wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 001 032
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 438 138

Steve Mosby - Ciemnia

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Steve Mosby - Ciemnia.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 19 osób, 29 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 182 stron)

Steve Mosby

Ciemnia CZĘŚĆ PIERWSZA Chcemy tylko wiedzieć, co się dokładnie stało - mówi policjant. Siedzący przed nim chłopiec milczy. Uporczywie wpatruje się w swoje dłonie i bawi się palcami. Ma osiem lat, ale gdy tak siedzi pośrodku dużej czerwonej sofy, wygląda na znacznie młodszego. Zresztą w tym miejscu wszystkie dzieci wyglądają na młodsze, niż są w rzeczywistości. To „przyjazny pokój przesłuchań”, urządzony tak, by przypominał bardziej domowy salon niż policyjne biuro. Pod jedną ze ścian stoją pudełka z pluszowymi zabawkami, na stole leży sterta wygniecionych komiksów. Jak dotąd ani jedne, ani drugie nie wzbudziły zainteresowania chłopca. Dzieciak jest ubrany w wytartą błękitną piżamę, a jego ręce i nogi przypominają patyki. Włosy aż proszą się o wizytę u fryzjera: za długa grzywka i sterczące sztywne loki z tyłu głowy sięgające aż do ramion. Gdy posterunkowy przygląda się twarzy chłopca, napotyka jedynie pustkę, tak jakby wydarzenia minionej nocy pozbawiły go wszelkich emocji. Jego milczenie, jego beznamiętność wiszą w powietrzu niczym brutalne uderzenia. Ten chłopiec wiele przeszedł. - Czy możesz nam opowiedzieć, jak to było? Znów cisza. Policjant zerka na psycholog z opieki społecznej, jedyną, oprócz niego dorosłą osobę w pokoju. Kobieta sprawia wrażenie profesjonalistki. Jest ubrana w szarą garsonkę, ma włosy związane w koński ogon, a na nosie okulary. Nie jest w stanie pomóc policjantowi. Nagle, nie podnosząc wzroku, chłopiec pyta: - Gdzie jest John? Mężczyzna pochyla się w jego stronę. - Twój brat? Też jest tutaj. - Chcę się z nim zobaczyć. - Na razie nie jest to możliwe. Chłopiec nadal wpatruje się w stół, ale policjant dostrzega grymas przebiegający p o jego twarzy. Gdzieś w środku odzywają się w nim ojcowskie uczucia. Chciałby pomóc temu dziecku, ale nie może pozwolić mu na spotkanie z bratem. Drugi chłopiec - dwa lata starszy - przebywa w pokoju na dole. Już go przesłuchano, a w kolejnych dniach odbędą się dalsze rozmowy. Funkcjonariusz zmienia pozycję na krześle. - Chcielibyśmy usłyszeć twoją wersję wydarzeń - nalega. Jego słowa brzmią bardzo oficjalnie - zbyt oficjalnie jak na siedzące przed nim dziecko. Mężczyzna przypomina sobie to, co powiedziała mu pracownica opieki społecznej przed rozpoczęciem przesłuchania. - Spróbuj opowiedzieć mi to tak, jakbyś wymyślał jakąś historię - usiłuje zmienić ton. - Tak, jakby to nie zdarzyło się naprawdę. Ramiona chłopca zapadają się nieznacznie. „On jest niedożywiony”, przebiega przez myśl policjantowi. „Zaniedbany”. No ale przecież widział, w jakim stanie znajdował się jego dom, gdy go znaleziono, i zdawał sobie sprawę, że koszmar, przez jaki przeszedł ten dzieciak, nie zaczął się dziś w nocy. Musiał trwać od dawna. Chłopiec zbiera się w sobie. Po dłuższej chwili unosi głowę i patrzy policjantowi prosto w oczy. W jego spojrzeniu jest coś hipnotyzującego. Jego oczy wcale nie są takie puste. Przez ułamek sekundy mężczyzna ma wrażenie, że patrzy na kogoś - lub na coś - znacznie starszego. I nawet kiedy chłopiec zaczyna opowiadać: - Było już późno. Jakoś po północy… …policjant nie jest w stanie całkowicie pozbyć się tego wrażenia. Słuchając relacji chłopca z minionej nocy, mimowolnie dotyka krzyżyka na swojej szyi i stara się sobie przypomnieć, jak straszliwych rzeczy doświadczyło to dziecko. A jednak ziarno niepewności pozostaje.

„To nic”, myśli mężczyzna. „Ten chłopiec po prostu wiele przeszedł”. Być może.None. DZIEŃ PIERWSZY Wszystko zaczęło się od Krat. Tak nazywamy pasmo osiedli mieszkaniowych położone na północnym brzegu rzeki Kell, wijącej się przez cen-t rum miasta. To nasz lokalny odpowiednik getta. Ulice w tym miejscu przecinają się pod kątem prostym; wzdłuż nich ciągną się identyczne betonowe bloki. Większość budynków na wysokości parteru jest „ozdobiona” wschodnioeuropejskim graffiti; u góry, n a balkonach, powiewają patchworkowe rzędy prania niczym egzotyczne flagi. Każdy z sześciopiętrowych bloków jest otoczony niewielkim trawnikiem - symboliczny ukłon w stronę naturalnej zieleni, który n i e jest jednak w stanie złagodzić topornej anonimowości otaczającego go blokowiska. Z góry, z okien samolotu, m a s i ę wrażenie, ż e ktoś ułożył n a ziemi niekończące s i ę kolumny kamiennych hieroglifów - albo że rzeka cofa górną wargę, ukazując niebu szare kły. Miałem włączoną nawigację satelitarną i pulsująca niebieska strzałka poinformowała mnie, że jestem prawie na miejscu. Zresztą było to i tak dość oczywiste, jeśli nie ze względu na kordon policji blokujący ulicę, to chociażby na kobiece krzyki, które słychać było już przecznicę wcześniej. Był piątek rano, godzina 10.30. Dzień był ciepły, więc jechałem z opuszczoną szybą. Rękawy koszuli miałem podwinięte, a słońce przyjemnie grzało mnie w ramię. Za kordonem dostrzegłem zaparkowane trzy karetki i cztery radiowozy; niebieskie światło na stojącym najbliżej samochodzie błyskało niemrawo w jasnych promieniach słońca. Po obydwu stro-nach jezdni ustawili się policjanci w mundurach prewencyjnych, rozdzielając ciekawskich mieszkańców z pobliskich bloków, tak aby uniemożliwić im wzajemne zniekształcanie i ubarwianie relacji. Zatrzymałem samochód przed taśmą zabezpieczającą ulicę. Zatrzasnąłem drzwi, a głuchy odgłos zamka rozniósł się echem po okolicy. Powietrze przecinały krzyki: upiorny wrzask docho-dzący gdzieś z drugiego piętra bloku. Krzyk rozpaczy - zapewne matka ofiary. W ciepłym blasku słońca jej głos raził szczególnie mocno. To dziwne, ale jesteśmy bardziej zszokowani, gdy coś strasznego dzieje się w dzień, a nie w nocy. - Detektyw Hicks. - Mignąłem legitymacją przed policjantem z kordonu, który skinął głową i uniósł taśmę. - Wszystko pod kontrolą? - zapytałem. - Tak jest, sir. Detektyw Fellowes jest tam. - Dziękuję. Detektyw Fellowes - Laura, moja partnerka - stała pod blokiem numer osiem. Otaczało ją kilku policjantów, a ona gestykulowała żywo, rozsyłając ich do najróżniejszych zadań. W zwykłych okolicznościach na miejsce zbrodni przyjechalibyśmy razem, ale teoretycznie ten ranek miałem wolny, żeby pójść razem z Rachel na wizytę u naszej położnej. Laura przyzywała mnie pagerem, gdy byliśmy w gabinecie. Wizyta akurat dobiegała końca, a Rachel z wysiłkiem zsuwała się z leżanki, wycierając z brzucha żel, gdy nagle poczułem przy biodrze znajome wibrowanie. Od razu wiedziałem, że to coś poważnego, bo Laura rzadko niepokoiła mnie w czasie wolnym. Ale też miałem prawo być przeczulony, zważywszy na to, gdzie się znajdowałem. Każda czynność wiążąca się z ciążą Rachel budziła mój niepokój. Za każdym razem, gdy myślałem o naszym dziecku, świat wydawał mi się nagle przerażająco niestabilny, tak jakby w każdej chwili mogło stać się coś złego. Podszedłem do Laury w chwili, gdy policjanci ruszali do przydzielonych im zadań. - Dzień doberek! - przywitałem się radośnie. - Hicks. Moja partnerka ubrana była w ciemny garnitur i miała jasno-brązowe, sięgające d o ramion włosy. Przeczesała je dłonią wyraźnie rozgorączkowana i podenerwowana, a one posłusznie opadły z powrotem na miejsce. Co rano Laura poświęcała wiele czasu, aby ułożyć j e w ten właśnie sposób, dzięki czemu nawet nieuniknione w naszym zawodzie chwytanie się za głowę i szarpanie za włosy nie było w stanie znacząco naruszyć jej fryzury. Mieliśmy ten sam kolor włosów, identyczne pasmo piegów na nosie i policzkach, a ponieważ oboje

