wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 195 484
  • Obserwuję1 454
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 745 425

Wincenty Wilk - Somnus

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
W

Wincenty Wilk - Somnus.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion W
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 3 osób, 24 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 322 stron)

Wincenty Wilk Somnus

Część Pierwsza Rozdział 1 Niewysoki, chudy chłopak siedział na wielkim, bardzo miękkim fotelu. Wyglądał na zdenerwowanego. Mężczyzna który spoczywał za biurkiem grzebał w stercie papierów. Po chwili najwyraźniej znalazł to, czego szukał ponieważ wyjął z kupki jeden arkusz i przyjrzał mu się z uwagą. – W czym mogę pomóc? – Zapytał odkładając kartkę na swoje miejsce. – Potrzebuję porady. – Odpowiedział chłopak. – Domyślam się. Ile masz lat chłopcze? – Szesnaście. Mężczyzna podrapał się po szorstkiej, nieogolonej brodzie. – Twoi rodzice wiedzą że tu jesteś? – Zapytał chrypliwym głosem. – Nie, i nie muszą tego wiedzieć. – Jesteś pewny? Chłopak zacisnął wargi. – Jeśli nie chce pan mi pomóc to poszukam innego psychologa. – Oznajmił spokojnie. – No dobrze. Mam nadzieję że wiesz ile kosztuje wizyta w tym gabinecie? – Wiem. Mam nadzieję że będzie mi się to opłacało. – Ja także chłopcze. Masz jakieś imię? – Mam. Mężczyzna się uśmiechnął. – A zdradzisz mi je? – Emil. – Witaj Emilu. Moje nazwisko pewnie znasz. – Umiem czytać. – Potwierdził Emil spoglądając na tabliczkę stojąca na biurku doktora Nowosilskiego. Mężczyzna oparł się wygodniej na swoim fotelu. – W czym tkwi twój problem? – Zapytał. Chłopak podrapał się koło ucha. – To dość skomplikowane. – Takimi sprawami właśnie się zajmuję. Emil nabrał powietrza do płuc tak jakby zaraz miał wygłosić długą przemowę ale nic takiego się nie wydarzyło. Podrapał się

jeszcze kilka razy i poprawił swoja pozycję na fotelu bo powoli się w niego zatapiał. – Wie pan, zanim tu przyszedłem przemyślałem dokładnie to co chce powiedzieć ale teraz nie wiem od czego zacząć. – Może zacznij od początku? – Zaproponował doktor. Emil zastanawiał się chwilę. – Od kiedy pamiętam wokół mnie działy się dziwne rzeczy. Wydawałoby się że to tylko drobnostki ale ilość tych głupich przypadków, zbiegów okoliczności i zrządzeń losu powoduje to że czasami się zastanawiam czy nie kryje się za tym coś więcej… Pewnie głupio to brzmi. Mężczyzna podrapał swój policzek który z pewnością był gładki niczym papier ścierny. – Uwierz mi Emilu, w swoim życiu nasłuchałem się tylu bzdur że niewiele mnie już może zaskoczyć. Spróbuj rozwinąć to co powiedziałeś? Co dokładnie miałeś na myśli? – Po prostu często zdarza mi się wiedzieć co ktoś zaraz powie, albo co się wydarzy. Czasami potrafię odpowiedzieć na pytanie na które nie znałem odpowiedzi dopóki ktoś tego pytania mi nie zadał. O zgadywaniu imion ludzi których nie znam nawet nie będę wspominał. Takie różne rzeczy. – I to ci tak bardzo przeszkadza? – Nie, raczej nie przeszkadza mi to, tylko zadziwia... Czasami. Przyszedłem do pana z innego powodu. – Zamieniam się w słuch. Chłopak znowu chwilę się zastanawiał na odpowiedzią. – Zaczęło się gdzieś na początku wakacji. Hm, wie pan, nie mam zbyt wielu kumpli a nie lubię też tak jak oni chlać do oporu i szlajać się po dyskotekach. Wolę siedzieć sam. Wie pan o co chodzi. Doktor przytaknął. – No więc właśnie chyba z tego powodu mam taką... bujną wyobraźnię, to znaczy często po prostu wymyślam sobie jakieś historie, opowiadania, w głowie. Po prostu czasami wyobrażam sobie że jestem kimś innym. – Chciałbyś być kimś innym? – Zapytał Doktor. – Nie, w sumie lubię swoje życie, to jakie jest. To znaczy jakie było. – A teraz jest inne? – Tak. Właśnie na początku wakacji zaczęły się te dziwne sny. Często byłem w nich bohaterem swoich własnych wyobrażeń. Wie pan, tworzyłem własny świat i historię a później ją przeżywałem, w

snach. Czasami od niechcenia robiłem w nich rzeczy które były nie możliwe w rzeczywistości. Latałem nad ziemią, rozwalałem całe miasta tylko i wyłącznie siłą woli, różne takie. – Sny kontrolowane. To nie jest coś bardzo niezwykłego. – Nie wiem. Może i tak ale z czasem przestałem nad tym panować. Nie chodzi o to że powróciły normalne sny, takie na które nie miałem wpływu. To działo się powoli, po prostu czasami nie mogłem zrobić tego czego chciałem, nie mogłem pójść tam gdzie chciałem, niektóre elementy świata się zmieniały, budynki zastępowały drzewa, drogi zmieniały się w strumienie rzek a dzień przemieniał się w noc. Nadal miałem kontrolę ale nie nad wszystkim. Chłopak ucichł, zastanawiał się chwilę. Mężczyzna potarł brodę i poprawił okulary które luźno leżały na jego pomarszczonym nosie. Dawno nikogo nie słuchał tak uważnie. – To co mówisz Emilu jest bardzo ciekawe. Czy zanim zaczęły się zmiany w tych snach stało się coś co wywołało u ciebie jakieś silne emocje? Może coś cię mocno wzburzyło? Zagniewało? Chłopak spojrzał na doktora smętnym wzrokiem. – Nie. – Pokręcił głową. – Myślę że nie o to tutaj chodzi i zanim powie pan coś więcej, myślę że lepiej będzie jeśli wysłucha mnie pan do końca. Doktor przytaknął. – Pamiętam jeden sen. Wyobraziłem sobie w nim że jestem na wielkiej wyspie, nie było na niej nikogo oprócz mnie. Chciałem ją obejrzeć z lotu ptaka więc uniosłem się do góry. Latałem wokół i podziwiałem jej piękno. Była naprawdę ładna. Nagle niebo pociemniało i zmieniło barwę z błękitu na ciemny granat. Usłyszałem głos jakiejś dziewczyny która zapytała co tutaj robię. Zdziwiło mnie to bo nigdy nie słyszałem żadnego głosu w moich snach. Zanim się zorientowałem, zacząłem spadać. Nigdy wcześniej nie bałem się tak bardzo, nigdy we śnie. Kiedy byłem już blisko ziemi dotarło do mnie że coś jest nie tak. Przeważnie człowiek się budzi zanim spadnie, prawda? – Doktor przyznał Emilowi rację. – Ale ja się nie obudziłem. Spadłem i uderzyłem z ogromną siłą. Ból który ogarnął moje ciało był niesamowity, okropny. Nie mogłem złapać oddechu, nie mogłem nic powiedzieć, krzyknąć. Moje ręce i nogi były dziwnie powyginane. Przeraziłem się jeszcze bardziej. Usłyszałem znowu ten sam głos. Kim jesteś? Wtedy się obudziłem. Byłem cały mokry, dosłownie. Musiałem się przebrać i zmienić pościel. Później zwymiotowałem.

