wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 992 968
  • Obserwuję1 361
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 433 516

Stroud Carsten - Spirala zdrady

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stroud Carsten - Spirala zdrady.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 12 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 329 stron)

Carsten Stroud SPIRALA ZDRADY Black Water Przełożył Michał Szczubiałka

Dedykowane pamięci BEVERLY LEWIS, przyjaciela i wydawcy oraz CATHERINE AMANDY STROUD, mojej matki. Obie te wielkoduszne, mądre i czule kobiety zmarły w ciągu roku, w trakcie którego pisałem tę książkę. A także KATIE HALL mojemu wydawcy, która kochała Beverly tak samo jak ja. Wdzięczność winien też jestem, obok wielu innych, Irwynowi Applebaumowi za jego cierpliwość dla pewnej bardzo skomplikowanej książki, Bameyowi Karpfingerowi za jego cierpliwość dla pewnego bardzo zestresowanego autora oraz Johnowi Flickerowi, bez którego nie potrafiłbym debrze opisać karabinu Barrett 0,50. Na końcu dziękuję Howardowi Hardwickowi i przede wszystkim grupie detektywów z policji nowojorskiej, którym zawdzięczam to, że mogłem napisać tę książkę.

WESTCHNIENIE MOŻE ROZERWAĆ CZŁOWIEKA NA DWOJE TALMUD

CZĘŚĆ PIERWSZA EARL V. PIKE

AUTOSTRADA TACONIC PARKWAY STAN NOWY JORK Środa, 21 czerwca Godzina 9.30 Pierwszy dzień lata, stan Nowy Jork, upalne jasne słońce i drzewa w rozkwicie zieleni pod jasnobłękitnym niebem, i ten twardziel Pike, Earl V. Pike, który gna sto czterdzieści wielkim granatowym mercedesem 600 na północ autostradą przez wzgórza Taconic, słucha kasety z afrykańskimi bębnami, nastawionej tak głośno, że szyby wibrują. To mu nie przeszkadza, bo ze słuchem u niego kiepsko, zbyt wiele lat kule gwizdały tuż obok jego głowy. Drzewa i domy to teraz tylko rozmazane za oknem czarno-zielone wstęgi, a nadlatujące z przeciwka oznaczenia pasa - ciepło żółte krechy, które przywodzą mu na myśl tory pocisków smugowych. Pike spogląda znów we wsteczne lusterko, czyni to co kilka sekund, zasępiony myśli o czarnym furgonie GMC z przyciemnionymi szybami, widocznym tam w tyle szosy, niewzruszonym, zawieszonym w lusterku niby wielka, tłusta końska mucha, o siedem pojazdów za nim. Przyspiesza, i „Jimmy” 1 przyspiesza. Zwalnia, i „Jimmy” zwalnia. Earl Pike nie lubi tego. Bierze głęboki oddech, powoli wypuszcza powietrze, poprawia się w fotelu. Ruch sprawia, że na szerokiej piersi pod niebieską koszulą grają mięśnie. Na brzuchu pięć okrągłych blizn wielkości srebrnej dolarówki układa się zgrabnym łukiem od prawej do lewej. Czuje je niby wbite w ciało wędkarskie haczyki. Kanciastą twarz ma pomarszczoną i pobrużdżoną, siwe włosy przycięte krótko, po wojskowemu, ręce na obciągniętej skórą kierownicy żylaste i ciężkie, przedramiona grube, obnażone do wysokości podwiniętych rękawów. Jest zbudowany jak facet, który niejedno może unieść, tyle że lata lecą i widać zmęczenie materiału. Gdy dociera do zjazdu na Gallatin, przed nim zapalają się światła stopu, setki rubinów, rozjarzonych nagle na tle zielonej ściany lasu. Wozy osobowe i ciężarówki szybko zbijają się w stado i pełzną teraz w długiej na milę karawanie pojazdów. Odbija w prawo na tyle, by móc spojrzeć dalej na szosę. Widzi jedynie niekończący się sznur pojazdów. Jak ślepe kocię między młotem a kowadłem, myśli ze złością, gdy spostrzega znak zjazdu na szosę nr 82. Może uda mu się ominąć ten korek, przemknąć na północ bocznymi drogami, by wrócić na Taconic Parkway gdzieś dalej. Jack Vermillion ma być wczesnym popołudniem w hotelu Frontenac pod Albany. Pike miał jakieś cztery godziny w zapasie, lecz był człowiekiem skrupulatnym i z

własnego doświadczenia dobrze wiedział, że diabeł tkwi w szczegółach i nigdy nie śpi. Pike ostro skręca kierownicę mercedesa, najeżdża na krawężnik, po czym przyspiesza na podjeździe i zawraca. Kiedy dociera na szczyt i zatrzymuje się przed znakiem stopu, zauważa tego samego czarnego „Jimmy’ego”, który sprawnie pnie się za nim w górę podjazdu, to fabrycznie nowy GMC SLT. Tamten jest już za blisko, żeby dostrzec tablice. Na szybie furgonu kładą się refleksy gałęzi otaczających ich drzew. Jest w stanie uchwycić jedynie niewyraźne zarysy dwu postaci za przyciemnionym szkłem. Nie ma żadnego szczególnego powodu do niepokoju, ale to już nawyk zawodowy. Odruchowo zwraca uwagę na takie rzeczy. „Jimmy” nie włączył migacza. Pike czeka przed znakiem stopu, aby przepuścić tracka z płaską naczepą, po czym sygnalizuje, że pojedzie drogą 82 w lewo, w kierunki Blue Stores. Obserwuje światła GMC i widzi, jak zapala się migacz. On też daje w lewo. Pike myśli jeszcze przez chwilę o czarnym GMC, gdy rusza szosą 82 i przejeżdża wiaduktem ponad Taconic Parkway. W dole wiodąca na północ nitka drogi nabita jest pojazdami aż po horyzont. Przyspiesza i po pół kilometrze wyprzedza tracka z płaską naczepą. Po paru minutach jest już daleko od szumu autostrady i sunie równo ponad setką po dwupasmowym asfalcie, który wije się pośród wzgórz. GMC także wyprzedził tracka z platformą, jest jakieś osiemset metrów z tyłu, przyspiesza i szybko się zbliża. Trzymając lewą rękę na kierownicy, Pike rozpina pas, wychyla się w prawo, otwiera schowek na rękawiczki, wyjmuje wytartą skórzaną saszetkę na przybory do golenia i kładzie na siedzeniu dla pasażera. „Jimmy” jest teraz nie więcej niż trzydzieści metrów za nim. Prawą ręką rozsuwa zamek saszetki, wyciąga szarego Smith & Wessona, na powrót zapina pas i trzyma pistolet na udzie. GMC, tak już bliski jego zderzaka, że może widzieć tylko reflektory furgonu, daje sygnał, że będzie wyprzedzał. Zbliżają się teraz szybko do płaskiego prostego odcinka, który kończy się długim zakrętem w lewo, biegnącym w szpalerze drzew. Są sami na drodze. Pike ujmuje gazu, pozwala, by auto zwolniło. Słyszy ciężkie sapnięcie silnika furgonu, gdy kierowca szerzej otwiera przepustnicę. „Jimmy” daje w lewo i zaczyna wyprzedzać, przez grubą szybę mercedesa motor tamtego słychać jak zdławiony ryk. Nagle coś dzieje się przed nimi, jasnoniebieska półciężarówka wyjeżdża na szosę. Skręca w prawo i rusza pasem na wprost GMC. Kierowca dociska gaz i nabiera szybkości. Półciężarówka zbliża się w oczach, „Jimmy” sunie teraz obok mercedesa i Pike spogląda w górę ku oknu pasażera, lśniącej czarnej tafli, która zaczyna opadać, podczas gdy kierowca półciężarówki daje ostrzegawcze znaki światłami i naciska klakson. Pike znów spogląda na furgon. Dziewczyna, blondynka, może dziewiętnastoletnia mówi coś, miota ku niemu przekleństwa, z twarzą zaczerwienioną i ustami wykrzywionymi we wstrętnym