byliśmy po trzydziestce, ludzie często brali nas za rodzeństwo. Laurę potwornie to irytowało. Zbyt dobrze znała moje wady. - Sorry, że popsułam ci poranek. - Spoko. Dobra wymówka, żeby stamtąd uciec. Tym komentarzem zarobiłem sobie jej pełne dezaprobaty spojrzenie. Laura przekonywała mnie przez osiem miesięcy ciąży Rachel, że fakt, iż zostanę ojcem, przysłuży się wszystkim. Nigdy nie udało się jej mnie przekonać do swoich racji, ale nauczyłem się ją ugłaskiwać. - Wiem, że wcale tak nie myślisz - powiedziała. - To prawda. – A jak USG? - Wszystko w porządku. - Super. Wskazałem głową na budynek, z którego nadal dobiegały kobiece krzyki. - Zakładam, że jest z nią jakiś’ lekarz? - Tak. Cholera. Mam nadzieję, że prochy zaczną zaraz działać, bo można od tego oszaleć. No i ona jest w podeszłym wieku, a przy tym potwornie roztrzęsiona. Zresztą to zrozumiałe, zważywszy na to, w jakim stanie znalazła swoją córkę. - Właśnie. Jeszcze nam liczba ciał wzrośnie do dwóch. Kolejne karcące spojrzenie. - Akurat kiepski dowcip, Hicks. Laura przeważnie tolerowała m ó j nonszalancki sposób bycia, nawet jeśli n i e podzielała mojego poczucia humoru. Ale najwyraźniej to nie był jeden z tych dni. - Przepraszam - powiedziałem. - Co tu mamy? - Ofiara to trzydziestodwuletnia kobieta, Vicki Gibson. A przynajmniej tak nam się wydaje. Fellowes wskazała palcem na frontową ścianę boku. Wzdłuż chodnika biegł niewielki żywopłot, który oddzielał ulicę od miniaturowego trawnika i wznoszącego się za nim budynku. Na trawniku technicy zdążyli już rozstawić wokół ciała biały namiot. - „Tak nam się wydaje”? - Nie mamy jeszcze oficjalnej identyfikacji zwłok. Matka, Carla Gibson, rozpoznała ubranie córki, no ale poza tym ciężko cokolwiek powiedzieć. Czyli paskudna sprawa. - Aha. Czy to właśnie Carlę Gibson słyszę tam w górze? - Yhm. Mieszkają we dwie na trzecim piętrze. Carla wcześnie kładzie się spać i wcześnie wstaje. Budzi się razem z ptakami -codziennie o czwartej. Dziś zauważyła, ż e córki nie m a w domu, więc wyjrzała przez balkon, na zewnątrz, i - w zasadzie przypadkiem - zauważyła jej ciało. Zerknąłem w stronę trzeciego piętra, n a betonowy balkon. Brutalne zrządzenie losu: balkon Carli Gibson wychodził prosto na trawnik, na którym wciąż leżała jej córka. Czy zabójca celowo porzucił ciało właśnie w tym miejscu? - A gdzie ofiara była wcześniej? Laura ruszyła wzdłuż ulicy, po drodze zdając relację. - Vicki Gibson pracowała na kilku etatach. Wczoraj miała zmianę w pralni Butlera. To kilka przecznic stąd. - Fellowes wskazała ręką w bliżej niesprecyzowanym kierunku. - Zmiana kończyła się o drugiej nad ranem. Gibson została zamordowana gdzieś między godziną drugą a czwartą, prawdopodobnie bliżej drugiej. - Jakieś kamery? - zapytałem. - Chodzi mi o pralnię. - Żartujesz chyba. Ale na zmianie była jeszcze jedna dziewczyna. Mówi, ż e Vicki została do końca zmiany. Może kłamie, ale nie sądzę. Gibson nie było stać na samochód. Co noc wracała do domu piechotą. Wygląda na to, że napastnik dopadł ją właśnie wtedy. Zatrzymaliśmy się na chodniku, na wysokości namiotu. Żywopłot miał około półtora metra wysokości i widoczną dziurę w liściach mniej więcej na linii leżącego ciała. - No więc dopadł ją na chodniku i przeciągnął przez żywopłot - oświadczyłem. - Albo czekał za żywopłotem i przeciągnął ją na swoją stronę.

- Za wcześnie, żeby cokolwiek stwierdzić. Ostatnie zdanie Laura wypowiedziała z naciskiem, wiedząc, ż e lubię wyciągać pochopne wnioski, opierając się na statystykach i prawdopodobieństwie. Uważała to za jedną z moich wad, choć oboje wiedzieliśmy, że nie jest to do końca sprawiedliwa ocena, gdyż większość moich przypuszczeń zwykle okazywała się trafna. Zresztą nie mogłem nic na to poradzić. Gdy szliśmy ulicą w kierunku głównego wejścia do bloku, cały czas analizowałem w myślach zgromadzone dotąd informacje, składając j e w całość, podświadomie tworząc kilka wersji wydarzeń. Kraty to skupisko biedoty. W samym ich sercu mieszkają głównie imigranci, wielu przebywa tu nielegalnie. Ulice w tym miejscu są mozaiką najróżniejszych języków i kultur: zamknięte społeczności, miasta w mieście. Gdy patrzysz w górę, nie jesteś w stanie stwierdzić, ile osób tak naprawdę tłoczy się w tych blokach. Graffiti jest głównie dziełem dzieci drugiego pokolenia imi-grantów, które wbijają flagi w ziemię i znaczą swoje terytorium, starając s i ę nadać swojemu otoczeniu jakieś znaczenie. Wielu mieszkańców Krat nigdy nie wypuszcza się poza granice swojego osiedla, a co dopiero dzielnicy. Teraz jednak nie znajdowaliśmy się w centrum, ale na obrzeżu blokowiska. Budynki może i wyglądały podobnie, ale w tym miejscu, bliżej rzeki, mieszkania były nieco droższe. Mieszkają tu między innymi studenci, którzy, pomimo mniej komfortowych warunków, doceniają fakt, iż koszty zakwaterowania są niższe ni ż n a południowym brzegu rzeki, bliżej campusu uczelni. Osoba w rodzaju Vicki Gibbson, podejmująca się każdego zajęcia, aby zapewnić dach nad głową i środki do życia sobie i matce, była tu szanowaną kobietą pracy. Dlaczego ktoś chciałby j ą zabić? Jedną z opcji był rozbój. Motyw n a tle seksualnym? Nieco mniej prawdopodobny ze względu na ryzyko świadków, ale nie do wykluczenia. „Za wcześnie, żeby cokolwiek stwierdzić. Trawnik wokół bloku był wyjątkowo zadbany. Uniosłem połę namiotu akurat w chwili, gdy powietrze przeciął flesz aparatu: w środku, pochylony technik kryminalistyczny fotografował leżącą w cieniu ofiarę. Zawahałem się. Tylko przez ułamek sekundy. Vicki Gibson leżała na plecach. Prawą nogę miała podwiniętą, lak że stopa schowana była pod kolanem drugiej nogi. Czerwone szpilki leżały przewrócone w trawie. Wciąż miała na sobie czerwoną spódnicę, czarną bluzkę i puszysty brązowy płaszcz, który w półmroku wyglądał jak pokryty rdzą. Ramiona kobiety były rozrzucone n a boki. Miała długie włosy, a falujące czarne kosmyki wiły się w trawie, tak jakby Vicki leżała w płytkiej kałuży wody. W miejscu twarzy nie miała już nic wartego omówienia. Faktycznie paskudna sprawa. - No więc - zwróciłem się do Laury - miałaś rację. Nadal jednak rejestrowałem kolejne detale - czerwoną torebkę opartą o ciało, której pasek leżał zwinięty w trawie. A więc nie rozbój. Ubrania też wydawały się nietknięte. To pozostawiało tylko jedną, oczywistą opcję. - Andy! - Obok ciała stał Simon Duncan, technik kryminalistyczny współpracujący z naszym wydziałem. Skinął do mnie głową na powitanie. - Dobrze, że już dotarłeś. - Cała przyjemność po mojej stronie. Simon był wysoki, niemal łysy i miał posturę kulturysty. Obok niego stał policyjny patolog Chris Dale, który nawet w najweselsze dni wyglądał śmiertelnie poważnie, a teraz, kucając obok naszej ofiary, przybrał wyraz twarzy jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Zerknął w moim kierunku, dając znać, że odnotował moje przybycie, a potem znów odwrócił wzrok. - Wiem, że to dopiero początek imprezy - powiedziałem. - Ale czy mamy jakieś konkrety? Simon uniósł jedną brew. - Znaczy, że jeszcze tego nie rozwikłałeś? Zaskakujesz mnie, Andrew! Sądziłem, że już ścigasz zabójcę. - Mam pewne pomysły - odparłem wymijająco, - Może zobaczmy, czy jesteś w stanie mnie czymś zaskoczyć, co?

Simon odsunął się n a bok, pozwalając technikowi zrobić zdjęcie głowy. Dzięki temu my również mogliśmy lepiej przyjrzeć się ciału. Naprawdę ciężko tu było mówić o „głowie”. - Jeden dość oczywisty uraz - zaczął Simon, podczas gdy w tle błyskały flesze - a raczej kilka urazów w jednym miejscu. Na chwilę obecną nie stwierdziliśmy żadnych innych obrażeń. Nie czekając na wyniki sekcji zwłok, możemy chyba założyć, że przyczyną zgonu był uraz głowy. Nie zaprzeczyłem. Napastnik zadał ofierze tak silne ciosy w twarz i głowę, że w zasadzie uniemożliwił jej rozpoznanie. „Nawet kartoteki dentystyczne n a niewiele s i ę zdadzą”, pomyślałem, starając się fachowo ocenić obrażenia. Przednia część czaszki została wgnieciona d o środka. Ocalała szyja i włosy. Wszystko pomiędzy przestało istnieć. - Żadnych obrażeń obronnych? Simon pokręcił przecząco głową. - Wygląda na to, ż e już pierwsze uderzenie j ą ogłuszyło. Następnie napastnik przeciągnął ją przez żywopłot. Albo może siła ciosu wyrzuciła ją w tym kierunku. - Za wcześnie, żeby to stwierdzić - podpowiedziałem. - Dokładnie. Tak czy inaczej, zadawał jej liczne ciosy, wiele z nich także długo po śmierci. Jak widzisz, uszkodzeniu uległa cała przednia część czaszki. Tak, widziałem to aż zbyt wyraźnie. Ukucnąłem i przyjrzałem się dłoniom ofiary. - Gwałt? - Na tym etapie nic na to nie wskazuje. - Rozbój też nie. - Karty kredytowe i gotówka są nadal w torebce. - Simon znów uniósł brew. - Jak dotąd niczym cię nie zszokowałem, co? - Tego ci jeszcze nie powiem. Narzędzie zbrodni? Simon potrząsnął głową. - Na razie trudno cokolwiek powiedzieć, zresztą być może d o końca nie będziemy mieć absolutnej pewności. Niczego nie znaleźliśmy, więc mogę sobie tylko wyobrazić, że było to coś małego i twardego. Młotek, rurka. Może kamień. Coś, co można dobrze chwycić w rękę. Pokiwałem głową. Narzędzie zbrodni musiało być niezwykle twarde, aby umożliwić zadanie tak poważnych obrażeń, ale też odpowiednio lekkie, aby po fakcie zabójca mógł zabrać je ze sobą; coś o sile rażenia głazu, ale o znacznie mniejszej wadze. Ciężki kamień byłby w stanie spowodować tak rozległe obrażenia p o jednym, dwóch ciosach. Narzędzie typu młotek wymagało o d sprawcy znacznie więcej czasu i wysiłku; wielu, bardzo wielu uderzeń. Ale to oznaczało również, że prawdopodobnie nie była to zbrodnia popełniona pod wpływem impulsu. Sprawca mógł przynieść narzędzie zbrodni ze sobą, a następnie zabrać je z powrotem. Dodatkowo ten stopień okrucieństwa sugerował jakiś motyw osobisty. Nie była to reguła, ale często się sprawdzała. - No dalej, Sherlocku Hicksie! Przedstaw nam swoje hipotezy. Wstałem z miejsca. — Były mąż - powiedziałem, ale zaraz się poprawiłem. - Znaczy, były partner. Kiedyś nosiła n a palcu pierścionek, ale jakiś czas temu go zdjęła. Możliwe, że był to pierścionek zaręczynowy. — Nigdy nie była mężatką. - Laura pochyliła głowę. - Chłopaki z IT przeszukują jej akta, więc jeśli wnosiła jakieś pozwy albo wnioski o zakaz zbliżania się, wkrótce się dowiemy. — Na pewno wnosiła - powiedziałem. Zabrzmi to dziwnie, ale zrobiło mi się trochę lżej na sercu. To była straszliwa zbrodnia, ale byłem już pewien, że będzie można ją wyjaśnić. Zresztą wszystkie przestępstwa są wytłumaczalne.

