wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 064 046
  • Obserwuję1 392
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 551 773

Stuart Woods - Wielki blef

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.8 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Stuart Woods - Wielki blef.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Stuart Woods
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 13 osób, 19 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 348 stron)

Woods Stuart WIELKI BLEFF przełożyli Dariusz Ćwiklak i Arlena Sokalska AMBER

Tytuł oryginału DEEP LIE Autor ilustracji KLAUDIUSZ MAJKOWSKI Opracowanie graficzne IMI design studio/prepress Redaktor ELŻBIETA MICHALSKA-NOVAK Redaktor techniczny ANNA WARDZAŁA Copyright © 1986 by Stuart Woods For the Polish edition Copyright © 1994 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 83-7082-339-4 Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Warszawa 1994. Wydanie I Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa

Książkę tę dedykuję Ebbemu Carlssonowi

1 Oskar Oskarsson zmrużywszy oczy patrzył w jasno roz- świetloną mgłę i wypatrywał ptaków. Gdzieś wysoko nad ku- trem świeciło słońce, ale nad powierzchnią wody widział tylko mgłę. Czuł się, jakby stał w środku wypełnionej gazem jarze- niówki. Za sterburtą ujrzał petrela. Widoczność ocenił na ja- kieś pięćset metrów, nie więcej - doskonałe warunki, by wyko- nać zamierzone zadanie. Zmniejszył obroty silnika do tysiąca na minutę, odwrócił się i skinął głową do Ebbego. Chłopiec uśmiechnął się lekko, zwolnił hamulec głównej wyciągarki i zaczął wypuszczać włók, długi rękaw stalowej sieci, która miała przeczesać dno na głę- bokości dwudziestu metrów. Oskarsson patrzył z zadowole- niem na poczynania wnuka: chłopiec nie miał jeszcze doświad- czenia, ale na kutrze radził sobie całkiem dobrze. Ubrany był jedynie w dżinsy i koszulkę. Ci młodzi wcale nie czują chłodu, dziwił się Oskarsson. Zachwycało go wspaniale umięśnione, proporcjonalnie zbudowane ciało chłopca. „Kiedy ja byłem młody, wszyscy szwedzcy młodzieńcy wyglądali tak jak on”, pomyślał. Był to wynik ciężkiej pracy i innego trybu życia. Te- raz młodzi chłopcy to wychudzeni hipisi albo otyli księgowi. Ebbe był wyjątkiem. W zimie jeździł na nartach, w lecie wyru- szał na długie wędrówki i wiosłował w szkolnej drużynie. Może 7

nie był typem pilnego ucznia, ale wysiłek fizyczny dobrze mu robił i przysparzał dużo radości. Ojciec Ebbego był właścicielem dyskoteki w Sztokholmie. Dyskoteka! Oskarsson odwiedził kiedyś syna i poszedł tam z nim. Boże przenajświętszy, co to za miejsce! Ten hałas - teraz nazywa się go muzyką - te błyskające światła, stojące powie- trze, zaduch! Dorosłemu mężczyźnie nie przystoi zarabiać na życie w ten sposób. Ebbemu taki model nie odpowiadał, po- wiedział o tym dziadkowi. Zdawał sobie sprawę, że nie jest dość bystry, aby iść na uniwersytet, ale nie martwił się tym. Kiedy skończy szkołę, a to już za rok, przyjedzie do dziadka i bę- dą razem łowić ryby. No i oczywiście zarabiać pieniądze. Lekki kuter z łatwością obsługiwały dwie osoby, obejdą się więc bez załogi, z którą trzeba dzielić zyski. Chłopcu będzie dobrze z dziadkiem, a za kilka lat, kiedy już pozna wszystkie miejsca połowów, dobierze sobie wspólnika. Wtedy Oskarsson przejdzie na emeryturę, a część zysków, które będzie przynosił kuter, przypadnie mu w udziale. Łódź sprawowała się doskonale i Oskarsson cieszył się, że przeznaczał tak dużą część dochodów na utrzymanie jej w dobrym stanie. Jeśli chłopiec o nią zadba, to posłuży mu jeszcze przez wiele lat. Ojciec Ebbego będzie wściekły, kiedy dowie się, że syn chce łowić ryby z dziadkiem. Zarabia tyle pieniędzy na tej dyskotece, a jego jedyne dziecko chce zostać prostym rybakiem! - Oskarsson uśmiechnął się na tę myśl. Sieć znalazła się już w wodzie, więc Oskarsson zawołał wnuka do sterówki i rozłożył mapę. - Tutaj - wskazał grubym, wykrzywionym palcem. Miał ręce rybaka, nabrzmiałe od lat pracy w zimnej wodzie, palce pokryte szramami i powykręcane po źle zrośniętych złama- niach: musiał przecież gołymi rękami używać różnych narzędzi i obsługiwać maszyny. - Tutaj wypełnimy włók po brzegi. Chłopiec zmarszczył brwi. - A co z tym, dziadku? - zapytał, wiodąc palcem wzdłuż nie- równej karmazynowej linii. - To oznacza, że znajdujemy się na zakazanym obszarze. Dlaczego zakazanym? Czy możemy mieć przez to jakieś kłopoty? - Tam jest baza morska w Karlskronie - odparł stary wskazując palcem w mgłę. - Nie chcą, żeby kręciły się tu ra- dzieckie kutry i robiły zdjęcia. - Uderzył się w pierś. - Ale ja nie 8

