wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 058 544
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 547 045

Sylwester Latkowski - Czarny styczeń

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
S

Sylwester Latkowski - Czarny styczeń.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion S Sylwester Latkowski
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 45 osób, 28 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 214 stron)

Wydawca Agata Pieniążek Redaktor prowadzący Beata Kołodziejska Redakcja Edyta Domańska Redakcja techniczna Lidia Lamparska Korekta Jadwiga Przeczek Maciej Korbasińsk Opracowanie wersji elektronicznej lesiojot Copyright © by Sylwester Latkowski, Warszawa 2012 Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012 Świat Książki Warszawa 2012 Weltbild Polska Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 ISBN 978-83-7799-459-7 Nr 90085648

1 Kiedy ujrzałem Roberta na progu mojego mieszkania, był w opłakanym stanie. Wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Jego nieogolo- na twarz nadawała się do roli oprycha w trzeciorzędnym filmie gangsterskim. Podkrążone oczy, ze źrenicami zwężonymi do wielkości łebka szpilki, mogły należeć do człowieka, który przeżywa załamanie nerwowe i za chwilę targnie się na swoje życie albo wyląduje w szpitalu psychiatrycznym. - Wejdź. - Otworzyłem szerzej drzwi. Gdy to zrobił, poczułem duszący zapach niemytego od wielu dni ciała i niezmienionego ubrania. Śmierdział. Powiedział to, co było widać gołym okiem: - Potrzebuję pomocy. Posadziłem go w fotelu, a sam usiadłem naprzeciwko, na łóżku, z którego wcześniej wyrwał mnie jego natarczywy dzwonek do drzwi. Był kwadrans po szóstej rano. Robert nie chciał kawy ani herbaty. Miał ochotę na coś mocniejszego. Widziałem już różne rzeczy w swoim życiu, więc niczemu się nie dziwiłem. Podałem mu butelkę i szklaneczkę. - Masz tylko ten bimber? - Nigdy nie miał najlepszego zdania o whisky. Pił wyłącznie czystą wódkę. Polską wódkę. Nie odpowiedziałem. Nie dysponowałem aż tak wielkim zasobem życzliwości. Czekałem, aż wydusi z siebie, co mam dla niego zrobić. Najlepiej, aby powiedział to od razu. Chciałem się jeszcze położyć do łóżka. Szósta rano to dla mnie środek nocy. Budzę się między dziewiątą a dwunastą, jeśli wcześniej nie mam umówionych spotkań lub spraw niecierpiących zwłoki. Zarówno jedne, jak i drugie od jakiegoś czasu miewałem rzadko. Właściwie od dwóch tygodni Robert był pierwszym człowiekiem, z którym miałem bliższy kontakt.

Wyrażał się mętnie, nic nie rozumiałem z jego opowieści. Zresztą nie interesowały mnie szczegóły,, nie zamierzałem się obciążać bagażem cudzych kłopotów. Zawsze lepiej nic nie wiedzieć, jeśli trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie: „Czy nie wiedziałeś, że szuka go policja w całym kraju?". Robert mówił powoli, cedził słowo po słowie, jakby miał problemy z wysławianiem się albo nie chciał za dużo powiedzieć. W pewnym momencie głowa opadła mu na piersi. Usnął. Wyjąłem z jego dłoni szklaneczkę, którą oparł o kolano, i postawiłem obok, na szklanej ławie. Potrząsnąłem go za ramię; nie reagował, zapadł w kamienny sen. Nadal nie wiedziałem, czego ode mnie oczekiwał. Wróciłem do łóżka. Niestety nie spałem długo - o ósmej, w posępnym nastroju, wstałem. Kolczyk, taką ksywkę nosił Robert, wciąż był pogrążony we śnie. Poruszałem się cicho, aby go nie zbudzić. Nie zaczynałem dnia bez wypicia jednej lub dwóch kaw, gorzkiej czekolady i wody mineralnej oraz bez lektury prasy. Prowadziłem szare życie, w którym przyjemność czerpałem właśnie z takich drobnych przyzwyczajeń. W przeciwieństwie do wielu moich znajomych świadomie wybrałem spokojną egzystencję. Nie interesowało mnie życie pełne wrażeń. A tego nie dało się zrealizować inaczej niż przez odsunięcie się. Nic nie mogłem poradzić na to, że straciłem dziecięcą wiarę w cudowność świata. Nad parującym kubkiem kawy rozmyślałem o Robercie. Poznaliśmy się w jednej z tych publicznych instytucji, w których codzienne życie jest rytuałem wyznaczanym przez dzwonki, szczęk stali oraz mleczną barwę sztucznego światła. Robert okazał się dobrym współtowarzyszem niedoli, tak jak ja potrafił z ironią patrzeć na ponurą rzeczywistość, w jakiej utknęliśmy. Spędziliśmy ze sobą dwa lata. Mijał właśnie rok od chwili naszego rozstania. Zdawałem sobie sprawę, że obaj jesteśmy teraz innymi ludźmi, że jeszcze więcej nas dzieli niż wówczas. Przede wszystkim byliśmy biegunowo odmienni. Robert był przekonany o wpływie swojego nieodpartego uroku na otoczenie, w czym utwierdzała go świadomość urody - był wysoki, wysmukły, o lalkowatej twarzy, dzięki której nie wyglądał na trzydzieści pięć lat.

