wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 992 968
  • Obserwuję1 361
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 433 516

Susan Parisi - Krew marzeń

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Susan Parisi - Krew marzeń.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 2 osób, 16 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 346 stron)

Susan Parisi Krew marzeń

Prolog Wenecja 1762 Mistyka i mądrość czekają tych, którzy kontemplują świat snów. Ale jakże mozolne to dla nas zadanie. Teofilo (iarzoni, Le Carte Parlanti, Werona 1734

Podążam za nią, gdy przechodzi przez Fondamenta della Tctte. Młoda kobieta przebrana za mężczyznę. Zaniepokojo­ na, ogląda się przez ramię, ale nie z obawy, że ktoś ją rozpo­ zna - po prostu się zgubiła. Kiedy się obraca, widzę strojny ża­ bot opadający kaskadami wzdłuż kamizelki i grubą warstwę pudru pokrywającą jej policzki. Dostrzegam też, że - nie­ przywykła do życia toczącego się nad wodami laguny - prze­ oczyła płynącą za nią cicho gondolę. Wzdycha i myśląc, że nikt jej nie obserwuje, pociąga za przód spodni do kolan w miejscu, gdzie umocowane tragakantą fałszywe przyrodze­ nie wybrzusza się nad najdelikatniejszą częścią jej anatomii. Zaschła żywica kłuje czasem dziewczynę przy chodzeniu, a przylepiony nią obwisły kawałek jelita - najważniejszy ele­ ment - przesuwając się na boki, wywołuje uśmieszek. Kie­ szeń wypychają listy polecające, w których wychwala się jej niezwykłe zdolności. Zaledwie siedemnastoletnia, mimo kil­ ku niepowodzeń od dwóch lat z powodzeniem uchodzi za ka- strata. A teraz przybyła, by podbić Wenecję. Powiadają, że w tym mieście nikogo nie obchodzi, co jest prawdziwe, a co nie. Występując w niewielkim teatrze niedaleko Campo San Polo, będzie miała wkrótce okazję poddać próbie nasze zamiłowa­ nie do przebieranek. Jednak w tej chwili sprawdzian przecho­ dzi jej własna determinacja - gdyby tylko zauważyła zga- 11

szoną teraz latarnię kilka przecznic wcześniej, pewnie do­ strzegłaby teatr. Niestety, wpadła w pułapkę ponurego labi­ ryntu kanałów, które z każdym krokiem zdawały się pogrążać w coraz większej ciemności. Co więcej, nie wszystkie bieg­ nące wzdłuż nich ścieżki są wybrukowane, dlatego pończochy dziewczyny utytłały się już w błocie. Kiedy wreszcie dotrze do teatru, fetor kanałów na dobre wgryzie się w jej spodnie. Patrzę, jak cicho przeklina pod nosem. Czy ona w ogóle ma pojęcie, że w dzisiejszych czasach bardziej niż kiedykol­ wiek jak magnes działają w tym mieście bezbronność i sła­ bość? Przebranie jest więc niepotrzebne, podobnie jak świad­ czący o pewności siebie chód. Gondola mija dziewczynę i zatrzymuje się o kilka kroków przed nią. Ona przystaje i patrzy na rozchylające się częścio­ wo czarne zasłony, a potem... cisza. Przez chwilę jest wyraź­ nie zbita z tropu, ale w czasie swojej krótkiej kariery nauczy­ ła się przystosowywać do sytuacji, szybko więc odzyskuje rezon, żeby stawić czoło swemu wielbicielowi, i rusza dalej wolnym krokiem. Z wyuczoną kokieterią pochyla się i za­ gląda za zasłony felze*. Widzę przed sobą twarz dziewczyny z przesadnie pomalo­ wanymi brwiami, co ma nadawać jej zarówno męskiego, jak i kobiecego powabu. Jest ładniejsza, niż mi się wydawało. Sprytna nad swój wiek, zaczyna rozważać możliwości - to przypadkowe spotkanie, propozycja pomocy, ale nie można wykluczyć, że za moment będzie się od niej czegoś oczekiwa­ ło w zamian. Uśmiecha się i kiwa głową. Błąd. Straszliwy błąd. Nie mogę znieść tego okropnego gestu poddania się, kie­ dy wiem, że sama przyzwala na mający nastąpić horror. W desperacji mam ochotę wymierzyć jej policzek, krzyczeć, że musi odejść. Ale jest już za późno. * Felze (wł.) rodzaj kabiny znajdującej się na gondoli, najczęściej obitej czarną tkaniną i ozdobionej wstążkami (przyp. tłum.). 12

Oddycham coraz głąbiej, choć robię to nieświadomie, dziewczyna zaś wchodzi do felze. Jest teraz blisko, zbyt bli­ sko. Gondola kołysze się od jej trochę niezdarnych kroków. Zaciąga za sobą zasłony, śmiejąc się radośnie, żeby zatuszo­ wać brak gracji. Jej piękny głos rozlega się wtedy po raz ostatni. Zanim zdejmie kapelusz, by odsłonić śliczne ciemne loki, jakaś dłoń łapie ją za brodę i odchyla do tyłu głowę. Z zapierającą dech w piersi szybkością ostrze znajduje szyję. Krew rozbryzguje się na upudrowanych policzkach. Dziew­ czyna ponownie chwyta się grubych zasłon, rozpaczliwie szu­ kając w nich punktu oparcia. Krew, bulgocząc, tryska z rany w gardle, podczas gdy ona rzuca się po kabinie. Palce łapią powietrze, a między jej nogami tragakanta bezlitośnie szarpie miękkie, delikatne ciało. W ciągu kilku chwil żabot na piersi nasiąka krwią. Purpurowa plama, cuchnąca śmiercią, rozprze­ strzenia się za nią na zasłonie. Szeroko otwartymi z przeraże­ nia oczami dziewczę wpatruje się we mnie - wbija wzrok beznadziejnie w ciemność. I nagle wszystko się kończy, wi­ dok jej twarzy zapada na zawsze w mą pamięć - makabrycz­ na pośmiertna maska, która będzie nawiedzała mnie we śnie i nękała w czasie czuwania. Gondola kołysze się łagodnie i odpływa kanałem. Dopiero wtedy koszmar się rozwiewa. Nie jestem w stanie zrobić ni­ czego, co wróciłoby dziewczynie życie. Jutro znajdą pod jed­ nym z mostków jej wzdęte ciało unoszące się na wodzie twarzą do dołu. Rażące szczegóły śmierci będą drobiazgowo odtwarzane w pełnych skandali brukowcach. Na kilka ulot­ nych chwil dziewczyna zyska groteskową wersję sławy, któ­ rej tak łaknęła. Powstrzymanie tego było niemożliwe. Tak jak w przypad­ ku innych. Wszystkie nie żyją. Ich los mnie prześladuje, tra­ wi od środka, napełnia przerażeniem, sprawia, że postępuję nierozważnie. Ale wiem też, że będą następne.