Nie twierdzę, że ich wyjaśnienie jest zawsze zadowalające czy racjonalne, ale zawsze można znaleźć dla nich jakiś powód, a dla sprawcy jego czyn ma zawsze sens. Prawda jest taka, że większość zbrodni wpisuje się w statystyczne schematy. Przykładowo większość kobiet, które padają ofiarą zabójstwa, zostaje zabita przez kogoś, kogo znały, zwykle swojego aktualnego lub niedawnego partnera. Każdego tygodnia, w całym kraju, przynajmniej dwie kobiety giną z rąk kogoś, kto i rzekomo kocha lub twierdził, że kocha, lub kto według nich innych powinien je kochać. Dlatego też, po wykluczeniu rozboju i napaści na tle seksualnym, oczywistym wytłumaczeniem w tym przypadku jest były partner. Większość przestępstw związanych z przemocą w rodzinie popełniana jest za zamkniętymi drzwiami, ale ten przypadek był wystarczająco bliski schematowi: ktoś wiedział, gdzie i kiedy zastanie swoją ofiarę samą. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że moją tezę potwierdza dodatki iwo fakt, iż w wieku trzydziestu dwóch lat Vicki Gibson wciąż mieszkała z matką. Byłem przekonany, że już wkrótce nasi informatycy - jeśli nie sama Carla Gibson - podadzą nam nazwisko tego mężczyzny. Prawdopodobnie w przeszłości Vicky albo matka dzwoniły na policję w jego sprawie, bo takie rzeczy rzadko zdarzają się zupełnie niezapowiedziane. Były chłopak Gibson ma zapewne n a swoim koncie już jakieś zarzuty. Niechęć i urażona duma w jego przypadku przybrały znacznie agresywniejszą formę. Analizując wcześniejsze zabójstwa tego typu, które miałem okazję rozwiązywać, mogłem niemal wyobrazić sobie tego drania. Gdy przyjdziemy go aresztować, prawdopodobnie będzie wciąż obwiniał tę biedną dziewczynę za to, co się stało. Wciąż przekonany, że to ona uruchomiła tę machinę i że w jakiś sposób jest sama sobie winna. - Zobaczymy - skwitowała mój wywód Laura. - Zobaczymy. Byłem pewien swojej hipotezy. To było podręcznikowe zabójstwo sypialniane - tak określałem tego typu zbrodnie w swojej własnej klasyfikacji. Odrażające i haniebne, ale zrozumiałe i pro-wadzące do szybkiego finału śledztwa. Nie było innego wyjścia.

2. Kiedy się obudziłam, nie było jej w domu - powiedziała Carla Gibson. - Tak - odparła łagodnie Laura. - Wiem. Mieszkanie dzielone przez dwa pokolenia rodziny Gibsonów - w każdym razie do dzisiejszego poranka - było tak małe, ż e choć znajdowaliśmy się w ni m jedynie w e trójkę, wydawało s i ę być straszliwie zatłoczone. Znajdowaliśmy się w pierwszym pokoju, który pełnił również funkcję kuchni. Po d jedną ze ścian urządzono rodzaj aneksu kuchennego; jego granicą była p o prostu krawędź wytartego dywanu, za którym zaczynała się poczerniała podłoga dochodząca do podstawy kuchennego blatu. Stałem oparty o ścianę, obok zardzewiałego grzejnika i gołych rur wychodzących z sufitu i znikających ponownie w brudnych otworach podłogi. Laura siedziała naprzeciwko pa ni Gibson n a chybotliwym drewnianym taborecie. Podobnie jak większość mebli w mieszkaniu krzesło było rozklekotane i tandetne: kilka kawałków lichego drewna przytrzymywanych razem przez cztery metalowe śrubki i pobożne życzenie siadającego. Laura usiadła na nim ostrożnie, martwiąc się, że krzesło nie wytrzyma jej ciężaru. - Przeszłam przez pokój na palcach, żeby zrobić sobie herbaty. Zawsze chodzę na palcach. Wie pani, ona pracuje tak ciężko, więc nie chciałam jej obudzić. Ale córki nie było. - Wiemy, proszę pani. Bardzo nam przykro. Po wykonanym przez pielęgniarkę zastrzyku uspokajającym kobieta wyglądała na spokojną, ale były to tylko pozory - wyglądała wciąż na załamaną i roztrzęsioną. Rzadko patrzyła nam w oczy. Zamiast tego wpatrywała s i ę gdzieś przed siebie, koncentrując wzrok n a niewidocznym dl a nas punkcie za obskurnymi ścianami bloku. Lekarstwo jedynie przytłumiło jej cierpienie. Było widać, że kobieta m a z a sobą wiele godzin rozpaczliwego szlochu, a teraz jedynie stara się odsunąć od siebie moment, w którym znów będzie musiała zmierzyć się z okrutną prawdą. Oprócz pokoju dziennego mieszkanie składało się jeszcze z łazienki i sypialni, która należała do Carli. Vicki sypiała w pierwszym pomieszczeniu, na kanapie. Jej siedzisko było zapadnięte niemal do samej podłogi, ale ładnie pościelone i przygotowane d o snu. N a kanapie leżały schludnie ułożone koce i poduszki przykryte patchworkową kołdrą, którą, jak podejrzewałem, Carla uszyła samodzielnie. To był bolesny widok. Wizualne przypomnienie faktu, ż e pomimo skrajnej nędzy obydwie kobiety starały się wieść jak najlepsze życie. Vicki pracowała do późna, a czasami też przez całą noc, sprzątając biura przed wieczorną zmianą w pralni. Każdego wieczoru Carla ścieliła córce kanapę; każdego ranka zwijała koce i kołdrę, a prowizoryczna druga sypialnia z powrotem zamieniała się w chwilowy salon. Każdego ranka, z wyjątkiem dzisiejszego. Dochodziliśmy do sedna opowieści. - I wtedy wyjrzałam przez balkon - powiedziała Carla. -I zobaczyłam ją tam… - O tym nie musi pani opowiadać - przerwała jej pośpiesznie Laura. - Nie… Nie. - Pomówmy o innych kwestiach. - Dobrze. Wiedziałem, że moja partnerka próbuje odwrócić uwagę kobiety od faktu, iż jej córka wciąż leży przed blokiem. Ciało będziemy mogli przewieźć dopiero z a kilka godzin, c o z e względu na konieczność zapanowania nad okolicznymi mieszkańcami będzie logistycznym koszmarem. Po skończonej rozmowie planowałem przysłać do Carli jakąś empatyczną policjantkę, która przekona ją, aby nie wyglądała przez balkon. Widok namiotu na dole nie byłby wprawdzie tak szokujący, jak to, co kobieta ujrzała w tym miejscu z samego rana, ale wrażenie byłoby równie silne. - Dobrze - odezwała się znów Laura. - Pomówmy zatem o Tomie Gregorym. - O Tomie?… Carla przez chwilę wpatrywała się w moją partnerkę zdumiona. - O byłym partnerze Vicki.