grymasie. Pike naciska na hamulec, ustępując jej miejsca, kierowca GMC przycina ostro w prawo, zjeżdżając na prawy pas, zahacza tyłem o zderzak mercedesa, i od razu Pike widzi przed sobą rozjarzone światła stopu. Pieprzony samobójca. Pike włącza blokadę drzwi, całe zajście ma jeszcze w oczach, puls normalny, bez śladu paniki. Po prawym ramieniu przemyka jasnoniebieski refleks i słyszy jazgot klaksonu przejeżdżającej półciężarówki. Dwadzieścia metrów przed sobą widzi oddalającego się GMC, z okna szoferki wyłania się ręka kierowcy z uniesionym środkowym palcem, Pike zauważa tablicę rejestracyjną z New Jersey - IMA DV8 - „I'm a deviate"? - gdy nagle znów zapalają się światła stopu, dym bucha spod kół, dżemsem zarzuca, po czym furgon nieruchomieje na środku szosy. Pike ostro hamuje, saszetka spada na podłogę przed fotelem dla pasażera, Smith & Wesson zsuwa się z jego kolan i ląduje z głuchym odgłosem obok pedału hamulca. Mercedes zatrzymuje się nie więcej niż metr przed tylną klapą furgonu. Drzwi czarnego GMC otwierają się gwałtownie, na szosę wyskakuje chłopak w białym podkoszulku i brunatnych portkach i rusza w stronę mercedesa. Głowę ma ogoloną, skóra ledwie nie pęknie od upakowanych pod nią mięśni, koścista, włoska twarz nabrzmiała od złości. Podbiega, o wiele zbyt szybko, by Pike zdążył wysiąść z wozu i stawić mu czoło. Kiedy mija zderzak, kopie w mercedesa i Pike słyszy odgłos tłuczonego szkła. Chłopak - nie więcej niż dziewiętnasto-, dwudziestoletni - zbliża się do drzwi i otwartą dłonią wali w szybę. Auto aż się zakołysało od tego ciosu. Pike wlepia spojrzenie w chłopaka, który przybliża twarz do okna i krzyczy prosto w szybę, tak blisko, że oddech skrapla się na szkle. Pike zauważa korony na kilku trzonowych zębach, na grubej szyi wisi złoty łańcuszek z medalikiem św. Krzysztofa. Napastnik ma niezwykle niebieskie oczy, chociaż skóra jest oliwkowa, a na ogolonej czaszce widać czarną szczecinę. Usta wykrzywia tak samo wstrętny grymas jak wcześniej u dziewczyny. Pike właściwie nie słucha. Myśli nad taktyką. To po prostu przypadkowy kontakt z cywilem. Zupełnie bez związku z jego zadaniem. Chłopak pewnie wbił sobie do głowy, że zajście na szosie wynikło z winy Pike’a, i rozładowuje złość jak umie, w żargonie gangsterskiego hip-hopu - najwyraźniej jedynego języka, jaki rozumie jego niedorozwinięta kora mózgowa. I właśnie to wkurza Pike’a. Czy ten dureń upadł tak nisko, że nie potrafi nawet kląć we własnym narzeczu? Jak to, kurwa, możliwe, że cała Ameryka klnie jak banda czarnych szumowin? Pike czuje, że zaraz puszczą mu nerwy. Patrzy na żyły pulsujące na szyi tamtego. Chłopak jest niewątpliwie sztangistą lub pakerem i pewnie jeszcze łyka jakieś sterydy. Albo też jest po prostu kompletnym dupkiem. Pike stara się już więcej o nim nie myśleć. Ma sprawę do załatwienia w hotelu Frontenac. Nie ma czasu na żadne utarczki. Po prostu odjedź, powtarza sobie jak mantrę. Chłopak spostrzega, że na jego

ustach formują się słowa, odstępuje o krok i kopie w szybę. Poślizgnął się na asfalcie i upada na tyłek. Mocno. Bynajmniej nie poprawia mu to humoru. Pike widzi, jak wściekle skacze na równe nogi i znów zbliża się do mercedesa. Co za bzdura, myśli. Da mu jeszcze jedną szansę. Dobrze pamięta, gdzie leży pistolet, tuż obok dźwigni hamulca. Jeszcze jeden kopniak i pewna drobnostka o średnicy dziewięciu milimetrów spełni swoje zadanie, a karnawałowa kapela zagra requiem dla durnego byczka. Potem jeszcze dziesięć minut dla blondyny o brzydkich ustach. A może mniej. Chłopak ma coś jeszcze do powiedzenia, ale najwyraźniej wyczerpał już zapas kopniaków. Dyszy teraz ciężko. Robi jeszcze jedną groźną minę, otrząsa się jak pies po kąpieli i odchodzi, oglądając się przez ramię na Pike’a. Pike, może dla zabawy, a z pewnością wbrew temu, co sam uważa za najwłaściwsze, unosi rękę, trzepoce palcami w geście pożegnania i uśmiecha się szeroko. Chłopak zatrzymuje się tak gwałtownie, że stopy ślizgają się na podeszwach sandałów, wraca przed mercedesa i pochyliwszy się nad maską przez kilka sekund zbiera ślinę w gardle, po czym pluje na szybę, na wprost twarzy Pike’a. Słychać piskliwe wołanie i chłopak odwraca się. Dziewczyna wysiadła z samochodu i coś wrzeszczy do niego. Chłopak spogląda raz jeszcze na Pike’a, układa usta w ryjek, śląc całusa, i odchodzi rozkołysanym krokiem, z ramionami tak odstawionymi od ciała, że Pike może ocenić, jak wielkie ma mięśnie na barkach. Przez spływającą po szybie plamę gęstej żółtobrunatnej plwociny patrzy, jak chłopak wsiada do „Jimmy’ego” i zatrzaskuje drzwi z taką silą, że z dachu wzbija się kurz. Dziewczyna gapi się tępo na Pike’a jeszcze przez chwilę, po czym też wsiada. Rozlega się ryk silnika, dym idzie spod kół i GMC oddala się szybko. Pike zerka na zegarek. Całe zajście trwało mniej niż dwie minuty. Struga gęstego śluzu dociera do pióra wycieraczki. Uruchamia wycieraczki i na szybie rozmazuje się jasnobursztynowa smuga, upstrzona cętkami krwi i drobinami substancji stałych. Naciska guzik spryskiwacza i obserwuje wahadłową pracę wycieraczek. GMC oddalił się już o pół kilometra, jedzie bardzo szybko krętym szlakiem szosy zmierzającej w szpalerze drzew ku grzbietowi wzgórza. Po chwili na szybie nie ma już śladu po ślinie. Pike wyłącza wycieraczki i przez dwadzieścia sekund jedynie wsłuchuje się w mamrotanie i powariowanie silnika. Dochodzi go głuche dudnienie i zaraz potem widzi wymijającego go tracka z platformą. Fala powietrza stłoczona pędem ciężarówki kolebie mercedesem. Pike patrzy za ciężarówką niknącą w oddali. Na lewym policzku czuje jakieś owadzie łaskotanie. Wzdycha ciężko, zbiera z podłogi Smith & Wessona i saszetkę, staranie umieszcza pistolet z powrotem wewnątrz torebki, wkłada ją do schowka na rękawiczki i delikatnie zatrzaskuje pokrywę. Wrzuca bieg i znowu