jestem Ruskiem. Ty też nie, prawda? - Mrugnął do chłopca. - A marynarce wojennej ryby nie są przecież potrzebne. Chłopiec wybuchnął śmiechem. - Skoro tak mówisz, to wszystko w porządku. - Widzisz, ryby też wiedzą, że to zakazany obszar. Myślą, że nikt ich tu nie złapie, ale w mgliste poranki, takie jak dzisiej- szy, możemy wpadać tu wcześnie rano, połowić przez kilka godzin i odpłynąć, zanim mgła się podniesie. - Czy oni nie mają radaru? Działa chyba bez względu na mgłę, prawda? - Jasne. Oczywiście, że mają radar, ale zdjąłem reflektor, a takiej drewnianej łódki jak nasza na ekranie radaru prawie nie widać. Nigdy mnie jeszcze nie złapali. A nawet gdyby namie- rzyli nas podczas mgły, raczej by to zlekceważyli, radzieckie łodzie przypływają chyba tylko wtedy, gdy jest ładna pogoda, przecież im zależy na zdjęciach. A jeśli już mnie złapią, powie- dzą: „Spływaj łowić gdzie indziej, staruszku.” Wielkie rzeczy. Oskarsson nie martwił się, że go nakryją. Znał te wody le- piej niż każdy nawigator szwedzkiej marynarki. Urodził się na wyspie Utlangen, niedaleko stąd, i od dawna łowił tu ryby. Umknąłby kutrom patrolowym pomiędzy wyspami. Niezależ- nie od tego, ile patrolowców przyśle szwedzka marynarka, on tak łatwo nie porzuci tych bogatych wód. Płynęli powoli przez kwadrans, gawędząc wesoło. Sieć cią- gnęła się za kutrem. Nagle rozległo się głośne skrzypienie i łódź gwałtownie się zatrzymała. Rzuciło ich na ścianę sterówki. Oskarsson szybko zamknął przepustnicę i zwolnił bieg. - Co się stało, dziadku? - zapytał chłopiec. Stary nie odpowiedział; wrzucił bieg i powoli otworzył prze- pustnicę. Przez kilka sekund płynęli do przodu, po czym lina sieci naprężyła się i łódź znów stanęła. - Musieliśmy na coś trafić - powiedział wreszcie Oskars- son. Spojrzał na mapę. - Nigdzie w pobliżu nie zaznaczono żadnego wraku. Mam nadzieję, że marynarze nie zatopili tu jakiejś łajby, o której zapomnieli. Nawiń pomocniczą linę na dodatkową wyciągarkę i zobaczmy, czy w ten sposób nie uda się uwolnić sieci. Kiedy Ebbe znalazł się na rufie, nawinął cienką linkę na pomocniczą wyciągarkę. Oskarsson znów wrzucił bieg i dodał gazu. 9

- Teraz! - krzyknął. - Spróbuj ją trochę naciągnąć! Chłopiec włączył maszynę i śledził linę, która zaczęła nawi- jać się na bęben. „Idzie - pomyślał Oskarsson - pewnie pójdzie i uwolnimy sieć.” Nagle lina pomocnicza również się naprężyła i łódź znów stanęła w miejscu. - Wyłącz! Wyłącz wyciągarkę! - krzyknął. Chłopiec prze- kręcił wyłącznik i bęben się zatrzymał. - Zaklinuj ją! O, tak. Spróbujemy czegoś innego. Oskarsson wrzucił bieg i mocno przekręcił ster w lewo. - Zatoczymy koło i zmienimy położenie sieci - krzyknął do chłopca. - W ten sposób odczepimy ją od tego świństwa, na które natrafiła. Taką miał nadzieję. Nowa sieć kosztuje kilka tysięcy koron. Mimo iż towarzystwo ubezpieczeniowe zwróciłoby większość kosztów, nikt nie zapłaciłby mu przecież za czas, jaki straci czekając na nowy włók. Sieci nie kupuje się ot tak, w sklepie. Zatoczył szerokie koło, żeby nie wkręcić liny w śrubę napę- dową, po czym skierował się w lewo, w stronę przeszkody. Chciał nieco poluzować sieć. Przez chwilę utrzymywał kurs, ale nagle łódź przechyliła się na prawo. Oskarsson osłupiał - prze- cież koło sterowe trzymał przekręcone mocno w lewo. Wtem uświadomił sobie, że choć łódź odchyliła się lekko w prawo, nie płynęła w tym kierunku. To niesamowite, ale kuter płynął w b o k . Przeszkoda p o r u s z a ł a się. Oskarsson puścił ster i ruszył na rufę, ale koło mocno szarpnęło w prawo i gwałtowny ruch łodzi rzucił go z dużą siłą na pokład. Podniósł się z trudem, rozmasował stłuczony bark i krzyknął do chłopca: - Szybko, musimy wypuścić sieć! Łódź przechyliła się w przeciwnym kierunku i wróciła do pionu. Teraz nieznana siła ciągnęła ich do tyłu. - Co jest, dziadku? - zawołał Ebbe, mocno trzymając się wyciągarki. - Co się dzieje? - Zwolnij linę pomocniczą! - odkrzyknął stary, usiłując dojść do sterówki. Ebbe szybko wykonał polecenie: odblokował linę i odwinął ją z bębna. Kuter wciąż płynął do tyłu i to coraz szybciej. Prze- rażony Oskarsson wrzucił wsteczny bieg i szeroko otworzył przepustnicę. Musiał choć trochę poluzować linę. Chłopiec 10

natychmiast zorientował się, co zamierza dziadek, i ruszył do głównej wyciągarki: na bębnie było jeszcze kilka metrów liny. Oskarsson próbował odwrócić łódź i obserwował, jak Ebbe zmaga się z hamulcem. Gdyby mógł go zwolnić, mieliby dość luzu, aby odczepić linę, a zatem i łódź. Bęben był jednak zbyt obciążony i hamulec ani drgnął. Oskarsson poczuł dumę, gdy chłopiec, nie czekając na instruk- cje, chwycił siekierę ze ściany sterówki i zamierzył się na rącz- kę hamulca. Jedno uderzenie wystarczyło, by odblokować urządzenie. Bęben wyciągarki zaczął się obracać jak szalony. Łódź aż przysiadła na szerokiej rufie i prawie się zatrzymała. Siła pędu znowu rzuciła ich na pokład. Oskarsson skoczył w stronę zaczepu liny. Wiedział, że ma tylko kilka sekund, by ją odczepić, zanim znowu się napręży. Chwycił linę, jednocześnie próbując znaleźć oparcie dla stopy, gdy lina ponownie się na- pięła. Oskarsson zawył z bólu - naciągnięta lina, przycisnąwszy jego dłoń do bębna wyciągarki, odpiłowała mu palce. Oskarsson osunął się na pokład; oszołomiony patrzył na tryskającą krew i samotny kciuk, pozostałość po palcach. Za- pomniał o kutrze i podbiegł do wiszącego na ścianie kabiny płóciennego worka, w którym trzymał resztki lin. Szybko zna- lazł nylonową żyłkę, owinął ją wokół nadgarstka i trzymając jeden koniec w zębach, mocno zacisnął i zawiązał. Nie odczu- wał już bólu, jedynie dziwne ciepło rozlewające się po okale- czonej ręce. Po opatrzeniu rany znów zainteresował się łodzią. Nawet na pełnym gazie wciąż poruszała się do tyłu z szybkością około ośmiu lub dziewięciu węzłów, ciągle wzrastającą. Woda prze- lewała się przez burtę. Przemoczony Ebbe próbował się pod- nieść. Upadek go oszołomił. Oskarsson patrzył na niego bez- radnie - w ciągu całego życia spędzonego na morzu nie był jeszcze w takiej sytuacji. Zupełnie nieprawdopodobnej. Woda sięgała mu już do kolan, a łódź płynęła z prędkością ni mniej, ni więcej tylko piętnastu węzłów, rufą do przodu. - Co się dzieje? Co jest? - chłopiec krzyczał do niego po- przez ryk wody. Nie miał pojęcia. Wiedział tylko jedno: to nie może trwać w nieskończoność. Wtedy, jakby w odpowiedzi na tę myśl, usły- szał dźwięk napinanego do granic możliwości drewna i metalu i dwa przednie nity, które przytrzymywały podstawę głównej wyciągarki, puściły. 11

