wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 196 651
  • Obserwuję1 455
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 746 749

Wojciech Bieńko - A jeszcze nic nie zalatwione

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :814.2 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
W

Wojciech Bieńko - A jeszcze nic nie zalatwione.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion W
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 21 osób, 26 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 178 stron)

Spis treści Nigdy i nigdzie Ty jesteś noc A jeszcze nic nie załatwione

Więcej Darmowych Ebooków na: www.FrikShare.pl Nigdy i nigdzie

Sometimes it seems to us that we remember that lake and that summer. But in reality, what happened is only a caricature of itself, and maybe a caricature and a parody of what did not happen at all. And what is going to happen will be only a parody of what will happen. And maybe a parody of what will never happen at all, and maybe even a parody of what has never and nowhere happened and what could never and nowhere happen. W. V. Leavenworth, History of Eternity Wydaje się nam nierzadko, że pamiętamy tamto jezioro i tamto lato. Ale tak naprawdę to, co było, jest tylko karykaturą siebie, a może karykaturą i parodią tego, czego w ogóle nie było. Zaś to, co będzie, będzie tylko parodią tego, co ma być. A może parodią tego, czego w ogóle nie będzie, a może nawet parodią tego, co nigdy i nigdzie się nie wydarzyło, i co nigdy i nigdzie wydarzyć by się nie mogło. (tłumaczenie autora)

Między pierwszym a drugim piętrem schody były zerwane. Na pordzewiałym zbrojeniu wisiały odłamy betonu. Spojrzałem w górę i zobaczyłem kawałek nieba. Było prawie czarne. Przesuwały się po nim nieco jaśniejsze obłoki albo dym. – I jak? – wołał z dołu Adam. – Nijak. Przejdziemy tuż przy ścianie. I będziemy trzymać się strzępów zbrojenia. – Po kiego palanta my tam idziemy? – Możesz zostać. – To jak się nazywała? – Taszycka. Krysia Taszycka. – Była taka piękna? – Była najpiękniejsza. Dla mnie. Wtedy. Natknąłem się na kawałek wyślizganego stopnia i pomyślałem, że szlifowały go nasze kapcie. Krysi Taszyckiej i moje. Przeszedłem dosyć łatwo po wiszących stopniach i znalazłem się na korytarzu pierwszego piętra. Przeskakiwałem po gruzach. Drzwi do klasy były wyłamane, pogruchotane. Po chwili Adam stał przy mnie. – Gdzie to? – Tu. Te drzwi prowadziły do mojej klasy. Tamte następne, których nie ma – do jej. Weszliśmy. Było bardzo zimno. Ściany pokryte szronem. Dwa metry dalej zerwana podłoga. To znaczy właściwie jej nie było. Można było spaść na parter. Stałem w milczeniu. – Co czujesz? – Nic – odpowiedziałem. – A powinienem coś czuć? – Pewnie tak. – Nic nie czuję. A właściwie zaczynam coś czuć. – Konkretnie co?

– Ta ruina zaludnia się duchami. – Łyknij, to te duchy się zakolorują. – Poważnie? Wyjął płaską butelkę Stocka i podał mi ją. Pociągnąłem dwa łyki. – I? – Film czarno-biały. A może w sepii. Skąd to masz? – Znaleźli w piwnicach na Starym Mieście. Wyjąłem papierosy i go poczęstowałem. Zapaliliśmy. Stałem prawie nieruchomo i patrzyłem na dwie ściany, które pozostały z mojej klasy. Żałowałem, że nie było chociaż tablicy. Ale gdyby nawet była, to pewnie nie tamta. Tyle lat. – Wiesz – odezwał się – jeśli to byłby film, to przedziwnym zbiegiem okoliczności ona też powinna pojawić się teraz na tych zrujnowanych schodach. I nie powinniście się poznać. – To byłby cholernie chujowy film. – Innych nie ma. W filmach zawsze tak jest. Ale nie w tym. – Dlaczego? – Bo to jest dobry film. W oddali zagwizdała lokomotywa, po chwili zaszczekał pies. Ale też daleko. – Słyszałeś? – spytał Adam. – Coś takiego! Lokomotywa. – Powraca życie. – Nie wciskaj mi kitu. Stałem nieruchomo z przymkniętymi oczami. Te zrujnowane mury jeszcze żyły. Zobaczyłem korytarz z lśniącą podłogą i Krysię Taszycką w harcerskim mundurku, z chustą w kolorze buraczków na szyi. Zobaczyłem mojego najbliższego przyjaciela Stasia Pyrka biorącego wiraż na jednej nodze, z radosnym okrzykiem na ustach, że historyk jest chory i lekcji nie będzie. Ale nie byłem pewien, czy to wszystko działo się tutaj. Nie byłem pewien, czy to rzeczywiście kiedykolwiek miało miejsce. Nie znałem stosunku wymiarów tych dwu rzeczywistości. Nie wiedziałem, co było rzeczywistością; więcej – nie wiedziałem, jakie kryteria muszą spełniać obrazy, żeby można je było nazwać rzeczywistością.

