacił. Nawet ochrona Gór- Komu, która być może widzi tę sprawę w innym świetle, nie może mu prawnie nic zarzucić. To fakt* zaryzykował zapasy Stacji, żeby pomóc Succorso wrobić Thermopyle'a - na rozkaz Hashiego Lebwohla, nie Gór-Komu - ale ta zagrywka bardzo się opłaciła. A kiedy już Thermopyle siedział w pudle, Milos zrobił wszystko, co mógł zrobić zastępca szefa ochrony, żeby go złamać. Jeśli ochronienie podobały się wyniki, to powinni mieć pretensje do Thermopyle'a, nie do Milosa. Milos Taverner grał uczciwie. Za pieniądze* które dostawał, dostarczał umówiony towar. Dopóki pętla nie zaciskała się na jego szyi...,Wtedy dbał tylko o własne bezpieczeństwo, a ludzie,

którzy mu płacili, powinni sami na siebie uważać. Ale o to nikt przecież nie mógł mieć pretensji. To wybaczalna cecha ludzkiego charakteru. Instynkt przetrwania jest równię niezbędny -r i niepokonany -jak impuls jedzenia i picia, Instynkt przetrwania z pewnością nie usprawiedliwiał tego, co Hashi Lebwohl - i na dodatek sam Warden Dios -z nim zrobili. Przemocą założyli mu pętlę na szyję. A przecież mieli mniej powodów do skarg niż Stacja Gór- Komu. W konflikcie między rozkazami Lebwohla, by nie pozwolić Angusowi mówić, a rozkazami ochrony, żeby go złamać, Milos wykonał te pierwsze kosztem drugich. Fakt, że Ąn- gus uparcie nie pozwalał się złamać, nie miał tu nic do rzeczy. Milos spełnił wymagania GD. Ani Lebwohl, ani Dios nie mogli się na niego skarżyć. A jednak trafił tutaj: siedział na miejscu pierwszego oficera Fanfary, przynajmniej nominalnie odpowiedzialny za ko«-munikację, skan i kpntrolę uszkodzeń. Za chwilę miał wejść w skok razem z tym obrzydliwym piratem, którego kiedyś schwytał w pułapkę; już wkrótce miał stanąć twarzą w twarz z groźbą śmierci w zakazanej przestrzeni. I nie tylko został postawiony w tej sytuacji przez tych samych ludzi, których polecenia wypełniał, ale został w niej postawiony brudny. Żeby był wiarygodnym oficerem kapitana Thermopyle, dobrze znanego na Thanatos Minor. Tak powiedzieli. Bzdura. Znał prawdziwy powód i nię miał on nic wspólnego z wiarygodnością. Miał za to związek z poniżeniem i władzą. Milos nie pamiętał już czasów, kiedy nie pojmował takich spraw. Od dzieciństwa, przeżytego w jednym z bardziej zniszczonych i zaniedbanych miast na Ziemi, rozumiał, że jedynym skutecznym sposobem unikania krzywd, jakie mogą mu wyrządzić gangi, było podniesienie własnej wartości - poprzez 26 27 przekazywanie informacji o planach i działaniach jakiejś innej bandy opryszków, kupowanie bezpieczeństwa za cenę tajemnic innych ludzi. Wtedy pierwszy gang uznawał go za cenne źródło wiadomości. Był chroniony. Oczywiście, nie mogło to trwać zbyt długo. W końcu drugi gang pojmował, co się dzieje, i starał się go wyeliminować. Sytuacja stawała się niebezpieczna, czyniąc przetrwanie niemożliwym. Jedynym skutecznym sposobem dbania o własną skórę było więc szpiegowanie na obie strony, by stać się ważnym dla obu gangów - albo trzech, czterech czy ile ich było - by kontrolować jak najwięcej informacji i dzięki temu maskować swój złożony system lojalności. Czasem nawet to nie wystarczało. Gangi uliczne chroniły swoje źródła informacji - w tamtych czasach takie dzieciaki jak Milos nazywano „pluskwami" - ale ich nie szanowały. Kiedy tylko opryszkom przyszła ochota, znęcali się i dręczyli pluskwy. Jak PZKG, zmuszali je do niebezpiecznych i wstydliwych prób lojalności. Poniżenie i władza: Zanim skończył dziesięć lat, Milos nauczył się radzić sobie z tym także. Było to zaskakująco łatwe. Jedno czy drugie słowo we właściwym miejscu - nie nazbyt często, w nie nazbyt oczywisty sposób - a pojedyncze męty, które znęcały się nad nim lub budziły strach, były usuwane. Gangi mogły nie szanować swoich pluskiew, ale zbyt wiele by straciły,

pozwalając, by ktokolwiek inny zagroził ich źródłom informacji. Jedynym warunkiem, jedynym absolutnym wymaganiem dla utrzymania pętli z dala od własnej szyi, była pewność, że nikt nie wie o pracy Milosa na obie strony. Dlatego właśnie wszechmocny Warden Dios i jego bezcenny Hashi Lebwohl - nie wspominając nawet o świętoszkowa-tej Min Donner - mylili się co do Milosa. Nie mieli pojęcia, ile zapłacą za swoje decyzje. Wierzyli, że jeśli nastraszą go swoją potęgą, jeśli poczuje się poniżony i brudny, zmuszą go, by sam założył sobie pętlę na szyję. Milos nawet przez chwilę nie wątpił, że pętla jest realna. W końcu, jeśli powiodą się wszystkie plany Lebwohla i Dio-sa, niewielu ludzi przeżyje na Thanatos Minor, kiedy ich wypieszczony cyborg wypełni swoje zadanie. A Milosa pewnie nie będzie wśród nich - nie miał wspomagania, jak Thermo-pyle, i raczej nie zdoła uciec. I na to właśnie liczyli Lebwohl i Dios. Jeśli Fanfara wróci do sztabu PZGK, na jej pokładzie znajdzie się cyborg, na którego wydali tyle forsy, a rtie stosunkowo tania istota ludzka. Nie docenili go. Nie powinni mu przekazywać kodów pozwalających kierować