wzdycha głęboko, gdyż ma wrażenie, że teraz coś kosmatego i leciutkiego łazi mu po górnej wardze. Wychyla się, żeby przejrzeć się we wstecznym lusterku. Z lewego nozdrza w dół sunie czerwono-brunatny punkcik. Kiedy mu się przygląda, punkcik zmienia kierunek i zaczyna przemieszczać się w poprzek górnej wargi. Drugi czerwonawy punkcik wypełza z prawego oka, bardzo blisko gruczołu łzowego, po czym rusza po grzbiecie nosa. I następny. Auto zaczyna toczyć się naprzód. Pike zamyka oczy, mocno wciska hamulec, tak że mercedes staje, przysiadając na resorach. Więcej czerwonych pajączków pełza po wewnętrznej stronie powiek: czarne drobinki na tle prześwietlonym słońcem. Roją mu się w oczach: wirująca konstelacja kosmatych stworzonek. Zaczynają wyłazić z uszu. Czuje ich tysiące, jak wędrują w poprzek czaszki. Otwiera oczy i bada twarz w lusterku. Nic. A jednak są. Wie to. Czuje je, całe tysiące, mrowie czerwonych pajączków wielkości czubka szpilki, pełzających po sklepieniu czaszki, wędrujących karnymi szeregami pod skórą. Od ludzi, których poważa - weteranów po urazach z ośrodka rehabilitacji w Bethesda - wie, że te pajączki nie są prawdziwe, że są skutkiem pourazowej reakcji na to, co zdarzyło się w Ekwadorze, ale i tak teraz mu przeszkadzają i musi coś z tym zrobić. Sięga do kieszeni i wyciąga plastikową fiolkę pomarańczowo-niebieskich kapsułek, otwiera wieczko i na sucho połyka dwie, i jeszcze dwie po chwili. Powoli wędrują do żołądka, drapiąc w gardle: jakże chętnie napiłby się wody. Tymczasem GMC dociera na szczyt wzgórza i znika za grzbietem. Mijają dalsze dwie minuty. Pike zdejmuje stopę z hamulca, miarowo wciąga i wypuszcza powietrze, pociera blizny na brzuchu, po czym mocno naciska pedał gazu. W niespełna piętnaście sekund rozpędza się do stu dwudziestu, a gdy wjeżdża na szczyt wzgórza i rusza w dół długą prostą po drugiej stronie, na liczniku ma sto czterdzieści. Przed nim toczy się track z naczepą. Dokłada jeszcze szybkości, gdy go wyprzedza, i w dalekiej perspektywie drogi już widzi „Jimmy’ego”. To zaledwie maleńki punkt w zasnutej niebieskawą mgiełką dali, nie większy od pajączka, ale w tej chwili ten punkt wypełnia cały umysł Pike’a. HARLEM NOWY JORK Godzina 10.15 Tego samego pięknego dnia, pierwszego dnia lata, w studni słonecznego blasku, który

wypełnił przestrzeń między dwoma wyniosłymi wieżowcami w sercu Harlemu, z chodnika przed gmachem Wagnera przy Paladino porwano dziewczynkę w ciemnozielonej sukience i jasnoczerwonych tenisówkach. Dwóch, być może trzech białych w skorodowanej granatowej furgonetce. Świadek dostrzegł tylko część rejestracji z Jersey. Dziewczynka nazywa się Shawana Coryell. Ma dziewięć lat. Tego ranka w patrolu obyczajówki posterunku nr 25 służbę pełniła Cassandra Spandau. Cassandra, na co dzień Casey, jest jedną z wielu czarnych policjantek, ale ludzie zwracali uwagę na jej dziwne chińskie oczy, jasnobursztynowe ze złotymi refleksami, wystające kości policzkowe i skórę tak brązową jak oczy wyżła. Nie nazwałoby się jej piękną - jakieś napięcie w oczach i trochę za wąskie usta - ale kiedy człowiek się z nią zetknął, zapadała w pamięć: sposób poruszania się, głos i ta pulsująca żyłka na szyi, gdy mówiła. Była, jak to mawiali chłopcy z akademii, „zniewalająca”, ale w swej pięknej skórze zachowywała się jak pancernik i z żadnym z gliniarzy z dwudziestkipiątki, czy to mężczyzną, czy kobietą, nie łączyło jej nic poza sprawami zawodowymi. Gdybyście chcieli, powiedziałaby wam, że handlem crackiem 2 steruje DEA, że AIDS to spisek CIA służący eksterminacji czarnych i że Maya Angelou 3 jest wielką poetką amerykańską. Ale była młoda, a młodość prawie zawsze jest durna. Mniejsza z tym, bo szef dwudziestkipiątki i tak ją lubił, i miało to swoje znaczenie później. Gliniarze z posterunku nie usłyszeli od niej ani słowa o tym, skąd pochodziła lub jak wyglądało jej dzieciństwo. W formularzu z akademii napisała, że urodziła się na północy stanu, w mieścinie Carthage, a w okienku przeznaczonym na dane ojca figurowało wielkimi kanciastymi literami: „Nie żyje”. Podpis wściekłości, jaką musiała wzbudzić sama myśl o nim. W tej chwili wydział obyczajowy dwudziestkipiątki pracował na mieście, poza rzygliwie zielonym i sraczkowato żółtym pokojem operacyjnym, na piętrze w tyle posterunku. Pomieszczenie nie miało okien, więc stale paliły się w nim dwa szeregi świetlówek. W ich blasku biały personel stawał się trupio zielonkawy, a czarny - purpurowy. W skład wydziału wchodziło ośmiu facetów i dwie kobiety, wszystko srebrne odznaki, kilka lub więcej lat po akademii. Casey i jej partner - pozbawiony szyi były boczny obrońca nazwiskiem Levon Jamal, którego przed czterema laty odrzucono na testach w Jetsach - właśnie dyskutowali w gmachu Tafta o sprawach wydziału, gdy chwilę po dziesiątej odebrali wiadomość od 10-10: pewien mężczyzna był właśnie świadkiem porwania czarnej dziewczynki, dziewięcioletniej, znanej mu, powiedział, nazywała się Shawana Coryell.