- Ebbe! - wrzasnął. - Uciekaj! Wyciągarka zaraz się urwie! - Co? - odkrzyknął chłopiec. Był ciągle oszołomiony. - Co? Rozległ się trzask i fragment pokładu, do którego przynitowa- na była wyciągarka, został wyrwany. Bęben, wciąż połączony z siecią - liną, dzięki której byli ciągnięci - przeleciał przez rufę, uderzając chłopca. Nagle zapadła cisza. Ciężka, martwa cisza. Łódź natychmiast stanęła i tylko delikatnie kołysała się na falach. Za burtą pojawiły się bąbelki, w miejscu gdzie zniknęła sieć i wyciągarka. Zalany silnik przestał pracować. Oskarsson brnąc po uda w wodzie szybko przedarł się na rufę. Ciało Ebbego, wokół którego two- rzyła się czerwonobrunatna plama, unosiło się na wodzie. Oskarsson wziął wnuka w ramiona i usiadł na okrężnicy, która wystawała jedynie kilka centymetrów nad wodę. Łódź dzięki swojej wyporności nie zatonęła, chociaż pokład był zalany. Chłopiec miał zmasakrowaną głowę. Oskarsson przytulił zwiot- czałe ciało i zaczął szlochać. Gdzieś we mgle usłyszał silnik zbliżającej się szybko łodzi, ale było mu to obojętne. Nie spędzi z wnukiem reszty swych dni, nie pokaże mu już miejsc, gdzie można łapać ryby, nie nauczy go, jak to robić. Aż do śmierci pozostanie sam, stary i osamotnio- ny. Pragnął umrzeć: pociągnął węzeł na nadgarstku, linka roz- wiązała się i z kikutów palców znów trysnęła krew. Wtedy z mgły wyłonił się kuter patrolowy i zwolnił. Po wo- dzie niósł się wyraźny metaliczny głos: „Jesteście w zakazanej strefie, musicie natychmiast ją opuścić. Proszę płynąć za nami. Jesteście w zakazanej strefie...” Łódź dopłynęła do prawie za- topionego kutra i głos umilkł. Zza tuby, w odległości kilku me- trów, ukazała się opalona twarz młodego porucznika marynar- ki. Mężczyzna nagle pobladł. Oskarsson spojrzał na niego. - Odpieprz się, marynarzyku - powiedział.

2 Kapitan Jan Helder stał na wieżyczce okrętu podwodnego numer 184 klasy Whiskey i wdychał świeże powietrze. Było lodowate. Murmańsk, siedziba dowództwa Północnej Floty Radzieckiej, leży poza kołem podbiegunowym i maj nie przy- pomina tutaj tego miesiąca w innych zakątkach świata. Helder z uwagą obserwował, jak przycumowywano okręt do nabrzeża. Podniósł głowę i ujrzał dwóch mężczyzn - komandora podpo- rucznika w dobrze skrojonym mundurze i cywila ubranego w kiepski garnitur - zmierzających równym krokiem przez przy- stań do miejsca, gdzie jego ludzie spuszczali trap. Nie znał żadnego z nich i nie był zachwycony ich widokiem. Obecność komandora podporucznika i oficera politycznego radzieckiej armii nie zwiastowała niczego dobrego. Helder przede wszystkim zaczął się zastanawiać, co mógł przeskrobać. Wypił trochę za dużo w mesie oficerskiej dzień przed wypłynięciem, ale przecież świętowali zakończoną wła- śnie misję na Północnym Atlantyku i wszyscy dużo pili. Uwa- żano go za najrzetelniejszego i najsumienniejszego oficera, a on nie mógł sobie przypomnieć żadnego innego uchybienia, może poza tym, iż jest Estończykiem. Chyba że to wystarczają- cy powód. 13

Zszedł z wieżyczki, aby ich przywitać. Żaden nie poprosił o pozwolenie wejścia na pokład. - Kapitan Helder? - zapytał komandor. „A któż by inny?”, pomyślał Helder. W głosie mężczyzny usłyszał ten rodzaj formalnego tonu, jaki towarzyszył zwykle aresztowaniu. - Tak jest, towarzyszu komandorze - odparł, stanął na baczność i zasalutował. Czuł się trochę głupio, że bawił się w ten wojskowy rytuał prezentując się w takim stanie: nie golił się ani nie kąpał od pięciu tygodni. Oczywiście, miał taką możliwość, gdyż jego łazienka była wyposażona nieco lepiej niż łazienki załogi, ale podwładni lubią, kiedy kapitan jest równie brudny jak oni. - Macie natychmiast zgłosić się do głównego oficera ad- ministracyjnego w siedzibie sztabu w Leningradzie - sztywno wyrecytował komandor i podał mu kopertę. - Oto pisemny rozkaz i przepustka do sztabu. Helder wziął kopertę. Rozbawiło go to „natychmiast”. Le- ningrad leży prawie tysiąc kilometrów na południe. - Dziękuję, towarzyszu komandorze. Gdybym mógł się wykąpać i zmienić ubranie... - Miał na sobie brudną płócienną kurtkę narzuconą na gruby marynarski sweter, niegdyś biały. Kątem oka Helder dostrzegł ciężarówkę, która właśnie podje- chała do trapu. Ciężarówka, nie samochód osobowy. Niedo- brze. - Na to nie ma czasu, musicie wyjechać natychmiast. - Oczywiście, towarzyszu komandorze. Chciałbym tylko zabrać swoje rzeczy z kajuty. - Wasze rzeczy zostaną wam wysłane - odezwał się roz- drażniony cywil. - Jesteście oddelegowani, poruczniku - powiedział ko- mandor. Helderowi zamarło serce. Przybysz nie bawił się już w ho- norowe „kapitanie”, należne mu z racji dowodzenia okrętem. Po chwili odetchnął. Przecież go oddelegowano, a więc nie ma już prawa do tego tytułu. - Wsiadajcie - ponaglił go cywil. Opuszczenie okrętu w ten sposób, bez pożegnania z ofice- rami, obrażało uczucia Heldera jako wojskowego, ale zasalu- tował ponownie i szybko ruszył w stronę trapu. Marynarz, obok którego przechodził, zasalutował. Helder odezwał się do niego spokojnie: 14

