wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 123 022
  • Obserwuję1 422
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 616 969

Światy Zajdla - Antologia

Dodano: 4 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Światy Zajdla - Antologia.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Antologie
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 38 osób, 39 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 101 stron)

1 Światy Zajdla Anna Głuszek Szymon Noga Marzena Starczyk Maciej Kaźmierczak Adam Podlewski Ewa Morawska Paweł Kukliński Tarnowskie Góry 2013

2 Należy zwrócić uwagę, że historia wykazała także powierzchowność innego sądu, wy- wodzącego się ze starożytności, a głoszącego, iż lud potrzebuje jakoby tylko chleba i igrzysk. Nieraz mogli się przekonać różni późniejsi władcy, że otrzymawszy sam chleb, lud niechybnie zapyta zaraz o masło i wędlinę, bojkotując najatrakcyjniejsze nawet igrzyska. Janusz A. Zajdel, Limes Inferior

3 Tytułem wstępu Człowiek to istota społeczna, która usilnie stara się wierzyć w swoją niezależność. Ale czy na pewno możemy istnieć niezależnie od otaczających nas ludzi i reguł, od systemu? A może system społeczny definiuje nasze życie bardziej, niż gotowi jesteśmy przyznać? Ja- nusz A. Zajdel, jeden z najwybitniejszych polskich twórców fantastyki nie bał się odpowiadać na to pytanie w swoich utworach, dzięki którym do dzisiaj pozostaje niedoścignionym mistrzem fantastyki socjologicznej, zadającym trudne pytania i zachęcającym do zastanowienia się nad otaczającą nas rzeczywistością. Antologia, którą macie przed sobą, powstała jako pokłosie konkursu literackiego „Światy Zajdla”, ogłoszonego w związku z Rokiem Zajdlowskim i 75-tą rocznicą urodzin pi- sarza, zorganizowanego przez portal Alchemia Słowa (www.alchemiaslowa.net) oraz Stowa- rzyszenie Miłośników Fantastyki „Avangarda” (www.ava.waw.pl) pod patronatem serwisów Lubimyczytać.pl (www.lubimyczytac.pl) oraz Szuflada.net (www.szuflada.net). Jury konkur- sowe w składzie: Rafał Kosik, Andrzej Zimniak, Magdalena Małek, Olga „Issay” Sienkiewicz i Ida Żmiejewska wybrało szczęśliwą siódemkę spośród ponad czterdziestu tekstów, które do- tarły w terminie. Wszystkie wybrane opowiadania – w taki czy inny sposób – dotykają tematyki systemów totalitarnych, która Januszowi A. Zajdlowi była szczególnie bliska i przewijała się co rusz w jego utworach. Życzymy przyjemnej lektury! Redakcja Alchemii Słowa Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki „Avangarda”

4 Światy post-zajdlowskie – głos od jury Hasło konkursu „Światy Zajdla” zobowiązuje, w wyniku czego wszystkie prezentowane prace traktują o społeczeństwach totalitarnych. W taki lub inny sposób, ale zawsze. Co ciekawe, w niektórych tekstach bohaterowie fundują sobie zniewolenie na własne życzenie, bo tak jest łatwiej. Na początek ponarzekam. W wielu opowiadaniach fabuły pomyślane są ciekawie, nar- racja jest oryginalna i wciągająca, ale znacznie gorzej bywa z zakończeniem, domknięciem utworu, puentą. Czym bliżej końca, tym gorzej, i jest to właściwie regułą, nawet w przypadku najlepszych tekstów. Skąd się to bierze, nie jestem pewien, ale zapewne ze zjawiska, które można przyrównać do myślenia obrazami – autor jest tak zafascynowany samym pomysłem i jego imagem, że podsumowanie staje się dla niego mniej istotne. Takie podejście jest typowe dla autorów, którzy przed próbami literackimi sporo grali w RPG (wiem to od nich samych). Ponadto, niektórzy autorzy powinni zdecydowanie bardziej zadbać o język, po prostu pisać staranniej. Ma to szczególne znaczenie w czasach, w których należałoby zaoszczędzić na re- dakcji, aby zminimalizować ceny e-booków. Autor mógłby na własną rękę współpracować z re- daktorem przed złożeniem utworu, ale może lepiej przyłożyć się samemu? Teraz pora na refleksje, adresowane do konkretnych utworów. Wybrałem te, które zro- biły na mnie subiektywnie największe wrażenie, co jednak nie znaczy, że pozostałe nie mają swojej wartości. „Świeżorodek” Ewy Tomkiewicz-Morawskiej wyróżnia się oryginalnym pomysłem wydawania serii ludzkich egzemplarzy podobnie do książek, a redakcja polega na optymalizacji profilu i dostosowaniu do społecznego zapotrzebowania. Opisany jednostkowy bunt przeciw takiemu systemowi jest jednak zawieszony w próżni logicznej – nie wiemy, po co jest realizo- wany, przypomina radosny „powrót do natury”, niemożliwy do urzeczywistnienia nie tylko ze względu na totalitarny system. Przedstawiona wizja stanowi na tle dość sztampowej konkuren- cji prawdziwy koncepcyjny „świeżorodek”. „Życie bezwolne” Tomasza Kuklińskiego może nie odkrywa przed nami dziewiczych terenów, ale jest dobrze napisane, skomponowane i spuentowane – chyba jako jedyne prezen- tuje naprawdę dopracowane zakończenie. Zawiera przy tym egzystencjalno-filozoficzne pyta- nie: na ile warto jest żyć w psychodelicznym transie? na marginesie wspomnę, że – z punktu widzenia chemika – np. zakochani właśnie w takim narkotycznym transie znajdują się na co dzień. Różnica jest taka, że kochankowie korzystają z narkotyków endogennych, czyli natural- nych, wytwarzanych przez sam organizm, które jednak stają się egzogenne, gdy wyizolujemy je i podamy komuś innemu. Drugi przykład: te same wydarzenia inaczej postrzegają optymiści, a inaczej pesymiści ze skłonnościami do depresji, a wszystko znów przez wewnętrzną chemię (czy biochemię). Czyli jednoznaczne odpowiedzi na postawione pytanie nie są możliwe, chyba że dla przypadków ekstremalnych.

5 Anna Głuszek wystąpiła z tekstem „Świerszcz w karabinie”. Mamy tu nie tylko system totalitarny, ale na dokładkę – a może przede wszystkim – świat post-apokaliptyczny, a więc nieszczęście w nieszczęściu. Żeby było jeszcze straszniej, ludzi przerabia się nie na mydło, ale na żelazo. Czytelnik jednak nie dostaje gęsiej skórki, bo autorka nie próbuje horroru, raczej pisze ponurą historię. Najbardziej w tym tekście zaintrygowała mnie sugestia totalitaryzmu na- ukowo-politycznego, takie KGB złożone z jajogłowych, wspomagane wojskiem. Dotychczas w literaturze demoniczni naukowcy byli co najwyżej wykorzystywani przez polityków, a tutaj działają niby sekta bezwzględnych kapłanów. Nawarzyli piwa, i idąc za ciosem pilnują, żeby... inni je wypili. Na koniec wymienię utwór Marzeny Starczyk „Poza systemem”. Wymagał sporej pracy redaktorskiej, jest mało wiarygodny w zakończeniu, ale jednak ma coś w sobie, wyczuwa się naturalny „krzyk duszy” autorki. Siła takich utworów bierze się z ich emocjonalnej prawdzi- wości. A zatem – nie mamy tu żadnej niewolącej SI, sami niewolimy się przez ślepe poddań- stwo osobistym tabletom, programom opiekuńczym i organizatorom spędzania czasu. Można od tego uciec, żadna siła policyjna nie stoi na straży, ale czy jest to... niebezpieczne? Albo może tylko kłopotliwe, niepraktyczne? Przypomina się Frommowska „Ucieczka od wolności”. Autorzy innych prezentowanych w antologii opowiadań pokazali ciekawe i miejscami oryginalne wizje, ale pozwólcie, że zostawię jakieś pole także innym komentatorom. Jeśli autorzy opowiadań tu zamieszczonych (a także ci, którym wiele nie brakowało do pozytywnej kwalifikacji) wykażą dostateczną wytrwałość na drodze samodoskonalenia, już wkrótce na rynku pojawi się nowa porcja wciągającej, post-zajdlowskiej literatury socjologicz- nej. Tyle że dziś pisanie takiej literatury jest, jak sądzę, jeszcze trudniejsze niż było w epoce Zajdla. Oczywiście mam na myśli dobrą literaturę. Andrzej Zimniak

