wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 992 968
  • Obserwuję1 361
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 433 516

Susan May Warren [JoannaC] - Nie znacie mnie

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Susan May Warren [JoannaC] - Nie znacie mnie.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 4 osób, 17 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 279 stron)

Nie znacie mnie Susan May Warren KSIĘGARNIA ŚW. WOJCIECHA (2014) Etykiety: historia, chrześcijański kryminał, kryminał, chrześcijańska powieść Poruszająca historia opowiedziana prosto z serca o tym, jak tajemnice mogą pogrzebać i zniszczyć nasze życie, nawet jeśli wierzymy, że chronimy tych, których kochamy. Dla wszystkich, którzy ją znają, Annalise Decker jest przykładną żoną i matką. Udziela się w szkolnej radzie rodziców, nigdy nie opuści żadnego meczu swoich dzieci i czynnie uczestniczy w kampanii wyborczej swojego męża na urząd burmistrza. Nikt nie wie, że Annalise była dawniej Deidre O’Reilly, młodą kobietą z burzliwą przeszłością, której zeznania wsadziły za kratki niebezpiecznego kryminalistę. Objęta programem ochrony świadków, została przeniesiona do małego, portowego miasteczka Deep Haven. Deidre otrzymuje nową tożsamość i nowe życie, które zaczyna, zakochując się w Natanie Deckerze, miejscowym agencie nieruchomości. Dwadzieścia lat później Annalise nie może być bardziej nieprzygotowana na spotkanie ze swoją przeszłością. Kiedy agent Frank Harrison pojawia z wiadomością, że mężczyzna, przeciw któremu zeznawała, został zwolniony warunkowo i pała chęcią zemsty, Annalise musi zmierzyć się z konsekwencjami skrywanych tajemnic. Czy znów będzie uciekać, czy odnajdzie w sobie odwagę, aby zaufać tym, których kocha najbardziej, i złożyć w ich ręce swoją przeszłość i przyszłość?

prolog Nie miała tyle sił, żeby się pożegnać. Claire O’Reilly splotła dłonie na kolanach, jak tylko samolot oderwał się od ziemi, zostawiając za sobą na płycie lotniska w St. Louis jej serce, duszę, a nawet dotychczasowe postanowienia. Nie mogła tego zrobić. Nie przestała być matką Deidre. Oparła głowę o zagłówek fotela i głęboko odetchnęła. Jeszcze trzy godziny, aby ponownie rozważyć decyzję, której już dokonała. Trzy godziny żalu, który się w niej kotłował. Trzy godziny, zanim będzie musiała żyć z tą decyzją do końca życia. Jak mogli oczekiwać, że zrezygnuje, że nigdy nie pozna kobiety, jaką stanie się kiedyś jej córka? – W jakim celu leci pani do Portland? Siedząca obok niej blondynka, ubrana w kostium bizneswoman, wyciągnęła z kieszeni siedzenia notatnik i otworzyła stolik, aby popracować. Wyglądała na około trzydzieści lat, na tyle dojrzale, aby mieć dzieci, ale nie aż tak, aby mogła doświadczyć konsekwencji podjętych przez nich decyzji, które naznaczyłyby resztę jej życia. – Lecę do Portland… – Aby się pożegnać. Podjęła już decyzję. Dlaczego więc nie może tego z siebie wydusić? – …aby zobaczyć się z córką. – Ile ma lat? – Osiemnaście. Osiemnaście i dopiero co odnalazła siebie, dopiero co zerwała z latami życia w chaosie. Dopiero co zaczynała stawać się taką kobietą, jaką – Claire miała pewność – będzie w dorosłym życiu. Nie, nie mogła o tym opowiadać. – A pani ma dzieci? Kobieta przewracała kartki notatnika. – Tak. Czwórkę. Wszystkie w podstawówce. Claire uśmiechnęła się. – Pamiętam te czasy. Kiedy człowiek wciąż się zastanawia, czy to, co kładzie im do głowy, do nich dociera. – Och, wiem, o czym pani mówi! Ale myślę sobie, że jeśli odwalę tę ciężką KAMA771

robotę teraz, zostanę nagrodzona, kiedy staną się już dorosłymi ludźmi. Claire nie przestawała się uśmiechać, ale słowa jej współtowarzyszki podróży trafiły na czuły grunt. Ona nigdy nie doczeka się tej nagrody. Nigdy nie będzie trzymała na rękach nowo narodzonych dzieci swojej córki, nigdy nie będzie czuła zapachu ich skóry, nigdy nie rozczuli się nad ich nieśmiałym uśmiechem. Nigdy nie zobaczy, jak wyrastają na nastolatki, być może na wierne kopie swojej córki, na mądrych, pięknych i silnych ludzi. Nie planowała takiego końca. Spojrzała za okno, obserwując umykającą pod nią ziemię, która zamieniała się w równe kwadraty pól. Gdyby tylko ludzie mogli mieć taki widok, dostrzec porządek wszystkiego, zanim zdecydują się zakochać, uciec z domu, zaprzepaścić swoją przyszłość. Dlaczego Deidre była w stanie dostrzec tylko krótką chwilę dobrej zabawy, a nie potrafiła spojrzeć daleko do przodu, na to, co mógł ofiarować jej Bóg? W którym momencie popełniła błąd, w wyniku którego jej dziecko stało się tak lekkomyślne? – A ile ma pani dzieci? – zapytała kobieta. – Trójkę – odparła Claire. Ale będzie musiała się przyzwyczaić do innej odpowiedzi już wkrótce? Dwoje. Chłopca i dziewczynkę. Będzie musiała zapomnieć o swoim najstarszym dziecku, tym, które złamało jej serce, tym, które ledwie rozpoznała, kiedy ostatni raz je widziała. – Pani córka jest bardzo odważna – powiedział jej mężczyzna o nazwisku Frank Harrison, kiedy wyszła ze szpitalnego pokoju, w którym leżała Deidre. Odważna. Odwagą były trzy złamane żebra, oderwane płuco, piękna twarz jej córki, która zmieniła się w posiniaczoną i zniekształconą maskę. Ale Claire i tak pewnie by jej nie rozpoznała, również ze względu na jej całkowicie inny wygląd: krótkie kruczoczarne włosy, wymizerowaną buzię, kości sterczące spod szpitalnej kołdry. Kiedyś, dawno temu, Deidre pilnie przeglądała foldery wyższych uczelni, grała w drużynie siatkówki. Potem poznała Blake’a Hayesa. Claire przełknęła gorycz, którą poczuła w gardle, kiedy ogłoszono przez głośniki, że za chwilę zaserwują napoje. Kobieta na siedzeniu obok dalej pisała w swoim notatniku. Claire zamknęła oczy. Och, Boże, nie jestem w stanie tego zrobić. Nie wiem, jak mam to zrobić. Nie, nie miała tyle sił, aby się pożegnać.

