wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 123 022
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 616 969

Zombi Lenina - Antologia rosyjskiej fantastyki 2

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Zombi Lenina - Antologia rosyjskiej fantastyki 2.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Antologie
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 9 osób, 17 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 193 stron)

Antologia rosyjskiej fantastyki II ZOMBI LENINA Przełożyli Eugeniusz Dębski, Paweł Laudański, Aleksander Pędziński Wybrał Wojtek Sedeńko

Kir Bułyczow INSTRUMENT DLA CUDOWNEGO DZIECKA Nigdy nie wstawiam podtytułu „opowiadanie fantastyczne”. To sprawa czytelnika – sam rozstrzygnie, czy tekst jest fantastyczny, czy tylko udaje. Ale tym razem czynię to absolutnie świadomie. Muszę, bo w opowiadaniu, w istocie, nie ma nic fantastycznego poza zachowaniem bohaterów. Nie wykluczone przecież, że będący przedmiotem opowiadania wynalazek, na pozór mało prawdopodobny, w rzeczywistości już jest produkowany seryjnie przez fabrykę w Osace albo na Tajwanie. Nie wspominając o Marsie. Winna była, jak zwykle, Ksenia Udałowa. Jej marzeniem było wychowanie wnuka w duchu arystokratycznym. Ale ponieważ nie dysponowała gotówką, pozwalającą na studia w Oksfordzie, to zaczęła realizować arystokratyzację w granicach Wielkiego Guslara. Nocował kiedyś u Udałowych pewien przybysz, którego Korneliusz Iwanowicz znalazł w lesie w stanie dość rozpaczliwym, niemal umierającego z głodu i lęku przed dzikimi zwierzętami. Szczególnie wystraszył go kicający zając. Przybysz ukrył się pod wielką surojadką i stopniowo sobie umierał. Na szczęście Korneliusz tego ranka wybrał się na grzyby i ściął właśnie tę surojadkę. Kiedy przybysz zobaczył, że w minimalnym odstępie od jego głowy śmiga ogromne ostrze, stracił do końca przytomność. Udałow odwrócił grzyb i zobaczył, że ten jest robaczywy. Zamachnął się, by cisnąć nim w krzaki i zobaczył, że obok pieńka nóżki leży bez przytomności przybysz z innej planety, wzrostu około dziesięciu centymetrów, przypominający zgrabnego, czarującego, różowiutkiego słonika z futrzastymi uszkami i ogonkiem tak zakręconym, że każdy prosiaczek umarłby z zazdrości. –Tego jeszcze brakowało – westchnął Udałow. – Teraz na bank wrócę bez grzybów. Nie można przecież zostawiać brata w rozumie w lesie, gdzie go każdy zając może skrzywdzić. Udałow ułożył nieszczęsnego przybysza do koszyka, przykrył świeżymi liśćmi, żeby mu nie wiało i, przeklinając, udał się do domu. W domu Ksenia trochę pomarudziła – no, co to za maniery takie! Ani jednego dnia bez przybysza! Ale potem przyjrzała się biednej istocie i zajęła się urządzaniem mu warunków do życia. Kiedy po trzech dniach przybysz ostatecznie doszedł do siebie i nawet

przyzwyczaił się już do mieszkania Udałowych, przyznał, że przyleciał na Ziemię przez przypadek. Wybrał się na planetę Simla w systemie Wielkiego Strusia, a komputer z Informacji, dopiero od dwóch tygodni tam pracujący, wpakował go na dziką Ziemię, gdzie nawet zające są niebezpieczne dla materializatorów drugiej klasy. Kiedy nadeszła chwila rozstania, przybysz zapytał Ksenię, którą uznał za wodza stada Udałowych, co by chciała otrzymać w prezencie. Ksenia poprosiła o czas do namysłu, do jutra. Udałowa cierpiała na kompleks owej staruchy, co to jeśli dostawała kałużę, prosiła o jezioro, jak otrzymała jezioro, chciała morza, a wraz z morzem i złotą rybkę, żeby ją usmażyć na oliwie z oliwek. Ta właściwość charakteru często pakowała Ksenię w dżunglę życiowych kłopotów. Często musiała korzystać z pomocy sąsiada, profesora Minca. Póki w domu wszyscy spali, łącznie z przybyszem, Ksenia siedziała w kuchni, piła jedną po drugiej filiżankę herbaty i zastanawiała się, jak to zrobić, żeby nie skiepścić i nie zażądać za mało. W końcu przybysze, mimo że w Guslarze rzecz zwyczajna, to rzadko mieszkają w prywatnych mieszkaniach i na dodatek gotowi są za to płacić według międzyplanetarnej taryfy. Przy tym nie można Kseni nazwać ślepą egoistką. Zawsze się o kogoś troszczyła. Rano zwróciła się do Tiszy – tak czule nazywano w domu przybysza, którego imienia nie udało się nikomu z Udałowych wymówić: –A czy możesz podarować tylko mały przedmiot, czy gabaryty nie odgrywają roli? –Ach, kochana Kseniu – powiedział Tisza. – Czy gabaryty w ogóle odgrywać rola w prawdziwych uczuciach? Tisza siedział na miękkich i ciepłych kolanach Kseni, a ta drapała go pod trąbą. –No to zdobądź dla mnie instrument – poprosiła Ksenia. – Dla wnuczka Maksymki. –Ciekawe – powiedział przybysz. – Instrument do jaka cel? Chirurgiczny czy budowlany – typu calówka lub młotek? –Nie kituj mi tu – warknęła Ksenia. – Ja ci zaraz dam młotek! Wymierzyła mu klapsa, Tisza spadł na podłogę, trochę się potłukł, ale nawet się nie obraził, ponieważ uznał, że sam jest sobie winien. –Odpowiedź na jeden pytanie, co? – powiedział. – Po co jest instrument dla twój głupi dziecko – wnuk? Czy powiedziałem wam, że Tisza jest w ojczyźnie znanym filologiem? –Instrument to pianino albo fortepian, ale nie za duży – powiedziała Ksenia. – Żeby można było na nim grać. Bo na świecie teraz rządzi sprzedajność i korupcja, w naszych ciężkich czasach nie mamy co pokazać kolegom ze szkoły muzycznej, którzy sobie sprowadzili „Steinwaye” z Tajwanu.

Tisza podszedł do prośby Kseni poważnie i uważnie. Poszli razem, do sklepu, do działu muzycznego dokładnie rzecz ujmując, potem do biblioteki, gdzie przekartkowali fundamentalne dzieło von Brauhitza „Historia produkcji salonowych fortepianów w księstwie Sakson-Weimar w końcu XVII wieku”. Co prawda dzieło było w języku niemieckim i tylko przypadkowo ocalało, kiedy wieśniacy palili bibliotekę obszarnika Gulkina, anglomana i teutonofila. Przeczytać je mógł co najwyżej słonik Tisza, ale stronice przewracała Ksenia. Kiedy w drodze powrotnej zajrzeli do Aleksandra Grubina, który nie tak dawno sklecił niezły komputer ze szczątków walającego się w lesie bezpilotowego statku kosmicznego z planety Swiekarsa, ten pozwolił sympatycznemu Tiszy przejrzeć wszelkie dane dotyczące pianin i fortepianów. Wieczorem słonik zapytał Ksenię: –Jaki jest cel waszego wyuczenia wnuka Maksyma – junior muzyka klasycznej, tak? –Jasna sprawa, kocham swoje potomstwo – przyznała się Ksenia. –Proszę nie kłamać, kobieta – przyhamował ją przybysz. – Gadać prawda. –Och, Tisza – westchnęła Ksenia. – Co ma zrobić chłopiec, skoro dookoła każdy usiłuje zrobić ze swojego dzieciaka albo mistrza olimpijskiego, albo skrzypka Kogana? Jesteśmy społeczeństwem nierównych możliwości. Jutro syn naszego Machmuda z targowiska będzie się pokazywał z angielską księżniczką, a mój będzie orał w fabryce makaronu? Czy można się z tym pogodzić? –Są zdolności u twój wnuk, tak? – zapytał spryciarz Tisza. –Zdolności ma wybitne – odpowiedziała Ksenia. – Byłam z nim u kilku lekarzy, wszyscy to przyznali. Ale bez instrumentu nic nie zwojujesz. Wszyscy mają instrumenty, a my – pianino „Czerwony Październik” i to wynajęte. Czujesz różnicę? –Jestem z tobą moralnie w zgodzie nie – powiedział przybysz. – Ale moja zobowiązanie wdzięczności każe milczeć mi. Twój instrument powinien dać przewaga genialnym wciśniętym w kąt dziecko. –Masz rację, Tisza. Instrument dla cudownego dziecka – Instrument powinien być najlepszy w mieście. –Oczywiście! Wyobraź sobie, Krugozorowowie zakupili fortepian z Wysp Kanaryjskich. Wiesz dlaczego? Ponieważ grał na nim Hemingway. Znasz takiego pisarza? –Niestety, nie miałem szczęścia. –Ja też – powiedziała Ksenia. –No to lecę – powiedział słonik. –Dokąd? W nocy? –Będę dokonywał wykorzystania możliwości twojego sąsiada Aleksander Grubina w celu materializacji.