Nigdy nie wnikał głęboko w naturę ludzką, nie zastanawiał się nad istotą czynów własnych czy innych ludzi. I najważniejsza dzieląca nas różnica - w przeciwieństwie do niego nie miałem natury recydywisty, wybrałem takie życie, aby większej jego części nie spędzić w betonowej klatce. Prawdopodobnie znowu w coś się wplątał i nie wiedział, jak z tego wybrnąć. Nie zaprzątałem sobie jednak tym głowy. Poszedłem do łazienki i napuściłem wody do wanny. Przez chwilę przyglądałem się sobie w lustrze, dochodząc do smutnej konstatacji: garbię się, ciało powleka coraz grubsza warstwa tłuszczu, mięśnie zwiotczały. Powinienem regularnie ćwiczyć, inaczej szybko stanę się trzydziestoletnim emerytem. Zanurzony w wodzie zamknąłem oczy. Niecałe dwa tygodnie temu odbyła się moja ostatnia rozprawa rozwodowa z Moniką, w czasie której przypieczętowano formalnie to, co nastąpiło cztery lata wcześniej - kres naszego związku. Mimo upływu czasu nadal nie mogłem się z tym pogodzić, poczucie klęski tkwiło we mnie jak drzazga wbita gdzieś pod skórą. Bezustannie uspokajałem siebie, powtarzając, że tak blisko jak Monikę już nigdy nikogo do siebie nie dopuszczę. Kiedy po kąpieli wróciłem do pokoju, czułem się rześko. Robert stał przy półce z książkami i przeglądał tytuły. Większość stanowiła beletrystyka, ale nie brakowało literatury faktu. Spostrzegł mnie i uśmiechnął się blado. - Jak zwykle dużo czytasz. - Jego głos brzmiał inaczej niż rano, przestał być matowy. Zrzuciłem z siebie szlafrok i zacząłem się ubierać. Rozglądał się po pokoju. Wiedziałem, co myśli - mieszkanie było w opłakanym stanie, całkowicie pozbawione indywidualności. Pokój z kuchnią i łazienką. Wszystkie meble i sprzęty - rozkładana kanapa, fotel, ława z pękniętym szklanym blatem, prosta meblościanka pamiętająca jeszcze czasy mojego dzieciństwa i pięcioletni telewizor kolorowy - wchodziły w skład wyposażenia wynajętego lokum. - Z Moniką już całkowicie skończone? - spytał po chwili ciszy.

- Sąd orzekł moją winę - odparłem beznamiętnym tonem. - Tylko dlatego, że siedziałeś? - prychnął z sarkazmem. - Nie interesowało ich, że przez kilka lat była na twoim garnuszku? Dobrze wiedziała, czym się zajmujesz. Ile zwykły śmiertelnik musiałby oszczędzać na kiecki, które nosiła? Świństwo. Potem się dziwią, że czasami człowiekowi zadrży ręka i zrobi jakieś głupstwo. Arabowie mają dobre prawo, tam by ją ukamienowano. Trudno było stwierdzić, czy mówił szczerze. Odnosiłem wrażenie, że pod pozornym zainteresowaniem i solidarnością ze mną kryła się obojętność. A jeśli chodzi o jego poglądy dotyczące traktowania niewiernych żon, to nie odnajdywałem w sobie nic z mentalności ultrafundamentalistycznego taliba, dla którego kobieta musi się zakrywać od stóp do głów, tak że nawet kostki nie mogą być widoczne. Pozostawiłem jego słowa bez komentarza. - Idź się wykąpać i zmień ubranie, cuchniesz z daleka. Ja w tym czasie zrobię śniadanie. - Musisz dać coś swojego - zatrzymał mnie, gdy zmierzałem w stronę kuchni. Przystanąłem zaskoczony. W przedpokoju stała duża skórzana torba. Co się w niej znajdowało? Nie dałem jednak dojść do głosu swoim wątpliwościom, zdusiłem je w sobie. Otworzyłem szafę z ubraniami. - To wszystko, co mam. Nie było tego dużo. Zdołałbym spakować swoje rzeczy do podróżnej walizki. Idąc do kuchni, odruchowo przyjrzałem się torbie – można było o niej wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że była pusta. A jeśli nie była pusta i nie znajdowały się w niej rzeczy osobiste, to co w niej było? Miałem mętne i nieuchwytne wrażenie, że Robert ma coś na sumieniu. Wstawiłem wodę i zabrałem się do przyrządzania grzanek, mojej śniadaniowej specjalności. Kiedy wrócił z łazienki, wykąpany i ogolony, wyglądał wreszcie jak człowiek. Jego twarz odzyskała młodzieńczy wygląd, a oczy nie zapadały się już tak głęboko. Postawiłem sprawę jasno:

- Przed kim uciekasz? Zacisnął mocno wargi, by po chwili wydusić z siebie: - Muszę na chwilę zniknąć. To nie jest wielka sprawa. Obserwowałem go z uwagą. Nie był szczery. -Jeśli nikogo nie zamordowałeś, możesz zostać - powiedziałem z grymasem uśmiechu na ustach, dając jednocześnie wyraźnie do zrozumienia, że nie żartuję. - Przecież wiesz, że nie jestem w stanie tego zrobić. Mam słabe nerwy do czegoś takiego. Toster wyrzucił dwie zarumienione grzanki, które położyłem na talerz i podsunąłem Robertowi. Wcześniej umieściłem na stoliku słoiczek konfitur wiśniowych i plastry szynki w foliowym opakowaniu. - Ale nadal siedzisz w tym brudzie - powiedziałem. -Tym razem się wycofuję. Mam potąd takiego życia. - Przytknął dłoń do gardła i zrobił wymowny gest. - Nie chcę przez resztę swoich dni jadać na aluminiowym platerze plastikowymi sztućcami w zielonym kolorze albo skończyć z ołowiem w mózgu. Przyszedłem do ciebie, bo za każdym razem zachowywałeś się jak prawdziwy przyjaciel. Mam przeczucie, że jeśli teraz się nie wycofam, to znajdę się w poważnych tarapatach, z których nie będę w stanie się wydobyć. Niepotrzebnie brał mnie pod włos - miałem dość jego uprzejmości. Był człowiekiem, który robił małe świństwa, i to nie dlatego, że przed większymi powstrzymywały go wyrzuty sumienia, ale dlatego, że nie umiał się do nich zabrać. Z drugiej strony, dlaczego miałbym nie wierzyć w jego chęć przemiany? Stanąłem jak wryty, kiedy dodał: - Muszę zniknąć z kraju. Nie rozumiałem, dlaczego w takim razie zwraca się z tym do mnie. Granice są przecież otwarte, wystarczy, że wybierze samochód lub pociąg. - Chodzi ci o forsę? - spytałem. Zaprzeczył ruchem głowy.