Doktor słuchał uważnie. Chłopak go zaskoczył ale doktor nie dał tego po sobie poznać. – Po tym śnie nie mogłem już normalnie spać, to znaczy... nie chciałem, więc przeważnie spałem nie dłużej niż godzinę, dwie dziennie. Trwało to ze dwa tygodnie. W końcu mi przeszło i zacząłem normalnie sypiać. Kolejny dziwny sen miałem dwa tygodnie przed końcem wakacji. Byłem w lesie, w sumie nie był to las tylko polana z rosnącymi na niej drzewami. Na ziemi zalegała gruba warstwa liści które były krwistoczerwonego koloru. Niebo było brunatne ale na horyzoncie zmieniało kolor na żółty, pamiętam to dobrze bo wywołało to na mnie ogromne wrażenie. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Chodziłem po tej polanie dość długo ale nie zauważyłem niczego poza drzewami i liśćmi. Byłem zdezorientowany. Nie mogłem zmienić otoczenia, nie mogłem odlecieć, nie mogłem się obudzić. W końcu usiadłem pod drzewem i czekałem. Usłyszałem piszczenie, otworzyłem oczy i zobaczyłem swój budzik. Obudziłem się. Chłopak przerwał czekając na komentarz doktora. Mężczyzna poprawił okulary, pogładził się po twarzy i wtulił się w oparcie fotela. – Ta polana, kolory, z czymś ci się kojarzą? – Zapytał. Emil przygryzł dolną wargę i pokręcił głową. – Czy to już koniec tej historii? – Nie. – Odparł chłopak. – Ale teraz dopiero zacznie się robić dziwnie. – Zobaczymy. Mów dalej. – No więc, te sny nie zdarzały się codziennie. Czasami budziłem się rano i nie pamiętałem o czym śniłem ale wiedziałem że nie przyśniło mi się nic nadzwyczajnego. Jednak kiedy próbowałem kontrolować swój sen, wszystko szło nie po mojej myśli. Pamiętam drugi raz kiedy znalazłem się na tej dziwnej polanie. Znowu chodziłem po niej nie wiedząc co mam robić. Czekałem aż się obudzę ale to trwało strasznie długo. Wchodziłem na drzewa, próbowałem zobaczyć gdzie kończy się polana ale w oddali widziałem tylko mgłę. Przez... nie wiem, może godzinę, biegłem przed siebie ale cały czas byłem na polanie a jej końca nie było widać. Wreszcie zacząłem krzyczeć. Najpierw chciałem żeby ktoś mi odpowiedział, później krzyczałem już tylko po to żeby mnie ktoś obudził. Miałem nadzieję że krzyczałem przez sen. Usłyszałem nagle za plecami głos tej dziewczyny. Pytała po co się drę. Odwróciłem się powoli. Była ubrana na czarno, w dziwną, starodawną sukienkę. Miała bardzo rude włosy, prawie czerwone, jak liście a grzywka zasłaniała jej brwi.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Zapytała kim jestem. Sobą – odpowiedziałem. Zapytała znowu. Powiedziałem jej że jestem Emil i że przeszkadza mi spać, chciałem żeby się odczepiła. Ale ona tylko się uśmiechnęła, w sumie zaczęła się śmiać. Zapytałem kim ona jest. Powiedziała że moją wyobraźnią. Pstryknęła palcami a ja otworzyłem oczy i zobaczyłem sufit mojego pokoju. To nie ma sensu prawda doktorze? – Nie wiele. – Odparł mężczyzna. – No właśnie. Zacząłem się poważnie zastanawiać o co chodzi. Już mnie to powoli męczyło. Myślałem że może zaczynam wariować, że to jakaś schizofrenia albo inna choroba ale spróbowałem sam to rozwiązać. Położyłem się spać ale nastawiłem budzik na wcześniejszą porę, dałem sobie cztery godziny. Skupiłem się przed zaśnięciem, wyobraziłem tę cholerną polanę. Czerwone liście. Wystarczyło że zamknąłem oczy i zaraz już byłem znowu w tym pokręconym miejscu. Stałem i czekałem. Nie wiem ile minęło czasu do momentu aż przyszła. Była ubrana tak jak wcześniej. Podeszła powoli, patrzyła na mnie skupiona. Wyglądasz o wiele lepiej – powiedziała. Spojrzałem na siebie. Byłem ubrany w czarny garnitur, czarną koszulę i miałem krwisto czerwony krawat. Zdenerwowałem się, zamknąłem oczy i próbowałem zmienić swój ubiór ale wszystko na nic. Kiedy otworzyłem oczy nie było już polany, była tylko biel, dookoła, wszędzie. Dziewczyna siedziała na wielkim czarnym fotelu. Naprzeciw niej stał drugi, podobny fotel. Wskazała na niego ręką. Usiadłem i zapytałem o co tu chodzi a ona tylko się uśmiechnęła. Siedzieliśmy w ciszy patrząc na siebie. Była naprawdę ładna, rzuciło mi się to w oczy kiedy domyśliłem się co to wszystko może oznaczać. – Czemu akurat jej uroda przykuła twoją uwagę? - Zapytał doktor. – Doszedłem do wniosku że jakoś podświadomie sam doprowadziłem do tej całej sytuacji. Wie pan doktorze, moje życie było zawsze jakoś poukładane. Poukładane i pewnie nudne dla kogoś innego ale nie dla mnie. Nie wiem już czy lubiłem ten, hmm, zastój. Może tak, może nie ale na pewno nie byłem jakoś... nie wiem, nieszczęśliwy, znudzony, zły. Byłem jaki byłem ale nie przeszkadzało mi to. Pomyślałem że ta dziewczyna to taka moja, no wie pan. Bo ja w sumie nigdy... z dziewczynami. Rozumie pan? – Rozumiem. – Odparł doktor. – Czy ta dziewczyna cię podniecała? – Zapytał. Chłopak otworzyły usta i uniósł brwi zdziwiony bezpośredniością psychologa.