–I zdobędziesz instrument? –Zobaczymy – powiedział przybysz. Po godzinie, na środku salonu, czyli dużego pokoju w mieszkaniu Udałowych, stał skromny na oko, gabinetowy fortepian z napisem „Steinway” nad klawiaturą. Fortepian był tak doskonały w liniach, tak szlachetnie połyskiwał, że wiadomo było, że przed wnukiem Kseni droga kariery stoi otworem. –O, takiego męża mi trzeba – powiedziała żartem Ksenia do przybysza. – Nie wziąłbyś mnie? Słonik siedział na kolanach Kseni, przycisnąwszy ogonek do jej brzucha. Nie miał poczucia humoru. –Ty mnie troskasz seksualnie – powiedział niskim głosem. – Ale jest możliwość. Pomyśl. Na pewnej planecie, nie podam jej nazwy, istnieje nielegalna przestępcza praktyka, tam zmieniają ludzi z rasy na rasę. Można zrobić z ciebie parę dla mnie. –Ze mnie? – obruszyła się Ksenia. – Takiego małego mikropotwora? Chyba zwariowałeś, Tisza! –Nie ja proponował, mi jest propozycja kobieta od ciebie. –Zamilcz – powiedziała Ksenia. – Nie zapominaj, że jestem zamężna i wedle naszych ziemskich praw mój mąż Korneliusz ma prawo mnie zadusić, jeśli znajdzie u mnie nie tę, co trzeba chusteczkę. –Zadusić? Wow! Ksenia powiedziała to i wystraszyła się. Korneliusz w życiu nie podniósł na nią palca, a zresztą, niechby spróbował! Zobaczyłby, co z niego by zostało. Ale przecież przydarzają się ludziom mistyczne przemiany. Ksenia pogłaskała błyszczący bok fortepianu. Instrument był ciepły. Cieplejszy, niż zazwyczaj bywają fortepiany. Potem Tisza podał Kseni paczkę dolarów. Niewielką, oczywiście, ale jak na przybysza ciężką – w każdym razie uginał się pod jej ciężarem, jakby trzymał materac. –A to co znowu! – oburzyła się nieprzekupna Ksenia. – Jestem przecież byłym człowiekiem radzieckim! Nie dam się przekupić. A ile tu jest? –Trzysta czterdzieści – odpowiedział Tisza. – Na tyle niezależna komisja wyceniająca oszacowali wasz stary instrument, który musiałem dematerializować. Mam nadzieję, że okaże mi pani honor i przyjmie ode mnie ta suma. Tak! –Rozumiem – szybko powiedziała Ksenia i wyszarpnęła zielony rulonik z łapek przybysza, póki się nie rozmyślił. Ale schowawszy pieniądze, trochę się zdenerwowała. –Czyżby „Czerwony Październik” ze znakiem jakości tak tanio był wyceniony? –Nie wszędzie – cierpliwie odparł przybysz. – Podobno na Nowej Gwinei cieszą się popytem. –No to po co go dematerializowałeś? Trzeba było raczej tam przenieść. –A nowy instrument kosztowałby… – zaczął przybysz, ale Ksenia

przestała go słuchać. –Poczekaj, wypróbuję. Nie wiadomo, co człowiekowi wcisną. Usiadła przy fortepianie, podniosła klapę, przejechała po klawiszach pulchnym palcem. Dźwięk był głośny. –Nie wiem, czy nie za duży – powiedziała. – Chłopczyk może nie sięgnąć. –On trochę rozumie – powiedział przybysz. – On będzie się starał zaspokoić życzenia młodzieży. –W jakim sensie? Fortepian westchnął i ten odgłos dotarł do uszu Kseni. –Proszę go nie krzywdzić – powiedział przybysz. – On jest biologiczny instrument. –Słuchaj – rzekła Ksenia. – Jeśli on jest żywy, czy coś takiego, to lepiej zabieraj go z powrotem. Bo mi jeszcze pewnego pięknego dnia Maksymka zadusi. Fortepian drgnął. Z jego wnętrza doleciało buczenie. –Nawet przedmiot może być oburzona – odparł Tisza. – Nawet przedmiot, tak! I wyjaśnił Kseni, że nie istnieją żywe fortepiany, ponieważ to przeczy naturze. Ale pewną cząstkę świadomości można przydać każdemu przedmiotowi, mającemu styczność z człowiekiem, ponieważ wszystko w przyrodzie jest skomplikowaną jednością przeciwieństw i przedmiot, podobnie jak tresowane zwierzę, może efektownie stawać na przednich łapach, ale nie należy tego rozumieć dosłownie. Ksenia nie zrozumiała tego dosłownie, ponieważ w ogóle nic nie zrozumiała. Zamiast rozumieć, głaskała fortepian i czekała, aż przybysz się wyniesie i odczepi ze swoimi przemowami. W tym momencie przyszedł Udałow, wybierał się właśnie do lasu, żeby odprowadzić przybysza do statku ratowniczego, zobaczył fortepian i zdziwił się. –To nic szczególnego – powiedział przybysz. – Jest pewna pamiątka dla waszego mały geniusz. –Czas, by dziecko zaczęło grać na prawdziwym instrumencie – powiedziała Ksenia. Udałow nie sprzeczał się, wiedział bowiem, jak bezsensowna jest dysputa z żoną. Wziął po prostu przybysza pod pachę i poszedł z nim do lasu, rozmawiając po drodze o niczym ważnym, jak dobrzy znajomi. Przybysz nie zapraszał Udałowa do siebie, ponieważ na jego planecie Udałowowi wszystkiego będzie mało, w tym toalet. A tymczasem Ksenia przyprowadziła ze szkoły malca. Maksymek skończył osiem lat, w sam raz, żeby zacząć trenować na pianistę. Chłopiec na widok fortepianu zdębiał. Pianino „Czerwony Październik”

było szczytem marzeń. „Steinway” stał tylko u Machmudowych, Seneńków i Krugłozadowych. Ale przecież tamte dzieciaki były wożone do szkoły muzycznej mercedesami prosto z lekcji tenisa. –Siadaj i graj – powiedziała Ksenia. Chłopiec, na zewnątrz spokojnie, ale w duchu sprzeciwiając się jak byczek prowadzony do rzeźni, podszedł do instrumentu i usiadł. –Podoba się? – zapytała babcia. –Co? – zapytał wnuczek, pogrążony w rozmyślaniach nad tym, czy Stiopka Ryżyj nadaje się na kapitana drużyny piłkarskiej? W końcu odgryzł połowę loda Wierki, czy nie? Wszyscy widzieli. –Co, nie widzisz, przy czym siedzisz? – zapytała surowo babcia. Wnukowi nie pozostało nic innego, jak zobaczyć i przyznać się. –Cieszysz się? – zapytała babcia. Maksymek nie odezwał się, po prostu nie wiedział, co lepsze. Przyznasz się, że się cieszysz i zaraz cię zmuszą, żebyś grał od rana do wieczora, a potem jeszcze na koncercie każą występować. Już się takie rzeczy przydarzały, nie tylko Maksymce, ale i Goszy Lupmanowi: został wystawiony na koncert, przeziębił się i umarł. Opowiadali to sobie pierwszoklasiści w szkole muzycznej, straszyli jeden drugiego, żeby przypadkiem nie zrobiła się modna nauka występów. Z drugiej strony – powiesz, żeś nieszczęśliwy, to cię ukarzą, za nie czułość. Maksymek otworzył nuty nudnej i znienawidzonej już wręcz etiudy Gedike i zaczął dźgać palcami w klawisze. Klawisze odpowiadały czule i drżąco. Ksenia z miłością patrzyła na te paluszki, jeszcze nie umyte z konfitur – Maksymek niedawno pakował do słoika łapy brudne od błota, którym wcześniej ciskał w przechodzącą wredną babkę, łapy podrapane w trakcie bójki z Niurką z sąsiedniego podwórka, która za dużo sobie pozwala. Te paluszki teraz jednak fruwały nad klawiaturą niczym jaskółeczki, a etiuda brzmiała wytwornie, jak nokturn Chopina, o którym Ksenia nawet pojęcia nie miała, choć kochała wszystko, co piękne. –Maksym, zwariowałeś? – wrzasnęła od progu jego matka. – Odejdź od pijanina, jeszcze połamiesz w cholerę! Ta kobieta od razu widziała sedno problemu i rozumiała, że dziecko kaleczy przypadkowo znajdujący się w domu obcy i cenny instrument. Ksenia najpierw roześmiała się, potem jak wilczyca rzuciła się bronić wnusia, w tej chwili już bowiem miała pewność, że sama kupiła ten instrument za swoje pieniądze, za emeryckie. I nikomu już nie udałoby się jej przekonać, że było inaczej. Chłopiec tymczasem bez hałasu zlazł z taboretu i zwiał na podwórko, żeby pograć w piłkę. Mimo wspaniałych warunków stworzonych przez przybysza, nadal nie lubił grać. Ćwiczenia fizyczne pociągały go znacznie silniej.