- Myślałem, żeby wyjechać na Wschód. A ty mógłbyś mi pomóc się tam zaczepić, znasz Ruskich. Nie spuszczał ze mnie spojrzenia, w którym krył się moralny szantaż. - Nie wiesz, o czym mówisz. To nie jest spokojne miejsce i jak dla ciebie beznadziejnie mało atrakcyjne - przerwałem na chwilę - .. .ale jeśli chcesz, to znam jedno takie. Przynajmniej pozbędę się problemu, jaki stwarzała jego obecność.

2 Najbliżej było do Dworca Wschodniego, żabi skok, ale Robert chciał zostawić torbę w schowku, a taką możliwość oferował wyłącznie Centralny. Wyjechaliśmy dwie godziny przed odjazdem pociągu. Zaszliśmy na kolację do Parmizzano's, na jego ulubione lasagne bolognese przyprawione bazylią. Jak dla mnie w potrawie było za dużo selera, choć muszę przyznać, że nie przepadam za włoską kuchnią, więc trudno wymagać ode mnie obiektywności. Przy lampce cierpkiego wina zaczął mi ponownie dziękować. Wspomniał, że przyjaźń nawiązana za murem liczy się bardziej niż ta na wolności i nasza znajomość jest tego potwierdzeniem. Nie byłem do końca przekonany. Dawno przestałem być sentymentalnym naiwniakiem. - Pamiętaj, że nikt za ciebie nie rozwiąże problemów - odparłem. - Będziesz miał tam możliwość odpocząć i przemyśleć swoje sprawy. W tak zwanym porządnym świecie nikt nie przyjmie cię z otwartymi ramionami, trzeba być twardym. Musisz na nowo nauczyć się chodzić. Każdy powtarzany krok jest trudniejszy. - No tak, ty dłużej niż ja jesteś w tym porządnym świecie. Wyciągnął paczkę papierosów, obrócił ją kilka razy w palcach, wreszcie wyjął jednego i zapalił. Spojrzał na mnie i po chwili spuścił wzrok, a potem znowu spojrzał i zapytał: - Co możesz mi powiedzieć o Banderasie? - Nie widziałem go chyba pół roku. A po co ci te wiadomości? Odwrócił głowę i popatrzył na tlenioną blondynkę siedzącą na końcu sali. Z daleka wyglądała na dziewczynę z klasą, ale lepiej było jej nie oglądać z odległości dwóch metrów. Wchodząc do lokalu, zdążyłem się o tym przekonać. Musiał dojść do podobnych wniosków, bo jego nagłe zainteresowanie nią wydało mi się mocno naciągane. Tam, dokąd się wybiera, tlenionych blondynek będzie miał w bród.

- Nie chcę żadnych poufnych informacji. - Przestał patrzeć na dziewczynę, ale utkwił wzrok gdzieś za moją głową. - Jaki on jest, czy można mu zaufać? - Znalazłbym kilka powodów, żeby mu do końca nie wierzyć, jednak wszystko zależy od sprawy. - Ile jest prawdy w tym, co ludzie gadają o jego romansie z Kaśką? Spojrzałem na niego zdziwiony. - Nigdy nie zajmowały mnie cudze historie łóżkowe, a już na pewno nie wypowiadam się o kobietach, które kiedyś znałem. - Chcę tylko wiedzieć, czy to jest prawda. - Po raz pierwszy słyszę, że tych dwoje ma się ku sobie, ale nie wykluczałbym takiej możliwości. Nie spuszczałem z niego wzroku, ale on tylko pokiwał głową i już nie wracał do tematu. Zresztą nie było na to czasu, musieliśmy się zbierać i iść na dworzec. Po zostawieniu torby Roberta w skrytce udaliśmy się na peron, gdzie pożegnaliśmy się, wymieniając mocne uściski dłoni. Z głośników dobiegł niewyraźny głos spikerki zapowiadający odjazd pociągu do Sankt Petersburga. Obawiał się tej podróży. Nie uważał wejścia do jedynego rosyjskiego wagonu, który codziennie wyjeżdżał z Warszawy, za bezpieczne. Uspokoiłem go, mówiąc, że wagon jedzie z Berlina i połowa pasażerów to „zachodni" Rosjanie. Za małą dopłatą może dogadać się z konduktorem i ten nikogo mu nie zakwateruje w przedziale. Pomoże także, za kolejną dopłatą, wypełnić formularz przekroczenia granicy, bo on nie zna rosyjskiego! Tyle że podróż trwa strasznie długo, prawie trzydzieści godzin. Wieczór był niezwykle cichy, na ulicy czuło się atmosferze zbliżającego się Bożego Narodzenia. Iluminacje świątecznych ozdób tłumiła posępność miasta. Nie miałem ochoty od razu iść na parking, gdzie zostawiłem samochód, i wracać do pustego mieszkania. Po leniwym marszu dotarłem w okolice pubu Książęcego. Postanowiłem wejść do środka. Na piętrze panował gwar, wolne miejsca były wyłącznie przy