– Nie. Nie wiem... w sumie, na początku nie myślałem o tym. Byłem tylko zaciekawiony. – Spotkałeś ją jeszcze później? – Tak. W sumie prawie co noc ją widziałem. Zaczęliśmy rozmawiać. W zasadzie ona tylko słuchała a ja mówiłem. Myślałem że chciałem z kimś pogadać, dlatego ona tam była, dlatego ją wymyśliłem. – Więc rozmawialiście? – Ja mówiłem, ona słuchała i tylko czasem się uśmiechnęła, albo zdziwiła, albo wyglądała na... zniesmaczoną. Bo mówiłem jej wszystko. Powtarzałem sobie w ciągu dnia – ta dziewczyna to tylko iluzja więc mogę jej powierzyć nawet najgłębsze myśli, i tak też robiłem, mówiłem o wszystkim co mnie wkurzało, bawiło. Opowiedziałem jej wszystkie swoje sekrety. Była zaciekawiona a ja odkryłem że uwielbiam kiedy ktoś mnie słucha, tak na poważnie. Wakacje się kończyły. Z kumplami zadawałem się coraz mniej bo miałem ją i nie musiałem z nikim innym przebywać bo nie czułem się jakoś... – Samotny? – No, mniej więcej. Kończyły się wakacje. To był rutynowy sen, siedzieliśmy na tych fotelach, ubrani na czarno i mówiłem coś o dziewczynach, o tym że dla mnie prawie wszystkie są głupie, bo rzeczywiście tylko z takimi miałem do czynienia, w zasadzie rzadko wymieniałem z nimi więcej niż dwa słowa. Ona podparła głowę ręką i zapytała mnie o moich rodziców. Nigdy wcześniej o nich nie rozmawialiśmy. Przecież ich znasz. – Powiedziałem. Ale ona pytała dalej. Odpowiadałem więc. Moja rodzina nie jest jakoś niezwykle interesująca więc byłem lekko zdezorientowany jej dociekliwością. Po co te pytania? – Zapytałem w końcu a ona odparła że zamieniłem z nią więcej niż dwa słowa. Zacząłem się śmiać. Miała rację. Zapytała czy według mnie jest głupia. Nie wiedziałem co powiedzieć. Pytała mnie jeszcze o kilka innych rzeczy. Gadaliśmy tak jakby to się działo naprawdę. Domyśliłem się że po prostu chciałem zobaczyć jako to jest z kimś rozmawiać, tak na serio. Taka moja mała symulacja rzeczywistości. Ostatniego dnia wakacji, czyli przedwczoraj nie mogłem zasnąć. Udało mi się dopiero po wschodzie słońca. Byłem tym razem na polanie. Liście zmieniły kolor na pomarańczowy a niebo stało się bardziej niebieskie. Ona leżała pod drzewem, ubrana w zieloną sukienkę. Ja też miałem na sobie jakieś zwykłe ciuchy. Usiadłem obok niej. Nie wiem czemu nie mogłem nic powiedzieć. W końcu zapytałem jak ma na imię, nie wiem po co ale ona zaśmiała się

i powiedziała że ma na imię Emilia. To było przecież oczywiste. Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę gdy nagle odezwał się budzik. Spojrzałem na nią ale jej już nie było. Otworzyłem oczy i się obudziłem. – Co pan o tym myśli, doktorze? – Zapytał chłopak po krótkiej chwili ciszy. Psycholog splótł dłonie na piersi, wydął wargi po czym poprawił okulary. – Nie spotkałem się jeszcze z tak dziwnymi zaburzeniami snu. W zasadzie, jeśli nie miałeś innych problemów poza dziwnymi snami – chłopak pokręcił przecząco głową – to nie mogę jednoznacznie określić tego czy coś ci dolega. Przeważnie ludziom prawie nigdy nie śnią się dwa razy te same sny, rzadko też sny dotyczą podobnych miejsc a to że tobie przez dłuższy okres śni się prawie to samo, ta polana i te białe pomieszczenie, jest niebywałe. Jeśli to prawda to jesteś z pewnością kimś niezwykłym. Samo kontrolowanie snów nie jest czymś niezwykłym ale zdarzenie na wyspie o którym opowiadałeś jest dla mnie nie zrozumiałe. Doktor zastanowił się przez chwilę. – Jeśli chodzi o dziewczynę która pojawia się w twoich snach. Myślę że masz rację. To twoja wyobraźnia podświadomie informuje cię że coś jest nie tak. Każdy potrzebuje bliskiego kontaktu z innymi ludźmi, ty także, więc skoro nie możesz sobie tego zapewnić w świecie realnym postanowiłeś stworzyć sam swój własny świat, nawet nieświadomie. Ta dziewczyna, Emilia, to pewien rodzaj alter osobowości. Twojego drugiego ja. Stworzyłeś ją po to aby w końcu zaspokoić potrzebę komunikacji z kimś bliskim. Mówiłeś że opowiedziałeś jej wszystko o sobie, o tym co czujesz i myślisz, poczułeś się po tym lepiej prawda? – Chłopak przytaknął. – No właśnie. To jest twoja ucieczka od rzeczywistości. Mógłbym przepisać ci pewne środki na zaburzenia snu ale musiałbym najpierw porozmawiać z twoimi rodzicami jednak wydaje mi się to zbędne. Mogę ci poradzić na razie jedynie to żebyś w końcu porzucił ten życiowy marazm i wyszedł do ludzi, mówiąc kolokwialnie. Znajdź kogoś komu możesz zaufać i z kim będziesz mógł swobodnie rozmawiać. Myślę że to powinno pomóc. Poza tym rozpocząłeś pierwszy rok w nowej szkole. Na pewno trochę cię to niepokoiło więc twoje sny mogły być spowodowane także tym strachem. Wydaje mi się że teraz wszystko powinno wrócić do normy. Wystarczy że trochę zmienisz swoje dotychczasowe życie i postarasz się zaspokoić własne potrzeby.

Chłopak pokręcił głową i wbił wzrok w biurko. – Może ma pan trochę racji. – Cieszę się że się ze mną zgadzasz. Więc, może opowiedz jak poszło ci na rozpoczęciu roku? Chłopak uśmiechnął się tajemniczo. – Poszedłem na nie sam ale w klasie spotkałem dwóch starych znajomych. Wiedziałem że dostali się do tej samej klasy co ja. Reszty osób w ogóle nie kojarzyłem więc usiadłem z kumplami, na końcu klasy. Spoglądałem w okno i ignorowałem to co się działo w pomieszczeniu. Nasza wychowawczyni chciała już chyba zaczynać ale w ostatniej chwili do klasy doszło jeszcze parę osób. Na końcu przyszła jakaś dziewczyna i oznajmiła nauczycielce że się przepisała do naszej klasy. Nawet dobrze się stało bo było dwunastu chłopaków i tylko osiem dziewczyn. Nauczycielka kazała jej się przedstawić. Emilia Rostkowska – Odpowiedziała dziewczyna. Spojrzałem na nią. I to była ta sama ruda dziewczyna z moich snów.

Rozdział 2 Starsza, nieco już posiwiała pani siedziała w swoim ulubionym fotelu i spoglądała przez okno na nieskazitelnie błękitne niebo. Wrześniowe słońce przypiekało jej twarz na której pojawiało się coraz więcej zmarszczek. Kiedyś uwielbiała pogodne dni, słońce poprawiało jej wtedy nastrój ale teraz było inaczej, teraz była już po prostu zmęczona. Na stoliku obok leżało opakowanie Xanaxu, prawie nietknięte. Na życie nie ma leku – pomyślała kobieta biorąc do ręki tabletkę. Niechętnie ją połknęła, popiła sokiem i znowu wbiła wzrok w okno. Mieszkała sama, w zapuszczonym domu na obrzeżach miasta. Poza regularnymi wizytami w Szpitalu Uniwersyteckim rzadko wychodziła z domu dalej niż do sklepu czy kościoła. Borykała się z depresją od prawie dwóch lat i od prawie dwóch lat nocą, zanim szła spać modliła się o to aby już się nie obudzić. Chciała umrzeć ale była zbyt słaba aby popełnić samobójstwo. Przez to czuła do siebie obrzydzenie. Większość czasu spędzała na swoim fotelu. Czytała po raz kolejny te same, ulubione powieści, czasami rozwiązywała krzyżówki albo po prostu drzemała. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące a ona czekała, czekała na to aż ktoś się w końcu obudzi. Często przeżywała długie okresy bezsenności w czasie których nie potrafiła spać dłużej niż dwie godziny. Była wtedy całymi dniami koszmarnie zmęczona. Jeden z tych okresów właśnie się zaczął. Siedziała na fotelu i patrzyła przez okno na błękitne niebo. Straciła poczucie czasu. Zamknęła na chwilę oczy i poczuła coś miękkiego pod nogami. Spojrzała w dół i zobaczyła ziemię, jej fotel ugrzązł w błocie. Wstała oszołomiona. Nie wiedziała gdzie jest ani co się stało z jej domem. Stała na błotnistej pustyni, rozejrzała się dookoła ale nie widziała nic poza ziemią. Lepka, brązowa ziemia, błoto. Zaczęła się denerwować ponieważ nie miała pojęcia co się dzieje i dlaczego stoi na środku tego pustkowia. Usłyszała wołanie, ktoś prosił o pomoc. Znała ten głos bardzo dobrze chociaż wydawał jej się całkowicie nierealny. Ruszyła w stronę tego głosu. Nogi grzęzły jej w błocie i po kliku minutach była już cała brudna ale nie zważała na to i szła dalej. Wołanie było coraz głośniejsze. W końcu dotarła do ogromnej dziury. Była na tyle głęboka że nie było widać jej dna. Głos dobiegał ze środka. Bezradna uklękła przy krawędzi.