6 Janusz Andrzej Zajdel – fizyk humanizujący Janusz A. Zajdel, absolwent wydziału fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, później pra- cownik Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, debiutował jako pi- sarz w 1960 r. Jego utwory ukazywały się na łamach „Młodego Technika”, „Astronautyki”, „Horyzontów Techniki”, „ITD.”, „Na Przełaj” i innych pism. Opowiadania Zajdla umieszczano we wszystkich ważniejszych antologiach w latach 60. i 70. XX wieku, w tym zagranicznych. Zawodowo był specjalistą w zakresie jądra atomowego zajmującym się zagadnieniami dozy- metrii i ochrony przed promieniowaniem jonizującym, prywatnie tworzył fantastyczne światy – między innymi. Trudno ocenić wpływ dorobku Zajdla na polską fantastykę i na kulturę w ogóle. Posiada od lat wiernych czytelników, ukazują się wznowienia jego tekstów, ogłaszane są konkursy na opowiadania inspirowane jego twórczością. Wszystkie te działania wskazują na nieustające zainteresowanie zarówno tematyką utworów, jak też ich konstrukcją oraz stylistyką. Twórczość autora Paradyzji stała się również przedmiotem analiz badaczy literatury. Choć liczba opraco- wań dotyczących jego twórczości obejmuje zaledwie kilkanaście polskich i zagranicznych po- zycji, to zainteresowanie nie mija, o czym świadczy np. publikacja z 2012 r. June Tipper, The Essential Writer's Guide: Spotlight on Janusz A. Zajdel, Including an Analysis of His Best Sel- lers Such as the Complete Truth about Planet XI. Twórczość Zajdla łączy się nieodmiennie z przemianami, jakie zachodziły w Polsce w latach 60., 70. i 80. XX wieku. Stopniowe odchodzenie od literatury realistycznej przyczyniło się do rozwoju literatury fantastycznej. W Polsce szczególną popularnością cieszyła się socjo- logiczna science fiction, korzystająca głównie z estetyki antyutopii. Prawda o otaczającej rze- czywistości przekazywana była za pomocą swoistego klucza, jakim stał się sztafaż science fic- tion. Zajdel posiadał potrzebę opisywania zastanej rzeczywistości i jej analizy. Wyczulony na absurdy życia codziennego oraz na formy wywierania nacisku na społeczeństwo w celu ograniczenia jego wolności, dawał wyraz swym poglądom poprzez usta swych bohaterów, jak na przykład w powieściach Limes inferior (1982) i Paradyzja (1984). Jako aktywny członek „Solidarności” doskonale rozumiał, że książki science fiction dają możliwość uniknięcia cen- zury i publikację treści niepoprawnych politycznie, dlatego on i wielu innych pisarzy wykorzy- stywali konwencję fantastyki naukowej, jednak to twórczość Zajdla wydaje się być najdojrzal- sza. Abstrahując od politycznej wymowy dzieł Zajdla, warto zwrócić uwagę, iż jego twór- czość jest bardzo zróżnicowana pod względem konwencji i stylistyki. W jego opowiadaniach i powieściach pojawiają się wątki oraz schematy zaczerpnięte nie tylko z fantastyki, ale również z kryminału, powieści sensacyjnej czy groteski. Znakomicie wykreowane postaci, zaskakujące pointy, precyzja słowa świadczą o wyrobionym warsztacie pisarskim i elokwencji. Cylinder van Troffa (1980) należy do najciekawszych konstrukcyjnie utworów Zajdla. Powieść ma kom- pozycję szkatułkową, a ponadto ostatnie ogniwo łańcucha przyczynowo-skutkowego jest spięte z ogniwem pierwszym, znajdującym się na końcu utworu, co prowokuje do ponownej lektury.

7 Warto zaznaczyć, iż autor Paradyzji należał do nielicznych pisarzy umiejętnie łączących w swojej twórczości naukę, fantastykę i myśl humanistyczną. Antoni Smuszkiewicz napisał, że Zajdla czyta się „zbyt lekko i zbyt szybko”. Swoją wypowiedź odnosił do Cylindra van Troffa, jednak można ją rozszerzyć na inne utwory. Może warto więc w nich poszukać nie tylko rozrywki czy zawoalowanej prawdy o Polsce cza- sów PRL-u, ale też głębszej refleksji nad kondycją i przyszłością rodzaju ludzkiego, prawdy o nas samych i o następnych pokoleniach. W tym kontekście jeszcze długo pozostanie inspira- cją dla kolejnych pisarzy. dr Edyta Rudolf

8 Anna Głuszek Rocznik 1982, gdańszczanka, polonistka, bibliotekarka, czytelniczka. Miłośniczka lite- ratury dziewiętnastowiecznej, gotyckich horrorów, kotów i dobrej kawy. Długoletnia pisarka fanfiction. Jej debiutem literackim, jeśli chodzi o teksty własne, jest horror „Wyspa”, zamiesz- czony w zbiorze „Strzeż się potwora”, opublikowała również opowiadanie „Towarowy z Deu- tsch Eylau” w antologii „Metoda Schlegmachera i inne opowiadania”, poświęconej twórczości Stefana Grabińskiego.

9 Świerszcz w karabinie Anna Głuszek

10 Klatka poszła szukać ptaka. (F. Kafka) U profesora Kallenberga wszystko zaczęło się od sztywniejących palców. Chociaż nie, tak naprawdę zaczęło się jeszcze wcześniej, niedługo po wojnie, gdy Kal- lenberg był ledwo doktorem nauk przyrodniczych. Zajmował się ornitologią, nie medycyną: i dlatego zainteresował się chorobą dopiero wtedy, kiedy zauważył, że ta sama sztywność ogar- niała ptaki. Kilka razy był świadkiem, jak w trakcie lotu zastygały nagle i spadały na ziemię, jakby trafione przez myśliwego; ale kiedy znajdował ciała, okazywały się pozbawione jakich- kolwiek ran. Było w tym coś zastanawiającego, jakby odpowiedź na pogłoski, które docierały do niego już od jakiegoś czasu: chyba dopiero wtedy zaczął ich słuchać uważniej niż do tej pory. Mogłoby się wydawać, że wojna oswoiła go z najdziwniejszymi rodzajami śmierci. Bomba S, symbol zwycięstwa techniki nad człowiekiem, miała pomóc w opanowaniu postępu- jącego przeludnienia w humanitarny, bezbolesny sposób: jak utrzymywali politycy, to było naj- prostszą drogą do stworzenia nowego świata. Nie należało mieć żadnych skrupułów, ostatecz- nie chodziło tylko o dobro ludzkości, jak zwykle. Potem będzie znacznie lepiej, opowiadali z uśmiechami fanatyków i błyskiem fascynacji w oczach, aż wreszcie technologia ostatecznie wymknęła się spod kontroli i nie pozostało już zbyt wielu ludzi, których mogliby przekonywać. I kiedy politycy, uzbrojeni w rękawice i łopaty, przysypywali ciała ofiar, żeby zapobiec groźbie epidemii, po kolei zmieniali zdanie i przysięgali, że nigdy nie dopuszczą bomby S do ponow- nego użytku. Apotem nastąpiło zawieszenie broni i okazało się, że ostatecznie nie zmieniło się prawie nic. Śmierć istniała cały czas, dokładnie tak, jak przed wojną; tyle tylko, że nikt o niej nie mówił. Nie trzeba było poświęcać czasu na załatwianie pogrzebów czy choćby patrzenie na zwłoki. Miało to swoje plusy: pozwalało szybciej zapomnieć. Może tylko niektórzy żało- wali, że nie mogą – jak przed wojną – iść na cmentarz czy choćby postawić urnę na kominku. Kallenberg nigdy do nich nie należał: w głębi ducha uważał, że lepiej nie rozdrapywać dawnych ran i pozwolić pewnym sprawom płynąć własnym biegiem, jakby nigdy nic. Świadomość, że istnieją rzeczy, przed którymi nie da się uciec, uderzyła go po raz pierwszy dopiero, gdy poczuł ból, odbierający mu kontrolę nad własnym ciałem. Bo przecież zbyt dobrze wiedział, jakie konsekwencje poniesie. Objawy były powolne, ledwo zauważalne. Nieznana choroba atakowała po cichu, stop- niowo wyniszczając kolejne ofiary. Najpierw od czasu do czasu pojawiały się bóle stawów, dokładnie jak od artretyzmu czy zbyt długich godzin spędzonych przy klawiaturze komputera. Wtedy jeszcze nie przyznawano się do jej postępu: wkładano rękawiczki i udawano, że nic się nie dzieje. Ze sztywnymi palcami dawało się przecież żyć, a lepiej było, żeby nikt się nie do- wiedział. Poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli złudne, znaczyło zbyt wiele, żeby pozbawiać się go na własne życzenie. Potem przychodziło sztywnienie rąk i nóg. Jeszcze później – całkowity paraliż. A na końcu człowiek znikał bez śladu, tak po prostu, jakby nigdy nie istniał. Niektórzy opieku- nowie chorych byli świadkami, jak po pozbawione życia ciała przychodzili ludzie w szarych