Widział ją ze swego okna na trzecim piętrze, szła Paladino przed gmachem Wagnera, w zielonej sukience, czerwonych tenisówkach Kedsa i workowatej kurtce z czarnego jedwabiu z emblematem Jankesów, z wielką torbą w ręku, pełną jedzenia i innych rzeczy, najwyraźniej ze sklepu samoobsługowego na rogu niedaleko Guvilier Park. W porządnej dzielnicy nie do pomyślenia, żeby dziecko dźwigało taki ładunek, ale matka Shawany przebywa właśnie na przymusowym detoksie, ciotka jeździ na wózku, umiera na AIDS, załapane przez upapraną igłę, a młodszy brat Antowain przeziębił się i potrzebuje aspiryny; i jeszcze pusto w lodówce, i nikogo więcej, więc sami rozumiecie. Tak czy owak, idzie chodnikiem, kiedy dwaj, może trzej goście w skorodowanej granatowej furgonetce na numerach z Jersey, WXN coś tam, zbaczają z pasa, podjeżdżają do krawężnika i jadą wolniutko obok dziewczynki, i nagle, cholera wie czemu, przecież dzieciaki z Harlemu są na ulicy ostre jak koty, Shawana Coryell podchodzi prosto do okna dla pasażera. Szast-prast, i już jej nie ma. Sześć sekund, może mniej, i po wszystkim. Granatowa furgonetka odjeżdża potem pełnym gazem na północ, zanim świadek zdążył wstać z krzesła. Ale człowiek ten, ochroniarz w sklepie jubilerskim Gondorffa przy 125 Ulicy, dobrze widział całe zajście, w tym i ten fragment rejestracji. Zadzwonił pod 911, skąd przekazano jego relację do dwudziestkipiątki, a ci natychmiast zawiadomili Casey Spandau. Casey i Levon natychmiast odpowiedzieli na 10-10. Gdy wszystkie radiowozy z dwudziestkipiątki przetrząsały ulice w poszukiwaniu uciekającej furgonetki, Casey i Levon zgarnęli świadka z wieżowca Wagnera i zawieźli go na posterunek, gdzie opisał porywaczy. Biali, kierowcy właściwie nie widział, ledwie zarys za przyciemnioną szybą, ale tego, który chwycił dziecko i musiał wychylić się przez okno, obejrzał sobie dobrze w blasku słońca: gość może tuż po trzydziestce, jasna karnacja, prawie że albinos, dzikie oczy, opadające na ramiona lśniące czarne włosy. Casey i Levon od razu wrócili na ulice i ruszyli na północ, rozglądając się za tymi znanymi im literami z rejestracji. Casey powiedziała potem, że miała przeczucie, że zobaczą je zaraz za następnym rogiem. Pragnęła tego tak bardzo, że z napięcia rozbolało ją gardło. Ale nic z tego. Furgon na numerach z Jersey w jakiś sposób wymknął się obławie. Zdarza się. Jadą teraz tunelem albo jednym z mostów. Nowy Jork to wielkie miasto. Casey i Levon zabierają się więc do rzeczy z drugiej strony, przez dwie godziny krążą po ulicach i przyciskają typków z branży erotycznej: zaczynają od operacji, którą lubili sobie nazywać „zdobywaniem serc i umysłów”. Wreszcie o pierwszej namierzają swoje źródło, kurewkę o twarzy dziecka, chłopaka znanego jako Dwupak, który sprzedaje się pedofilom, bo wygląda na

jedenaście lat, ale jest sporo starszy i ma w repertuarze takie numery, że zatkałoby każdą hienę na całej Zachodniej 125. Casey podsuwa mu pod nos naszkicowany przez świadka portret długowłosego porywacza i - bingo - chłopak podaje imię. Tony. Nazwisko kończy się jakoś na „gash”. Dwupak opisuje żylastego, niskiego faceta pod trzydziestkę, z włoskim akcentem, i wszystko pasuje jak ulał do rysopisu podanego przez świadka, aż po długie do pasa czarne włosy. Wiadomo, że ten Tony Anonim trafia do pudła i wychodzi, jakby miał abonament, a w zeszłym roku zapuszkowali go na północy stanu za sprawy seksualne. Wiadomo, że ten Tony „Gash” zadaje się z takimi dwoma, braćmi, których nazwisk Dwupak nie pamięta, siedzą po uszy w branży pedofilskiej, ciągle próbują upchnąć jakiś towar w sieci i sprzedają ostro zakręcone kasety. - Ale sami nigdy tego nie robią? - zapytał Levon. Dwupak zdaje się zastanawiać nad odpowiedzią, podczas gdy na przednich siedzeniach policyjnego wozu - nieoznakowanego auta dla detektywów, w tym przypadku wyglądającej całkiem cywilnie granatowej Crown Victorii - Casey i były boczny obrońca przerabiają w duchu parę zagadnień z zakresu panowania nad sobą. Wreszcie chłopak mówi, że kiedy ostatnio był z Tonym... Facet jest kimś w rodzaju stałego klienta... może i słyszał, jak Tony gadał coś o podebraniu prawdziwej cielęcinki, skosztowaniu „świeżego mango”. - Co właściwie powiedział? - pyta Casey. - Nie bardzo wiem - mówi Dwupak. - Byłem trochę naprany. Twarz miałem przyciśniętą do drzwi. Dużo się wtedy działo. - Ci bracia mają jakieś imiona? Dwupak nie ma pojęcia. - Gdzie znajdziemy tego dupka Tony’ego? - Znacie to miejsce w Village, bez szyldu, kawałek w bok od Gansevoort? Coś jak klub sportowy? Prywatny? Słyszeli o nim. - Jeśli wpadniecie tam dziś wieczorem, pewnie go zastaniecie. Jak mówię, niski, szczupły, bardzo blady, prawie biały jak mleko, ale ma długie czarne włosy, nigdy nie związane, lubi, jak opadają na plecy. Lśniące czarne włosy w świetle latarni wydają się granatowe. Będzie na zapleczu. Idźcie tam. Nie pomylicie go. Levon zostaje w wozie, z Dwupakiem, a Casey, której padła bateria w telefonie, idzie zadzwonić do zastępcy prokuratora okręgowego do spraw Harlemu i przestępstw seksualnych.

Ów prokurator to kobieta, Veronica Stein, pochodząca z Upper East Side dwudziestopięciolatka o czarnych włosach przystrzyżonych w fantazyjny sposób z cieniowaniem brzytwą, ubrana zawsze w sportowy kostium i buty na miękkiej podeszwie. Casey ceni ją, ponieważ Veronica jest rzeczywiście cięta na przestępców seksualnych i kiedy tylko widzi szansę ujęcia któregokolwiek, idzie na każdy plan, który może sprawić, że go przyskrzynią. Casey streszcza dotychczasowy przebieg sprawy. Uzyskana od konfidenta informacja potwierdzająca uzasadnia wydanie nakazu aresztowania podejrzanego. - Co to za informacja potwierdzająca? - pyta Veronica. - Sposób działania. Podany naszemu informatorowi zamiar porwania dziecka w celach lubieżnych. - Casey wie, że to słabe. - W jakiej sytuacji? - pyta Veronica. - No, w... w trakcie stosunku seksualnego. - A więc informator to prostytutka? - Tak. - Okay. Co macie z bazy? Sprawdzili bazę danych w NCIC, centralnym rejestrze kryminalnym, i natrafili na Tony’ego LoGascio - wymawiać „lo-gashio” - urodzonego 18 października 1969 roku w Agrigento na Sycylii. Naturalizowany w 1978 roku. Od razu wszedł w konflikt z prawem. Siedział z paragrafu 130 za stręczycielstwo nieletnich, zamieszany w sprawę narkotyków i użycia przemocy. Skazany z paragrafu 120 za napaść na policjanta. Zdjęcie z kartoteki zgadza się z rysopisem podanym przez świadka w ośmiu punktach na dziesięć. - To za mało do wydania nakazu - mówi Veronica. Casey myśli o jeszcze jednym. - A może z paragrafu 130? - Co macie? - Nasz informator mówi, że w ubiegłym tygodniu odbył dobrowolny stosunek z tym LoGascio. - I nie ma siedemnastu lat? - Właśnie. - Mówisz, że LoGascio urodził się 18 października 1969 roku? Więc ma trzydzieści jeden lat. Wobec tego to przestępstwo kategorii E. Czy wasz konfident podtrzyma oskarżenie? Złoży doniesienie? - Tak. Jeśli mu każę. - Idziemy z tym do sędziego - mówi Veronica Stein. - Gdzie was łapać?

