Filbana

  • Dokumenty2 833
  • Odsłony748 333
  • Obserwuję550
  • Rozmiar dokumentów5.6 GB
  • Ilość pobrań511 945

Uzaleznieni - Elizabeth Burton-Phillips

Dodano: 5 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 5 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Uzaleznieni - Elizabeth Burton-Phillips.pdf

Filbana EBooki Pisane przez życie
Użytkownik Filbana wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 172 osób, 113 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 277 stron)

Nicholasowi „Nickowi” Stephenowi Millsowi urodzonemu 19 listopada 1976 roku zmarłemu 19 lutego 2004 roku Książkę tę dedykuję pamięci mojego syna Nicholasa Stephena, pieszczotliwie nazywanego Nickiem, który stracił życie 19 lutego 2004 roku. Padł ofiarą uzależnienia od narkotyków.

P OD REDAKTORKI o raz pierwszy spotkałam Elizabeth Burton-Phillips latem 2003 roku, kiedy była dyrektorką działu religii w szkole podstawowej. Zaprosiła mnie, żebym wygłosiła wykład dla jej uczniów. Jako pisarka spotykałam się z młodzieżą szkolną i dorosłymi od 1988 roku, kiedy opublikowano moją autobiografię Pearls of Childhood (Perły dzieciństwa). Ta książka, oparta na dziennikach prowadzonych przeze mnie dla moich rodziców, opowiada historię dziesięcioletniej czeskiej Żydówki, która wraz z sześćset sześćdziesięciorgiem ośmiorgiem innych dzieci została uratowana w 1939 roku dzięki dalekowzroczności młodego angielskiego maklera Nicholasa Wintona (obecnie sir Nicholasa Wintona) i szczodrości Brytyjczyków, którzy przyjęli nas do swoich domów. Elizabeth napisała do mnie niedługo później: Czuję, że spotkało mnie wielkie szczęście, że nasze ścieżki się przecięły. Nigdy nie sądziłam, że poznam tak wspaniałą osobę jak Pani, z tak tragiczną historią. A jednak pomimo przeżytego koszmaru zarówno z Pani osobiście, jak i z Pani książki bije wielka siła i odwaga. Pani Vero, jestem taka szczęśliwa, że zostałyśmy dobrymi przyjaciółkami. Kiedy martwię się własnymi problemami i trudnościami, wystarczy, że pomyślę o Pani.

Nie domyślałyśmy się wtedy, jak bardzo zwiążą się nasze losy. Nie miałam pojęcia, przez co przechodziła ze swoimi dwoma synami, aż do wiosny 2004 roku, kiedy pewnego dnia niespodziewanie zapukała do moich drzwi. Powoli i z wielkim trudem Elizabeth podzieliła się ze mną swoją bolesną historią. Choć gdy usłyszałam o śmierci jej syna, byłam zszokowana, poczułam, że z tej tragedii może wyniknąć coś pozytywnego, zwłaszcza kiedy Elizabeth powiedziała mi, że przez te wszystkie lata robiła zapiski dotyczące zarówno szczęśliwych dni synów, jak i tragicznego staczania się w nałóg. Spytałam ją, czy byłaby gotowa napisać książkę. Podkreśliłam, że musiałaby znaleźć w sobie siłę, by wrócić do zapisków i stworzyć szczere sprawozdanie z doświadczeń swojej rodziny, ponieważ jeśli jej książka uratowałaby jedno życie, wynagrodziłaby ten trud z nawiązką. Decyzja Elizabeth o napisaniu książki dała jej pewność siebie, by publicznie rozmawiać z wieloma różnymi osobami o doświadczeniach swojej rodziny. Miałam zaszczyt redagować tekst i doradzać autorce podczas jego powstawania. Jakże byłam dumna, gdy ujrzałam, jakie wrażenie wywarła na czterystuosobowej publiczności w Westminsterze podczas konferencji Organizacji Konserwatystek w 2005 roku. Mówiła od serca i otrzymała zasłużoną owację na stojąco. Z tego, co widziałam, nie było na sali nikogo, kto nie byłby wzruszony. Jej opowieść to szczery opis i mocne ostrzeżenie przed tym, co może się stać ze zwykłą, dobrą rodziną – opis, który poruszy do żywego każdego czytelnika. Jego autorka jest matką, z której cała jej rodzina może być dumna. Vera Gissing