11 płaszczach, milczący i małomówni, ignorujący wszystkie pytania. Bez słowa wyjaśnienia zni- kali ze zwłokami i nie pozostawiali po sobie żadnych śladów. Szara Armia, tak ich nazywano, chociaż przypominali bardziej urzędników czy naukowców niż żołnierzy; tylko ich hierarchia przypominała tę wojskową. Niscy i wątli, często w okularach, przynosili ze sobą najgorszą z możliwych gróźb: świadomość, że przed śmiercią nie da się uciec. Nikt nie wiedział, kim naprawdę byli, ale to nie przeszkadzało czuć przed nimi strachu. Dlatego większość chorych ukrywała swój stan tak długo, jak tylko było to możliwe. O chorobie, czymkolwiek była, nie mówiło się głośno; unikało się nie tylko jej, ale też wszystkiego, co mogłoby się z nią kojarzyć. Kallenberg przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy przez jakiś czas próbował zainteresować swoimi ornitologicznymi badaniami szersze grono naukowców. Wreszcie zrezygnował; kosztowały go zbyt wiele czasu i wysiłku. Poza tym nie wydały mu się szczególnie ważne: zwykłe, drobne obserwacje, na podstawie których dałoby się może napisać kilka artykułów. Skoro nie spotkał się z odzewem, nie zamierzał dłużej po- święcać temu uwagi. Czekało na niego wiele ważniejszych problemów, mogących przynieść mu oczekiwaną sławę. Skupiony na badaniach i niemal całkowicie odcięty od reszty świata, awansował w zawrotnym tempie, w naukowym światku zyskując opinię odludka i pracoholika. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, skoro, w przeciwieństwie do części kolegów, spędzał w pracy całe dnie i część nocy. Może dlatego pierwszy atak dopadł go właśnie w instytucie. A przecież wcale nie był stary. Należał do najmłodszych profesorów na uczelni: jego kariera rozwijała się wspaniale. Katedrę ornitologii objął półtora roku temu, a przecież nie prze- kroczył jeszcze czterdziestki. Nawet nie zaczął siwieć. Nie spodziewał się, że cokolwiek może mu grozić; i chociaż kilku z jego kolegów zniknęło bez śladu, razem ze swoimi sztyw- nymi ruchami i nadgarstkami wiecznie osłoniętymi przez mankiety koszul, nie byłby w stanie przewidzieć dla siebie podobnej przyszłości. Ostatecznie szeptano po cichu, że choroba nie jest zaraźliwa. Może tylko niektórzy okazywali się bardziej podatni niż reszta. Ale zapomniał o tym wszystkim, kiedy siedział za biurkiem w wyludnionym już niemal instytucie, próbując walczyć z ogarniającym go strachem, i ze zgrozą wpatrywał się w zdrę- twiałe dłonie. Skupił się na nich i wysiłkiem woli wyciągnął ręce w stronę kubka ze stygnącą kawą, ale nie był w stanie podnieść go do ust: palce odmówiły posłuszeństwa. Poczuł silny ból w stawach i zrezygnował z kolejnej próby, modląc się w duchu, żeby wszystko się już skoń- czyło. Ten pierwszy atak nie trwał zbyt długo, minutę, może dwie, ale wydawało mu się, że cią- gnął się przynajmniej przez godzinę. Kiedy ból ustąpił, Kallenberg uniósł się lekko na krześle, z niedowierzaniem spojrzał na zegar – i z powrotem osunął się na siedzenie. Odważył się wyjść dopiero po kwadransie, kiedy opanował już drżenie mięśni i nagłą, nerwową słabość. Grzebiąc w kieszeni marynarki w poszukiwaniu właściwego klucza, zapatrzył się na przybitą do drzwi wizytówkę; białe litery odcinały się od metalowej, czarnej blaszki, układając się w zwięzły, niemal anonimowy napis. J. Kallenberg, profesor. Wszystko, co stanowiło jego dumę i radość, co zastąpiło utraconą w czasie wojny rodzinę; do tej pory myślał, że ma jakieś znaczenie. A jednak okazało się, że to zbyt mało, żeby powstrzymać nieznane. Gwałtownym ruchem przekręcił klucz w zamku i zbiegł po schodach na parter instytutu, w stronę biblioteki. O tej godzinie nie było w niej zbyt wielu osób; tylko z jednego stanowiska dobiegały go szybkie, lekkie uderzenia w klawisze. To doktor Jeske, jedna z asystentek, siedziała pochy- lona nad laptopem, przygotowując kolejny ze swych niezliczonych referatów: rozpoznał jej

