wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 064 046
  • Obserwuję1 392
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 551 773

Stephen R. Donaldson - Saga o kosmicznych piratach i galaktycznych wojnach 04 - Skok w sza

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stephen R. Donaldson - Saga o kosmicznych piratach i galaktycznych wojnach 04 - Skok w sza.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Stephen R. Donaldson
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 26 osób, 29 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 658 stron)

STEPHEN R. DONALDSON SKOK W SZALEŃSTWO Tłumaczył: Grzegorz Komerski MIN Poobijana, straszliwie wyczerpana i całkowicie oszołomiona Min Donner weszła na pokład Pogromcy niedługo po tym, jak Warden Dios powrócił z siedziby Holta Fasnera do kwatery głównej policji ZKG. Nie spała ani chwili od dnia poprzedzającego jej wizytę u Sixtena Vertigusa, nie jadła odkąd wróciła z Suka Bator. Jej głowę szarpał ból graniczący ze wstrząsem mózgu. Co chwila słyszała w uszach szum, przypominający sprzężenie zwrotne neuronów. Czuła, że całe jej życie przepisuje się właśnie na nowo, że wszystko dokoła nabiera nowych sensów, takich których nie chciała i nie potrafiła zrozumieć. Dlaczego się tu znalazła? W pewien sposób na to pytanie odpowiedział już Warden. Gdy rozmawiała z nim ostatnim razem, stwierdził ku jej bezgranicznemu zdumieniu: „Mam powody, by przypuszczać, że Morna Hyland mogła przeżyć”. Mimo że już dawno temu przekonał ją, iż Morna została porzucona, że sprzedał jej ciało i duszę, dodał: „Jeśli tak, chcę tam mieć kogoś, kto dopilnuje, żeby żywa pozostała. Kogoś, komu mogę ufać. To znaczy, ciebie”. I najwyraźniej z tego właśnie powodu oderwał Min od jej obowiązków w sztabie PZKG. A jednak ta odpowiedź nie wyjaśniała w zasadzie niczego. Pewna była jedynie, że znalazła się tu i teraz, ponieważ wcześniej ją okłamał; ponieważ okłamywał ją systematycznie i bezustannie od wielu miesięcy. O co w tym wszystkim, na Boga, chodzi? Jego pożegnalną wiadomość odebrała na pokładzie swego osobistego promu, zmierzając ku strefie skoku, gdy Pogromca już zawrócił i rozpoczął przygotowania do ponownego przyśpieszenia. Nie

odpowiedziała. Nie miała mu nic do powiedzenia. Zamiast wiec odsyłać nic nieznaczące potwierdzenie lub pozdrowienia, zareagowała na pytania swej załogi, kręcąc głową. Niech Warden Dios przyjmie jej gotowość na wiarę, tak samo jak ona musiała zaufać jego słowom. Nie zostawił Min innego sposobu na wyrażenie irytującej niepewności - ani ślepej, zagmatwanej nadziei. Zbierając całą swą ponurą determinację, zostawiła za sobą ataki kaze i zabójstwa, zdrady i intrygi i skupiła się na obecnym zadaniu. Na pierwszy rzut oka rozkazy były proste. Polecono jej przejąć dowództwo na pierwszym dostępnym statku bojowym policji ZKG - w tym wypadku okazał się nim Pogromca - i udać się natychmiast do pasa asteroid Gór-Komu. Pod jego osłoną miała „obserwować i reagować odpowiednio na rozwój wydarzeń w okolicach Thanatos Minor”. Innymi słowy, obserwować i ewentualnie zająć się skutkami tajnego ataku Angusa Thermopyle na Fakturamę. To rzeczywiście wydawało się jasne. Dlaczego jednak było konieczne? W końcu, na rozkaz Fasnera, ludzka przestrzeń wzdłuż granicy Amnionu - zwłaszcza w pobliżu Stacji Górniczej i Komunikacyjnej oraz całego pasa - została już objęta najgęstszą w dziejach siecią komunikacyjną. Każda możliwa do odszyfrowania informacja nadchodząca z kierunku Thanatos Minor musiała dotrzeć do siedziby PZKG w kilka godzin, bez względu na to, czy Min pojawi się w pasie, czy też nie. Jakiego „rozwoju wydarzeń” spodziewał się Warden? Angus Thermopyle - Joshua - wykona zadanie lub nie. Jeżeli mu się powiedzie, zagrożenie ze strony Nicka Succorso zniknie. Żywione przez Min podejrzenia wobec Milosa Tavernera okażą się nieistotne. A Morna mogła - tego faktycznie nic można wykluczyć - przeżyć. Z drugiej strony, jeśli Angusowi się nie uda, wszystko i wszyscy będą zgubieni. A Morna okaże się tylko jedną z wielu ofiar. Tak czy inaczej, Min nie mogła mieć tam nic do roboty, poza być może przechwyceniem rozbitków lub odparciem pościgu Amnionu. Równie dobrze mogły to zrobić służby Stacji Górniczej i Komunikacyjnej. A nawet - mimo doznanych uszkodzeń i braków w zaopatrzeniu - sam Pogromca. Min Donner była dyrektorem Wydziału Operacyjnego policji ZKG: powinna pracować gdzie indziej. Właśnie w kwaterze głównej, polując na kaze i zdrajców. Lub na Suka Bator,

pomagając kapitanowi Vertigusowi w przygotowaniu do prezentacji jego Ustawy o Oddzieleniu. Dla jej obecności tutaj nie istniało żadne uzasadnienie. Żadne, poza tym, że Warden chciał się jej pozbyć - odsunąć ją od stolika, przy którym toczył śmiertelną grę z - lub przeciwko - Holtowi Fasnerowi. I poza niespodziewaną sugestią Diosa, że Morna mogła ujść z życiem. „Jeśli tak, chcę tam mieć kogoś, kto dopilnuje, żeby żywa pozostała…”. Czy tak właśnie wyglądała prawda? Czy może Warden posłużył się tymi słowami jedynie po to, by mieć pewność, że Min wykona rozkaz? Tego nie wiedziała, nie mogła wiedzieć. W końcu jednak wystarczyło samo polecenie. Była policjantką. Przysięgała, że będzie mu posłuszna. Mimo to, nie była w stanie pozbyć się wrażenia, iż została skazana, że chwycona w pułapkę pomiędzy Wardenem Diosem i Hoitem Fasnerem straci wszystko, w co kiedykolwiek wierzyła. Prom zacumował z hukiem w doku Pogromcy, zaskoczyły uchwyty. Min skinęła głową załodze i weszła do śluzy takim krokiem, jakby nie liczyło się dla niej to, czy kiedykolwiek powróci. Bosman dowodzący strażą honorową, która powitała ją w przedziale załogowym statku, wyglądał na równie zmęczonego jak Min. Skrzywiła się w duchu: nie lubiła oglądać swych ludzi w tak marnym stanie. Niemniej zachowała rozgoryczenie i gniew dla siebie i odpowiedziała bosmanowi salutem. - Kapitan serdecznie przeprasza, pani dyrektor Donner - powiedział. Głos miał jeszcze bardziej paskudny niż wygląd - młody oficer, stanowczo zbyt długo pozostający pod wpływem olbrzymiej presji. - Nie może w tej chwili opuścić mostka. Nie spodziewaliśmy się kolejnego zadania, nie zdążył się przygotować… - Bosman usłyszał własne słowa i zarumienił się jak mały chłopiec. - Ale pani już to wie. Przepraszam. Kapitan spotka się z panią o dowolnej porze - dodał. - Najpierw jednak zaprowadzę panią do kajuty. Przed opuszczeniem kwatery głównej Min przejrzała raporty z Pogromcy. Krążownik dopiero co powrócił po piętnastu lub dwudziestu starciach z pirackimi jednostkami, które przeobraziły odległy, binarny układ Valdor Industrial w strefę prawdziwych działań