Ś OD AUTORKI mierć dziecka w dowolnym wieku czyni w życiu bolesną pustkę. Kiedy po omacku próbujesz wydostać się z ciemności, twoje życie zmienia się na zawsze. Straciłam jednego z synów bliźniaków, kiedy miał dwadzieścia siedem lat. Zmarł z powodu uzależnienia od heroiny. Przez wiele lat ukrywałam nałóg obu bliźniaków przed przyjaciółmi i kolegami z pracy, ale po tragicznej śmierci syna postanowiłam opowiedzieć tę historię, mając nadzieję i wierząc, że inni na tym skorzystają. Sześć miesięcy później podjęłam decyzję, by przemówić publicznie, co, ku mojemu zaskoczeniu, nadało mojemu życiu całkiem nowy wymiar. Ta książka to osobiste wyznanie matki. Opisuje wpływ uzależnienia od heroiny na zwykłą rodzinę. Nieświadoma, że obaj moi synowie zaczęli używać narkotyków w wieku trzynastu lat, podążam za wydarzeniami z ich życia, których kulminację stanowi śmierć jednego z nich. Moja opowieść ukazuje, jak wraz z rodziną zaangażowałam się w podejmowane przez synów próby pokonania uzależnienia. Pokazuje destruktywny wpływ uzależnienia i podkreśla potrzebę zastosowania metod, które ułatwiłyby nam podzielenie się z innymi naszymi bolesnymi doświadczeniami w taki sposób, by zrozumieli wagę problemu. Uzależnieni rzadko uświadamiają sobie ogrom emocjonalnego i finansowego obciążenia, jakie nakładają na swoje rodziny, zwłaszcza zaś na

matki. Wypowiadając się zarówno publicznie, jak i poprzez moją książkę, mogłam pokazać rodzicom, innym członkom rodziny i przyjaciołom to, jak w rzeczywistości wygląda uzależnienie od narkotyków i jakie niebezpieczeństwo dla rodziny ze sobą niesie. Niech moja historia – historia matki – posłuży wszystkim rodzicom, wszystkim dzieciom i wszystkim rodzinom, które ją przeczytają – niezależnie od tego, z jakiej warstwy społecznej czy kręgu kulturowego pochodzą, czy są religijne czy nie – za ostrzeżenie, że narkotyki mogą zabić i że rzeczywiście zabijają. Mam nadzieję, że moje osobiste doświadczenie da wszystkim, którzy pracują zawodowo lub jako wolontariusze z uzależnionymi, większy wgląd w to, jak rodziny cierpią i stają się prawdziwymi, często zapomnianymi ofiarami nałogu. Ta historia może stanowić dzwonek alarmowy dla ciebie, twoich dzieci, twojej rodziny lub kogoś, kogo znasz. Nie zamierzam przepraszać za to, że mówię gorzką prawdę. Chcę podkreślić, że jestem po prostu zwyczajną matką i żoną, która wiele lat temu, kiedy rodzili się jej synowie, nigdy nie uwierzyłaby, że jej życie – życie nas wszystkich – zostanie zrujnowane przez narkotyki. Chciałabym zobaczyć, że potrzeby rodzin walczących o to, by poradzić sobie z uzależnieniem, są dostrzegane w ten sam sposób co potrzeby samej osoby uzależnionej. Jeśli nauczycie się czegoś na moich doświadczeniach i błędach, tym lepiej. Moja bliska relacja z narkotykami skończyła się na cierpieniu związanym ze śmiercią dziecka. Nie chcę, by to samo przydarzyło się komuś z was. Jeśli moja opowieść wpłynie na wasze życie bądź je odmieni, śmierć Nicka nie pójdzie na marne. Jego brat Simon, osamotniony bliźniak, przeżył, by dać świadectwo o życiu i śmierci swojego brata. Mam nadzieję, że uda mi się nadać temu życiu i tej śmierci godności. Nick nigdy by nie chciał, by ktokolwiek szedł ścieżką, którą on podążał. A jednak jego życie nie będzie

stracone, jeśli dzięki jego historii uda się uratować inne osoby i zapobiec rodzinnym tragediom. Chciałabym podziękować następującym osobom, które pomogły mi i wspierały mnie na wiele różnych sposobów: Moim obecnym i byłym kolegom z pracy, którzy mieli świadomość mojej tajemnicy w latach przed śmiercią Nicka i którzy w uprzejmy i pozytywny sposób wspierali mnie od tego czasu – zawsze będę doceniała ich prawdziwą przyjaźń. Pracownikom, uczniom mojej szkoły i ich rodzicom, którzy nie znali mojej tajemnicy, ale ich pełne współczucia i sympatii listy oraz wiadomości pomogły mi przetrwać ciężkie chwile po tragedii. Mojej „rodzinie” z kościoła baptystów w Sindlesham – wszystkim członkom zespołu „Crack it!” i całej wspólnocie kościelnej, która otoczyła nas miłością i modliła się za nas od chwili tragicznej śmierci Nicka. Wszystkim osobom zawodowo pracującym z uzależnionymi, które zgodziły się porozmawiać ze mną na potrzeby tej książki i pozwoliły na to, by zawrzeć w niej ich doświadczenia. Chciałabym też podziękować pośmiertnie Colinowi, który pozwolił Simonowi zacząć wszystko od nowa, ale niestety zmarł niedługo później. Niech spoczywa w pokoju. Chciałabym w szczególny sposób wyrazić wdzięczność nieżyjącemu już Lesowi Pughowi i wdowie po nim Rachel, którzy zawsze wierzyli we mnie i w to, co próbowałam osiągnąć. Byli naprawdę uprzejmi, oddani, pełni zrozumienia i łaskawie darowali mi czas, ciszę i miejsce w swoim domu w USA, bym opisała swoją historię. Nie da się przecenić tego, co dla mnie zrobili. Bardzo żałuję, że Les nie może zobaczyć mojej książki w druku. To, że Rachel wciąż mnie wspiera w imię pamięci po Lesie, dużo dla mnie znaczy. Chciałabym też podziękować mojej serdecznej przyjaciółce, pisarce Verze Gissing, której przyjaźń, cierpliwość, zachęta, mądrość i rady nigdy