barze, za którym stał młody Murzyn w białej koszuli i czarnej zamszo- wej kamizelce. Pomyślałem, że na dłoniach powinien mieć białe rękawiczki - wtedy byłby efekt! Zamówiłem guinnessa i pijąc go, przebiegłem wzrokiem po twarzach zgromadzonej w lokalu klienteli. Większość stanowili młodzi ludzie, którzy wnosili swój entuzjazm w panującą tutaj atmosferę powagi. Poczułem zazdrość, byłem starszy pięć, sześć lat, a miałem wrażenie, jakby dzieliła nas pokoleniowa przepaść. Od razu zauważyłem dziewczynę o ciemnorudych, kręconych, długich włosach. Miała pełne, stworzone do całowania, wyzywające usta. Brwi grube, ale nie przesadnie. Ładny, kształtny nos, ciemną karnację. Pod niezwykle oszczędnym makijażem kryły się zdecydowane, piękne rysy, jakby jej twarz była dziełem chirurga plastycznego. Ubrana była w bordową marynarkę, pod którą miała tylko czarne koronkowe body z głębokim dekoltem. Dziewczyna o uderzającym wyglądzie! Nie zdąży- łem oderwać od niej oczu i zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Popatrzyła na mnie, jak mi się początkowo wydało, z zainteresowaniem i posłała sztuczny uśmiech. Mimo najszczerszych chęci nie mogłem go uznać za czarujący. Po chwili niespodziewanie się ode mnie odcięła. Od tej pory przestałem dla niej istnieć. Dziewczyna miała nie więcej niż dwadzieścia siedem lat i należała do tego rodzaju kobiet, które potrafią mężczyznę przebić spojrzeniem ostrym niczym nóż. Mało rzeczy robi na nich wrażenie. Bez trudu wyobraziłbym ją sobie ze skalpelem w dłoni. - Piękna - dobiegł mnie głos barmana. Mówił łamaną polszczyzną z akcentem prawdopodobnie swojego afrykańskiego języka. Odwróciłem się do niego. - W rzeczywistości jest ładniejsza niż na ekranie. W pierwszej chwili chciałem puścić jego słowa mimo uszu, ale ciekawość wzięła górę i zapytałem: - Kto to jest? - Madlena Czarnecka. Niewiele mi to mówiło, co nie uszło jego uwadze. - Prowadzi swój program w telewizji - dodał. - A ten mężczyzna obok niej? - postanowiłem do końca wykorzystać

jego wiedzę i skłonność do plotkowania. Barman przyjrzał mi się uważniej. - Widać, że dawno nie było pana w kraju - odrzekł. - To reżyser. Żakowski. - Ach tak - pokiwałem głową. Ponownie spojrzałem w ich stronę. Mężczyzna był dużo starszy od dziewczyny. Mimo siwych włosów miał młodą twarz. Jego mętny wzrok wskazywał na to, że był mocno wstawiony. Z wyglądu przypominał upadłego arystokratę, który utratę swej niedawnej świetności od rana łagodzi kieliszkiem alkoholu, by wieczorem dojść do stanu kompletnego urżnięcia się. Nie ma baru na świecie, gdzie nie byłoby podobnych do niego facetów, przekonanych, że są najbardziej nieszczęśliwi z nieszczęśliwych, a wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciw nim. Gdyby nie to, że są okrutnie męczący ze względu na swoje monotonne wynurzenia, byliby zupełnie nieszkodliwi. - Mówią, że jest skończony - odezwał się barman. Spojrzałem na niego zaciekawiony. - Jego kolejny film zrobił klapę. Na następny nikt już nie wyłoży pieniędzy. - Przerwał na chwilę przecieranie szklanki i zwrócił wzrok w ich stronę. Podążyłem jego śladem. Od Madleny Czarneckiej wiało chłodem, nie ukrywała, że jest znudzona swoim towarzyszem, coraz częściej rozglądając się po sali. Barman popatrzył na Żakowskiego tak, jak patrzy się na obrzydliwego robaka. - Po co marnować znakomite warunki na człowieka, który przysparza więcej kłopotów niż korzyści. W dzisiejszych czasach, jeśli pragnie się do czegoś dojść, nie można ulegać sentymentom, prawda, szefie? Wykrzywiłem wargi w półuśmiechu i odrzekłem: - Wygląda na to, że odnosisz duże sukcesy ze swoimi poglądami. Gdybym był szefem, zastanowiłbym się nad zatrudnieniem barmana, który głośno wypowiada niezbyt pochlebne opinie o klientach. Cios był celny. Natychmiast wyzbył się całego zapasu uprzejmości, jaką przed chwilą mnie obdarowywał. Oczy zapłonęły mu złością. Ostentacyjnie odwrócił się do mnie plecami i zajął ustawianiem szklanek.

Przez utarczkę z barmanem straciłem trochę czasu i gdy spojrzałem tam, gdzie siedzieli Czarnecka i Żakowski, ich miejsca były puste. Poczułem się tak, jakby ktoś wyłączył mi telewizor w najciekawszym momencie filmu. Wiedziałem, że nie mam po co tu dłużej przebywać. Trudno odpocząć w tak zagęszczonej atmosferze. Zapłaciłem i wyszedłem. W drodze na parking przyszło mi do głowy, by poszukać w okolicy nocnego sklepu i kupić butelkę whisky. Robert wypił resztkę Jasia Wędrowniczka, jaką miałem w domu. Ostatnio odczuwałem nim przesyt, bo tylko na tę whisky była w dyskoncie promocja, a ceny pozostałych stały jak skała. Czyżbym doszedł do stanu, w którym bez tabletek i alkoholu nie można zasnąć? Wolałem nie myśleć o tym i przyśpieszyłem kroku. Kiedy znalazłem się na parkingu, spostrzegłem obok mojego starego volva najnowszy model Mini John Cooper Works Clubman - przyciągał czernią i czerwonym dachem. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Znana mi już z pubu Książęcego dziewczyna wystawiła na zewnątrz lewą nogę, odkrywając wysmukłe, zgrabne udo. Zapalniczką, wyciągniętą ze schowka, przypalała bardzo długiego papierosa. Z wnętrza samochodu dobiegał ostry głos mężczyzny. Wystarczyło usłyszeć pierwsze jego słowa, żeby stwierdzić, że angielskim dżentelmenem to on na pewno nie był. Dziewczyna, w ciemnych okularach, które utrudniały odgadnięcie jej reakcji, raczej nie przejmowała się sytuacją. Nie chciałem uchodzić za wścibskiego, więc otworzyłem drzwi do swojego samochodu. Wsiadłem, rozpiąłem kurtkę i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zarzęził nierówno. Wsunąłem płytę do odtwarzacza i z głośników popłynął Rehab Amy Winehouse, pierwszy singiel promujący jej ostatnią płytę Back to Black. „Próbowali wysłać mnie na odwyk, ale powiedziałam «nie, nie, nie»". Być może niedługo sam będę musiał pomyśleć o tym, bo inaczej skończę jak ona i rano już się nie obudzę. Tylko że w przeciwieństwie do Amy mnie nie odnajdzie ochroniarz, lecz ktoś, kto - być może dopiero po kilkudziesięciu dniach - będzie przechodził obok moich drzwi i poczuje smród rozkładającego