12 przygarbione ramiona i szczupłe, nerwowe dłonie, w zawrotnym tempie sunące po klawiaturze. Odetchnął głęboko. Przynajmniej coś wciąż było tak jak dawniej. Starając się przybrać dziarską minę, ruszył w stronę biurka w kącie sali, przy którym siadywał najczęściej. Ból powrócił dokładnie w momencie, kiedy mijał biurko doktor Jeske: asystentka zauważyła jego niepewny krok i stukot klawiszy urwał się nieoczekiwanie. – Panie profesorze? – Wychyliła się zza laptopa i posłała mu nieśmiały uśmiech. – Wszystko w porządku? Skinął głową; nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Ból zbyt go wyczerpał. Miał nadzieję, że kobieta uszanuje jego milczenie: ostatecznie nie znali się zbyt dobrze, mijali się czasem na korytarzu czy w przerwie między zajęciami; to było wszystko. Chyba wyczuła jego niechęć, bo tylko skinęła głową i wróciła do przerwanej pracy. Kallenberg opadł na krzesło i szybko wsunął pod biurko sztywniejące dłonie.Atak znów minął tak szybko, jak się pojawił, ale pozostawił jeszcze silniejsze uczucie niepokoju. Profesor spędził kilka godzin, udając, że zajmuje się badaniami, a tak naprawdę próbując ochłonąć. W bibliotece przychodziło mu to łatwiej niż w innym miejscu: tu właśnie spędzał kolejne rocznice śmierci żony czy wybuchu wojny. Najczęściej przychodził sam; dziś przeszkadzała mu obec- ność świadka kilka stolików dalej. W którymś momencie podchwycił szybkie, nerwowe spoj- rzenie doktor Jeske i nagle uświadomił sobie, jak bardzo nie lubi swojego gabinetu, z jego ascetycznym, niemal szpitalnym wyposażeniem, metalowym biurkiem i zimnymi białymi ścia- nami. Nawet stalowy kubek na kawę, choć dobrze trzymał ciepło, raził go swoją brzydotą. Nie- oczekiwanie zatęsknił za porcelanową filiżanką i miękkim fotelem. A tutaj, za biurkiem, osło- nięty stertą przedwojennych, pożółkłych już ze starości opracowań, mógł przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wszystkim, co czeka na niego na zewnątrz. Właśnie dlatego tak bar- dzo ociągał się z powrotem do domu i wyszedł z uczelni długo po zapadnięciu zmroku. Pewnie nie powinien wracać tak późnym wieczorem, w dodatku na piechotę. Ostatecz- nie stać go było na taksówkę. Miał też świadomość, że w każdej chwili może dopaść go kolejny atak. A jednak profesor nie czuł szczególnej potrzeby, żeby zachowywać ostrożność: nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby go za bogatego. Zresztą, po wojnie ilość napadów wyraźnie się zmniejszyła. Jakikolwiek był powód tej niefrasobliwości, Kallenberg cieszył się prze- chadzką: pozwalała mu chociaż na chwilę oderwać się od przygnębiającej wizji przyszłości. Odwracając wzrok od mijanych po drodze wieżowców, zapatrzył się w niebo i jak za dawnych lat spróbował bawić się w liczenie gwiazd. Chyba dlatego w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na kroki za plecami: ot, spóźniony przechodzień, taki jak on sam. A kiedy poczuł, jak czyjaś dłoń chwyta go za ramię, było już za późno. – Profesor Kallenberg? Odwrócił się gwałtownie, momentalnie odzyskując czujność. Szary strój tamtego po- wiedział mu wszystko. Z wysiłkiem powstrzymał chęć wyszarpnięcia się z uścisku napastnika; zamiast tego wbił wzrok w emblematy na jego płaszczu. Nieznajomy musiał być kimś ważnym w Szarej Armii. Major? Nie, chyba pułkownik. – Radzę pozostać przy badaniu ptaków, panie Kallenberg. To znacznie bezpieczniejsze. – Nie używał już tytułu naukowego i profesor zastanowił się, czy to celowe. – Nie chcielibyśmy, żeby niepotrzebnie się pan narażał, prawda? Odwrócił się plecami do Kallenberga i powłócząc nogami, zniknął w ciemnej uliczce. Profesor zapatrzył się w jego stopy, nienaturalnie wielkie w stosunku do reszty ciała, i nagle zapragnął zawołać nieznajomego, poprosić o wyjaśnienie, spojrzeć mu w oczy, cokolwiek. Ale

13 skoro pułkownik Szarej Armii postanowił zostawić go w spokoju, każde kolejne pytanie rów- nałoby się samobójstwu. Zwłaszcza teraz, kiedy miał już świadomość, że nie uda mu się uciec przed postępami choroby. Szybkim krokiem ruszył w stronę domu, ale nocna przechadzka straciła już urok. Po powrocie rzucił się na łóżko, starając się nie myśleć o nieoczekiwanym spotkaniu. Na próżno. Mimo zmęczenia spał lekko i niespokojnie, a gdy obudził się w środku nocy, miał wrażenie, że w ciemności obserwują go czyjeś groźne, płonące oczy. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy po raz kolejny sprawdził zamki w drzwiach: były starannie zamknięte. Ale mimo wszystko, wbrew swoim zwyczajom, nakrył głowę poduszką; dopiero wtedy udało mu się zasnąć po raz kolejny. Kilka następnych dni upłynęło w miarę spokojnie. Ataki pojawiały się najwyżej raz dziennie, krótkie, przelotne; poza nimi nic nie mąciło jego spokoju i profesor przez jakiś czas miał wrażenie, że spotkanie z pułkownikiem było tylko wytworem jego wyobraźni, roz- chwianej nieoczekiwaną chorobą. Cały niepokój powrócił w niedzielę. Nieoczekiwanie dla siebie samego Kallenberg, zamiast poświęcać wolny czas na bada- nia, postanowił przynajmniej trochę odpocząć. Nie dane mu było spać zbyt długo: nad ranem obudziła go krótka, irytująca melodyjka. z niechęcią sięgnął po telefon i spojrzał na wyświe- tlacz. RADZĘ POZOSTAĆ PRZY BADANIU PTAKÓW, PANIE KALLENBERG. Ostrożnie przewinął wiadomość. Tylko tyle, żadnego numeru, żadnej wskazówki. Nie- oczekiwanie poczuł, że robi mu się zimno; wstał i podszedł do okna, ale było zamknięte jak zwykle. Wilgoć powietrza tylko nasilała objawy choroby. Westchnął i z rezygnacją sięgnął do szafy, szukając w niej starego, ale ciepłego płaszcza. I chociaż planował nie wychodzić z domu i odespać wszystkie poprzednie ataki, zrezygnował ze swoich zamiarów i po raz kolejny w ciągu tygodnia odwiedził bibliotekę. Tym razem, zamiast zagłębiać się w znane już niemal na pamięć opracowania, skupił się na przeglądaniu katalogu i wyszukiwaniu kolejnych pozycji, które pomogłyby mu rozwią- zać zagadkę choroby. Spędził nad tym dobre kilka godzin, po raz kolejny zauważając mimo woli, jak ubogie są zbiory instytutu: spora część księgozbioru uległa zniszczeniu w czasie wojny. Z drugiej strony, profesor był przekonany, że i tak powinien zawęzić poszukiwania do najnowszych opracowań. Mógłby przysiąc, że kiedyś, jeszcze za jego studenckich czasów, nikt nigdy nie słyszał o podobnej zarazie. Oczywiście, problemy ze stawami zdarzały się również wtedy, ale nikt na to nie umierał. I– przede wszystkim – po śmierci nie znikał bez śladu. Kiedy odebrał od bibliotekarza stos książek, z trudną do stłumienia satysfakcją wyłączył telefon. Przynajmniej tutaj mógł liczyć na chwilę spokoju. Budynek, pozbawiony okien i nie- dostępny dla wzroku przypadkowych przechodniów, wydawał mu się dziwnie bezpieczny; stare, przedwojenne mury skutecznie tłumiły dźwięki ulicy. W dodatku tego wieczoru był je- dynym czytelnikiem. W środku nie spotkał nawet doktor Jeske, co przyjął z uczuciem pewnego zawodu. Chyba po prostu bał się samotności. Chociaż, uznał, zmuszając się do logicznego myślenia, może tak było lepiej. Dzięki temu mógł bardziej skoncentrować się na pracy, a w razie kolejnego ataku nie musiał spodzie- wać się niczyich pytań. Zerknął na stertę leżących na biurku książek, ale tym razem, zamiast po naukowe opra- cowania, sięgnął po rocznik statystyczny. Otworzył go na rozdziale dotyczącym przemysłu, przesunął palcem po kilku kolumnach liczb – i zamarł zaskoczony, wstrzymując oddech. Ostatecznie, to było niemożliwe, musiało takie być. Nawet jeśli w głębi ducha czuł trudny do stłumienia niepokój. Skoro choroba była w jakiś sposób powiązana nie tyle z bombą