jeden W takie dni szczęście Annalise Decker wydawało się niemalże niezniszczalne. Idealnie niebieskie niebo oznaczało więcej złotych, jesiennych dni. Wzgórze wznoszące się nad miasteczkiem Deep Haven spływało w dół kaskadą klejnotów – złotymi dębami, szkarłatnymi klonami, bujną zielenią sosen. W powietrzu unosiła się nutka dymu drzewnego. Mogłaby tak siedzieć nieruchomo, oddychać i wierzyć, że należy do tego miejsca. Wierzyć, że zasługiwała na takie życie. – Mamo! Patrz! – Głos Henry’ego skierował jej uwagę z powrotem na boisko piłki nożnej – dwudziestu nastolatków ubranych w wełniane czapki, klubowe koszulki naciągnięte na polary i spodnie dresowe z ochraniaczami na goleniach. Fryzura Henry’ego aż się prosiła o wizytę u fryzjera. Czapkę rzucił niedbale na ławkę z boku. Kiedy gnał za piłką, wiatr rozczesywał mu włosy. Chciała do niego krzyknąć, żeby włożył czapkę, ale to mogłoby wzmóc jego nową przypadłość unikania jej buziaków na do widzenia. Zrobiłaby wszystko, aby zatrzymać swojego jedenastolatka w objęciach, zanim wyrwie się do świata telefonów komórkowych, randkowania i młodzieńczych dramatów. Pewnie trzymała się go dużo mocniej niż starszych dzieci, ale macierzyństwo okazało się wypełnione zbyt wieloma smutkami, jak na jej gust. Nie była pewna, czy kiedy odejdzie, cokolwiek jej pozostanie. Annalise drgnęła, kiedy kopnął piłkę, która przeleciała obok bramki i wylądowała w leśnej plątaninie drzew poza polem boiska. Zwiesił ramiona z rezygnacją. – Nic się nie stało! – Krzyknęła do niego, bo nie była w stanie się powstrzymać. – Annalise, daj mi ten przepis na ciasteczka. – Beth Iverson, ubrana jak przystało na mecz futbolu amerykańskiego w dżinsy, wysokie kozaki, czerwoną parkę i czapkę naciągniętą na krótkie, ciemne włosy, podała Annalise plastikowe pudełko, teraz już w połowie opróżnione. – A wtedy przyrzekam oddać głos na Nathana.

– I tak na niego zagłosujesz – odpowiedziała Annalise, szczelnie zamykając pokrywkę. – Jest jedynym, który kandyduje. – Jeszcze ich nie chowaj. – Lorelei wyciągnęła rękę po pojemnik, aby poczęstować się ciasteczkiem z kawałkami czekolady, a potem podała go dalej, do Karin, siedzącej w pierwszym rzędzie i głośno dopingującej swoją córkę, która właśnie dorwała się do piłki. Ich drużyna klubowa nadal rozgrywała koedukacyjne mecze. – Jerry nigdy nie serwował nam ciasteczek. – Ani nie umieszczał banerów, ani reklam, ani nie podejmował nikogo lunchem – kontynuowała Karin. – Czy Nathan na pewno wie, że w wyborach nie startuje przeciwko niemu nikt inny? – On chce tylko… – Wygrać. Z jakichś powodów Nathan wzdychał i marzył o stanowisku burmistrza. Tak jakby całe jego życie obracało się wokół zdobycia uznania wyborców miasteczka Deep Haven. Jakby już go nie miał? – Chce tylko dobrze zrobić to, co do niego należy. Najwidoczniej rolą Annalise jako żony było zagwarantowanie mu głosów w całym Deep Haven, począwszy od szkolnej rady rodziców, przez zbiórki charytatywne, a na boisku szkolnym kończąc. Zakreśliła dzień wyborów na czerwono w swoim kalendarzu w nadziei, że potem wróci do niej dawny Nathan, jakiego znała, zamiast mężczyzny, który skradał się na palcach do domu dawno po zapadnięciu zmroku, po spotkaniach wyborczych z mieszkańcami miasta i pukaniem do drzwi ich sąsiadów i przyjaciół. Tak jakby w Deep Haven ktoś nie znał Nathana Deckera. Lub jego rodziny. Ale być może dokładnie to pchało go do przodu. Być może właśnie to sprawiało, że przesiadywał po godzinach u siebie, w biurze nieruchomości lub w domu swojej matki, albo zgłaszał się na ochotnika do pomocy w domu opieki lub prowadzenia finansów kościoła, i ogólnie działał w zbyt wielu komitetach miasta. Prawdopodobnie nawet nie potrzebował jej wyborczych ciasteczek, kiedy udzielał się w tych wszystkich miejscach, ale tak właśnie postępowały żony. One również prowadziły kampanię wyborczą. Czuwały, żeby wszystko się kręciło. Upewniały się, że rodzinne sekrety pozostaną w ukryciu. – Annalise, proszę. Wyjaw nam waszą tajemnicę – błagała Karin, trzymając okruszki ciastka w dłoni. W pierwszej chwili te słowa wstrząsnęły Annalise, bo trafiły prosto w ostatni, najbardziej chroniony zakamarek w jej sercu. Oniemiała i bez tchu spojrzała na Karin. Niech to! Nie była przecież ze szkła – nikt nie był w stanie

zobaczyć, co ma w środku. – Nie prędzej niż po wyborach – odpowiedziała bez zająknięcia. – Więc Minnesota będzie na nie. – Beth pokręciła głową. – Rodzina Deckerów wie, jak trzymać nas w niepewności. – O, idzie Henry. – Karin oddała jej pudełko. Annalise obserwowała, jak jej syn dowlókł się do ławki, kopnął ją, a potem na niej usiadł. Sięgnęła po swoją torbę. – No i to by było na tyle. – Już idziesz? – zapytała Beth. – Muszę lecieć. Dzisiaj jest przesłuchanie do Romea i Julii. No i muszę jeszcze zabrać coś do jedzenia dla Jasona przed meczem mojej córki. Błagam, błagam, niech Jason dostanie tę rolę. Ponieważ była to dla niego jedyna szansa wybawienia, po tym jak odrzucił ofertę pracy w sieci lodziarni Licks and Stuff Ice Cream. Nathan był tak bardzo skupiony na finansach i edukacji swoich dzieci, że właściwie zażądał od Jasona, aby porzucił teatr i poszukał pracy po szkole, aby mógł zarobić na swoje przyszłe studia. Ale chłopak mający takie zdolności aktorskie był w stanie dostać stypendium. Niech tylko otrzyma tę rolę, a wtedy razem powiedzą o tym Nathanowi. Tak naprawdę nie chciała niczego ukrywać przed Nathanem, ale nie chciała też żadnych napięć w domu. Poza tym każde małżeństwo ma jakieś tajemnice, prawda? Tak jak w przypadku Colleen i jej nowego chłopaka. Annalise i jej szesnastoletnia córka miały jeszcze do pomówienia w sprawie tego szumowiny Tuckera Newmana. Jeśli Colleen się opamięta, Annalise nie będzie musiała mówić Nathanowi o tym, jak nakryła ich na przednim siedzeniu jeepa, zaparkowanego w pobliżu latarni morskiej w porze lunchu, we wtorek. Z pewnością kampanii Nathana nie przysporzyłby żadnego pożytku fakt, że jej mąż-kandydat pojawiłby się w domu Tuckera, żeby z furią rozerwać go na kawałki. Tak, tajemnice chroniły ich. Te małe… i te duże. Jak ta, na przykład, że hasło: „Nathan Decker na burmistrza” mogło sprowadzić na nią – może nawet na nich wszystkich – śmierć. Ta odległa ewentualność pojawiała się i krążyła wokół niej coraz bliżej z każdym kolejnym krokiem Nathana w kierunku świateł reflektorów. No dobrze, to wciąż bardzo odległa ewentualność. Tak odległa, że Annalise błyskawicznie zapanowała nad ciarkami, które poczuła wzdłuż kręgosłupa, kiedy Nathan oznajmił dzisiaj przy śniadaniu, że media zamierzają przeprowadzić wywiad z nim – i z nią – jutro w porze lunchu.