Casey odpowiada, że pojadą z Levonem zlokalizować to miejsce przy Gansevoort, potem zawiozą szpicla na szóstkę, żeby złożył formalne doniesienie, i prześlą jej papier faksem. Będą czekać na odzew w szóstce przy Dziesiątej Zachodniej, pod numerem 741-4811. Okay? Okay. W drodze na Gansevoort szef obyczajówki połączył się z nimi przez radio i powiedział, że znaleziono Shawanę Coryell i żeby Casey lub Levon zadzwonili do niego z miejskiej linii. Casey zaparkowała na rogu Trzeciej i Czterdziestej Dziewiątej i zadzwoniła z kabiny w gmachu Smitha i Wollensky’ego. Wysłuchała podanego przez szefa opisu stanu ofiary. Co z nią zrobiono. Szkoda. Mała Shawana Coryell będzie żyła, ale jej dzieciństwo dziś się skończyło. Gdy wróciła do wozu, Levon spojrzał na nią. Odwzajemniła spojrzenie i westchnęła. Pojechali na szóstkę i tam czekali. Po trzydziestu siedmiu minutach na biurku oficera dyżurnego zadzwonił telefon. Stein. Mają nakaz. ALBANY STAN NOWY JORK Godzina 13.00 Wcześniej tego samego dnia, w świetlistej aurze lata, gdy drzewa pysznią się świeżą zielenią, a w powietrzu unosi się lekka mgiełka, która sprawia, że wszystko lśni, jak gdyby patrzyło się na świat przez witraż, mniej więcej w tej porze, gdy Casey i Levon namierzyli w Harlemie Dwupaka, kilka kilometrów w dół Hudsonu od Albany, w mieścinie o nazwie Castleton, jesteśmy w hotelu Frontenac na samym brzegu rzeki, w pokrytym starą boazerią salonie zwanym Długim Barem i jest tam mężczyzna nazwiskiem Jack Vermillion, osobnik o kowbojskim wyglądzie, szerokiej piersi i brzuchu płaskim jak skóra bębna, głębokich zmarszczkach wokół oczu, siwych wąsiskach jak u dawnych poganiaczy bydła i dość długich siwych włosach, które nosi zaczesane do tyłu. Tego szczególnego dnia ubrany jest w wymięte niebieskie dżinsy, biały T-shirt, niebieską kurtkę i jasnobrązowe kowbojskie buty. Jest tutaj z Raleighem „Creekiem” Johnsonem, wspólnikiem w interesach, rozpartym tak samo jak on na jednej z tych wielkich skórzanych kanap nabijanych gęsto mosiężnymi ćwiekami, w przyćmionym świetle wśród ścian wykładanych mahoniem i pod dyskretnym nadzorem chłodnej kelnerki z fryzurą przypominającą bezę na torcie cytrynowym. A co robi? Słucha śliskiego typka nazwiskiem Martin Glazer.

Jack gapi się na Martina Glazera, na wszystkich trzech gości z Galitzine, Sheng & Munro, prywatnego banku inwestycyjnego z dalszych rejonów Wall Street, przybyłych tu dobić targu, przejąć fundusz emerytalny, poprawić jego zarządzanie, a w rezultacie powiększyć. Gapi się na nich ponad marmurowym stolikiem do kawy, ponad filiżankami z kawą i ciężkimi szklankami napełnionymi najlepszą szkocką - single malt, gapi się i myśli, bo tych trzech gości coś mu przypomina. Ale nie bardzo wie co. Jakoś mu się to wymyka. Martin Glazer - osobnik o okrągłej czaszce, zaczesanych porządnie na żel włosach, łagodnych piwnych oczach za drucianymi okularkami, a zwracający na siebie uwagę zwłaszcza gdy podaje kluczowe dane statystyczne, co czyni dziwnie zmienionym szczekliwym głosem - peroruje właśnie na temat „współczynnika płaca/emerytura” oraz „bezprowizyjnych funduszy powierniczych”. Towarzyszący mu wiceprezesi, Kuhlman i Bern, obaj z kozimi bródkami i ostrzyżeni na jeża jak poborowi, tyle że w garniturach od Armaniego po dwa tysiące dolarów i butach o noskach szerokich jak ostrze szpadla, siedzą sztywno jak kołki, ze szklankami glenfiddich w dłoniach, i patrzą na niego tak wyniośle, że Jack miałby ochotę powiedzieć im... - gdy nagle już wie. Foki. Wyglądają jak portowe foki. Uśmiecha się do siebie na myśl o tym. Glazer widzi to i nie rozumie, waha się, ale jedzie dalej. Ble, ble, ble. Usługi, jakie proponują... sposób, w jaki podniosą Black Water Transit na wyższy poziom... kapitały na rozwój... plan akcjonariatu pracowniczego... składki emerytalne... zintegrowane zarządzanie inwestycjami... spółki internetowe... NASDAQ... optymalizacja operacyjna... Jack zdaje sobie sprawę, że musiałby bardzo się skupić, żeby za nim nadążyć. Zależy mu, wie, że to ważne, chce tego układu. Black Water Transit zatrudnia ponad tysiąc osiemset osób. Dokerów, kierowców, pilotów portowych, personel magazynów, pracowników biurowych. Przed rokiem miał poważne kłopoty z dokerami, stanął wobec groźby strajku, rzeczywiście na ostrzu noża, i wybrnął z sytuacji dopiero, gdy obiecał pracownikom - tracącym, jak zresztą cały kraj, wskutek zastoju na rynku - szeroki pakiet emerytalny z możliwością stałego inwestowania składek w akcje. I kiedy od czasu do czasu wracał w myślach do tego projektu, nie podejmując jednak żadnych konkretnych kroków, najzupełniej niespodziewanie odebrał telefon z Galitzine, Sheng & Munro z propozycją zarządzania funduszem emerytalnym na takich właśnie zasadach. Jack domyślał się, że ktoś z firmy dał im cynk, ale nie udało mu się ustalić kto. No i siedzieli teraz w hotelu Frontenac i Glazer roztaczał wspaniałą wizję. Wydaje się, że to dobry interes. Dobry dla pracowników, dobry dla Black Water Transit i

dobry nawet dla Jacka i jedynego jego wspólnika, Creeka Johnsona, bo przecież i oni mieliby udział w programie inwestycji giełdowych. Przeciąga się i zerka w lewo na Creeka, który siedzi z rękoma splecionymi na brzuchu, a w wodniście niebieskich oczach ma wyraz czujności, z jaką wydaje się podchodzić do oferty Glazera. Przerzedzone jasne włosy ma zaczesane do góry, skórę opaloną za sprawą lekcji golfa. Nie odzywa się nawet jednym słowem. Na opaleniźnie w kącikach oczu rysują się wyraźnie białawe kurze łapki. Ręce ma potężne, sękate, żyły na grubych przedramionach nabrzmiałe. Zawsze miał ręce dobre do roboty. Ale nie można powiedzieć, żeby stale robił z nich użytek. W Black Water Transit Systems Creek - pies na robotę rzeczywiście dużo pracował w pierwszych latach po Wietnamie, kiedy tyrał w dzień, a nocą zbierał siły. Potem się rozleniwił. Teraz Jack ma wrażenie, jak gdyby ostatnie dziesięć lat Creek spędził, dodając mu otuchy z okolicy dziewiętnastego dołka, podczas gdy on stale rozwijał Black Water Transit, poczynając od posiadającej dwie ciężarówki firmy wywozu śmieci z Rochester, przez wszystkie szczeble pośrednie, aż do dzisiaj, gdy siedzą tutaj, słuchając Martina Glazera kreślącego wizję tego, w jaki sposób Galitzine, Sheng & Munro uczyni bogaczy z ich pracowników. Tak, zdaniem Jacka to dobrze, że Creek siedzi trochę z boku, ponieważ on, Jack, nie należy do ludzi odczuwających szczególną potrzebę radzenia się kogokolwiek. Black Water Transit jest firmą całkowicie prywatną, należącą wyłącznie do nich dwóch, żadnych akcji, żadnych uzależnień od instytucji publicznych - jeśli nie liczyć praw federalnych, z którymi musiał się liczyć - i tak powinno pozostać, jeśli ma to zależeć od niego. Creek w gruncie rzeczy nie miał już nic wspólnego z funkcjonowaniem firmy na co dzień, a jeśli był tutaj, to głównie dlatego, że Jack go lubił i chciał, żeby i on wyraził opinię. Creek wystąpił na tym spotkaniu w brązowych dokach, różowej koszulce polo, białych skarpetkach i kolorowych półbutach od Sperry’ego. I to jasno pokazywało, jak poważnie podchodzi do całej sprawy. Pewnie ma kije w bagażniku, pomyślał Jack. Jak tylko skończą, pogna na pole golfowe. Głos Glazera brzmi jak sygnał, że linia zajęta, jak bzyczenie wyjątkowo durnej muchy, tłukącej uparcie o szybę, znowu i znowu, i Jack co chwila odpływa w myślach gdzie indziej. Przez szyby z ołowiowego szkła patrzy na wielkie wierzby na skarpie, jak kołyszą witkami w letniej bryzie od rzeki, a długie liście migocą, ukazując srebrzyste spody, i zapisuje ten obraz w pamięci, tak samo jak wtedy, gdy w czasie rajdów śmigłowcem z Soc Trang przyglądał się wielkim ławicom serioli. Z odległości paruset metrów wyglądały jak srebrne wstążki falujące