Kochankowie O jakże ta karta sprawia, że serca biją nam z uciechy! Nadzy kochankowie schodzą się tak, że mogą się spajać w zmysłowej i duchowej jedności. Plenność świata wytryska wokół nich. Karta wspaniałych obietnic... Teofilo Garzoni, Le Carte Parlanti, Werona 1734

1 Biegnę, pędzę ulicami. Oczy mi błyszczą, policzki płoną, bo robię to, co najbardziej mnie podnieca: kosztuję zakazane­ go owocu. W takich chwilach, zanim krzątanina późnego po­ południa ustąpi naporowi zimnego zmierzchu, wykorzystuję sposobność cieszenia się prawdziwą wolnością. To ostatnio mój szaleńczy rytuał: przemierzam gwarną promenadę wzdłuż Fondamenta della Tette, żeby napawać się widokiem nierządnic, zabawiających swoich klientów w luk­ susowych, pięknych gondolach. Zanim dotrę do końca kana­ łu, zbierze się tam spory tłum. A kiedy zza rogu wypłynie chmara gondoli, śmiech okrasi oba jego brzegi niczym lśnią­ ce ziarenka w rozłupanym arbuzie. Cały deptak wypełni się odurzającym zapachem swawoli i determinacji. - Pospiesz się, Roso! Nie chcę ich stracić z oczu. - Łapię służącą za rękę. Stara kobieta nie wie w pierwszej chwili, jak zareagować na tę poufałość, ale jej suche palce pozostają w mojej dłoni. W dniach poprzedzających karnawał wszyscy jesteśmy trochę szaleni od wyczekiwania. Dwa tygodnie pozostały do chwili, gdy na Placu Świętego Marka rozpocznie się olśnie­ wający pokaz fajerwerków, ogłaszający początek czterech długich miesięcy nieustannych uciech, ale teraz miasto wyda­ je się zagrożone implozją z powodu powściąganych kapry- 17

sów i burzących się namiętności. Ale jakoś sobie radzimy, dąsamy się, fingujemy drobne nieprzyjemności, by pikanteria w nas nic gasła. Mając przed oczami wizje nadchodzącego rozpasania, siedzimy zniecierpliwieni w gondolach, które przecinają wody kanałów i dowożą nas, otępiałych, o nie­ zdrowo bladych twarzach, do schodów Santa Maria della Sa­ lute albo San Eustachio, gdzie jedyną nagrodą jest kontem­ plowanie - z coraz większym roztargnieniem - wizerunków świętych lub słów kapłanów. Pobożność sprawia, że stajemy się bardziej delikatni, zamknięci w sobie. Surowa, niepokala­ na muzyka tłamsi nam zmysły. Nawet w chwilach pożądania brak nam entuzjazmu. Ale tymczasem budzi się w nas druga natura. Jak rozpo­ znać ów cudowny moment, kiedy leniwa beznamiętność ustąpi i dopuści do nas pełne życia wonie chaosu? Wyczuwa się je w powietrzu - to prawie namacalna zmiana w wiejącej bryzie - bo naraz mieszają się ze znajomym smrodem ka­ nałów, wzbogacają o ostrą woń będących w ruchu ciał. Kar­ nawał rozpoczyna się w jednej chwili, a my nie możemy być już bardziej ożywieni, bardziej śmiali. Entuzjazm wprost z nas emanuje. Zlani perfumami i wypomadowani, prowokowani, posztur­ chiwani i ganieni, tkwimy w obszernych fałdach jedwabiu, tafty, brokatu i aksamitu, pokrytych kosztownymi świecideł­ kami, obszytych skórami, zwieńczonych piórami - żaden ko­ stium nie jest za bardzo wyzywający, żadne przebranie zbyt nieskromne. Matrony przeistaczają się w odaliski, królowe, ladacznice. Uczeni w średnim wieku, o sflaczałych, opasłych cielskach, kryją się za tarczami i napierśnikami. Księża snują się w przepaskach na biodrach. Ich skóra lśni od wonnych olejków, usta układają się w lubieżny grymas. Każdy kostium jest bardziej niedorzeczny od poprzedniego, wszystkie zaś bez wyjątku dają możliwość obnoszenia się z uwielbianymi w skrytości ducha perwersjami i pokazywania ich światu