– Adaś... Co to jest rzeczywistość? – W tym tonie jest patos, Tomeczku. Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, zejdź z pięciolinii i dorysuj dwie kreski na dole. Wysokiego „Ce” już nie ma. Podejrzewam, że nie będzie. – Ale to, do czego mnie namawiasz, jest rzeczywistością. Czy tak? – Jedyną. Przeszedłem dwa metry w lewo. Przedostatnia w środkowym rzędzie, gdzieś tu, stała moja ławka. Zewnętrznej ściany nie było. Widziałem pole pokryte śniegiem, a za nim rozwalone domy. Jakaś postać poruszała się po ruinach. Niezbyt dobrze widziałem, ale po chwili rozpoznałem faceta grzebiącego kijem w gruzach. – Może już wrócimy? – zaryzykował Adam. – Jeszcze nie. – Niedługo nastanie noc. – Teraz już zawsze będzie noc. Zejdź na dół i poczekaj na mnie. Chcę tu postać sam. Słyszałem, jak za moimi plecami schodzi po zniszczonych schodach. Podszedłem do ściany, zagarnąłem dłonią warstwę szronu. Było coraz zimniej i ciemniej. Wyszedłem z mojej klasy, przeszedłem tym, co zostało z korytarza, i wszedłem do jej klasy, czyli do III a. Taszycka stała na środku w harcerskim mundurku i śmiała się, pokazując piękne zęby. Podskakiwała w jakimś dzikim tańcu. – Przestań – powiedziałem – taka nigdy nie byłaś! Byłaś poważna i skupiona. Pamiętam, jak na akademii ku czci recytowałaś wiersz. Miałaś krzywe nogi, które ubóstwiałem. – Nieprawda – powiedziała. – Byłam właśnie taka! – Ale teraz jesteś parodią siebie! – Tomku. – Wskazujący paluszek podniosła na wysokość oczu. – Posłuchaj: począwszy od średniowiecza, wszystko jest parodią siebie. Twoja destrukcja, a ściślej destrukcja całego świata, zaczęła się w momencie, gdy zdecydowałeś nie przyjmować tego do wiadomości, gdy zdecydowałeś, że nie będziesz w to wierzył... – Spotkam cię jeszcze? – Po co? Chociaż parodia parodii może być prawdą. Ale prawda, jak wiadomo, zawsze jest straszna!

– Bzdury! W kącie leżał pogruchotany stolik. Podszedłem do niego. Oczywiście! Nie ma już ławek. Teraz w klasach znajdują się stoliki. Kopnąłem powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą podskakiwała Taszycka. Wygrzebałem skórzany pas, podarty zeszyt, jakiś aluminiowy kubek. Rzeczywiście była to parodia. Z dołu trzykrotnie jęknął klakson. Niecierpliwili się. Zbliżałem się do krawędzi zgruchotanego stropu. Stali przy łaziku. – Pośpiesz się! – wołał Adam. – Za dwadzieścia minut zamkną przeprawę na Wiśle! – Już idę! – zawołałem. Ale stałem jeszcze w klasie III a. Bo wiedziałem, że już tu nie wrócę. Zapadał zmrok. Wiatr porwał resztki zeszytu. Wyszedłem na korytarz, ale Taszyckiej już nie było. Być może jej twarz zajaśniała jeszcze na zakręcie korytarza, z którego szło się do stołówki. Adam Adamem, ale co powie kapitan Rozwirski? A właściwie, co ja mu powiem? Że zeszło mi trochę na oglądaniu gruzów? Nie, nie spyta o nic. Adasiowi też nie mogę powiedzieć, że spotkałem Taszycką. Że była i że sobie pogadaliśmy. Spytałby, czy dobrze się czuję. Wyskoczyłem na ulicę ze sterty gruzu, która zalegała w drzwiach. – Przed nocą na Powiślu będzie elektryczność! – krzyczał do mnie Rozwirski. – Przed chwilą dzwonili do mnie na komórkę z komendy garnizonu! – Widzisz! – Adam podzielał jego entuzjazm. – Czy to jest cholernie dobra wiadomość? – zapytałem. Adam spojrzał na mnie uważnie, ale nic nie powiedział. Rozwirski puścił gwałtownie sprzęgło, dodając gazu. Łazik z piskiem opon ruszył w kierunku tunelu alejki Odrowąża. – To jest bardzo dobra wiadomość – krzyknął kapitan, kaszląc pod wiatr i wypluwając kurz spomiędzy warg. – Czemu pan się tak śpieszy? – spytałem. – Przed zamknięciem przeprawy chciałem jeszcze wpaść na Markowską! Obiecali kilka puszek. – Przypomina mi się czterdziesty piąty rok. Jak Ruscy weszli od Pragi.