Nie wiedziała co ma zrobić. Proszę! Błagam, pomóż mi! – Krzyczał ktoś z otchłani. – Jak? – Zapytała. – Nie pozwól mi się obudzić! Poczuła łaskotanie na lewej kostce. Wstała ledwo zachowując równowagę i spojrzała na swoje stopy, między nimi łasił się biały kot. Otworzyła oczy. Znowu siedziała na swoim fotelu ale zapadła już noc. Nie wiedziała ile czasu minęło. Przetarła zaspane oczy i ziewnęła. Na podłodze przed nią siedział kot z jej snu. *** Doktor Nowosilski oprócz prywatnej praktyki udzielał także bezpłatnych porad dla biednych których nie stać było na drogie wizyty u psychologa. Robił to głównie dla tego że większość jego klientów stanowili starsi, zamożni mężczyźni którzy przeżywali kryzys wieku średniego i nie potrafili zaakceptować zmian w swoim życiu. Tacy klienci zwyczajnie nudzili doktora więc by nie wpaść w rutynę, czasami przyjmował pacjentów z domu opieki społecznej. Pewnego popołudnia przewertował swój terminarz i stwierdził że tego dnia nikt nie był już z nim umówiony. Mając kilka wolnych godzin postanowił odwiedzić pewną starą pacjentkę którą nie widział już kilka ładnych miesięcy. Dopił zwietrzałą kawę, spakował do torby kilka teczek z aktami różnych klientów oraz książkę którą chciał przeczytać wieczorem. Sprawdził czy zabrał ze sobą wszystko czego potrzebował i zamknął swój gabinet. Po wyjściu z budynku oślepiło go słońce. Było bardzo gorąco i zanim doszedł do swojego starego forda nieźle się spocił. W samochodzie zmienił koszulę na świeżą którą zawsze woził na wszelki wypadek. Miał zamiar wybrać się do pani Augustynowicz, która od dwóch lat cierpiała na depresję i żyła samotnie na obrzeżach miasta. Po drodze zajechał do cukierni i kupił całą torebkę małych rogalików z makiem które starsza pani uwielbiała. Słońce nadal prażyło chociaż zaczęło już się chować za horyzontem. Doktor zaparkował samochód przed starym, opuszczonym domem należącym do pani Augustynowicz. Otworzył ostrożnie furtkę pamiętając o tym aby lekko ją podnieść ponieważ miała ona tendencję do wypadania z zawiasów. Przeszedł po zarośniętej ścieżce i dotarł do dużych, solidnie wyglądających drzwi. Zapukał mocno. Czekał kilka minut zanim kobieta mu otworzyła.

– Dzień dobry. – Przywitał się doktor. – Przyniosłem pani trochę rogalików. – Oznajmił podnosząc torbę do góry tak żeby kobieta mogła ją dobrze zobaczyć. Pani Augustynowicz uśmiechnęła się prawie niezauważalnie i zaprosiła doktora gestem ręki. W środku panował w przeciwieństwie do podwórza, względny porządek. Widać jednak było że osoba tu mieszkająca sprzątała od niechcenia, prawdopodobnie tylko z powodu przyzwyczajenia. Kobieta szła przodem, trochę szybciej od doktora i kiedy lekarz wszedł do salonu starsza pani stała już przy kredensie i szybko coś schowała do jednej z szuflad. – Napije się doktor herbaty? – Zapytała oschle. – Bardzo chętnie. – Proszę sobie usiąść. – Powiedziała już z kuchni. Nowosilski rozsiadł się w fotelu przy oknie. Wyjął z opakowania jednego rogalika i odgryzł kawałek. Wyborne. – Pomyślał. Po chwili usłyszał tupot małych nóżek i zaraz potem na jego kolanach znalazł się wielki biały kocur. Był wyjątkowo zadbany, sierść błyszczała mu w promieniach słońca a nosek był różowy jak u małego kociaka. – Nie wiedziałem że ma pani kota. – Powiedział. – Słucham? – NIE WIEDZIAŁEM ŻE MA PANI KOTA. – Powiedział głośniej. – Znowu ta cholera tu przylazła! – Wzburzyła się starsza pani. Po kilku sekundach wróciła do salonu z dwoma kubkami herbaty. Wręczyła jeden doktorowi który podziękował serdecznie. – Nie wiem czego ten sierściuch ode mnie chce i nie mogę się go pozbyć. Cały czas wraca. – Oznajmiła. Lekarz pogłaskał kota i wypił łyk herbaty. – Może panią polubił? – Zapytał z uśmiechem. – Przydałoby się pani towarzystwo, chociażby takiego sierściuszka. – Kobieta machnęła ręką lekceważąco. Kot zamruczał i rozsiadł się bezczelnie na kolanach mężczyzny. – Bierze pani leki? – Biorę. – Pomagają? Kobieta nie odpowiedziała. Napiła się herbaty i wzięła z torby rogalika. Ugryzła kawałek. – Wyborne. – Stwierdziła. Lekarz uśmiechnął się ponownie. – Nie odpowiedziała pani na moje pytanie. Kot wtulił głowę w brzuch doktora.