Thermopylem. Gdyby nie potrafił zmienić zaprogramowanych celów cyborga, pozostałaby mu tylko jedna możliwość, jedno miejsce, gdzie mógłby się schronić. Teraz miał ich kilka. Jedną z możliwości było zmuszenie Thermopyle'a, by choć w części zapłacił za poniżenie Milosa. Ale nie tutaj, nie tak blisko sztabu PZKG, gdzie gliny mogą obserwować, co się dzieje na pokładzie Fanfary. Milos był gotów poczekać - przynajmniej do chwili, kiedy ten kuter zwiadowczy, który Angus znał doskonale, a on sam prawie wcale, zejdzie do podświetlanej po drugiej stronie szczeliny między-wymiarowej. Dlatego nie reagował na prymitywne docinki, jakie Angus niemal bez przerwy rzucał pod jego adresem. Zresztą wiedział doskonale, że te obelgi to tylko piana, niemal mimowolny produkt uboczny wrodzonej złośliwości Angusa. Angus właściwie nie zwracał uwagi na swojego oficera. Wszystkie istotne części cyborgizowanego umysłu koncentrowały się na statku. Angus wyczuwał pod palcami prądy energii, studiował każdy strzępek informacji w swoich bazach danych... Wyobrażał sobie, czego potrafi dokonać z Fanfarą. Nie, nie tylko wyobrażał sobie: smakował to, wyczuwał całym ciałem. Milos widział w oczach Angusa tyle wrogości, że wystarczyło mu na całe życie. Czuł, że tylko on jeden - a już na pewno nie Hashi Lebwohl ani Warden Dios - pojmuje całą moc jadu, wrzącego i pryskającego w umyśle Angusa Ther-mopyle niczym w kotle czarownicy. Wiedział, jak żywa jest 28 29 jegdftiehawiść. Nigdy jednak nie zaobserwował u niego takiego wyralżici grzesznej radości jak teraz; kiedy cyborg zaznajamiał się z Fanfarą. Wciskając klawisze i wpatrując się w ekrany, Therrnopyle wyglądał, jakby przeżywał orgazm. Niech to szlag trafi... Kiedy Fanfara przeskoczy szczelinę, Milos musi szybko i mocno zademonstrować, że to on ma

władzę nad rzekomym kapitanem. Chciał zetrzeć mu z twarzy ten obrzydliwy wyraz ekstazy. Pragnął tego niemal tak bardzo, jak pragnął przeżyć. Ale nie teraz; jeszcze nie. Zamiast reagować na zaczepki Angusa, Milos skupił się na własnej konsoli. Chciał się przekonać, jak jego pobieżna i głównie teoretyczna znajomość statku funkcjonuje w praktyce. Kontrola uszkodzeń była prosta: większość systemów i wszystkie czujniki działały automatycznie. Systemy danych nie różniły się zbytnio od komputerów, przy których spędził całe lata jako zastępca szefa ochrony. A z powodów zapewne oczywistych, o których jednak nigdy nie wspominał, wiedział wszystko, co może być potrzebne na temat komunikacji. Skan jednak to całkiem inna historia. Nigdy nie używał czujników dópplerowskich, sit Cząsteczkowych ani... do czego służy wskaźnik naprężeń wymiarowych? Miał też tylko minimalne pojęcie 0 informacjach, jakich dostarczały. Jednak żaden z jego „obowiązków" nie dotyczył bezpośrednio funkcjonowania statku. To było źródłem innego problemu. Dowodzenie, ster, celowniki, mechanika, nawet układ podtrzymywania życia i systemy robocze należały do Angusa. W praktyce, jak i w teorii, przetrwanie Milósa zależało od jego iimlejetności sterowania Angusem. - Jesteś gotów? - zapytał Angus tonem niszczycielsko uprzejmym jak kruszarka rudy. - Za parę minut wchodzimy W prywatny pieprzony sektor'skokowy pieprzonych glin. Wolałbym, żebyś nie zesrał się w kombinezon, kiedy wejdziemy w szczelinę; Nienawidzę smrodu; mam dość smrodu od samej twojej obecności na pokładzie. - '■ -1 Co żtógó? --mruknął Milos, wpatrując się w ekrany. -Wszystkiego nienawidzisz. Sam timbre głosu Angusa budził w nim lęk i obrzydzenie. Musiał jednak pokazać, że nie da się zastraszyć. - Brzydki zapach niczego nie zmieni. - Ty tak uważasz - parsknął Angus. - Ale jeszcze siebie nie powąchałeś. Nie wiesz o gównie tyle co ja. Milos nie trudził się z odpowiedzią. Dorastał w ulicznych gangach. Na Stacji Gór-Komu przez długie miesiące przesłuchiwał Angusa. Miał za sobą dość doświadczeń z ludzkim zepsuciem i ekskrementami. Ekran sterowania poinformował go, że Fanfara znajduje się pięćdziesiąt trzy sekundy przed zastrzeżonym sektorem skokowym PZKG. Za półtorej minuty miała wejść w tachjonową. Potem ludzka przestrzeń znajdzie się poza zasięgiem. Dla nich obu. Może na zawsze. Kiedy to nastąpi, Angus Thermopyle przekona się, ile Milos wie o gównie i przetrwaniu. - Trzymajcie się za jaja - odezwał się tryumfalnie Angus osiemdziesiąt sekund później. - Jak tylko przeskoczymy, wszystko się zmieni. Sukinsyny, po raz ostatni zapędziliście mnie w kozi róg. Milos wiedział, że to nieprawda. Próbując go chyba uspokoić, Hashi Lebwohl pozwolił mu obserwować na monitorach w GD kilka testów Angusa. Miał też dostęp do innych wyników prób. Wszystkie dowodziły, że Angus został zaspawany solidnie i dokładnie; że nigdy nie zdoła się wyrwać z nakazów oprogramowania. Mimo zwiększonych możliwości był najbardziej bezradną istotą w ludzkiej przestrzeni. Mimo to, mimowolnie, nieświadomie nawet, Milos Taver-ner przycisnął dłonią krocze. Fanfara zniknęła w szczelinie.