nie ustawały, a także mojemu synowi Simonowi, który przeżył i blisko współpracował ze mną nad tym, by opowiedzieć tę historię zgodnie z prawdą, i podzielić się swoim wszechogarniającym żalem. I wreszcie, i przede wszystkim, dziękuję ci, Tony, mój mężu, który zawsze mnie wspierałeś w ciężkich sytuacjach pomimo stresu, napięcia i trudności przedstawionych w tej książce.

C PROLOG PUKANIE DO DRZWI zwartek 18 lutego 2004 roku był przeraźliwie mroźnym dniem. Trwały ferie zimowe i panował okropny chłód. Pamiętam ten dzień dobrze, ponieważ zorganizowałam wycieczkę dla niektórych pracowników i uczniów naszej szkoły, a także ich rodziców do Duke’s Hall w Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie, gdzie tego wieczora mieli zagrać młodzi artyści ze szkoły muzyki Cheethams z Manchesteru. Mój mąż Tony wziął kilka dni wolnego w pracy z okazji urodzin. Miała to być uroczystość dla nas obojga. Moje pragnienie uczestnictwa wzięło się z rozwijającej się przyjaźni z pisarką czeskiego pochodzenia Verą Gissing, którą poznałam poprzedniego lata, gdy dała w naszej szkole wykład. Przed koncertem poszliśmy na lampkę wina z Verą i kilkorgiem jej przyjaciół – wypiliśmy zdrowie Tony’ego z okazji jego urodzin. Zajęliśmy miejsca w sali koncertowej, nie mogąc się doczekać, aż usłyszymy utalentowanych młodych muzyków, którzy popiszą się przed nami swoimi umiejętnościami, grając Strawińskiego, Dworzaka i Mozarta. Był to wspaniały wieczór zakończony entuzjastycznym aplauzem po ostatnim bisie. Pożegnaliśmy się z Verą i wraz z Tonym wyruszyliśmy w drogę powrotną, rozmawiając z entuzjazmem o prawdziwie utalentowanych młodych ludziach, których dane nam było zobaczyć. Jadąc autostradą do

domu, zdecydowaliśmy, że powinniśmy się wcześniej położyć, ponieważ czekało nas kilka pracowitych dni. Poszliśmy do łóżka w dobrych nastrojach, ciesząc się na wesele, na które mieliśmy iść w weekend. Nic nie zapowiadało tego, co miało nas spotkać. W środku nocy rozległo się pukanie do drzwi. Nie usłyszałam go, ale byłam świadoma, że ktoś porusza się w sypialni – Tony poprosił mnie, żebym wstała. Jego głos był poważny, ale dało się w nim wyczuć delikatną nutę lęku. Wciąż na wpół śpiąc, włożyłam szlafrok. Serce mi biło, jakby miało wyskoczyć z piersi. Domyśliłam się już, co mnie czeka. Stało się – przerażające pukanie do drzwi, na które tak długo się przygotowywałam. Wchodząc do salonu, spojrzałam na zegarek. Była trzecia nad ranem. W pokoju stało dwoje policjantów w pewnej odległości od siebie. Z samej ich postawy mogłam wywnioskować, że mają dla mnie druzgocące wieści. Nie było łatwego sposobu, by przekazać mi to, co powiedziała policjantka: – Przykro mi, ale pani syn Nick nie żyje. Była uprzejma, pełna współczucia i profesjonalna. Nie chciałabym, żeby częścią moich obowiązków zawodowych było dostarczanie rodzinom takich okropnych wieści. Tych osiem słów zadało mi ból, który zostanie ze mną już na zawsze. Usiadłam przepełniona całkowitą, spokojną rezygnacją. Od razu powiedziałam sobie w duchu: – Wiedział, że go kocham, aż do samego końca wiedział, że był kochany. Pomimo że byłam zdruzgotana i pomimo cierpienia, jakie spotkało nas oboje przez ostatnich siedem lat, miłość do mojego syna i jego miłość do mnie w jakiś sposób złagodziły ten okropny cios. Odwróciłam się i spytałam o jego brata bliźniaka Simona. Dzięki Bogu, żył. W tej ciężkiej sytuacji ulgę przyniosła mi wieść, że nie doszło do dwóch śmierci. Przynajmniej jeden

z moich synów przeżył, jedno życie zostało oszczędzone. Czułam się, jakbym funkcjonowała w dwóch emocjonalnych wymiarach – mieszały się we mnie ulga i żal. Co się stało? Jak do tego doszło? Być może zginął w wypadku? Nigdy nie wyobrażałam sobie tego, co miałam usłyszeć. Nadal siedziałam, mając świadomość, że niedaleko toczy się rozmowa między policjantami a moim mężem. Byłam w okropnym szoku i zadawałam sobie pytanie: – Dobry Boże, gdzie zrobiłam taki okropny błąd? Cofnęłam się pamięcią o dwadzieścia siedem lat.