- Wiem, o kogo chodzi, ale co on ma z tym wszystkim wspólnego? - Cóż - kontynuowała Fellowes - z tego, co mi wiadomo, ich związek był dość burzliwy. - Nic nie wiem na ten temat. Skrzyżowałem ręce na piersi, wciąż nie odzywając się ani słowem, gdyż określenie „burzliwy” było eufemizmem. P o oględzinach ciała otrzymaliśmy z działu I T odpowiednie akta, a moje przeczucia okazały się bliskie prawdy. Przemoc w pożyciu tej pary nie była tak powszechna, jak sobie wyobrażałem, ale tak naprawdę oznaczało to jedynie, że nie wiedziała o niej policja. Dynamika władzy i groźby, które zwykle towarzyszą przemocy domowej, to dwie zupełnie różne rzeczy. Każdej odnotowanej przez policję kumulacji przemocy towarzyszy zwykle szereg innych, mniej drastycznych incydentów. Z całą pewnością wiedzieliśmy jednak, że Vicki Gibson trzykrotnie zgłaszała policji incydenty z udziałem Toma Gregory’ego. Dwa z nich miały miejsce, gdy jeszcze byli razem; trzeci - sześć miesięcy temu, już po ich rozstaniu. Pijany Gregory pojawił się w pralni i musiał zostać obezwładniony przez kilku klientów. Z jakichś powodów wszystkie trzy dochodzenia umorzono, zanim Vicki wniosła zarzuty. Sprawy z zakresu przemocy domowej łatwo wymykają się policji z rąk. Czasami winne są organy ścigania, częściej jednak same ofiary nie chcą podtrzymywać swoich oskarżeń. Przy bardzo wielu sprawach żałowałem, że nie mogłem powziąć bardziej radykalnych środków. W zasadzie takich historii było więcej, niż byłem gotów przyznać. - Córka nigdy o tym nie wspominała? - zdziwiła się Laura. - Nie. - Carla zmarszczyła brwi. - Zresztą nie zrobiłaby tego. To taka silna dziewczyna, wie pani. Tak się o mnie troszczy, opiekuje się mną. Wiem, że jest jej bardzo ciężko, ale jest taką dobrą córką. - Rozumiem. - Nawet jeśli moja partnerka zauważyła, że Carla wciąż używa czasu teraźniejszego, to postanowiła nie zwracać n a t o uwagi. Słuszna decyzja. - Cz y kiedykolwiek poznała go pani? Pana Gregory’ego? - Nie. Wiem, że przez jakiś czas byli parą, ale to było, zanim wprowadziła się z powrotem do domu. Do domu. Znów rozejrzałem się po mieszkaniu. Peter Gibson - ojciec Vicki - zmarł rok wcześniej. Rodzice dziewczyny mieszkali tu od wielu lat. Córka Carli urodziła się tutaj. Wyobraziłem sobie, jak raczkowała po tej podłodze, w pokoju, w którym cienka boazeria z ledwością tłumiła odgłosy telewizora sąsiadów. Może i złe miejsce, ale dobra rodzina. Czasami to wystarcza - przeważnie jednak nie. Vicki chciała się usamodzielnić, zrobiła wszystko, c o s i ę dało, a l e ostatecznie musiała wrócić tam, skąd przyszła. To frazes, ale jakże prawdziwy: to, gdzie ludzie skończą, w dużym stopniu zależy od tego, gdzie zaczynali. - Kiedy się rozstali, mówiłam jej, żeby się tym nie przejmowała - opowiadała dalej Carla. - To się zdarza, prawda? To przykre, ale życie toczy się dalej. - Cieszyła się pani z powrotu córki, prawda? - Tak. - Twarz kobiety nieznacznie się rozjaśniła. - To przecież taka dobra dziewczyna. - Czy Vicki nigdy nie mówiła pani, dlaczego zerwali? - Nie. Ale to na pewno nie była jej wina. To dziewczyna jak marzenie. Jest pan żonaty, panie detektywie? Ostatnie pytanie, z nutką nadziei w głosie, Carla skierowała do mnie. Czułem się skrępowany i było mi jej żal. -Tak. - Szkoda. Vicki to wspaniała dziewczyna. Po raz pierwszy od przyjścia aktywnie włączyłem się do rozmowy. - Czy po ich rozstaniu pan Gregory kiedykolwiek był tutaj? - Nie, nie. - Czy ma pani jakiś kontakt do niego? - Hm. Może. Chyba tak. - Kobieta wstała, chwiejąc się delikatnie. - Vicki mieszkała z nim, zanim

wprowadziła się z powrotem do mnie. Muszę tylko znaleźć swoją książkę adresową. - Nie, nie trzeba. - Wyciągnąłem rękę, zawracając ją. Ten adres już mieliśmy, a nasi ludzie ustalili, że Gregory’ego nie było w domu. - Bardziej zależałoby m i n a jakichś dodatkowych informacjach. Dokąd chodzi, czy zdarza mu się pomieszkiwać u jakichś znajomych albo rodziny? - Nie, w takim razie nic nie wiem. - Kobieta ponownie usiadła. - Nie znałam go za dobrze. Właściwie wcale. - Okej, nic nie szkodzi. W zasadzie i tak nie spodziewałem się dostać odpowiedzi. Z dumy albo ze wstydu Vicki Gibson zataiła przed matką prawdę o przemocy w swoim związku. Sytuacja, w jakiej znalazła się dziewczyna, wcale nie świadczyła o j e j słabości. Ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy i zasługują na nią, zwykle znajdują się już w punkcie, w którym najtrudniej jest o nią poprosić. Nie było to żadne pocieszenie, ale mogliśmy przynajmniej dopilnować, żeby Tom Gregory trafił do więzienia. Myślałem już o kolejnych krokach, kiedy zdałem sobie sprawę, że Carla Gibson patrzy na mnie z desperackim wyrazem twarzy, tak jakby mój tok myślowy był dla niej aż nadto oczywisty - jakbym jedną nogą już stał za drzwiami. Chciałem ją przeprosić, ale ona powiedziała nagle: - Vicki była taka silna! Dopiero po chwili zrozumiałem, że mówi o Gregorym -odwołując się do tej części rozmowy, w której Laura określiła związek Vicki jako „burzliwy”. Staruszka nie chciała uwierzyć, że jej mała córeczka w milczeniu znosiłaby takie upokorzenie. I zrozumiałem, że pomimo wszystkich środków uspokajających Carla Gibson zaczyna przytomnieć. - Była silna - potwierdziłem, patrząc Carli prosto w oczy. A w myślach dodałem: „Złapiemy pana, panie Gregory”.

3. Schodząc do samochodu, omawialiśmy z Fellowes rozmowę z Carla Gibson. -Jesteś absolutnie pewien swojej teorii? - zapytała mnie Laura. - Bardziej niż kiedykolwiek przedtem. A ty nie? Dla mnie sprawa była jasna jak słońce. Ludzi nie zabija się bez powodu; zawsze jest jakaś przyczyna, a w tym przypadku fakty mówiły same za siebie. Jedynym sensownym motywem, jaki zostawał, była zemsta - zbrodnia w afekcie. Tom Gregory miał skłonność do przemocy. Jeśli nie on, to kto? Szanse, że miałem rację, z każdą chwilą rosły. Laura westchnęła ciężko. - Przyznam, że ta wersja jest możliwa. I na razie będziemy na niej bazować. - Będziemy na niej bazować. Jasne. Ocknij się, Lauro. - Zamknij się, Hicks. - Słuchaj, facet ma motyw. Ma okazję. Ma skłonności. I przepadł. - Splotłem place obydwu dłoni, a potem znów je rozłączyłem. - Najpóźniej wieczorem będziemy to już mieli pozszywane w jedną całość. - Z pewnością. - Wyczuwam w tym jakieś „ale”. - Ale… Coś tu nie gra, czuję to. Okej, wiem, że nienawidzisz, kiedy używam słowa „czuć”, ale to prawda. Ty nie czujesz? Czegoś?… - Nie jestem potworem - powiedziałem. - Jezu, Hicks! Wiem, że nie. - Czuję żal z powodu śmierci Vicki Gibson. Niech moja nonszalancja cię nie zwiedzie. Czuję też kurewsko silną niechęć w stosunku do Toma Gregory’ego. I wierz mi, poczuję się znacznie lepiej, kiedy facet będzie siedział za kratkami. - Nie o to mi chodziło. Nie odpowiedziałem. Fellows pracowała ze mną na tyle długo, żeby zwykle traktować to, co mówiłem, za pewnik. A teraz milczałem. Miałem dodać coś w stylu: „Nie, nie wyczuwam niczego dziwnego”, ale z jakiegoś powodu nie zrobiłem tego. Generalnie byłem pewny swojej racji i przekonany, że Gregory jest sprawcą, ale jakaś część mnie rozumiała wahania Laury. Tyle że nie zamierzałem się do tego przyznawać. - Po prostu trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby nienawidzić jej do tego stopnia - dodała Laura. - A ty? Wzruszyłem ramionami. - Operujmy konkretami. Nic nie wiemy o tym gościu. Może jej odejście było dla niego ujmą na honorze. Może nie spodobał mu się fakt, że nie ma nad nią aż takiej władzy, jak mu się wydawało. Wiesz, jacy są niektórzy faceci. - Niestety, wiem. - Niektórzy. - Postawa obronna? - Zawsze. Wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę. Po ciemnej klatce schodowej ostre słońce poraziło mnie, więc zasłoniłem ręką oczy. - O co chodzi? - usłyszałem nagle głos Laury. Opuściłem dłoń i ujrzałem stojącego przed nami policjanta; tego samego, który wpuścił mnie na miejsce zbrodni. Na jego twarzy malowała się mieszanina paniki, ekscytacji i dezorientacji. - Mamy kolejne ciało - powiedział. Gdy jechaliśmy moim samochodem dwie przecznice dalej, wiedzieliśmy jedynie, że drugie ciało należy do mężczyzny. Lubię zabawę w prawdopodobieństwa, zakładałem więc, że należy ono do Toma Gregory’ego. Oboje znaliśmy tego rodzaju scenariusze. Najprawdopodobniej podczas napaści na dziewczynę