14 S, co z rozwojem przemysłu metalowego, aż dziw, że nikt do tej pory nie zwrócił na to uwagi. Amoże po prostu nie chciano upubliczniać wyników badań, żeby nie dopuścić do spowolnienia postępu? Konspekt konferencyjnego odczytu napisał się sam, niemal bez udziału Kallenberga. Profesor zastanawiał się wprawdzie, czy nie byłoby lepiej zdecydować się na artykuł zamiast wystąpienia, ale nie miał zbyt wielu złudzeń: do publikacji zajrzałoby o wiele mniej osób. I cho- ciaż nie należał do urodzonych mówców, wiedział, że będzie w stanie zainteresować słuchaczy: nie chodziło już przecież o badanie zachowania ptaków, ale o coś znacznie ważniejszego, co mogło wpłynąć na losy całego powojennego świata i może pozwolić na powstrzymanie tajem- niczej epidemii. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że jego badania nie przyniosły jak dotąd bardziej wy- miernych rezultatów, tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby przełamać barierę milczenia, za którą ukrywała się choroba. Kallenberg miał nadzieję, że jeśli ktoś – ktokolwiek, choćby i on sam – odważy się poruszyć publicznie temat, o którym szeptano wyłącznie w korytarzach in- stytutów czy przy zamkniętych drzwiach, wreszcie zainteresują się nim lepsi niż on sam. Rze- telne badania, pozbawione przesądów i strachów – potrzebował przecież tak niewiele! Ta myśl pozwoliła mu zakończyć konspekt i wysłać zgłoszenie z nadzieją, że może tym razem osiągnie to, co kilka lat temu okazało się klęską. Ale przez następne tygodnie początkowy entuzjazm opadł. Kallenberg, dręczony co- raz częstszymi atakami choroby, zdążył niemal zapomnieć o konferencji, gdy dyrektor insty- tutu, nadspodziewanie poważny, zaprosił profesora do gabinetu, unikając jego spojrzenia. To zwiastowało kłopoty; podejrzenia szybko przerodziły się w pewność, kiedy przełożony z nie- odgadnionym wyrazem twarzy wyciągnął w stronę podwładnego leżącą na biurku kartkę. Kallenberg szybko przebiegł wzrokiem treść wydruku. – „Ze względu na nieprzewidziane okoliczności”? – zapytał sucho, przeczuwając w głębi ducha, jaka będzie odpowiedź. – Wycofali pana udział z konferencji, panie profesorze. – Ale jak?... – Kallenbergowi nagle zabrakło słów. – Mają prawo. – Dyrektor wzruszył ramionami. – Boją się. Może gdyby zmienił pan temat referatu... To pan się boi, pomyślał Kallenberg, patrząc w pokrytą zmarszczkami twarz przełożo- nego. Może nawet odważyłby się to powiedzieć, gdyby wciąż czuł się w pełni sił; dawniej potrafił stawiać opór, kiedy było trzeba. Ale niepokojąca sztywność palców zwiastowała zbli- żający się atak, więc tylko dość chłodno skinął głową. – Spróbuję. – I dobrze. – Dyrektor poruszył się niespokojnie i zerknął na zegarek. – Zaraz zaczyna pan wykład, prawda? Kallenberg odetchnął z ulgą dopiero wtedy, kiedy znalazł się poza gabinetem dyrektora, ale nie było mu dane zaznać spokoju. Dźwięk nadchodzącej wiadomości zaskoczył go na progu sali wykładowej. RADZĘ POZOSTAĆ PRZY BADANIU PTAKÓW, PANIE KALLENBERG. To samo co poprzednio. Stłumił przekleństwo i z powrotem wsunął telefon do kieszeni marynarki. Sam nie był pewien, czy Szara Armia wiedziała o odbytej przed chwilą rozmowie, czy moment został wybrany przez przypadek; tak czy inaczej, zwięzłość wiadomości przeraziła

15 go bardziej, niż mogłyby to uczynić jakiekolwiek pogróżki. Zdenerwowanie tylko przyspie- szyło atak: ledwo udało mu się wejść do sali wykładowej i osunąć na krzesło. Studenci obser- wowali go z zaskoczeniem; słabym głosem pozwolił im iść do domu. Nie musiał tego powta- rzać dwa razy: po pięciu minutach aula była pusta. Atak był dłuższy niż poprzednie, ale ból, zamiast otępiać, tym razem przywrócił go do przytomności po spotkaniu z przełożonym. I kiedy tylko Kallenberg odzyskał siły, sięgnął po plik kartek i w pośpiechu zaczął zapełniać je drobnymi, równymi literami. Po godzinie, kiedy wychodził z auli ze wstępnym szkicem artykułu, wiedział już doskonale, co chce napisać i w jaki sposób mógłby to zrobić, a wiara w siebie, nadwątlona poprzednim niepowodzeniem, pchała go do działania. Ostatecznie pisanie zawsze wychodziło mu lepiej niż publiczne odczyty. Był zadowolony ze stworzonego przez siebie artykułu, chociaż obawiał się w głębi du- cha, że może jest zbyt śmiały dla najważniejszych naukowych czasopism; próbował w mniej znanych, bardziej niezależnych, słynnych z odważnych publikacji. Nic z tego. Odpowiedzi przychodziły nadspodziewanie szybko, zawsze tej samej treści, nieodmiennie rozpoczynające się od uprzejmego “Żałujemy bardzo, ale...”. Każdy taki zwrot, choć powinien coraz bardziej przygnębić Kallenberga, nieoczekiwanie podsycał w nim chęć walki. Ostatecznie udało mu się znaleźć tygodnik, który zdecydował się wydrukować wyniki jego badań. Kiedy naukowiec trzymał w ręku list z umową, nie zamierzał powstrzymywać satysfakcji, że przynajmniej raz udało mu się zwyciężyć. To, że zaakceptował go tylko podrzędny brukowiec, a za artykuł profesor musiał zapła- cić z własnej kieszeni, stanowiło w tym momencie sprawę drugorzędną: najważniejsze, że po- trafił przełamać zmowę milczenia. Kallenberg miał świadomość, że zostało mu już niewiele czasu; objawy nasilały się coraz bardziej. I kiedy profesor otworzył wreszcie czasopismo, żeby zobaczyć w druku własne nazwisko, a kartki powoli przesuwały się pod dotykiem bolących palców, tylko uśmiechał się smutno. Wiedział, że wkrótce nie będzie w stanie ukrywać swojego stanu przed współpracownikami czy nawet studentami. Nie był tylko przygotowany, że ten moment nadejdzie tak szybko, zaledwie kilka dni po ukazaniu się drukiem wyników jego badań. Ataki wydawały się straszne w samotności, w zim- nym, nieprzyjaznym gabinecie czy niemal tak samo bezosobowym mieszkaniu; ale w prze- stronnej auli, na oczach dziesiątek wpatrzonych w niego studentów, wszystko stało się jeszcze gorsze. Gdyby tylko mógł, podniósłby się z krzesła i po prostu uciekł, jak najdalej od zacieka- wionych spojrzeń, ale nie był w stanie nawet pochylić głowy; musiał patrzeć i widzieć ich re- akcje. I, jęcząc z bólu, modlić się w duchu, żeby wieści o jego chorobie nie rozeszły się zbyt szybko po instytucie. Tego samego dnia wezwano go do gabinetu dyrektora. Sama wizyta nie zapowiadała jeszcze nic złego, ale tym razem przełożony wydawał się dziwnie oschły: nie odpowiedział nawet na jego niepewne przywitanie, po prostu podsunął mu dokument. – Wypowiedzenie – rzucił krótko. – Ale... – zaczął niepewnie Kallenberg, obracając papier w rękach. Nie mógł powie- dzieć, że nie spodziewał się konsekwencji choroby, jeśli dowiedzą się o niej jego zwierzchnicy: domyślał się, że pewnie zabiorą mu wykłady, może pozbawią części funkcji. Ale tego jednego nie przewidział. Spojrzał bezradnie na rozmówcę, jakby szukając jego pomocy. – Przykro mi, panie profesorze. – W głosie dyrektora nie było nawet odrobiny współ- czucia. Kallenberg odetchnął głęboko.