W końcu mieszkali w miasteczku, które liczyło sobie mniej niż dwa tysiące mieszkańców, na północnym cyplu Minnesoty1 . I po dwudziestu latach mogłaby już przestać z niepokojem oglądać się za siebie. Prawdopodobnie. – Oczywiście, że musisz zabrać obiad dla Jasona, kilka domowej roboty batoników energetycznych oraz talerz casserole, które ugotowałaś w wolnowarze Crock-Pot – odezwała się Beth. Rzeczywiście, tak miała zrobić, ale skrzywiła się, bo Beth zaśmiała się. – Kosisz równo. Czy nigdy nie pozwolisz zabłysnąć którejś z nas jako matce? Annalise wpatrywała się w nie nieruchomym spojrzeniem. – Zawsze jesteś na wszystkich treningach – zbyt często z ciasteczkami. Sama pieczesz chleb. Uczestniczysz w każdym zebraniu rady rodziców w szkole, w każdej wycieczce, w każdej imprezie szkolnej. Czujemy się przy tobie jak banda próżniaków, kiedy serwujemy mrożoną pizzę. – Mrożona pizza to nic złego… Słysząc tę rozmowę, Karin odwróciła się do nich. – Kiedy ostatni raz serwowałaś mrożoną pizzę? – Wolę tę domowej roboty… – No i nie wspomnę już o twoich bożonarodzeniowych dekoracjach. – Wtrąciła się Lorelei, która wstając z ławki, przerzuciła swój długi koński ogon przez ramię i zgarnęła koc, na którym siedziała. – Z moim wieńcem i migającymi światełkami czuję się jak filmowy Grinch2 . Myślę, że miasto powinno uruchomić dodatkową sieć elektryczną tylko dla oświetlenia domu Deckerów podczas świąt. Roześmiały się, więc Annalise również zdobyła się na wymuszony uśmiech. – Nie jestem chyba taka straszna… Beth potrząsnęła głową. – Och, Annalise, chcemy ci trochę dać w kość. Posłuchaj, nie jesteś straszna. Jesteś wspaniała. A Nathan jest pewniakiem na burmistrza, więc w przyszłym tygodniu nie kuś nas już ciasteczkami. – Pochyliła się w stronę Annalise i objęła ją ramieniem. – Och! Kelli Hanson ruszyła prosto na Chipa – powiedziała Beth, uwalniając ją z uścisku. Annalise rzuciła okiem na boisko w momencie, kiedy Kelli dosiadła się do męża Beth, drugiego trenera drużyny, od razu nawiązując z nim rozmowę. Na głowie miała zawiązaną kolorową bandanę, co sprawiało, że jej długie rude włosy powiewały swobodnie na popołudniowym wietrze. Ubrana była w zielone wojskowe spodnie i duży wełniany sweter, na nogach miała parę

fioletowych conversów i wyglądała, jakby nadal była licealistką, a nie żoną miejscowego ogrodnika. Pomachała do swojej córki Marin, która chodziła do szóstej klasy i na boisku była pomocnikiem, grającym w środku pola. Jej syn, Casey, całkiem dobrze grał w futbol3 w drużynie Husky. Annalise przypomniała sobie, że kilka razy widziała jego nazwisko na pierwszej stronie gazet. – Lepiej tam pójdę. Może dziewczyna nie ma złych zamiarów, ale z natury jest flirciarą, a mój mąż wydaje się zupełnie nią oczarowany. – Kelli jest flirciarą? – Annalise, wiem, że mieszkasz tu dopiero od dwudziestu lat, więc po prostu mi uwierz – Kelli potrafi narozrabiać. Wiesz, że urodziła Caseya, mając siedemnaście lat? – Beth uniosła do góry swoje idealne brwi. – I ma tatuaż. – Pochyliła się do Annalise. – Piętno ladacznicy – tutaj. – Położyła rękę na lędźwiach. – To powinno ci co nieco wyjasnić. – Beth zacisnęła usta z niechęcią. – Wiem, że nie powinnam zbyt pochopnie oceniać, ale… My, dziewczyny, powinnyśmy być czujne. Ty też musisz mieć oko na Nathana. Annalise nie wiedziała, co na to wszystko powiedzieć. Zawsze uważała, że Kelli jest… może nie tyle ładna, co oryginalna. Patrzyła, jak Beth schodzi z trybuny i biegnie przez boisko. W każdym razie nie przypuszczała, żeby Nathan w ogóle zwrócił uwagę na Kelli. Ostatnio nawet na swoją żonę nie patrzył zbyt często. – Ona chyba żartuje! Nathan zawsze kochał tylko Annalise. Znam go od podstawówki i kiedy Annalise pojawiła się w mieście, stał się innym człowiekiem. Nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego, jak w dniu ślubu. – Lorelei mrugnęła do niej. – Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Jak w prawdziwym romansie. No cóż, niezupełnie. Ale zdołali zbudować razem wspólne życie. – Do zobaczenia w przyszłym tygodniu – odpowiedziała Annalise. Spalone słońcem kruche liście kotłowały się wzdłuż krawędzi boiska. Upchnęła puste pudełko do torby i wyciągnęła z niej klucze, ciężkie od zawieszek ze zdjęciami dzieciaków oraz symboli jej życia: plastikowej piłeczki do gry w siatkę, logo agencji nieruchomości jej męża, karty rabatowej do Java Cup. Henry przyczłapał do niej, a ona przeskoczyła przez siedzenia na trybunie, aby jak najszybciej się przy nim znaleźć. – Henry, przecież nic się nie stało – powiedziała, kiedy podchodzili do jej chevroleta suburbana. Chłopiec otworzył klapę bagażnika, a potem oparł się o

zderzak i zaczął ściągać z nóg korki. – Nie za każdym razem uda się strzelić gola. – Rzucam to. – Otarł wierzchem dłoni twarz, na której wciąż pozostawał grymas niezadowolenia. – Nienawidzę futbolu. Dlaczego mnie w ogóle zapisałaś? – Odwrócił się, wsiadł do samochodu i skulił się na tylnym siedzeniu. – Nienawidzisz futbolu? Od kiedy? – Dziesięć minut temu machał do niej, żeby to, co się działo na boisku, przyciągnęło jej uwagę. – Jejku, mamo. Od zawsze. Annalise zerknęła na zegarek. Mieli jeszcze godzinę do meczu siatkówki Colleen. Zamykając klapę bagażnika, rozejrzała się po parkingu, szukając wzrokiem forda Nathana, jednak najwyraźniej nie dał rady dotrzeć na trening. Wprawdzie nie spodziewała się, że uda mu się przyjechać, ale jednak… – Wysadzisz mnie przy skateparku? – Henry rzucił swój zwinięty w kulkę sportowy strój na tylne siedzenie i przecisnął się do przodu. – A co z kolacją? Musisz coś zjeść przed meczem Colleen. – Nie jestem głodny. Poza tym babcia zawsze przynosi mi jakąś przekąskę. – Popcorn to nie posiłek. – Przynajmniej nie powinien nim być. Ale nawet ona lubiła te smakołyki przygotowywane przez Helen na mecze siatkówki. Czyż babcie nie są po to, aby rozpieszczać swoje wnuki? Często zastanawiała się, jak jej mama rozpieszczałaby jej dzieci. Czy robiłaby dla nich prawdziwą czekoladę na gorąco? A może ciasteczka snickerdoodles, które w jej własnym wykonaniu wciąż wydawały się nie dość doskonałe. – No dobrze. Zapnij pasy. – To tylko dwie ulice dalej. – Nic mnie to nie obchodzi. Takie jest prawo. Henry wzniósł oczy do góry, a ona powstrzymała się, aby odgarnąć włosy z jego twarzy. Był tak bardzo podobny do Nathana z jego chłopięcych fotografii – okrągła buzia, ciemne włosy, żywe, zielone oczy chłonące świat. Tyle energii – i to nie tylko w spor​cie. Chłopak mógłby spokojnie wygrać jakieś światowe igrzyska w grze na Xboksie. Henry przypominał jej również jej młodszego brata Bena. Chciałaby go kiedyś jeszcze zobaczyć, poznać jako mężczyznę, którym pewnie już się stał. Annalise wjechała na parking skateparku. – Pójdę na kawę. Podejdziesz te parę kroków do szkoły na mecz twojej siostry. Spotkamy się na miejscu. Masz nigdzie nie chodzić.