w pełnej krasie. A kiedy maska zakryje rysy twarzy, przemia­ na jest kompletna. Bez wahania, nawet bez chwili namysłu przedzierzgamy się w nieznane stworzenia, wytwory fantazji i iluzji. Niestrudzeni i wspaniali, wirujemy po ulicach tak rzę­ siście oświetlonych, że jest jasno jak w biały dzień, pijemy, tańczymy, szamoczemy się, wzdychamy, kopulujemy w do­ wolnych miejscach, kiedy tylko przyjdzie nam na to ocho­ ta. Szumowiny i szlachta zapełniają chodniki niczym uroczo zaaranżowana mozaika. Nikt nie zważa na reputację, ludzie tracą fortuny, hańba święci triumfy. To zapierający dech w piersiach melanż blagierstwa - totalnie sprośnego, totalnie nieodpartego. W jedną noc nasze miasto zmienia się w miej­ sce rozpustnego pożądania i niebezpiecznych uciech. Ale to nie dla mnie. Och, nie, nie dla mnie. Gdy cała We­ necja się zmienia, moje życie biegnie utartym torem. Należę do domu ponurego cittadino*. Podobnie jak od innych nieza­ mężnych sióstr i córek kupców oraz wysokich urzędników, oczekuje się ode mnie skromnego zachowania. Marirat o mo- nacar. małżeństwo albo zakon - taka czeka mnie przyszłość. Moje przygody się skończą, zanim się rozpoczną. Moi tyra­ ni? Dwaj starsi bracia - Paolo i Davide - ciemiężący mnie opiekunowie, oględnie rzecz ujmując, a także ich żony, Saret- ta i Valeria, obie popierające z katowskim entuzjazmem suro­ we rozporządzenia mężów. Ociężałe od brzemienności i dez­ aprobaty moje bratowe przestrzegają ograniczeń sw r obody i wielce sobie chwalą radości spokojnego i prostego życia w stanie małżeńskim. Mimo to głowę mam pełną pomysłów, bo nie wynalazły jeszcze sposobu, w jaki mogłyby powścią­ gać moją wyobraźnię. Jedynie w srogiej służącej Rosie znalazłam chętną wspól­ niczkę. Wysoka i postawna, towarzyszy mi wszędzie, gdy wychodzę z domu - rzadko traci zimną krew, a jej ciemne, in- Cittadino (wł.) - obywatel (przyp. tłum.). 19

teligentne oczy są czujne - dozwalając mi na zażycie takiego rodzaju swobody, na wieść o którym moi opiekunowie po­ bledliby ze złości. Kiedy nie cieszą wzroku procesją nierządnic, sunących po Fondamenta della Tette, zapuszczam się na targi, gdzie mogę obserwować znacznie subtelniejszą grę. Tam młode żony naj­ znamienitszych obywateli Wenecji prezentują bez żenady swe wdzięki. Ich śladem podążają baczni wielbiciele, a one pozwalają się podziwiać, od czasu do czasu biorąc ze straga­ nu brzoskwinię albo jaskrawo ubarwioną truskawkę i unosząc je do nosa, by prowokacyjnie, choć z wyrafinowaniem, wdy­ chać ich zapach. Kiedy próbują owoców, zagłębiając w nie śliczne ząbki, obserwuję ich kochanków. Aż przechodzą mnie wtedy dreszcze od mieszaniny fascynacji i obrzydzenia. Byłam pewna, że te kobiety spędzają dni na flirtowaniu i grze w karty, opychają się słodyczami, podczas gdy obok krząta się służba. W ich rozleniwionych gestach i niczym nie­ skrępowanym śmiechu nie ma nic poza radością i swobodą. Któraż młoda kobieta o jakim takim wdzięku i bujnej wy­ obraźni nie chciałaby do nich dołączyć? - Ostrożnie! - Rosa odciąga mnie na bok. Przed nami jakiś gruby przechodzień wymierzył mocne­ go kopniaka żebrakowi, posyłając go na chwiejnych nogach w naszą stronę po śliskich kocich łbach. - Rospo maledetto! Z drogi, śmieciu! - strofuje go jesz­ cze tłuścioch. Te pełne jadu słowa wiszą przez chwilę w po­ wietrzu, zanim obaj rozejdą się każdy w swoją stronę: jeden kuśtykając, drugi, naładowany energią, ściskając w dłoni laskę. Rosa patrzy na to z grymasem niezadowolenia na twarzy. - Idę o zakład, że ten nadęty łotr niedługo zapisze się w historii jako jeden z największych bohaterów. - W jej ręku pojawia się szmatka, którą wyciera skraj mojej sukni, ochla­ panej błotem przez upadającego żebraka. - Dlaczego wszys­ cy są dzisiaj tacy podminowani? 20

Jej pytanie poraża mnie niczym cios buta tłustego prze­ chodnia, bo zdaję sobie sprawę, że musiała już słyszeć nowi­ ny. W brukowcu ukazała się przerażająca historia, która może zatruć nadchodzące tygodnie strachem i położyć kres mojej wątlutkiej niezależności. - O co chodzi, Laudomio? - zapytała przeszło godzinę wcześniej Valeria, gdy siedziałyśmy, patrząc na wąski pas ogrodu przylegającego do tyłu naszego domu. Podążyłam za jej wzrokiem i spojrzałam na własne palce mnące leżącą na podołku tanią gazetę. Siedząca obok Saretta, żona starszego brata Paola, prze­ stała dmuchać na gorący napar z ziółek i zmarszczyła czoło. - Odpowiedz siostrze, Laudomio. I jedna, i druga nosiła w łonie dziecię. Osiemnastoletnia Valeria była tylko o rok starsza ode mnie i uchodziła za bladą piękność. Pięć lat od niej starsza Saretta, rumiana i przy ko­ ści, była niezaprzeczalną panią domu. Wpatrywałam się w cienki jak bibułka papier, w byle jak wydrukowany tekst i ręce zaczęły mi się trząść. Historia była przerażająca: w ostatnich dwóch tygodniach znaleziono trzy brutalnie zamordowane młode kobiety, które wrzucono do kanałów z podciętymi gardłami. Szczegóły tych zbrodni po­ dano właśnie do wiadomości publicznej. Policzki pokryły mi się rumieńcem, gdy czytałam to doniesienie. Miałam bo­ wiem świadomość, że w snach widziałam każdą z tych twa­ rzy ściągniętych strachem, każdą parę wykrzywionych ust. Trzy straszliwe wizje, które nękały mnie w ostatnich dwóch tygodniach, skazywały mój umysł na męki. Jedyną pociechę znajdowałam w ucieczkach na gwarne ulice. - Nie powiesz nam? - Valeria wyciągnęła ku mnie dłoń, co było śmiałym gestem, mającym dodać mi otuchy. Śniłam o każdym z tych morderstw dokładnie w czasie, kiedy - zgodnie z ustaleniami władz - ich dokonywano. Za­ lała mnie przyprawiająca o wymioty fala poczucia winy na 21