– Kilka dni temu zasnęłam na fotelu, tym na którym pan siedzi. Przespałam całe popołudnie. – To dobrze. Nawet bardzo dobrze. – Miałam taki dziwny sen. Dawno mi się nic nie śniło. – Proszę go opowiedzieć. Kobieta znowu machnęła ręką. – Bzdury same. Nie ma co gadać. – Oznajmiła ale lekarz nalegał dalej. – Śniło mi się błoto. Stałam w błocie a ja nie znoszę błota więc się zdenerwowałam. Później ktoś krzyczał. Z bardzo głębokiej dziury co wyglądała jak studnia. Pomocy wzywał. Zapytałam co mu jest a on odpowiedział że nie mogę pozwolić by się obudził. Chciałam zobaczyć kto to ale nie było widać bo dziura była za głęboka a później odwróciłam się a między nogami mi latał ten głupi kot. Obudziłam się i ten sam kot siedział na podłodze. Lekarz przełknął powoli kęs. – Chciałby nie pozwoliła mu się pani obudzić? – Zapytał zdziwiony doktor. – Tak. – Odpowiedziała niechętnie kobieta. – Domyśla się pani kto to mógł być? – Pytał dalej ale po minie którą zrobiła pani Augustynowicz stwierdził że to nie jest jeszcze czas na podejmowanie tego tematu. – Więc w śnie widziała pani kota który przypałętał się do pani domu? – Spróbował szybko zmienić temat. – Tak. – Wcześniej kręcił się gdzieś w pobliżu pani domu? Kobieta pokręciła głową. – Panie, ja go wtedy pierwszy raz zobaczyłam. Przebrzydłego kocura. Lekarz zmarszczył brwi. – Przyśnił się pani kot którego wcześniej pani nie widziała a który zaraz potem zjawił się w pani domu? – Dziwne prawda? Lekarz wytrzepał okruchy z dłoni. – Na interpretacjach snów raczej słabo się znam ale jest to na pewno odzwierciedlenie czegoś czego pani się boi albo czego pani pragnie. Chyba więcej nie muszę mówić, prawda? – Rozległo się bicie starego, nakręcanego zegara. Pani Augustynowicz zerwała się z fotela. – Niedługo zacznie się msza. – Oznajmiła. – Muszę się zbierać.

– Rozumiem. Przyjdę może innym razem. – Z panią Augustynowicz nie można było się kłócić. Kobieta odprowadziła lekarza do drzwi. – Pani Lidio. – Odezwał się w progu. – Tak? – Następnym razem niech pani spróbuje kontrolować swoje sny.

Rozdział 3 1 Września Emil spoglądał w okno. Widział przez nie puste szkolne boisko które przed chwilą było zapełnione pierwszoklasistami, takimi jak on, trochę zdenerwowanymi, trochę podnieconymi i z pewnością ciekawymi nowej szkoły. Teraz wszyscy powoli rozchodzili się po gmachu liceum szukając odpowiednich klas. Drzwi co chwilę się otwierały i do pomieszczenia wtłaczali się kolejni uczniowie śmiejąc się przy tym i żartując z innych. Próbowali tym sposobem ukryć stres który przeżywali. W końcu przycichły rozmowy prowadzone między grupkami znajomych i wychowawczyni, Pani Kowalczyk – zaczęła mówić. W połowie pierwszego zdania do klasy weszło jeszcze kilka osób. Na końcu przybyła spóźniona dziewczyna na którą tak jak na resztę klasy, Emil nie zwrócił uwagi. Wpatrywał się w okno wyczekując momentu w którym będzie mógł opuścić salę. Myślał o swoich snach które miewał przez całe wakacje, myślał też o rudej dziewczynie którą często w nich spotykał. Miał przeczucie że już więcej jej nie zobaczy, nie przejmował się tym jednak zbytnio. Czuł się nieswojo, jego życie bezwątpienia zaczynało się zmieniać ale on stał jakby z boku tego wszystkiego. Był obserwatorem własnej historii. Nie pierwszy raz przyszło mu do głowy że coś jest z nim nie tak jak być powinno. W gimnazjum często gościł w gabinecie szkolnej pedagog u której wizyty zawdzięczał swoim ospałym i nazbyt obojętnym zachowaniem na lekcjach. Niektórzy nauczyciele zauważyli że Emil był wyjątkowo cichy i często brakowało mu zapału do pracy. Pani Pedagog z którą Emil miał dobry kontakt, wiedziała że on po prostu taki był i nie dało się tego tak łatwo zmienić ale czasami sugerowała mu że wizyta u specjalisty wcale by mu nie zaszkodziła. Emil nie bardzo miał ochotę na takie spotkanie ale ostatnio zaczął się nad tym głębiej zastanawiać i doszedł do wniosku że jednak mógłby spróbować porozmawiać z jakimś psychologiem, przynajmniej miałby okazję powiedzieć o swoich problemach komuś kto naprawdę istniał. – Emilia Rostkowska. – Przedstawiła się spóźniona dziewczyna.

– Witaj Emilio, poszukaj jakiegoś wolnego miejsca. – Zaproponowała Pani Kowlaczyk. – Chciałabym przekazać wam kilka rzeczy. Emil nie słuchał nauczycielki ponieważ całą jego uwagę przykuła dziewczyna z jego snów. Poczuł że krew odpływa mu z twarzy a serce nienaturalnie przyspieszyło swe bicie. Przyglądał się jej aż nazbyt nachalnie co zauważył Arek, jego znajomy z gimnazjum który siedział obok niego. – Ejże Emilu! Ślinisz się trochę. – Wyszeptał. Emil zamknął usta i oderwał wzrok od Emilii, skupił go teraz na blacie ławki. Arek spojrzał ukradkiem na rudą dziewczynę i niczym wytrawny znawca stwierdził że – niezła z niej laska. – I chyba ci wpadła w oko koleżko. – Dodał ale Emil go nie słuchał. Jej obecność wywołała u niego burzę myśli, które jak to bywa w czasie nawałnicy, przelatywały przez jego umysł w całkowicie nieuporządkowany sposób. Odetchnął głęboko i gdy poczuł że szok powoli odpuścił, spojrzał znowu na rudą dziewczynę. Jak oparzony odwrócił głowę w drugą stronę. To nie może się być prawda! Ja chyba śnię. – Coś mówiłeś? – Zapytał Arek. Emil zaprzeczył. Muszę sobie znaleźć cholernie dobrego psychologa – pomyślał. Spotkanie nie trwało długo ale Emilowi zdawało się że wychowawczyni gadała całą wieczność. W końcu skończyła, nikt nie miał pytań więc pozwoliła klasie rozejść się do domów. Emil wyszedł ostatni, wciąż lekko oszołomiony. Arek i Sebastian zaproponowali żeby poszedł z nimi na piwo do parku ale Emil odmówił najdelikatniej jak potrafił i szybko ruszył w stronę domu. Musiał to przemyśleć, na spokojnie. To nie może być prawda. – Stwierdził kilometr później. – Wszystko mi się pomieszało. Ona mi się nie śniła, to jakaś bzdura. – Próbował się oszukiwać ale i tak dobrze wiedział jak było naprawdę. – Przeżyłem już pełno takich dziwnych sytuacji, przeżyję i to. Ona na pewno nic nie wie. Może ją już gdzieś widziałem i dlatego mi się śniła? Istnieje jakieś wyjaśnienie, do cholery! Musi się dać jakoś to wytłumaczyć. Dobra, koniec. – Pomyślał. – Jutro ją zapytam. Ona powie że nie wie o co chodzi i będzie git. Później pójdę do jakiegoś miłego psychologa który stwierdzi że wszystko sobie ubzdurałem, może przypisze mi jakieś tabletki na uspokojenie i wszystko wróci do normy. Na pewno. – Okłamał się po raz kolejny i przyspieszył kroku.