m DOKUMENTACJA POMOCNICZA Fakturama Mimo że potęga Policji Zjednoczonych Kompanii Górniczych sięgała szczytu, liczne nielegalne albo pirackie stocznie potrafiły przetrwać, a niekiedy wręcz prosperować w granicach ludzkiej przestrzeni lub w ich pobliżu. Przyczyna ich istnienia była oczywista. Zakazana przestrzeń potrzebowała tych samych surowców, których łaknęła Ziemia, a także technologii produkcji masowej, w której Ziemia celowała. Potrzeb tych legalny handel - możliwy dzięki Zjednoczonym Kompaniom Górniczym i przez nie ograniczany - nie mógł zaspokoić. Amnion dobrze płacił za rzeczy, których mu brakowało, nie pytając o ich pochodzenie. Działo się tak wbrew postanowieniom traktatu, wprost zakazującego podobnych praktyk. Piractwo stało się więc kwitnącą, choć skrywaną działalnością. Kradzież gwarantowała wyższe zyski za dany wkład pracy niż uczciwe górnictwo czy poszukiwanie minerałów. To, że ryzyko było ogromne, a okazje trudne do przewidzenia, nigdy w ludzkiej historii nie powstrzymywało przestępców. Fakt, że dla piractwa niezbędne są szybkie i mocne statki, byłby jednak poważnym ograniczeniem, gdyby nie nielegalne stocznie. Statki o wiele trudniej jest ukraść niż ich ładunki. Jeśli porywa się je z doku, często są zatrzymywane, zanim nowi właściciele zdołają uciec. A jeśli atakuje sieje gdzieś w przestrzeni, zwykle są zbyt zniszczone, by mieć z nich pożytek. Nielegalne stocznie powstały dzięki niepodważalnej logice ludzkiej przestępczości. Pragnienie zysku było motorem napędzającym ludzkość i jej daleko rozrzucone stacje. Kiedy pragnienie to ogarniało mężczyzn i kobiety o duszach nie znających skrupułów, realizowali je nielegalnie. Prawo podaży i popytu kierowało wielu z nich nie do piractwa, ale do obsługi piractwa. Najlepiej znaną - gdyż najlepiej bronioną - z tych stoczni była Fakturama na Thanatos Minor. Naturalnie, kilka stoczni tego typu działało w granicach ludzkiej przestrzeni. Jednakże taka lokalizacja sprawiała, że ich działalność była ryzykowna - z powodu zagrożenia bezpośrednim atakiem PZKG. Aby przetrwać, musiały swe istnienie zachować w tajemnicy. Dlatego ukrywano je, przy każdej okazji zmieniano lokalizację, często ograniczano skalę działań -i zysków - by zmniejszyć groźbę wykrycia albo zdrady. W tym względzie Fakturama nie miała się o co martwić. Wkopana w nagą skałę Thanatos Minor, płynącą w przestrzeni kilka milionów kilometrów poza granicą zakazanej przestrzeni, nie musiała obawiać się szturmu. Traktat chronił ją, choć nie bezpośrednio. Chroniły ją także okręty Amnionu: kwadrant, gdzie się znajdowała, leżał wzdłuż najgęściej patrolowanego odcinka granicy z ludzką przestrzenią. Chroniły ją również statki od niej uzależnione. W ludzkiej przestrzeni przestępca raczej uciekał, niż podejmował walkę z niszczycielem czy ka-nonierką PZKG. W zakazanej przestrzeni ucieczka nie była tak atrakcyjna, ponieważ wiodła głębiej w groźne, obce terytoria. Bezpieczeństwo przed wymuszoną mutacją możliwe było tylko na obrzeżach dziedziny Amnionu. Przestępcy zaatakowani w pobliżu Fakturamy czuli, że nie mają odwrotu. Dlatego zwykle podejmowali walkę. Ta stocznia nie musiała zachowywać tajemnicy.