– I jak stali, aż wykrwawi się Powstanie – dodał Adam. – A daj już spokój z tymi analogiami – warknąłem. – Wie pan – zaczął znowu Rozwirski – tu, na rogu Wincentego i Odrowąża, Niemcy zabili mojego ojca w czterdziestym trzecim... Przerwał, bo zaświergotał mu telefon komórkowy. Dobył go lewą ręką, prawą prowadził, coś tam mamrotał, potakiwał, lekko się roześmiał, potem wyłączył aparat i już zamilkł. Zaczął siąpić deszczyk. Ostrzegali, że był niebezpieczny, bo niósł tam coś ze sobą, jakieś kwasy czy jonizację. – Już nie pojedziemy na Markowską – meldował Rozwirski. – Południowa Praga odcięta. I od jutra nie ma przeprawy przez Wisłę. – Co się stało? – spytałem. – Nowe tąpnięcie. Domy się walą. Zupełnie nagle, z minuty na minutę, niebo przejaśniło się i niewiele brakowało, a zobaczylibyśmy słońce. Zniknęło już za horyzontem, ale zostawiło po sobie piękną zielonoczerwoną łunę. – O Boże! – powiedział Adam. – Co cię tak rozczula? – Spojrzałem na niego. Milczeliśmy. Łazik podskakiwał na wybojach. Rozwirski sprawnie wymijał poskręcane szyny, uniesione płaty asfaltu i kamienie. Ulica 11 Listopada była częściowo zalana wodą. – Skąd ta woda? – zapytałem. – Nikt tego nie wie – odpowiedział Adam. Powiał bardzo silny wiatr i jasność zniknęła. Niskie chmury przesuwały się bardzo szybko z zachodu na wschód. Poczuliśmy zapach spalenizny. – Coś gdzieś się pali? – spytałem. – To zapach wojny – odpowiedział Rozwirski. – Jak byłem mały, matka mówiła mi, że to zapach wojny. Zapamiętałem. – Ale wojny nie ma – upierałem się. Nikt mi nie odpowiedział. Patrzyłem na szyny tramwajowe uniesione do góry i pogięte. Szyny, po których jeździła „trójka” i „jedynka” pod koniec lat czterdziestych. Jeździłem tymi tramwajami na Pragę. Do kina „Syrena” na Inżynierskiej albo do wesołego miasteczka na rogu Zygmuntowskiej i Targowej. Wiatr przyniósł niespodziewanie mroźne powietrze, więc otuliliśmy się szczelniej wojskowymi płaszczami.

Na końcu Ratuszowej, przy Ogrodzie Zoologicznym, stała kolejka samochodów do przeprawy. – Ładna historia – burknąłem. Rozwirski bez zmniejszania szybkości wyminął kolejkę z lewej strony, podjechał do posterunku i pokazał jakąś przepustkę. Trzech żołnierzy ją sprawdziło, potem zatrzymali kolumnę i nas puścili. Most pontonowy kołysał się dosyć mocno i nasza przeprawa trwała około piętnastu minut. – To wszystko nie ma sensu – powiedziałem do Adama. – To jedno ma sens. – Mówisz głupstwa, w które sam nie wierzysz. – A co chciałbyś robić? – spytał Adam. – Nic. Nie chcę robić niczego. – Tak się tylko mówi. Dostaniesz jedzenie i ciepły kąt. – A tego jedzenia na ile wystarczy? Jechaliśmy już Wisłostradą. Mijaliśmy spalone wraki samochodów, porzucone samochody z powybijanymi szybami. Nigdzie do tej pory, prócz żołnierzy, nie spotkaliśmy żywego człowieka. Z Zamku Królewskiego została tylko wschodnia ściana. Puste otwory okienne patrzyły na nas ze zdziwieniem. W niektórych poruszały się resztki ram i zasłon. – Jaki to zespół? – spytałem Adama. – Chodzi ci o liczebność? Siedem osób. – Kto to jest? – Znany ci będzie tylko Kolczyński. Pamiętasz „Fantazego” w Teatrze Telewizji? – Pamiętam. – No, to tylko on. Reszta z prowincji. Jest dziewczyna. Klaudia Wierzbicka. Mówi ci coś to nazwisko? – Nie. – Grała w Olsztynie czy gdzieś tam. Ale jest dobra. – Kto wpadł na taki pomysł? – Właśnie ona. Szukała mnie i znalazła. I pytała też o ciebie. – Widziała „Grabarzy”? – Nie wiem. Będziesz miał okazję jutro ją spytać. Sugerowała także, żeby to byli właśnie „Grabarze”. – Żadnego sensu. Zarówno w wyborze tytułu, jak i w całym pomyśle.

– Powiesz jej to jutro. Skręciliśmy w Tamkę. I tu ujrzałem pierwszego człowieka. – Niech się pan zatrzyma, kapitanie – powiedziałem do Rozwirskiego. Zahamował gwałtownie, skręcając ku krawężnikowi. Tamten stanął i spojrzał na nas. Ale bez lęku. – Pan z Warszawy? – spytałem. – Nie. Z Góry Kalwarii. – Jak tam? – Nie ma nic prawie do samej Warki. – To znaczy? – Zapadło się. A i częściowo wybrzuszyło. Mówią, że morze dojdzie do Łodzi. – A co pan tu robi? – To samo co inni. Zachowały się podobno jakieś rezerwy żywności. Ma być elektryka. – Znalazł pan coś? – Na Woli rozszarpali resztki magazynów. – Dokąd pan idzie? Nie odpowiedział i odszedł w swoją stronę, a my ruszyliśmy. Adam zmarkotniał. Prawdopodobnie wiedział, o co mogę go spytać. Jechaliśmy Tamką pod górę. Potem straciłem orientację. W stertach gruzu przeorano płytkie wąwozy. – Chciałbym cię o coś spytać, Adasiu – powiedziałem. – To lepiej nie pytaj. Twoje wątpliwości zweryfikuje rzeczywistość. – Generał chce pana widzieć – wtrącił Rozwirski. – Wie pan o tym? Jutro o dziewiątej. – Nic nie wiem. A niby po co? – Nie wspomniałem ci? – rzucił Adam. Byłem pewien, że to blef. Nie wspomniał, bo bał się, że mogę odmówić. Generała Karonia znałem tylko z nielicznych fotografii. Pamiętałem jego twarz jak przez mgłę. Wiedziałem, że jest taki. Dosyć młody i rzutki. Jakaś wypowiedź w telewizji czy coś takiego. – To komunista? Z ekipy Jaruzelskiego? – spytałem. – Panie Jabłczyński – wtrącił, jak mi się zdawało, dość ostro Rozwirski – co to dziś znaczy „być komunistą”?