16 – A gdyby udało mi się wyleczyć? – rzucił nagle, desperacko, jakby sam zaskoczony własnym pomysłem. Ostatecznie nie miał już nic do stracenia. Przełożony przyjrzał się mu z powątpiewaniem. – Pan naprawdę myśli, że tu chodzi o jakąkolwiek chorobę, panie profesorze? – Uśmiechnął się krzywo. – Musimy obciąć etaty, po prostu. Proszę nie doszukiwać się we wszystkim teorii spiskowych, to nie ma sensu. Niech się pan nie martwi, na pewno zarobi pan na życie, współpracuje pan ponoć z popularnymi pismami... Łatwo było wyczuć w jego głosie szyderstwo. Kallenberg z trudem przełknął cisnącą mu się na usta odpowiedź i bez słowa wyszedł z gabinetu przełożonego: czuł, że zostało mu już niewiele czasu i wiedział, że musi spędzić go na badaniach, które może jeszcze bardziej przy- bliżą go do rozwiązania zagadki. Wieczór spędził w bibliotece, coraz bardziej niespokojnie przerzucając strony kolejnych opracowań, szukając czegoś, co pozwoli mu połączyć wszystkie obserwacje w jakąś sensowną całość. Praca przeciągnęła się długo w noc: sam nie zauważył, kiedy zasnął, z głową opartą na stosie książek. Do przytomności przywróciły go dopiero czyjeś kroki tuż obok. Nagle wy- rwany z drzemki, nie był w stanie zapanować nad nerwowym odruchem i poderwał się gwał- townie, chwytając krawędź biurka. Usłyszał jeszcze, jak przypadkowo strącone z blatu okulary uderzyły o podłogę – i powrócił ból, jeszcze silniejszy po spędzeniu nocy w niewygodnej po- zycji. – Panie profesorze? – Rozpoznał głos doktor Jeske, dziwnie zatroskany. Potrząsnął głową, mając nadzieję, że nie pospieszy mu z pomocą; zdołał lekko przechy- lić szyję i zerknąć w stronę okularów. Chyba się nie rozbiły, wydawały się dość odporne – zamówił takie kilka miesięcy temu, kiedy czuł już na sobie piętno choroby – ale nie był w stanie po nie sięgnąć; ból w kręgosłupie przybierał na sile. Z rezygnacją przygarbił się w fotelu i ukrył dłonie pod biurkiem. – Zwalniają mnie od przyszłego roku – wymamrotał. – Tylko mnie, nikogo innego. Wie pani, dlaczego? – Cięcia – odezwała się współczująco. – Oszczędzają, jak tylko mogą. To mogłam być ja, ktokolwiek z katedry... Każdy. – Nie każdy. – Nie wiedział, jaki nieoczekiwany impuls kazał mu przyznać się do tego, co się z nim działo. Może dopiero teraz, kiedy czuł coraz szybsze postępy choroby, zapragnął wyrzucić z siebie wszystko to, co nagromadziło się w nim przez te kilka miesięcy. – Nie słyszała pani najświeższych plotek? Nie do każdego przychodzi Szara Armia, pani doktor. Nie każdemu wysyła wiadomości. – Podniósł głos niemal do krzyku. – Przecież, do cholery, nie mogę nawet podnieść z podłogi własnych okularów! Urwał nagle, świadomy, że powiedział zbyt dużo. Bojąc się spojrzeć na twarz kobiety, wbił wzrok w biurko. Usłyszał, jak zaskoczona doktor Jeske wciąga głośno powietrze. – Tak – powiedział cicho. – To dokładnie to, o czym pani myśli. Czekał, aż odwróci się i wyjdzie z pokoju, wstrząśnięta nieoczekiwaną nowiną; spo- dziewał się wzgardy, może odrzucenia. Gdyby chciał być ze sobą szczery, sam pewnie postą- piłby właśnie w taki sposób. W to, co zrobiła, uwierzył dopiero wtedy, gdy pochyliła się nad nim i wsunęła mu okulary na nos. Było w tym coś nieznośnie intymnego, co skojarzyło się profesorowi z żoną, jedną z ostatnich ofiar wojny. Spojrzał na doktor Jeske pytająco, niemal błagalnie.

17 – Wiedział pan, że mój mąż zginął w wypadku pół roku temu? Nie, to głupie, skąd miałby pan wiedzieć. – Szczupłe dłonie kobiety zadrgały lekko. – Podobno stracił panowanie nad kierownicą. Nikt nie był pewien, jak to się mogło stać, oficjalnie stwierdzili zawał, ale ja i tak wiem swoje. Kiedy z wysiłkiem szukał odpowiednich słów, żeby ją pocieszyć, uścisnęła jego dłoń. Poczuł ciepło jej palców, a potem chłód metalu. – Tyle znalazłam, kiedy tam dotarłam, panie profesorze. – Czy to?... – Nie – ucięła. – Proszę to obejrzeć, kiedy już sobie pójdę. Inaczej... mogę się rozmyślić. Nagle zrozumiał, skąd wziął się jej pracoholizm i ciągłe wizyty w bibliotece – i poczuł, jak ogarnia go współczucie. Przez chwilę pożałował, że nigdy nie zapytał asystentki o nic oso- bistego; może wtedy potrafiliby pomóc sobie nawzajem. Ale teraz było już na to za późno. – Dziękuję, pani doktor. I przepraszam. – Walcząc z bólem kręgosłupa, skinął głową niemal z namaszczeniem. Zaśmiała się krótko, nerwowo. – Milena. Po prostu Milena.– Przechyliła głowę i spojrzała na niego przeciągle. – Oby się panu udało. Cokolwiek pan zamierza. Te słowa długo dźwięczały w głowie profesora, nawet kiedy odgłos kroków doktor Je- ske już dawno umilkł na korytarzu. Wciąż nie rozumiał, czego od niego oczekiwała; był nau- kowcem, nie cudotwórcą. Naprawdę spodziewała się, że spróbuje stawić czoło Szarej Armii? Cokolwiek zamierza, powiedziała przecież, zupełnie jakby spodziewała się po nim jakichś kon- kretnych działań. Tylko że tak naprawdę wcale nie był pewien, co zrobić. Z namysłem przyjrzał się kępce metalowych nici, kojarzących mu się z watą – a może raczej, dość nieoczekiwanie, z wyrwanym z czyjejś głowy kosmykiem włosów. Ostroż- nie pogładził je końcem kciuka: rozdwajały się na końcach, układały miękko pod jego doty- kiem. Zupełnie jakby rzeczywiście... – To niemożliwe – szepnął, marszcząc czoło: rozwiązanie było zbyt absurdalne i zbyt przerażające. Ale myśl już brzęczała natrętnie w jego głowie, każąc mu kojarzyć wszystkie fakty, wiązać jedne z drugimi. Przypominał sobie zasłyszane pokątnie opowieści, plotki na te- mat Szarej Armii, półsłówka i aluzje. Dziesiątki przekartkowanych roczników statystycznych. A potem oblał go zimny pot i profesor rzucił się biegiem przez korytarz, chcąc wyprzedzić kolejny atak, czując, że musi jak najprędzej dotrzeć do domu i pisać, pisać, nawet jeśli nikt tego nie przeczyta. Przy drzwiach uczelni drogę zastąpił mu mężczyzna w szarym płaszczu i Kallenberg poczuł, że wszystko stracone. Rozejrzał się w popłochu, szukając wzrokiem jakiegoś asystenta czy choćby studenta, ale nikogo nie było; nie mógł liczyć na niczyją pomoc. – Nic nie zrobiłem – odezwał się nerwowo, świadomy, że tym razem nie ma już nic do stracenia. – To musi być pomyłka. Może mi pan powiedzieć, o co?... Nieznajomy wzruszył ramionami. – Po to tu jesteśmy – mruknął, przerywając profesorowi, i wymownym gestem wskazał mu duży srebrnoszary samochód z przyciemnionymi szybami. – Zapraszam do środka. Słowa były neutralne, niemal przyjazne, ale przeczył im rozkazujący ton. Kallenberg nie zamierzał rozważać ucieczki: wiedział, że nawet gdyby udało mu się wymknąć, nie miałby możliwości ukryć się przed agentami Szarej Armii. A poza tym gdzieś w głębi ducha rozumiał już, że sam nie zdoła rozwikłać zagadki swojej choroby.