- Przekażcie pierwszemu oficerowi, że zostałem oddele- gowany. Ma przejąć dowodzenie i oczekiwać dalszych rozka- zów. Nie zauważył strażnika w pobliżu ciężarówki. Energicznie wskoczył do kabiny obok kierowcy, zamiast usiąść z tyłu, na skrzyni. Kierowca nie odezwał się, zawrócił pojazd i z ryczącym silnikiem pognał przez przystań. Dwadzieścia pięć minut później Helder siedział w nie ogrzewanym samolocie transportowym. Był jedynym pasaże- rem wśród ładunku nie oznakowanych skrzyń. Silnik dudnił potwornie, nie było siedzeń, panowało przejmujące zimno. Helder zwinął się na spuszczonym gumowym pontonie, we- pchnął do uszu rogi brudnej chusteczki i próbował zasnąć. Na wpół drzemiąc zastanawiał się, dlaczego po prostu nie zastrze- lili go w porcie. Po co te ceregiele? Teraz wszystko przepadło. Trzynaście lat szkoły morskiej, ćwiczeń i służby na morzu, głównie na okrętach podwodnych. Cholernie ciężka harówa, a teraz koniec. Kropka. Tak niewiele brakowało, by przydzielono mu nowocześniejszy okręt, może klasy Tango, był też chyba o krok od awansu, zbyt długo prze- cież, go nie promowano. W najgorszym razie czeka go śmierć, ale to mało prawdopodobne. Po co zadawaliby sobie tyle tru- du, żeby odstawić go do sztabu w Leningradzie? Szybki sąd wojskowy na podstawie pierwszego lepszego oskarżenia, de- gradacja i przeniesienie w jakieś nieprzyjemne miejsce - to byłoby najszczęśliwsze wyjście z sytuacji. Władywostok, prawie dziesięć tysięcy kilometrów najwolniejszym środkiem trans- portu, i reszta służby spędzona na pilnowaniu przeładunku w porcie. Będzie najstarszym podchorążym w historii radzieckiej marynarki wojennej. Zasnął, zbyt zmęczony, by się tym prze- jąć. Obudził się, gdy samolot gwałtownie wylądował. „Cholerny niedouczony pilot”, pomyślał. Natychmiast znowu zasnął i nie obudził się, dopóki nie owionął go podmuch jeszcze zimniej- szego powietrza. Jakiś głos wykrzyknął jego nazwisko. Przy wejściu do samolotu stał sierżant KGB i przywoływał go dłonią. Jego głos stał się nagle bardzo donośny, gdyż umilkły silniki. Helder sztywno zszedł po stalowej drabince i podążył za żoł- nierzem w kierunku ogromnego budynku. Było ciemno, mżył deszcz. Helder zerknął na zegarek. Tuż po północy. Minęli ja- kieś drzwi i weszli po schodach. Helder zorientował się, że znajdują się na cywilnym lotnisku w Leningradzie. Żwawo 15

przeszli przez prawie pusty budynek. Oprócz niego i sierżanta w ogromnej hali była tylko grupa turystów wyglądających na przybyszów z Zachodu. Uśmiechali się nieśmiało do spogląda- jących na nich groźnie młodych funkcjonariuszy KGB, ubra- nych w czyste mundury z zielonymi epoletami. Wzrok Heldera na chwilę skrzyżował się ze spojrzeniem ładnej młodej dziew- czyny. Angielka? Amerykanka? Żałował, że nie ma czasu, aby się dowiedzieć. Będzie miał szczęście, jeśli tam, dokąd go wyślą, w ogóle spotka jakąkolwiek kobietę, o pięknych turystkach z Zachodu nawet nie zamarzy. I znowu podróż ciężarówką. Kiedy wjechali do miasta, Hel- der zasnął nie niepokojony przez sierżanta. Gdy obudził się ponownie, mijali stary budynek Admiralicji, w którym obecnie mieściła się Szkoła Morska. Helder w czasie szkolenia odbywał tu zajęcia z elektroniki. Wjechali na wielki plac przed Pałacem Zimowym, który stanowi teraz część Ermitażu. Samochód pod- skakiwał na mokrym, błyszczącym bruku, w końcu skręcił w kierunku łuku triumfalnego - wejścia do Sztabu Głównego. Ciężarówka minęła łuk, skręciła w prawo, przejechała przez główną bramę, jeszcze raz skręciła i zatrzymała się przed drzwiami strzeżonymi przez strażnika. Helder rozdarł kopertę, którą otrzymał w Murmańsku, i wyjął z niej przepustkę. Straż- nik obejrzał ją dokładnie, lekko skrzywił się na widok jego brudnego ubrania, po czym skinął głową, zasalutował i skiero- wał go do drzwi. Helder miał wrażenie, że gdyby nie oficerska czapka, mężczyzna nigdy by go nie przepuścił. Wewnątrz bu- dynku wyszła mu na spotkanie młoda kobieta w mundurze podchorążego. - Kapitanie Helder, proszę za mną - powiedziała uprzej- mie i ruszyła długim korytarzem, w którym o tej porze świecił tylko co trzeci żyrandol. „Przynajmniej znowu jestem kapitanem”, pomyślał. A może ona po prostu się pomyliła. Szedł za nią jak szczeniak za swym panem. Obcasy jej butów stukały o carski marmur, a gumowe podeszwy jego płóciennych butów skrzypiały na twardej po- wierzchni. Przeszli, tak mu się przynajmniej wydawało, około kilometra, mijali po drodze zamknięte drzwi z nazwami wy- działów. Nie spotkali nikogo. Przewodniczka skręciła w szerszy korytarz i otworzyła drzwi oznaczone napisem „Główny Oficer 16