wojennych. Valdor i obsługujące go okręty stanowiły - z powodu prac wydobywczych, przetwórczych i obecnego na stacji ciężkiego przemysłu - bogaty łup. Dodatkowo, podobnie jak większość systemów podwójnych, był istnym labiryntem orbit - ogromne skały wirowały jedna wokół drugiej, tworząc konstelacje tak złażone, że opracowanie ich map możliwe było wyłącznie dzięki megaprocesorom. Piraci okopali się pośród niezliczonych planet, planetoid i księżyców obracających się dokoła bliźniaczych gwiazd zwanych Wielką i Małą Massif-5. Na przestrzeni sześciu miesięcy Pogromca, krążownik klasy Skalpel, stoczył dziesiątki zaciętych walk, całe tygodnie spędził, ścigając uciekinierów. A wszystko to w zasadzie bez rezultatu. Dwa wrogie okręty zostały zniszczone, jeden przejęty. Reszta opierała się na tyle gwałtownie - lub umykała, korzystając z doskonałej znajomości zakamarków systemu - że żaden statek tych rozmiarów nie mógł dać im rady. Nic dziwnego, że bosman był wyczerpany. Nic dziwnego, że oblicza członków straży honorowej wyrażały dojmującą rozpacz na myśl o kolejnym zadaniu. Pogromca potrzebował odpoczynku, wymagał go. Siły PZKG były zanadto rozproszone, zawsze tak było, ponieważ napęd skokowy pozwalał na podróże w obrębie większym, niż jakakolwiek organizacja policyjna mogła poddać kontroli. Min pomyślała - nie po raz pierwszy - że póki istnieje zagrożenie ze strony Amnionu, póki zakazana przestrzeń oferuje bogactwa w zamian za skradzione dobra, jej ludzie będą przez cały czas skazani na porażkę. Jak zwykle, zachowała tę refleksję dla siebie. - Pójdę na mostek - rzuciła bosmanowi i zanim zdążył wydać jakiekolwiek rozkazy, zluzowała straż. Nigdy nie przepadała za związanymi z jej stanowiskiem ceremoniałami, a w tej chwili szczególnie nie podobało się jej, że ci zmęczeni mężczyźni i kobiety marnują siły wyłącznie na pokaz. Znów intensywnie zaczerwieniony bosman zaczął: - Pani dyrektor, kapitan rozkazał… - Moment później jednak przetrawił konsternację i pożegnał swych ludzi salutem. - Tędy, pani dyrektor. Min znała drogę. Z zamkniętymi oczyma znalazłaby mostek na

dowolnym z okrętów pozostających do dyspozycji policji ZKG. Pozwoliła jednak poprowadzić się oficerowi. Już i tak wystarczająco podważyła jego autorytet, zwalniając straż. Zanim dotarła do pierwszej windy i ruszyła przez serce okrętu, stwierdziła, że Pogromca ma poważne problemy. Z powodu niedawnych obciążeń, jakich doznały jej bębenki, nie słyszała jeszcze wyraźnie charakterystycznych pomruków i jęków statku. Czuła za to w podeszwach odśrodkową siłę ciążenia, przez skórę wyłapywała wibracje. Delikatne naprężenia odbierała niczym niewytłumione flażolety. - Macie rozstrojony obrót wewnętrzny - rzuciła bosmanowi. - Gdzieś ocierają się panewki. Otworzył szeroko usta. - Skąd…? - A jednak była przecież dyrektorem. Nie powinien się dziwić. Z wyraźnym wysiłkiem zebrał się w sobie. - Prosto. - Wskazał drogę i podjął: - Oberwaliśmy i cały rdzeń się wypaczył. A to jeszcze nie wszystko. Mamy mikroprzecieki w hydraulice. Kilkoro drzwi będzie zamkniętych, dopóki nie wyrówna się ciśnienie. Niektóre grodzie nie domykają się jak należy. Dwukrotnie doszło też do przerwania poszycia. Udało nam się nie rozpaść, ale przewody prowadzące do jednego z zespołów czujników zostały zniszczone. Kapitan wysłał ludzi na zewnątrz. Próbują naprawić co się da, zanim przejdziemy w tachjonową. Co do reszty… Pani dyrektor, nie mieliśmy po prostu czasu, by zlokalizować wszystkie przecieki i załatać dziury. Od sześciu miesięcy trwamy w pełnej gotowości bojowej. A ten obrót wewnętrzny można naprawić tylko w stoczni. Głos młodego oficera brzmiał tak poważnie, że Min zasępiła się w duchu. - Nie miałam zamiaru nikogo krytykować, bosmanie - odparła cicho. - Stwierdziłam po prostu fakt. Przełknął ślinę. - Dziękuję, pani dyrektor. - Wilgoć z jego oczu zniknęła dopiero, gdy zamrugał. Pogromca rozpaczliwie potrzebował wytchnienia. Pieprz się, Wardenie Diosie, pomyślała Min, przepełniona opiekuńczymi uczuciami wobec swej nowej załogi. Powinieneś się czasem zastanowić nad tym, co robisz.

Na okręcie nie próżnowano. Mężczyźni i kobiety śpieszyli we wszystkich kierunkach, zajęci obowiązkami narzuconymi im ze względu na nową misję. Nieliczni, którzy rozpoznawali Min Donner, zatrzymywali się i salutowali. Większość jednak była zbyt skupiona - zbyt poddana zmęczeniu i presji, czasu - by w ogóle ją zauważyć. Krążowniki klasy Skalpel obsługiwały załogi liczące sobie ponad sześćdziesięciu ludzi, lecz na Pogromcy służyło ich o wiele mniej. Według raportów, na pokładzie zginęły cztery osoby, a jedenaście dalszych musiało pozostawać w kwaterach lub ambulatorium z powodu ran lub pobitewnego szoku: piętnastu ludzi straconych dla czterech wacht. Gdy tylko Min odebrała rozkazy Wardena, wysłała Pogromcy prom z zaopatrzeniem, zdając sobie przy tym sprawę, że w dostępnym czasie to i tak stanowczo za mało. Nic dziwnego, że kapitan nie był w stanie opuścić mostka. Uszkodzony, źle wyposażony i niedostatecznie obsadzony okręt był marnym kandydatem do jakiegokolwiek zadania. Jedyną nadzieją krążownika pozostawało to, że misja okaże się równie trywialna, jak obawiała się Min. Szukając otuchy, musnęła dłonią kolbę pistoletu i poszła dalej za bosmanem. Poza tonażem, uzbrojeniem i załogą, jedna z różnic pomiędzy krążownikiem takim jak Pogromca a niszczycielem w rodzaju Pogromcy gwiazd polegała na tym, iż mostek Pogromcy znajdował się w module dowodzenia, gotowym w razie potrzeby do odłączenia od reszty pojazdu i samodzielnego funkcjonowania. Gdyby kapitan Davies Hyland dysponował tego rodzaju statkiem, mógłby przeżyć zniszczenie Pogromcy gwiazd - przeżyć i nie dopuścić, by jego córka wpadła w ręce Angusa Thermopyle. To stanowiło kolejny bezustanny wyrzut sumienia Min, która osobiście zatwierdziła plany budowy Pogromcy gwiazd i nominowała Hylanda jego kapitanem. Gdy szła z bosmanem - w zasadzie przed nim - nie dawała tego po sobie poznać. Zmierzali przez zwężenie łączące moduł dowodzenia z resztą krążownika. Kiedy dotarli do celu, popatrzyła na kapitana i jego ludzi z charakterystyczną dla siebie surowością i opanowaniem. Niemal natychmiast wszyscy zamarli: technicy skamienieli przy swych ekranach, zawahali się specjaliści od łączności, nawigatorzy, ludzie obsługujący skan. Na ich twarzach widać było napięcie i niepewność.