B ROZDZIAŁ 1 WSPOMNIENIA rzuch pojawił się wiosną 1976 roku, a potem już tylko rósł. Wraz z moim pierwszym mężem Lawrence’em cieszyliśmy się, że Marie, nasza dwuipółletnia córka, niedługo będzie miała towarzyszkę zabaw. Spodziewaliśmy się, że urodzę dziewczynkę. Zarówno my, jak i lekarz byliśmy bardzo zaskoczeni, kiedy na świat przyszło dwóch chłopców bliźniaków. Kiedy Nick i Simon wrócili do domu po krótkim pobycie na oddziale intensywnej terapii noworodków, Marie zaczęła bardzo poważnie podchodzić do obowiązków starszej siostry. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy „nakarmiła” swoich sześciomiesięcznych braci z butelki z obrazkiem przedstawiającym niemowlę. Niestety, była to butelka płynu do mycia naczyń Fairy i chłopcom szybko zaczęło się pienić z ust. Po szalonej jeździe karetką czekało nas kilka pełnych lęku nocy w szpitalu. Wychowywanie trojga dzieci poniżej trzeciego roku życia było wyczerpującym, a czasem przytłaczającym obowiązkiem. Byłam wdzięczna za każdą pomoc, którą mogłam otrzymać, zwłaszcza ze strony obu babć. Osiemnaście miesięcy później chłopcy dołączyli do swojej siostry w pobliskim żłobku. Beverly, która została ich ulubioną wychowawczynią, mówiła o nich czule: Simon i Nick wyglądali jak aniołki, ponieważ byli pięknymi

chłopcami o blond włosach, ale szybko przekonałam się, że pozory mogą mylić. Mieli dusze chochlików. Tego pierwszego dnia próbowałam nauczyć się ich odróżniać i ani przez chwilę się nie nudziłam. Wbiegli jak tornada – kiedy tylko byli cicho, wiedziałam, że to zły znak. Ale szybko przyznawali się, gdy coś spsocili, i patrzyli na mnie wielkimi oczami pełnymi skruchy. Kiedy przyszłam odebrać ich ze żłobka pod koniec tego pierwszego dnia, musiałam zaczekać przed drzwiami. Nie wiedziałam, że Nick w jakiś sposób zaklinował sobie głowę pomiędzy dwoma szczeblami krzesła, a pracownicy wciąż próbowali go wyswobodzić... Poranki zawsze upływały nam w pośpiechu. Pewnego pamiętnego dnia Nick dotarł do żłobka ubrany w moje majtki i odważył się narzekać, że spada mu bielizna! Chłopcy uwielbiali jeść i uwielbiali robić psoty – zwłaszcza dziewczętom. Byli nierozłączni i znani wszystkim jako „Bliźniacy”. Kiedy tylko ktokolwiek zaczynał ich szukać, stosowali wyjątkową sztuczkę – wbiegali pod najbliższy stół i krzyczeli radośnie: – Nie ma nas tu! Nie ma nas tu! Pomimo tych wygłupów wszyscy ich uwielbiali. A Marie zawsze ich broniła, chociaż często i nieźle dawali jej w kość. Kiedy Beverly ogłosiła, że chce, by trzyletni bliźniacy nieśli welon na jej ślubie, a ich siostra została druhną, wszyscy uznali, że sama się prosi o problemy. Ale Marie i chłopcy stanęli na wysokości zadania. Kiedy tylko Nick i Simon weszli do kościoła, przydeptali welon panny młodej i omal go nie podarli. A na samym początku mszy wszyscy usłyszeli cieniutki głosik Simona: – Pamiętaj, musimy być grzeczni. Bev nam kazała. Później, zawstydzając jedną z zaproszonych na wesele osób, Nick