Administracyjny”. Kobieta, która siedziała za biurkiem, skinęła do niej głową -przewodniczka Heldera przeszła przez pocze- kalnię i zapukała do wewnętrznych drzwi. Głos ze środka kazał jej wejść. Otworzyła i przepuściła Heldera. Weszła za nim i delikatnie zamknęła drzwi. Za biurkiem siedział niski, otyły kontradmirał. Czytał jakiś dokument. Prawdopodobnie oskar- żenie. Helder stanął na baczność i zasalutował. - Towarzyszu admirale, porucznik Helder melduje się na rozkaz. Admirał spojrzał na niego i skrzywił się. - Wyglądacie jak kupa gówna - rzucił. - Bardzo mi przykro, towarzyszu admirale, nie było czasu... - Oczywiście, oczywiście. - Admirał wydobył z szuflady kopertę i podał ją Helderowi. - Macie się natychmiast zgłosić do oficera dowodzącego - zawahał się - brygadą specjalną w Lipawie - dokończył i po zastanowieniu dodał: - No, może nie natychmiast. Godzina w tą czy w tą nie sprawi różnicy. - Sięgnął do szuflady, wyjął bloczek drukowanych formularzy. Podpisał jeden, oderwał kartkę i podał ją kobiecie. - Zabierzcie go do sztabowego magazynu, obudźcie sierżanta i wydajcie przyzwo- ity mundur. Postarajcie się też, żeby mógł się umyć i ogolić. – Admirał ponownie sięgnął do szuflady. Tym razem wyjął bu- telkę wódki i szklankę. Nalał i podał Helderowi. - Pijcie, wyda- je mi się, że tego wam trzeba. Helder przechylił szklankę, wypił zawartość jednym haustem, po czym odstawił naczynie na biurko. - Dziękuję, towarzyszu admirale. Czy mógłbym zapytać... - Nie możecie - uciął admirał. - Już was tu nie ma. Wygląda na to, że nie będzie sądu wojskowego. Admirał nie wspomniał też o degradacji. Ale ta Lipawa. Po co do cholery wysyłają go na Łotwę? Przecież tam nie ma okrętów podwod- nych. Flota Bałtycka zgrupowana jest w Leningradzie i w Bałtij- sku na Litwie, tuż przy granicy z Polską. Oficer dowodzący w Li- pawie. Zawsze to lepiej niż we Władywostoku. Przynajmniej będzie prawie w domu, a to w radzieckiej armii niespotykane. Oficerów z Łotwy, Litwy i Estonii niezmiennie wysyłano na służbę do innych części Związku Radzieckiego. Biuro Polityczne krzywym okiem patrzyło na niepodległościowe sympatie obywa- teli republik nadbałtyckich. Nie byli dostatecznie zrusyfikowani, 17

więc młodych ludzi, którzy służyli w armii, wysyłano do miejsc, gdzie proces wynaradawiania mógł swobodnie toczyć się dalej. Helder zasalutował admirałowi i ruszył za przewodniczką. Półtorej godziny później siedział w innym samolocie - wyką- pany, ogolony i ubrany w świeży mundur. Tym razem samolot miał ogrzewanie i siedzenia. Helder spał godzinę, obudził się dopiero po wylądowaniu w Lipawie, gdzie tym razem czekał samochód osobowy - kolejne udogodnienie. Była dziesiąta ra- no. Helder zdążył jedynie stwierdzić, że jadą ku morzu, i znowu zapadł w sen. Obudził się, gdy samochód stanął przed umocnioną bramą. Przepustka oraz twarze jego i kierowcy zostały szczegółowo sprawdzone, zanim wpuszczono ich do środka. Jechali drogą o gładkiej nawierzchni, która opadała wzdłuż zbocza góry. Ze szczytu dostrzegł Bałtyk. Przed sobą, po lewej, zobaczył coś w rodzaju przypływowego jeziora, połączonego z morzem jedynie wąskim przesmykiem. Mijali budynki, które wyglądały na no- wo wybudowane, i inne, dopiero powstające. Gdy zjechali tro- chę niżej, Helder nagle zrozumiał, że jezioro, które widział, to w rzeczywistości ogromny budynek o płaskim dachu, usytu- owany wzdłuż linii brzegowej. Zmyliło go to, że brzegi dachu były uniesione ku górze, a powstałą w ten sposób nieckę wy- pełniała woda o głębokości około pół metra. „Cholernie pomy- słowe - pomyślał Helder. - Na zdjęciu satelitarnym budynek będzie wyglądał jak część zatoki. A w zimie może służyć jako wspaniałe lodowisko.” Dopiero teraz uświadomił sobie, że wszystkie mijane obiek- ty wyglądają jak budynki cywilne i do złudzenia przypominają zachodnie budowle. Zauważył kilka porządnych sklepów - na pewno nie były to magazyny dla marynarzy, w których można kupić tylko tytoń i wódkę - w dali dostrzegł stację benzynową. Chociaż na ulicach panował bardziej ożywiony ruch niż w przeciętnym radzieckim mieście tej wielkości, nie widział do- tąd żadnych pojazdów wojskowych, jedynie cywilne samochody i ciężarówki. Nie widział też szkół, dzieci, kobiet z siatkami, robiących codzienne zakupy. To miejsce nie było ani bazą woj- skową, ani zwykłym miastem. Zanim dotarli do celu, zaintry- gował go jeszcze jeden fakt. Samochód minął kompleks sporto- wy, którego nie powstydziłoby się znacznie większe miasto. Była 18

to ogromna hala: bez wątpienia mieściła się w niej sala gimna- styczna i basen. Nad brzegiem naliczył trzydzieści sześć kortów tenisowych. Za nimi dostrzegł niewielki las masztów, a to ozna- czało, że znajdowała się tam przystań. Gdy samochód zatrzymał się przed niewielkim budynkiem, Helder zrozumiał, że znalazł się w jednym z najbardziej uprzywilejowanych miejsc w całym Związku Radzieckim, a ten, kto zarządzał tym kompleksem, musiał być nie mniej uprzywilejowany. Wysiadł z samochodu i na parkingu przed budynkiem ujrzał nowiutkiego srebrnego mercedesa 500 SE. Kiedyś widział takie cacko w Moskwie. W drzwiach przywitała go drobna, bardzo ładna blondynka w mundurze sierżanta. Wprowadziła go do budynku. Wszedł do środka i poczuł się, jakby przybył do innego kraju. Żaden sprzęt nie pochodził ze Związku Radzieckiego. Nawet wykła- dzina pod stopami, mosiężne okucia szklanych drzwi i cały plan budynku różniły się zasadniczo od niewydarzonych efek- tów radzieckiej myśli architektonicznej ostatnich lat. Pomiesz- czenie miało prawdziwie skandynawski charakter. Przeszli przez kolejne szklane drzwi i znaleźli się w przestronnej sali, w której ustawiono około tuzina biurek, a na nich maszyny oznakowane literami IBM. Na sześciu biurkach stały terminale komputero- we o nowoczesnym wyglądzie. Jednak największe wrażenie wywarły na nim młode kobiety ubrane w mundury różnych służb radzieckiej armii. Jedne siedziały przy biurkach, inne chodziły po sali. Prawie wszystkie były blondynkami, miały szczupłą, wysportowaną sylwetkę i były piękne. Służące w ra- dzieckiej armii kobiety zazwyczaj nie odznaczały się wyjątkową urodą. Helderowi nie zdarzyło się jeszcze zobaczyć naraz tylu atrakcyjnych młodych dziewcząt. Poczuł dreszcz pożądania. Taki widok po pięciu tygodniach spędzonych na pokładzie okrę- tu podwodnego to prawie szok. Przeszli do małej salki konferencyjnej. Helder miał nadzie- ję, że każą mu zaczekać kilka minut i będzie mógł popatrzeć sobie na dziewczyny, ale tak się nie stało. Niemal się nie za- trzymując weszli do dużego, kwadratowego, rozświetlonego słońcem pokoju. Helder ujrzał biurko ze szklanym blatem, a za nim, na ścianie, dwie wielkie podświetlane mapy. Na pierwszy rzut oka rozpoznał, że jedna z nich to morska mapa Bałtyku, druga to mapa Szwecji. Przy biurku nikt nie siedział, ale kątem oka dostrzegł w 19