32 33 / Dlatego piraci, dysponujący odpowiednim kredytem, lecieli do Fakturamy, żeby kupować statki - albo szukać rozrywki. Pirackie statki skokowe w Fakturamie czekały na remont. A każdy bandyta, który mógł tam dotrzeć, w Fakturamie sprzedawał swój łup. Dzięki swemu położeniu, Thanatos Minor był idealnym składem surowców, technologii i tkanek organicznych, zawsze Amnionowi potrzebnych. Rasa ludzka była tu zdradzana bardziej regularnie, częściej i z większym zyskiem niż gdziekolwiek w ludzkiej przestrzeni - albo w ludzkiej historii. Z tych powodów Fakturamie przybywało mieszkańców. PZKG oceniało ich liczbę na pięć do siedmiu tysięcy. Przybywało też bogactw. Z tych samych powodów rosła jej sława. Opowieści, docierające do uszu prywatnych obywateli i urzędników korporacji, oficerów ochrony na stacjach i poruczników PZKG, uczonych i podsekretarzy RZZK, charakteryzowały się szczegółowością, jakiej zwykle brakowało innym historiom o nielegalnych stoczniach. Ponieważ Fakturama została zbudowana przez przestępców dla przestępców, nie bez powodu uznawano ją za „rynsztok wszechświata". Przestępczość wewnętrzna była tam surowo zakazana, ponieważ redukowała zyski; jednak kwitły wszystkie znane ludzkości występki, ograniczane jedynie kredytem dostępnym ich uczestnikom. Niewolnictwo było czymś zwyczajnym. Bez trudu zaspokajano wszelkiego rodzaju chemiczne uzależnienia. Prosperowała ofiarna prostytucja, dla rozrywki lub zysku mężczyzn — i kobiet? - posiadających na własność przekaźniki fali zerowej albo nerwoćpunów, zbyt wyniszczonych, żeby się bronić. Chirurgia bioestetyczna, bioprotetyczna i biokarna wzmacniała lub unicestwiała ludzkie możliwości. Lepiej być martwym niż ubogim na Thanatos Minor. Tym bagnem ludzkiego zepsucia i upadku zarządzał człowiek, zwany po prostu Fakturą. Władzę dawała mu siła bezstronnej złośliwości, polityczna przenikliwość (to znaczy umiejętność oceny motywacji i słabych punktów swoich ludzi), talent pilnowania zysków stoczni - dzięki zasadzie, że płaci się najpierw, a także pozycji, jaką dawało mu uznanie przez Amnion za „podejmującego decyzje" w Fakturamie. To on władał Thanatos Minor, rozstrzygał kłótnie, karał za wykroczenia, prowadził księgi i sprawiał, że mimo licznych wad i dziwactw swych mieszkańców Fakturama funkcjonowała mniej więcej sprawnie. Plotka głosiła, że chirurgicznie wszczepił sobie drugiego penisa, by równocześnie penetrować oba dolne otwory kobiecego ciała. Na nieszczęście, wszystkie te informacje nie niosły żadnego pożytku, jedynie wzmagały wściekłość w co bardziej konserwatywnych, genofobicznych czy etycznych warstwach ludzkiego społeczeństwa; nie mogły jednak zagrozić samemu Fakturze. Traktat zakazywał PZKG wtargnięcia w zakazaną przestrzeń i zniszczenia Thanatos Minor. Podobnie, ma się rozumieć, Traktat zakazywał Amnionowi zgody na działalność Fakturamy. Jednak sytuacja była niesymetryczna, a zakaz czysto formalny, ponieważ Amnion zawsze mógł - i robił to - zaprzeczyć wszelkiej wiedzy o Fakturamie. Z tego powodu akcję PZKG na terytorium Amnionu uznano by za akt wojny. W korytarzach sztabu PZKG, a także w gabinetach Rady Zarządzającej Ziemi i Kosmosu często powtarzano, że nawet wojna jest lepsza od takiego pokoju. Dopóki mogą istnieć takie stocznie jak Fakturama, PZKG nigdy nie powstrzyma piractwa. Oficjalne stanowisko Zjednoczonych Kompanii Górniczych głosiło jednak, że dobrodziejstwa wymiany handlowej usprawiedliwiają koszty piractwa, wojna zaś przerwałaby wszelki handel.