w błękitnej wodzie. Tak jest na Morzu Południowochińskim, półtora kilometra od przylądka Ca Mau, południowego krańca Wietnamu. Glazer tymczasem ciągnie swą arię. Jackowi zaczynają kleić się oczy. - A więc, co pan o tym sądzi? - pyta ktoś. Myśli o brygadzie, Parris Island, Camp Lejeune, pchłach pustynnych, które tam mieli, o miesiącu w Quantico, a potem o 121. batalionie helikopterów szturmowych. Stowarzyszenie weteranów. Trzydzieści pięć lat? Nie może być. Otts. Strzelec pokładowy Gorman... kto, u diabła, był... - Panie Vermillion? Jack przytomnieje, mruga powiekami. Cholera, myśli. Niedobrze. Potrząsa głową, siada prosto, pewną ręką odstawia szklankę. - Przepraszam... taki upał. - Istotnie, gorąco - przyznaje Glazer, a jego oczy są płaskie jak morskie kamyczki. Coś w tym jest i Jack zastanawia się co. Glazer to drażliwy gość, i nie szło mu dobrze. Facet, na którego trzeba stale mieć oko. Creek spojrzał na Jacka i uśmiechnął się do Glazera. - Jackson ma swoje lata. O tej porze potrzebuje drzemki - wtrąca. - Wchodzę w to, panie Glazer - mówi Jack. - Obaj wchodzimy - podchwytuje Creek i posyła uśmiech, jaki ma dla ludzi, których właściwie nie lubi, ale dla których i tak musi być miły. - Tak, obaj wchodzimy - potwierdza Jack. - Uważam, że powinniśmy. - I ja tak myślę - dorzuca Creek. - Panie Vermillion, nie sposób wyrazić, jak nas to cieszy. Z pewnością będzie to bardzo korzystne przedsięwzięcie. Mogę zapewnić pana i pana pracowników, że na każdym etapie całego procesu jesteśmy gotowi - wszyscy w Galitzine, Sheng & Munro są gotowi - do wszelkiej pomocy we wszystkich możliwych kwestiach. Nie będzie pan żałował tej decyzji. To bardzo mądre posunięcie. W obecnej sytuacji na rynku pracy dbałość o zadowolenie i zamożność dobrych pracowników jest niezbędnym warunkiem utrzymania kondycji firmy. Nigdy pan nie pożałuje tej decyzji. Potrafimy sprawić, że nasz fundusz emerytalny stanie się potężnym zabezpieczeniem dla Black Water Transit, waszych pracowników, a także pana i pana wspólnika. Jack uśmiecha się. Creek wstaje. Glazer spogląda na wiceprezesów. - Panowie?

Wszyscy trzej podnoszą się jednocześnie. Skórzana tapicerka wydaje westchnienie ulgi. Wymiana szerokich uśmiechów i znaczących spojrzeń. Solidny, męski uścisk dłoni ze strony wiceprezesów. - Dajemy panu tyle czasu, ile pan zechce, panie Vermillion. - Mów mi Jack. - Jack. - Mów mi Creek - mówi Creek. Glazer energicznie kiwa foczą głową. Światło gra na gładkich policzkach. Druciane oprawki rzucają złote błyski. - Mówcie mi Martin, proszę. - Okay, Martin - mówi Creek. Odwraca się do Jacka, puszcza oko i kręci młynka palcem. - Pozwól ze mną, Jackson. Zostawiają chłopców z Wall Street, którzy zbierają rozłożone papiery i szczebiocą do siebie jak ptaszki na drucie. Ściany westybulu hotelu Frontenac pokrywa boazeria z drewna tekowego, podłogę ułożono z płyt granitowych. Blask na zewnątrz jest tak silny, że drzewa i auta na parkingu wydają się spłowiałe, wyzute z barwy. Dzwonią cykady, obżarte walającymi się wszędzie łuskami nasion pobliskich topoli. Hudson jest rozlany i mętny, jednak słońce kładzie się na nim szerokim i roziskrzonym łukiem. Kiedy wychodzą na zewnątrz, upał przylepia się do twarzy. Creek zachowuje milczenie do chwili, gdy podchodzą do pikolaka, muskularnego chłopaka, któremu podaje kwitek. - Zielona corvetta, łaskawco. Jeśli usłyszę pisk opon, oberwę ci uszy i wyślę pocztą. Chłopak uśmiechnął się i odbiegł. Creek zlustrował parking i odwrócił się do Jacka, osłaniając oczy przed oślepiającym blaskiem. - A gdzie twoja piekielna torpeda? - W spodniach. Na swoim miejscu. Ale dzięki, że pytasz. - Bardzo śmieszne. No, gdzie? Pytał o shelby cobrę z 1967 roku, czarny jak smoła wóz wyścigowy z silnikiem 427, dzięki któremu może osiągać absolutnie niepraktyczne prędkości. Ta cobra była jedną z trzech głównych słabości Jacka, obok nadmiernej skłonności do wina i uzależnienia od pracy. - Picują ją. U Franka. Odbieram ją dzisiaj. - Jak? - Taksówką. Co jest? Nagły atak uprzejmości? - Może ja ją odbiorę? I tak jadę tamtędy.