się ciała. Nagle otworzyły się drzwi od strony pasażera. Madlena Czarnecka usiadła w fotelu. - Możesz mnie podwieźć na najbliższy postój taksówek? - Ton jej głosu bardziej wyrażał żądanie niż prośbę. - Przecież jest tutaj blisko. - Czy zawsze jesteś taki niegrzeczny wobec swoich kobiet? - spytała z udawanym oburzeniem. - Pani nie jest moją kobietą. -Ale mogę nią zostać. Któż to może wiedzieć? No, powiedzmy, wobec znajomych kobiet? - Przybrała kokieteryjny wyraz twarzy. Gdybym miał szesnaście lat, na widok jej uśmiechu rozpłynąłbym się i zamienił w kałużę. Obecnie skłaniałem się ku opinii, że przed takimi kobietami należy się mieć stale na baczności. - Odpowiedź brzmi: nie mam specjalnych względów. Twarz jej stężała, zdjęła okulary i przesłała mi spojrzenie zimne niczym stal. Udałem, że nie zrobiło to na mnie wrażenia, jakbym przywykł do tego, że kobiety patrzą na mnie wyłącznie w ten sposób. - Wszyscy jesteście tacy sami. - Odwróciła się, żeby wysiąść z samochodu. Trudno wyjaśnić, dlaczego nigdy nie potrafiłem być twardy i stanowczy wobec kobiet, zwłaszcza tych, przy których człowiek powinien się odwrócić na pięcie i uciekać jak najdalej. - Proszę zostać - zatrzymałem ją, delikatnie chwytając za ramię. Kiedy ruszyłem, z mini wygramolił się Żakowski. Próbował podbiec do volva, ale potknął się o własną nogę. Rozdziawił usta i zamachał rękoma, usiłując rozpaczliwie złapać równowagę. Wylądował na asfalcie. Madlena ani na moment nie spuściła z niego wzroku. - Kabotyn. - W jej głosie był nieprzyjemny chłód. Mężczyzna jej żyda siedział na ziemi z głową między kolanami. Oto do czego doprowadzają faceta zbyt duża ilość wypitego trunku i przekonanie o wiecznej wyrozumiałości i cierpliwości kobiet. Wkrótce zatrzymałem się przed stojącą przy krawężniku taksówką.

Zamierzałem już powiedzieć, że jesteśmy na miejscu, gdy odjechała. Madłena chyba nawet tego nie zauważyła, pochłonęły ją własne rozmyślania. Przygryzła dolną wargę i oparła głowę o zagłówek. Zamieniła się w samotną małą dziewczynkę z zapałkami. - Dokąd mam cię zawieźć? - zaproponowałem, wolno ruszając. Patrząc prosto przed siebie, wymieniła nazwę dzielnicy położonej piętnaście minut jazdy samochodem od centrum, lepszej części miasta, gdzie nie ma czynszówek, a jej mieszkańcy żyją beztrosko do chwili, kiedy usłyszą o kolejnym wzroście kursu franka. Zapowiadał się śmiertelnie długi kwadrans, w czasie którego człowiek zaczyna wymyślać dowcipy niebawiące nikogo poza ich twórcą. Po drodze zatrzymałem się przy nocnych delikatesach, w których kupiłem butelkę Jasia Wędrowniczka. Jak się okazało, było to najlepsze, co mogłem zrobić. Kiedy kładłem reklamówkę na tylne siedzenie, przez usta Madleny przebiegł ironiczny uśmieszek. - Kolejna samotna noc - odezwała się. - Z butelką zawsze przyjemniej. - A skąd wiesz, że chcę, aby było mi przyjemnie? Puściła to mimo uszu. - Następny samotnik. Bez rodziny i przyjaciół. Z awersją do świata. Posłałem jej wymowne spojrzenie i już do końca drogi milczeliśmy. Nietrudno zgadnąć, jaki był ciąg dalszy. Kiedy zajechałem przed oślepiająco biały dom, ogrodzony ozdobnym murem, ze złotymi cyframi 42 na bramie, i szykowałem się na konwencjonalne, grzeczne „dobranoc", chwyciła mnie za ramię. - Nie masz ochoty wstąpić na kawę? - Myślę już o tym od dłuższego czasu - wyznałem. - A dokładnie od chwili, gdy w pubie posłałaś mi jedno z tych spojrzeń, od których przechodzi człowieka prąd. - Nie oczekuj jednak zbyt wiele. Wjechaliśmy na teren posesji i zaparkowałem przy frontowych drzwiach. Nie chciałem nadużywać jej gościnności, więc wziąłem ze sobą torbę z whisky. Udała, że tego nie widzi. Wnętrze domu odbiegało od powszechnego rozumienia piękna.

Czułem się jak na transportowcu kosmicznym albo w jakimś magazynie. Do salonu wchodziło się przez dziurę w murze z czerwonej cegły. Dominowały stal, chromowane elementy i szkło. Po pierwszym szokującym wrażeniu pomieszczenie okazywało się przytulne i miało ten rodzaj luzu, który pozwala na siedzenie z nogami na kanapie. Położenie stóp na niskim szerokim stoliku ze zbrojonego szkła także nie mogło zostać odebrane za grubiańskie. Na największej ścianie, w miejscu, gdzie ludzie mający nadmiar wolnej gotówki wieszają horrendalnie drogie płótna, znajdował się potężny ekran telewizyjny. Tego telewizora nie można było przestać oglądać nawet po wyłączeniu. Madlena wyszła z kuchni, pchając przed sobą stoliczek na kółkach. Na szklanym blacie postawiła: filiżanki, czajnik z kawą, dzbanuszek ze śmietanką, cukier, ciasteczka, wodę mineralną, dwie wysokie i dwie niskie szklaneczki oraz pojemnik na lód. Wcześniej zdążyłem już wyjąć butelkę Jasia Wędrowniczka. Nie zachowywałem się swobodnie, byłem skrępowany. Nie uszło to jej uwagi. Popatrzyła na mnie wszystkowidzącymi oczyma i powiedziała: -Wyglądałeś na twardego faceta, który wie, czego chce... Chodzi ci o niego? - Czuję się, jakbym był złodziejem. - Od trzech tygodni nie jesteśmy ze sobą. Spotkaliśmy się dzisiaj, bo prosił o rozmowę. Dom należy do mnie. Odstawiła na podłogę butelkę mojej whisky i postawiła swoją, dwunastoletniego glenfiddicha. - Ta będzie lepsza. Na pewno trzy razy droższa od Jasia Wędrowniczka, pomyślałem, ale zmilczałem, chowając honor do kieszeni. Z faktami się nie dyskutuje. Madlena miała wyrobione zdanie na każdy temat. Okazała się też osobą potrafiącą słuchać. Szybko odkryłem łączące nas upodobanie do złośliwych anegdotek. Dawno z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało. Fizyczna bliskość dziewczyny działała na mnie. Zresztą oboje nie sililiśmy się na oziębłość. Wkrótce doszło do pierwszego pocałunku, który wywołał we mnie dreszcz. Alkohol zrobił swoje, a