– Nie zastanawiałem się. Wystarczy chyba należeć do poprzedniej ekipy... Wjechaliśmy z rozmachem na jakieś podwórko. – Gdzie jesteśmy? – To Ordynacka. Zachowało się co nieco na parterze. Ma pan tu kwaterę. Po stercie gruzu w górę i w dół. Korytarzem bez stropu, potem w prawo i – marmury. Spory hol, na nim kilka polowych łóżek, żołnierze i cywile. Adam otworzył drzwi kluczem. Weszliśmy do sporego pokoju z dwoma tapczanami. Wąski stół, trzy fotele. Adam wyjął zapałki i zapalił lampę naftową. – O dziwo, mamy sporo nafty. Wiesz, czego nie ma? Knotów! Będziesz dzielił tę kwaterę ze mną. Podszedł blisko i położył mi rękę na ramieniu. – Stary – powiedział zmęczonym głosem – byle tylko była elektryczność. Damy radę – wierz mi. Obejdziemy się bez słońca! Będą kwarcówy! – Komunizm to władza rad plus elektryfikacja całego kraju – odpowiedziałem. Usiedliśmy naprzeciw siebie. Odruchowo sięgnąłem po papierosa. Ale wymacałem tylko pustą kieszeń.

– Powiesiłem Engelsa. Specjalnie, żeby się wkurwiali! Patrzyłem na ten wizerunek na ścianie, patrzyłem też na Karonia i nie czułem się wkurwiony. – Dlaczego chciał pan mnie widzieć, panie generale? Sięgnął po papierosy, poczęstował mnie, zapaliliśmy. – Papierosy pan ma? – Nie mam. – Niech pan bierze. Jakie? Marlboro, goldeny, kamele? – Marlboro. Wyjął dwa kartony. – Niech pan bierze. Na razie tyle. Patrzyłem, jak łapczywie zaciąga się dymem. Wydawało mi się, że nie bardzo wie, od czego zacząć. Był chyba blisko Wileckiego, przypomniałem go sobie, wiedziałem, że został odsunięty, bo czemuś tam się sprzeciwiał. Mógł mieć koło pięćdziesiątki. Był szczupły i wysoki. Trochę pozował z tym płaszczem zarzuconym na ramiona, żeby sprawiać wrażenie podejmowania decyzji w biegu. – Przypuszcza pan, że nie wiem, od czego zacząć, co? Otóż wiem, i to dobrze. Widziałem chyba wszystkie pana prace. Począwszy od „Wujaszka Wani” w Krakowie, w sześćdziesiątym siódmym, skończywszy na „Grabarzach” w telewizji pół roku temu. Zamilkł na chwilę, usiłując strząsnąć z papierosa mocno trzymający się słupek popiołu. Potem szeroko rozczapierzoną dłonią dotknął szkła na biurku. Gdy ją odjął, zobaczyłem wilgotny ślad. Spojrzał mi prosto w oczy. I patrzył tak przez dłuższą chwilę. – Wiem, o co pan spyta – powiedział cicho. – I zaraz panu odpowiem. Wie pan... Przed godziną dostałem wiadomość przez satelitę... Nie ma Australii... – Nie ma? Pokiwał przecząco głową, wypuszczając dym nozdrzami.

– Nie ma. Oparł ręce na biurku i nachylił się do mnie. – Nie ma – powtórzył. – Już taki oderwany, zdałoby się, fakt zmienia radykalnie nasz obraz świata. I co teraz robić? – Wystawić „Grabarzy” w Ateneum. – Zgadł pan! Wszedł żołnierz i przyniósł na tacy dwie wielkie filiżanki kawy. Wyprężył się, zasalutował i wyszedł. Nabrałem powietrza, nasypałem cukru, wypiłem dwa łyki. – Panie generale – powiedziałem – asteroid długości dziesięciu kilometrów pierdolnął w Pacyfik, fala wysokości stu metrów zmiotła połowę Europy, Australii – jak pan sam powiedział przed chwilą – nie ma, połowa Ameryki Południowej zapadła się, w Europie Środkowej przeżyło prawdopodobnie kilka milionów, Polski właściwie nie ma. Taki jest stan rzeczy. A pan mnie ściąga i chce, żebym w pustej Warszawie, w cudem ocalałym teatrze Ateneum wystawił „Grabarzy”? – Tak. – Dlaczego? I dla kogo? Spojrzał w okno, bo akurat koparka rozwaliła ścianę i podniósł się tuman kurzu. – Na jak długo – mówiłem dalej – wystarczy panu żywności, paliwa, energii, lekarstw? Milczał. Po szybko wypitej kawie zapalił następnego papierosa. Zaczął mówić z nagła, dość cicho i bardzo spokojnie. – Kiedyś, jak się uda, odpowiem panu bardziej szczegółowo na te pytania. Wierzy pan w Boga? – Nie. – Ja też nie. Ale gdyby pan wierzył, powiedziałbym teraz panu, że Bóg daje nam szansę. Szansę stworzenia nowego świata. I my go stworzymy. Stworzymy socjalizm i komunizm. Nie, niech pan tak na mnie nie patrzy, nie jestem szaleńcem. – Generale – uśmiechnąłem się. – To się przecież nie udało. – Bo nie było warunków. – A teraz zaistniały? – Tak. Ale ja nie mam zamiaru pana przekonywać. Chcę tylko, żeby pan