Ale na tym jego cierpienia się nie skończyły. Kiedy w domu wszyscy zrozumieli, że fortepian wyprzedza wszystkie inne instrumenty wszystkich majętnych guslarskich rodzin, okazało się, że chłopca należy pokazywać, jak jakiś cud. Przecież nie da się pokazywać fortepianu. W mieście zaczęły się takie rozmowy: –Udałowowie idą na całość. Niby czemu nie? Ichni Maksymek zdaje do konserwatorium. Od razu z pierwszej klasy. I biorą go. Mimo że są egzaminy wstępne. . Gadają, że będzie drugim Roztropowiczem. –Nie daj Boże! – odpowiadali inni. – On ma taką energiczną żonę! –Za wcześnie – odpowiadali pierwsi – za wcześnie, żeby Maksymek się żenił. Najpierw musi wykształcenie zdobyć. Wojsko odsłużyć, a potem już się żenić z tą kobietą. Takie filozoficzne dyskursy nigdy nie kończą się dobrze. Guslarczycy zaczynali się bić, ale i to nie rozwiązywało problemu. Zaglądali do Udałowych niektórzy z tych bogaczy. Oglądali fortepian, dziwili się i nawet proponowali, że kupią. Rodzice Maksymka sprzedaliby go chętnie, ale nie mogli – Ksenia nie pozwalała. A potem wydarzyło się coś takiego, że im też odechciało się sprzedawać. W szkole odbywały się egzaminy, a Maksymek złapał świnkę. Choroba nie jest specjalnie niebezpieczna, ale do szkoły nie wolno chodzić. Egzaminu też nie można przenieść. Zdecydowano, że skoro szkoła ma do czynienia z tak rzadkim talentem, to przeprowadzi się egzamin w domu. Maksymek przestał więc chodzić do szkoły muzycznej. Motywował to słabym zdrowiem. Babcia, kochająca wnusia nad życie, oczywiście poparła go. Rodzice Maksymka na muzyce nie znali się kompletnie i tylko niecierpliwie czekali chwili, kiedy zaproszą go do siebie Amerykanie, a oni kupią sobie dom w Kalifornii. Pewnego razu Udałow postanowił poobserwować wnuka – jak ten przygotowuje się do wielkiej kariery. Usiadł za jego plecami tak, że Maksymek nie zdawał sobie sprawy z jego obecności. I okazało się, że wnuk nie zawsze nadąża za muzyką. Raz zamiast akordu trąci klawisz, a fortepian wydaje z siebie wspaniały szlachetny dźwięk akordu. A innym razem nie trafi w klawisz, ale ten sam się naciska i brzmi pięknie, stara się instrument, stara. Tak więc to nie wnuczek gra, a gra za niego fortepian. A to jest niesłuszne. W ten sposób z człowieka nie wyrośnie Chopin. A potem, kiedy niekumata babcia postawiła na pulpicie nuty niemieckiego kompozytora Schuberta, od którego pierwszoklasistów trzyma się na kilometr, żeby nie stracili chęci grania, to Maksymek tak go odwalił, że z dołu przyszedł sąsiad, profesor Minc i zapytał, co to za płyta grała u Udałowych, bo co było grane – wiedział, ale który to z genialnych pianistów – nie skapował. Po tym incydencie chłopiec zaczął zadzierać nosa, a Udałow się

zaniepokoił. Nie musiał długo myśleć, żeby zrozumieć, że sukcesy wnuka związane są z prezentem przybysza. Przecież przybysze są zbudowani inaczej, nie jak ludzie. Oni mają inne wyobrażenie o pedagogice. Coś w tym fortepianie było takiego, co pomagało Maksymkowi w osiąganiu szczytów interpretacji. A pędrak co? Jak usłyszał te wszystkie pochwały, zaczął siebie uważać za pianistę, nawet w piłkę przestał grać, żeby częściej stać obok fortepianu. Fortepian też się przywiązał do chłopaka. Na jego widok podrygiwał, cicho i głucho pobrzękiwał strunami i nawet troszeczkę przestępował grubymi drewnianymi nogami, jak trzynogi rumak w oczekiwaniu na swojego rycerza. Do szkoły muzycznej Maksymek przestał uczęszczać, usprawiedliwiając się słabym zdrowiem, podtrzymała go, jak na złość, babcia, zakochana w chłopcu na maksa. Rodzice mieli w nosie muzykę, ale nie dolary, które Maksym zarobi, kiedy wszyscy wyjadą do Stanów. Udałow podejrzał, jak Maksymek ćwiczy – nie zawsze wnuk nadążał za muzyką. A kiedy nie udawało mu się ułożyć paluszków w akord, po prostu uderzał jeden klawisz jednym palcem, a fortepian wydawał z siebie akord! To samo, kiedy Maksymek nie trafiał w klawisz – fortepian sam uderzał w odpowiedni. Udałow powiedział do chłopca: –Nieładnie, Maksym, okłamywać tak dorosłych. –Nikogo nie okłamuję! – zaprotestował Maksymek fałszywym głosem. –Nie umiesz zagrać tego swojego Schuberta – Szostakowicza. –Umiem. –Sprawdzimy? Maksymek z pewną miną zasiadł do fortepianu i kazał dziadkowi otworzyć nuty. Nuty jako tako znał, więc na początek uderzył we dwie dobre. A potem – hulaj dusza, piekła nie ma! – zaczął walić w klawisze, jak chciał, a fortepian posłusznie wygrywał to, co było zapisane w nutach, jakby miał własne dodatkowe oczy. –No i jak, przekonałem cię, dziaduś? –Odpowiem ci pytaniem na pytanie: masz zamiar całe życie grać tylko na swoim fortepianie? Chłopiec zamyślił się i myślał całą minutę. Należy mu wybaczyć, przecież dopiero zaczynał swoją artystyczną karierę. –Raczej tak, raczej będę występował ze swoim fortepianem – powiedział. – Kocham tę maszynę i ona nieźle się do mnie odnosi. Fortepian kiwnął się i tupnął nóżką. –Och, te dary przybyszy! – westchnął z grecka Udałow. – Może przejdziemy się do uniwersamu? –A po co? – zapytał chłopiec. –Słyszałem, że przywieźli tam nowe samochodziki z Niemiec.