prawym rogu skórzane meble. W jednym z foteli ujrzał oficera marynarki w mundurze admirała. Helder wyprężył się i zasalu- tował. - Porucznik Helder melduje się na rozkaz, towarzyszu ad- mirale. Admirał pochylił się do przodu i zgasił papierosa w wielkiej popielnicy. - Zameldujcie się pułkownikowi - powiedział. Helder spojrzał jeszcze bardziej na prawo, gdzie w drugim fotelu siedział mężczyzna w mundurze pułkownika piechoty morskiej. Heldera nie zdziwił szacunek okazywany pułkownikowi przez admirała. W radzieckiej armii, podobnie jak w służbach zachodnich, zadanie powierzone oficerowi jest o wiele ważniej- sze niż jego stopień. Helder wiedział, że podczas drugiej wojny światowej oddziałami armii dowodzili porucznicy, podczas gdy dowódcami pododdziałów byli majorowie lub pułkownicy. Zasa- lutował ponownie. - Towarzyszu pułkowniku, melduje się porucznik Helder. Admirał wstał z fotela. - No cóż, Wiktor, zostawiam was samych - zwrócił się do pułkownika i wyszedł. Pułkownik machnął mu ręką na pożegnanie, ale nie podniósł się, gdy admirał wychodził. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, mężczyzna wstał i podszedł do Heldera. Porucznik przypatrywał mu się ukradkiem. Pułkownik wyglądał na jakieś czterdzieści lat, był postawny, szczupły i wysportowany. Miał wysokie czoło i gęste szpakowate włosy przystrzyżone lepiej niż u większości radzieckich oficerów. Helder pomyślał, że facet wygląda trochę jak ubrany w radziecki mundur wojskowy zachodni biznes- men, któremu dobrze się wiedzie. Pułkownik wyciągnął rękę. - Nazywam się Majorow. Bardzo mi miło, że mogę pana poznać, Helder - odezwał się nienaganną angielszczyzną. Helder nieco się zmieszał. Nigdy dotąd przełożeni nie zwra- cali się do niego w ten sposób, a już na pewno nie mówili po angielsku. Ostrożnie ujął dłoń pułkownika. - Proszę usiąść - poprosił pułkownik i wskazał mu fotel. Trzynaście lat wojskowego drylu nie pozwoliło Helderowi od razu skorzystać z tego zaproszenia i było chyba to widoczne, bo pułkownik się roześmiał. 20

- Proszę - powtórzył. - Musi pan przyzwyczaić się do nie- co mniej formalnego stylu bycia, jaki tutaj obowiązuje. - Po- nownie wskazał Helderowi fotel. Helder usiadł, skrępowanie nie pozwalało mu jednak wy- godnie się rozsiąść. - Napije się pan czegoś? - zaproponował pułkownik. – Może dżinu z tonikiem? Majorow podszedł do szafki z różanego drewna, przygoto- wał drinka i podał mu szklankę. - Dziękuję, towarzyszu pułkowniku. Helder ostrożnie pociągnął łyk. Jego podziw dla pułkownika wzrósł, gdy spostrzegł w szklance plasterek jasnej zielonej cy- tryny. Kim był ten człowiek, że potrafił zdobyć cytryny na Ło- twie? Pułkownik zrobił sobie drinka i usiadł naprzeciwko Heldera. - A teraz - powiedział z lekkim uśmiechem - proszę opowiedzieć mi co nieco o sobie, skąd pan pochodzi, jakie miał dzieciństwo. Proszę mówić po angielsku. To była kolejna rzecz, jakiej nigdy nie wymagali od niego przełożeni. Zdziwiło go to tym bardziej, że na stoliku zauważył grubą teczkę, która z pewnością zawierała wszystkie szczegóły dotyczące jego życia od momentu narodzin. Domyślił się, że prawdopodobnie pułkownik chce usłyszeć, jak brzmi jego an- gielski. - Towarzyszu pułkowniku, nazywam się Jan Helder, nie mam drugiego imienia. Urodziłem się na wybrzeżu estońskim, w Tallinie. Mam trzydzieści jeden lat. Do szkoły podstawowej i średniej uczęszczałem w Tallinie, następnie studiowałem fizykę i uczyłem się angielskiego na uniwersytecie w Moskwie. Znam także język szwedzki, jak większość ludzi z wybrzeża, gdzie się wychowałem. Po ukończeniu uniwersytetu na własną prośbę zostałem przyjęty do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Leningradzie. Po ukończeniu studiów przydzielono mnie do Floty Północnej w Murmańsku. Po dwóch latach służby ogól- nej przyjęto mnie na szkolenie z zakresu obsługi okrętów pod- wodnych, zaś po jego ukończeniu przydzielono mi kolejno kilka okrętów klas Whiskey i Juliet. Przez rok uczyłem się w Akademii Dowodzenia w Moskwie, po czym wróciłem na morze. Służyłem jako nawigator i oficer pokładowy na okrętach klasy Juliet, a przez ostatnie dwadzieścia miesięcy dowodziłem okrętem numer 184 klasy Whiskey. Przeprowadzałem ćwiczenia szkoleniowe i 21