Gregory był niepoczytalny, upojony alkoholem albo złością, albo jedno i drugie. W takich sytuacjach zdarzało się, że gdy sprawcy wracała przytomność umysłu - odbierał sobie życie. Może właśnie dlatego nie udało nam się dotąd odnaleźć byłego partnera Vicki. Chwilę później dojechaliśmy do końca Lily Street, która prowadziła do wyboistego parkingu na północnym brzegu rzeki Kell. Przed nami rozciągał się pas wody, szeroki na pięćdziesiąt metrów i skrzący się w promieniach słońca. Koryto było dość rwące - powierzchnia wody marszczyła się i podrygiwała. Na drugim brzegu widniała skulona miejska starówka, stopniowo wznosząca się coraz wyżej w stronę widniejących n a horyzoncie drapaczy chmur. Środkiem rzeki przepływał prom wycieczkowy. Gdy parkowaliśmy, widziałem, jak ludzie na pokładzie odwracają głowy w naszą stronę. Wysiedliśmy z auta. Niezależnie o d pogody, nad brzegiem Kell zawsze czuć było powiew lodowatej bryzy. N a parkingu dostrzegłem dwa inne radiowozy, ale tylko jednego policjanta. Stał n a drugim końcu placu, pilnując schodów prowadzących w dół na starą promenadę. - Hicks. - Pokazałem policjantowi swoją odznakę. - I Fellows. Dokąd? Na dół? - Tak, sir. Schody były stare i zmurszałe; kamienne bloki z innego świata. Nasze miasto miało kilka stuleci, a w tym mniej więcej miejscu znajdował się jego zalążek. Stąd właśnie pierwsze osiedla ludzkie rozrastały się coraz dalej wzdłuż koryta rzeki. Przez długi czas północny brzeg uważany był za zbyt grząski, aby można było g o zabudować, i dopiero pięćdziesiąt l a t temu n a górnej skarpie wybudowano Kraty, wciśnięte pomiędzy wodę a położone dalej na północ tereny przemysłowe i rolnicze. Tutaj czuć było serce miasta. Kamienie i płyty chodnikowe zawsze przypominały mi grobowce w opuszczonych kościołach. - Chryste - skrzywiła się Laura. - Szkoda, że nie wzięłam kurtki. - Na dole wieje trochę mniej. To miejsce często było wykorzystywane jako prowizoryczne schronienie. Schody prowadziły w dół do odludnego kamiennego tarasu, z obydwu stron zakończonego murem. Inne, podobne, były rozmieszczone wzdłuż całego brzegu. Przy każdym znajdowało s i ę kilka starych zbutwiałych ławek. Miejsca te były składowiskami śmieci. Jakimś cudem śpiący tu bezdomni nie umierali z zimna. Pomimo chłodu była t o i tak lepsza miejscówka niż alternatywne lokalizacje - parki, z których mogli zostać wyrzuceni, czy dwie nieczynne stacje metra. Druga ofiara leżała na ostatniej z trzech ławek na tym tarasie. Wokół ciała stało czterech policjantów. Jeden z nich rozmawiał przez krótkofalówkę. G d y podeszliśmy, funkcjonariusze podnieśli głowy z nadzieją w oczach. Byliśmy pierwszymi detektywami na miejscu zbrodni. - Panowie. - Znów mignąłem odznaką. - Pozwólmy temu dżentelmenowi zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Policjanci odsunęli się na bok. - Kurwa! - Hicks! - skarciła mnie Laura. - Przepraszam. To nie był Tom Gregory - oceniłem to po wieku ofiary. Był to jednak mężczyzna, najprawdopodobniej bezdomny. Leżał na plecach pod kilkoma warstwami poplamionych farbą płaszczy, swetrów i spodni. Jedno ramię wystawało na zewnątrz, dłonią opierając się o ziemię. To skóra dłoni zdradziła mi jego wiek - a także cienki wychudzony nadgarstek i popękane żółte paznokcie. Stary człowiek. Ale nic więcej nie byłem w stanie powiedzieć, bo, podobnie jak u Vicki Gibson, ktoś całkowicie zmasakrował mężczyźnie twarz. Nie sposób było odróżnić jego podbródka od czoła. Ukucnąłem z lekkim oporem. Leżące pod ławką foliowe torebki i opakowania po jedzeniu były umazane krwią i kawałkami czaszki, które spadły przez szczelinę w ławce. I co o tym sądzisz? - zapytała Laura cicho. - Sądzę, że gość nie żyje. - Wiesz, o co pytam.

Potrząsnąłem głową, dając jej do zrozumienia, że sam nie wiem, co sądzić. Fellowes chciała wiedzieć, czy moim zdaniem był to ten sam zabójca - i czy był to również Tom Gregory. A ja nie wiedziałem, co sądzić. Wyglądało to na robotę tego samego sprawcy, ale byłem pewien, że to Gregory zamordował Vicki Gibson. Nie mogłem jednak sobie wyobrazić, co mogłoby go skłonić do popełnienia tej drugiej zbrodni. To w ogóle nie miało sensu. „No dalej, Sherlocku”. - Nie wiem. - Wstałem. - Naprawdę nie mam pojęcia.

4. Gregory’ego zgarnęliśmy wczesnym popołudniem. Jak to często w życiu bywa, jego zatrzymanie nie było zasługą a n i godnych podziwu moich detektywistycznych wysiłków, a n i Laury, ani tropiących mężczyznę funkcjonariuszy. Gregory s a m pojawił s i ę przed frontowymi drzwiami swojego domu, nieświadomy niczego, i został aresztowany, gdy akurat sięgał po klucz. Powiedziałem, że tak zwykle bywa, bo tak faktycznie jest. W filmach detektyw trafia na ślad sprawcy dzięki jakiemuś nagłemu olśnieniu, ale rzeczywistość jest znacznie mniej efektowna. Zabójcą jest przeważnie osoba, która jako pierwsza przyszła ci do głowy. W większości pozostałych przypadków do ujęcia bandyty dochodzi dzięki żmudnemu główkowaniu: analizowa-niu danych i eliminowaniu opcji. A jeśli nie sprawdzi się żaden z tych dwóch scenariuszy, to zwykle zabójca sam wpada w ręce policji dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Po prostu pewnego dnia znajdujesz się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Albo, tak jak w przypadku tego śledztwa, podejrzany sam wpada ci w ręce. Takie były moje dotychczasowe doświadczenia. Podczas gdy Tom Gregory jechał na komisariat, Laura i ja siedzieliśmy na piątym piętrze siedziby naszego wydziału na nieoficjalnym spotkaniu z naszym szefem, głównym inspektorem Shaunem Youngiem, omawiając z nim możliwe powiązania pomiędzy obydwoma zabójstwami. Już jedno morderstwo tego typu, jak Vicki Gibson, pogrążyłoby nas po uszy w robocie na dobrych kilka dni, a co dopiero dwa. Normalnie wykręcilibyśmy się od drugiej sprawy, ale ze względu na zakładane - choć n a razie z dużą ostrożnością -powiązania pomiędzy zbrodniami musieliśmy prowadzić łączone dochodzenie. Ale, ale, ale… - Wyczuwam wątpliwości - stwierdził Young. To zdanie było skierowane do mnie. Siedziałem na krześle i miarowo głaskałem piętą puchaty dywan. - Bo mam wątpliwości, sir. Jak zwykle przychodzę do pana z sercem na dłoni. Można we mnie czytać jak w otwartej księdze. - Najwyraźniej. Przy okazji, przestań się garbić. - Tak jest, sir. Udałem, że staram się wykonać polecenie. Young przyzwyczaił się już do mojego stylu bycia. Był w wieku przedemerytalnym, miał umięśnioną sylwetkę i ponurą twarz. Dodatkowo farbował włosy na czarno. Generalnie budził postrach. Ale choć ze wszystkich sił starał się sprawiać wrażenie oschłego i surowego, to jednak lubił moje drobne przejawy niesubordynacji. - Nadal mam wątpliwości, czy te sprawy są powiązane. - Siedząca obok mnie Laura potrząsnęła z niedowierzaniem głową, więc dodałem: - Pomimo widocznej dezaprobaty mojej koleżanki. - To oczywiste, że są powiązane. Nie rozumiem, jakim cudem możesz twierdzić coś innego! — Nie powiedziałem, że nie są, tylko że mam co do tego wątpliwości. — Chryste, czasami bywasz męczący. Zawsze kierujesz się statystykami i prawdopodobieństwem, więc nie rozumiem, dlaczego teraz zdecydowałeś się zarzucić te metody. Jakie jest prawdopodobieństwo, ż e tej samej nocy, w niedalekiej odległości o d siebie, dojdzie do dwóch zabójstw popełnionych przy użyciu tępego narzędzia? — Na chwilę obecną prawdopodobieństwo wynosi jeden. Bo do takiej sytuacji doszło. Zasadniczo nie mówię… — Które byłyby popełnione przez dwóch różnych sprawców? — Posłuchaj. - Nie dawałem się zbić z tropu. - Jak na razie wszystkie dowody w sprawie Gibson wskazują na Toma Gregory’ego. Bez drugiej, wciąż niezidentyfikowanej ofiary, bylibyśmy o tym w stu procentach przekonani. Tak czy nie? — Tak, ale… — Dobrze. Ponieważ jest dużo mniej prawdopodobne, aby Gregory zabił także drugą ofiarę, na tej

podstawie nie łączę tych spraw. — Bo w swoim mniemaniu rozwikłałeś już to pierwsze morderstwo. I absolutnie nie przyjmujesz do wiadomości, że możesz się mylić. — Nie, owszem, mogę się mylić. Ale teza, że Tom Gregory popełnił obydwa te zabójstwa, nie ma żadnego sensu. Że niby co - wciąż kipiał złością, więc postanowił się wyżyć na bezdomnym? A może to była rozgrzewka przed głównym czynem? — Przyjmujesz, że sprawcą był Gregory. — Właściwie t o ni e . Przyjmuję, ż e sprawcą b y ł ktokolwiek. Kiedy mówię „Gregory”, myślę: „ktokolwiek”. Ktokolwiek to był, twoja wersja nie miałaby sensu. Laura westchnęła. - Te rzeczy nie zawsze mają sens, Hicks. - Owszem, mają. - Teraz naprawdę się wyprostowałem. - Uwierz mi. Bo to było ważne. Na jakimś poziomie zbrodnie zawsze mają sens. Prawda jest taka, że ludzie nie chodzą po ulicach, tłukąc kogo popadnie tępymi narzędziami w morderczym szale. Jeśli już chcą kogoś uśmiercić, sięgają po pistolet. A prawdziwi szaleńcy nie poprzestają na jednej ofierze - mordują masowo, aż zostaną schwytani albo zastrzeleni. Tak, Laura miała rację: to byłby cholerny zbieg okoliczności, gdyby dwie różne osoby zginęły w podobny sposób w niewielkim odstępie czasu. Ale wersja alternatywna - że Gregory albo ktokolwiek inny popełnił obydwie te zbrodnie - wydawała mi się jeszcze mniej prawdopodobna. Więc w oparciu o rachunek prawdopodobieństwa postanowiłem podejść do sprawy rozumowo, a nie intuicyjnie. Co nie znaczy, że moja teoria nie była naciągana. Young siedział nieruchomo. Poruszały się tylko jego gałki oczne, spoglądając raz na mnie, raz na Laurę, jak podczas meczu tenisa. Pochylił się do przodu i oparł łokcie o biurko, splatając palce pod brodą. W każdej chwili gotowy wtrącić swoje zdanie i rozstrzygnąć nasz spór. - A co, jeśli Tom Gregory miał powody, by nie darzyć sympatią również tego drugiego pana? Czy pomiędzy ofiarami mogło istnieć jakieś powiązanie? - To możliwe, sir - odparłem. - Ale nie wydaje mi się. Obydwie mieszkały w tej samej okolicy i zasadniczo wiodły ubogi tryb życia, ale poza tym wywodziły się z zupełnie innych warstw społecznych. Young pokiwał głową. - Będziemy musieli ustalić tożsamość mężczyzny zanim coś definitywnie wykluczymy. - Oczywiście, sir. - Możliwe, że sprawca udał się nad rzekę, żeby pozbyć się narzędzia zbrodni. Natknął się na ofiarę numer dwa i postanowił rozprawić się również z nią. - Przeszukujemy rzekę, sir. - Ale rozumiesz, o co mi chodzi. - Tak, sir. Chociaż jeśli faktycznie tak było, po co tak zmasakrował ofiarę? Ponadto mam wrażenie, że mężczyzna został zaatakowany podczas snu. Więc dlaczego zabójca p o prostu nie wycofał się i nie poszukał innej kryjówki? - No cóż. Chyba na t e pytania musimy teraz odpowiedzieć, prawda? Ale Tymczasem zakładamy, że sprawy są powiązane i postępujemy odpowiednio. - Young westchnął i zerknął na zegarek. - Gregory powinien niebawem do nas dotrzeć. Zobaczmy, co ma do powiedzenia. - Tak jest. Spojrzałem na Laurę. Odwzajemniła spojrzenie i potrząsnęła głową. - Tak jest. Tom Gregory miał do powiedzenia mniej więcej tyle: - No chyba se, kurwa, jaja robicie! Pieprzcie się! Obydwoje! Obydwoje po prostu odpieprzcie się ode mnie! - Kiedy naprawdę nie możemy po prostu się odpieprzyć, Tom - powiedziałem. Siedzieliśmy w jednym z pokojów przesłuchań n a pierwszym piętrze: pustym, czysto użytkowym pomieszczeniu, w którym znajdował się jedynie stalowy stoi z krzesłami, Laura, ja i nasz bohater dnia. Gregory miał czterdzieści kilka lat, sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, szeroki tułów i mięsistą,