Maksymek kochał samochodziki znacznie bardziej niż fortepian. Oczywiście, że pognał do uniwersamu z dziadkiem. –A właśnie – powiedział Udałow. – Założę się o pięć samochodzików, że na tym pianinie nie uda ci się zagrać. –Dlaczego? – zapytał chłopiec przesiąknięty już nieco dumą, a duma zawsze oślepia. –Dlatego, że za ciebie gra fortepian, dziecino – powiedział Udałow. – Widziałem, jak to robił. –Dziaduś, jesteś żałosnym zazdrośnikiem – powiedział chłopiec. – Siedem samochodzików. –Sześć. Przybili. Udałow podszedł do ekspedientki nudzącej się przy tomie Sydneya Sheldona o pięknym życiu na Bahamach, a ta pozwoliła: –Tylko proszę niczego nie połamać. Maksymek rzucił okiem na nuty i zaczął walić w klawisze. Walił sobie, a one wydawały straszliwe dźwięki. Maksym walił mocniej, a klawisze odpowiadały jeszcze straszniejszymi dźwiękami. Aż ekspedientka odłożyła powieść, mimo że był to najtragiczniejszy moment w całej książce i powiedziała: –Hej tam, obywatele, może już dość tego znęcania się nad szlachetnym towarem. * Wracali wolno. Maksymek obracał w ręku samochodzik i wcale się nie przejmował. –Nie sądzone ci być Richterem – powiedział Udałow do dzieciaka. –No i chwała Bogu – odparło dziecię. – Znacznie bardziej widzi mi się kariera Rinaldo albo, w najgorszym razie, Pelego. Słowo honoru. –A co z konserwatorium? –Dziadku, pewnie że fajnie, jak człowieka oklaskuje trzydzieści osób – rozsądnie oświadczył Maksymek. Ale kiedy sto tysięcy krzyczy: „Mak-sym mistrzem jest!” – to brzmi lepiej! –Będziemy musieli pozbyć się fortepianu – powiedział Udałow – bo to się skończy jakąś wpadką. Może oddajmy go do szkoły muzycznej. –Dziadku, zwariowałeś? – oświadczył wnuk. – Szkoła zaraz zacznie taki kit serwować, że się wysunie na pierwsze miejsce w Rosji, a potem się wszystko wyda i polecą na Sybir. –Mądrze gadasz – zgodził się Udałow. Racjonalizm wnuka chwilami go zadziwiał. –Trzeba znaleźć jelenia – powiedziało chłopię. *

A jeleń sam do nich przyszedł. –Jaki ładny chłopczyk – powiedział jeleń. Jeleń był elegancko ubrany, ostrzyżony, wygolony, a mercedes na HOLLYWOODZKIEJ rejestracji, doprowadzającej do zachwytu miejscową milicję, jechał dziesięć metrów za nim. Czasem Udałow dziwił się, jak to możliwe, że do Wielkiego Guslaru trafiają tak znakomici ludzie, którzy nie wiadomo, co tu robią. Żadnych bogactw mineralnych nie było w okolicy, baobaby tu nie rosły, krokodyle zostały wytrzebione… Czyli co innego ci ludzie mieli na myśli. Co i rusz po ulicach Guslaru przemykały całe kawalkady wspaniałych fur albo pojedyncze dżipy. Niektórzy z tych ludzi nawet tu osiadali na dłużej. Profesor Minc wysunął hipotezę, że ludzie ci, starając się rozszerzyć sferę zastosowania swoich kapitałów, szukają kontaktu z przybyszami, odwiedzającymi miasto. Ale nie było na to dowodów, a właściciele dżipów do niczego się nie przyznawali. –Chłopczyk gra na fortepianie? – zapytał jeleń. Na oko miał od dwudziestu do pięćdziesięciu lat – skóra gładka, naciągnięta na twarz, ani zmarszczek, ani wątpliwości. Nie doczekawszy się odpowiedzi, przybysz zapytał, nie obrażając się: –Ja też mam zdolnego chłopczyka. Ani dnia bez Bacha. Kumasz? Udałow milczał. Maksymek też milczał. Obaj zastanawiali się. –Ale z instrumentem – kiepścizna. Ludzie mówią, że macie prawdziwego „Steinwaya”, tak? Bo u nas to zawsze jest tak, że zanim człowiek doczeka się, aż z Australii przywiozą instrument, to chłopiec wyrośnie, zacznie w piłkę nożną grać. Słuchaj, Udałow, sprzedaj mi ten fortepian. Dam ci dobre pieniądze i „Czerwony Październik” na dodatek. –Ile? – zapytał Udałow. –O, to jest męska rozmowa. Dostaniesz „Czerwony Październik” i piętnaście dolarów na dodatek. Jeleń zrobił pauzę, a ochroniarze zachichotali, zachwyceni sprytem pracodawcy. Inny na miejscu Udałowa obruszyłby się czy nawet roześmiał prosto w twarz bezczelnemu oligarchowi, ale Udałow przeżył długie radzieckie życie i nie dawał się tak łatwo zastraszyć. –Czyli tak – powiedział, siadając na ławeczkę, obok której przechodzili. – Trzy tysiące zielonych na stół i pamiętajcie – nasz fortepian jest zaczarowany. Gra nie według zdolności, a jak należy. –Właśnie tego mi trzeba – powiedział jeleń. Manewr Udałowa spowodował, że musiał się zatrzymać i rozmazań, stojąc jak przed nauczycielem. Nie podobało mu się to, ale musiał ścierpieć. –Trzydzieści dolarów i „Czerwony Październik”. –Trzy tysiące i zostaw „Czerwony Październik” sobie. –Zamiast „Czerwonego Października” importowane rolki mojego rozmiaru – wtrącił się Maksymek.

Jeleń patrzył na mieszczan z góry i życzył im śmierci. Ale był bezsilny. –Czterdzieści dolarów – powiedział. –Trzy tysiące. Udałow odczuwał wielką przyjemność. Targował się o nieziemską forsę i na dodatek ratował wnuka przed muzycznym wychowaniem i karał Ksenię, która mogła poprosić przybysza o coś pożyteczniejszego, na przykład o skierowanie na Kanary. –Czterdzieści dwa. Udałow pomyślał sobie: wymyślamy dowcipy o nowych ruskich, a oni w tych dowcipach są tacy naiwni i z gestem. A tak naprawdę nowy ruski za dziesięć kopiejek sprzeda matkę rodzoną. Czy ktoś kiedyś słyszał, żeby za czynnego „Steinwaya” ktoś dawał czterdzieści dwa dolary? –Idziemy, wnusiu – rzucił Korneliusz. – Wpadniemy na lody. Ale z miejsca się nie ruszyli. To był atak psychologiczny. Wiadomo. Ale jeleń tego nie wiedział i nie wytrzymał. –Wyfasuj mu szmal – polecił sekretarzowi w kamizelce kuloodpornej, siedzącemu w mercedesie z laptopem na kolanach. Obgadano detale. Zdecydowano, że odbiór odbędzie się w czasie, kiedy Ksenia uda się na aerobik. Ostatnio nabrała ochoty na młodszy wygląd, żeby potencjalnym młodym kochankom Korneliusza Iwanowicza pokazać, jak nie mają lotu do starej gwardii. Podjechał dźwig. W obecności profesora Minca i Grubina Udałow przeliczył pieniądze – aż do końca obie strony nie ufały sobie. Chłopczyk Wania, synek jelenia, już podjechał na złotej hulajnodze, wykonanej na specjalne zamówienie w fabryce rollse-royce’a. Patrzył z pogardą na Maksymka. Maksymek w ogóle na niego nie patrzył. Maksymka pochłaniały myśli o rolkach. Rodzice Maksymki byli w pracy, i dobrze, bo nie wiadomo, jak ustosunkowaliby się do rezygnacji z muzykalnej kariery jedynego synka. Fortepian odjechał w zielonym furgonie. Udałow z wnukiem udali się do uniwersamu, żeby nie odkładać na później zakupu rolek. Kasa mogła zniknąć. Przyjdzie reszta rodziny i skonfiskuje. Zdarzały się już takie numery. A przecież nie tylko rolki są potrzebne, konieczny jest nowy spinning dla dziadka. Udałow z Maksymkiem, zmęczeni, ale zadowoleni, wyszli z domu i skierowali się przez podwórze na ulicę. W tym momencie z nieba zjechał niewielki latający talerz z dwoma dezintegratorami w części dziobowej. Udałow przyglądał się wychodzącym ze statku przybyszom i myślał, że sprytnie postąpił, ukrywając dolary.