Ich skupienie sprawiło, że poczuła, że zasługuje na swój przydomek: była wysłanym przez Wardena Diosa katem. Milczenie przerwał kapitan Dolph Ubikwe, obrócił swój fotel ku Min. - Witamy na pokładzie, pani dyrektor Donner - przywitał się głosem przypominającym grzechot zderzających się ze sobą skał. Pozostali wstali i zasalutowali. Technicy rozstąpili się przed nią, jakby uznali - lub przynajmniej chcieli uznać - że są za mało istotni, by ich dostrzegła. Powitanie kapitana nie było jednak ciepłe. Zabrzmiało głęboko w jego piersi niczym warkot poddźwiękowego wiertła. Nawet gdyby Min była głucha, wyczułaby je w kościach czaszki. Jego podkomendni często powtarzali, że Ubikwe potrafi jednym okrzykiem zerwać farbę ze ścian w promieniu dwudziestu kroków. Był postawnym mężczyzną - niemal zbyt pulchnym jak na standardy PZKG - warstwa tłuszczu skrywała silne mięśnie. Wysiłek i niedostatek higieny sprawiły, że jego czarna skóra połyskiwała w bezpłciowym świetle warstewką potu. Nabiegłe krwią, podkrążone oczy wyglądały, jakby się nie mieściły w oczodołach. Ciężkie pięści spoczywały na oparciach fotela. - Dziękuję, kapitanie. - Min nie oczekiwała gorącego przyjęcia. - Spocznij - rzuciła załodze, nie odrywając spojrzenia od Dolpha Ubikwe. Gdy wszyscy wrócili na swe miejsca, dodała: - Jak szybko możemy przejść w tachjonową? Nieco mocniej zacisnął dłonie. - To już zależy od tego, czy to prośba, czy rozkaz. Jeśli rozkaz, polecimy natychmiast. Wystarczy, że dowiem się dokąd. Ale jeżeli to prośba…. - uniósł nieco swe ociężałe ramiona - pełną gotowość osiągniemy za jakieś trzy lub cztery miesiące. Gdzie indziej, kiedy indziej, Min pewnie by się nawet uśmiechnęła. Znała go dobrze. Dziesięć lat temu to on jako pierwszy zwrócił jej uwagę w Akademii - zawsze niesubordynowany, zawsze na krawędzi zawalenia roku. Bez niej kierownik ośrodka szkoleniowego nie dopuściłby go do służby. A ona? Pomimo niezdyscyplinowania Ubikwe, o czym świadczyła jego niechęć do nauki, a także nadmierna waga, wyczuwała w nim emocjonalną siłę, charyzmę zbliżoną do tej, jaką charakteryzował się Warden. Wiedziała, że jeśli nauczy się ją

kontrolować, zostanie skutecznym dowódcą. Potem potwierdził jej przypuszczenia, szybko wspinając się po szczeblach kariery, aż dostał własny okręt. Gdyby nie to, nie czułaby wyrzutów sumienia, wykorzystując oficera do wypełnienia rozkazów Wardena Diosa. - Gdyby to była prośba - powtórzyła, patrząc mu w oczy - nie byłoby mnie tutaj. Wykrzywił usta. - Więc może pani dyrektor zniży się do tego, by wyjawić nam, dokąd lecimy. Wie pani, koordynaty, prędkość, tego typu błahostki… Teraz się uśmiechnęła - uśmiechem pustym i mdłym jak arktyczny wiatr. Zamiast reagować na jego ironię, odparła po prostu: - Pas Gór- Komu. Blisko zakazanej przestrzeni. Na mostku znów pojawiło się napięcie. - Jezu! - jęknął pierwszy danych. - Cholera! - dodał, jakby w przekonaniu, że Min go nie słyszy. Kapitan Ubikwe poruszył kącikiem ust. - A po co, do cholery? - spytał. - Co nam to da? Nie odwarknęła. Ale nie odwróciła też spojrzenia. Mogła sprawić, by Pogromca wykonywał jej polecenia na ślepo, mogła wymóc bezwzględne posłuszeństwo na załodze dowolnego okrętu floty - ale tego akurat nie chciała. Po pierwsze, była im winna wyjaśnienia. Po drugie, zdawała sobie sprawę, że Dolph Ubikwe będzie służyć jej lepiej, jeśli pozwoli mu pozostać sobą. - Da nam to, że w tej chwili w nielegalnej stoczni na Thanatos Minor odbywa się akcja policji ZKG. Jestem pewna, że pamiętasz, iż ta planetoida znajduje się w pobliżu zastrzeżonej przestrzeni, nieopodal pasa Gór-Komu. Od niemal dziesięciu lat piraci wykorzystują pas w charakterze bezpiecznej przystani w drodze do Thanatos Minor. Amnioni tolerują ich, podobnie jak wszystkie inne statki nadlatujące z tamtego kierunku. My tu sobie stoimy, a załoga stoczni się broni - rzuciła - Nie powiem nic więcej, bo to tajna operacja. Ważne jest tylko to, że jej skutki będą dalekosiężne. Nie mam pojęcia jakie konkretnie. Możemy mieć do czynienia z rozbitkami. - „Morna Hyland mogła przeżyć”. - Naszymi lub piratami. Lub nawet z poważną akcją odwetową Amnionu. Korzystając - przy braku własnego - z przekonania Wardena, dodała:

- Tak czy inaczej, musimy tam stanąć na straży. Wszyscy obecni na mostku wbili w nią spojrzenia. Ze swoich foteli - oficerowie dowodzenia i łączności z przodu, specjaliści od danych po bokach, ci od skanu wiszący nad jej głową - spoglądali na nią z lękiem, gniewem, wściekłością lub zwykłym zmęczeniem, zupełnie jakby poleciła im właśnie popełnić samobójstwo. Dolph przymknął na moment powieki. Gdy je na powrót rozwarł, jego oczy wydały się nagie, jakby zrezygnował z obrony. - Czy mogę mówić otwarcie? Przez chwilę Min zastanawiała się nad odmową. Wreszcie ustąpiła. Po pierwsze, różnice - nie wspominając o wrogości - między dowodzącymi źle wpływały na dyscyplinę załogi. Po drugie, Pogromca należał do niego. To kapitan mógł przerazić lub zainspirować swych ludzi, bez względu na to, co postanowi ona. Uznała, że zaufa jego instynktowi. - Proszę bardzo. - Przyzwoliła skinieniem. Założył nogę na nogę, jakby po to, by odezwać się z lepszej, bardziej pewnej pozycji. - Więc chciałbym o coś spytać, pani dyrektor Donner - zaczął z oburzeniem. - Czy postradała pani zmysły? Nie czyta pani raportów? Czy nikt w sztabie nie wie, przez co przeszliśmy? A może wydaje się wam, że unikanie ostrzału i zderzenia z asteroidami naraz to niedzielna przechadzka? Wysłaliście nas do Valdor z misją, której nie podołałoby nawet pięć krążowników. Mamy szczęście, że w ogóle udało się nam dokuśtykać do domu. Bez niego już dawno byśmy nie żyli. Nie mamy wystarczającej załogi - ciągnął. - To też napisałem w raporcie. Część moich ludzi orbituje gdzieś wokół Massif-5 w trumnach. Mamy naruszone poszycie, przecieki i inne uszkodzenia. Ale jasne, to zupełnie nieważne. W końcu, co to dla nas, kilka dodatkowych trudności. Mówił tak donośnie, że Min rozbolały uszy. Zdawała sobie sprawę, że Ubikwe potrafi krzyczeć znacznie głośniej. Miała jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. - Usłyszałaś już, jak ten statek rzęzi, pani dyrektor Donner? A może nie pamiętasz jak brzmi wypaczenie wewnętrznego obrotu? I zapomniałaś, czym może skutkować? Pozwól, że przypomnę, na wypadek gdyby siedzenie za biurkiem zmąciło ci pamięć. Jeśli temu