mi wystawił „Grabarzy”. Jest zespół aktorski, ludzie chcą coś robić. – A widzowie? – Jeśli pan zacznie, porozmawiamy. Wie pan, jeśli ludzie zobaczą teatr, jeśli uwierzą, że powraca życie... – To zapomną o chlebie. – Tego nie mówię ani na to nie liczę, ale tak myślę, że skoro... Że skoro mamy zacząć odbudowywać, to... To teatr powinien być. Powinien być pierwszy. No, jeden z pierwszych. Spojrzałem w okno, za którym spadały powoli wielkie, mokre płaty śniegu. – Idzie zima – powiedziałem. Karoń nie obejrzał się. Patrzył mi prosto w oczy, przez mnie, niewidzącymi oczami. Myślał o czymś intensywnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. – A co z Holoubkiem? – spytałem. – Słucham? – Wyrwany z zamyślenia nie bardzo wiedział, o co chodzi. – Holoubek? Podobno widziano go we Wrocławiu. Wraca. Da pan wiarę, że Wrocław nietknięty? Ale na pewno nie będzie miał nic przeciw temu, żeby wystawić „Grabarzy”. Wie pan... Tak pomyślałem... To będzie znicz nad gruzowiskiem. Taki znicz jest potrzebny. Powiem więcej – konieczny. To jest początek życia. – Życie zaczyna się od teatru? Zaczął mówić po chwili, dość cicho, a dodatkowo ściszał głos coraz bardziej. Przez chwilę sądziłem, że gra, że małpuje, ale zaraz pojąłem, że się mylę. Mówił serio. Byłem pewien, że zdaje sobie sprawę z absurdalności i groteskowości sytuacji. Kontynent skazany był na zagładę. Chmury pyłu uniemożliwią wegetację. Nie ma wody i energii. Transport węgla ze Śląska jest prawie niemożliwy, nie... To wszystko nie ma sensu... – Myśli pan, że to nie ma sensu, prawda? A kiedy miało? Pyta pan, czy życie zaczyna się od teatru? „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Zgadza się? A tak między nami, pan wie, czym jest teatr? Zaskoczył mnie. – A pan wie? – spytałem. – Może wiem, ale... Wolałbym, żeby pan mi to powiedział. Teatr nie jest

odbiciem rzeczywistości, prawda? Rozsiadłem się wygodnie i sięgnąłem po filiżankę, w której kawa prawie już wystygła. Wypiłem. Piłem powoli, małymi łykami, a następnie zapaliłem papierosa. Kochałem to credo. Wypowiadałem je tyle razy. Jako rzuconą od niechcenia myśl, jako wykład, jako rozkaz, jako głos w dyskusji. Teraz... Teraz zabrzmi ono jako zaklęcie: „Niech stanie się życie!”. Niech zginie śmierć! – Tak – zacząłem – teatr nie jest odbiciem rzeczywistości. Mimo, że zawiera jej elementy, używa jej klocków, nie daje ani recepty, ani nawet diagnozy. Teatr jest osobną rzeczywistością, nową. Stworzyć teatr to znaczy stworzyć nową rzeczywistość, autonomiczną, niezależną. Nie może się ona zawalić, musi trwać samodzielnie, musi być spójna i niesprzeczna, choć czasem autodestrukcyjna. Słyszał pan trochę o ogólnej teorii względności? – No, mniej więcej. – Właśnie. Promień światła biegnący w pobliżu wielkiej masy ulega zakrzywieniu. Obecność materii zakrzywia przestrzeń. Ale nikt nie wpadł na to, że zachodzi też implikacja odwrotna: jeśli zakrzywić przestrzeń – pojawi się masa, materia. W taki oto sposób materia powstaje „z niczego”, poprzez ugięcie przestrzeni. To właśnie jest teatr – umieć zakrzywić przestrzeń. Powstaje nowa rzeczywistość. Recepta jest prosta. Ale realizacja! Ho! Bezfiltrowego peta trzymał przy samych wargach. – A niebezpieczeństwo? – spytał. – Oczywiście, że jest. Nie można zbytnio zagiąć przestrzeni. Powstaje masa o takiej gęstości, że światło się z niej nie wyrwie. Czarna dziura. Były takie przypadki. Niedawno jeden w Polsce. Rzeczywistość, która sama zamknie się w sobie. – Potrafiłby pan? – Może. Zamilkliśmy. Wiedziałem, że o to, co najważniejsze, spytać go nie mogę, bo nie odpowie. Wiedziałem, że tak mocno zagiąć przestrzeń potrafi kilku ludzi na świecie. Ściślej: potrafiło, bo już ich nie ma. Zapłacili swoją cenę. Sięgnął do szuflady, wyjął telefon komórkowy. – Niech pan go weźmie. Tu, pod folią, jest przylepiona karteczka. Na niej trzy najważniejsze numery. Dwa pierwsze do mnie, trzeci do mojego zastępcy, generała Dubiela. On jest o wszystkim poinformowany. Gdyby