myśl o odrażającej więzi z tymi brutalnymi aktami. Czułam się tak, jakbym miała wgląd w obnażoną duszę mordercy, a on witał mnie serdecznie, brał za rękę i zmuszał do współ­ udziału. Czytałam rozgorączkowana, rozpaczliwie szukając wskazówek dotyczących tożsamości sprawcy. Ale niczego o tym nie napisano. Uniosłam wzrok i spojrzałam w piwne oczy, których ni­ czym niezmącona barwa świadczyła o łagodnym usposobie­ niu i braku trosk. Zawahałam się. Niemal w tej samej chwili ujrzałam w wyobraźni twarz najmłodszej ofiary - ślicznej i bezbronnej. Jej oczy miały ten sam odcień jak tęczówki Va­ lerii. To wystarczyło, by słowa popłynęły niczym potok z moich ust... Każdy obrzydliwy szczegół, każdy paraliżujący ohydą moment wszystkich morderstw, każdy koszmarny sen. - Wystarczy! - przerwała mi Saretta. - Nie chcemy dłu­ żej słuchać tego wstrętnego wyznania. - Stanęła nade mną, szukając słów, którymi mogłaby mnie ukarać, decydując się ostatecznie na ulubioną, kąśliwą uwagę. - Jesteś taka podob­ na do swojej matki. Wszyscy to mówią. Masz zbyt wybujałą wyobraźnię. - Mówię prawdę... - Dlaczego wyobrażasz sobie takie bezbożne rzeczy? Dlatego, że o nich czytasz? - Gwałtownym ruchem zabrała gazetę z moich kolan. Jej nabrzmiałe piersi zakołysały się z wysiłku. - Tylko przeczytałam opis... Wpatrywała się podejrzliwie w moją twarz. A potem jej usta wykrzywił uśmieszek. - Czas zająć się twoją przyszłością, Laudomio. Musisz zacząć myśleć o sprawach bardziej stosownych dla kobie­ ty. Nie o tych... - Pomachała brukowcem przed moją twa­ rzą. - Nie o tych żałosnych opowieściach o jakichś nieszczęś- niczkach... - Może widzę te rzeczy z jakiegoś powodu. 22

- Co?! - warknęła Saretta. Valeria głośno westchnęła i przytknęła to ust chusteczkę. Tak jak one czuję się zmieszana mocą własnych słów, ale nie przerywam, dostrzegając w tym wyznaniu przebłysk ja­ kiegoś celu. - Niewykluczone, że mogłabym... położyć kres... położyć kres tym morderstwom. Może właśnie dlatego widzę... Saretta obdarzyła mnie surowym, pełnym determinacji spojrzeniem. - Nie bądź niemądra, Laudomio. Zabraniam ci fantazjo­ wać w ten sposób. Twoi bracia nic pozwolą ci na to. Wyciągnęła rękę i dość niezgrabnie pomogła Valerii pod­ nieść się z miejsca. Przez chwilę stały obok siebie. Saretta była zarumieniona ze złości. Valeria posłała mi spojrzenie znad kurczowo trzymanej chustki. - Ani słowa więcej na ten temat! Zrozumiałaś?! To nie­ zdrowe! Stanowczo niezdrowe! Wyszły z pokoju, a mnie otoczyła cisza. Wpatrywałam się w nasz niewielki ogród, teraz niemal pusty z powodu paź­ dziernikowych chłodów. Byłam sama, jak zwykle od naj­ wcześniejszego dzieciństwa. Matka odumarła mnie, gdy mia­ łam pięć lat, a ojciec - starszy od żony o kilka lat - poszedł w jej ślady niedługo potem. Pociechę znajdowałam jedynie we własnej wyobraźni, aż nagle ona także straciła walor sta­ łości, tworząc okrutne wizje morderstw, które nękały mnie i przerażały. Tyle że te zbrodnie były prawdziwe, o czym sama przeczytałam w gazecie. Wiedziałam też, że to dopiero początek. Zeszłej nocy ujrzałam kolejną ofiarę. Były już cztery, a nie trzy, jak pisano w brukowcu. Wkrótce się o tym przekonają, cała Wenecja się dowie. - Patrzcie! Tam są! - Kurwy! Nareszcie! Wrzaski rozlegają się na całym Fondamenta della Tette. 23

Zatłoczony chodnik grzmi okrzykami radości. Przenoszę się z powrotem na spektakl przybycia ladacznic i czuję, jak już przy pierwszym spojrzeniu mój niepokój słabnie. Piszcząc i posyłając całusy, pojawia się grupa mocno umalowanych nierządnic, z których wiele nie jest starszych ode mnie. Gon­ dola niebezpiecznie się przechyla, ich kostiumy są bogato zdo­ bione i tak obcisłe, że szwy niemal się rozchodzą. W powsta­ łym zamieszaniu, wśród plątaniny ciał i ozdób, trzech klientów chwyta i pieści kobiety z zaskakującą śmiałością. Jedna z dziewczyn o karminowych włosach wychyla się ponad burtę, odsłaniając tłumowi piersi, inna, śmiejąc się, zrzuca z nogi pantofelek, który wpada do wody. Nad kanałem zaczyna się snuć silny i tajemniczy zapach. Mały piesek siedzący na dzio­ bie łódki ujada bez przerwy. Nadpływa druga gondola. Nastę­ puje kolejny bezecny pokaz. Przewodzi mu posągowa dziwka ubrana w imponującą suknię z czerwonego i czarnego atłasu. Podbiegam do krawędzi chodnika. - Zabawiają klientów! Wyobrażasz sobie? Jaka bezczel­ ność. Widzisz tę z muszką w kąciku oka? To wskazuje, że jest passionata. Gdyby miała ją na nosie, znaczyłoby to sfrontata - bezwstydna. A nad brwią, o tu... - Żeby nadać moim słowom większą moc, dotykam kciukiem czoła. - To oznacza maestoso - majestatyczna. Umiejscowienie muszki świadczy o konkretnym talencie kobiety. Nie chciałabyś...? Nie kończę zdania. Rosa wpatruje się we mnie, a w jej oczach widzę zawziętość. Nie umiem jednak zgadnąć, czy powodem jest duma, czy dezaprobata. Milknę. - Robią z siebie widowisko - stwierdza oschle. - Chcia­ łabyś być taka jak one? Urodą mogłabyś się z nimi równać, to prawda. - Mimo że jest to oburzające przejście z roli słu­ żącej do pozycji mentorki, mówi dalej: - Masz gęstwę ciem- norudych włosów, zielone tęczówki, ładny owal twarzy. Ta­ kie przymioty budzą zachwyt. - Zwęziła oczy. patrzy ponad ladacznicami na połyskującą wodę kanału. 24