zwłaszcza dłuższy brak obcowania z kobietą. Madlena nie opierała się. Przyglądała się w przyzwalającym milczeniu. Zsunąłem jej body i zaczą- łem dotykać piersi, wodząc po nich opuszkami palców. Nie mogłem zapanować nad sobą, przywarłem do prawego sutka i delikatnie go ugryzłem. Chwyciła moją głowę i mocno do siebie przycisnęła. Poczułem, jak wbija paznokcie w moją szyję. Wszystko, co potem się zdarzyło, wywołało we mnie nieznane od lat uczucie. Mało rozmawialiśmy, w przerwach piliśmy, czasami ona zapalała papierosa. Włączyła telewizor, na ekranie pojawili się Nicholas Cage i Elisabeth Shue. Ten film ma już kilkanaście lat, pomyślałem. Kiedy ostatni raz oglądałem Zostawić Las Vegas? Zanim tam trafiłem? Był jej ulubionym. Nie dotrwałem do końca, usnąłem. Kiedy się obudziłem rano, na- trafiłem na jej wzrok; siedziała oparta o poduszki i zagłówek łóżka. Patrzyła na mnie spod półprzymkniętych powiek. To głupie, ale pragnąłem, aby ostatnia noc nie była dla nas jednorazowym wyskokiem. Zjedliśmy w milczeniu śniadanie, bo te kilka wypowiedzianych nieważnych zdań trudno by nazwać rozmową. Wiedziałem jedno: chciałem się z nią znów spotkać. Czyżbym pakował się w romans? - pomyślałem, gdy rozstawaliśmy się, wymieniając numerami telefonów. Ona dała elegancką wizytówkę, podczas gdy ja zapisałem siedem cyfr na żółtej samoprzylepnej karteczce. Jedno i drugie łatwo zgubić w stercie codziennych szpargałów albo po prostu wyrzucić do śmieci. Około dziesiątej wjechałem do swojej dzielnicy i od razu opuściło mnie uczucie radości, jakie miałem po nocy spędzonej z Madleną. Przed moim domem spostrzegłem zaparkowanego przy krawężniku zielonego volkswagena. Dwóch siedzących w nim mężczyzn patrzyło w moją stronę. Intuicja podpowiedziała mi, że to tajniacy. Kiedy równocześnie, jak na dany znak, wysiedli z samochodu, nie miałem wątpliwości. To „psy"... Pomyliłem się jednak, było gorzej... - Filip Kosiński? Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. - Masywniejszy i starszy mignął mi przed oczami odznaką tak szybko, że

równie dobrze mógł to być identyfikator kontrolera biletów komunikacji miejskiej. Później dowiedziałem się, że nazywa się Bogdan Kowalczyk. - Chcieliśmy z tobą porozmawiać. Przejdźmy do mieszkania. Przez chwilę zastanawiałem się, jak postąpić. Jeśli nie mieli nakazu rewizji, mogłem ich posłać do wszystkich diabłów. Zainteresowała mnie jednak przyczyna wizyty. Czego ode mnie może chcieć ABW? Na mojej twarzy zakwitł uśmiech sztucznej życzliwości. -Znasz Roberta Łobodzińskiego? - zapytał na schodach Kowalczyk. Miał zniechęcającą fizjonomię, włosy od dawna domagały się wizyty u fryzjera, a szary płaszcz - czyszczenia. Domyślałem się, że zawsze odgrywa rolę tego „złego". Krzysztof Milewski, jego młodszy i niższy kolega, z włosami zaczesanymi w kitkę, w czarnej skórzanej kurtce, miał być tym „dobrym" - taki swój chłop. Zaraz po wejściu do mieszkania starszy funkcjonariusz bezceremonialnie zajrzał do kuchni i łazienki. Młodszy zrobił minę w rodzaju: „Rozumiesz, stary trep, ja nie pochwalam takich metod", i zwrócił się do mnie przyjacielskim tonem: - Kiedy ostatnio się widzieliście? - Nie pamiętam. - Spojrzałem mu spokojnie w oczy. - Co się takiego stało? Dlaczego go tutaj szukacie? Nie uzyskałem jednak odpowiedzi. - Masz krótką pamięć - powiedział starszy, wchodząc do pokoju. - Długo siedziałeś? - A co, nie było tego w kartotece? - odparłem zaczepnie, zirytowany jego postawą. Oczy Kowalczyka nie kryły pogardy dla mojej osoby. Z pewnością uważał, że tacy jak ja są najnikczemniejszym rodzajem gatunku ludzkiego i już dawno powinno się ich wdeptać w ziemię. Zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem i rzekł: - Jeszcze się spotkamy. Wyszli bez słowa, pozostawiając zapach nie najlepszych papierosów i niedomknięte drzwi wejściowe. Zamknąłem je i poszedłem do kuchni

wstawić wodę na kawę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że Robert musiał wziąć udział w większej sprawie, w końcu panowie ze służb specjalnych nie zajmują się błahostkami. Zacząłem żałować, że nie zainteresowałem się bardziej tym, dlaczego nieoczekiwanie zjawił się u mnie w tak opłakanym stanie. Nie słuchałem uważnie jego opowieści, która wtedy wydawała mi się nieskładną historyjką pijanego faceta. A szkoda, bo gdybym się dowiedział, to być może udałoby się zapobiec kilku niepotrzebnym śmierciom. Z drugiej strony, jeśli naszym losem rządzi zbieg okoliczności, to nic nie można było poradzić na to, co się wkrótce wydarzyło.