W domu zastał mamę która gotowała obiad. Poczuł zapach ryżu i kurczaka w panierce. Poprawiło to nieco jego podły humor. – Jak w nowej szkole? – Zapytała mama. Emil mocno się zastanowił. – Interesująco. – Odpowiedział nienaturalnym tonem. – To dobrze, chyba. Zjedli obiad wymieniając przy tym kilka nic nieznaczących zdań po czym Emil zaszył się w swoim pokoju. Przeczytał kilka stron powieści o Wiedźminie którą męczył od kilku tygodni ale nie mógł się skupić ponieważ cały czas myślał tylko i wyłącznie o rudej dziewczynie z jego klasy. Zastanawiał się jaka jest naprawdę i choć wiedział że to nie możliwe to pragnął żeby okazała się tą samą dziewczyną która gościła w jego snach. Z drugiej jednak strony opowiedział jej o sobie wszystko i gdyby okazało się że mówił do prawdziwej osoby a nie wyimaginowanej postaci to poczułby się okropnie. Wiedziałaby ona wtedy o nim wszystko, może nawet więcej niż on sam. Odrzucił szybko te myśli i spróbował zająć się czymś innym. Nic jednak nie mogło wymazać jej twarzy która cały czas pojawiała się w jego głowie. Bardzo ślicznej twarzy. Prawie do drugiej w nocy bronił się przed snem. Był potwornie zmęczony i czuł że długo już nie wytrzyma, bał się jednak zasnąć. Nie wiedział co zrobi jeśli znowu mu się przyśni, jeśli znowu go nawiedzi. Zaczął ją powoli nienawidzić za to że tak bardzo komplikowała jego życie. Nie pomagało ani czytanie książki ani słuchanie muzyki, oczy powoli mu się zamykały i czuł że odpływa. Raz kozie śmieć – pomyślał przykładając głowę do poduszki. Tej nocy nie przyśniło mu się nic co byłoby warte zapamiętania następnego ranka. Wstał równo minutę przed siódmą. Usiadł na łóżku i potarł kolana. Był zaspany i nadal zmęczony ale musiał się zbierać powoli do szkoły. W duchu przeklinał koniec wakacji. Dopiero teraz zdał sobie sprawę jak dobrze jest spać do południa. Wstał z łóżka w tym samym momencie w którym zapiszczał budzik. Wyłączył go i niezdarnie założył na siebie spodnie i skarpetki. Przypomniał sobie co czekało go tego dnia i od razu nieco spochmurniał. Nie miał ochoty iść do szkoły ale musiał, wcale nie z powodu uczniowskiego obowiązku. Musiał się dowiedzieć czegoś więcej o tym co zaszło a raczej zachodziło przez całe wakacje. Nie myślał o niczym innym. Zszedł na dół. Ojciec pił kawę a matka szykowała śniadanie. Pół godziny później wyszedł z domu na przystanek gdzie czekał na niego autobus zmierzający prosto do jego nowej szkoły.

Rozdział 4 Krystian tego dnia nie czuł się najlepiej. Bolała go głowa od ciągłego myślenia, rozważania i wyciągania chybionych wniosków. Miał wtedy 10 lat i był jeszcze dzieckiem więc siłą rzeczy nie rozumiał wszystkiego co działo się w świecie dorosłych. Jego rozsypująca się rodzina w końcu uległa całkowitej destrukcji a on nie mógł przyjąć do wiadomości tego że w jego życiu zaszły poważne i raczej nieodwracalne zmiany. Ktoś kto był mu najbliższy – odszedł. Nie wiedział jak sobie z tym poradzić więc nawet nie próbował. Siedział zwinięty w kłębek na łóżku i przeglądał stare komiksy. – Już późno. Czas spać. – Oznajmiła mama wchodząc do jego pokoju. – Nie mogę zasnąć. – No już. Wchodź pod kołdrę i zamknij oczy, to z pewnością pomoże. – Poradziła z uśmiechem na ustach który był tak fałszywy że dziecko nawet dużo młodsze od Krystiana by to wychwyciło. – Gdzie jest tata? – Zapytał chłopiec. Jego matka usiadła na łóżku obok niego. – Tata odszedł. Krystian spuścił wzrok. – A kiedy wróci? – Zapytał naiwnie. Matka odwróciła się tak by jej syn nie mógł zobaczyć jej twarzy. – Nie pora na takie rozmowy. No już! Zamykaj oczy. Eh, no dobrze, chcesz usłyszeć jakąś bajkę? Na buzi Krystiana pojawił się znikomy uśmiech. Mama spojrzała na półkę z książkami. – Może poczytać ci o Harrym Potterze? – Zapytała. – Chce usłyszeć bajkę o zamku. – Odparł malec. Kobieta podrapała się nerwowo po policzku. Westchnęła przy tym cicho. – To nie jest dobra opowieść na dobranoc. – Tata mi ją zawsze opowiadał! – Odparł chłopiec wyraźnie wzburzony. – No dobrze już. Ale najpierw zamknij oczka. Dobrze, więc był kiedyś, za wieloma górami i rzekami w dalekiej krainie zamek który stał na skale. Wznosił się wysoko nad lasem i wielką polaną. Było go widać z daleka, z bardzo daleka. Pewnego razu przez las wędrował chłopiec, był brudny, obdrapany i bardzo, bardzo zmęczony. Przebył wiele mil szukając schronienia przed bandytami którzy go ścigali.

Uciekał tak długo że już sam nie pamiętał za co go ścigano i dokąd zmierzał. Wędrował więc po świecie z nadzieją że w końcu dotrze do celu. Z daleka widział kraniec lasu i polanę która się za nim rozciągała aż po horyzont. Postanowił więc trochę odpocząć pod gołym niebem na trawie porastającej polankę. Wyszedł z lasu i położył się na ziemi. Czuł jak trawa głaszcze go po buzi a słońce przyjemnie rozgrzewa jego brzuch. W końcu odpoczął na tyle by kontynuować podróż. Dopiero kiedy wstał zauważył wznoszący się nad polaną zamek na skale. Może ten zamek jest schronieniem którego szukam – pomyślał. Ruszył w jego stronę. Droga była dłuższa niż myślał i gdy dotarł do bramy wejściowej zapadł już zmrok a on sam znowu był wycieńczony, do tego głodny. Zapukał w skrzydło bramy ale nikt mu nie otworzył. Czy ktoś tu jest?! Krzyknął. Nadal nie było odzewu. Zrezygnowany usiadł pod murem. Niebo zapełniło się gwiazdami a księżyc blado oświetlił całą polanę. Czego chcesz? Zapytał ktoś chłopca. Był to chudy chłopak, którego twarz pokryta drobnym zarostem odrobinę go postarzała. Włosy opadały aż do linii brwi. Szukam schronienia, odpowiedział chłopiec. Tajemniczy nieznajomy zastanowił się chwilę i rzekł – mogę cię wpuścić. W tym zamku nikt cię nie znajdzie, ty za to znajdziesz tam wszystko czego zapragniesz, jedzenie, łóżko, ciepłą kąpiel, wszystko co tylko sobie zażyczysz, jest jednak pewien warunek. Już nigdy nie opuścisz tego zamku. Chłopiec pomyślał przez chwilę. Miał do wyboru dalszą tułaczkę, która mogła trwać w nieskończoność albo wieczny pobyt w zamku gdzie znajdzie wszystko czego zapragnie. W końcu podjął decyzję… Krystian oddychał powoli ale jeszcze nie spał. Mama przerwała opowiadanie, pocałowała go w czoło i wyszła po cichu gasząc za sobą światło. Krystian przewrócił się na drugi bok. Pomyślał o swoim tacie którego tak bardzo mu brakowało. Nie wiedział dlaczego jego rodzice często się kłócili. Czasami poszło o pieniądze, czasami o pracę której ojciec nie mógł nigdy utrzymać dłużej niż dwa miesiące, czasami powodem były jakieś inne błahe rzeczy. To Krystian mógł zrozumieć ale czasami zdarzało się tak że rodzice kłócili się o niego. O to że ojciec pokazywał mu sztuczki z rękami których Krystian nie mógł do końca zrozumieć. Sztuczki te w zasadzie nie pozwalały mu czasami spać ale tata mówił że to normalne, na początku. Mama wściekała się że tata pokazywał mu takie rzeczy i że opowiadał mu dziwne historie, takie jak na przykład opowieść o zamku. Opowieść którą bardzo lubił. W końcu Krystian pomyślał o mamie i zastanowił się dlaczego ukrywała przed nim prawdę. Chwilę później obrócił się

na plecy i wyciągnął przed siebie dłonie dokładnie im się przyglądając. W końcu zamknął oczy i zasnął.