- Coś taki troskliwy? Bo mi pęknie serce. - Zawsze jestem troskliwy. Troskliwość to moja część. - Mnie. - Mnie? - Nie „moja część”. Część mnie. - Dobra, udław się swoją cobrą. Ale powiedz staremu druhowi, co o nich myślisz? - O Glazerze? Mocny w gębie. - Gadulstwo to jego część. - Przestań. Zauważyłeś, że wyglądają jak foki? Creek uśmiechnął się. - Faktycznie, teraz to widzę. A jak układ? - Odpowiada mi. Obiecałem wszystkim, że zmienimy zasady funduszu. I zmieniamy. To przynajmniej przyhamuje dokerów. - A co z Dave’em? Nie ucieszy się, że wyjmiesz fundusz z Chase. - Chase będzie nadal obsługiwał płace. Chłopcy Glazera zajmą się tylko strategią inwestycyjną. Dave Fontenot nie obrazi się o to. Rynek wariuje. Galitzine, Sheng & Munro siedzą w samym środku. Kręcą w tym od lat. - Nie wygląda na to, żeby cieszyli się z tej współpracy. - To cię chyba nie martwi, Creek. Nie przestałeś świętować od czasu, gdy Reagan wygrał wybory. - Jak nastał Ronnie, uznałem, że moja rola skończona. Odpowiesz mi na jedno pytanie? - Spróbuję. - Tak naprawdę to nie chcesz wypuszczać tego z ręki, co? - Nie. Nigdy nie zarządzałem funduszem. I to był problem. - Mówię o samej firmie. Obserwowałem cię przed chwilą. Nie chciałeś niczyjej rady. Nawet mojej. Black Water Transit jest wszystkim, co zbudowałeś. Wszystkim, co masz. Bez obrazy, ale twoje życie osobiste rozłazi się. Jest tylko Streak, a on... - Mój syn ma na imię Danny. Nie Streak. Zejdź z tego tematu, okay? Nigdy się nie zgodzimy. Powinniśmy lepiej zarządzać funduszem emerytalnym. Zmiana dobrze robi, Creek. Zmiana zawsze dobrze robi. - Może zmiana gaci. Tam w środku byłeś gdzie indziej. Gdzie? - W Soc Trang. - O Jezu. Tu cię boli. Wielka wyprawa aleją pamięci w przeszłość? A co robiłeś w Wietnamie, dziadku? No, mój chłopcze, podpaliliśmy wagon żółtków, a potem tańczyliśmy

twista na stercie osmalonych czaszek. Miałbyś ochotę na suszone ucho, kochanie? Są jak Pringles, tylko bardziej kruche. - Jesteś pieprznięty, Creek. Czasem tęsknię za wojną. - Pewnie dlatego, że nie rozwalili nas tam do szczętu. - Kto wie. W każdym razie było to coś, co wryło się w pamięć. Przykuwało uwagę. Tam w hotelu prawie że zasnąłem. Przez większość czasu czuję się jak na torazynie. Byłem świadom i byłem w środku każdej minuty tej wojny. Facet potrzebuje czuć życie. - Jak który, Jackson. Płytki, mały facet bez wnętrza. Gość z charakterem może byczyć się całe dnie, a i tak ma bogate życie wewnętrzne. Właśnie dlatego ty musisz pracować. Jezu, jaki z ciebie durny makaroniarz. Jak to się mówi? Il duce far niente? - Chciałeś powiedzieć: Qui dolce far niente. Jak słodko nic nie robić. - A co powiedziałem? - Przywódca nic nie robi. - I o to mi chodzi! - Znajdę coś sobie. Może będę hodował konie. - Własnoręcznie? Muszę to zobaczyć. - Lubię konie. - O wiele za bardzo. Już dzisiaj to widać. Dlaczego nie golf? - Prędzej wyłupię sobie oczy. Golf to kult, jak masoneria, tylko nosicie bardziej durne kapelusze. Uwagę Creeka zajmowało już co innego. - Jasne. Słuchaj, widzisz tego gościa w garniturze, chyba idzie do nas. Z granatowego mercedesa wysiadł przed chwilą mężczyzna jak gdyby wyjęty z lat pięćdziesiątych i zbliżał się, patrząc prosto na nich, potężnie zbudowany, o spadzistych szerokich barach i poznaczonej bliznami kamiennej twarzy. Siwe włosy miał ostrzyżone tuż przy skórze. Prezentował się bardzo dobrze w lekkim granatowym garniturze i rozpiętej pod szyją jasnoniebieskiej koszuli. Gdy podszedł bliżej, skinął głową i uśmiechnął się. - Pan Vermillion? Pan Johnson? - Tak - odparł Jack. Creek milczał. Stanął przed nimi, skinął głową Creekowi i wrócił spojrzeniem do Jacka. - Nazywam się Pike, panie Vermillion. Earl Pike. Czy ma pan chwilę? Jack otaksował go. Gość wyglądał... jakoś po wojskowemu. Skórę miał pomarszczoną i mocno opaloną, jak gdyby spędził dużo czasu na południowym zachodzie. Jakieś pięćdziesiąt pięć lat, może więcej. Postawa bardzo sztywna. Jack z łatwością wyobraził go sobie w

mundurze. A może ma po prostu kłopoty z kręgosłupem. Poczuł, że Creek ma ochotę zmyć się. - Jackson, bracie, zostawiam cię z panem. Panie Pike, ma pan to co lepsze. Jack uśmiechnął się do Creeka, skinął głową. Creek zszedł na parking równo z tym, jak nadjechała jego ciemnozielona corvetta. Dał suty napiwek pikolakowi, wsiadł do wozu, a potem odwrócił jeszcze ku nim głowę, odjeżdżając. Silnik pulsował równo, zagrał wyżej, a później słyszeli jeszcze muzykę, folk z południa, ulubione zydeco 4 Creeka. Earl Pike zaczekał w milczeniu, aż Creek wyjedzie na autostradę. - Mam nadzieję, że chwila nie jest nieodpowiednia, aby omówić mały interes? Uśmiechał się i dokładał starań, aby wyglądać przyjaźnie, ale to do niego nie pasowało. Spojrzenie miał zgaszone, jak gdyby oczom odcięto źródło zasilania, a jeśli wiele się uśmiechał, nie zostawiło to żadnych śladów na tej twarzy. Nad prawym okiem miał poszarpaną bliznę po oparzeniu. Jack nie miał wątpliwości, że włożono w nią wiele pracy chirurgicznej. A trzeba było jeszcze więcej. Pike wyciągnął rękę, Jack podał swoją, choć równie dobrze mógłby przytrzasnąć ją sobie w drzwiach samochodu. Gdy wymieniali uścisk, Jack zauważył, że Pike ma opatrunek na knykciach. Pike spojrzał na własną rękę i uśmiechnął się. - Złapałem gumę. Na Taconic. Musiałem sam zmieniać koło i łyżka się omsknęła. Nieźle rozkwasiłem knykcie. Przepraszam. - Czym mogę panu służyć, panie Pike? - Może wejdziemy i napijemy się czegoś? - Nie, dziękuję, właściwie to trochę się śpieszę. Przykro mi... - Zajmę panu tylko chwilę. Przepraszam, że zaczepiam pana w ten sposób, ale jeszcze dziś wieczorem muszę wrócić do Nowego Jorku i to była jedyna szansa, że uda mi się z panem pomówić. Nie znoszę narzucać się. Ale to raczej pilne. Dave Fontenot zasugerował, że tu pana spotkam. Powiedział, że o tej porze będzie pan już wolny. Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe? - Dave Fontenot? Z Chase? - Tak. W zeszłym tygodniu graliśmy w golfa w Meadow Mills i wspomniałem, że chciałbym pomówić z kimś z branży transportowej. Rzecz w tym, że potrzebuję rady. W sprawie frachtu. Dość nietypowego. Dave powiedział, że pan będzie najlepszy. Dave Fontenot jest wiceprezesem Chase Bank VP, który prowadzi wszystkie rachunki Black Water Transit Systems. Nie pierwszy raz zdarzało się, że podsyłał Jackowi klienta. Biznes w Atlancie w znacznym stopniu opiera się na znajomościach. Okay, pomyślał Jack. Zobaczmy.