3 Od tamtego wieczoru regularnie spotykałem się z Madleną. Zazwyczaj przyjeżdżała po mnie i wybieraliśmy się do jakiejś cichej knajpki, by po dwóch, trzech godzinach znaleźć się w jej domu. Zatrzymywała samochód na wysokości okna w kuchni i dawała znak światłami. Do tej pory nie wchodziła na górę. Mieszkanie trudno było nazwać przytulnym gniazdkiem kochanków. Blok, w którym się znajdowało, nie dawał nawet złudzeń co do takiej możliwości. Tego dnia po raz pierwszy miała zostać u mnie na noc. Umówiliśmy się, że przyjedzie, gdy skończy program telewizyjny, tuż przed północą. Był kwadrans po dwudziestej drugiej. Godzina, kiedy są- siedzi zaczynają się przygotowywać do snu. Poza jednym małżeństwem w średnim wieku resztę stanowili emeryci. Cichy i spokojny dom, w którym każdy się zna i gdzie nie dzieje się nic niespodziewanego. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem pokój, tak jakbym go widział po raz pierwszy. Nigdy w życiu mi się nie uda, żeby wyglądał w porządku, pomyślałem. Gdzie ją posadzę? W fotelu, a sam siądę na kanapie i będę patrzył, jak pali papierosa, oswajając się z nielicznymi przedmiotami. Chyba nie należy do tych, które widząc męskie mieszkanie, uśmiechają się i mówią: „Tylko ty mogłeś je tak urządzić"? Postanowiłem zabić czas lekturą Długiego pożegnania Chandlera, ale po kilkunastu minutach odłożyłem książkę. Nie znoszę oczekiwania. Nalałem szklaneczkę whisky, dodałem lodu i włączyłem płytę zespołu Milkshop, który mało kto już pamięta - nagrali dwie płyty i zamilkli. Wspominałem wczorajszy wieczór. Coraz częściej zastanawiałem się, dokąd to wszystko zmierza. Madlenę i mnie zaczynało łączyć coś więcej niż wspólna poduszka. Poprzedniego wieczoru poszliśmy do tego samego pubu, w którym zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Jak zwykle była nadzwyczaj

rozmowna. Opowiadała o pracy, o publicznej telewizji - porównała ją do nieruchawego mamuta, który przewrócił się i każdy, zamiast pomóc mu wstać, wyrywa z niego dla siebie najlepszy kawałek mięsa. Nie liczy się talent, lecz znajomości, preferowane są żony i kochanki, nominaci polityków. Opowiedziała historię jej byłej koleżanki, dziewczyny, która zaczynała pracę w tabloidzie, a potem przyszła do telewizji i robiła kronikę kryminalną. Nie było ceny, której by nie zapłaciła za temat, dojście. Stawką było sypianie z gangsterami i policjantami. Po kilku latach, tym razem dzięki oddawaniu się jednemu z ministrów, objęła funkcję dyrektora w telewizji. Ostatnio zrobiło się wokół niej gorąco za sprawą gangstera Kozy, który miał złożyć zeznania na temat jej kon- taktów z Pruszkowem. Jest taśma, jak Koza i Chinoł biorą ją we dwójkę w motelu na trasie do Wyszkowa. Nagrali dziewczynę i teraz trzymają ją i ministra w garści. Powoli sączyłem whisky i bardziej patrzyłem, jak mówi, niż słuchałem, o czym opowiada. Wyglądała uroczo. Kiedy odmówiłem wypicia kolejnej porcji złocistego trunku, powiedziała: -Zawsze kończysz na dwóch, najwyżej trzech drinkach. Miałeś kiedyś problemy z alkoholem? - Nie - zaśmiałem się. - Większość tak myśli, a ja od zawsze nie znosiłem pić, po przekroczeniu pewnej ilości mój organizm się buntuje, tak jakbym miał w środku biologiczny esperal, oto cała tajemnica. - Tak naprawdę ostatnio zacząłem się niepokoić, że bez szklaneczki nie potrafię zakończyć dnia. Oparła się plecami o siedzenie, spuściła wzrok i trwała tak przez chwilę w zamyśleniu. Nietrudno było zauważyć, że myśli o Żakowskim, nadal nie był jej obojętny, niepokoiła się o niego. Dobrze to o niej świadczyło, zbyt często obrzucamy błotem byłych partnerów, z którymi przeszliśmy kawałek życiowej drogi, zapominając, że w ten sposób plujemy na samych siebie z tamtego okresu. Nie wierzę, aby ktoś przez kilka lat wspólnego życia był wyłącznie utrapieniem i koszmarem. - On dużo pije. Już trzykrotnie wszywał sobie esperal. Dziesiątki razy obiecywał, że przestanie. Jemu chyba czas głowę leczyć. Nie rozwija się, stoi w miejscu. Oglądając jego pierwsze i ostatnie filmy, ma się