– Dzięki, mamo – wyskoczył z samochodu. Uśmiechnął się do niej szeroko i wepchnął deskorolkę pod pachę. To prawie jak buziak. Obok swoją toyotą RAV4 przejechała Marybeth Rose, która właśnie przywiozła córkę na wieczorny mecz siatkówki, i pomachała do niej. Colleen została w szkole po lekcjach, aby poćwiczyć serwy. Annalise miała nadzieję, że przynajmniej to było prawdą. Przezornie tylko rozejrzała się po parkingu za jeepem Tuckera i trochę się za to znienawidziła. Ale widziała w Colleen zbyt dużo swoich cech i zachowań, a to sprawiało, że jeżyły jej się włoski na karku. Zjechała ze wzgórza w kierunku kawiarenki, trzymając w dłoniach telefon komórkowy. Może powinna wysłać Nathanowi SMS-a i przypomnieć mu o meczu Colleen. Biedak spędził większość nocy nad odpowiedziami na przesłane wcześniej pytania do radiowego show, który ma się odbyć jutro rano. Minęła domy przystrojone na Halloween – worki wypchane pomarańczowymi liśćmi na trawnikach, bele siana na podwórkach z wypchanymi strachami na wróble lub opartymi o nie szmacianymi postaciami, wystawki z dyni. Zostało kilka tygodni do Halloween – święta, do którego celebrowania od zawsze starała się namówić Nathana. Ale ich Kościół sprzeciwiał się Halloween w jakiejkolwiek formie, a ona, cóż… nie chciała robić kłopotów. Jednak ostatnio miała ochotę się przebrać. Może za Alicję w Krainie Czarów. W takie dni jak dzisiaj czuła związek z Alicją. Ktoś ustawił odręcznie wykonaną tablicę Siatkarki Husky – do boju! napisaną niebieskimi literami na białym tle. Zwycięstwo w dzisiejszym meczu zapewni im pierwsze miejsce w rozgrywkach ligowych. Annalise uwielbiała te wieczorne wypady na mecze. Pomagały jej pamiętać o tym, kim była – o tej lepszej części jej osoby – i dodawały nieco koloru zwykłym wieczorom, będąc jakąś odmianą od codziennych kolacji i domowych obowiązków. W pozostałe dni, dla rozrywki, mogła jedynie czasami poczytać książkę, w czasie, kiedy Nathan ślęczał nad finansami kampanii. A czasami – ale to musiało się jej bardzo poszczęścić – kładł się do łóżka o tej samej porze co ona. I nieraz trafiał jej się buziak na dobranoc. No dobrze, większość ludzi wiele by oddało za to ich nudziarstwo. Życie bez dramatów. Powinna być wdzięczna za mężczyznę, który wracał do domu

co wieczór, wiódł życie wiernego małżonka. Ale to, że w ich związku brakowało „chemii”, romantycznych uniesień i omdleń, wcale nie oznaczyło, że się nie kochali. Nie każde małżeństwo musi żyć jak w romantycznej powieści. Poza tym prawdopodobnie nie miała prawa chcieć czegoś więcej. Tak, wieczory z meczami siatkówki pozwalały jej zdać sobie sprawę, jak powinna być wdzięczna za wszystko, co miała – bezpieczne, uporządkowane, szczęśliwe życie. Na szybie Java Cup wymalowano olbrzymiego łosia. Był to ukłon w stronę obchodów Dni Szalonego Łosia, które również miały się odbyć w ten weekend. Miasteczko turystyczne Deep Haven było uzależnione od odwiedzin gości z południa stanu, spragnionych widoku jesiennych kolorów i dzikiej natury – orłów, niedźwiedzi, lisów, jeleni, a zwłaszcza łosi. W związku z tym rada turystyczna miasta postanowiła zorganizować dużą imprezę dla wszystkich mieszkańców przy okazji polowania na łosie, łącznie z tańcami Szalonego Łosia. Tego roku babie lato oszukało ich pogodą, więc będą musieli przenieść swoje kramiki i wszelkie inne atrakcje, które miały się odbywać na powietrzu, do hali miejskiego ośrodka kultury. – Co to jest Mokka Dzikiego Łosia? – zapytała Annalise, studiując wzrokiem menu. Kathy, blondynka, która była właścicielką lokalu, miała na głowie futrzaną opaskę z olbrzymimi uszami łosia. – To jest mokka z ciemnej czekolady, z bitą śmietaną i kawałkami karmelu. – No, nie wiem… – Och, Annalise! Raz się żyje! Właściwie… – Okej, niech będzie. Nathan nie musiał wiedzieć, że w ten sposób chwilowo przerwała swoją dietę. Znowu. Jeszcze jedna tajemnica dla dobra szczęścia rodzinnego. Późnym popołudniem Java Club huczał od rozmów. Skinęła głową do Jerry’ego, obecnie urzędującego burmistrza, siedzącego w kącie w fotelu i rozmawiającego z Normanem, który prowadził w mieście sklepik ze sprzętem wędkarskim. Przy długim stole siedzieli trenerzy futbolu: Seb Brewster i Caleb Knight. Na tablicy ogłoszeń ktoś – prawdopodobnie Nathan – powiesił znaczek: „Decker na burmistrza”. Rozdawała takie na stoisku Nathana na Pikniku Rybaka tego lata. Widząc te wszystkie twarze, ściskając te wszystkie dłonie, zdała sobie sprawę, jak bardzo mocno wrosła w Deep Haven.