wykrzyknął spod stolika: – Zobacz, ona ma zielone majtki! Czas mijał i wkrótce nadeszła pora, by przenieść chłopców z przedszkola do szkoły. Siostra Joseph, ich pierwsza nauczycielka w zerówce, uwielbiała bliźniaki. Ich jaśniutkie włoski i identyczne twarze sprawiały, że mówiła, iż byli „po prostu przeuroczymi i rozkosznymi łobuziakami”. Nie potrafiła ich odróżnić, więc postanowiła przyczepić im do swetrów plakietki z imionami. Nick wiedział, że siostrę Joseph łatwo można oszukać, i szybko nauczył wymieniać się plakietkami z Simonem. Biedna siostra Joseph bardzo się denerwowała i czasem krzyczała na Simona, że był niegrzeczny, aż się popłakał, podczas gdy to Nick był winny. Cóż za pokaz lojalności na tak wczesnym etapie życia! Siostra Joseph napisała do mnie o doświadczeniach ze „swoimi bliźniakami”: Nigdy nie zapomnę Pani ani bliźniaków – do końca życia codziennie będę się za Was modlić. Ponad dwadzieścia lat temu Pani synowie byli moimi wyjątkowymi bliźniakami. Często przypominam sobie, w jakie kłopoty potrafili wpaść! Cudownie było patrzeć na bliską więź Pani i synów. Pamiętam, że Nick pewnego dnia wyszedł do szkoły w nieskazitelnie czystej niebieskiej koszuli i nowych, lśniących butach. Pod koniec dnia wrócił w zaplamionej koszuli z oderwanym kołnierzykiem i bez jednego buta. Najwyraźniej uczył się, jak się bronić. Ku naszemu zachwytowi, obaj chłopcy zapisali się do skautów i z zapałem uczyli się przysięgi przed oficjalnym przyjęciem. Ćwiczyli i ćwiczyli, a nawet ją zapisali, żeby nie pomylić się podczas wielkiego dnia, kiedy mieli ją wyrecytować przed skautmistrzem. Niestety, nie sprawdziłam, co napisał Nick. Kiedy w końcu wyrecytował przysięgę, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Wstydziłam

się, a jednocześnie nie potrafiłam przestać chichotać, kiedy mówił: – Przysięgam, że dołożę wszelkich starań, by wypełniać swoje obowiązki wobec Boga i Krowy i pomagać innym ludziom, i przestrzegać prawa skautów. Rodzinne wyprawy na zakupy to kolejne źródło zabawnych historii. Pewnego dnia, kiedy wykładaliśmy towary na taśmę przy kasie, Nick upuścił pełną butelkę lemoniady. Pękła, zaczęła się obracać i całkowicie zabrudziła eleganckie ubranie dżentelmena stojącego obok. Wszyscy dookoła oniemieli. Innym razem, w tym samym sklepie, Nick wymierzył pistolet na przylepne strzałki w kierunku kasy i trafił sprzedawczynię prosto w czoło. Ostatecznie udało mi się ją udobruchać bombonierką. Kiedy już chłopcy znaleźli się bezpiecznie w samochodzie, śpiewali jak aniołki. Ich ulubiona piosenka opowiadała o średniowiecznym rycerzu, który zdobywał ostrogi. Czasem sprawiali mi kłopoty, ale ich uwielbiałam. W 1988 roku, kiedy bliźniacy stawali się nastolatkami, zaproszono ich do udziału w programie telewizyjnym dla dzieci pod tytułem Docurama. All About Twins (Dokument-dramat. Wszystko o bliźniętach). Miejscowa gazeta zainteresowała się nimi i wydrukowała na pierwszej stronie ich zdjęcie, pod nagłówkiem „Bliźniaki z telewizji gotowe ukraść show!”. Towarzyszący mu artykuł opisywał „nowy jednojajowy duet”, który pod koniec kwietnia 1988 roku pojawi się na antenie w całym kraju. Artykuł cytuje moją wypowiedź: Posiadanie bliźniąt jest bardzo ekscytujące, ale bywa także frustrujące. Oglądanie ich w filmie jest ekscytujące, ale to, że nie potrafię ich odróżnić, jest bardzo frustrujące. Ale jedno jest pewne. Nie różnią się niczym od innych dzieci w tym, jak bardzo potrafią psocić. Nie tak dawno temu postanowili urządzić sobie ognisko w szopie ze wszystkimi kolegami i prawie ją spalili!

W dniu filmowania wszyscy byli bardzo podekscytowani. Przez większość dnia towarzyszyła nam ekipa telewizyjna. Wzięłam dzień wolny z pracy, a dzieciaki nie poszły do szkoły. Chłopców filmowano w domu i kiedy wiosłowali na Tamizie. Serce podchodziło mi do gardła, kiedy wyobrażałam sobie, jak kamerzysta i dźwiękowiec wpadają do wody, próbując się wcisnąć do łodzi wiosłowej. Wydaje mi się, że poniższy wywiad miał miejsce zaledwie wczoraj. Za każdym razem gdy oglądam nagranie, uśmiecham się i ronię kilka łez, słysząc komentarze synów: Nick: Nie wiedziałem, co to znaczy „bliźniak”, aż do dwunastego roku życia, chociaż mama mówiła nam często: „Słuchaj, jesteście bliźniakami. To znaczy, że macie takie same bakterie” [komentator telewizyjny wyjaśnił, że chodziło mu o geny]. Pewnego dnia byłem w domu swojej byłej dziewczyny, a Simon właśnie wracał ulicą z frytkarni. Przejeżdżający samochód uderzył go i podrapał ręce i nogi. Dokładnie w tym samym momencie zaczęła mnie mocno boleć noga. Nie mogłem na niej stanąć. Jakoś udało mi się dokuśtykać do domu. Simon pytał, co się ze mną dzieje. Wiedziałem, że jestem przy nim, bo kiedy dotarłem do domu, ból w nodze ustał. Simon: Cóż, nie chciałbym dorosnąć, bo lubię moje życie takim, jakie jest teraz, i nie wiem, jak to będzie, kiedy dorosnę. Jeśli rzeczywiście dorosnę, chciałbym mieszkać w tym samym domu co mój brat, razem z naszymi żonami, jeśli będziemy jakieś mieli. Nick: Nie chcę, żeby tak było, bo za dużo byśmy się kłócili. On [Simon] jest w stosunku do mnie bardzo zaborczy. Ja nie jestem taki zaborczy...

