a_tom

  • Dokumenty5 863
  • Odsłony794 937
  • Obserwuję518
  • Rozmiar dokumentów9.3 GB
  • Ilość pobrań628 406

Taylor Stevens - Lalka

Dodano: 5 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 5 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Taylor Stevens - Lalka.pdf

a_tom EBOOKI PDF
Użytkownik a_tom wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 74 osób, 68 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 387 stron)

Z miłością i wdzięcznością temu drugiemu Bradfordowi. Z całego serca. A także dla mojej Mani.

Rozdział 1 Dallas, Teksas Z dłońmi przyciśniętymi do szyby Miles Bradford obserwował parking przed budynkiem. Widział jej upadek. Klatka po klatce, powolny przechył i lądowanie, które sprawiły, że przez długą chwilę nie wiedział, czy ma się zacząć śmiać czy martwić. Wstrzymał oddech, w duchu wołając, żeby wstawała. Wiedziała, że on tu jest. Liczył, że zaraz obróci się w jego stronę i pomacha. Potem mogli się z tego śmiać. Ale ona nie drgnęła. Nie próbowała wydostać się spod motocykla, pod którym utkwiła jej noga. Nawet nie podniosła głowy. Patrzył na nią, nic nie rozumiejąc. Cofnął się od okna powoli, jakby brodził po wodzie. Potem gwałtownie się odwrócił i wypadł z biura. Pędem pokonał korytarz i przemknął obok recepcji. Ominął windy, kierując się na schody. Zbiegł pięć pięter na dół, do holu, i pchnął wielkie, przeszklone drzwi. Dojazd do budynku od strony północnej blokował ambulans, do którego właśnie wsuwano nosze z Munroe. Krzyknął i zaczął machać rękami, aby zwrócić uwagę ratowników. Chciał, żeby chwilę zaczekali, dali mu czas na pokonanie parkingu, mógłby zabrać się z nią. Żaden się nie odwrócił ani nie zerknął w jego stronę. Nosze zniknęły w środku i zatrzaśnięto drzwi. Bradford już biegł, błyskawicznie pokonując dystans. Spóźnił się dosłownie o sekundy. Ambulans na sygnale wyjechał na drogę dojazdową. Ducati leżało na boku, nieco odepchnięte z miejsca, gdzie uwięziło ją pod sobą. Silnik zgasł, a kluczyki tkwiły w stacyjce. Postawił motocykl do pionu, wsiadł na niego i stopą wrzucił luz. Kciukiem wcisnął zapłon i sięgnął do sprzęgła, ale uderzenie o chodnik urwało dźwignię. Zaklął i sfrustrowany spojrzał w kierunku, w którym odjechał ambulans. Przez chwilę siedział bez ruchu, łapiąc oddech i intensywnie myśląc. Wycie syreny oddalało się i powoli ruch na ulicy wracał do normy. Gdyby od razu pobiegł do

wozu, zamiast do karetki, miałby szansę ją dogonić, ale teraz było na to za późno. Obejrzał się na budynek. Niewielka grupka gapiów już się rozchodziła. Miał na koncie dwadzieścia lat doświadczeń na froncie, nigdy nie zapominał o asekuracji i wszędzie wypatrywał niebezpieczeństw, ale tutaj, w kraju, ciągle myślał jak cywil. Jakie było prawdopodobieństwo, że ktoś na parterze widział wypadek i zadzwonił po pogotowie, a karetka znajdowała się akurat w pobliżu? Oczywiście nie mógł tego wykluczyć, ale raczej nie wierzył w taki zbieg okoliczności. Zsiadł z ducati i odprowadził je do garażu – do kąta, w którym Munroe zwykle je trzymała – a potem pobiegł z powrotem do budynku, po drodze odtwarzając zarejestrowany na taśmie pamięci upadek. Widział, jak drgnęła i zerknęła w dół, tak jakby coś ją zaskoczyło. Lewą ręką w dziwny sposób przesunęła po udzie. Dłuższą chwilę nic się nie działo, a potem nagle przygarbiła się i poleciała na bok. Zastanawiał go ten nagły przechył i upadek – nie zachowywała się jak ktoś, kto po prostu zasłabł. Przy windach wdusił przycisk ze strzałką do góry, jednocześnie sporządzając w myślach listę potencjalnych przyczyn – alergie, problemy ze zdrowiem, powikłania po niedawnej chorobie. Po kolei wszystkie wykluczał. Zanim wjechał na swoje piętro, przeanalizował zapamiętane obrazy kilkanaście razy. Przy każdej kolejnej próbie czuł coraz większą frustrację. Pchnął szerokie drzwi, które odgradzały Capstone Security Consulting od holu, minął luksusową strefę recepcji z eleganckimi meblami i ogromnym logo firmy – korporacyjnymi symbolami, które zupełnie nie kojarzyły się z krwawym i brutalnym biznesem, jaki prowadził za ścianą wyłożoną drewnianymi panelami – i zatrzymał się dopiero przy biurku, za którym siedziała Samantha Walker. Utkwiła w nim wielkie, brązowe oczy. Miała minę, jakby chciała powiedzieć „zdawaj raport”, tak jak zawsze, gdy poziom jego stresu szybował pod niebo. – Co się, do cholery, stało? – spytała. – Wyglądasz, jakbyś miał schadzkę ze śmiercią. Gadaj, co się dzieje.