–Prezent otrzymali? – zapytał pierwszy i najważniejszy przybysz z dwoma trąbami, pewnie jakiś generał. –Macie na myśli fortepian? – naiwnie zapytał Udałow. –Nie mamy wiedzy nazwa – powiedział generał. –Więc jeśli macie na myśli właśnie fortepian, to zamieniliśmy się – powiedział Udałow. – Ponieważ mieliśmy własny całkiem dobry instrument „Czerwony Październik”. To było tylko lekkie polepszenie sytuacji. –To nie wolno – surowo rzucił generał. – Światowe reguły zabraniające rozpowszechniania przodujących technologii na opóźnione światy. Mogą być wykorzystane w głupim celu na pewno. Zdolności instrumentu już zostały zlikwidowane. –Zgadzam się z wami – powiedział Udałow. –No to dajcie adres do konfiskaty. –Nie znamy adresu. Rozmowa zaszła w ślepą uliczkę. Latający talerz stał przed Udałowem i nie odlatywał, ponieważ generał z tamtej planety nie wykonał zadania swojego rządu. Ale co robić dalej, nie wiedział nikt; przecież nie można chodzić po wszystkich dwupiętrowych willach z czerwonej cegły, osadzonych na peryferiach Guslaru? * Nie wiedzieli również Udałow i przybysze, że właśnie w tym czasie, nie tak znowu daleko od nich, w jednym z wiejskich domków mają miejsce dość dramatyczne wydarzenia. Wszyscy oligarchowie i biznesmeni Guslaru, łącznie z kierownictwem miejscowej mafii i ojcowie miasta, zebrali się w skromnie udekorowanym saksońską porcelaną salonie. Na jego środku stał fortepian. Przy nim siedział potomek jelenia – Wanieczka. Jego ojciec, jeleń, w białym garniturze, ze złotym łańcuchem na szyi, wyszedł przed audytorium i, denerwując się wyraźnie, powiedział: –Długo, kurde, przygotowywaliśmy się. Nawet, w morde, instrument kupiliśmy. Za ciężką kasę. Jeleń zaczerpnął powietrza. Sprowadzony specjalnie na tę okazję profesor konserwatorium z Wołogdy (aż do 1990 roku – muzycznej szkoły imienia Grizadubowej) otworzył klapę fortepianu, rozłożył nuty. –Graj – polecił jeleń synowi. Wszyscy zaliczkowo zaklaskali, ponieważ jeleń był najbogatszym wśród nich oligarchem i kontrolował prywatne toalety. Potomek przejechał palcami po klawiszach. Dziecię wiedziało co nieco o nutach, dlatego uderzało tam, gdzie należało. Ale Szopenowi i tak nie zagrażał. Mimo usilnych starań chłopca, fortepian mógł wydusić z siebie tylko popularną niegdyś piosenkę: „wlazł, kurde,

kotek na płotek”. Audytorium zaczęło szemrać, a ojciec się wściekł i trochę się pieklił. Kobiety na wszelki wypadek wyszły z salonu. Niektóre wazy z saksońskiej porcelany, te delikatniejsze, spadały na podłogę i tłukły się. „Kotek-na- płotek” grzmiał w całym domu niczym groźna symfonia. Jeleń w końcu polecił: –Iwan, spadaj od instrumentu! Profesor, idź-no, sprawdź, czy wszystko tam w porządku. Oligarchowie i mafioso, którzy nie znosili gospodarza, zaczęli się chichrać i chichotać niby ukradkiem. Profesor usiadł do instrumentu i zaczął grać to, co rano wspaniale wychodziło. Rano tak. A teraz nie. Słychać było tylko „kotka-na-płotka”. Wtedy jeleń walnął profesora w głowę pięścią, sypnął kopa Wanieczce i wrzasnął do ochrony: –Siekiera! Siekiera pojawiła się w oka mgnieniu. Goście nie rozchodzili się w oczekiwaniu rzadkiego widowiska. Jeleń zaczął rąbać fortepian „Steinway”, goście cicho klaskali w dłonie. Profesor płakał. Jeleń rąbał i przeklinał. I wygłaszał, przeklinając, taką oto przemowę: –Niech ja dorwę tego Udałowa! Ja z niego, kurna, kotlety zrobię! Będzie mi wylizywał kurz w moich kiblach. Fortepian popiskiwał, jęczał i rozpaczliwie się bronił, nawet usiłował uciec do kąta. Kiedy fortepian był już mocno pokaleczony i czuł, że zbliża się jego śmierć, wypadł z willi i pobiegł uliczką, mając nadzieję na schronienie u Udałowa – nikogo poza nim w mieście nie znał. Możecie więc sobie wyobrazić scenę na podwórzu budynku numer 16 na ulicy Puszkina! Na środku podwórza stoją Udałowowie. Przed nosem Korneliusz Iwanowicza wolno lata tam i z powrotem talerz z nieznanej planety, z okien którego wyglądają milutkie wojenne słoniki. W tym momencie na podwórze wpada noga fortepianu, za nią wpełza klawiatura, za którą niczym garść ogonów wlecze się kita ze strun. Za tymi nieszczęsnymi resztkami fortepianu wpada znany nam już jeleń z siekierą i usiłuje dobić fortepian, a ten kryje się za Udałowem. –Ach, tu cię mam! – wrzasnął nieprzyjemnie jeleń. – Coś ty mi, kurde, podsunął? I w tym momencie latający talerz wpada w przestrzeń między obliczem wystraszonego Udałowa i rozjuszonym pyskiem jelenia. I głos generała z dwoma trąbami rozlega się głośno i surowo: –Natychmiast powstrzymaj się bezrozumny dzikusie! Bezrozumny dzikus skamieniał na widok malutkiego słonika z dwoma

trąbami, a widzowie – goście jelenia, którzy go dogonili – rozrechotali się, tłocząc się w bramie. Opamiętawszy się, jeleń podniósł siekierę przeciwko przybyszom, przedstawicielom humanistycznej i rozwiniętej cywilizacji. Podniósł i skamieniał kompletnie. A jego goście na trzy dni potracili głosy. –Rozumiem – powiedział dwutrąby generał – że chciwość doprowadza miejscowe dzikusy do strasznych granic. Dlatego muszę ogłosić werdykt, który możecie zaskarżyć w najwyższym sądzie apelacyjnym Centrum Galaktycznego. Od dziś nie będziesz mógł wypowiedzieć ani jeden brzydkie słów i będziesz z otaczającymi maksymalnie uprzejmy. Rozumiesz? –No, a kto mnie będzie szanował? – rozpłakał się jeleń. –Szacunek osiąga się poprzez dobre uczynki. Od dziś będziesz dążył do bezinteresownych dobrych czynów. –Tylko nie to! – rozszlochał się jeleń. –Za to, że wystraszyliście naszego przyjaciela Udałowa i jego wnuczka, zostawicie mu swój siekierę. –Aj! – wrzasnął jeleń. –I od tej chwili opuści was chęć zemsty i nigdy do was nie wróci. –Oczywiście – powiedział jeleń. – Przepraszam. Podał Udałowowi nieszczęsną siekierę i ukłonił się z szacunkiem Korneliuszowi i jego wnukowi, a potem wyprowadził skamieniałych gości z podwórka. Ludzie gadają, że nie tak dawno, sprzedawszy swoją willę i opuściwszy rodzinę, wyjechał do indyjskiego stanu Kerala, gdzie mieszka w Aszramie, odżywia samym ryżem i przegotowaną wodą i sławi Krysznę. Generał i jego towarzysze z talerza rozpuścili w powietrzu resztki fortepianu, pożegnali się z Udałowem i odlecieli. Udałow poszedł do siebie i już miał schować siekierę w komórce. –Poczekaj, dziaduś – powiedział chłopiec. – Gdzieś kiedyś w telewizorze opowiadali bajkę o złotej siekierze. –Nie – powiedział Udałow. – Przecież to biały metal, w najlepszym wypadku srebrna. –Spróbuj ugryźć – poradziło dziecko. Udałow nadgryzł. I pomyślał: rzeczywiście, jeszcze w życiu nie trzymałem w ręku tak ciężkiej siekiery. W tym momencie wszedł do nich profesor Minc, który chciał posłuchać historii o fortepianie. –Poczekaj, sąsiedzie – poprosił Udałow. – Zobacz najpierw, co to za siekiera? Minc zważył narzędzie w ręku i powiedział: –Najprawdopodobniej platyna. Tym sposobem Udałowowie stali się bogaci. Okazało się, że jeleń ukrył zagrabione kapitały w platynowej siekierze. Latem cała rodzina Udałowych pojechała na wypoczynek do Soczi.