Jest tak, jakby się w ogóle nie odzywała, ale mam wraże­ nie, że ta surowa stara kobieta wystawia mnie na próbę. Jej uwagi sprawiły, że się zmieszałam. Spuszczam wzrok i patrzę na bruk. Ogarnia mnie dziwne uczucie i nagle zdaję sobie sprawę, że nie chciałabym jej rozczarować. - Są... wolne - zaczynam nieśmiało. - To właśnie podzi­ wiam. To dla mnie najważniejsze. Ponownie spuszczam wzrok. Patrzę na kocie łby. Powie­ działam prawdę. I muszę czekać na jej odpowiedź. - Stać panienkę na wiele więcej. Proszę o tym nie zapo­ minać. Zaczyna poprawiać szal, którym okrywa sztywne siwe włosy, zasłaniając jednocześnie twarz. Chcę, żeby mi to wyjaśniła. Pragnę, by pomogła mi wszystko zrozumieć, ale jej szorstkie zachowanie onieśmiela mnie - zresztą jak zawsze. Niespodziewanie wybucha wokół nas wrzawa i odpowied­ ni moment mija. Nierządnice płyną dalej, zadowolone z włas­ nej nieprzyzwoitości. Tłum zaczyna się rozchodzić. Biorę Rosę za rękę. - Jeszcze tylko raz popatrzę, to wszystko - błagam ją. - Nie pójdę daleko. Służąca zastyga w bezruchu. Wydaje mi się, że trwa to wieczność, ale potem kiwa głową. Ściskam jej dłoń w szybkim podziękowaniu i odbiegam, natychmiast przeciskając się przez motłoch. Nie zraża mnie cisza, jaka zapada, gdy łodzie nikną w dali wąskiego kanału. Staram się nie myśleć o zbrodniach opisanych w brukow­ cu. Przede wszystkim jednak wypieram z pamięci moje sny. W chwilę potem docieram do rogu i widzę niedaleko krzykli­ we grono ladacznic. Ruszam chodnikiem, pewna nagrody, jaką będzie dokładniejszy obraz ich pokazów. Wokół mnie wyrastają brudne ściany, a uliczka, którą idę, szybko zmienia się w zwykłą błotnistą ścieżkę. Biegnę przed siebie, ale nie- 25

spodziewanie drożyna kończy się przystanią. Wszystkie moje wysiłki, by popatrzeć na końcowe popisy radości, idą na mar­ ne, bo utknęłam na ubabranym szlamem pomoście. W dali gondole wpływają w inny kanał i tracę je z oczu. - Głupia! - ofukuję sama siebie. Wokół panuje cisza. Sta­ wiam kołnierz i zamierzam odejść, czując w piersi ukłucia tęsknoty. Mam wrażenie, że jestem więźniem w świecie, w którym czeka mnie nudna przyszłość, podczas gdy życie dookoła staje się prawdziwą przygodą. Pęta niewoli w mie­ ście tak pełnym cudów wydają mi się - ponad wszystko inne - ogromną niesprawiedliwością. Nagle kątem oka dostrzegam jakiś ruch - coś małego i ja­ skrawego spadło z góry i ześliznęło się do wody. Unosi się na powierzchni. Zanim zdołałam tam podejść, spada następny przedmiot. I kolejny, i jeszcze jeden - wirują i kołyszą się przed moją twarzą. Głęboko oddycham i spoglądam w niebo. Opada mnie chmara wzorów i barw - jaskrawozielonych trójkątów, ja­ rzących się czerwonych kół, słupów opalizującego błękitu, srebrzystości i złota... Trzepocząc niby maleńkie skrzydełka, upadają mi na włosy, odbijają się od moich ramion i lądują na ziemi. Krzyknęłam i odruchowo złapałam w palce... kartę tarota. Jakby czekając na ten gest, wszystko się uspokaja. Paleta krzykliwych symboli - wróżbiarski arsenał buław i kieli­ chów, denarów i mieczy, wyobrażeń słońca i księżyca, ry­ dwanu, złotego kołowrotka - leży u mych stóp. Okala mnie nieujarzmione, zuchwałe przeznaczenie. Trzymam w dłoniach kartę. Po jednej stronie ma prosty wzór pnącej się winorośli, na drugiej widzę cały wszechświat skondensowanych znaczeń. Wpatruję się w nieszkodliwy kształt liścia i wici. Serce mi mocno bije. Ponownie biorę głęboki wdech i obracam kartę: Ósemka Buław. Osiem rów­ noległych buław przecinających bezchmurne niebo i mkną- 26

cych śmiało ponad odległym pejzażem. Karta ucieczki, pędu. 1 wyzwolenia. Ale jest tu coś jeszcze. Wzdłuż brzegu widnieje napisany odręcznie rząd wydłużonych liter: pytanie. Natrętne. Śmiałe i przerażające. „Przyłączysz się do mnie?" Wpatruję się w kartę i w miarę jak wieczorna szarówka przechodzi w mrok, nie mogę już nic więcej odczytać. A po­ tem wsuwam ją pod płaszcz. Spuszczam wzrok na bruk. Pod stopami dywan z symboli czeka na moją decyzję. 2 Wszyscy Wenecjanie uwielbiają znaki opatrzności. Wyol­ brzymiona paleta najróżniejszych wróżb zaspokaja naszą tęsknotę za melodramatycznością. Nic nie sprawia nam więk­ szej przyjemności niż występek, niż obietnica popełnienia grzechu przeciwko moralności i naginania jej za pomocą okultystycznych barwnych rytuałów. To prawda, zdarzają się i tacy - jak moi bracia - którzy uparcie nie chcą przyjąć do wiadomości istnienia bardziej majestatycznego wszechświata i ich miejsca w nim. Niektórzy powiadają, że nasze czasy to epoka szarlatanów, rozkwitu tajnych stowarzyszeń, skupia­ jących kabalistów, alchemików i masonów. Niemniej - ogól­ nie rzecz ujmując - nasze miasto doskonale prosperuje dzięki tajemniczym obrzędom. Ale zawsze też byliśmy bardzo wybredni w sprawach omenów. Wielu obywateli najwyżej ceni sobie paplające ję­ zyki wędrownych okultystów, inni podniecają się rytuałami uzdrawiaczy. A jeśli idzie o tajemne inskrypcje napisane na kawałkach pergaminu i trzymane pod poduszką lub zaszywa- 27