Przemawiając w imieniu PZKG, dyrektor Dios prezentował to samo stanowisko, choć z innych powodów. Twierdził, że koszta wojny wielokrotnie przewyższą zyski płynące z likwidacji piractwa. Wojna, przekonywał, doprowadzi do wykładniczego wzrostu liczby ofiar i ilości przelanej krwi, baz żadnej gwarancji zwycięstwa. Mimo potęgi organizacji, jaką dowodził, kwestionował szanse zwycięstwa ludzkości w wojnie z Amnionem. 34 Davies Nie miał pojęcia, dlaczego jeszcze żyje. Oczywiście, nie zaistniała żadna fizyczna przyczyna, dla której powinien być martwy. Ludzie Succorso nie uszkodzili jego ciała. Trzymali go zamkniętego, w ciszy, podczas gdy statek dokonywał długiego i brutalnego hamowania. Kazali czekać długie godziny, gdy dryfował. Potem wyciągnęli go z celi, poprowadzili korytarzami i zamknęli w kapsule ratunkowej. Ale żadna z tych rzeczy nie zagroziła jego życiu. Samą kapsułę zaprojektowano tak, by był w niej bezpieczny. Otuliła go ciasno jak trumna, nie pozwalając praktycznie na żaden ruch, a z pewnością żadne manipulacje przy przyrządach. Widział jedynie ekrany wskaźników, które powinny podtrzymać w nim nadzieję, monitory mające dodawać otuchy. Zamiast tego informowały tylko, że serce i płuca pracują zbyt intensywnie. Trajektoria i ciąg były zaprogramowane - trudno spodziewać się nawigacji od kogoś, kto musi korzystać z kapsuły ratunkowej. Jej pasy i poduszki chroniły go przed przeciążeniem startowym; jej systemy ochłodziły żar 36 grozy, dostarczyły tlenu, by skompensować nierówny, przyspieszony oddech. A jednak powinien umrzeć. Powinien go zabić stres, w żaden sposób nie związany ze sposobem traktowania jego ciała. Wysłali go Amnionowi - do czekającego okrętu o nazwie Kojąca hegemonia, gdzie przestudiują go aż do samych nukleo-tydów. W ten sposób pomoże wrogom swojej rasy udoskonalić ich mutageny. Może stanie się po prostu monstrualnym i nieważnym fragmentem ich genetycznego imperializmu. A może ludzkim z wyglądu, bezpośrednim wykonawcą ich woli? W każdym przypadku wszystko, co wiedział o sobie, w czym siebie rozpoznawał, zniknie, zdradzone i przetransformowane. Czy mężczyźni i kobiety nie tracą zmysłów od takiego napięcia? Czy nie pękają im serca? Czy strach nie zatyka im płuc, aż nie mogą oddychać? Oczywiście, że tak. Ale dla niego sytuacja była o wiele gorsza. Urodzony bez żadnego okresu przejściowego, od razu w szesnastoletnim ciele, nie wiedział, kim jest naprawdę. Jego umysł był kopią umysłu matki, ciało zaś repliką ciała mężczyzny, którego nigdy nie widział. Nie mogąc zaspokoić fundamentalnej potrzeby obrazu samego siebie, nie miał podstawy, na której mógłby oprzeć swoje myśli, uczucia, swoje wybory. O ile pamiętał, był dwudziestokilkuletnią kobietą, podporucznikiem PZKG w pierwszej misji - młodą, niedoświadczoną, ale pełną entuzjazmu; oddanym bojownikiem w walce o prawo ludzkiego gatunku do życia — albo do śmierci za to, czym jest. Ale to przecież nonsens. Był mężczyzną; tak oczywiście męskim, że jego krocze reagowało na widok Momy Hy-land - pięknej kobiety, nie jego matki, nie mogła przecież być jego matką, to niemożliwe. Wspomnienia były niezrozumiałe, ponieważ bez wątpienia należały do kogoś innego.

W dodatku były niepełne. Miał w pamięci czarną dziurę tam, gdzie powinny istnieć przejścia; rozpadały się w nicość tam, gdzie powinny tłumaczyć, skąd się wziął, jakie znaczenie miało jego narodzenie, dlaczego musiał egzystować w tych warunkach. 37 Morna próbowała udzielić mu jakichś wyjaśnień. Mówiła, że pojawił się na świecie wskutek zastosowania przez Amnion techniki „wymuszonego rozwoju", że wyjęli go z jej łona i doprowadzili do fizycznej dojrzałości w ciągu mniej więcej godziny. Że przenieśli obraz jej umysłu - wykształcenie, wspomnienia, odruchy, wszystko — ponieważ nie miał własnych. W dodatku powiedziała, że podjęła decyzje, które prowadziły do takiego rozwiązania, ponieważ w przeciwnym razie oboje - ona i on - by zginęli. Wierzył w to nie dlatego, że rozumiał, ale że pasowało to do osoby, którą był w swoich wspomnieniach. Nie wytłumaczyła mu jednak, dlaczego takie decyzje były konieczne. A sam nie mógł sobie przypomnieć. W takim stresie z pewnością powinien wybuchnąć niczym nova, jak przegrzane słońce. Nie miał pojęcia, dlaczego tak się nie stało. Czuł się jak przegrzane słońce. Źródło energii, nieustępliwie podtrzymującej świadomość i zdolność myślenia, leżało ukryte gdzieś w czarnej dziurze jego pamięci, pochłonięte przez ciemność. A teraz kapsuła ratunkowa niosła go przez ciemność ku zgubie. Nic nie mógł na to poradzić, zupełnie nic, absolutnie... A mimo to nadal walczył o życie. Walczył o pamięć. Co mówiła Morna? Twoje wspomnienia kończą się w chwili, kiedy pierwszy raz dostałam