18 Wsunął dłoń do kieszeni i namacał w niej kępkę metalowych nici od doktor Jeske. Po- czuł nagły przypływ odwagi: nie zaprotestował, kiedy kazali mu wysiąść gdzieś poza miastem, w okolicy wielkiego betonowego gmachu, i bez słowa wyjaśnienia poprowadzili labiryntem korytarzy w głąb budynku. – Gdzie jesteśmy? – zapytał, nawet jeśli dobrze wiedział, że nie ma co liczyć na odpo- wiedź. Może po prostu, chociaż serce waliło mu ze zdenerwowania, chciał im pokazać, że cią- gle jeszcze nie dał się zastraszyć. Ale, tak jak się spodziewał, jego przewodnik tylko uśmiechnął się z wyraźną drwiną. – Zaraz pan zobaczy. Proszę tu zaczekać. Wepchnął Kallenberga do niewielkiego, pogrążonego w mroku pomieszczenia i zatrza- snął drzwi; w ciemności dało się usłyszeć tylko dźwięk przekręcanego w zamku klucza. A po- tem w ciszę wkradło się coś jeszcze, jakiś dobrze znany, choć trudny do zidentyfikowania od- głos: szmery, dziwnie regularne, jakby tykanie ogromnego, oszalałego zegara. Przełykając ślinę, z trudem namacał na ścianie włącznik: pomieszczenie zalało ostre, jaskrawe światło ja- rzeniowych lamp i dopiero w ich blasku uświadomił sobie, że to, co początkowo wziął za od- głos przesuwających się wskazówek, było monotonnym i jakby metalicznym cykaniem dzie- siątek świerszczy. Między klatkami stała szklana kolba, wypełniona po brzegi mętną cieczą. Profesor drgnął i zacisnął powieki, zastanawiając się przez chwilę, czy nie śni: to wszystko wydało mu się zbyt niewiarygodne. Ale kwaskowy zapach cieczy i cykanie nie chciały ustąpić. Kallenberg wbił paznokcie w przedramię; ból był niepokojące realny. Może dlatego nie było już nic do stracenia: profesor szybkim ruchem złapał kolbę i przyjrzał się jej z namysłem. A potem przechylił ją w stronę najbliższego świerszcza i utkwił wzrok w spływających z naczynia kroplach. Owad cyknął jeszcze kilka razy, zadrgał i zamarł na podłodze klatki. Kallenberg otwo- rzył drzwiczki i uniósł drżącą dłonią ciężki, teraz już metaliczny kształt, który coś mu przypo- minał. Zastanawiał się tylko przez chwilę; ostatecznie po wojnie każdy musiał przejść odpo- wiednie przeszkolenie. Nawet jeśli przydało mu się dopiero teraz. Miał przed sobą pocisk do karabinu G38, idealnie gładki, dopasowany kształtem do lufy. Kallenberg ścisnął go w dłoni i z wahaniem sięgnął po nić, którą dostał od doktor Jeske. Metal wydał mu się identyczny: barwa, połysk, wszystko się zgadzało. To, co wydawało się niemoż- liwe, na jego oczach przerodziło się w prawdę, zbyt upiorną, żeby potrafił ją zaakceptować. – Boże – szepnął i przesunął się w stronę drzwi, mając w głowie tylko jedną myśl: zna- leźć się jak najdalej od tego przeklętego miejsca, nawet jeśli wiedział, że za chwilę i tak go odnajdą, że nie pozwolą mu rozgłosić tego publicznie. Instynkt wziął górę nad jakimkolwiek rozsądkiem. Kallenberg już trzymał dłoń na klamce, gotów do ucieczki, kiedy z korytarza do- biegły go czyjeś głosy. Profesor zbladł i odskoczył od drzwi, pospiesznie wsuwając oba kawałki metalu do kieszeni płaszcza; na nic więcej nie starczyło mu czasu. – Dobry wieczór, panie Kallenberg. Zapoznał się pan z naszym laboratorium? Profesor cofnął się w głąb pomieszczenia; zbyt dobrze pamiętał ten głos, żeby próbować ucieczki przed pułkownikiem. Sięgnął po kolbę z odczynnikiem i uniósł ją przed sobą w obron- nym geście. – Niech pan się nie zbliża – ostrzegł go ochryple, zacieśniając uścisk na naczyniu, aż rozbolały go osłabione chorobą palce. – Wiem, do czego to służy. I jeśli będę musiał, zrobię, co trzeba. Myślał pan, że nie odważę się sprawdzić? Że tak po prostu będę na was czekać?

19 – Ależ skąd. Przecież sami tu pana ściągnęliśmy. – Pułkownik uśmiechnął się z pobła- żaniem. – Proszę usiąść. Chcemy tylko porozmawiać, nic więcej. Kallenberg bezwładnie opadł na krzesło, wciąż tuląc do siebie kolbę z odczynnikiem. – Już wam nie zagrażam – mruknął, patrząc z niechęcią na rozmówcę. – Zwolnili mnie. Przecież tak miało być od samego początku, prawda? – Wręcz przeciwnie. – Pułkownik westchnął z rezygnacją. – Skoro wie pan aż tyle, musi pan mieć świadomość, o co chodziło. I co zamierzamy z tym zrobić. – Przerwał i spojrzał uważ- nie na naukowca, jakby zrozumiał nerwowy grymas na jego twarzy. – Nie, to nie tak, nie skrzywdzimy pana. Powinniśmy zaproponować panu współpracę. – Albo? – rzucił profesor z napięciem. Pułkownik rozłożył ręce. – Naprawdę pana podziwiam, panie Kallenberg. Chciałbym, żeby pan o tym wiedział. Pana artykuł... Wie pan, przez chwilę naprawdę myśleliśmy, że się panu uda. Że skoro pan już rozumie, co się stało... – Nie, nie rozumiem. – Naukowiec z namysłem zmarszczył czoło. – Przynajmniej nie wszystko. Wasz odczynnik działa tylko na chorych, tak? – Dostrzegł potakujące skinienie puł- kownika i uniósł brwi. – Dobrze. Ale skąd się wzięła sama choroba? To coś odzwierzęcego, przenoszone przez świerszcze? Czy – uśmiechnął się gorzko – sami spróbowaliście ją wywołać, żeby mieć więcej surowców? – To efekt bomby S. – Pułkownik przygryzł wargi, jakby zirytowany. – Świerszcze są bardziej podatne, ot i wszystko. Owady, ptaki, zwierzęta... My się jakoś opieramy. Do czasu. Ostatecznie dopada każdego. – Bomby S, tak? – Profesor otarł mokre od potu czoło. – I tego nie ujawniacie? To nie ma sensu. Mniejsza już o samo lekarstwo, ale choćby profilaktyka! Żeby uniknąć infekcji, po- winno się... – Ale pan już jest zainfekowany, panie Kallenberg. To dlatego zaczął pan szukać wyja- śnień, prawda? Nikt nie zaryzykowałby kariery, gdyby stawką nie było coś ważniejszego. – Pułkownik powoli pokręcił głową. – Nie jest pan pierwszy, oczywiście. Ale nikt inny nie dotarł tak daleko jak pan ze swoim artykułem. Tak właściwie nie wie pan tylko jednego. Na to nie ma lekarstwa, my też go nie znamy. – To nie... – zaczął profesor, ale nagle urwał. Z wysiłkiem zgiął palce: znajomy ból promieniował już na całą rękę i Kallenberg syknął cicho. Pułkownik obserwował jego gesty spokojnie, prawie smutno. – Naprawdę myśli pan, że to niemożliwe? Proszę tylko sobie przypomnieć, co działo się z nimi wszystkimi. Niektórzy byli naprawdę dobrymi naukowcami. Myśli pan, że nie pró- bowaliby szukać sposobu, gdyby istniała jakaś nadzieja? – Pokręcił głową. – My też nie jeste- śmy w stanie tego zwalczyć, mogliśmy tylko to wykorzystać. Są pewne korzyści, niech pan przyzna. A cena – zawahał się – cena jest żadna. Umiera się i tak, po prostu unikamy paniki. To wszystko – wskazał ręką bryłki metalu – to tylko skutki uboczne. Przydatne, tak, ale nie naj- ważniejsze. Kallenberg spojrzał na niego z napięciem. Wciąż się wahał. – I każdy, kto ma objawy?... – Każdy. – Pułkownik postąpił krok w jego stronę, wyciągnął ręce w stronę fiolki. – Bez wyjątku.