ne w bieliźnie z nadzieją na złapanie męża - to w podobnie infantylne zabobony bardzo wierzą moje bratowe. Kiedyś, gdy byłam mała, miałam służącą biegłą w sztuce ta­ rota. W chwilach gdy nie miała nic do roboty, uczyła mnie mąd­ rości tych kart, ale przyłapano nas na tym i została odprawiona. Do chwili, gdy włożyłam do kieszeni Ósemką Buław, tyl­ ko jedna wróźbiarka cieszyła się moim poważaniem w tym mieście i nie komunikowała się przy tym z duchami oraz nie wskrzeszała zmarłych w jakiejś podejrzanej chałupinie. Pod wieloma względami była znacznie śmielsza, bo wytrzymała badawczy wzrok doży, który mieszkał po drugiej stronie pla­ cu, i spojrzenie Boga, znajdującego się jeszcze bliżej, w Ba­ zylice San Marco. Torre dell'Orologio, nasza imponująca wieża zegarowa, patrzy przez niewielki placyk na fale przepowiadające przy­ szłość. Przedkłada bowiem nad wszystko nieomylność pór roku, sakrament przypływów w lagunie. Ale jak na Wene- cjankę przystało, jest przebiegła. Jej fasadę zdobią fazy Księ­ życa, ruchy Słońca i dwanaście znaków zodiaku. Na jej ra­ mionach stoi posąg Dziewicy z Dzieciątkiem. Ozdobiona symbolami kościelnymi i okultystycznymi, ma czelność igno­ rować wszystko wokół. Jednym krótkim spojrzeniem możemy oddać hołd czystości Madonny albo wigorowi Skorpiona i nigdy nie spóźnimy się na żadne umówione spotkanie. Kiedy wróciłam do domu, nie­ rozważnie podzieliłam się tą mądrością z bratowymi. W zamian zostałam spoliczkowana przez najstarszą za impertynencję. - Twoje zachowanie jest oburzające, Laudomio. Jak mo­ żesz w taki czas wymykać się z domu i szwendać po ulicach. Ulegając nakazowi pozostawania w domu, czekały na mnie w okazałym wejściu na piano nobile*. Zwykle właśnie Piano nobile (wł.) - pierwsze piętro budynku z pomieszczeniami w amfila­ dzie o charakterze reprezentacyjnym (przyp. tłum.). 28

tam musiałam stawić im czoło albo też przejść przez długi korytarz prowadzący do bardziej ustronnego miejsca - na­ szych sypialni. Przyjęta przez nie tego dnia taktyka pozba­ wiała Sarettę możliwości podniesienia głosu z obawy, że usłyszy ją służba, ale to w niczym nie osłabiało jej pasji: - To miasto stało się magnesem dla ludzi zepsutych. Czy ty nie masz zdrowego rozsądku? Wskazałam na plamę na rąbku spódnicy. - M...muszę się przebrać. Suknia mi się zabłociła. Taka okoliczność była traktowana bardzo poważnie w do­ mu bławatnika i zapewniła mi chwilowe ułaskawienie, wy­ starczające jednak, bym dotarła do korytarza. Zadowalając się łagodnym zmarszczeniem brwi, Valeria patrzyła, jak odchodzę, ale Saretta ruszyła za mną. Jej purpu­ rowa suknia wydymała się imponująco przy każdym ruchu i porażała wzrok niczym okręt wojenny o zachodzie słońca. Jej reprymenda rozpoczęła się od nowa, gdy znalazła się obok mnie przed drzwiami mojej komnaty. - Koniec z twoim wałęsaniem się po mieście! Aż do od­ wołania! - Wiem - powiedziałam cicho. - Och, naprawdę wiesz? - Przykładając sobie do czoła chusteczkę skropioną lawendowymi perfumami, patrzyła, jak rozpinam guziki z tyłu spódnicy. - Więc jak przypuszczam, wiesz również i to. - Zniżyła głos. - Znaleźli następną martwą dziewczynę. Przy tym haniebnym deptaku na Fondamen- ta della Tette. - Odwróciła wzrok, jakby już samo wspomnie­ nie tej nazwy wymagało okazania fizycznego wstrętu. - We­ necja pogrąża się w chaosie, a kiedy zacznie się karnawał i wszyscy będą paradować w przebraniach, nastąpi prawdzi­ wy koniec świata - możemy się wtedy pożegnać z nadzieją na złapanie tego łotra. Nie chcę, żebyś się wplątała w tę afe­ rę. Może mi łaskawie powiesz, co robisz na ulicach? Szu­ kasz go? 29