- Co możemy dziś dla pana zrobić, panie Pike? Earl uśmiechnął się nieznacznie. - Pan przewozi towary, prawda? - Tak mamy napisane na drzwiach. - Kontenery? Plombowane? - Też, zgodnie z życzeniem. Mamy składy zastawne i wozimy wszędzie. Lądem, powietrzem i wodą. Hudsonem, przez Erie, Rzeką św. Wawrzyńca. Mogę zaraz ściągnąć cennik faksem... Earl Pike przytakiwał każdemu zdaniu, ale twarz wyrażała coś innego. Jack wyczytał na niej czujność i poczuł, że włącza mu się wewnętrzny alarm. Pike spojrzał przez ramię. Z hotelu wyszli Glazer, Bern i Kuhlman, skinęli Jackowi i ruszyli w kierunku wielkiej szarej limuzyny. Kiedy odeszli dostatecznie daleko, Pike spojrzał znów na Jacka i powiedział miękko: - Dave mówi, że był pan w piechocie morskiej. - To prawda. - A pan tam był? - I owszem. Latałem śmigłowcem z Soc Trang. A pan? - I owszem. I korpus. W tę i nazad na Thunder Road. - Będę o tym pamiętał. Pozwoli pan, że zapytam, czy trzyma pan broń? - Parę sztuk. Nic atomowego. Earl Pike skinął głową i przysunął się nieco bliżej do Jacka. Jack wyczuwał woń jego wody po goleniu, coś z nutą cytryny. Ton jego głosu stał się głęboki, mówił chrapliwym szeptem, który zmusza do uważnego słuchania. Stara sztuczka, znana Jackowi ze szkolenia na Parris Island. Ale skuteczna: Jack w rzeczy samej nadstawiał ucha. - Śledzi pan ustawodawstwo dotyczące posiadania broni? - Nie bardzo. - Słyszał pan o ustawie o zapobieganiu przestępczości zbrojnej z 1994 roku? - Nie. Polityka dostępu do broni mnie nie interesuje. - Ustawa ta zakazuje posiadania wielu rodzajów broni, półautomatycznej broni ofensywnej, większych magazynków itp. - Moim zdaniem to brzmi rozsądnie. Nie brak nam w szkołach szczeniaków z szambem zamiast mózgu. Co raz to jakiś urządza masakrę. Jeśli potrzebujemy więcej broni, to oznacza, że przybywa nam pryszczy. Gdzie tu problem? - Można by podyskutować o tej ostatniej sprawie. Ja sam mam...pewną kolekcję. Bardzo

wyjątkowa. Okazy nie do zastąpienia o ogromnej wartości historycznej. Mogę dać panu pełny inwentarz. Zrozumie pan, o czym mówię. To broń o charakterze muzealnym, broń, która pomogła stworzyć ten kraj. Ta bezduszna ustawa znosi reguły dziedziczenia i status kolekcjonera. Swój zbiór gromadziłem z myślą o dzieciach, gdy jeszcze żyły, lub o muzeum. Dziś nie mam już dzieci, a ustawa ogromnie utrudnia zarządzanie kolekcją. Myślę więc, że może już czas jej się pozbyć. - Pana dzieci nie żyją? Bardzo współczuję. Szczerze. Twarz Pike’a na chwilę ożyła, Jack zauważył skurcz gniewu, a potem coś innego. Okrucieństwo. Wściekłość. Morderczą wściekłość. Tuż pod skórą. Maskę śmierci. Pojawiła się i zaraz znikła. - To było dawno. Pożar. Co do kolekcji... - Czemu nie daruje jej pan jakiemuś muzeum? Pike potrząsnął głową i uśmiechnął się krzywo. - W tej chwili nie bardzo stać mnie na altruizm. - A więc chce pan ją sprzedać? - Tak. Rynek jest dobry. Ale, szczerze mówiąc, nie życzę sobie, żeby ktokolwiek się wtrącał. Jestem dobrym obywatelem, solidnym. Należy mi się wolność, którą mi... o którą walczyliśmy. Ale mamy tych... liberałów z wielkich miast. Jeśli nie będę ostrożny, ATF po prostu skonfiskuje moją kolekcję. - Zapłacą rekompensatę. Earl lekceważąco machnął swą wielką prawą ręką, trochę za blisko twarzy Jacka. Jack odczuł siłę, z jaką gest ten rozgarnął powietrze, a przez to i siłę temperamentu tego człowieka. - Grosze. Nie jestem żebrakiem. Skontaktował się ze mną pewien kolekcjoner z Meksyku, emerytowany oficer kawalerii. Stary przyjaciel rodziny. Omówiliśmy tę sprawę i wiem, że doceni mój zbiór i zapewni mu warunki, w których przetrwa nienaruszony przynajmniej przez najbliższe sto lat. Kłopot polega na tym, jak dostarczyć moją kolekcję nabywcy. Jest raczej duża i trzeba obchodzić się z nią delikatnie, zadanie dla zawodowca. - Większe transporty broni trzeba zgłaszać w ATF, nawet w granicach stanu. Informuję ich, ponieważ wymagają, żebym ich informował. Pan to zrobi albo ja to zrobię. Bez odpowiednich papierów nie przewiozę broni nawet przez ulicę. Podzielam pana uczucia, panie Pike. I ja nie jestem sympatykiem państwa, które niańczy swych obywateli. Ale prawo jest jasne. Złamię je, złapią mnie, stracę koncesję, stracę firmę i może trafię za kraty. Nie mogę. Przykro mi. Pike nie wydawał się zawiedziony. - Zbadałem tę kwestię trochę bliżej. ATF nie wymaga pełnego inwentarza kolekcji broni

historycznej. Można wymienić zasadnicze elementy, a resztę zadeklarować jako dodatki i wyposażenie. Jeśli tylko główna deklaracja jest zasadniczo zgodna ze stanem faktycznym, ATF nigdy jej nie zakwestionuje. Poza tym mają braki osobowe: niespełna dwa tysiące agentów w skali kraju, z czego tylko mała część to agenci terenowi. A i oni zajmują się głównie monitorowaniem targów broni i wyrywkowym sprawdzaniem koncesjonowanych sprzedawców. Góra ATF jest pochłonięta popychaniem pozwów zbiorowych przeciwko producentom broni i wspieraniem tych, którzy na tej samej zasadzie doją koncerny tytoniowe. Można śmiało przyjąć, że nie zwrócą na nas najmniejszej uwagi. Ponadto jestem gotów ponieść wszelkie koszty, jakich będzie wymagać bezpieczny przewóz mojej kolekcji. Wszelkie koszty. Jack spojrzał uważnie w twarz tego człowieka. Pike nie unikał jego wzroku i spokojnie go wytrzymał. - O czym my rozmawiamy, panie Pike? - O interesie. Po prostu o interesie. Pan może coś dla mnie zrobić, a ja jestem gotów dobrze za to zapłacić. Zakładam, że trzeba będzie uiścić stosowną opłatę administracyjną. Przekraczającą znacznie normalne stawki. Rozumiemy się? Jack odwrócił wzrok od tego człowieka, zlustrował przestrzeń parkingu. Rozmawiali na wolnym powietrzu, pod szerokim drewnianym dachem przed hotelem Frontenac. Parking był pełen samochodów. Piękna pogoda. W każdym z tych aut mogli siedzieć agenci federalni z minikamerami i mikrofonami kierunkowymi. I sam pan Pike mógł mieć w bieliźnie więcej drutów niż Diane Sawyer. Jack poczuł, jak rośnie mu puls. To może być federalny śledź. A może nie. - Chyba lepiej byłoby pomówić o tym w innym miejscu? Earl poczerwieniał, brwi nasrożyły mu się u nasady nosa. Przez zmrużone oczy patrzył na zalany słonecznym blaskiem parking. - Tak. Chyba lepiej. GREENWICH VILLAGE NOWY JORK Godzina 17.10 Lokal przy Gansevoort był rozświetlony jak powieści Anne Rice 5 , ale śmierdział bardziej. Tuż po piątej, a tłok niemiłosierny. Do tego czasu Casey i Levon wyciągnęli już Tony’ego LoGascio na zewnątrz, a Dwupak zmykał stamtąd, jakby miał skrzydła u nóg.