– Jedna Mokka Dzikiego Łosia, proszę bardzo – powiedziała Kathy, wręczając jej kubek. – Gorące, uważaj! Annalise zapłaciła Kathy kartą wiszącą na breloku przy kluczach. – Będziesz na meczu? Uwielbiam patrzeć na Colleen podczas gry. Zrobi karierę w drużynie siatkówki Husky. – Kathy oddała jej kartę. – Jest cała przejęta tym, że gra – odrzekła Annalise. Zabrała z lady mieszadełko i zanurzyła je w bitej śmietanie. Rzeczywiście, w innej szkole Colleen jako uczennica drugiej klasy nadal siedziałaby na ławce rezerwowych niemalże do studiów. Ale małe miasto dawało możliwości, o których w metropoliach można było tylko pomarzyć. Tu można było na przykład ukryć się tak, że jej własne grzechy nie były w stanie jej dopaść. I zacząć wszystko od początku. I stać się kimś, kto desperacko pragnie zasłużyć na życie, jakie podarował jej Bóg. Ogromne panoramiczne okna wychodziły na port Deep Haven, na wzburzone wody Jeziora Górnego, którego platynowe fale mieniły się w olśniewającym świetle późnego popołudnia. Słońce wlewało się do środka oknami, wzmacniając zapach skóry i kawy. Na zewnątrz rubinowe i bursztynowe liście kotłowały się na chodnikach, jak szlachetne kamienie targane przez wiatr. Będzie musiała dziś wieczorem okryć chryzantemy w ogródku. Niedługo śnieg pokryje bielą świat, aż po skaliste wybrzeże, i skuje wszystko lodem. Ale dzisiaj – dzisiaj jej świat był niezniszczalny. Zdjęła wieczko z kubka, wypiła łyk, po czym się odwróciła. I nagle wszystko zamarło. Wprawdzie gwar rozmów w kawiarence wcale nie ucichł, a gdzieś na zewnątrz wiatr rytmicznie łagodnie uderzał w wiszące przy drzwiach dzwoneczki, ale Annalise, wpatrując się w mężczyznę siedzącego przy drzwiach, tego, który spoglądał na nią przepraszającym, smutnym wzrokiem, nie była w stanie złapać oddechu… Nie była w stanie się poruszyć. Nie była w stanie myśleć o niczym innym poza… Nie… Być może potrząsnęła głową, bo mężczyzna zerwał się na równe nogi. – Annalise. Nie zmienił się za bardzo od ostatniego razu, kiedy go widziała – bo ta chwila tak bardzo utrwaliła się jej w pamięci, że nie miała najmniejszego problemu z rozpoznaniem go. Wyblakła, nijaka, skórzana kurtka. Krótkie, teraz siwiejące włosy. Dżinsy i kowbojki – strój stworzony do tego, by niezauważenie wmieszać się w tłum. Ręce w kieszeniach. Z taką prezencją można by go wziąć za wujka, który przyjechał z daleka w odwiedziny.

Ani trochę się nie zmienił. Był człowiekiem, który uratował jej życie. Człowiekiem, który dał jej nową tożsamość. Który pomógł jej zbudować to cudowne, normalne, idealne życie. Mężczyzną, który mógł to wszystko zabrać. – Witaj, Frank – powiedziała cicho do swojego osobistego agenta programu ochrony świadków. *** Nathan Decker wspiął się na szczyt świata. Stał na samej górze fundamentów nieukończonego domu, gdzie powinny znajdować się palladiańskie okna, i trzymał aparat fotograficzny przy oku, starając się zrobić odpowiednie zdjęcie. Tyle możliwości – zmrok sączący się szkarłatem po poszarpanych falach Jeziora Górnego, pieniących się wzdłuż skalistego brzegu; niebo wymieszane paletą fuksji, żółci i turkusów; słońce niczym rozgrzana kula dyni. Każde z tych ujęć przyciągnęłoby ciekawskie oko potencjalnego internetowego nabywcy. Odpowiedni kupiec mógłby zmienić ten dom w prawdziwy pałac. Musiałby być to ktoś z niezłą zdolnością kredytową, chęcią zamieszkania w najpiękniejszym zakątku Minnesoty i ukrycia się w domu w połowie ukończonym, w odległości około trzydziestu pięciu kilometrów od najbliższego sklepu spożywczego. W opisie zamieści, że dom wymaga szczególnej troski i opieki. Lokalizację określi jako czarującą, jako gniazdko uwite w lesie, używając przy tym takich słów, jak odosobnienie, schronienie, kryjówka. Nadal nie mógł uwierzyć, że udało mu się namówić panią Neldę McIntyre do rozstania się z tym miejscem. Oto, co mogą zdziałać dla jego kariery i reputacji lata niedzielnych śpiewów w domu spokojnej starości. Większość tych ludzi była znajomymi jego dziadka, jego wujków i kuzynów, i pamiętała czasy, kiedy nazwisko Decker oznaczało sukces, a nawet zaszczyt. Zamierzał to odzyskać. Jeszcze przez chwilę patrzył na fale rozbijające się o skały u stóp klifu, opadającego jakieś sześć metrów w dół. Siła, z jaką fale uderzały o skalisty brzeg, owładnęła nim i uwięziła rytmem – odgłosem atakujących klif fal, jak ciosy zadawane w bebechy skalistej ściany. Olbrzymia fala ustępowała tylko po to, aby znów z impetem rzucić się na skałę. Jeszcze raz i jeszcze raz, w nieskończoność, dopóki nie poczuł, jak ten rytm pulsuje również w nim, niczym tętno zagłady, przypominając mu, kim jest, i zakleszczając go w

dziedzictwie Deckerów. Zabrało mu to trzydzieści lat, ale ten wyborczy wyścig na burmistrza pozwoli mu uwolnić się od wstydu i porażki. Nathan zrobił jeszcze kilka zdjęć wysokich cementowych słupów, znajdujących się w ogromnym salonie, a potem przemieścił się, aby uchwycić cały budynek, który dzięki łagodnemu zakrzywieniu komponował się harmonijnie z liną brzegową, jakby był jej naturalną częścią. W rzeczywistości wyglądał jak cementowa muszla, niedokończone marzenie męża Neldy, człowieka, który odszedł o wiele za wcześnie. Odpowiedni właściciel musi po prostu mieć wizję, aby spojrzeć poza to, co zostało z budynku, i dostrzec potencjał tego miejsca. Kroki Nathana zachrzęściły na żwirze na podjeździe, po czym wsiadł do swojego starego forda focusa. Kupił go ze względu na małe zużycie paliwa; żadnych dodatków, wersja podstawowa, coś, czym mogliby jeździć Jason i Colleen. Kiedyś sprawi sobie coś lśniącego i szybkiego. Może po tym, jak Jason, Colleen i Henry ukończą już studia. I będzie mógł zastąpić czymś innym poobijanego SUV-a Annalise. A i mama będzie mogła zamieszkać na piętrze po czterdziestu latach mieszkania w tym samym ciasnym domku. Ale to kiedyś. Spojrzał na zegar na desce rozdzielczej i zawrócił, aby wjechać na długi, piaszczysty zjazd na autostradę. Annalise wspomniała coś o treningu piłki nożnej Henry’ego – chciał tam wpaść. Ale musiał jeszcze zdążyć umieścić te zdjęcia w Internecie przed meczem Colleen. Mimo to zmienił plany, czując, jak zalewa go nagła tęsknota, by ujrzeć swoją żonę, spędzić może pięć minut, trzymając ją za rękę i przyglądając się grze ich syna. Wleci tam na chwilę zobaczyć się z nimi, a potem wskoczy do biura, żeby zamieścić ogłoszenie. Jego kampania zależy od sprzedaży tej posesji i wyciągnięcia jego rachunku bankowego spod kreski. Na szczęście Annalise nie miała pojęcia, jak bardzo pogrążył ich w długach, inaczej znów zaczęłaby mówić o podjęciu pracy w domu spokojnej starości. Nie, żeby miał coś przeciwko dodatkowej pensji lub robieniu przez nią kariery, ale sprawiało jej radość to, że mogła zgłaszać się na ochotnika do pracy w szkole, w miejskim ośrodku Goodwill, centrum krwiodawstwa czy w komisji teatralnej, i lubiła chodzić na te wszystkie imprezy dzieci, lunche z mamami innych małych piłkarzy, wpadać na salę gimnastyczną. A jemu sprawiało radość to, że mógł jej ofiarować wolność robienia tych