uszkodzeniu nie zaradzimy, napięcia i odśrodkowe ciążenie przełożą się na cały statek. Zacznie wirować, a to koszmar dla skanu, systemów obronnych i nawigacji. Pogromca nie został zaprojektowany do podobnych manewrów. A jeżeli wydarzy się to w pasie asteroid - lub podczas walki - możemy się pocałować w dupę na pożegnanie. To czyste szaleństwo, dyrektor Donner. Ile mamy statków? Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt krążowników, niszczycieli i kanonierek. Czy naprawdę chcecie, bym uwierzył, że żaden z nich nie może nas w tej misji zastąpić? Że wszystkie są akurat poza zasięgiem? Jeśli tak, niech się tym zadaniem zajmie Stacja Górnicza i Komunikacyjna. Do diabła, przecież dysponują w swoim układzie siłą ognia równą trzem statkom takim jak mój. Niech się sami zaopiekują własną okolicą przez te kilka godzin. Nie damy rady - dokończył. Z powodów, których nigdy nie próbowała nawet zrozumieć. Min lubiła, kiedy jej oficerowie się na nią wściekali. Może dlatego, że wiedziała, dlaczego kapitan Ubikwe się złości, lub z powodu własnej wściekłości poczuła, że powstaje między nimi silna więź. Uśmiechnęła się do niego niemal czule. - Skończyłeś, kapitanie? - Nie. - Jej reakcja wytrąciła oficera z równowagi, ale nie zamierzał tego po sobie pokazać. - Zaraz wszystko powtórzę, i to jeszcze głośniej. - To nie będzie konieczne - odparła. - Zrozumiałam. Kapitan Ubikwe przyjrzał się jej badawczo. Po chwili spytał już ciszej: - Wiec dlaczego mam wrażenie, że jednak niczego nie wskórałem? - Bo nie wskórałeś - rzekła. - Pogromca to jedyny dostępny statek. Naprawdę tylko wy byliście pod ręką. Owszem, mogłabym ściągnąć konwój z okolic Betelgezy lub zluzować któryś z niszczycieli patrolujących pogranicze. Mogłabym też poprosić o wsparcie Gór- Kom. Tylko że jedynie wy mogliście zabrać stąd mnie. Obsada mostka przyjęła to z zaskoczeniem, lękiem i szokiem. Siedzący przy Skanie technicy zagwizdali przez zęby, jakby chcieli odpędzić ducha. - Cholera - mruknął ktoś. Dolph podniósł wzrok. - Glesse - mruknął gardłowo jak silnik - jeśli jeszcze raz użyjesz takiego języka w obecności dyrektor Donner, to osobiście złoję ci tyłek.

Nikt się nie roześmiał. Oduczyło ich tego doświadczenie. - Jeśli nie zauważyłeś, pani dyrektor Wydziału Operacyjnego całej kochanej PZKG oświadczyła właśnie, że jej życie spoczywa w naszych rękach. Nie pośle nas na pas po to, by zobaczyć, ile jesteśmy warci. Poleci z nami. Tam, skąd pochodzę, nazywamy to „uczciwością” - grzmotnął pięścią w deskę rozdzielczą - i szanujemy to! Nagle wszyscy porzucili własne zajęcia. Nikt nawet nie spojrzał na Glessena, który wymamrotał jedynie. - Tak jest, kapitanie. Ubikwe patrzył na Min. Domyśliła się, że za jego maską obojętności czai się uśmiech. Odezwał się jednak chmurnie: - Czy to znaczy, że WO brał udział w tym tajnym ataku? Wydawało mi się, że takimi sprawami zajmuje się jedynie GD? Min nie chciała wspominać o Mornie Hyland. Nie była gotowa otworzyć wrót własnego serca. Powiedziała więc tylko tyle, ile, według niej, chciałby w tej chwili usłyszeć Warden Dios. - Nie. To znaczy, że nasza misja jest ważna dla policji ZKG. A także dla całej ludzkości. Kapitan westchnął. Wbił wzrok we własne dłonie i jakiś czas rozważał sytuację. Wreszcie złożył ręce na udach. - W takim wypadku… - Podniósł się ciężko z fotela. - Jako dyrektor Wydziału Operacyjnego i najwyższy na pokładzie rangą oficer policji, obejmuje pani mostek. Proszę przejąć stanowisko dowodzenia. Ja wyeksmituję celowniczych. Póki nie będziemy gotowi do tachjonowej, mogę pracować stamtąd. Min zbyła jego słowa szybkim gestem. - To twój statek, kapitanie. Lepiej będzie, jeśli pozostaniesz jego dowódcą. Zresztą, ja muszę odpocząć. - Nie spała od dwóch dni, nie jadła od dwunastu godzin. - Jeżeli zechcesz wyznaczyć kogoś, kto zaprowadzi mnie do kajuty, natychmiast usunę się z drogi. Gdy Dolph na powrót zajmował swe miejsce, przez jego twarz przemknął cień wdzięczności. Nie podziękował jednak. Automatycznie nacisnął kilka klawiszy na pulpicie i sprawdził wskazania instrumentów. - Tym zajmie się bosman. - Młody mężczyzna wciąż stał w łączniku. - Jeśli ma pani jeszcze jakieś rozkazy, byłoby dobrze, gdybyśmy je usłyszeli teraz. Zajęci byliśmy już przed pani przybyciem, teraz zrobi

się tylko gorzej. Min nie wahała się ani sekundy. - Za dwie godziny chcę być po drugiej stronie skoku - odpowiedziała natychmiast - a w pasie za trzy. Powinniście się streszczać. Zdawała sobie sprawę z ryzyka. Jeżeli wewnętrzny obrót zawiedzie w trakcie skoku, Pogromca mógł wyjść pięćdziesiąt lub pięćset milionów kilometrów od celu, odrzucony przez połączone siły bezwładności i histerezy - co w okolicach pasa asteroid niemal na pewno zwiastowało śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdyby z kolei zamarł w trakcie nawigacji między asteroidami, kolizja była nieunikniona. Statek - by się ochronić - musiałby wykonywać wszelkie manewry w warunkach całkowitego braku ciążenia. A nie został odpowiednio do tego zaprojektowany i załoga nie była do podobnych akcji przyzwyczajona. Jednakże wszystko, co zrobił Angus Thermopyle - lub co mu się nie powiodło - pozostawało poza kontrolą Min, nie miała o tym bladego pojęcia. Gdzieś w pobliżu Thanatos Minor chronometr zbliżał się do wyznaczonego terminu, któremu nie wiedziała jak sprostać. Sama ta świadomość nagliła ją bardziej niż jakiekolwiek rozkazy Wardena. - Gdy tylko wejdziemy w zwykłą przestrzeń - dodała - chcę, żeby łączność prowadziła nasłuch na wszystkich możliwych częstotliwościach. Jeśli ktokolwiek tam jest, chcę go usłyszeć. O ile nie pojawią się żadne niespodzianki, wyprowadź nas w pas po drugiej stronie - powiedzmy dziesięć tysięcy kilometrów od granicy - i znajdź jakąś skałę, za którą będziemy się mogli ukryć. Cokolwiek z odpowiednim poziomem rezonansu magnetycznego, by zmylić skan przeciwnika. Obudźcie mnie zaraz, gdy tylko coś się wydarzy lub gdy zajmiemy pozycję. Potem przedstawię dalsze szczegóły. - Zrobi się. - Kapitan Ubikwe uniósł głowę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Cicho, lecz wyraźnie, by wszyscy mogli ją usłyszeć, Min rzuciła: - Mam taką nadzieję. W przeciwnym wypadku, sama przejęłabym dowodzenie. By oszczędzić oficerowi kłopotu z odpowiedzią, odwróciła się i pozwoliła bosmanowi zaprowadzić się z powrotem do głównej części statku.