Tam następnego dnia po przyjeździe okradziono ich. Ale to już kompletnie inna historia. Tłumaczył Eugeniusz Dębski

Marina i Siergiej Diaczenko SPALONA WIEŻA …nigdy nie wiesz, z której strony dopadną cię nieprzyjemności. Przy zjeździe z mostu tylne koło furgonetki podskoczyło na wyboju, stareńką paką zatrzęsło i Gaj wyraźnie usłyszał rumor wywracającej się klatki. Przyszło mu zakląć i zatrzymać samochód. Był czerwcowy poranek, od rzeki pachniało rybą, nie przykro jednak, lecz świeżo i smacznie, niczym podczas wędkowania, gdy woda rozpościera się jak lustro, a prężne rybie ciało podskakuje w pełnej rosy trawie. Wśród rosnących przy samej drodze krzaków siedział, rozprawiając, nieznany zielony ptaszek; jego monolog optymistycznie nastrajał do całego świata. Zmrużywszy oczy, Gaj wpatrzył się w niewysoko stojące słońce i z przyjemnością pomyślał o długim i spokojnym dniu, należącym do niego od tego oto ranka, aż do samej nocy, przez cały dzień – wolna jazda, gdyż spieszyć się nie ma po co… Gaj nie wiedział, że od przewróconej na pace klatki odpadły drzwiczki i czarnobłyszcząca nutria, opisana w specyfikacji liczbą z wieloma zerami, znalazła się w ten sposób w połowie drogi na wolność. Gaj nie zdawał sobie z tego sprawy i beztrosko otworzył żelazne drzwi paki. Cenne zwierzę wypadło mu pod nogi i, odbiegłszy kilka kroków, zamarło między przerażonym strażnikiem więzienia a brzegiem wąskiej rzeki. Wstrząsy i hałas oszołomiły nutrię i dlatego, znalazłszy się na wolności, nie od razu to pojęła. Niestety, Gaj pojął to jeszcze później. –Szczurku – powiedział z fałszywą czułością, robiąc krok w stronę uciekinierki. –Mój dobry szczurek… Chwilę później skoczył – z poświęceniem, jakby chcąc zasłużyć sobie na miano najlepszego bramkarza świata; próbował chwycić za czarny, nagi ogon, złapał jednak tylko powietrze i nieco trawy. Nutria, pokazując, że wcale nie jest taka głupia, dopadła brzegu i nie rozchlapując wody, znikła pod jej powierzchnią; przez pewien czas Gaj widział jeszcze jej głowę, zaraz jednak i ona skryła się pod mostem. Jakiś czas po prostu siedział na brzegu. Ręce mu opadły. Potem, zacisnąwszy zęby, podniósł się i wrócił do furgonetki; pusta klatka bez drzwiczek leżała na boku, pozostałe były całe i dziewięć żółtozębnych stworzeń zerkało na Gaja z nieskrywaną, złośliwą satysfakcją. Wrócił nad wodę, położył się na brzuchu i spojrzał pod most. Na omszałych kamieniach tańczyły plamki słońca; pod samym brzuchem mostu było całkiem ciemno – tak, jak w duszy Gaja. Dlatego, że przynajmniej połowa zarobku… zarobku ZA CAŁE LATO. I ta połowa właśnie znikła pod

wodą. Dosłownie i w przenośni… a niech to szlag. –Zgubiłeś coś? Na drodze, nawet i pustej, od czasu do czasu trafiają się podróżni, i to nawet interesujący. Nic szczególnego w tym głosie nie było – mimo to Gaj cały zmartwiał. 1 już po sekundzie zrozumiał, że odwrócić się i odpowiedzieć bardzo, ale to bardzo nie ma ochoty. Ale nieudzielenie odpowiedzi nie byłoby grzeczne; dlatego też, po chwili wahania, odezwał się, wciąż jeszcze leżąc na brzuchu: –Nutria mi uciekła. Nieznajomy zaśmiał się cicho. Gaj przekręcił się na bok i ujrzał wąskie, bose stopy i spodnie wojskowego kroju w ochronnych barwach. Po prawej nogawce wspinała się mrówka; Gaj poderwał się, siadł i uniósł głowę. Odniósł wrażenie, że z dwóch wąskich szczelin spojrzały nań dwa ostre zielone reflektory. Zdążył zaobserwować jasnowłosą czuprynę, zauważył skórzany futerał wiszący na szyi – i szybko odwrócił wzrok. Wszystko na raz. A niech to, wszystkie nieszczęścia – jednocześnie. –Nigdy nie słyszałem, żeby w tych okolicach występowały nutrie – oznajmił w zamyśleniu przybysz. Odejdź, poprosił w myślach Gaj. Nic ci nie zrobiłem. Odejdź. Przybysz nie zwracał uwagi na jego modlitwy – stał sobie spokojnie, jakby na coś czekając. Gaj wymamrotał zatem zachrypniętym głosem: –Nutrie… mam ich tam… całą furgonetkę. Przybysz odszedł – po to, by zajrzeć w otwartą pakę i ze zdziwieniem, a kto wie, może z radością, mruknąć: –Oho… Ucieczka spod straży. One co, zębami pręty przegryzają? Wielki czarny żuk przeszedł ze źdźbła trawy na listek babki. A właśnie, że nie chcę patrzeć, wmawiał w siebie Gaj. Nie mam po co na niego… na TEGO… patrzeć. Nie na darmo gadali, że… znów się pojawił. Nie na darmo gadali, a ja myślałem, że na darmo… Przybysz zostawił nutrie. Widać bardziej interesowała go rozmowa z Gajem: –Co żeś tak się zaciął? Żuk źle stąpnął i zniknął z pola widzenia, na dobre spadając gdzieś pod listek. –Jak się nazywasz, milczku? A co ci do tego, pomyślał Gaj i wcisnął głowę w ramiona. –Jak – jak? – Gaj… –Co zamierzasz robić? Pod siedzeniem w kabinie leżał kawałek ołowianej rurki – „na wszelki wypadek”. Nie, to myśl absolutnie nie na miejscu. –Robić? Zdejmę spodnie i wlezę pod most.

–Sądzisz, że ją złapiesz? –Nie, nie sądzę – burknął Gaj. –Może pomóc? –Nie!! Gaj odskoczył jak oparzony. Należało natychmiast odjechać stąd jak najdalej, ale pozostawienie drogocennego zwierzęcia na łasce losu wydawało się niemożliwe – i dlatego jedyne, co mu pozostało, to podniesienie klapy i uparte wpatrywanie się w silnik, dając w ten sposób do zrozumienia, że rozmowę uznaje się za zakończoną. Przybysz jednakże uznał, że jest inaczej i nie zamierzał ustąpić: –A niby dlaczego „nie”? –Dziękuję – wydusił Gaj – ale nie trzeba. Upływały minuty; Gaj z przerażeniem stwierdził, że wyleciało mu z głowy, jak zbudowany jest silnik, mało tego – sam silnik falował mu przed oczyma, a przecież trzeba było jakoś imitować ożywioną działalność techniczną. –Czego się tak przestraszyłeś? – z zaskakującą delikatnością spytał przybysz. – Chcę ci pomóc. Naprawdę. –Nie zaczepiałem pana – wydusił Gaj. –Podobnie jak ja ciebie… wszak jedziesz do Luru? Na fermę futrzarską, jak sądzę… Gdzie za tego szczura zedrą z ciebie i spodnie, i skórę. Dlaczego zatem nie chcesz, abym ci pomógł? Gaj z łomotem zatrzasnął klapę silnika. –Dlatego, że pan nie robi niczego za darmo. Oczywiście, nie powinien tak prosto z mostu, bezczelnie, o tym mówić, ale przybysz na szczęście tylko się roześmiał: –Dokładnie. Skoro zatem jest ci to wiadome, powinieneś wiedzieć również coś innego: cenę uzgadniam z góry. Jeśli nie jesteś w stanie zapłacić – nie zgadzaj się… A z obietnicy się wywiązuję. Od innych, rzecz jasna, wymagam tego samego. I delikatnie pogładził wiszący na szyi futerał. Gaj cofnął się o pół kroku: –Niczego nie mam. –A czego nie masz, o to nie poproszę. Podrzuć mnie do Luru, podwieź, i tak tam przecież jedziesz. Gaj speszył się, pozwalając przybyszowi kontynuować, jakby nic się nie stało: –To nawet nie zapłata, a zwykła wymiana usług. Wydobędę ci tego wodnego szczura, ty zabierzesz mnie na pokład. Odpowiada? Gaj milczał, przygryzając wargi. Żeby tylko ta zaraza nie była taka droga. Żeby… harować całe lato na to przeklęte, zaczajone gdzieś pod mostem stworzenie?! Z drugiej strony – długi, dłuuugi dzień w towarzystwie… tego. Gdyby tylko Gaj był choć trochę mądrzejszy, już dawno by się zmył i samochód by zostawił, a nawet nutrie, ale nie – rozmowę nawiązał, dureń… –Ech – z wyrzutem pociągnął jego rozmówca. – Wykształcony miejski