mnie szlag trafił... Może pan żądać wszystkiego. No, w miarę moich możliwości oczywiście... W tym momencie go zrozumiałem. To nie był wybryk wysokiego rangą wojaka, który nagle zyskał władzę absolutną. Karoń znał przyszłość. Wiedział wszystko. – Widzi pan – powiedział wstając – to wszystko może zniknąć, może nikt nie przeżyć, ale... Wstałem i ja. – Niech pan nie kończy – powiedziałem. – Generale... Ale, tak między nami, wydaje się, że przecenia pan moje możliwości. Udał, że nie słyszy. – Panie Jabłczyński, niech pan jedzie, łazik czeka na pana. Oni też pewnie już czekają. Ma pan do pomocy Adama. Mieli być o dziesiątej.

Pedro Antonio Diaz Almeida y Gosset, sfrancuziały Hiszpan, napisał „Grabarzy” w 1863 roku. Sztuka jest tak samo mało znana jak jej autor. Przełożył ją w 1932 roku Tadeusz Boy-Żeleński, jak sam pisał – „przez przypadek”. Polska prapremiera odbyła się w Wilnie 18 stycznia 1933 roku. Przeszła właściwie bez echa, a spektakl zdjęto z afisza po dwunastu przedstawieniach. Ówczesny krytyk, Edmund Wierchowicz, rzucił kilka pochwał pod adresem Antoniny Guc-Wieliskiej w roli Elwiry. Nie wiem, dlaczego sztuka padła. Aleksander Kamiński wystawił ją po wojnie, bodaj w roku 1947, w Łodzi, gdzie też nie święciła triumfów, mimo pięknie zbudowanej Elwiry w wykonaniu Małgorzaty Burek-Leśniewskiej. Postać autora owiana jest mgiełką niedopowiedzeń. Napisał tylko dwie sztuki, które prawie całkowicie poszły w niepamięć. „Grabarze” byli podobno w międzywojniu wystawiani we Francji. Almeida y Gosset, ciężko ranny w pojedynku, zmarł w wieku trzydziestu czterech lat, całkowicie zapomniany. Wymieniany jest tylko w obszernych encyklopediach i słownikach teatralnych. I to w kilkuwierszowych notkach. Na sztukę zwrócił moją uwagę Zygmunt Hübner wkrótce po objęciu dyrekcji Powszechnego i – jak mówił – miał zamiar się do niej przymierzyć. Sam pomysł utworu jest dość prosty i niezbyt oryginalny, a treść można zawrzeć w kilku zdaniach. Rzecz dzieje się w końcu osiemnastego wieku w podupadłej rodzinie szlacheckiej. W rozwalającym się pałacyku mieszka Henryk z daleką kuzynką i ciężko chorym, a właściwie umierającym, ojcem. Ta właśnie kuzynka ma na imię Elwira. Henryk się w niej podkochuje. Z jakiejś tam wojny powraca Juan, niegdysiejszy przyjaciel Henryka, którego ten ostatni przygarnia jako biednego i nieposiadającego środków do życia. Powstaje typowy trójkąt napięć i antagonizmów emocjonalnych, ponieważ dwaj panowie kochają się w Elwirze. Można powiedzieć – banał. Panienka trzyma ich na dystans. Umiera ojciec Henryka, a przyjaciel profesor Carlos, który dowiedział się o tej śmierci, przybywa do jego pałacu. Od obu młodzieńców