Po drodze do kajuty stwierdziła, że musi przenieść oficera od systemów obronnych pod swoje bezpośrednie rozkazy. Potrzebowała wokół siebie ludzi, którzy potrafią się sprzeciwiać. Gdyby Warden pozwolił jej na sprzeciw, mogłoby jej tu nie być - nie musiałaby ciągnąć uszkodzonego statku z wymęczoną załogą na misję, która mogła się okazać tak bezsensowna lub na tyle doniosła, że powinien ją wypełniać ktoś inny. HASHI Hashi Lebwohl nie był człowiekiem nieuczciwym. Stanowczo lepszym określeniem byłoby „auczciwy”. Cenił sobie fakty, lecz prawda nie narzucała mu żadnego moralnego imperatywu - nie przykładał do niej żadnej - pozytywnej lub negatywnej - wartości. Bywała przydatna, podobnie jak fakty: stanowiła narzędzie, zarazem bardziej subtelne i mniej poręczne niż niektóre inne. Faktem było, że zajmując w policji ZKG stanowisko dyrektora Wydziału Gromadzenia Danych, przyjął na siebie obowiązek spełniania pewnych oczekiwań. Warden Dios również cenił fakty - i domagał się ich. Między innymi z tego powodu Hashi szanował swego przełożonego. Warden Dios nie próbował zwodzić rzeczywistości, w odróżnieniu od nieżyjącego już, odżałowanego Godsena Frika; a nawet w odróżnieniu od Min Donner, która jednak czyniła to w taki sposób, że sama nie miała o tym pojęcia. Warden żył w prawdziwym świecie. Nic nie mogło powstrzymać Hashiego Lebwohla przed wypełnianiem obowiązków, polegających na dostarczaniu Wardenowi faktów. I z rzadka tylko unikał dzielenia się z nim teoriami na temat istniejących między nimi powiązań, tworzących bardziej skomplikowane, mniej uchwytne konteksty. Z drugiej jednak strony, nie czuł się w najmniejszym stopniu zobowiązany, by wyjawiać Wardenowi Diosowi - bądź komukolwiek innemu - prawdę. Pierwsze sygnały o tym, co zaszło na Thanatos Minor, otrzymał na długo przed pozostałymi; na długo, zanim jakiekolwiek informacje dotarły do kwatery głównej. Niemniej, zatrzymał te fakty dla siebie na niemal całą godzinę. A prawdy nie wyjawił nikomu.

Wiadomości dotarły akurat do niego, ponieważ - po pierwsze - zostały zaszyfrowane specjalnie dla niego i - po drugie - ponieważ nikt w wydziale łączności kwatery głównej policji ZKG nie wiedział, że mają cokolwiek wspólnego z Fakturamą czy Joshuą. Były to zwykłe, krótkie raporty od agentów GD, a tego rodzaju przekazy zawsze trafiały natychmiast do dyrektora. Wcześniejszym z tych dwóch sygnałów była enigmatyczna informacja od Nicka Succorso, prosto z pokładu Kapitańskiego kaprysu. Hashi nie wspomniał o nim od razu, ponieważ wiadomość nie zawierała przydatnych informacji. Później jednak milczał, gdyż zawartość transmisji zaczęła go niepokoić. „Jeśli zdołasz ją zdobyć, bydlaku” - brzmiał przekaz Nicka - „możesz ją sobie zatrzymać. Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie. Jestem ci potrzebny, ale wszystko spieprzyłeś. Zasługujesz na nią”. Potem, bez żadnego wyraźnego powodu, Nick dodał: „Kaze są tacy zabawni, nie sądzisz?”. Niech go zaraza, pomyślał zdeprymowany Hashi. Przekleństwo na jego czarną duszę. „Ją”? Kogo? „Możesz ją sobie zatrzymać”. Czy tu chodzi o Mornę Hyland? Czy pirat jest na tyle głupi, by myśleć, że Joshua został wysłany na Fakruramę, żeby ją uratować? Nie. Uwaga o kaze stała z tą interpretacją w sprzeczności. Najwyraźniej chciał przestrzec Hashiego przed jakąś kobietą, która miała coś wspólnego z zamachami. Niemniej i to nie miało wiele sensu. Co Nick mógł wiedzieć o rozgrywających się tu wydarzeniach? Skąd mógł otrzymać informację, że siedziba policji i RZZK padły ofiarą ataków terrorystycznych? Może „ona” odnosiło się pieszczotliwie do samego statku, do Kapitańskiego kaprysu? Może miało to znaczyć, że jeśli Hashi czy PZKG spróbują pomieszać szyki fregaty, to ona sama stanie się kaze wymierzoną w ich kwaterę? „Zasługujesz na nią”. Zasługuję? „Jestem ci potrzebny, ale wszystko spieprzyłeś”. Najwyraźniej Nick Succorso postradał zmysły. Wreszcie Hashi odłożył wiadomość. Nie był w stanie wywróżyć z niej motywów Nicka. I to go martwiło. Nie lubił czuć się niedoinformowany.

Z drugim sygnałem sprawa miała się inaczej. Nikt poza jego wydziałem - i być może wyłącznie trzy pracujące w nim osoby - nie wiedział, że Angus Thermopyle, Milos Taverner i Nick Succorso nie byli jedynymi ludźmi, których pomógł wysłać na Thanatos Minor; ani że czwarta osoba została tam wysłana z jednego konkretnego powodu: by obserwować rozwój wydarzeń i donosić o nich. Drugi przekaz nadszedł z rzekomo legalnego statku handlowego o nazwie Darmowy lunch, „rzekomo”, gdyż Hashi wyposażył jednostkę w fałszywą tożsamość i historię, by mogła się swobodnie poruszać po ludzkiej przestrzeni, pielęgnując jednocześnie swą reputację - również nie do końca zgodną z rzeczywistością - okrętu pirackiego. Według kapitana, Darrina Scroyle, uciekli z pobliża Thanatos Minor tuż przed falą uderzeniową bijącą od zniszczonej planetoidy. Zatem Joshua nie zawiódł. To dobrze. Niemniej kapitan Scroyle przedstawił też inne fakty - fakty, których implikacje sprawiły, że Hashi uznał, że nie przekaże ich natychmiast Wardenowi Diosowi. Potrzebował czasu na rozważenie sytuacji, w świetle rewelacji Scroyle. Pod ścisłym nadzorem Hashiego Lebwohla Wydział Gromadzenia Danych zatrudniał agentów i pracowników najrozmaitszych specjalności. Niektórzy, jak Nick Succorso, byli wolnymi strzelcami. Pozostali pracowali jako bardziej tradycyjnie rozumiani szpiedzy, działali w ukryciu pośród pajęczych sieci społecznych piratów. Jeszcze inni byli najzwyklejszymi najemnikami. W odróżnieniu od wolnych strzelców, ci kierowali się szczególnym rodzajem kodeksu honorowego, oddając swą lojalność i krew każdemu, kto zapłacił wymaganą kwotę. Można było mieć pewność, że wykonają konkretne zadanie za konkretną cenę, nie zadając przy tym pytań i bez narzekania - a także zachowując poufność po doprowadzeniu zlecenia do końca. Jedyną niedogodnością tego stanu rzeczy - z punktu widzenia Hashiego - był fakt, iż następną robotę byli gotowi przyjąć od innego pracodawcy, którym mógł się równie dobrze okazać jeden z wrogów ludzkości. Dlatego też unikał kłopotliwych sytuacji, co rusz zlecając najemnikom nowe misje i przebijając przy tym oferty konkurencji. Darrin Scroyle był najemnikiem. On i jego Darmowy lunch należeli do najlepszych w tym fachu: był odważny, dysponował ciężkim