toporną sylwetkę. Typ faceta, który nie wykonał w życiu ani jednej pompki, a i tak byłby niebezpiecznym przeciwnikiem podczas bójki. Przerzedzone włosy na głowie zgolił na łyso. Był ubrany w tanie niebieskie dżinsy i czerwoną flanelową koszulę. Sprawiał wrażenie, jakby właśnie wysiadł z jakiejś zdezelowanej ciężarówki, która czeka na niego gdzieś na przydrożnym postoju. - Chyba se jaja robicie! - powtórzył. - Zapewniam cię, że nie. Nadal nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Niedowierzanie wyraźnie malowało się na jego porośniętej zarostem twarzy, podobnie jak wiele innych emocji. Najwidoczniej nie był zbyt subtelnym mężczyzną, a jego fizjonomia od razu zdradzała to, co aktualnie odczuwał. Gregory wpatrywał się we mnie przez chwilę, a potem odchylił się na oparcie krzesła, które zaskrzypiało pod jego ciężarem,, i skrzyżował masywne ramiona. Było oczywiste, że jego zdaniem cała ta sytuacja jest po prostu głupia. Trzeba przyznać, że ja aktualnie miałem podobne zdanie o nim. - To jakiś, kurwa, żart - upierał się. - Nie bardzo z a nami nadążasz, Tom. Trochę mnie t o zaskakuje. Miałem wrażenie, ż e jesteś bystrzejszy. - Co to ma niby znaczyć? - To nie ma nic znaczyć. Tylko tyle, że zachowujesz się, jakbyś był głupi. Głupszy, niż wyglądasz. Jakoś ci się to udaje. Twoja była dziewczyna nie żyje, a t y byłeś notowany za stosowanie przemocy wobec niej, więc zarzucanie mi, że wciskam ci kit, nie wystarczy. Bo ja wiem, że to nie kit. - Nie zabiłem jej. - Nie wydajesz się zbyt przybity jej śmiercią. - A niby dlaczego miałbym być? Zerwaliśmy wieki temu. Już zdążyłem o niej zapomnieć, taka jest prawda. Żałuję, że w ogóle ją poznałem. - Żałujesz, że żyła? - Nie! - Gregory wzruszył ramionami. - Wszystko mi, kurwa, jedno, skoro już pytacie. I co z tego? Wy mi powiedzcie, dlaczego miałoby mnie to obchodzić? Była brudną kłamliwą suką. Wiadomo było, że prędzej czy później tak skończy. - „Wiadomo było, że prędzej czy później tak skończy”. Dobre, dobre, Tom. Pamiętaj, że to wszystko da się wykorzystać w sądzie. Mów dalej, a obędzie się bez procesu. Po prostu wyciągnę spluwę i strzelę ci w łeb, tu i teraz. - Chodziło mi o to, gdzie mieszkała. - Gregory przybrał nieco bardziej skruszoną minę; pewnie zdał sobie sprawę z tego, co właśnie powiedział. - W tej paskudnej melinie. Z wszystkimi tymi menelami i ćpunami dookoła. To była tylko kwestia czasu, kiedy wpakuje się w jakieś kłopoty. - Takie kłopoty, jakie miała z tobą? - Nic jej nigdy nie zrobiłem. - Mężczyzna poklepał dłonią blat stołu. - Widzieliście gdzieś w moich aktach jakiś wyrok? -Nie. - Więc nic takiego nie miało miejsca. Stojąca obok mnie Laura wzięła głęboki oddech. Wyczułem, że traci cierpliwość, co nie zdarzało się jej często. Rozumiałem ją. Gregory siedział naprzeciwko nas z cwanym wyrazem twarzy. „Więc nic takiego nie miało miejsca”. W głębi serca mężczyźni w rodzaju Toma Gregory’ego są nadal dziećmi. Ich reakcją na naganę jest oburzenie, upór, zaprzeczanie. Dla nich wina leży zawsze po stronie kogoś’ innego. Jeśli robią swoje w ukryciu, jeśli nie można im tego udowodnić - wszystko gra. Postanowiłem postarać się, by spuścił nieco z tonu. - Jesteś mistrzem logiki, Tom. Ale wiesz, co? Mamy zapisy doniesień i zeznania świadków. Nie mówiąc już o wszystkich innych wyrokach, które masz na koncie. Szybko puszczają ci nerwy, co? Mężczyzna obrzucił mnie wzrokiem. - Czasami. Chociaż Gregory’emu nigdy nie udało się postawić oficjalnych zarzutów w związku z Vicki Gibson, do sądu trafiły inne sprawy. Mężczyzna był trzykrotnie karany za pobicie i dwukrotnie za zakłócanie

porządku publicznego. Klasyczne bójki po pijaku. Jeden zarzut umyślnego uszkodzenia mienia. Wyrok w zawieszeniu i grzywna za każde przestępstwo. - Głównie po paru głębszych? - Czasami. - Wyczuwam problemy z zarządzaniem emocjami. - Potrząsnąłem głową. - Zabawny z ciebie facet, co? Tacy ludzie jak ty są cholernie zabawni. - Zabawni? - No. Zawsze mówicie, że nie możecie nad sobą zapanować. Oczy wam spowija czerwona mgła i już nic nie możecie poradzić. Takie tam bzdety. Ale nie widzę, żeby teraz ci nerwy puszczały. Teraz nad sobą panujesz, co? - Odliczam w myślach do dziesięciu. - Może. Nie, chyba nie. Prawda jest taka, że ludzie tacy jak ty są tchórzami. Co, nie? Z jakiegoś powodu nerwy puszczają wam tylko wtedy, gdy wiecie, że ujdzie wam to na sucho. Śmieszne, co? Strasznie mnie to bawi. Tom Gregory wpatrywał się w e mnie. Uchwyciłem jego wzrok, pozwalając, b y cisza, jaka zapadła, przedłużyła się. Drażnienie go sprawiało mi więcej przyjemności, niż powinno, ale byłem wściekły. Częściowo ze względu na przeszłość zatrzymanego - to, jakim był człowiekiem - a częściowo na jego obecne zachowanie. A może gdzieś w głębi duszy przeczuwałem, że mężczyzna mówi prawdę - że nie zabił Vicki - i ta ewentualność nie dawała mi spokoju. Rozsiadłem się na swoim krześle. - Nie zabiłem jej - powtórzył Tom. - Byłem… - Tak, mówiłeś już. Przymknij się. Podczas zatrzymania Gregory powiedział już policjantom, gdzie był poprzedniego wieczoru. Potem powiedział to nam, gdy tylko weszliśmy do pokoju przesłuchań. Był w pubie o nazwie O’Reilly’s od około godziny osiemnastej do ostatniego wykopanego za drzwi klienta, czyli do około drugiej-trzeciej nad ranem, kiedy to opuścił lokal w towarzystwie kobiety w średnim wieku, mieszkającej we wschodniej części miasta. Noc spędził w jej mieszkaniu. Zgarnęliśmy go u kresu tej żenującej przygody, o ile był on w ogóle zdolny odczuwać zażenowanie. Pozornie miał więc żelazne alibi. Bez wątpienia cuchnął alkoholem, a n a jego ubraniach nie było śladów krwi, choć było oczywiste, ż e ciuchy m a n a sobie o d dobrych dwudziestu czterech godzin. O’Reilly’s był zatęchłą speluną aspirującą do miana klubu - bar, stoły do bilarda i oświetlony parkiet przy toaletach - ale dawał właścicielowi na tyle dużo powodów do zmartwień, by zainstalował w nim kamery. Mieścił s i ę w znacznej odległości o d Krat. Podany przez Gregory’ego adres anonimowej kobiety o skandalicznie kiepskim guście znajdował się jeszcze dalej. Znałem tę okolicę, wiele bloków w tamtej dzielnicy również miało zainstalowane kamery. Więc było to albo wyjątkowo dobre, albo wyjątkowo kiepskie alibi. - Wczoraj wieczorem się upiłeś - powiedziałem. - Tak. I co z tego? To nie zbrodnia. - I udało ci się przetrwać wieczór bez ataku czerwonej mgły? -No. - Jesteś tego pewien? Mężczyzna milczał. Drzwi do pokoju się otworzyły. Do środka wsunęła głowę młoda policjantka, dając znak, że chce zamienić z nami słowo. Oboje z Laurą wstaliśmy. Ale nie musiałem rozmawiać z funkcjo-nariuszką, żeby odczytać wyraz jej twarzy. Tom Gregory miał bardzo dobre alibi. W pokoju obserwacyjnym przeczesywałem dłonią włosy, wpatrując się w niewielki monitor, na którym Gregory wciąż siedział w pokoju przesłuchań. Jak można się spodziewać, moje włosy nie opadły z powrotem na miejsce, tak jak miały to w zwyczaju włosy Laury. Nie byłem gotowy na taki obrót sprawy. Rzadko musiałem mierzyć się z czymś takim. - On musiał to zrobić - powiedziałem. - Musiał! - Nie musiał. Spójrz prawdzie w oczy, Hicks. Mamy nagrania kamer, które potwierdzają, jego wersję.