jest zdecydowanie starszy i przewyższa ich mądrością, wiedzą i doświadczeniem. Rozwiązania, które narzuca się samo – nie ma. Bo to on powinien zainteresować Elwirę i na ich oczach powinna się ona skłonić ku niemu. Nietuzinkowość sztuki polega na tym, że właśnie teraz, w obecności Carlosa jako katalizatora, rozwija się romans, a właściwie rozpustny związek Elwiry z dwoma kawalerami jednocześnie. Domyślamy się, że mogło to zaistnieć dopiero w obecności Carlosa, który jest jakby reżyserem całej akcji. Zresztą pod koniec sztuki on sam także dołącza do kochanków Elwiry. Juan i Henryk mordują się wzajemnie, zaś Carlos odjeżdża z Elwirą. Jeśli odpowiednio odczytać i zainscenizować tekst, Elwira uosabia Śmierć, która w tej sytuacji jest tożsama z miłością, a Carlos, który ją instruuje, aktywizuje i kontroluje, może być zinterpretowany jako szatan. Juan i Henryk pogrzebali się sami, są grabarzami samych siebie. Dopiero w takiej interpretacji sztuka nabiera odpowiedniej plastyki i wymiaru. Zaś brak tejże interpretacji tłumaczy, że padła w Wilnie przed wojną i w Łodzi po wojnie. Odczytana płasko i wprost staje się tuzinkowym romansidłem, no, może trochę udziwnionym. Jestem przekonany, że Almeida y Gosset tę właśnie interpretację ukrył jako podtekst. A jeżeli nawet nie, to dla inscenizatora niezwykle satysfakcjonujące jest takie przeświadczenie, zwłaszcza jeśli interpretacja pasuje do partytury. Takie odczytanie wymaga jednak gwiazdorskiej i mistrzowskiej obsady. Cięcia tekstu i – mówiąc na ucho – dopisanie kilku zdań, kierunkują tekst we właściwą stronę. Zrobiłem „Grabarzy” w Teatrze Telewizji jeszcze pod dyrekcją Jerzego Koeniga, trzy lata temu. Henryka grał Fronczewski, Juana – Olbrychski, Carlosa zaś Gajos. Elwirę zbudowała koncertowo Pola Raksa. Piotr Fronczewski wydawał mi się do roli Henryka jedyny. Jest bowiem, jak go nazywam, aktorem wieloznacznym. Podawany przez niego tekst brzmi dwuwarstwowo. Rozumiem przez to fakt, że sprawia on wrażenie, iż wyrażana myśl ma sens podwójny: zewnętrzny – dosłowny, i ten drugi – ukryty głębiej, podskórny, który wyrażony jest szyfrem. Sztuka była wydarzeniem, zdobyła jakieś nagrody i była powtarzana. Teraz tej obsady nie miałem. Pewne było, że Elwirę zagra Klaudia Wierzbowska, której możliwości znałem w bardzo ograniczonym stopniu. Reszta obsady była zupełną niewiadomą. Kolczyńskiego przypominałem sobie niewyraźnie z jakiegoś głupiego serialu i nieco wyraźniej

z „Fantazego” w telewizji. Niewiele mogłem o nim powiedzieć. Wyszliśmy z Adamem koło dziesiątej. Łazika oczywiście nie było i musieliśmy dojść do Ateneum na piechotę. Powiśle nie było mocno zniszczone i środkiem jezdni dało się iść w miarę swobodnie. Szliśmy w milczeniu. Adam odezwał się dopiero przed drzwiami. – Zrobisz to samo, co w telewizji? Zatrzymaliśmy się na moment. Patrzył mi prosto w oczy. Był moim rówieśnikiem, kiedyś trochę reżyserował, ale bez większych sukcesów, następnie sporo pisał o teatrze; jego krytyki i eseje były celne, zawierały interesujące obserwacje. Nie był lubiany, bo nie był „kolesiem”. Walił bezpardonowo, omijano go, spychano. Trochę za dużo pił, miewał długie okresy, kiedy nie było go widać – znikał. – Nie mogę – odpowiedziałem. – Nie mogę zrobić kalki, ale chciałbym, aby Elwira była Śmiercią. Jest jedna. Żeby była inna, należałoby ją stworzyć. – To prawie niewykonalne – dodał po chwili. Weszliśmy. Wewnątrz było zimno. Przeszliśmy korytarzykami i zza kulis weszliśmy na scenę. Wiele razy później przypominałem sobie ten moment i za każdym razem odnosiłem to samo zapierające dech wrażenie. Po prostu nie mogłem oderwać od niej oczu. Nie była piękna. Na upartego można by ją było nazwać nieciekawą czy nawet brzydką. Siedziała w pierwszym rzędzie, z nogą założoną na nogę, tak że było widać majtki. Była krótko ostrzyżona, ufarbowana na czarno, dość pełna na twarzy, miała wydatne usta i bardzo jasne, przejrzyste, bladobłękitne oczy. Nie była podobna do Śmierci. Była Śmiercią. Dość niska, o niezbyt foremnych nogach, siedziała z ręką na oparciu krzesła. Ta ręka podpierała głowę. Patrzyła mi prosto w oczy, jakby poprzez mnie. Podszedłem prosto do niej i podałem jej rękę. Dłoń miała krótką, dość grubą, ale suchą i ciepłą. – Dlaczego „Grabarze”? – spytałem. Wstała. – Bo chciałabym zagrać Elwirę inaczej niż Raksa. Dwa miejsca od niej siedział Kolczyński. Wstał, żeby się przywitać. Teraz

dobrze go sobie przypominałem. Mocno łysiał. Kiedyś grał w Warszawie, potem jeździł na Zachód, coś robił w Stanach, zdaje się załapał jakiś epizod w filmie. Drugiego właściwie w ogóle nie znałem. Przedstawił się jako Zaleczko. W trzecim rzędzie siedziało jeszcze kilka osób, z którymi poznał mnie Adam. Moją uwagę zwrócił chłopak, który chował się za innymi, chłopak o wielkich, wilgotnych oczach i natchnionym spojrzeniu. Podobał mi się. Pomyślałem, że mógłby zagrać Henryka. Ale byłem przekonany, że przymierza się do tego Kolczyński. Wziąłem sobie wysoki stołek i usiadłem na scenie w miejscu, gdzie padało pionowo ostre światło. – Weź sobie stolik i siadaj tu przy mnie – powiedziałem do Adama. Zrobił to i przez dłuższą chwilę milczeliśmy, patrząc w oczy tym, którzy siedzieli na widowni. Patrzyłem Klaudii prosto w oczy. Ona w taki sam sposób patrzyła na mnie. Zwróciłem się do chłopaka. – Nie znam pana. Jak się pan nazywa? Obejrzał się do tyłu, jakby nie był pewien, czy zwracam się do niego. – Ja? – Tak, pan. – Smoleński. Jacek Smoleński. – Grał pan gdzieś? Wstał jak uczeń w klasie wyrwany przez nauczyciela. – Nie... To znaczy tak, ale... – W końcu tak czy nie? – Ja w tym roku skończyłem, to znaczy właściwie jeszcze nie skończyłem... Warszawską Akademię Teatra... Ale tylko takie epizody... Dwa... – Ile pan ma lat? – Dwadzieścia siedem. Zauważyłem, że Klaudia obróciła się w fotelu i patrzyła na niego. – Dwadzieścia siedem? Coś za dużo. – Bo ja, proszę pana, wcześniej studiowałem fizykę i... – I też jej pan nie skończył? – Nie, skończyłem, ale potem Teatralną. W czasie studiowania fizyki doszedłem do wniosku, że właściwie aktorstwo...