uzbrojeniem i szybkim pojazdem; był - w zależności od sytuacji - ostrożny lub brawurowy; gotów do posługiwania się przemocą na niemal dowolną skalę i jednocześnie zdolny do działań subtelnych i dyskretnych. Kiedy Darmowy lunch dotarł do ludzkiej przestrzeni i przekazał wiadomość przez satelitę nasłuchowego za pomocą skokowej sondy kurierskiej, Hashi uwierzył w każde jej słowo. Sedno sprawy polegało na tym, że Darmowy lunch opuścił Fakturamę, gdy tylko kapitan Scroyle doszedł do przekonania, iż kryzys jest nieuchronny. To samo nakazał mu Hashi; nie chciał, by najemnik ucierpiał wskutek wywołanej przez Joshuę eksplozji. Opuszczając jednak przestrzeń kontrolowaną przez Fakturamę, Scroyle przeskanował planetoidę i oblężone na niej statki za pomocą wszelkich dostępnych instrumentów i zauważył kilka istotnych rzeczy. Grupa osób w skafandrach próżniowych wyruszyła z zadokowanej Fanfary i dokonała sabotażu systemów łączności Fakturamy. Potem przebili się do sektora Amnionu i uciekli. Kapitański kaprys zniszczył Kojącą hegemonię nie za pomocą i dział czy laserów, lecz taranując ją - najwyraźniej po to, by okręt wojenny Amnionu nie zabił ludzi w skafandrach. Z sektora Amnionu wystartował prom, przejęty przez Wzlot. Darmowy lunch zauważył też, że Spokojne horyzonty starały się przechwycić uciekającą Fanfarę ze wsparciem niewielkiej, wysłanej z Fakturamy flotylli piratów. Już samo w sobie było to nieprzyjemne - sugerowało niespodzianki i nieprzewidziane sytuacje. Gorsze jednak miało dopiero nadejść. Jeszcze przed odlotem, kapitan Scroyle i jego ludzie spędzili na stacji wiele czasu, badając sprzęt komunikacyjny i radarowy, nasłuchując plotek, szukając informacji. Obserwowali przybycie Kapitańskiego kaprysu, który nadleciał od strony Stacji Atestującej, ścigany przez okręty wojenne. Widzieli, jak statek kapitana i Succorso wystrzeliwuje kapsułę ratunkową, która uniknęła Kojącej hegemonii i została przejęta przez Wzlot. Usłyszeli też różne opowieści… O tym, że Amnion wycofał na Fakturamie kredyt zaufania dla kapitana Succorso. O tym, że on, Amnion i Faktura starli się w trójstronnym konflikcie, walcząc o zawartość kapsuły.

O tym, że kapitan Succorso odwiedził pewien bar z kapitanem Thermopyle i jego zastępcą z Fanfary. O tym, że ochroniarze Faktury zostali napadnięci i że zawartość kapsuły została skradziona. O tym, że kapitan Wzlotu, kobieta nazwiskiem Sorus Chatelaine, miała na sprzedaż specyfik uodparniający na działanie mutagenów. O tym, że kapitan Succorso wymienił jednego z członków swej załogi - kobietę, która trafiła w ręce Amnionu, w zamian - jak głosiła plotka - za możliwość swobodnego opuszczenia Fakturamy. Wszystkie te informacje naraz mogły sprawić, że Godsen Frik zapałałby gorącą żądzą zemsty - najpoważniejszą w ciągu jego dorosłego życia. Hashi Lebwohl zareagował jednak inaczej. W pewnym sensie żył takimi kryzysami: niepewnymi zbiegami okoliczności o niepokojących implikacjach, które wymagały od niego całego sprytu i umiejętności, jakimi dysponował. Fakt, że trawił sytuację przez bez mała godzinę, zanim podzielił się informacjami - choćby ich fragmentem - nie oznaczał, iż się przestraszył. Oznaczał jedynie, że chciał poświęcić wszystkim tym zagadkom odpowiednią ilość uwagi. Wzlot i Kapitański kaprys. Fanfara i Spokojne horyzonty. Kojąca hegemonia i prom. Joshua, Nick Succorso, Faktura, Milos Taverner, Sorus Chatelaine, Amnion. Nie mówiąc o Mornie Hyland, która musiała istotnie wpłynąć na decyzję Nicka, by odwiedzić Stację Atestującą i która z tego powodu nie mogła nie odgrywać żadnej roli w konflikcie pirata z Amnionem - i Fakturą. „Jeśli zdołasz ją zdobyć, bydlaku, możesz ją sobie zatrzymać”. Mornę? Nie, niemożliwe. Na szachownicy pojawiło się stanowczo zbyt wiele figur, zbyt wielu graczy. W szczególności Hashi chciał dowiedzieć się więcej o kapitan Chatelaine i jej statku. Czyżby to ona była wspomnianą przez Nicka „nią”? Czy dotyczące jej plotki mogły być prawdziwe? Jeśli tak, to skąd otrzymała specyfik uodparniający na mutageny? Chyba tylko od Nicka? Ale dlaczego on miałby jej go przekazać? Wywołał na swoim wyświetlaczu wszystkie dostępne wydziałowi informacje na temat Sorus Chatelaine i Wzlotu i jednocześnie zaczął rozważać rysujące się możliwości.

Nie był człowiekiem pozbawionym intuicji. I dobrze znał sam siebie. Z doświadczenia wiedział, że kwestie, które zaprzątają go najbardziej na samym wstępie, często okazują się najmniej ważne. Zwykle przeszkadzały po prostu jego świadomości skupić się na czymś innym, podczas gdy podświadomość analizowała całą resztę. Z tego też powodu przestał się zastanawiać. Nie myślał już o tym, dlaczego nurtuje go wiadomość Nicka; dlaczego wywołuje wątpliwości, których prawie nie potrafił nazwać. Nie martwił się również tym, do jakiego stopnia intencje Nicka przejawiły się w pogłoskach, z których zdał relację Darrin Scroyle. Zamiast tego skoncentrował się na wyświetlonych danych, odsuwając pytania na potem. Niestety, wymagało to czasu. Czasu, który musiał wykorzystać jak najlepiej. „Zasługujesz na nią”. Gdy maszyna mieliła górę informacji, włączył interkom i przekazał działowi przetwarzania - który nazywał swym centrum dowodzenia - że chce się spotkać z Lane Harbinger. - Natychmiast - dodał lakonicznie. - Już. Pięć minut temu. - Tak jest - odpowiedział technik i zajął się pracą. Lane była wnuczką słynnego naukowca i badacza Malcolma Harbingera, ale to nie miało dla Hashiego znaczenia. Liczyło się tylko o tyle, że Lane była skrupulatna i uczciwa. Chciał z nią porozmawiać, była bowiem fachowcem, którego przydzielił do i pomocy szefowi ochrony WO Mandichowi w sprawie zabójstwa Godsena. Nie był w stanie określić, jakiego związku dopatrywał się - lub na jaki miał nadzieję - między raportem kapitana Scroyle a tym morderstwem. Dawał sobie po prostu czas. Pozwalał intuicji działać w spokoju i prywatności, jakiej zwykle wymagała. Czekał, aż wejdzie w taki stan umysłu, gdy będzie w stanie dostrzec najmniej nawet prawdopodobne odniesienia. Lane odpowiedziała na wezwanie już po krótkiej chwili. Gdy interkom obwieścił połączenie, poprawił okulary, zsuwając je jeszcze niżej po swym wąskim nosie, zmierzwił włosy i upewnił się, że jego laboratoryjny fartuch wisi mu na ramionach odpowiednio krzywo. Dopiero wtedy powiedział funkcjonariuszowi, by ją wprowadził. Była niewysoką, nadaktywną kobietą, która - gdyby tylko na chwilę przestała się poruszać - wydałaby się zapewne krucha. Podobnie jak