Nastoletnie lata i szkoła średnia to czas kiedy chłopcy mieli wielu przyjaciół i bardzo lubili jeździć na nartach, deskorolkach i poznawali dziewczęta. Gdy mieli trzynaście lat, podejrzewano u nich groźne schorzenie. Dyrektor szkoły zdiagnozował je jako „poważne chichotanie” i uznał je za tak niebezpieczne, że polecił nam szukać pomocy medycznej. Udaliśmy się do czołowej specjalistki od bliźniąt, która sumiennie przebadała ich w szpitalu Maudsley w Londynie. Ogłosiła swój werdykt z szerokim uśmiechem: – Nicholas jest w pełni świadomy tego, że chichot stanowi integralną część jego chochliczego charakteru. Inny bardzo szanowany lekarz, zachowujący się bardziej poważnie, uspokoił nas jeszcze bardziej: Państwa synowie rozwijają się normalnie, ale ze zrozumiałych przyczyn są ze sobą bardzo blisko związani, co często zdarza się w przypadku bliźniąt. Obecnie zaczynają wykazywać oznaki indywidualizacji poprzez poszukiwanie różnych grup przyjaciół i wyrażanie odmiennych zainteresowań. Obaj chłopcy wyrastali na przystojnych, popularnych nastolatków, bardzo lubianych przez dziewczęta. Pewnego dnia Nick stwierdził, że zamiast na randkę woli iść na ryby, więc niczego niepodejrzewająca dziewczyna poszła na randkę z Simonem. Czy kiedykolwiek dowiedziała się prawdy? Simon i Nick zrobiliby dla siebie wszystko. Kiedy przeprowadziliśmy się do Bath w 1991 roku, chłopcy nadal lubili psocić. Pierwsza miłość Nicka Ruth z czułością wspomina, jak poprosił ją o to, by ścięła mu włosy. Niestety, znalazła tylko tępe nożyczki i rezultatem jej starań była bardzo krótka fryzura z kilkoma łysymi plackami. Ruth próbowała ukryć zawstydzające fragmenty, zakolorowując je brązowym

pisakiem. Pamięta, że w drugą rocznicę ich związku Nick zdobył się na romantyczny gest i ugotował dla niej bardzo kreatywny posiłek złożony z fasoli na tostach, który podał na stoliku ze świeczkami w pokoju oświetlonym światłem świec. Innym razem, kiedy Nick był w samochodzie Ruth, zapalił dla niej papierosa i włożył go jej do ust złą stroną. Omal nie skończyło to nieprzyjemnym wypadkiem. Ich przyjaciel Tomsie opowiedział mi, jak po kilku piwach w pubie cała trójka wróciła do jego domu, gdzie zasnął. Bliźniacy wykorzystali okazję i zgolili jedną z brwi Tomsiego, zanim sami poszli spać. Obudziwszy się, Tomsie nie budził przyjaciół (którzy z pewnością przyznaliby się do swojego dowcipu), tylko od razu pobiegł na rozmowę o pracę, nie spojrzawszy w lustro i nie zauważywszy, że brakuje mu brwi. Inny przyjaciel Douggie wspomina chwilę, kiedy Nick opadł na najbliższy fotel w jego mieszkaniu ze słowami: – Jestem taki zmęczony! Odchylił głowę w tył tak gwałtownie, że rozbił znajdujące się za nim akwarium. Woda wraz z rybkami rozlała się po całym pomieszczeniu. Ruth wymogła na Nicku, by pozbierał wszystkie rybki i zapłacił za nowe akwarium. Mark, znany także jako Teggie, doskonale pamięta pewne letnie popołudnie podczas wakacji, kiedy bliźniacy wygłupiali się w naszym ogródku. Wszyscy trzej postanowili pograć w golfa kijami swoich ojców. Stali przed drzwiami na nasze patio i usiłowali wybić piłki do znajdującego się za domem parku, rozbijając przy tym kilka szyb w szklarni. Mark poszedł przynieść kilka piłek, a potem podniósł wzrok tylko po to, by zostać uderzonym prosto między oczy jedną z piłek Nicka. Mark mówi, że bliźniacy bardziej przejmowali się rozbitym szkłem niż tym, że stracił przytomność. Kai, kolega, z którym Nick jeździł na deskorolce w szkole średniej,