- Kiedy? - wyszeptałam. - Kiedy ją znaleźli... tę śpie­ waczkę? Zapach lawendy wypełnił powietrze, gdy zamachała chus­ teczką przed nosem. - Skąd... skąd wiesz, że to była śpiewaczka? - spytała. Wpatrywałam się w podłogę. Wyobrażałam sobie, jak w gasnącym świetle dnia policzki Saretty stają się równie purpurowe, co jej suknia. - Zna...znaleźli ją dziś po południu - mówiła łamiącym się głosem. - Kiedy ty się włóczyłaś po ulicach prawie o zmierzchu. Rozumiesz... rozumiesz teraz, dlaczego musisz być ostrożna? Ale ja już jej nie słuchałam. - Czy miała na sobie spodnie do kolan? - wymamro­ tałam. - Butelkowozielone z cienkimi srebrnymi paskami... - Obraz tej dziewczyny jawił mi się przed oczami. Mieniące się spodnie zachlapane krwią. Rana ziejąca na szyi. - Była prze­ brana za mężczyznę. Na twarz nałożyła... zbyt wiele pudru. Była... - Umilkłam na moment, bo zmroziło mnie spojrzenie pozbawionych życia, szeroko otwartych niebieskich oczu martwej dziewczyny. - Podawała się za kastrata. - Zanim ręce zaczęły mi się trząść, ukryłam je za sobą. - Zamilcz! - wysyczała Saretta. - Nie będę tego słuchała. Mówienie takich rzeczy sprowadza nieszczęście. Za dużo wi­ dzisz. Za dużo wiesz... - Odsunęła się ode mnie i zaczęła się rozpaczliwie rozglądać po pokoju, jakby coś tu zgubiła. Nie­ spodziewanie obróciła się ku mnie. - Domyślasz się, że twoi bracia wpadną w szał. Dlaczego jesteś taka uparta? - Jestem uparta, bo w domu moich braci wszystko jest zabronione! - Mocowałam się z guzikami spódnicy, nagle ogarnięta przemożną chęcią, żeby oderwać je od tkaniny. - Nieważne, co powiem, nieważne, co zrobię... - Są po temu powody! - krzyknęła Saretta. - Chcesz skoń­ czyć jak twoja matka?! 30

Wzdrygnęłam się. Te słowa wymknęły się jej, nim pomyś­ lała, co mówi, i teraz - zbita z pantałyku - ponownie zaczęła szukać wzrokiem jakiegoś przedmiotu, którego z pewnością nie znajdzie. Wszystkie nasze kłótnie kończyły się w ten spo­ sób - przypominaniem mi o wstydzie albo o czymś innym, o czym zwykle się nie wspomina - o jakichś większych ta­ jemnicach, których opiekunowie nigdy swej podopiecznej nie wyjawią. Dowiedziałam się jednak wystarczająco dużo: po wydaniu na świat martwego płodu matka pogrążyła się w głębokiej rozpaczy, która doprowadziła ją do śmierci. Po­ zostało mi jedynie ulotne wspomnienie jej dotyku i oczu... zielonych jak moje, zbyt jasnych, zbyt bystrych... Dobrze za to zapamiętałam swoich braci - ambitnych młodzieńców, za­ kłopotanych gaśnięciem matki, obawiających się związanego z tym skandalu... - Laudomio! - Usłyszałam głos Saretty. - To niezbyt mądre. Wiesz, że to niemądre... Łzy napłynęły mi do oczu. To wystarczyło za ostrzeżenie: byłam nieodrodną córką matki, o wrażliwym umyśle, nadpo­ budliwą. Nieszczęście miałam we krwi. Widziałam, jak Sa- retta miętosi w dłoniach uperfumowaną chusteczkę, i nagle pomyślałam: „Czy to możliwe? Ona się boi. Ona mnie się boi". Ogarnął mnie ogromny smutek. Miałam ochotę wyciąg­ nąć dłoń i wziąć bratową za rękę. Chciałam, żeby mnie przy­ tuliła. Chciałam powiedzieć, że moje wizje przerażają mnie tak samo jak ją. Chciałam wyznać, że najchętniej nigdy bym ich nie przeżywała, że dałabym wszystko, byle tylko mieć od nich spokój... Zamiast tego stałam jednak zażenowana w mil­ czeniu, podczas gdy Saretta się zastanawiała, jak najszybciej mogłaby wyjść z tego pokoju. Przez chwilę się zastanawiałam, czy nie pokazać Saretcie karty i nie wyznać wszystkiego. Ale do czego konkretnie miałabym się przyznać? Do ukradkowego przemykania po Fondamenta della Tette? Do wątpliwej moralności? To 31

byłyby wystarczające dowody moich przewin. Wszystko to jednak bladło wobec znaczenia kart, które miałam schowane w rękawie. Uniosłam wzrok i zobaczyłam, że Saretta wychodzi na ko­ rytarz. - Przyślę kogoś, żeby zapalił świece w twoim pokoju. - Biała chusteczka wysunęła się jej z palców i upadła na po­ sadzkę. - Poczekaj! - zawołałam, ale nie zareagowała. Podnios­ łam chusteczkę z podłogi i przytknęłam do twarzy, żeby na­ cieszyć się słodkim zapachem lawendy, ale poczułam jedynie woń strachu bratowej. Wyczerpana, położyłam się na łóżku przykrytym kapą. Nie było nikogo, komu mogłabym zaufać, i świadomość tego doprowadziła mnie do rozpaczy. Opiekunowie będą raczej patrzyli na mój upadek, niż przyznają, że wizje siostry są prawdziwe. Jeden skandal to było i tak za dużo jak na sza­ nujący się dom. Przecież już wcześniej musieli jakoś sobie poradzić z hańbą towarzyszącą odejściu mojej matki, więc te­ raz nie będą sobie zaprzątali głowy kolejnym nieszczęściem zrodzonym w umyśle jej niezrównoważonej córki. Znalazłam się w pułapce. I nigdy jeszcze nie byłam taka samotna. Było coraz ciemniej. Wsunęłam rękę do kieszeni i wy­ ciągnęłam Ósemkę Buław. Zastanawiałam się, co powiedzia­ łaby Saretta, gdybym przyznała się jej, że każdego dnia w tym tygodniu, gdy chodziłam po ulicach z Rosą, ten sam tarotowy posłaniec objawiał swoją obecność. Za pierwszym razem, gdy wybierałam bransoletkę wiszącą wśród innych świeci­ dełek na ulicznym straganie, karta wsunęła mi się między palce. Za drugim razem nadepnęłam na nią na targu. Za trze­ cim - znalazłam Ósemkę Buław w kieszeni. Wiadomość była mi przekazywana coraz natarczywiej. Tego popołudnia, po moim niefortunnym pościgu za gondolą z ladacznicami, karta 32