wrażenie, że stworzyli je różni ludzie. Straciłam do niego cierpliwość. Upiła duży łyk whisky i szybko odstawiła szklankę na stolik. - Dlaczego nie pójdzie na odwyk? - zapytałem. - Nie chce się przyznać do tego, że jest alkoholikiem. Wydaje mu się, że jeszcze ma nad wszystkim władzę. Przerwała na chwilę, przyglądając się kropli wolno spływającej po szkle, spadającej na tekturową podkładkę i wsiąkającej w nią. -Kiedy miał dwanaście lat, uciekł z domu dziecka, próbował na materacu przepłynąć przez Bałtyk do Szwecji. - Uśmiechnęła się gorzko. - Jego rodzice zginęli w katastrofie kolejowej i trafił do sierocińca. Kiedy wspiął się na szczyt, okazało się, że stracił szacunek dla siebie. Zbyt dużo po drodze zrobił świństw i świństewek. A przecież nie musiał niczego ro- bić za wszelką cenę. - Nie zrozumiesz go, ty miałaś rodziców. Pomagali ci. Nie znasz uczucia biednego chłopaka, którego największym niespełnionym marzeniem jest otrzymanie roweru. Pamiętam, że matki nigdy nie było stać na kupienie łyżew, a te przykręcane do butów nie nadawały się, bo je niszczyły. W hokeja na lodzie grałem w butach. Kij był zrobiony z gałęzi. Cieszyłem się, że miałem prawdziwy kauczukowy krążek, a nie wycięty z drewna. A całkowicie oszalałem z radości, gdy matka kupiła najtańszy kij hokejowy. -Tak, wiem, najedzony nigdy nie zrozumie głodnego - powiedziała z odrobiną szyderstwa w głosie. Nie patrzyła na mnie, bawiła się czarną zapalniczką wykończoną, jak się domyślałem, szczerym złotem. Zapadła cisza. Byłem zły na siebie, że zachowałem się śmiesznie, wypominając jej, że na zimę miała kilka par butów, podczas gdy ja tylko jedne kozaki. Odezwał się we mnie kompleks biednego. Zamówiłem kolejną whisky, którą kelner niezwłocznie przyniósł. Na jej ustach rozkwitł uśmiech. Najbardziej lubiłem ją właśnie za ten uśmiech - unosiła wtedy w górę prawy koniuszek warg, gdy lewy opadał w dół, a między wargami można było dostrzec lekko drgający koniec języka. Nie wiem, dlaczego przyszła mi do głowy myśl, że wcześniej czy później Madlena odejdzie.

Wyrwała mnie z zamyślenia, stukając swoją szklanką o brzeg mojej. - Dokąd tak daleko odleciałeś? - Nie mogę zrozumieć, dlaczego taka dziewczyna jak ty ma ochotę zadawać się z kimś takim jak ja? - Masz o sobie tak złe mniemanie? - zdziwiła się, nie przestając się uśmiechać, ale po chwili jej twarz spoważniała. - Mówiłeś, że przestałeś być człowiekiem marginesu. Jesteś po naszej stronie. Nabrałem w usta więcej whisky, potrzymałem, aż poczułem lekkie pieczenie języka, i wreszcie pozwoliłem jej spłynąć do żołądka. - Mylisz się, nie jestem ani po jednej, ani po drugiej stronie - odparłem. - Wcale nie uważam, że wasz świat jest czystszy i lepszy. Ale nie to miałem na myśli. Obracamy się w różnych sferach. Ty cały czas usilnie dążysz do czegoś, znajdujesz w tym prawdziwe zadowolenie. Jesteś szczęśliwa. A ja ostatnio zajmuję się zabijaniem czasu. Moim marzeniem jest tylko to, aby oszczędności w banku nie malały w zatrważającym tempie, bo inaczej nie będę miał nawet na jedzenie. Wystarczy ich najwyżej na dwa, trzy miesiące, a potem... Zresztą, po co to mówię, zanudzam cię. Spojrzała na mnie taksująco, jakby nigdy przedtem mnie nie widziała. - Nie lubisz ulegać ludziom - powiedziała. - Nigdy tego nie lubiłem. Dotychczas nie nalegała, abym ze szczegółami opowiedział jej historię swojego życia. Jak doszło do tego, że jadąc w nim zbyt szybko, wyleciałem z drogi. Włączyłem telewizor. Przełączyłem na kanał czwarty. Zbliżała się pora rozpoczęcia programu Madleny. Rzadko oglądałem talk-show - te bezgranicznie bzdurne rozmowy z gośćmi, które przypominały ludzkie wysypiska śmieci - ale od kiedy poznałem Madlenę, starałem się nie opuszczać jej programu. Odcinek był poświęcony handlowi żywym towarem. Rozmawiała z Polką - Magdą, i Litwinką - Gajlą. Dziewiętnastoletnia Magda do Niemiec wyjechała z chłopakiem

poznanym w szczecińskiej dyskotece Imperium. Po ukończeniu szkoły zawodowej znalazła się na zasiłku dla bezrobotnych. Matka i ojciec, słysząc o wyjeździe na saksy, nie protestowali, a wręcz przeciwnie, byli zadowoleni. Gajla jest rok starsza od Magdy. Pracowała w zespole tanecznym w znanej w Wilnie firmie rozrywkowej Panorama. Dzięki temu przyjechała na miesięczne występy do luksusowego hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Gdy kończył się jej kontrakt i miała wracać do Wilna, otrzymała propozycję pracy w nocnym klubie w Amsterdamie. Porzuciła zespół i wyjechała do Holandii. Madlena ze skupioną twarzą słucha ich opowieści, czasami tylko wtrąca pytanie. Chyba obchodzi ją los tych dziewczyn. Magda: - Nie potrafiłam pracować na trzeźwo, zawsze się upijałam. - Wstydziłaś się? - Nie tylko... Czułam obrzydzenie. - Do kogo? - Do siebie, do tego, co robiłam, do spoconego faceta. Gajla: - Nigdy nie czułam się wtedy jak kobieta. To tylko piętnaście, dwadzieścia minut... i nic więcej. Może czują się kobietami te, które pracują w luksusowych hotelach? Magda: - Byłam maszynką do zarabiania pieniędzy, tak jak automat do gry, który trzeba mieć w klubie, aby interes się kręcił. Gajla: - Za jeden numerek otrzymywałam na rękę dwadzieścia euro, tyle zostawało po odjęciu kosztów. - Jakich? - Za spanie, jedzenie, picie i ochronę. Magda: - Jak nie chciałam iść z klientem, to nie miałam pieniędzy. Nie miałam za co kupić jedzenia. Nic nie miałam. - Dlaczego nie zgłosiłyście się na policję? Gajla: - Bałam się, że zostanę aresztowana za nielegalny pobyt. Zabrali mi paszport. Z Holandii trafiłam do Niemiec, a tam Litwini muszą