atatku choroby skokowej. Ale twierdziła, że jej synowi nie grozi ta choroba. Nick nienawidził go, jak mówiła, ponieważ go okłamała. Powiedziała, że Davies jest jego, Nicka, synem. Ale to nie wszystko. Davies słyszał to w jej głosie. To człowiek udręczony, a ja wykorzystałam to przeciw niemu. Nie chciał, żebym cię urodziła. Potrzebna mu byłam dla seksu, niczego więcej. Kazał mi ciebie usunąć. Wykorzystałam każde kłamstwo, jakie mogłoby go skłonić do zmiany zdania. Prawda była śmiertelnie groźna. Mogła zabić ich oboje. Ponieważ ojciec Daviesa to w całej ludzkiej przestrzeni jedyny człowiek, którego Nick nienawidzi bardziej niż policji. Nick sam dopowiedział Daviesowi resztę. Mówił o Angusie Thermopyle. Był piratem, rzeźnikiem i drobnym złodziejaszkiem. W tej chwili w pudle na Stacji Gór-Komu odsiaduje dożywocie za kradzież zapasów. To chyba zmieni twoją dobrą opinię o matce. Przecież jest gliną. Powinna aresztować takich jak Termo-piła, a nie pieprzyć się z nimi i zachodzić w ciążę. Ale to nie tak. Kapitan Termo-piła wszczepił jej implant strefowy. Kiedy zniszczyła Pogromcę gwiazd, wyciągnął ją z wraku. Tego Davies nie pamiętał. Dał jej implant strefowy, żeby jej pilnować. Podkręcał ją, aż była skłonna wyssać własne wnętrzności zaworem próżniowym, a potem ją pieprzył do nieprzytomności. Taki był twój ojciec, Davies. I takim mężczyzną jesteś ty. A teraz najciekawsza część tej historii. Dlaczego nie skazano twojego ojca? Jeśli ona miała implant strefowy, on musiał mieć sterownik implantu. Dlaczego nie znaleźli go przy nim po aresztowaniu? Odpowiedź brzmi: ona to polubiła. Chciała tego, Davies. Nie znaleźli go przy nim, bo wcześniej jej go oddał. Uwielbiata używać go na sobie. A co zrobiła, kiedy aresztowali Termo-piłę? Nie oddała sterownika ochronie Gór-Komu, jak powinna dzielna mała policjantka. Wtedy usunęliby jej implant i zlikwidowali twojego ojca. Nie

mogła na to pozwolić. Dlatego schowała sterownik i uciekła ze mną. Wykorzystała implant, żeby mnie uwieść, a ja ją uratowałem: nie przed Angusem Termo-piłą, ale przed ochroną Gór-Komu. A od tego czasu dokonała jednego: pogłębiła uzależnienie. Jego czas dobiegał końca. Lampki i chronometry kapsuły niby klepsydry śmierci odmierzały ruch w stronę okrętu Amnionu. Mówiła ci, że nie chciała przerwać ciąży, żeby cię zachować? To nie jest całkiem prawda. Rzeczywisty powód to ten, że aby dokonać aborcji, musiała pozwolić się zbadać. Komputer rozpoznałby implant strefowy. A wtedy ja bym poznał prawdę. 38 39 i Taka jest twoja matka, Davies. Z takiej kobiety zostałeś zrodzony. A Davies myślał: Nie, nie. Gdyby to była prawda - gdyby wszystko to było prawdą - mogła dokonać aborcji i wykasować rejestry w ambulatorium. I nie próbowałaby mi pomagać. Nie powiedziałaby: Dla mnie jesteś drugą najważniejszą rzeczą w galaktyce. Jesteś moim synem. Ale pierwsza, najważniejsza rzecz, to nie zdradzić swojego człowieczeństwa. Wierzył w to, ponieważ te same uczucia rozpoznawał u siebie. A jednak wiedział, że Nick także mówił prawdę. To po prostu nie wystarczało. Nic nie wystarczało. Ekrany wykazywały jedynie, że zbliża się do Kojącej hegemonii. Została jeszcze minuta, może dwie. Nie więcej. Na niebie tkwiła zawieszona czarna skała Thana-tos Minor, ale ta informacja także na nic mu się nie przyda. Potrzebował zdolności manewru. Nerwowo usiłował sobie przypomnieć wszystko, co wiedział o kapsułach. Czy można jakoś dotrzeć do przyrządów sterowniczych, zmienić zaprogramowany kurs? Z pewnością kapsuła, projektowana na nieprzewidziane sytuacje, sama mogła się w takiej znaleźć; musi zatem być sposób, by pasażer mógł przejąć sterowanie. Myśl, idioto. Pamiętaj. Gdyby znał swego ojca, może poznałby tę instynktowną reakcję Angusa Thermopyle na bezradność i strach. Ale nie znał. Nie przypomniał sobie nic, co mogło mu pomóc - do chwili kiedy kapsuła włączyła ciąg - przyspieszenie, nie hamowanie - i zaczęła odchylać kurs od Kojącej hegemonii. Mógł tylko wpatrywać się w ekrany, czując serce podchodzące do gardła i ściekające z czoła strumienie potu. Zastanawiał się, kto teraz został zdradzony. Jeśli Kapitański kaprys i Kojąca hegemonia rozmawiały ze sobą - czy krzyczały na siebie? - on tego nie słyszał. Odbiorniki kapsuły były nastawione na inną częstotliwość, a może wiadomości przekazywano wąskopasmowo. Ale widział, jak kurs odchyla się od okrętu Amnionu, czuł boczny ciąg i przyspieszenie, aż kapsuła weszła na nową trajektorię i silnik zgasł. 40 Ekrany poinformowały go, że leci teraz wprost na obcą skałę Thanatos Minor. Wiedział, że - o ile Kojąca hegemonia nie zacznie do niego strzelać - uzyskał czasowe odroczenie wyroku. Serce zabiło mu jeszcze szybciej, a pot zalewał oczy niby olej. Przy obecnej prędkości lądowanie na Thanatos Minor zmieni go w jednolitą masę - jeśli