wielu innych pracowników Gromadzenia Danych, była uzależniona od nikotyny, kofeiny i kilku innych, popularnych stymulantów; Hashi rozumiał jednak, że używki te pomagają jej ukoić wrodzone napięcie. Domyślał się, iż jej wzorcowa staranność stanowi kolejny narkotyk; sposób kompensowania wewnętrznej presji, która w przeciwnym wypadku mogłaby pozbawić ją skuteczności. W normalnych okolicznościach mówiła bez przerwy. Przy nim jednak rozsądnie porzucała ten zwyczaj. - Chciał mnie pan zobaczyć - rzuciła natychmiast, jakby te słowa były kilkoma wersami przemowy, którą wygłaszała w duchu już od jakiegoś czasu. Hashi popatrzył na nią ponad szkłami okularów i uśmiechnął się przyjaźnie. - Tak, Lane. Dziękuję za wizytę. - Nie poprosił, by usiadła; rozumiał, że kobieta może się skupić jedynie w ruchu. Nawet wymagające szalonej dokładności prace laboratoryjne wykonywała do wtóru najrozmaitszych gestów i tików, a ponadto w kłębach dymu. Pozwolił jej zapalić nika. Zaczęła się przechadzać w tę i z powrotem, czekając, by zaczął. - Chcę się dowiedzieć - podjął, wpatrując się w kobietę przez wydmuchiwany przez nią dym - jak posuwa się twoje dochodzenie. Dowiedziałaś się czegoś o tym kaze, który sprowadził przedwczesny koniec na naszego Godsena? - Za wcześnie, bym wiedziała cokolwiek na pewno - odparła z prędkością wezbranego strumienia, powstrzymywanego dotąd przez zaporę silnej woli. - Nie przejmuj się pewnością - rzucił sympatycznie. - Mów, co masz. - Dobrze. Na razie… - Nie patrzyła na niego. Omiatała wzrokiem ściany, jakby nie wyznaczały granic jego gabinetu, lecz jej wiedzy. - Świetnie, że mnie pan tu przeniósł. Pracownicy ochrony WO są cholernie zmotywowani i starają się działać starannie, lecz nie wiedzą, co tak naprawdę oznacza „staranność”. Powinni jednak nadal strzelać do ludzi. Nie mają umiejętności potrzebnych przy tego rodzaju sprawach. Pięć minut beze mnie i wszystko by zmarnowali. Rozwiązanie i tak mogło się okazać niemożliwe. To nie była duża bomba, takie nigdy nie są duże. W klatce piersiowej nie ma zbyt wiele

miejsca, nawet jeśli kaze ma funkcjonować jedynie przez kilka godzin. Siła wybuchu była jednak znaczna. Naprawdę znaczna. Równie dobrze eksplozja mogła zniszczyć jego identyfikator i inne dokumenty, rozbić je na cząsteczki tak małe, że nigdy byśmy ich nie znaleźli. Nie mówiąc o umieszczonych w nich czipach. Ale sekretarka Frika wiedziała więcej, niż sama zdaje sobie sprawę. - Ton Lane stał się mniej nieprzyjazny, a może tylko mniej najeżony. - Kiedy zadałam jej odpowiednie pytania, dowiedziałam się, że po tym, jak dokonała „rutynowej weryfikacji” - kobieta wywarczała te słowa z wielką pogardą - tego kaze, nie założył smyczy z identyfikatorem na szyję. Nie przypiął plakietki komunikacyjnej do kieszeni co jest tu przecież tak powszechne, że prawie przestaliśmy to zauważać. Sama to robię. - Rzuciła okiem na swoją kartę przypiętą do laboratoryjnego fartucha. - Tylko panu uchodzi na sucho niedbanie o ten obowiązek. On jednak tego nie zrobił. Wsadził obie karty do kieszeni na udzie. Prawej, jeśli wierzyć sekretarce Frika. Nie robi się czegoś takiego, jeśli zamierza się podłożyć dowody, bo wybuch i tak wszystko zniszczy. Robi się tak jednak, kiedy jest się nowym i wie się, że śmierć jest blisko, a normalne zachowanie w strzeżonym obszarze nie stanowi czyjejś drugiej natury. W każdym razie, zarówno identyfikator, jak i karta komunikacyjna były nieco oddalone od epicentrum. Znalazłam fragment jednego z czipów. Hashi okazał zainteresowanie mrugnięciem i nie przerwał kobiecie. - Wie pan, w jaki sposób prowadzimy tego rodzaju poszukiwania. - Skończyła pierwszego nika i natychmiast zapaliła następnego. - Zamykamy pomieszczenie próżniowo i skanujemy rezonującym laserem. Potem, na podstawie rezonansu tworzymy symulację komputerową, co pomaga zawęzić obszar poszukiwań. Gdy mamy już wektory wybuchu, wiemy, gdzie szukać pozostałości kaze. Te miejsca badamy mikron po mikronie za pomocą fluorochromatografii. A w tej skali nawet najmniejsze element czipów SOD-CMOS świecą jak gwiazdy. Rzeczywiście już o tym wszystkim wiedział, niemniej pozwolił Lane mówić. Zapewniała mu bardzo pożądane rozproszenie. - Jak powiedziałam, znalazłam fragment. W zasadzie dwa, ale jeden wbił się w podłogę tak mocno, że rozleciał się, kiedy próbowałam go wydostać. Z takim proszkiem nawet ja cudów nie zrobię. Więc został

jeden. - Nie wiem jeszcze zbyt wiele. Możemy założyć, iż dane są nietknięte, w końcu po to te czipy są, ale nie wymyśliłam dotąd, jak je odzyskać. Układy SOD-CMOS dodają zapis, gdy energia pojawia się na wejściu i wyjściu. Odczytuje się z nich, odwracając przepływ prądu. Do tego potrzebne są jednak wejście i wyjście. A w tym konkretnym czipie takich luksusów brakuje. Jeszcze jeden nik. - Stwierdziłam za to coś innego. To nasz sprzęt. Hashi, zafascynowany zarówno jej sposobem bycia, jak i wyjaśnieniami, spytał: - Skąd o tym wiesz? - Widać po jakości wykonania. Legalnie nikt poza nami nie może takich czipów produkować, to część prawa dotyczącego rdzeni danych. Oczywiście nie zajmujemy się tym sami, przepisy zezwalają nam udzielać licencji podwykonawcom. Jak dotąd jednak zdecydowaliśmy się na to tylko raz, w przypadku Anodyne Systems - nie musiała dodawać, iż firma Anodyne Systems jest w pełni zależna od ZKG - i to oni są naszym jedynymi dostawcą. W zasadzie nie robią nic innego. Cała spółka to parawan, sposób, w jaki ZKG trzymają palec na naszym pulsie, a my dzięki temu otrzymujemy czipy SOD-CMOS bez konieczności poświęcania funduszy na utrzymywanie całej fabryki. - Tego rodzaju układy produkuje się tylko jedną metodą. W teorii więc powinny być identyczne, bez względu na pochodzenie. W praktyce rzecz wygląda jednak inaczej. Jakość zależy od ilości. Im więcej czipów się produkuje, tym więcej niedoskonałości w procesie - ludzkie błędy lub czysta entropia. I odpowiednio, im mniej się produkuje, tym mniej wad. O ile, rzecz jasna, ma się odpowiednie umiejętności. Bez nich jednak żaden taki układ po prostu by nie zadziałał. - Wnoszę z tego, że nielegalnie wytworzony czip - wtrącił Hashi - powinien być lepszy od naszych. Lane skinęła, nie przerywając słowotoku. - Ten układ powstał w Anodyne Systems. Niczym nie różni się od tych, które dostaliśmy w ostatniej partii, jaką odebraliśmy sześć dni temu. - Innymi słowy - podsumował za nią - w naszych szeregach jest