Rozdział 5 2 Września Autobus, tak jak przewidywał Emil, był już do połowy wypełniony zanim dojechał na jego przystanek. Gimnazjum mieściło się znacznie bliżej jego domu więc nie musiał tam dojeżdżać komunikacją miejską którą szczerze nienawidził. Tłoczenie się z setką ludzi w ciasnej, dusznej i bardzo głośnej puszce nie należało do przyjemnych, szczególnie dla niego ponieważ nie lubił przebywać w dużym gronie osób a przebywanie w gronie który napiera, ściska i zionie ciepłem było dla niego horrorem. Cudem znalazł skrawek wolnego miejsca przy uchylonej szybie gdzie temperatura była w miarę przyzwoita. Gwar wywołany rozmowami starszych i krzykami młodych zakłócał jego myśli a myślał głównie o tym jak będzie wyglądało jego nadchodzące licealne życie. Dojazdy do szkoły znienawidził jeszcze zanim dotarł tam pierwszy raz. Samej szkole nie miał nic do zarzucenia, przynajmniej na razie. Martwiło go jednak trochę to że każdy dzień będzie zaczynał z popsutym humorem. Przerwał na chwilę rozmyślanie i odwrócił głowę w stronę małego dzieciaka który rozdarł się nieprzyjemnie. Nie do końca rozumiał o co mu chodzi. Kobieta która zapewne była jego rodzicielką próbowała go uciszyć, niestety bezskutecznie co wywołało głośną dezaprobatę kilku starszych panów. Autobus skręcił ostro przechylając się dość mocno na lewo, po chwili ktoś z przodu zaczął się kłócić z pewnym panem który był dość nie trzeźwy i kiwał się jak metronom. Emil zaklął wulgarnie pod nosem. Wiele z podróżujących autobusem wysiadło na przystanku obok centrum handlowego. Zrobiło się znacznie luźniej co i tak nie bardzo pocieszało Emila. Na szczęście zdążył zająć zwolnione po jakimś staruszku siedzące miejsce, na nieszczęście – do szkoły zostało już tylko kilkaset metrów. Wychodząc z autobusu Emil mógł w końcu zaczerpnąć odrobinę świeżego powietrza. Poprawiło to nieco jego podły humor. Spojrzał na zegarek który informował że za kilka minut rozpoczną się lekcje więc przyspieszył nieco kroku i po chwili stał już przy głównym wejściu do szkoły. Liceum numer 5 znajdowało się na kilkunastometrowym wzniesieniu. Po prawej stronie ciągnęła się szeroka ulica, po lewej – u podnóża wzniesienia – było niewielkie jezioro, zwana potocznie Czarną Otchłanią – głównie z powodu swojej mulistej barwy. Naprzeciw szkoły, za

wysoką siatką postawioną w idiotyczny sposób na środku wzniesienia rozciągał się duży park który był dla uczniów szkoły świetną kryjówką. Chodzili tam w czasie długich przerw albo w czasie nudnych lekcji. Palili papierosy, pluli, klęli i ogólnie spędzali miło czas. Stojąc przy wejściu do szkoły widać było prawie cały park a raczej korony drzew które go porastały. Skupiając dobrze wzrok można też było obserwować ławki, przynajmniej te położone najbliżej szkolnego ogrodzenia. Z jednej z tych ławek ktoś energicznie machał w stronę Emila. Zauważył to a mając jeszcze w zapasie dwie minuty podszedł bliżej i rozpoznał Arka. – Siema. – Przywitał się podchodząc do siedzącego na ławce Sebastiana i stojącego obok Arka który kończył właśnie papierosa. – Siema. – Odparł chłopak podając Emilowi rękę. Sebastian kiwnął tylko głową którą miał skierowaną w stronę słońca, zabawnie mrużył przy tym oczy. – Kolejny rok szkolny, co? Znowu trzeba zapierdalać rano do budy. – Stwierdził niewybrednie Arek strzeliwszy przy tym niedopałkiem w stronę brudnego jeziora. Do pływającego peta po chwili podpłynęła zaciekawiona kaczka, połknęła go szybkim ruchem dzioba po czym z pretensją wbiła wzrok w Arka. Nie wyglądała na zadowoloną. – Mam tylko nadzieję że suczki dopiszą w tym roku. Nie Sebo? – Dodał z uśmiechem szturchając siedzącego obok kolegę. Zanim jeszcze zadzwonił szkolny dzwonek zdążyli przedyskutować kilka błahych spraw dotyczących liceum, dziewczyn i kasy której zawsze brakowało w ich budżetach. Arek w pewnym momencie przerwał swój wywód i wbił wzrok w przechodzącą obok dziewczynę. Miała ciemne, kasztanowe i lekko kręcone włosy które opadały na jej odsłonięte ramiona. Była wyjątkowo ładna a delikatny makijaż który nosiła podkreślał to jeszcze bardziej. Obcisła bluzka i spodnie działały na wyobraźnię, wywoływały w męskich głowach myśli które nie łatwo było opanować. Usta Arka ułożyły się w kształt małej litery o. – Niezła szprycha co? – Rzekł z podziwem w głosie, kumple przytaknęli – z przyzwyczajenia do przyznawania Arkowi racji. – Marta Wilczek. Cholera, wczoraj myślałem że to duże C ale dzisiaj panowie, z ręką na sercu przyznaje że to jednak niskie D. Mój ulubiony. – Dodał z uśmiechem. – Co ulubiony? – Zapytał Emil. – Rozmiar piersi oczywiście. – Odparł z wyczuwalną pogardą Arek. Emil westchnął.