wcześniej nie zginie w kuli ognia. Właśnie z tego powodu Thanatos Minor zestrzeli go w przestrzeni, zanim uderzy w skałę - aby nie dopuścić do uszkodzeń. Nic nie mógł na to poradzić. W każdym razie znalazł się poza zasięgiem Kojącej hegemonii, przynajmniej chwilowo. Każda śmierć jest lepsza od losu, jaki zaplanował dla niego Nick Succorso. Według wskazań czujników miał przed sobą prawie sześć godzin życia. Sześć godzin, by spróbować cokolwiek zrozumieć, mimo ślepej otchłani w mózgu. Sześć godzin, by odkryć, kto został zdradzony. I przez kogo. Napięcie nie opuszczało go nawet na chwilę. * * * Davies zdradził statek swego ojca. Nie, to nie był on - to Morna. I nie statek ojca - dziadka. Ale kiedy skupiał się na tym rozróżnieniu, tracił pamięć; pozwolił więc, by rozmyła się dziwna nieciągłość między nim a jego matką. To on zdradził Pogromcę gwiazd. Nieświadomie. Zrobił to, gdyż cierpiał na chorobę skokową, o czym nikt nie wiedział. Żaden test nie mógłby tego ujawnić - żaden oprócz samego skoku. W tym przypadku bodźcem uwalniającym skazę układu nerwowego okazało się przeciążenie. A przeciążenie na Pogromcy gwiazd było wielkie. Niszczyciel szarpał się w próżni, walcząc o prędkość i zwrotność, konieczne w pościgu za Ślicznotką Angusa Thermopyle poprzez skały pasa. Thermopyle przed chwilą wypalił cały obóz górniczy, zabił wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci. Bez wyraźnego 41 powodu. Do Pogromcy gwiazd dotarły ich żałosne krzyki, przerwane śmiercią. A teraz Pogromca gwiazd ścigał zabójcę, niesiony ogniem sprawiedliwego gniewu. Do takich celów statek został zbudowany; takiej pracy on sam się poświęcił, mimo skrywanych wątpliwości co do siebie. Miał dyżur na mostku rezerwowym - awaryjnym zapleczu każdego stanowiska, które mogłoby zawieść - i jego zadanie powinno być oczywiste. Byłoby oczywiste, gdyby nie opanowało go coś większego, coś tak klarownego, jasnego i nie dopuszczającego sprzeciwu, że reszta świata zmieniła się w brudną kałużę. Tam, na mostku rezerwowym, przemówił do niego wszechświat... ...i wspomnienia się urywały. Nie potrafił sięgnąć poza tę jasność. Musiała wypalić mu umysł, zmienić jakoś wiązania chemiczne w mózgu, stopić synapsy. Wiedział, że jego... nie, nie jego, Momy - już się od niej oddzielił -jej życie biegło od tego punktu dalej. Ona pamiętała, co się działo potem. Angus Thermopyle wiedział. Nick znał część wydarzeń. Ale dla Daviesa Hylanda ta ścieżka była zamknięta, zablokowana przez neuronową szczelinę, której nie umiał przeskoczyć. Łatwiej było odgadnąć, kto został zdradzony. Nie Amnion. I nie on sam. Ani jego matka. Nie tym razem. Nick Succorso. Davies widział obrzydzenie na twarzy Nicka i wierzył, że jest szczere; był całkowicie pewien, że Nick nie zaryzykowałby oszustwa wobec Amnionu dla ratowania syna Morny. A Morna dokonała już cudów dla Daviesa. Jeśli przeżyje następne kilka godzin, ta wiedza może się okazać użyteczna. Nie miał szczególnych powodów, by wierzyć, że przeżyje - tyle tylko, że jeśli Morna potrafiła

sprawić cud i odchylić jego kurs od Kojącej hegemonii, mogła też wymyślić sposób, by ocalić mu życie. Im dłużej o niej myślał, tym bardziej potężna się wydawała: źródło cudów, ale też zrozumienia. Może dlatego nie zniszczyło go napięcie minionych dni. Może, ukryta 42 gdzieś głęboko, tkwiła w nim wiara w to, co potrafi osiągnąć, jak bardzo może na niej polegać. A może syn takiej kobiety jak Morna Hyland sam też potrafi czynić cuda... * * * W końcu ekrany kapsuły przekazały, że będzie uratowany. Zbliżał się statek. I to nie kuter pościgowy z Kojącej hegemonii, ale statek z Thanatos Minor. I nie strzelał. Według danych na ekranach, w chwili kiedy ich trajektorie się przecięły, do skały pozostało jeszcze półtorej godziny. Sygnał przybysza przesłonił na ekranie jego własny. Dzięki szkoleniu w Akademii - nie, Morny szkoleniu, do licha! Morny - wiedział, co się dzieje, kiedy kapsuła zaczęła hamować. Czujniki informowały o malejącej prędkości; czuł, jak deceleracja wciska go w poduszki i napina pasy. Ale silnik milczał. Ten drugi statek musiał zrównać szybkość z kapsułą, przyjąć ją do ładowni i chwycić w klamry, by nad nią zapanować. Z wysiłkiem przesunął dłoń do czoła i wytarł pot. Nie miał gwarancji, że statek nie należał do Amnionu, ale wierzył, że kierują nim ludzie. Gdyby stocznia na Thanatos Minor nie należała do ludzi, Nick Succorso nie próbowałby tu uciekać ze Stacji Atestującej. Czyli statek należał do ludzi. I przestępców. Wciąż myślał jak policjant, którym była Morna Hyland. Ten, kto go uratował, był wrogiem, w takim czy innym sensie. Thanatos Minor