– Ciekawe. Pomyślałem, że zagra pan Henryka. Oniemiał. Kolczyński prychnął, a Klaudia spojrzała na mnie uważnie. – A pana nie widzę w tej obsadzie – powiedziałem do Kolczyńskiego, patrząc mu w oczy. Adam nachylił się do mnie. – Nie rób tego – szepnął mi do ucha. – Dlaczego? – spytałem głośno. Nie zdążył odpowiedzieć, bo odezwał się sam zainteresowany. – Czemu nie widzi mnie pan w obsadzie? – spytał niskim i dość przyjemnym głosem. – Ponieważ jest pan bardzo kiepskim aktorem. Zauważyłem, że Klaudia spojrzała na mnie z zainteresowaniem. – Mógłby pan to uzasadnić? – pytał dalej Kolczyński. – Grał pan w serialu „Rody polskie”. – To jest wystarczający powód? – Tak, bo grał tam pan po mistrzowsku. W ramach serialu, oczywiście. – Nie rozumiem. – Wiem. Pan wie, co to jest serial? – No, serial... – Właśnie. Postacie serialu zachowują się tak, jak nikt w życiu się nie zachowuje, mówią tak, jak nikt nigdy nie mówi. – Czy dlatego ludzie kochają seriale? – spytała Klaudia. – Właśnie dlatego. Dlatego ludzie kochają seriale. A pan, panie Kolczyński, jest mistrzem serialu. Gdybym kręcił serial, zaangażowałbym pana. Ale do „Grabarzy” nigdy. Dlaczego? Dlatego, że nie umiałby pan powiedzieć żadnej kwestii w taki sposób, w jaki ja chciałbym, żeby pan to zrobił. – Skąd ta pewność? – Mam to panu udowodnić? – Proszę. Wstałem i podszedłem do rampy. – Poproszę pana bliżej – powiedziałem. – Mam wejść na scenę? – Nie, proszę tylko podjeść bliżej. Poproszę też panią – spojrzałem na Klaudię – poproszę, żeby pani też zbliżyła się i stanęła profilem do mnie.

Wstała, obciągnęła spódniczkę. Stąpała dość ciężko. Miała duży, sterczący biust. Kolczyński stanął naprzeciw niej i patrzył na mnie niepewnie. – To jest pana żona – powiedziałem. – Przed chwilą przyłapał ją pan na pierdoleniu się z innym facetem, który już wyszedł. Ona jest jeszcze na pół goła. Co pan jej teraz powie? Pierwsze słowa. Kolczyński wahał się przez dwie sekundy. Potem wysunął przed siebie obie dłonie. – Dlaczego to zrobiłaś... Jak mogłaś... Spojrzałem na Adama. Odwrócił oczy. – Nie jestem autorem, nie jestem od wymyślania tekstów – rozłożył bezradnie ręce Kolczyński. – To właśnie jest serial – powiedziałem. – Panie Smoleński – zwróciłem się do chłopaka – proszę podejść, proszę zagrać to samo. Ruszył się nieśpiesznie. – Ale ja... Nie wiem, co mam powiedzieć... – Niech pan coś wymyśli. Klaudia spojrzała na mnie. W jej oczach nie było akceptacji. Może jakaś chłodna kalkulacja. – Nie podoba mi się to – powiedziała. – Nie musi się pani podobać. Mnie natomiast podoba się, że pani to się nie podoba. – Sądzę – cedziła – że to jest przeciw czemuś. – Przeciw czemu mianowicie? Uważnie patrzyła mi w oczy. Zastanawiała się. Pomyślałem, że będę ją miał jeszcze tego wieczoru. To mnie trochę przeraziło. To, że muszę ją mieć. Zapaliło się we mnie, huczało, ale nie był to sam poryw zmysłów, pożądania. Było to coś innego. Przemożny imperatyw. Wiedziałem, że bez tego nie mógłbym dalej funkcjonować. Przyglądając się jej, byłem niemal pewien, że ona to wie, tak jakby siedziała we mnie. Na domiar wszystkiego uśmiechała się. Byłem gotów przypuścić, że kpiąco. – Tak jakby przeciw wszystkiemu. – To dobrze, czy źle? – Może i dobrze. – Wzruszyła ramionami. – No! Jedziemy! – zwróciłem się do Smoleńskiego.