obserwację ruchów okrętów NATO na Północnym Atlantyku. Pułkownik skinął głową. - Bardzo dobrze, Helder, pana amerykański akcent jest wyśmienity, chociaż jeszcze trochę nie doszlifowany. Ale to się wkrótce zmieni. - Pułkownik usadowił się wygodniej w fotelu i pociągnął łyk ze szklanki. - Oczywiście wiem wszystko, o czym pan mi opowiedział, wiem też o wiele więcej: pana rodzice byli fizykami, pański ojciec został odznaczony za walkę z nazistami, matka była utalentowaną malarką. Wiem, że został pan zakwa- lifikowany do drużyny żeglarskiej w jedynkach klasy Fin na Olimpiadę w 1976 roku, ale nie pojechał pan z powodu skom- plikowanego złamania lewego uda, gdyż w Leningradzie potrą- ciła pana taksówka. Jak zapewne pan się domyśla, wiem o pa- nu wszystko, inaczej nie byłoby pana tutaj. - Dziękuję za zaufanie, towarzyszu pułkowniku - odparł Helder. Majorow błyskawicznie uniósł brwi do góry. - O nie, jeszcze nie zdobył pan mojego zaufania, Helder. Jedynie zaintrygował mnie pan. - Uśmiechnął się. - Zaintere- sowała mnie pańska osoba i po przeczytaniu tych oto akt nie mam wątpliwości, że doskonale pan sobie tutaj poradzi. - Dziękuję, towarzyszu pułkowniku. - A teraz, Helder, może chciałby się pan czegoś dowie- dzieć o tym miejscu i o tym, co będzie pan tutaj robił? - Puł- kownik wstał z fotela i powoli przechadzał się po pokoju. - Jestem tutaj... i nie tylko tu, dowódcą. To ośrodek SPECNAZ-u, ale tego zapewne już się pan domyślił. Nie, nie domyślił się, choć miał po temu wiele przesłanek. Poczuł ukłucie radości, a jednocześnie strachu. SPECNAZ, siły specjalne marynarki, otaczała ścisła tajemnica obowiązująca nawet w samej marynarce. Helder wiedział jedynie, że są to elitarne oddziały składające się z najlepszych, pod względem fizycznym i umysłowym, przedstawicieli radzieckiej młodzieży, zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Krążyły pogłoski, że szko- lono ich do wykonywania brudnej roboty i chociaż teoretycznie służby te podlegały marynarce, faktyczną kontrolę nad nimi sprawowało, przynajmniej w części, KGB. 22

Majorow kontynuował: - Każda z czterech flot: Północna, Bałtycka, Czarnomor- ska i Flota Pacyfiku, ma oczywiście własne pododdziały SPEC- NAZ-u, ale tutaj, w Lipawie, mamy specjalną brygadę, wybraną z pododdziałów wszystkich flot. - Majorow pochylił się. - Nasi ludzie to crème de la crème wszystkich pododdziałów SPEC- NAZ-u. Helder był pod wrażeniem i wcale tego nie ukrywał. - Pańskie przeniesienie tutaj nie znaczy jeszcze, że został pan wcielony do SPECNAZ-u - ciągnął Majorow. - Jest pan tu z ramienia Północnej Floty Podwodnej, chociaż od kilku godzin przebywa pan u nas jako komandor podporucznik. Moje gratu- lacje. - Dziękuję, towarzyszu pułkowniku. - Helderowi niemal brakło tchu. Dowodzenie okrętem podwodnym pozwalało dosłużyć się rangi komandora, a on już zbyt długo był porucznikiem. Teraz awansował o dwa stopnie. Komandor podporucznik odpowia- dał samodzielnemu dowódcy w marynarkach zachodnich. W ten sposób dorównał prawie wszystkim kolegom z grupy, a nawet ich prześcignął. Poza tym otrzymał awans przed wykona- niem zadania, którego nawet nie znał. - Jest pan także dowódcą oddziału - powiedział Majorow. Serce Heldera biło jak szalone. Dowodzenie oddziałem po- zwalało na objęcie dowództwa okrętu atomowego. Zwykłe ło- dzie grupowane są w brygadach. - Ale tutaj nie będziemy tytułować się stopniami. Nie bę- dziemy też mówić do siebie „towarzyszu” - wyjaśnił Majorow. - Może pan zwracać się do mnie „pułkowniku” lub per „pan”, ale do wszystkich pozostałych po nazwisku. Kiedy zapozna się pan z kolegami dostatecznie blisko, by zwracać się do nich po imieniu, nie będzie pan używał ich otczestwa. Mam nadzieję, że wszystko jasne. To bardzo ważne. - Tak, panie pułkowniku. - Około dwóch trzecich pańskich tutejszych kolegów mó- wi po szwedzku i angielsku, tak jak pan, a czasem jeszcze wła- da jakimś innym europejskim językiem. Wszystkie rozmowy na zajęciach jak i osobiste należy przeprowadzać po angielsku, poza tymi wyjątkami, kiedy nasi instruktorzy będą prowadzili zajęcia po rosyjsku. Musi pan pracować nad doskonaleniem swojego amerykańskiego akcentu, przywiązujemy do tego wagę. 23

W tym celu zainstalowaliśmy w pańskim pokoju odbiornik telewizyjny, który odbiera amerykańskie programy. - Majorow uśmiechnął się ironicznie. - Mam nadzieję, że wyszkolenie i postawa radzieckiego obywatela ochronią pańskie morale przed zepsuciem przez te wątpliwej wartości programy. Helder odwzajemnił uśmiech. - Oczywiście, panie pułkowniku. - Otrzyma pan mundury marynarki, wojsk lądowych i piechoty morskiej. Proszę używać ich na zmianę. To konieczne ze względu na mieszkańców Lipawy, którzy wiedzą jedynie, że jest to wewnętrzny ośrodek sportowy armii. Otrzyma pan rów- nież cywilne ubrania produkcji zachodniej. Proszę je nosić po służbie. Musi się pan do nich przyzwyczaić, a poza tym odzież musi wyglądać na noszoną. Majorow ostrzegawczo podniósł palec. - W czasie szkolenia pod żadnym pozorem nie wolno pa- nu opuszczać tego ośrodka. Jeśli będzie pan żeglował, nie wolno wypływać poza obszar słonego jeziora przylegającego do bazy ani przybijać do brzegu poza przystanią ośrodka. Nie może pan też kontaktować się z nikim spoza tego kompleksu. Jeśli pan umrze, pochowamy pana tutaj. To miejsce jest pańskim do- mem aż do ukończenia zadania. Majorow wstał. - No cóż, to chyba wszystko. Ma pan kilka dni na aklima- tyzację. Proszę potraktować to jako rodzaj urlopu. Wierzę, że będzie pan czuł się tutaj dobrze. Oficerowie prowadzący szko- lenia w naszym ośrodku nazywają go „Malibu”, od pewnej bar- dzo atrakcyjnej miejscowości w Kalifornii. - Uśmiechnął się. - Podoba mi się ta nazwa. Czeka tu na pana wiele rozrywek, że nie wspomnę o obecności grupy młodych kobiet służących jako personel pomocniczy. Jedna z nich zaprowadzi pana teraz do pokoju i opowie o różnych udogodnieniach, które zapewnia nasza baza. - Dziękuję - powiedział Helder. - Obiecuję, że dam z sie- bie wszystko. Uświadomił sobie, że Majorow nie powiedział mu jeszcze, jakie zadanie mu przeznaczono, ale na razie wolał nie pytać. Majorow uśmiechnął się i położył rękę na ramieniu Heldera. - Jestem pewien, że poradzi pan sobie doskonale, a kiedy przyjdzie chwila zwątpienia, proszę pamiętać, że najwyższą ran- gą wśród dowódców oddziałów jest kontradmirał. Jeśli wykona 24