Jeśli złożyć to wszystko do kupy, to jego udział w sprawie jest wykluczony. - Mógł komuś zapłacić. Ale to było jak chwytanie się brzytwy. W głębi duszy wiedziałem, że moja teoria była błędna i że muszę całą sprawę przemyśleć od początku. - On ledwo jest w stanie opłacić czynsz - odparła Laura. -Poza tym tu chodziło głównie o to, że on sam byłby zdolny do takiego czynu. Nie zrozum mnie źle, t o popapraniec, ale jego agresja opiera się na impulsie. To nie jest typ zatrudniający kogoś do brudnej roboty. - Wiem. - Zresztą, dlaczego ten zleceniobiorca miałby zabić również naszego pana X? - Już dobrze. - Musimy celować w gości, którzy do pierwszej ofiary mają w zwyczaju dorzucać gratis drugą, przypadkową. Sorry, ale mam poczucie, że muszę ci tę wersję wbić do głowy, żeby mieć pewność, że rozumujemy podobnie. - Niefortunne wyrażenie w naszych okolicznościach. Na ekranie policjantka, t a sama, która przekazała nam niepomyślne wiadomości, weszła do pokoju przesłuchań, żeby odprowadzić Toma do aresztu tymczasowego. - Jeden zabójca - potwierdziłem. - Dwie ofiary o nieznanych jak dotąd powiązaniach. - Zgadzam się. - Wcześniej było to mało prawdopodobne. Teraz to najbardziej racjonalne wyjaśnienie. Rozumiesz, jak to działa? Formalnie się nie myliłem. Modyfikuję jedynie swoją teorię stosownie do aktualnie dostępnych informacji. Powinnaś tego spróbować. Laura parsknęła śmiechem - A co z nim? Znów skierowałem wzrok w stronę ekranu. Tom Gregory został już wyprowadzony, więc wyciągnąłem rękę i pstryknąłem wyłącznik. Ekran zrobił się czarny. - Niby nie ma powodu go trzymać… - Nie ma. Zerknąłem na zegarek. - Ale mamy jeszcze sześćdziesiąt osiem godzin, żeby postawić mu zarzuty. Więc potrzymajmy go jeszcze trochę. - Po co? Jaki to ma sens? - Bo nie lubię sukinsyna. - Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do drzwi. - Taki to ma sens.

5. Generał przygląda się swojemu odbiciu w łazienkowym lustrze. Jego krótkie włosy są uczesane i starannie nażelowane, jego twarz ma pusty, ale poważny wyraz. To twarz człowieka, którego stać na wiele, któremu lepiej nie patrzeć w oczy, którego lepiej nie denerwować. Wreszcie - to twarz żołnierza. Poniżej zaczerwienionej od golenia szyi widać zielony wyprasowany mundur; czerwone naramienniki rzucają się w oczy niczym jaskrawe poziomki n a zalanej słońcem łące. Generał trzyma w dłoniach czapkę, stoi na prostych nogach, rozstawionych na szerokość ramion. Wypolerowane czarne oficerki odbijają światło lampy. Nocą potrafi tak stać godzinami. Wpatruje się w swoje odbicie tak długo, aż jego twarz rozmywa się i zniekształca, i staje się twarzą kogoś obcego. Tak długo, aż zaczyna odczuwać lęk przed mężczyzną w lustrze. Nieznajomy przeraża go, ale też fascynuje swoją wyższością. Czasami też napawa generała pogardą. Często też jego odczucia zmieniają się gwałtownie i ta mieszanina doznań, ten wewnętrzny konflikt, sprawiają, ż e generał zostaje wciągnięty w jakąś niepojętą część swojej jaźni. Obraz mężczyzny pochłania g o i obezwładnia. Ledwie widoczna mrugająca twarz jego własnej duszy całkowicie go hipnotyzuje. Ale dziś robi się już późno. Generał ma pracę do wykonania. Więc kiwa do siebie głową - „możesz odejść” - i wychodzi z łazienki. Przechodzi przez pogrążony w ciszy dom do swojego gabinetu. Po jednej stronie pokoju znajduje się to okropne, do połowy uformowane coś, co jednocześnie odpycha go i przyciąga, ale na razie generał ignoruje tę część pokoju i kieruje swoją uwagę w stronę drugiej ściany, gdzie stoi biurko z komputerem. Praca; zawsze tyle pracy. Ale choć t o był wytężony dzień, generał jest zadowolony z zamieszania, jakie wywołały jego działania. Jest podekscytowany, że jego plan nareszcie zaczyna się realizować. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z przewidywaniami. Zresztą dlaczego miałoby być inaczej? Działa ostrożnie. Zasługuje na sukces. Jest żołnierzem. Generał wsuwa na dłonie rękawiczki i z zamykanej na klucz szuflady biurka wyciąga dokument, który napisał i wydrukował wiele dni temu. Kładzie go na biurku obok monitora komputera i odczytuje kilka pierwszych linijek, choć zna je już na pamięć: Szanowny detektywie! Nie wiem jeszcze, kim pan jest. A w chwili, w której piszę ten list, pan nie wie, kim ja jestem. Nie ma pan pojęcia o moim istnieniu i nie przeczuwa pan, co zamierzam zrobić. Tak naprawdę ja sam nie jestem jeszcze pewien, kiedy zacznę. To dlatego mój plan się powiedzie. To dlatego nigdy mnie pan nie złapie. I tak dalej. Każde słowo jest prawdziwe. I t o jest cudowne. N a podłodze obok biurka leży dzisiejsza gazeta. Generał podnosi j ą z ziemi i przegląda doniesienia dotyczące pierwszego zabójstwa, szukając interesującej go informacji. Jest. Człowiek, któremu nie uda się złamać jego szyfru. Jego przeciwnik, podobnie jak postać w lustrze. Generał bierze do ręki niebieski długopis i poprawia wydrukowany list. „Szanowny detektywie Hicks”.

6. Pisali dziś o tobie w gazecie! - zawołała Rachel. - Serio? Cholera. - Poczytaj sobie, leży na stole. - Dzięki. Rachel szykowała w kuchni kolację. Słyszałem, jak stuka garnkami i patelniami, co pewien czas sycząc cichutko, gdy jej ciało przeszywał ból. Znałem ją na tyle dobrze, by nie oferować pomocy. Na tym etapie ciąży miałem skłonność do nadopiekuńczości; chciałem wyręczać ją przy każdej, najmniejszej nawet czynności, co potwornie działało jej na nerwy. „Nie jestem inwalidką”, powtarzała, „jeszcze chwila i stanę na nogi”. Mimo to nie ustawałem w swoich staraniach - przynajmniej tyle mogłem dla niej zrobić. Kuchnia była jednak ostatnim terytorium, którego Rachel nie zgodziła się m i odstąpić. Zważywszy na moje zdolności kulinarne, takie rozwiązanie było zdecydowanie korzystniejsze dla nas obojga. - Pięknie pachnie - zaryzykowałem. - Dzięki. Wziąłem do ręki egzemplarz „Evening Post”. Vicki Gibson trafiła na pierwszą stronę. Tuż pod nagłówkiem widniało kolorowe zdjęcie jej uśmiechniętej twarzy. Dziennikarzom wiele można zarzucić, ale trzeba przyznać, ż e przy tej sprawie uwinęli się zadziwiająco szybko. Oficjalnie nie ujawniliśmy jeszcze tożsamości dziewczyny mediom, choć pewnie łatwo było ją ustalić dzięki sąsiadom albo jakiemuś policjantowi, który miał własny interes w przypodobaniu się prasie. Przeleciałem wzrokiem przez tekst artykułu. Nie było w nim żadnej wzmianki o drugiej znalezionej ofierze; informacja ta albo dotarła do redakcji za późno, aby znaleźć się w dzisiejszym wydaniu, albo nie uznano jej za godnego uwagi newsa. Na szczęście pominięto także osobę Toma Gregory’ego. Umieszczono tylko standardową formułkę, że policja sprawdza kilka wątków. Wspomniano również moje nazwisko, jako detektywa prowadzącego śledztwo, wraz z numerem telefonu, który szczęśliwie nie należał do mnie, ale do sekretariatu naszego wydziału. Przynajmniej jeden powód do radości. Odłożyłem gazetę i podszedłem do Rachel. Stała przy kuchennym blacie, tyłem do mnie, w blasku zamontowanych w suficie kinkietów. Z zapałem kroiła i szatko-wała warzywa. Krawędzią noża zsuwała z deski paprykę na pryskającą na gazie patelnię. Obserwowałem ją przez chwilę. Brązowe włosy miała spięte w luźny kucyk. Jej kark, tuż nad bluzką, był blady i pokryty delikatnymi plamkami. Co pewien czas w oprawkach jej grubych czarnych okularów odbijało się światło lamp. Ciach, ciach, ciach. Teraz kroiła w kostkę pieczarki; nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności, a może tylko udawała. Z tyłu trudno było dostrzec, że jest w trzydziestym czwartym tygodniu ciąży. Przez pierwszych kilka miesięcy prawie w ogólnie nie przytyła, a teraz, choć brzuch jej znacznie urósł, od tyłu zmiana ta była niemal niewidoczna. Poza okazjonalnym grymasem bólu czy problemami z e snem jej zachowanie również nie zdradzało niczego wyjątkowego. Rachel zawsze była niezwykle silna. N i c n i e było w stanie nią zachwiać. Cechowało j ą praktyczne podejście d o życia; n i e uznawała rzeczy niemożliwych. Do swojej ciąży podchodziła z takim samym spokojem, jak do wszystkiego w życiu, ze zdumiewającą rzeczowością traktując zarówno fakt, iż nosi pod sercem nasze dziecko, jak i to, że wkrótce będzie ono z nami. Że naszym naturalnym obowiązkiem będzie opiekowanie się nim, troszczenie się o nie i wychowywanie go. No ale też moja żona nie martwiła się tym wszystkim tak bardzo, jak ja. Gdyby była zmuszona wychowywać nasze dziecko sama, bez wątpienia poradziłaby sobie znakomicie. Tyle przynajmniej udało nam się ustalić w ciągu kilku ostatnich miesięcy, kiedy relacje między nami zaczęły się psuć. Kiedy stopniowo oddaliliśmy się od siebie, przestając tworzyć - jak dawniej - zgrany duet. — Wyczuwam, że tu jesteś, wiesz? - odezwała się Rachel.