wspomina, że uwielbiali razem grać w snookera w pokoju zabaw w naszym domu. Myśleli, że są naprawdę „cool”, grając w snookera i pijąc sok wiśniowy z wodą sodową z syfonu znajdującego się w pokoju obok. Kai powiedział, że on i Nick byli najlepszymi deskorolkarzami i snookerzystami w szkole. Janet, moja bliska znajoma ze studiów, zawsze przypomina mi, jak grzeczni i uprzejmi byli moi synowie i córka dla jej dzieci, które były młodsze od bliźniaków. Często wspomina to, że Nick, Simon i Marie robili wszystko, by traktować jej synów jak najmilej i najbardziej przyjacielsko. Byliśmy zwykłą, szczęśliwą rodziną – mama, tata i troje dzieci. Często nawiedzają mnie wspomnienia wyjątkowych chwil, czy to Bożego Narodzenia, czy to ich urodzin, zwłaszcza z czasów kiedy dzieci były małe. Razem, jako rodzina, zaznaliśmy dużo zabawy i śmiechu – w domu, na wakacjach, po prostu robiąc te zwyczajne rzeczy, które robią zwyczajne rodziny. Byliśmy bardzo dumni z całej trójki dzieci. Jednakże postępowałabym niewłaściwie, gdybym promowała obraz mojej rodziny, z którego wynikałoby, że była doskonała – wręcz przeciwnie. Podobnie jak inne rodziny, przeżywaliśmy wzloty i upadki, kłótnie i sprzeczki. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że synowie rozumieli to, iż często przeżywamy napięte i pełne stresu chwile, aż Simon, który wówczas miał osiem lat, wręczył mi napisaną na maszynie wiadomość, która głęboko mnie poruszyła. Wciąż mam oryginał listu, który doskonale oddaje to, jak dziecko jest świadome panującego w swojej rodzinie napięcia: Droga Mamo Kocham Cię najbardziej na całym świecie, mam nadzieję, że też mnie kochasz... Dajesz mi słodycze dużo za często i kocham Cię za to, traktujesz nas lepiej niż jakakolwiek inna matka

Nie rozumiem tego, kiedy z tatą się nie zgadzacie, ale wiecie, że naprawdę się kochacie Będę próbował nie psocić się siostrze w żaden sposób i być dobrym przykładem dla Nicka Kiedy Ty i tata jesteście szczęśliwi, lubię to, wypełnia mnie to radością i szczęściem Mam nadzieję, że ucieszył Cię ten mały list Kocham Cię Simon Mills xxxxxxxxxxxxxxxxxx Jakieś dziesięć czy dwanaście lat później, kiedy miał prawie dwadzieścia lat, Simon zostawił ojcu wiadomość, którą znaleźliśmy na stole w kuchni po długiej nocy w pubie. Tym razem nie była napisana na maszynie, tylko pospiesznie napisana odręcznie w taki sposób, jakby wciąż miał dziesięć lat. Brzmiała: Tato, czy możesz obudzić mnie o dziewiątej rano? Mam jutro pracę, więc muszę iść do pracy. Proszę, obudź mnie i, jeśli możesz, podwieź To byłoby dobre Simon Ponieważ uczyłam przez prawie dwadzieścia lat w tej samej szkole, poczułam znużenie i chciałam zmienić pracę. Wiosną 1991 roku zaczęłam starać się o nowe stanowisko, które wydawało się otwierać wiele możliwości przed Nickiem, Simonem i Marie. Zaoferowano mi pracę i po namyśle zdecydowaliśmy wspólnie, że powinnam ją przyjąć, chociaż wiedzieliśmy, że będzie się to wiązać z dużą zmianą w naszym życiu. Jak większość matek chciałam robić tylko to, co najlepsze dla moich dzieci. Kochałam je tak

mocno, że poruszyłabym dla nich niebo i ziemię. Większość matek wini się za złe rzeczy, które przytrafiają się ich dzieciom, a ja nie jestem wyjątkowa. Ale nigdy nie spodziewałabym się osobistych i rodzinnych tragedii, które nas czekały.

P ROZDZIAŁ 2 WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD PAPIEROSA, MAMO rzez wiele lat nie miałam pojęcia, że doświadczenia moich synów z narkotykami zaczęły się już, kiedy mieli po trzynaście lat, niedługo po przejściu do szkoły średniej. Po powrocie ze szkoły, kiedy odrobili już lekcje i zjedli podwieczorek, zawsze chętnie wychodzili do parku za naszym domem. Koledzy często przychodzili po nich, korzystając z bramy do ogrodu, której nigdy nie zamykaliśmy. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że już wtedy eksperymentowali z papierosami. I, jak wspomina Simon, sprawy zaczęły szybko nabierać tempa. Wszystko zaczęło się od papierosa – byliśmy bardzo głupi, ale to była dla nas rozrywka. Siedzieliśmy w parku niedaleko naszego domu w Berkshire i z powodu presji rówieśniczej szybko przerzuciliśmy się z papierosów na marihuanę. Paliliśmy trawkę do dwudziestego siódmego roku życia. Jako trzynastolatkowie chodziliśmy wieczorami do parku. Któryś z kolegów zawsze miał wystarczająco dużo, żeby nam sprzedać – bardzo łatwo było ją dostać. Paleniu trawki towarzyszyło picie – najczęściej cydru lub piwa w puszkach: siedzieliśmy w parku w grupkach po dwadzieścia, trzydzieści osób i upijaliśmy się. Ukrywaliśmy to przed rodzicami – po prostu to robiliśmy, usiłowaliśmy się zachowywać normalnie. To nie było tak