20 Profesor przeniósł wzrok na dłonie rozmówcy. Dopiero teraz zauważył nieznaczne zgru- bienia w okolicy stawów, trochę zbyt nienaturalnie wyprostowane nadgarstki. A potem jeszcze raz spojrzał na zbyt duże buty i wyobraził sobie stopy, owinięte kilkoma parami grubych skar- pet, które i tak nie są w stanie złagodzić bólu. Mocniej przycisnął do siebie fiolkę i oblizał wyschnięte wargi. – Nie – odezwał się głośno. Jego głos drżał tylko odrobinę. – Nie, nie każdy. Nie wierzę panu. Mówicie to każdemu. Musicie tak mówić, kazano wam. Po to mnie tu przyprowadziliście, prawda? Żebym wam uwierzył i nie szukał dalej. – Panie Kallenberg. – Głos pułkownika przybrał ostrzegawczy ton. – Proszę to odstawić. Panie profesorze! Jeszcze zdążył usłyszeć swój tytuł naukowy i może gdyby wciąż pozostawał w pełni sił, miałby czas się zatrzymać. Ale obolałe stawy znów odmówiły mu posłuszeństwa: fiolka wysu- nęła się ze zgrabiałych palców i roztrzaskała o podłogę. Odczynnik prysnął na stopy profesora. Wszystko trwało może kilka sekund; Kallenberg nie zdążył nawet krzyknąć. Chyba wcale się nie zorientował. Na twarzy metalowej figury malowało się niedowierzanie i odrobina strachu, ale ani śladu bólu. – Szkoda – powiedział cicho pułkownik. I nagle przyłożył dwa palce do żołnierskiej czapki w geście salutu. Stał tak przez chwilę, nieruchomy niemal tak samo jak posąg. Tylko pogłębiająca się zmarszczka na czole świadczyła o natrętnie dręczącej go myśli. – Lepiej, że wyszło, jak wyszło – odezwał się nieśmiało stojący obok młody żołnierz, przerywając ciszę. – A gdyby spróbował użyć odczynnika przeciwko nam? Było przecież takie ryzyko. Pułkownik wzruszył ramionami i mocniej naciągnął czapkę na głowę. – Ryzyko? Nie było żadnego ryzyka. Nie mógłby użyć tego na nas wszystkich, starczy- łoby na jedną, góra na dwie osoby, a gdybym dostał tylko ja... – zagryzł wargi – miesiąc później, miesiąc wcześniej, jaka to właściwie różnica? Żołnierz spojrzał na niego z wahaniem. – Panie pułkowniku? Niecierpliwie machnął ręką. – Mniejsza o to. – Ale pomnik... – zaprotestował żołnierz niepewnie. – Zabierzemy go do przetopienia? Usta pułkownika rozciągnęły się w nieco gorzkim uśmiechu. – Nie, dlaczego? Niech tak zostanie. – Stłumił syknięcie bólu i ostrożnie ukrył zgrubiałe nadgarstki pod mankietami płaszcza. – Pomniki są potrzebne bardziej, niż nam się wydaje. Zwłaszcza takie jak ten.

22 Szymon Noga Urodzony 02.12.1983 w Opolu, absolwent II LO im. Marii Konopnickiej i Uniwersytetu Opolskiego, gdzie studiował socjologię. W latach studenckich działał w opolskim kwartalniku kulturalnym Prowincja. Obecnie mieszka i pracuje w Warszawie, jest redaktorem w kanale TVP HD, wcześniej współpracował z Redakcją Muzyczną TVP Kultura. Interesuje się w histo- rią XX wieku i tematyką społeczeństwa nadzorowanego. Jeśli nie liczyć wystawionych ze zna- jomymi gdzieś pod koniec liceum sztuk teatralnych, niniejsza publikacja jest jego debiutem literackim.

23 Ostatni archeolog Szymon Noga

24 To może być całkiem udany wieczór – pomyślał Filip. Rozejrzał się po mieszkaniu, obszernej i bogato umeblowanej kawalerce. Na fotelu leżało kilka płyt winylowych. Filip nie pamiętał okoliczności, w jakich je zdobył, ale były dla niego powodem do dumy: dawały nieo- siągalną już dziś jakość dźwięku. Zawsze też robiły wrażenie na kobietach. Postawił na biurku kolację i usiadł przed monitorem. Zastanowił się, który z wykonaw- ców będzie pasował do gry, zmienił ustawienia grafiki i wybrał postać. Już miał rozpoczynać partię, gdy usłyszał sygnalizację rozmowy. Podniósł Klucz. Dzwoniła Alicja. Zawahał się, chcąc odrzucić połączenie. Zdecydował się jednak odebrać. – Słucham – odezwał się cicho. – Cześć, Filip, od dłuższego czasu staram się z tobą skontaktować, próbowałam na Re- jestrze, ale pewnie nie masz konta. – Nie mam. Wiesz, chcę być anonimowy. Taka specyfika zawodu – zaśmiał się. – Dlatego właśnie dzwonię, jest zlecenie dla ciebie… – Robię teraz dużo rzeczy, nie wiem, czy zdążę. – Filip, dobrze wiem, że od co najmniej roku niczego nie dostałeś. – Idzie mi całkiem nieźle... – zaczął. – Skąd takie informacje? – Znam branżę. Nic się nie dzieje, już od dawna jestem twoją jedyną klientką. – Może się przekwalifikuję... Zostanę testerem gier na przykład. – Filip miał niejasne przeczucie, że powinien odmówić. Trudno mu było cokolwiek zarzucić Alicji, dotąd zawsze płaciła w terminie i w najlepszej walucie emitowanej przez korporację Rainbow Engin, co- raz częściej jednak myślał o dziwnym zbiegu okoliczności, obficie spływające wcześniej oferty zaczęły się kończyć właśnie jakieś dwa lata temu, gdy nawiązali współpracę. Stopniowo tracił kontakty, w końcu przestali odzywać się nawet stali zleceniodawcy. – Dziękuję za zainteresowanie, ale będziesz musiała znaleźć kogoś innego – powiedział wreszcie. – Nie moja sprawa, ale rozleniwiasz się, gnuśniejesz. – Po prostu nie biorę wszystkiego jak leci. – OK. Widzę, że się nie dogadamy. Pozdrawiam. Trzymaj się! Filip dopiero teraz zorientował się, że chodzi po pokoju, od ściany do ściany. Dlaczego się tak ekscytuję? – Nastawił płytę w adapterze i usiadł w fotelu. W całym pomieszczeniu roz- legł się głos – męski, ale delikatny, melodyjny. „Wszystko na swoim miejscu, wszystko na swoim miejscu” – zaśpiewał kojąco, potem zwielokrotnił się na kilka równoczesnych partii wokalnych: „Wszystko na swoim miejscu, wszystko na swoim miejscu, obudziłem się rano, ssąc cytrynę…” Wyłączył adapter i rozpoczął grę, ale nie mógł się skoncentrować. Około północy napi- sał Alicji, że jednak potrzebuje zlecenia. W końcu musi z czegoś żyć. Poza tym Alicja pociągała go, zdawała się jedyną kobietą, z którą mógłby, gdy uzbiera już wystarczającą kwotę, opuścić miasto. Przypomniał sobie o codziennej dawce lekarstwa. Poszedł po kapsułkę Lasciate i zaklął, opakowanie się skończyło, będzie musiał zamówić kolejne.