— Naprawdę? — Tak. Kark zaczął mnie łaskotać. — Zawsze miałaś straszne łaskotki. To był głupi komentarz, ponieważ w rzeczywistości było dokładnie odwrotnie. To ja miałem łaskotki, a ona była na nie całkowicie odporna. Za lepszych czasów łaskotaniem na podłodze albo na łóżku Rachel potrafiła w kilka sekund zmienić mnie w bezbronny wrak człowieka. Teraz tego rodzaju swobodna zażyłość wydawała mi się czymś niewyobrażalnym. Moja reakcja wynikała z tego, że chciałem cokolwiek powiedzieć. Zresztą dawniej taka przekora rozbawiłaby ją, może nawet skłoniłaby do pokazania mi, jak jest naprawdę, bez zważania na to, czy obiad się nie przypali. Dziś żart był nietrafiony. Cisza, która po nim zapadła, była płaska i sztywna, zupełnie jakbym chciał przytulić Rachel wbrew jej woli. Po chwili zapytała: — O czym myślisz? — Że jesteś piękna. — No co ty? — Owszem. Nie wierzysz mi? Wciąż kroiła warzywa, poruszając ciałem w takt ruchów noża, więc jej wzruszenie ramionami było ledwie zauważalne. Ale zabolało. Obojętność zawsze jest znacznie gorsza od otwartej wrogo-ści. Wrogość przynajmniej daje nadzieję, że tej drugiej osobie jeszcze zależy. — Ja już nie wiem, co myśleć - westchnęła. — Przepraszam. To był ciężki dzień. — Tak, domyślam się. Po tym, co przeczytałam w gazecie. Chcesz o tym pogadać? — Nie bardzo. Pokiwała głową, jakby d o siebie samej, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. Nigdy nie byłem mężem, który przynosi pracę do domu. Przeważnie nie rozwodzę się nad tym, co robię. Zbrodnie potrafią być makabryczne, ale moje dni robocze są nimi wypełnione po brzegi i oszalałbym, gdybym musiał rozmyślać o nich jeszcze po godzinach. Oczywiście pewne sprawy zapadają mi w pamięć, ale generalnie jakiekolwiek rozpamiętywanie nie leży w mojej naturze. Zresztą nad czym tu się rozwodzić? W naszym świecie wszystko psuje się i rozpada, a w mojej pracy tym czymś są ludzie i ich życia. W większości przypadków można jedynie po nich posprzątać i żyć dalej. Co jeszcze jest tu do powiedzenia? Ktoś zrobił coś bardzo brzydkiego, z bardzo nudnych i prozaicznych powodów. Jeśli się uda, ukarzemy go za to, co w efekcie opłaci się wszystkim. I ryle. - Jest jak jest - powiedziałem. - Jest jak zawsze. - To znaczy mi nie chodzi już nawet o twoje zachowanie dzisiaj. Nie różni się ono specjalnie od tego, jak zachowujesz się codziennie. Chwilę potrwało, zanim jej słowa dotarły do mnie, ale kiedy to się stało, zabolały mnie jeszcze mocniej niż wcześniejsze wzruszenie ramionami. W swojej głowie wciąż postrzegałem rozpad naszego związku jako przejściowy kryzys - wyboisty odcinek drogi, który pokonamy, wychodząc z tej walki silniejsi niż przedtem. Wyobrażałem sobie, że Rachel myśli tak samo. Ale najwyraźniej prawda była inna. Dla niej obojętność stała się codziennością. T o nie był wyjątek o d naszego wspólnego życia; to było nasze wspólne życie. To, jak się zachowuję codziennie. - O co dokładnie ci chodzi?

- Jakby cię tu wcale nie było. Nie odpowiedziałem. Nasza kuchnia zrobiła się nagle tak zimna i pusta, ż e skwiercząca n a gazie patelnia wydała mi się jakimś cudem natury. Rachel wymieszała warzywa, a ja powiedziałem: - Przepraszam. Znów wzruszyła ramionami, a potem, po chwili milczenia, westchnęła. Odezwała się moimi własnymi słowami, wyraźnie od niechcenia, tak że z ledwością ją usłyszałem: - Jest jak jest. Po kolacji Rachel położyła się do łóżka. Obecnie rzadko udawało jej się przespać bez przerw kilka godzin, nawet kiedy układała się na boku, ze specjalną poduszką owiniętą wokół brzucha i wsuniętą pomiędzy nogi d l a podparcia bioder, więc wykorzystywała każdą okazję do snu. Laboratorium wysłało ją już na zwolnienie, więc zaległości w spaniu nadrabiała też w ciągu dnia. W lepszych momentach mawiała, że najwyraźniej jej ciało przygotowuje się do nocnych pobudek, które czekają ją przy dziecku. Nie chciało mi się spać, więc wyniosłem piwo na mały taras przed domem i nasłuchiwałem odgłosów sąsiedztwa. Dziś panowała tu absolutna cisza. Żadnych samochodów na ulicy, żadnych rozmów. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, a jego głos rozniósł się echem pomiędzy niskimi budynkami. Otoczenie naszego domu było szare i płaskie - ciąg architektonicznych udogodnień rozświetlony jedynie latarniami i sporadycznym żółtym światełkiem w oknie któregoś z zamieszkanych domów. Ulice były tu szerokie, trawniki zadbane i równo przystrzyżone. Nasz dom, z policyjnego przydziału, znajdował się na terenie dawnych baraków wojskowych. Choć armia nie korzystała z tych zabudowań już od ponad dwudziestu lat, jej wkład w charakter tego miejsca był znaczący. Zresztą tak było w całym mieście. Pamiętam, że jako mały chłopiec widywałem ogromne ciężarówki przewożące rakiety i samoloty konstruowane w fabrykach na północ od rzeki. Zakład przetwórstwa stali wciąż stoi w tamtym miejscu, a l e teraz zajmuje s i ę głównie wytapianiem rur, zawiasów i chipów komputerowych. Granice, technologie, działania polityczne, czyny duże i małe - patrząc wstecz na naszą historię, widzimy, że wszystkie one zostały ukształtowane przez jakąś formę przemocy. W naszym regionie j e s t t o wyjątkowo dobrze widoczne, ponieważ dostawy d l a wojska są fundamentem naszej gospodarki, a połowa mężczyzn po pięćdziesiątce ma za sobą jakąś formę służby wojskowej. Mój ojciec był w armii, dopóki nie utracił zdolności do czynnej służby. Wszyscy żyliśmy w cieniu ostatniej wojny, która napierała na nas i poszturchiwała ze wszystkich stron. Choć wojna się skończyła, czasami miałem wrażenie, że wciąż żyjemy w kraju partyzantów, jakby broń leżała ukryta w krzakach, a każdy z nas był gotów w mgnieniu oka rzucić wszystko i znów za nią chwycić, by wznowić walkę. Tylko czekając na pretekst. Na motyw. Wziąłem łyk piwa. Powinienem myśleć o Rachel i szukać sposobów na zmniejszenie dzielącego nas dystansu. Przed pójściem spać moja żona przypomniała mi jeszcze, że mam przygotować materiały na kolejne spotkanie z naszą terapeutką. Mieliśmy wypisać na kartkach rzeczy, które początkowo nas w sobie urzekły, oraz te, z a które wciąż się kochamy. Powiedziałem, ż e już t o przygotowałem, choć, szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co miałbym napisać albo w jaki sposób takie ćwiczenia w ogóle miałyby nam pomóc. » Jakby jakaś lista mogła cokolwiek zmienić. Więc zamiast tego rozmyślałem o minionym dniu: o Vicki Gibson i wciąż niezidentyfikowanym mężczyźnie, którego ciało znaleźliśmy nad rzeką. I nie mogłem zapomnieć tego, co powiedziała Laura. „Te rzeczy nie zawsze mają sens, Hicks”. A powinny mieć. Muszą. Bo fakty są takie: każda zbrodnia jest wytłumaczalna. Z zasady nie wierzę w zło. Zabójstwo, nawet najbardziej haniebne, zawsze okazuje się po prostu odrażające, płaskie i… bardzo ludzkie. Zawsze jest jakiś motyw. W tej sprawie zabójstwo Vicki Gibson nosiło wszystkie znamiona zbrodni sypialnianej. Zwykle porównuję każde przestępstwo do budynku, który składa się z gabinetu, sypialni, baru i piwnicy. Morderstwo zawsze zaczyna się w jednym z tych pomieszczeń. Zawsze. Ludzie zabijają dla pieniędzy; z zazdrości albo z pożądania; wdają się w awanturę i tracą nad sobą kontrolę. Raz na jakiś czas istnieje jakiś defekt zabójcy - ukryty głęboko w piwnicy - który prowadzi do znie-kształcenia jego osobowości. Ale zawsze da się go wytłumaczyć. Zbrodnia rodzi się gdzieś we wnętrzu tego budynku, a budynki są tworami ludzi. Taka jest w każdym razie moja klasyfikacja zbrodni i trzymam się jej.

Żadne zło. Nie ma niewytłumaczalnych zjawisk. Spojrzałem na drugą stronę ulicy i przez kilka sekund wydawało mi się, że widzę jakąś postać stojącą obok latarni. Po chwili udało m i się dostrzec twarz kobiety z czarnymi włosami, posinia-czoną, z podpuchniętym jednym okiem. Ale potem postać się rozmyła wraz z podmuchem wiatru, który zmienił sposób padania światła na krzaki koło latarni, a obraz okazał się jedynie złudzeniem. Wypiłem kolejny łyk piwa. „Jutro”, pomyślałem. „Jutro to rozwiążemy”.