wszystkich rzeczy. Gdy widział, jak jego piękna blondwłosa i błękitnooka żona macha do niego z trybun podczas meczu siatkówki w obecności całego miasta, czuł, jak ogarnia go dawne uczucie. Niedowierzanie, że tak dobrze się ożenił. Że Bóg podarował mu najpiękniejszą kobietę w Deep Haven. To, co mógł zrobić w podziękowaniu za łaskę poślubienia Annalise, to starać się być najlepszym mężem, takim jakim ślubował być. Szczerze mówiąc, pewnie zasługiwała na kogoś lepszego, ale nigdy jej tego nie powie. Wszystko, czego pragnął, to uczciwie żyć razem z nią. Zestarzeć się z nią. Przede wszystkim nie skończyć tak, jak jego ojciec. Nathan wjechał na autostradę, włączył radio i złapał lokalną stację. Vern and Neil, komentatorzy sportowi, podawali właśnie swoje prognozy dotyczące rozgrywanego dziś wieczorem meczu siatkówki. Wspomnieli o Colleen i jej ostrym ścięciu oraz o notowaniach drużyny. Spojrzał na zegar i docisnął pedał gazu. Kiedy dojechał na stadion, chłopcy właśnie skończyli trening i żywo dyskutowali. Zauważył Kellie Hanson, trenera Chipa Iversona i jego żonę Beth, rozdających ciasteczka grupie chłopców. Ani śladu Annalise. Siedział przez chwilę w samochodzie, rozmyślając, co robić, ale przyszło mu do głowy, że pewnie pojechała jeszcze z Henrym do domu przed meczem Colleen. Co oznaczało, że miał czas skopiować zdjęcia i przynajmniej zamieścić je z ogłoszeniem, które dzisiaj napisał. Doda jeszcze słowa klucze, opis, trochę grzeczności, a jutro rozpuści wici wśród swoich dawnych klientów. Jeśli będzie miał szczęście – dużo szczęścia – dom sprzeda się w ciągu tygodnia. Wprawdzie jest kryzys, ale odpowiednia posesja, z odpowiednim agentem i zmotywowanym sprzedawcą… Musiał tylko uruchomić swoje kontakty. Wiedział, że kilku inwestorów mogłoby to zainteresować. Wyjechał z parkingu przy stadionie, pomachał kilkorgu rodzicom i wjechał na główną ulicę. Z jego biura rozciągał się widok na jezioro na obrzeżach Deep Haven. Siedząc za biurkiem i obserwując słońce nad portem, które zalewało złotem maszty przycumowanych łodzi, był przekonany, że dokonał właściwego wyboru, zostając w Deep Haven. Nathan mijał właśnie Java Cup, kiedy zauważył wóz Annalise. Trudno było go nie dostrzec – naklejka drużyny siatkówki Husky na boku, wgniecenie na zderzaku, które zrobił, cofając i uderzając w przyczepione do auta sanie. Może zatrzyma się i zrobi żonie niespodziankę. A ona pośle w jego stronę uśmiech, jeden z tych, które przypominają mu,

dlaczego co rano wstaje z łóżka i wyrusza do pracy. Zaparkował i wyszedł z samochodu. Zauważył, że jego buty zakurzyły się od chodzenia wokół domu McIntyre’ów. Schylił się na chwilę, aby zetrzeć kurz skórzaną rękawicą, po czym otrzepał ręce i ruszył w kierunku kawiarni. Kiedy wszedł do środka, zadźwięczał dzwonek nad drzwiami. Kilka głów odruchowo się uniosło. Burmistrz Jerry Mulligan rozparty na fotelu w kącie rozmawiał z Normanem, właścicielem sklepu wędkarskiego. Nathan podniósł rękę na powitanie i uśmiechnął się. Potem rozejrzał się za Annalise. Znalazł ją siedzącą w przyległej sali, pogrążoną w rozmowie z kimś, kogo nie znał. Siwiejące włosy, skórzana kurtka. Ciemne, jakby zamyślone oczy. Mężczyzna rozmawiał z jego żoną, jakby ją znał. Jego dłoń wyciągnięta na stole niemal dotykała jej ręki. Nie usłyszeli, jak się do nich zbliża. Annalise pochylała się w stronę mężczyzny i miała dziwny wyraz twarzy. Mógłby przypuszczać, że był to strach, ale przecież widział już wcześniej strach na jej twarzy – kiedy Henry zjechał z klifu na rowerze i złamał rękę. Albo kiedy Colleen zgubiła się jej na godzinę na Targach Stanowych Minnesoty. Albo kiedy Jason miał wypadek na skuterze śnieżnym i musiał po zmroku złapać okazję, przez co spóźnił się dwie godziny. Nie, to nie był strach matki zamartwiającej się o swoje dzieci. Nie znał tego strachu i poczuł, jakby jakieś upiorne dłonie zaciskały się wokół jego szyi. – Lise? Uniosła głowę, spojrzała na niego i przez chwilę zamrugała oczami. Jakby go nie znała. Wyraz jej twarzy sprawił, że zaniemówił. Jeśli nie znałby jej lepiej, pomyślałby, że wtargnął na jakieś tajne spotkanie. Ale to była jego żona. Kobieta, z którą był od dwudziestu lat. Nie mogła mieć przed nim tajemnic, nawet gdyby chciała. Wtem uśmiechnęła się do niego i ucisk w jego piersiach puścił. – Nathan, cześć! – Wyciągnęła do niego rękę i złapała go za dłoń. – Och, mnie szukasz? Przenosił wzrok z mężczyzny na nią i z powrotem. – Nie… Przejeżdżałem tędy. Chciałem wpaść do Henry’ego na trening. A gdzie on jest? – Odwrócił się, spodziewając się zobaczyć ich syna w kąciku czytelnika ze swoim iPodem, udającego, że nikogo z nich nie zna.

– Jest… on jest… Zostawiłam go w skateparku. Dołączy do nas na meczu. Annalise zerknęła na mężczyznę i na sekundę upiorne uczucie wróciło. Ale Nathan zapanował nad nim i wyciągnął dłoń. – Nathan Decker, mąż Annalise. Chyba się nie znamy. Jest pan nowy w mieście? Mężczyzna spojrzał na Nathana, jakby oceniając go. Po czym wstał, uśmiechnął się i również wyciągnął rękę. Nathan najwidoczniej zdał egzamin. – Frank Harrison. – Zerknął na Annalise. – Wuj Annalise. Wuj. Nathan otworzył usta, ale brakowało mu słów. – Nie wiedziałem… nie miałem pojęcia, że Lise ma wujka. – Przeniósł na nią wzrok. – Nic nie mówiłaś, że masz wujka. Śmieszne, ale ona również wydawała się zszokowana wypowiedzą mężczyzny. Dziwnie się do niego uśmiechnęła. – Poznaj… mój… wujek Frank. Z… Pittsburgha. Nathan odwrócił się do Franka. – To cudownie. Sądziłem, że jej cała rodzina zginęła. Frank zamrugał, jakby zapomniał o śmierci jej rodziny. A potem skinął potwierdzająco głową. – Tak. Zginęli. Oprócz mnie. Znajdowałem się wtedy za granicą. W interesach. Nie było mnie w kraju… jakiś czas. Frank puścił jego rękę i Nathan mógł sięgnąć po krzesło. – A jakie to interesy? Czym się zajmujesz? – Jestem wojskowym. – Frank usiadł, odchylając się do tyłu, założył nogę na nogę i skrzyżował ręce na piersiach. – A ty czym się zajmujesz? – Pracuję w nieruchomościach. No i startuję na burmistrza. – To małe miasteczko. – Lise odezwała się trochę zbyt pośpiesznie, jakby start Nathana w wyborze na burmistrza był czymś błahym. – Bardzo małe. – Nie aż tak małe, żeby to, co robimy, nie miało znaczenia – odpowiedział Nathan, rzucając jej pytające spojrzenie. Odwróciła się i wypiła łyk kawy. Dziwne. – Latem, kiedy przyjeżdżają do nas turyści, liczba mieszkańców wzrasta nawet do dwudziestu tysięcy. Wprowadzając odpowiednie przepisy, możemy przyciągnąć jeszcze więcej turystów, jeszcze się rozrosnąć, wspierając jednocześnie rodziny, które mieszkają tu przez okrągły rok. I właśnie jutro jemy lunch z dziennikarzami z różnych mediów z Duluth, aby omówić wszystkie najnowsze pomysły, które zamierzam wprowadzić w życie, gdy obejmę stanowisko burmistrza. Frank spojrzał przeciągle na Annalise, po czym wlepił wzrok w swoją