chłopak, a boi się słuchów, plotek, bajań… Jakaś staruszka naszpikowała cię horrorami? o tym, że zjem cię gdzieś po drodze, co? Gaj przełknął, zestawiając w myślach rozumną ostrożność z ogromną pokusą. Faktycznie, przecież do niczego TAKIEGO się nie zobowiązuje… –Do Luru? I nic więcej? Żadnych… niczego…? –Żadnych, niczego – z powagą zapewnił go rozmówca. – Dlatego, że i mnie, co tu kryć, bez trudu przyjdzie złapanie twojego szczura… No, zastanów się. Gaj zastanowił się, aż zaswędziało go w tyle głowy. –Decyduj się – z uśmiechem naciskał rozmówca. – No? „I niech cię Bóg broni, synku – mówiła starucha t Tina – przed nawiązaniem rozmowy ze Szczurołapem. A już w interesy z nim wchodzić – to tak samo, jakby diabłu duszę zaprzedać”. –Umowa stoi? – zapytał, uśmiechając się szeroko, Szczurołap. –Tak – powiedział Gaj, nie usłyszał swojego głosu i powtórzył już głośniej: – Tak. Legendy o Szczurołapie docierały nawet do Stolicy, a czegóż dopiero na ten temat w tutejszych głuchych i ciemnych miejscach nie gadano. Opowieść o jakichś zaginionych dzieciach powtarzana była w wielu wersjach, ale stara farmerka Tina, w której domu Gaj już trzecie lato wynajmował pokój – farmerka owa snuła historie od niej straszniejsze. I to, co w uniwersyteckich audytoriach określano mianem „aktualnego folkloru” i co służyło jako temat naukowych rozpraw – wszystko to przybierało w głuszy zupełnie nie akademicki, całkowicie złowieszczy sens. Wszystkie swoje „prawdziwe historie” Tina przedstawiała ze znawstwem, jak na to zasługiwały – głucho, monotonnie, kołysząc się i spoglądając w kominek: –I kogo wezwie ta dudeczka, ten i dębowe drzwi przebije, i w przepaść się rzuci, i w ogień skoczy, jak do rzeki… O matce zapomnisz i narzeczoną porzucisz, jemu będziesz służyć, póki nie zetlejesz… W pokoju gęstniały ciemności, a odblaski ognia zmieniały twarz staruchy w miedzianą, rytualną maskę: –I opadł głaz, i zamknęła się szczelina, i mówią, że ich głosy do dnia dzisiejszego można usłyszeć… Tylko nikt słuchać nie chce – a nuż pojawi się ON i zażąda tego, co mu się należy… Dłoń Szczurołapa była twarda, zwykła ludzka dłoń i w pełni przyjacielski uścisk. Uścisk pieczętujący zawartą właśnie umowę. –Dawaj klatkę, chłopcze. A przecież zaraz zobaczę, jak on to robi, pomyślał Gaj z niepokojem. –Przymocuj czymś drzwiczki… Gaj pospiesznie pokiwał głową. Zajął się kłębkiem drutu, zakrzątnął, starając się nie patrzeć, jak ręce Szczurołapa otwierają zamek skórzanego futerału. Mimo starań jednak, co i rusz spoglądał w tamtą stronę.

–Nie strzelaj oczyma, chodź tutaj… Popatrz… Jaki piękny. Nikt mi nie uwierzy – Gaj odpędził natrętną myśl. Nikt mi nie uwierzy, że go widziałem. Flet był rzeczywiście… piękny. Pokrywający go lak, ciemny, delikatnie popękany, wydawał się być żywą skórą. Opaloną i gładką. I wrażenie to wzmogło się, kiedy flecista przesunął po nim palcami: –Jak można się go bać? Boję się akurat nie jego, lecz ciebie, pomyślał Gaj ponuro. Szczurołap podniósł flet do ust. Dźwięk, który poniósł się nad rzeczką, nie miał nic wspólnego z muzyką. Przypominał raczej głos chorego, bardzo starego i bardzo samotnego zwierzęcia; Gaj poczuł słabość w kolanach. Spod mostu bez najmniejszego plusku wychynęła czarna, głowa. Przerażający dźwięk urwał się; nutria znieruchomiała, niezdecydowana, ale dźwięk znów się pojawił, głośniejszy i bardziej natarczywy, i uciekinierka skierowała się do brzegu, wydostała się na piasek, potem na trawę, pokornie dreptała, ciągnąc mokry goły ogon i oniemiałemu Gajowi potrzebne było znaczące spojrzenie Szczurołapa, by oprzytomnieć i zatrzasnąć za więźniarką drzwiczki klatki. –I już po wszystkim. No co, chłopcze, nie cieszysz się? –Dziękuję… Szczurołap przetarł flet kolorową szmatką; Gaj nie patrzył w tamtą stronę, czuł jednak na sobie jego drwiące spojrzenie. –Możemy jechać – oznajmił, wbijając wzrok w ziemię. –Wpuścisz mnie do kabiny czy też przyjdzie mi towarzyszyć nutriom? Gaj zdobył się na coś słabo przypominającego uśmiech. * Droga do Luru, przezwana Rudą Trasą z powodu nieprzerwanie ciągnącej się, wszechobecnej żółtej gliny, pamiętała lepsze czasy. Kiedyś panował tu ożywiony ruch, było wręcz ciasno, kiedyś wzdłuż poboczy tłoczyły się kempingi i bary, a najmniejszy wybój błyskawicznie znikał niczym zlizany gigantycznym jęzorem; trasa zapewne pamiętała jeszcze tamte czasy, w przeciwieństwie do Gaja, który był zbyt młody i na tamte czasy się nie załapał. Teraz droga zmieniła się – można jechać choćby cały dzień i nie spotkać ni człowieka, ni samochodu; zresztą, za tę właśnie możliwość spokojnej samotności Gaj lubił Rudą Trasę. Z naprzeciwka nadciągały lasy i zagajniki, wzgórza, pola, pustkowia; czasem trafiały się zapomniane cmentarze z wrośniętymi w ziemię krzyżami, częściej jednak – żelazne szkielety przydrożnych zabudowań. Czasami przebiegał, pędząc na oślep, zając albo migał w trawie lisi grzbiet, pasły się zdziczałe kozy, zmieniały swe kształty obłoki, ciągnęły korowody odległych i całkiem bliskich drzew – niezmienionym pozostawał tylko horyzont. Po prawej stronie wiła się rzeka, a to podchodząc do samej drogi, a to umykając