zdrajca. - Zdrajca albo czarny rynek - sprostowała. - Mogła to też być banalna korupcja. U nas lub w Anodyne Systems. - Słuszna uwaga. Dziękuję. - Rozpromienił się. Staranność to rzeczywiście rzadka i niebywale cenna cecha. - Zdrada, przekupstwo lub nielegalny handel. Tutaj albo tam. To nawet pasuje - dodał po chwili. Na moment przystanęła i przez to mgnienie wyglądała na bardzo kruchą istotę. - Pasuje? - Tak, to jest spójne – wyjaśnił - z faktem, iż nasz kaze przybył na promie z Suka Bator. Został już wcześniej sprawdzony przez służby RZZK. I powiodło mu się wyłącznie dzięki temu małemu szczegółowi. Gdyby przyleciał z jakiegokolwiek innego portu, ludzie szacownej Min Donner przetrzepaliby go bardziej dokładnie. Wtedy raczej by się nie przemknął. Lane znów zaczęła krążyć po gabinecie. - Wciąż jednak nie rozumiem… - To całkiem proste - odparł Hashi cierpliwie. Uwielbiał tłumaczyć. - Ludzie Min Donner nie zaniedbali obowiązków. Mieli powody, by polegać na służbach RZZK. Rutynowe procedury bezpieczeństwa na Suka Bator są równie drobiazgowe jak nasze. A w chwili obecnej, tak niedługo po podobnym ataku na kapitana Sixtena Vertigusa w jego własnym biurze, dodatkowo je uszczelnili. Nie przepuściliby niczego. Ten kaze nie byłby tak groźny, gdyby nie został uprzednio zweryfikowany - w pewnym sensie, uprawomocniony - przez RZZK. - Owszem, tylko w jaki sposób do tego doszło? Czy to tamci czegoś nie dopilnowali? W podobnych okolicznościach to raczej mało prawdopodobne. A zatem wszelkie pełnomocnictwa kaze musiały być nieskazitelne. Lane zaciągnęła się dymem, nie była w stanie zamilknąć. - W porządku, już rozumiem - podjęła. - Osoba stojąca za zamachowcem miała dostęp nie tylko do naszych czipów SOD-CMOS, lecz także do kodów bezpieczeństwa służb RZZK, nie mówiąc nawet o naszych własnych. Ten ktoś pracuje albo w RZZK, albo w PZKG. - Albo w samym ZKG - dodał Hashi. - To oni są właścicielem Anodyne Systems.

- Tak, albo w samym ZKG - przytaknęła. - Uważam jednak, że hipotezę o RZZK możemy odrzucić - ciągnął. - W odróżnieniu od Zjednoczonych Kompanii Górniczych i ich policji, nasza znamienita Rada nie ma dostępu do Anodyne. - I oczywiście na odwrót. Smok dysponuje wystarczającą liczbą głosów, by otrzymać od RZZK wszystko, czego tylko zapragnie. Lane zastanowiła się nad tym przez chwilę, po czym skinęła, wydmuchując dym. Hashi wciąż milczał, więc spytała: - Co więc z tego wynika? - Moja droga Lane - rozłożył ręce - wynika z tego nasza sytuacja. Ustaliłaś jeden fakt. Każdy fakt jest krokiem, a wiele kroków składa się na podróż. I właśnie wykonaliśmy jeden dalej. Chętnie się przekonam, czy nie będziesz nam w stanie podsunąć kolejnego takiego faktu. Albo nawet dwóch. - Biorę się do pracy - rzuciła natychmiast obcesowo i odwróciła się ku drzwiom. - Na to liczyłem - powiedział Hashi do jej pleców. - Dziękuję Za przydatną chwilę odmiany, dodał w myślach, kiedy zniknęła. I za parę intrygujących tropów. Zaczął je rozważać, siedząc niemal bez ruchu za biurkiem. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Nawet gdyby lista podejrzanych o przedwczesne odesłanie Godsena w zaświaty ograniczała się wyłącznie do osób pośrednio lub bezpośrednio powiązanych z produkcją i transportem czipów SOD-CMOS. Jeśli dopisać do niej wszystkich tych, którzy mogli posłużyć się w RZZK autorytetem Holta Easnera, perspektywy stawały się wręcz przerażająco mizerne. Hashi jednak nie czuł beznadziei ani przerażenia. Z jego doświadczenia wynikało, że tego rodzaju listy skracają się w zasadzie same. Każdy kolejny fakt, na jaki natrafi Lane Harbinger, czy ochrona WO, zawęzi liczbę podejrzanych. Nie, poświęcił myśli czemuś innemu. W jaki sposób, zastanawiał się, zareaguje Smok na prowokacyjną informację, że Nick Succorso przywiózł ze Stacji Atestującej jakiś ładunek, tudzież łup? Hashi nie miał pojęcia, co to może być, ale był w stanie wstępnie ocenić jego wartość. Musiało to być coś na tyle cennego, by Faktura i Amnion chcieli się o to bić; tak ważnego, że kapitan Succorso był gotów sprzedać członka swej załogi, by to odkupić. Na tyle istotnego, że ktoś zaryzykował wykradzenie

przedmiotu z rąk tak niebezpiecznych przeciwników. Smok, zdecydował Hashi, zechce zdobyć ten ładunek dla siebie. Wskazówki i możliwości. Potrzebował czegoś więcej. „Kaze są tacy zabawni, nie sądzisz?”. „Jeśli zdołasz ją zdobyć, bydlaku, możesz ją sobie zatrzymać. Zasługujesz na nią”. O czym ten zły, niegodny Succorso mówił? Przez chwilę wsłuchał się w podświadomość, szukając w niej odpowiedzi. Intuicja nie była jednak jeszcze gotowa, by przemówić. Być może brakowało jej danych. Spojrzał na chronometr, rozważył zagrożenia płynące ze skontaktowania się z Wardenem Diosem i stwierdzenia: „Otrzymałem pewne informacje dotyczące wydarzeń na Thanatos Minor, ale uznałem, że nie przedstawię ci ich od razu”. Wreszcie wzruszył ramionami. Niektórych wydarzeń nie wolno przyśpieszać. Gwiżdżąc fałszywie przez zęby, znów uruchomił interkom i wezwał kolejną osobę. Tym razem był mniej stanowczy, bardziej subtelny. Chciał porozmawiać z Koiną Hannish, lecz nie zamierzał naruszyć zasad ich znajomości. Polecił więc technikowi nadać rutynowy strumień danych do Protokołu z wiadomością o temacie, który zwróci jej uwagę, ponieważ zawierał umówioną wcześniej kombinację słów. Potem czekał. Niestety, czekanie nie pozwalało mu rozproszyć myśli. „Zasługujesz na nią?” - powtarzał w duchu. Czy Nickowi mogło chodzić o Mornę Hyland? Jak to możliwe? Przecież Warden Dios wyraźnie odmówił - mimo głośnych protestów Min Donner i Godsena Frika - wpisania do programu Joshui jakichkolwiek prób ratowania tej kobiety. Cokolwiek Joshua zrobił z Thanatos Minor - i, nieprzypadkowo, Nickowi Succorso - jego działania nie mogły mieć na celu zapewnienia przeżycia podporucznik Hyland. A zatem kobieta już nie żyła. Nie znajdowała się na pokładzie Fanfary, a jedynie Fanfara mogła mieć nadzieję na ucieczkę ze zniszczonej Fakturamy. Wnikało z tego niechybnie, że Morna Hyland jest elementem nieistotnym. A mimo to, dyrektor Gromadzenia Danych stwierdził, że nie może