kawę. Wstrzymała oddech, ale zaraz się odezwała. – Nathan będzie wspaniałym burmistrzem. Natomiast ja jestem zupełnie gdzieś z tyłu, za kulisami tego wszystkiego. Co ona wygaduje? – Nie powiedziałbym tego. Moja żona zasiada w każdej komisji tego miasta – począwszy od rady rodziców w szkole, a kończąc na miejscowym centrum krwiodawstwa. Jest fundamentem mojej kampanii. – Nathan chciał chwycić jej dłoń, ale szybko ją cofnęła i wsadziła do kieszeni. I jej uśmiech – tak wymuszony, jak wtedy, kiedy podarował jej pod choinkę lampkę do czytania. – Musimy już zbierać się na mecz. – Wstała. – Miło było się z tobą zobaczyć, wujku. Co? – Liso, co ty wyprawiasz? Nagle pojawia się ktoś z twojej rodziny, a ty go odprawiasz z kwitkiem? – Nathan odwrócił się do Franka. – Gdzie się zatrzymałeś? Przez moment wydawało się, że Frank nie był przygotowany na takie pytanie, jakby na moment stracił kontrolę. Zamrugał nerwowo, spoglądając na Annalise. – W Super 8 – odparł. – Już nie. Zostajesz u nas. Jesteś członkiem rodziny – pierwszym ze strony Annalise, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. – Nathan wstał i objął ją ręką wokół talii. – Annalise nie za wiele mówi o swojej rodzinie. Jakby nigdy nie istnieli. – Doświadczyła niewyobrażalnej straty – odparł cicho Frank. – Wiem. Co jest jeszcze jednym powodem na to, żebyś zatrzymał się u nas. Bardzo się cieszymy, że przyjechałeś. A jeśli nie jadłeś obiadu, z przyjemnością postawię ci hot doga na meczu siatkówki. Nasze siatkarki są nie do pokonania w swojej lidze, a moja córka gra w drużynie uniwersyteckiej. Potrafi tak ściąć piłkę, że padniesz z wrażenia. Ma to pewnie w genach po żonie, ponieważ ja nigdy nie byłem dobry w żadnych sportach. Chociaż ona zarzeka się, że w życiu nie grała w siatkówkę. Przez chwilę czekał na to, żeby Frank mu zaprzeczył, ale kiedy to się nie stało, wzruszył ramionami. – W każdym razie, na meczu będą również nasi dwaj synowie i moja matka. Ucieszą się, że będą mogli cię poznać, prawda, kochanie? Annalise wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. A czego od niego oczekiwała? Przecież to był jej jedyny żyjący krewny. Wreszcie jakiś łącznik z przeszłością jego żony. Może uda mu się dowiedzieć czegoś więcej o

wypadku, który zabrał jej rodziców i dwójkę rodzeństwa. I zostawił na nodze tę okropną bliznę. Wypadku, który do tej pory sprawia, że budzi się w nocy zalana łzami. Nathan znowu wyciągnął dłoń. – Witamy w Deep Haven, wujku Franku. 1 Minnesota – stan na północy USA. 2 Grinch – bohater filmu Grinch. Świąt nie będzie, zielony stwór, który nienawidzi świąt i robi wszystko, żeby je zniszczyć. 3 Chodzi o amerykańską odmianę futbolu.

dwa Właściwie Frank żałował, że nie mógł być prawdziwym wujkiem. Deidre – a właściwie Annalise – zdołała w końcu ułożyć sobie życie, a on czuł się jak jej wujek. Frank chciał nawet ją uścisnąć. Jednak to mogłoby być dla niej za dużo. Nie co dzień kobieta, która została objęta programem ochrony świadków, zostaje nawiedzona – niczym przez ducha – przez swoją przeszłość. Ale również nie co dzień meldował się u swoich podopiecznych, przynosząc złe wieści, że grozi im niebezpieczeństwo. Podążał za nią do kawiarni, nie chcąc nachodzić jej na treningu futbolu jej syna. Dobrze wyglądała. Zapuściła włosy i teraz jej naturalnie słomkowe loki spływały puklami na ramiona. Złagodziły jej rysy i dodały elegancji, sprawiając, że na dobre zniknęła twarz ostrej nastolatki, którą kiedyś była, o kruczoczarnych nastroszonych włosach i przekrwionych oczach, obrysowanych czarną kredką tak mocno, że ledwie można było dostrzec ich błękit. Nabrała trochę ciała, zniknęła więc narkotyczna chudość, i dobrze wyglądała z opalenizną, a nie z ziemistą cerą ludzi żyjących na ulicy. Annalise prezentowała się jak kobieta, która wywodzi się z normalnego, zdrowego domu, dobrze wyszła za mąż i wiodła życie, z którego mogła być dumna. On z pewnością był dumny z tego, kim się stała. Niestety, być może będzie musiał jej to wszystko odebrać. Zaprowadził ją do odległego stolika w drugiej sali i od razu wyskoczył ze złymi wieściami. – Garcia wyszedł z więzienia. Jest na zwolnieniu warunkowym. Annalise opadła na krzesło i spojrzała tak, jakby próbowała odszukać w myślach to nazwisko. Ale on wiedział lepiej. Jak mogłaby nie pamiętać tego, co zrobił jej Garcia? Lub gróźb, które kierował pod jej adresem? Odezwała się niskim, niepewnym głosem. – Jak to możliwe, że Garcia dostał zwolnienie warunkowe? Przecież mówiłeś, że nikt go nigdy nie wypuści.