gdzieś w bok. Gaj lubił Rudą Trasę i nawet teraz działała na niego uspokajająco. Jak dłoń przyjaciela – nie bój się, jakoś to będzie. Z początku podróżnicy jechali w milczeniu, Gaj siedział skulony i napięty, udając, że całkowicie pochłonięty jest jazdą. Ale dzień, jak na złość, był tak jasny i wyrazisty, a niebo tak niemożliwie wręcz błękitne, świat wokół tak wypieszczony słońcem, że wszystkie lęki i obawy stopniowo blakły, bladły, zdając się być nie na miejscu i niemalże śmiesząc. Wszystkie te legendy, dodawał sobie otuchy Gaj, dobre są do opowiadania wieczorem przy kominku, a w południe nie straszcie mnie „aktualnym folklorem”, bo wiedzcie, że nie przynosi to żadnego skutku… I, zdoławszy wmówić sobie, że jest spokojny, Gaj poweselał, przestał się chmurzyć i zaczął kątem oka przyglądać się swemu rozmówcy. A ten siedział, podciągnąwszy pod siebie długie nogi – kabina była dlań zbyt mała – i wystawił łokieć przez okno; całkiem, jak się zdawało, zapomniawszy o Gaju, spoglądał gdzieś w niebo i z jego twarzy nie schodził drwiący, nieobecny uśmiech. Na kolanach, obciągniętych ochronnymi spodniami, leżała torba, nie wiedzieć czemu nadpalona, choć niezbyt mocno, a tylko tak ciut – ciut. Jedna dłoń Szczurołapa spoczywała na klapie torby, druga z roztargnieniem gładziła futerał z fletem, i przy tym rozbłyskał i gasł czerwony kamień w pierścieniu nasadzonym na małym palcu. W opuszczone okno wpadał wiatr, targał żółtymi włosami Szczurołapa, szarpał wyblakłą kraciastą koszulą, poruszał zszytą ze skrawków materiału chustą, okrywającą szyję, i Gaj dopiero teraz uświadomił sobie, skąd wzięło się to przezwisko – Pstrokaty Flecista. –Na drogę patrz. Gaj drgnął. Mocniej chwycił kierownicę. Droga odbiła w bok od rzeki, by po chwili znów do niej wrócić; wzniecając kłęby kurzu, nadjechała z naprzeciwka – rzadki przypadek! – ciężarówka, nieznajomy kierowca pozdrowił go machnięciem ręki, Gaj odpowiedział tym samym i długo obserwował we wstecznym lusterku oddalający się żółty obłoczek. –Nie nudno ci tak cały dzień samemu w kabinie? – niedbale spytał Szczurołap. Gaj wzruszył ramionami. Zapewne jego współtowarzysz podróży nie miał pojęcia ani o urokach samotności, ani o zniewalającej sile nie kończącej się drogi; na wyjaśnianie czegokolwiek Gaj nie miał ochoty i dlatego wydusił z siebie tylko krótkie: –Nie. –I nie boisz się? – kontynuował Szczurołap z tą samą niedbałością. – A jeśli nagle silnik zgaśnie, jakaś awaria albo atak serca? Chociaż na atak serca jesteś jeszcze, jak sądzę, za młody. Gaj spojrzał nań podejrzliwie. Chciał powiedzieć, że z podejrzanym towarzystwem podróżować jest o wiele niebezpieczniej – ale, oczywiście, nie powiedział tego. I nie powiedział, że zna Rudą Trasę jak własną kieszeń. I że zżył się z nią,

jak ze starym ubraniem. I że nuda łatwiej dopada w hałaśliwym tłumie. Wśród miejscowej młodzieży Gaj czuł się beznadziejnie obco, podobnie zresztą obco czuł się wśród studenckiej braci. Umiał opowiadać anegdoty i fantastycznie wręcz wpasowywał się w popijawy, nawet podobał się córkom farmerów – mimo to jednak nie był uznany za swojego. Wyglądało nawet na to, że bano się go, i z przyjaźnią nikt się doń nie pchał; krzywdzić go zresztą też nie krzywdzono, gdyż do bicia brał się bez zastanowienia i walczył tak, jak walczą zagnane w kąt zwierzęta. Nawet więksi, silniejsi i zadziorniejsi chłopcy woleli nie wchodzić mu w drogę – „ten, no… wściekły, chłopy, niech go…” Nad huczne imprezy – nawet z udziałem młodych dziewcząt – Gaj przedkładał towarzystwo starej Tiny; siedział, wpatrując się w ogień, słuchał i milczał, opowieści kończyły się – a on wciąż milczał i nawet starucha rozumiała wtedy, że ten człowiek jest nieobecny, a gdzie przebywa, nawet nie próbowała odgadnąć. Gaj drgnął. Szczurołap już nie spoglądał w niebo, lecz kątem oka przyglądał mu się i od tego spojrzenia dłonie, spoczywające na kierownicy, pokryły się potem. –Jak trafiłeś na tę drogę? – spytał cicho flecista, jakby zwracał się do siebie samego. Gaj zatrzepotał rzęsami. –Pracuję… No, pracuję. Pracuję, a co? –Nic – Szczurołap chrząknął, jakby ze złością. – Pracuj sobie. Co nowego w mieście? –Nic – na podobieństwo echa odezwał się Gaj i zaraz potem przestraszył się, by jego odpowiedź nie została odebrana jako drwina. – Aaa… studenci… buntują się… –A ty? Nie buntujesz się, przecież jesteś studentem? Wszystko wiesz, pomyślał z przygnębieni em Gaj. I burknął, zaciskając zęby: –Nie mam kiedy. Jeśli latem nie zarobię, to co będę żarł zimą? –A co, z głodu umrzesz? O dach kabiny zawadziła gałąź, potem jeszcze jedna. Droga stała się węższa i zanurkowała w maleńki zagajnik. –Co, nie możesz znaleźć roboty? W końcu jesteś studentem renomowanego uniwersytetu. –Co ma teraz renomę? – wymamrotał Gaj ponuro. – Nic nie zostało… renomowanego… –Korepetycjami byś się zajął. Nic skomplikowanego, przyzwoicie płacą, a tutaj… tylko kurz łykasz… –Tutaj mi lepiej. –Co masz na myśli? Gaj zdenerwował się nie na żarty. Przyczepił się, kleszcz jeden, nic w umowie nie było o tym, że będzie przez całą drogę gadał. –Płacą dobrze – wydusił z niechęcią. Odetchnął dodał całkiem niespodziewanie dla samego siebie:

–A poza tym stąd pochodzę. No nie, co za siła pociągnęła za jego nieskory z reguły do gadania język?! Szczurołap odchrząknął. Pokręcił się, rozsiadając – Wygodniej: –Interesujące… Z Luru? –Z Krzywych Kątów. To bardziej na zachód. –No proszę, to przecież całkiem niedaleko. Odwiedzasz rodziców? Gaj chciał skłamać, ale nie zdecydował się: –Nie. Owym „nie” spróbował ze wszystkich sił postawić grubą kropkę; jednakże Szczurołap miał w nosie wszystkie znaki przestankowe. –Nie? Ale mam nadzieję, że rodzice jeszcze żyją? –I ja mam taką nadzieję – wymamrotał Gaj ze znużeniem. –A gdzie ich masz? –A kto ich tam wie. I znów milczeli, ale Szczurołap nie odwracał wzroku, patrzył na Gaja i poprzez Gaja, i w głąb Gaja, w sam środek, i ten nie wytrzymał wreszcie: –No, nie mam ochoty rozmawiać! Co masz z tym wspólnego… Co, umawialiśmy się na to? Na rozmowy o życiu się umawialiśmy?! –Nie krzycz. Gaj zamilkł. Furgonetka, zapiszczawszy hamulcami, zatrzymała się na poboczu; Gaj zaciskał zęby, zdawało mu się, że jest zakorkowanym dzbanem z piekącą zawartością, a pieczęć za chwilę opadnie, gdyż to coś, Zapełniające naczynie po samą szyjkę, podnosi się, rośnie, doprasza się ujścia… Rozpierały go słowa. Próbował powstrzymać się jak mógł – lecz słowa stały już u samej bramy jego ust. –No… Dobrze, nie duś tego w sobie. Słucham cię, chłopcze. I niczym dziecko, na ramieniu którego legła ręka bezwzględnego dorosłego, Gaj zaczął mówić, najpierw powoli, zacinając się, a potem coraz szybciej i łatwiej, a nawet z jakąś dziwną ulgą: –No… Moja matka pochodzi ze stolicy. Dwadzieścia lat temu były tam zamieszki, jedne z pierwszych. Ona wyglądała, jakby urodziła się na północy, a do tych z północy odnoszono się każdego dnia coraz gorzej, musiała uciekać. Trafiła właśnie do Krzywych Kątów. A ojciec też był przyjezdny, z Pogórza, tam miał wizję czy coś podobnego, że powinien ludzkość ratować… Więc kiedy się urodziłem, ojca już w pobliżu nie było – jego przeznaczenie… bezwzględne było, nie dało mu w miejscu usiedzieć. Ruszył szerzyć dobro, matka została sama i myślę, że nielekko jej było i, jak mówili, przeżyłem tylko dlatego, że urodziłem się nad wyraz rozwinięty, dobre pięć kilogramów. Bardzo długo nie pamiętam siebie, jako pięciolatka – nie pamiętam, jako siedmiolatka – też nie. A potem pojawił się Il. On był…tak w ogóle to był rudy. Gdy wchodził do domu – to jakby pochodnię ktoś wniósł. On też kiedyś uciekł ze stolicy, gdyż północni to jedno, a rudych to wtedy nie tylko nie lubiono – okrutnie nienawidzono, jakby to oni byli wszystkiemu