– Ta panna zdecydowanie mieści się w moim top dziesięć najlepszych towarów w tej szkole. Ba, ona stoi zdecydowanie na podium. Słyszałem że chodziła ostatnio z jakimś karkiem ale podobno ją rzucił. Pewnie mu nie chciała dać. W sumie na pewno bo panna Wilczek to szanująca się laseczka, z byle kim się nie puszcza. – Oświadczył tonem specjalisty. – Długo ją znasz? – Co? Nie, wczoraj ją widziałem pierwszy raz ale od razu złapała mnie za serducho. – Powiedział dramatycznie łapiąc się przy tym za pierś. Emil uniósł brwi zdziwiony. – Nawet nie chcę wiedzieć skąd zdobyłeś tyle informacji w ciągu jednego dnia. – Drogi Emilu, informacja to klucz do sukcesu! – Oznajmił Arek przytykając palec wskazujący do czubka nosa. Zapewne chciał sprawić wrażenie kogoś sprytnego. Emil przytaknął tradycyjnie i spojrzał na zegarek. Zaklął pod nosem. Spóźnili się prawie dziesięć minut. Panu Dulskiemu który uczył geografii nie spodobało się to za bardzo więc mocno ich zbeształ i zapewnił że poniosą konsekwencje „swojej bezczelności” – jak to powiedział. W luźnym tłumaczeniu oznaczało to wiele godzin spędzonych nad podręcznikiem do geografii. Na Sebastianie nie zrobiło to jednak większego wrażenia, w przeciwieństwie do swoich kolegów miał obojętną minę i nie odwracał wzroku gdy Pan Dulski spoglądał w jego oczy. To jeszcze bardziej rozzłościło nauczyciela. Emil usiadł na końcu, obok jakiegoś chłopaka którego twarz była opanowana przez epidemię trądziku. Dopiero wtedy zobaczył rudą dziewczynę siedzącą w pierwszej ławce, tą która w tak brutalny sposób wtargnęła do jego życia podczas wakacji. Kiedy sobie o tym przypomniał jego humor jeszcze bardziej się popsuł choć myślał wcześniej że to nie możliwe. – Ale przypał. – Oznajmił szeptem pryszczaty chłopak siedzący obok. Emil cicho przyznał mu rację – NIE GADAĆ! – Huknął Dulski chociaż w klasie panowała względna cisza. Emil w myślach obrzucił geografa najgorszymi obelgami jakie znał. Lekcja dłużyła mu się straszliwie doprowadzając go do wściekłości. Nie chodziło tu tylko o nauczyciela który swoją dykcją, postawą i wyglądem przypominał nazistowskiego kata. Głównym powodem dla którego Emil pogrążał się w złości była… Emilia. Nie

lubił jej imienia a raczej tego że to właśnie ona je nosiła. Imię oznaczało pewne podobieństwo między nimi a Emil nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Nie do końca rozumiał to dlaczego czuje do niej taką niechęć, może chodziło o to że go bezczelnie okłamała. Jestem twoją wyobraźnią – mówiła. – Gówno nie wyobraźnia. – Pomyślał. Odwrócił wzrok w stronę okna przez które było widać cały park. Czarna Otchłań nadal zalegała na swoim miejscu a na jej powierzchni unosiły się rożne śmieci, gałęzie i płaty czegoś zielonego czego nazwy nie chciał nawet znać. – PANIE DĄBROWICZ. – Pan Dulski prawie krzyknął w stronę Emila. – Może skupi się pan na lekcji? Emil wbił wzrok z powrotem w blat ławki. Czepialski staruch! – Pomyślał zezłoszczony. W końcu usłyszał kojący dźwięk szkolnego dzwonka. – Co teraz? – Zapytał Arek już na korytarzu. Wokół tłoczyła się masa uczniów więc żeby gdziekolwiek dojść trzeba było praktycznie się przeciskać przez zdezorientowane grupki pierwszoklasistów. Arkowi to nie przeszkadzało dopóki pierwszoklasiści byli płci żeńskiej. Prawie całą przerwę zajęło im szukanie ich klasy której większość przebywała pod salą chemii. Emil zobaczył Emilię która stała w grupce z kilkoma dziewczynami. Przeszył go drobny dreszcz. Wiedział że musi z nią porozmawiać po to by w końcu wszystko wyjaśnić ale nie wiedział jak się do tego zabrać. Brakowało mu odwagi a poza tym dziwnie się czuł, coś go męczyło. Przyglądał się jej uważnie, może nawet zbyt nachalnie i w końcu zrozumiał o co mu chodziło. Na początku próbował to odrzucić, wymazać z umysłu - niestety bezskutecznie, w końcu musiał przyjąć do wiadomości że bardziej niż wyjaśnień pragnie po prostu posłuchać jej głosu, głosu który przynosił ukojenie i ulgę. Zanim jednak podszedł do niej minęła już przerwa i wszyscy wtoczyli się do klasy niczym bezmyślne stado owiec. Pani Lubomirska, nauczycielka chemii była całkowitym przeciwieństwem Dulskiego. Nie miała więcej jak 25 lat, była miła i od razu wzbudzała sympatię. Była także bardzo ładna dzięki czemu dla większości chłopaków szybko stała się ulubioną nauczycielką. Jednym z tych napaleńców był Arek który niewybrednie skomentował urodę Pani Lubomirskiej a także opowiedział ze szczegółami co by z nią chętnie porobił na długiej przerwie. Emilowi chemiczka też się spodobała ale jego myśli krążyły wokół kogoś

innego. Czuł się stremowany i coś bezustannie wierciło go w brzuchu. Tym razem siedział z Arkiem, w pierwszej ławce. Arek co chwilę szeptał mu do ucha dzieląc się z nim wrażeniami na temat różnych części ciała pani Lubomirskiej. Emila nie bardzo to interesowało ale nie przerywał koledze bo wiedział że i tak nic tym nie zdziała. Nauczycielka omawiała program nauczania i sposób oceniania, widać było że większość tego co mówi nauczyła się wcześniej na pamięć więc siłą rzeczy brzmiało to trochę sztucznie i nienaturalnie. Chłopakom to w ogóle nie przeszkadzało. Dziewczyny jednak trochę inaczej odbierały nową nauczycielkę. Niektóre odrobinę za głośno naśmiewały się z jej pomyłek i przejęzyczeń wyprowadzając ją z równowagi, widocznie podziw który budziła wśród męskiej części klasy nie bardzo im pasował. Lekcja mijała powoli ale w przeciwieństwie do geografii nie wzbudzała w Emilu chęci wyskoczenia z okna przez które patrzył na szkolny parking. Zobaczył mercedesa, który bezskutecznie lawirował między dwoma śmietnikami. Po chwili dało się usłyszeć głos kierowcy, który wyładowywał swoją frustrację używając niezbyt poetyckich zwrotów. Przekręcił głowę i spojrzał na Emilię, siedziała dwie ławki dalej. Przyglądał się jej przez chwilę do czasu aż ich wzrok się spotkał, odwrócił się udając że wcale na nią nie patrzył. Z pewnością zrobił jakąś głupią minę bo ruda dziewczyna i jej koleżanka obok roześmiały się cicho. Wraz ze zbliżającą się przerwą Emil odczuwał coraz większe napięcie. W końcu zadzwonił dzwonek. Przerwę Emilia spędzała znowu w gronie innych dziewczyn z klasy. Emil kolejny raz nie miał jak z nią porozmawiać. Mijały kolejne lekcje a tego dnia było ich w planie tylko pięć. Czas pruł do przodu a Emil był już tak zdesperowany że prawie poprosił Arka by ten pomógł mu odciągnąć jakoś Emilię od jej koleżanek. Na szczęście w porę się opamiętał, nie wiadomo co mógłby zrobić Arek w takiej sytuacji a znając go przeczuwał najgorsze. Wreszcie podczas ostatniej przerwy zmusił się do działania. Podszedł do grupki dziewczyn. – Muszę z tobą porozmawiać. – Powiedział z najpoważniejszą miną na jaką mógł sobie pozwolić. Emilia zmarszczyła brwi. – Mów. Emil lekko rozchylił usta. – Jesteś niedorozwinięty? – Zapytała jedna z dziewczyn i wszystkie głośno się roześmiały. – Muszę… chciałbym porozmawiać na osobności. – Dodał. Miał nadzieję że się nie jąkał. Za mocno.