– Wyszedł na wolność, bo federalny system więziennictwa nie radzi sobie z przepełnieniem więzień, a Luis Garcia najwyraźniej dobrze się sprawował przez ostatnie dwadzieścia lat. – Albo przekupił kogoś z systemu. Usłyszał w jej głosie cynizm i nie mógł zaprzeczyć prawdziwości jej stwierdzenia. Pokręciła z niedowierzania głową, opadła na oparcie krzesła i wlepiła wzrok w świat za szybą. – Przykro mi, Annalise. To, co zrobiłaś, uratowało życie wielu ludziom. Dzięki tobie udało się zgarnąć z ulicy mordercę i dilera narkotykowego. – A teraz on znów wrócił na ulicę. – Odwróciła się do niego i spojrzała tym samym przeszywającym spojrzeniem, które znał sprzed dwudziestu kilku lat. – Wiesz, że zrealizuje swoją groźbę. Odnajdzie mnie i zabije. Wytrzymał to spojrzenie i odpowiedział na nie najbardziej solennym zapewnieniem, jakie był w stanie jej dać. – Dobrze cię ukryłem. Nikt nie wie, że tu jesteś – tak naprawdę tylko dwie osoby na tej planecie wiedzą, że nadal żyjesz. Westchnęła głęboko i zauważył, że jej podbródek zaczyna drgać. – Co u nich słychać? – Cóż, starzeją się. Ale są w dobrej formie. Twój ojciec przeszedł na emeryturę dwa lata temu. Dali mu na pożegnanie złoty zegarek. Napisali nawet o nim w gazecie. – Wiem. Wygooglowałam go. – Nie powinnaś… Uniosła dłoń i dostrzegł w jej twarzy cień poprzedniej Anna​lise, znanej jako Deidre, która niegdyś powiedziała mu dosadnie, co ma zrobić ze swoim pomysłem o donoszeniu przez nią na swojego handlującego narkotykami chłopaka, człowieka Garcii. – Tęs​knię za nimi. I jestem ostrożna. – Mam nadzieję. – Frank nachylił się do niej. – Powiedz mi, czy ktokolwiek wie? Wstrzymała oddech i wbiła wzrok w swoją filiżankę kawy. – Nie, nikt nie wie. – Nawet twój mąż? Zacisnęła usta i pokręciła głową. – Kiedy go poznałam, zaczynałam od początku. Nie… nie chciałam mu mówić, kim byłam, więc… wymyśliłam sobie własną przeszłość. Powiedziałam mu, że moja rodzina zginęła w wypadku i że przyjechałam tu, aby zapomnieć. – Dobre kłamstwa są zbudowane na prawdzie.

Wyprostowała się. – Po dwudziestu latach łatwo jest uwierzyć. Żaden z moich krewnych dotąd się nie pokazał. Moja rodzina wierzy, że jestem sama. – W takim razie powinnaś być bezpieczna. Znajdziemy Garcię. Zamknęła oczy. Na tyle długo, że przeszedł go zimny dreszcz, który wymusił na nim pytanie. – Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? – Chyba jednak mogę obawiać się kłopotów. Sposób, w jaki zniżyła głos, wypowiadając słowo kłopoty, spowodował, że wywołała bolesne wspomnienia o paśmie porażek. – Nie ochronię cię, jeśli nie będę wiedział wszystkiego. Pochyliła się w jego stronę. – Zaraz po tym… po tym, jak się tu przeniosłam, ja… cóż, nadal byłam zakochana w Blake’u. Blake Hayes, jej nieodpowiedni chłopak, który nakłonił ją, aby uciekła ze swojego idealnie porządnego domu, zamieszkała na ulicy, i namawiał na wypróbowywanie najróżniejszych narkotyków, dopóki nie zapomniała, jak się nazywa. Na szczęście jakiś świeżo upieczony glina znalazł ją któregoś dnia w jakieś uliczce i przekazał Frankowi, który włączył ją do programu ochrony świadków w zamian za zeznania przeciwko jednemu z najbardziej poszukiwanych bossów narkotykowych w St. Louis. Kosztowało ją to tylko życie jej najlepszej przyjaciółki. No i, cóż, jej własne. – Mówiłem ci, żebyś trzymała się od niego z daleka. – Frank, wtedy byłam taka głupia! Blake był wszystkim, co miałam. Czułam się tutaj samotna i… – Napisałaś do niego. Wyglądała, jakby miała zamiar się rozpłakać. Oparł się chęci dotknięcia jej i tylko bezradnie opuścił dłoń na stół. – Proszę, tylko mi nie mów, że użyłaś swojego nowego imienia. – Nie pamiętam. Ale na pewno napisałam, gdzie może mnie znaleźć, jeśliby chciał. A potem poznałam Nathana i od tej pory żyłam w śmiertelnym strachu, że Blake rzeczywiście się pojawi. – Przenieśliśmy go do Fairbanks na Alasce, kiedy wyszedł z więzienia. Nie chciałem, żeby się znalazł w pobliżu ciebie, bez względu na to, co mi powiedziałaś. – Ponieważ, cóż, była dla niego niczym własna córka. Spojrzała mu prosto w oczy. – Dziękuję. Prawdopodobnie znowu uratowałeś mi życie. – Dałem ci jedynie wybór. Sama uratowałaś sobie życie. Posłuchaj, mój partner jest właśnie w drodze do Fairbanks, aby przekazać mu te same wiadomości. Nakarmimy go historyjką, że zostałaś zabita, i postaramy się, aby

to łyknął. – Jeszcze jeden nekrolog. Nie skomentował tego – właściwie nie mógł, ponieważ jej życie było odmierzane nekrologami. – Lise? Frank poczuł się jak ojciec, któremu właśnie przedstawiono chłopaka swojej córki, kiedy ściskał dłoń jej męża Nathana. Według niego Nahtan Decker był dokładnie takim mężczyzną, jakiego powinna poślubić Annalise. Kochał ją. Ochraniał ją. Wcale tak bardzo nie skłamał, kiedy przedstawił się jako jej wujek. Jednak Frank nigdy by się nie spodziewał, że wyląduje w małym miasteczku, w szkole na sali gimnastycznej, i będzie dopingował córkę Annalise. Śliczną blondynkę, która była wierną kopią swojej mamy. Gdyby tylko jej rodzice mogli zobaczyć swoją wnuczkę! Nawet Frank czuł cień żalu z powodu tego, co Annalise utraciła. Nic dziwnego, że wyszukiwała informacji o swojej rodzinie w Internecie. – No dalej, Colleen, do przodu! – krzyczała Annalise. Dziewczyny wygrywały jednym setem. Sala była wypełniona kibicami ubranymi na biało i niebiesko, a ich wrzaski niemalże zagłuszały pisk butów, które tarły o parkiet. W powietrzu unosił się zapach popcornu i hot dogów zmieszany z zapachem rozgrzanych ciał. Grupa młodych mężczyzn z pomalowanymi na niebiesko twarzami porwała tłum, głośno dopingując brunetkę, która szła z piłką, aby zaserwować z końca boiska. Drużyna przeciwna, ubrana na czerwono, lekko przykucnęła, przygotowując się do przyjęcia piłki. – Mocną stroną Colleen są ścięcia. Zawsze znajdzie dziurę w obronie i walnie piłką w sam środek – powiedział Nathan. Nathan naprawdę polubił Franka, jakby rzeczywiście był członkiem rodziny. Po drugiej stronie Nathana siedział jego syn Henry i jadł popcorn. Frank dawał mu jakieś dziesięć lat, ale chłopak już miał szerokie ramiona i czarujący uśmiech młodszego brata Annalise, Bena. Pewnie o tym wiedziała. Ich starszy syn, Jason, dołączył do nich już po rozpoczęciu gry. Wysoki, o szerokich ramionach, wyglądał jak typowy środkowy obrońca. Usiadł obok Franka, zwijając w dłoniach cienką książeczkę. Frank dostrzegł ukradkiem – Romeo i Julia. Annalise przestała w końcu na niego patrzeć w taki sposób, że miał ochotę wiać. Teraz wiwatowała i głośno pouczała córkę, która właśnie przyczajała