pan zadanie pomyślnie i jeśli cały plan się powiedzie, obiecuję panu awans do najwyższego stopnia szybciej, niż mógłby pan to sobie wymarzyć w snach. Nie wykluczam też awansu na do- wódcę floty. - Majorow wpatrywał się w niego intensywnie. - To, o czym mówię, Helder, to klasyczne okoliczności, które dają wybitnemu oficerowi jedyną szansę na zrobienie kariery życiowej. Helder zamrugał oczami. Klasyczne okoliczności dające ta- ką szansę to wojna. Wyszedł z biura i podążył za tą samą kobietą w mundurze sierżanta. Opuścili budynek i przecięli trawnik. Zaprowadziła Heldera do długiej, niskiej budowli z mnóstwem drzwi, otwo- rzyła jedne z nich i odsunęła się o krok, by go przepuścić. Hel- der nigdy dotąd nie widział czegoś takiego. Pokój miał około piętnastu metrów kwadratowych. W jedną ze ścian wbudowa- na była szafa, obok zaś stał regał z książkami i biurko. W poko- ju znajdował się też wygodny skórzany fotel, lampka do czyta- nia i telewizor firmy Bang & Olafson, na którym stała czarna skrzynka. Drzwi z pokoju prowadziły do oddzielnej, wyłożonej glazurą łazienki. Zasłony i narzuta na łóżku były z jasnego skandynawskiego materiału. Na biurku leżały egzemplarze „Time'a”, „Newsweeka” i „The International Herald Tribune”, zaledwie sprzed dwóch dni. Jednak ze wszystkich sprzętów w pokoju największe wrażenie wywarło na Helderze podwójne łóżko. Coś takiego widział tylko w hotelach i burdelach. - Pokażę panu, jak obsługiwać telewizor - odezwała się dziewczyna, biorąc pilota z nocnego stolika. Włączyła odbiornik i szybko zaczęła zmieniać kanały. - Może pan tu oglądać te sa- me programy, co mieszkańcy Nowego Jorku - wyjaśniła. - Chociaż z siedmiogodzinną różnicą czasu. Sygnał odbierany jest nielegalnie z amerykańskiego satelity. Są tu trzy najwięk- sze sieci telewizyjne, cztery programy filmowe, sport, filmy rysunkowe, transmisje z Izby Reprezentantów, razem pięć- dziesiąt cztery kanały. „Przewodnik telewizyjny” pomoże panu zorientować się w tym wszystkim. - Pięćdziesiąt cztery kanały - Helder był oszołomiony. - Proszę oddać mi swój zegarek - poprosiła dziewczyna. Podał go, otrzymując w zamian wyglądającego solidnie rolexa explorera. 25

- Czy ma pan jakąś biżuterię osobistą albo inne rzeczy? Oddał jej portfel i niemiecką zapalniczkę, którą kupił przed laty. Nie palił papierosów, ale lubił ją, więc zrobił to z niechęcią. - Niech pan się nie martwi - pocieszyła go dziewczyna, jakby odgadła jego myśli. - Dostanie pan tu mnóstwo takich drobiazgów. - Podała mu małą broszurę. - Oto plan ośrodka. Gdyby nie miał pan ochoty chodzić pieszo, proszę skorzystać z któregokolwiek roweru, jaki znajdzie pan w pobliżu. Posiłki jadamy w jednej z sześciu restauracji znajdujących się na tere- nie. W każdej chwili może pan telefonicznie zamówić jedzenie do pokoju. W szufladzie nocnego stolika znajdzie pan menu. Helder stał w milczeniu i szeroko rozwartymi oczyma wo- dził po pokoju. Był oszołomiony. Nie zwykł przebywać w „Ho- liday Inn”. Dziewczyna ruszyła do drzwi. - Nazywam się Trina Ragulin. Jeśli pan chce, może pan mówić do mnie Trina. - Piękna z ciebie dziewczyna, Trino - powiedział cicho Helder, ale nie udało mu się ukryć podniecenia w głosie. Roześmiała się. - Och, tutaj wszystkie dziewczyny są piękne. Te, które pracują w biurze, są gimnastyczkami. - Uśmiechnęła się iro- nicznie. - Majorow ma szczególne upodobanie do gimnastyczek. – Oparła się o futrynę drzwi. - Kończę pracę za kilka godzin. Mogę przyjść, jeśli chcesz. Helder skinął głową. - Sprawiłoby mi to ogromną przyjemność - powiedział drżącym głosem. Był pewien, że spodoba mu się życie w Malibu. Uśmiechnęła się jeszcze raz i zamknęła drzwi. Helder ode- tchnął głęboko i natychmiast podszedł do telewizora. Prezenter o nazwisku Rather czytał wiadomości takim głosem, jakby był obecny przy wszystkich wydarzeniach. Prezydent Stanów Zjednoczonych, który wyglądał na trochę zakłopotanego, od- powiadał ze śmiechem i wzruszaniem ramion na pytania docie- kliwych dziennikarzy. Helder usiadł i zaczął zmieniać kanały. Przez godzinę z zapartym tchem oglądał historię niesamowitego policjanta przezwanego Brudny Harry, który rozpętał wojnę w San Francisco. Kiedy wróciła Trina, Helder spał. Obudziła go.