wyczarowała cały legion rodzeństwa, żeby znowu przypo­ mnieć mi o swym istnieniu. A co z dodatkowym przesłaniem? Na każdej prześladu­ jącej mnie karcie napisano wyraźnym, krągłym charakterem pisma: „Przyłączysz się do mnie?". Tego popołudnia, przytłoczona ciężarem szaleństwa i prze­ znaczenia, przesuwałam czubkiem trzewika karty tarota z le­ żącego na ziemi stosu, aż uformowały na bruku moją odpo­ wiedź. 3 - Uwielbiamy co pikantniejsze pokazy. W zeszłym sezo­ nie wiele się mówiło o pewnej zagranicznej awanturnicy, któ­ ra wypuściła rozjuszone dzikie koty w okolicach Campo San Polo. Czarne jak noc, terroryzowały miasto przez całe tygo­ dnie, aż w końcu je złapano i upieczono na wyjątkowy obiad podawany na piazzy. Mnie samemu, o ile dobrze pamiętam, dostał się żylasty kawałek z żeberkiem. Uprzejmy śmiech rozległ się w grupie kupców w średnim wieku. Anegdota była z rodzaju wyświechtanych, a opowia­ dał ją bezbarwnie mój brat Paolo, głęboko przekonany, że wyróżnia go jako światowca. Upudrowana peruka zakrywała mu głowę, jego nieskazitelny frak zdobiło mnóstwo złotych guzików. Po drugiej stronie naszej - rzęsiście oświetlonej - sali bankietowej bratowe również brylowały w obszernych sukniach o zharmonizowanych odcieniach koloru turkusowe­ go. Ich dekolty zdobiły lśniące naszyjniki kunsztownej robo­ ty z szafirów - prezenty od mężów. Dostały je, gdy najpierw jedna, a dwa tygodnie później druga oznajmiły, że są przy na­ dziei. Ale tego wieczoru to ja byłam w centrum zainteresowa- 33

nia, wystrojona w połyskliwą bladoniebieską jedwabną suk­ nię, wydekoltowaną odrobinę za głęboko i ciasno opasującą mi talię. Długim włosom - które na co dzień lubię nosić roz­ puszczone i po prostu podpięte na skroniach grzebieniami z masy perłowej - także poświęcono należytą uwagę, zacze- sując je wysoko po bokach głowy, a potem spuszczając ka­ skadowo na plecy. Kolczyki z błyszczącymi perłami miały dokładnie taki sam odcień jak moje policzki. W końcu pocho­ dziłam z kupieckiej rodziny i w ten wieczór jako niezamężna siostra braci Codussich zostałam wystawiona na sprzedaż. Ewentualnymi nabywcami byli zamożni i ogólnie szanowani ludzie, a przedmiotem handlu -jak mówiono - atrakcyjny to­ war, choć niepozbawiony skazy. Na drugi dzień po tym, kiedy Saretta wybiegła z mojej komnaty, jakby uciekała przed jakąś straszną zakaźną cho­ robą, bratowa zaprezentowała taki kunszt, że handlowe stra­ tegie moich opiekunów bladły przy nim zupełnie. To dzięki jej wysiłkom nasze budzące podziw portego* było pełne zna­ jomych i rozbrzmiewało marnymi dykteryjkami oraz tłumio­ nym śmiechem. Miała nadzieję, że w tym powściągliwym tłumku znajdzie się odpowiednia partia, potem dojdzie do zawarcia małżeństwa, a moja wybujała wyobraźnia zostanie okiełznana rygorami związanymi z macierzyństwem i odpo­ wiedzialnością za prowadzenie domu. Schowana za ogromnym bukietem, stojącym na jednym z końcówr bankietowego stołu, patrzyłam, jak brat kiwa łaska­ wie głową swoim kompanom. Między myślącymi podobnie cittadini panowała moda na ostentacyjnie swobodne pławie­ nie się w próżniactwie, ale na tym wieczornym spotkaniu panowała wymuszona wesołość. Prawda wyglądała bowiem tak, że wszyscy marzyli o powrocie do miłej ich sercu krainy * Portego - gwara wenecka, właśc.portico (wł.) -portyk, kolumnada (przyp. tłum.). 34

kont, zestawień sprzedaży i kupieckich harmonogramów. Pa­ olo, mężczyzna tęgi i na co dzień znacznie bardziej mało­ mówny, niż nakazywała to rola gospodarza, ciężko oddychał. Błądził wzrokiem po komnacie, a ja od razu wiedziałam, że nic nic sprawiłoby mu większej przyjemności niż wycofanie się na dół do przestronnego magazzino, składu na parterze, wypełnionego krzepiącymi dowodami przedsiębiorczości Co- dussich. Brakowało mu Davide, mojego drugiego brata, przy­ stojnego i znacznie mniej napuszonego młodzieńca, który musiał wyjechać w interesach do Padwy. - Co sądzicie o ostatnich wydarzeniach, o których wszys­ cy rozprawiają? - zapytał ktoś z grupy Paola. - Bestie, o któ­ rych pan wspomniałeś, były powodowane zwierzęcą chucią, ale jak ktoś może dopuścić się podobnego okrucieństwa? Ostatnią ofiarę... młodą kobietę... śpiewaczkę czy kogoś w tym rodzaju... znaleziono zamordowaną niedaleko Fonda- menta della Tette. Do tej pory nie wykryto łotra, który po­ pełnił te zbrodnie. Paolo zmarszczył czoło z wyrazem lekceważenia. - To niczego nie zmieni. Te typki, pchające się między nas ze swoimi awanturami, tanią rywalizacją... - Och nie, to nie był zwykły akt zemsty czy zazdrości, jak się często dzieje wśród ludzi takiego pokroju. - Wszyst­ kie oczy zwróciły się na mówiącego, szczupłego mężczyznę o twarzy zupełnie zdominowanej parą grubych okularów. - Powiadają, że miała poderżnięte gardło. Od ucha do ucha. Podobnie jak poprzednie ofiary. Ataki były precyzyjne, do­ brze przygotowane, a ostrze wydaje się czymś zupełnie nie­ zwykłym - zostawia bardzo dziwny rodzaj ran. Uważa się, że mordercą jest człowiek, który zawodowo posługuje się bro­ nią. Być może pochodzi ze Wschodu. - Co też pan powie. - Mój brat opuścił kielich, to samo /robili skupieni wokół niego goście. - Musiało to paskudnie wyglądać. 35