jak na dzisiejszych popijawach. W takim wieku nie potrzebuje się dużo, żeby poczuć działanie alkoholu. Jedna lub dwie butelki cydru na kilka osób wystarczyły, żebyśmy coś poczuli – byliśmy tak młodzi, że alkohol szedł nam prosto do głowy. Ich tolerancja na marihuanę powiększała się coraz bardziej – w końcu mogli palić cały dzień, jeśli tylko mieli okazję. Ale nie przypuszczałam, że działo się to tak blisko naszego domu, i jestem pewna, że pozostali rodzice również tego nie podejrzewali. Siódmy, ósmy i dziewiąty rok edukacji to najważniejszy okres w szkole średniej. Jak mogli najlepiej wykorzystać te lata, jeśli regularnie palili marihuanę i pili? Choć nie wiedziałam tego wtedy, być może to właśnie stanowiło powód, dla którego moim synom brakowało motywacji i chęci, by iść na studia. Jako doświadczony pedagog doskonale wiedziałam, że moi synowie nie radzą sobie z nauką tak dobrze jak ich siostra. Choć szkoła, do której uczęszczali, miała doskonałą reputację, była bardzo duża i sądziłam, że może w ich najlepszym interesie będzie, by przenieśli się do bardziej kameralnej. Dokładnie przemyślawszy tę kwestię, porozmawiałam z mężem o możliwości znalezienia lepszej szkoły. Jako że sama w tamtym okresie chciałam coś zmienić po przepracowaniu tylu lat w jednym miejscu, sądziłam, że to dobra chwila na wykonanie takiego ruchu. Nie byłam matką z nierealistycznymi wymaganiami w stosunku do własnych dzieci ani też nie zamierzałam planować za nie życia, ale chciałam, żeby miały jak najlepsze możliwości edukacyjne. Zaczęłam przeszukiwać ogłoszenia w dodatku edukacyjnym do „Timesa”. Marie miała w tym roku zdawać egzamin GCSE i powiedziała, że chciałaby zmienić szkołę na ostatnie dwa lata liceum. Nick i Simon mieli w tym samym roku zaczynać dwuletni kurs przygotowujący do GCSE, więc

wydawało się, że to odpowiednia pora, bym znalazła nową pracę i jednocześnie jak najlepiej zadbała o przyszłość swoich dzieci. Po kilku rozmowach o pracę w szkołach z internatem uświadomiłam sobie, że najlepiej byłoby, gdybyśmy zatrzymali rodzinny dom w Reading, podczas gdy dzieci będą mieszkały w internacie szkoły, w której będę pracowała w trakcie roku szkolnego. Wiosną 1991 roku starałam się o posadę nauczycielki w szkole dla dziewcząt w Bath: do moich obowiązków należałoby uczenie na pół etatu i sprawowanie opieki wychowawczej nad sześćdziesięcioma pięcioma uczennicami w wieku od czternastu do szesnastu lat. Choć w naszym stylu życia miała nastąpić znacząca zmiana, nie musieliśmy sprzedawać domu, ponieważ zaoferowano nam odpowiednie lokum dla całej rodziny. Byłam szczęśliwa, że dzieci będą mogły wrócić na wakacje do dobrze znanego domu rodzinnego. Zanim przyjęłam posadę, wyjaśniłam dyrektorce, że muszę najpierw się upewnić, czy leży ona w najlepszym interesie całej rodziny. Władze szkoły oczywiście chciały poznać mojego męża i dzieci, więc zostaliśmy zaproszeni na drugą „rozmowę”. Kiedy nas oprowadzano, wciąż myślałam, w jaki sposób tego rodzaju posunięcie może przynieść korzyść dzieciom, dać im najlepszą szansę na dobre wykształcenie. Z wielką ulgą przyjęłam to, że cała rodzina bardzo chciała, żebym wzięła tę posadę. Jedyny minus stanowiło to, że Lawrence nie mógłby codziennie jeździć do pracy w Londynie z Bath, ponieważ wymagałoby to zbyt długich podróży. Umówiliśmy się więc, że w ciągu tygodnia będzie mieszkał w domu rodzinnym w Reading i dojeżdżał do nas na weekendy. Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania pod koniec sierpnia 1991 roku, a ja zaczęłam pracę 1 września. Córkę i synów przyjęto jako dziennych uczniów do innej szkoły z internatem w okolicy. Marie otrzymała stypendium na dwa ostatnie lata nauki dzięki zasłużenie dobrym wynikom