służył zakazanej przestrzeni tak, jakby należał do Amnionu. Przestępcy, którzy dla nich pracowali, byli najgorszymi w galaktyce; równie źli jak Angus Thermopyle; w pewien sposób gorsi od Nicka Succorso. Nie mógł wiedzieć, czego od niego chcą, jaką przedstawia dla nich wartość, jak zamierzają go wykorzystać. I choć ta perspektywa raniła duszę, przygotował się na bezbronność, brutalność i więzienie. Gdy tylko czujniki wykryły atmosferę zdatną do oddychania, kapsuła automatycznie otworzyła zamki i rozhermetyzowała właz. I natychmiast czyjaś ręka chwyciła klapę i odsunęła ją na bok. 43 Davies spojrzał prosto w wylot lufy pistoletu uderzeniowego. - Wyłaź - nakazał dziwnie martwy głos. Z myślami pełnymi Morny Davies obawiał się, że zacznie szlochać. Ale nie. Zamiast tego warknął jakieś przekleństwo, odsunął lufę sprzed twarzy i usiadł. Odgadł poprawnie: był w ładowni. W składzie na towary, nie w bloku medycznym, przeznaczonym do przejmowania kapsuł ratunkowych. Ocenił to na podstawie wyglądu, na podstawie faktu, że kapsuła została przymocowana flekstalowy-mi pasami, używanymi na frachtowcach do zabezpieczania skrzyń i sprzętu. I na podstawie braku ogrzewania. Człowiek z pistoletem na pewno nie wyglądał na sanitariusza. Obwisła twarz i martwe oczy sprawiały, że przypominał nerwoćpuna, który właśnie zamierza doprowadzić swój nałóg do logicznego zakończenia. Jego kombinezon nie miał żadnych szczególnych cech. Ale człowiek ten musiał być strażnikiem. Nie nosił pistoletu uderzeniowego — broń była jego częścią, protezą zastępującą prawe przedramię. Zamiast lewej stopy miał metalowy trójnóg umocowany do łydki. Jeśli naprawdę brał ner-wosok, większość mięśni zwiotczała mu i przestała reagować.

Potrzebował trójnogu, żeby ustać po strzale; pistolet musiał być częścią jego ręki, gdyż inaczej nie potrafiłby go wymierzyć. Powoli znowu wycelował broń w twarz Daviesa. -Wyłaź. - Przestań mnie poganiać - burknął Davies tonem swego ojca. Ale bez wahania wyszedł z kapsuły. Natychmiast objął go chłód. Pot z kilku minionych godzin zamarzł na skórze. Davies dygotał, rozglądając się, czy strażnik jest sam: chciał wiedzieć, czy coś osiągnie, kopiąc go w brzuch i wyrywając pistolet z wszczepu. Strażnik nie był sam. Piętnaście czy dwadzieścia metrów dalej stali mężczyzna i kobieta. Przyglądali się Daviesowi. Byli otuleni w termoskafandry, które maskowały ich kształty, ale dłonie i buty wyglądały normalnie, a twarze były ludzkie. Mężczyzna miał głowę tak wąską i wydłużoną, że wydawała się karykaturą samej siebie. Był też bardzo wysoki i mimo skafandra wyjątkowo chudy. Niemal pozbawione warg 44 odsłaniały w uśmiechu nierówne zęby. Pod strzechą brudnych włosów oczy błyszczały mu, jakby sztucznie wzmacniał twoją siłę koncentracji encefalinami. Ten błysk oczu i uśmiech powodowały, że wyglądał jak obłąkany. Kobieta obok niego sprawiała wrażenie stabilności. Mimo zmarszczek twarz wciąż miała ładną; siwe pasemka nie wpływały na piękno jej bujnych włosów. Davies uznał, że to cu-■ downie dojrzała kobieta, której najlepsze lata minęły całkiem niedawno. Tylko nieco sztywne ruchy mogły sugerować, że jest starsza, niż się wydaje. Mężczyzna przyglądał się Daviesowi z coraz szerszym uśmiechem. Po chwili milczenia wypuścił z ust kłąb pary. - Co za niespodzianka. - Głos nie pasował do ciała; powinien należeć do pełnego entuzjazmu dzieciaka o różowych policzkach. - Kolejna niespodzianka. - O co ci chodzi? - spytała kobieta dźwięcznym kontraltem. - Co? - Mężczyzna spojrzał na nią z czymś, co mogło być rozbawieniem. - Nie poznajesz go? - Nie. - Kobieta zmarszczyła czoło. - A właściwie tak, ale to przecież niemożliwe. Jest o wiele za młody. - Ciekawe, prawda? Mężczyzna znów spojrzał na Daviesa. Davies mimowolnie otulił się ramionami, próbując zachować nieco uchodzącego ciepła. Gdyby mógł wcisnąć się z po-i. wrotem do kapsuły i zamknąć wieko, jej systemy ochroniłyby go od zamarznięcia. Ale strażnik na pewno by na to nie pozwolił. Niezdolny do opanowania drżenia - i niezdolny do trzymania gęby na kłódkę - wykrztusił z trudem: - Widzę, że znacie mojego ojca. - A ponieważ był zdespe- / rowany, dodał jeszcze: - Więc pewnie wiecie, że nie będzie zadowolony, jeśli pozwolicie mi tu zamarznąć na śmierć. Strażnik wciąż mierzył z pistoletu w głowę Daviesa. Nie reagował na nic. Widocznie nałóg uodpornił go na zimno - albo na świadomość zimna. - Pozwól, że coś ci wyjaśnię - rzekł mężczyzna, absurdal nie wesoło i z zapałem. - Nie przedstawiasz dla mnie żadnej 45 wartości. Inni sądzą, że jesteś wartościowy. Zanim coś zdecyduję w twojej sprawie, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego. Ale dla mnie osobiście tylko marnujesz atmosferę. Groźby ci nie