Bradford zbył ją półuśmiechem i wziął z biurka plik karteczek samoprzylepnych. Co miał jej powiedzieć? Że instynkt i dziesięciosekundowa pętla obrazów w pamięci, ani na chwilę niedająca mu spokoju, utwierdzały go w przekonaniu, że kobieta, którą kocha, właśnie została czymś odurzona i wepchnięta do ambulansu? Zanotował cyfry, które zdążył zobaczyć, zanim karetka wyjechała na drogę. – Które szpitale mają dziś dyżur? – spytał, nie odrywając wzroku od karteczki. – Medical City i Parkland. – Możesz do nich zadzwonić i sprawdzić, czy Michael tam nie trafiła? Ponownie spojrzała na niego w ten sam znaczący sposób, a potem dotknęła myszy komputera i monitor ożył. – Mam pytać o Munroe czy o inne nazwisko? – O Munroe – odparł. Kiedy Michael nie pracowała, miała przy sobie dokumenty na taką właśnie tożsamość, ale słowa Samanthy sprawiły, że jego myśli pomknęły w dwóch kierunkach. Patrząc, jak Walker wyszukuje numery telefonów, siłą woli posklejał fragmenty skojarzeń i obrazów w logiczne pytanie: Widział, jak Vanessę Michael Munroe ładują na noszach do ambulansu, ale czy dla tych, którzy ją tam wsadzili, była to Michael, czy może inne z jej wielu wcieleń? Na próżno próbował dostrzec w tym wszystkim jakiś sens. Kto miał odpowiednie środki i powód, żeby to zrobić, i – co najważniejsze – jak ją namierzono? Munroe na pewno narobiła sobie wielu wrogów, handlując tajemnicami i kupując dusze, ale zawsze używała fałszywych danych i zmieniała wygląd. Tak wiele lat spędziła za granicą, że mało kto wiedział, kim naprawdę jest i jak ją znaleźć. Walker odchrząknęła, podniosła słuchawkę i obrzuciła Bradforda stanowczym spojrzeniem, które mówiło, że wykona te telefony, jeśli on nie będzie nad nią sterczał i próbował wszystko kontrolować. Wolał jej nie przeszkadzać. Przeciągnął kartę-klucz przez czytnik.

Rozległo się ciche kliknięcie i fragment ściany na prawo od biurka uchylił się odrobinę. Bradford pchnął go i wszedł do środka. Za drewnianymi panelami wszystkie korytarze i ściany były przeszklone, a żaluzje podciągnięte. Dzięki temu całe piętro wydawało się jasne i przestronne. Minął pokoje biurowe i skierował się do pomieszczenia, które w innych firmach byłoby salą konferencyjną. W Capstone pełniło ono rolę centrum dowodzenia – mózgu, z którego dendryty biznesu wyrastały na tysiące mil, docierając tam, gdzie potrzebne było zaplecze przy realizacji prywatnych zleceń ochrony, do jakich wynajmowano firmę. Drzwi nie było – została jedynie framuga – a przy jednym z biurek ustawionych przed ścianą monitorów siedział Paul Jahan. Gdy usłyszał, że ktoś się zbliża, oderwał się od klawiatury. Bradford kiwnął głową na powitanie. – Hej, Irek – powiedział i podał mu karteczkę. – Tablice Dallas Fire-Rescue. Możesz to sprawdzić? Jahan wziął fioletowy prostokąt z trzema zanotowanymi cyframi, zerknął na nie, a potem przykleił karteczkę do najbliższego monitora. – Daj mi chwilę. Zobaczę, co mogę zrobić. Po jego słowach zapadła cisza. Bradford skierował się do pokrytych diagramami białych tablic po prawej stronie, które zajmowały niemal całą ścianę, tak jak monitory po lewej. Prześledził zmiany w uwagach i nowe wiadomości od dwuosobowego zespołu w Peszawarze, ale nie mógł się na nich skupić. Jego myśli zaprzątało co innego – wciąż podążał w dwóch kierunkach, w które pchnęło go niewinne pytanie Samanthy Walker o tożsamość Munroe. Pierwszej kwestii nie potrafił rozwiązać, więc skupił się na drugiej. Michael miała w portfelu kartkę z numerem Logana, na wypadek gdyby coś jej się stało. Bez imienia i nazwiska – po prostu Logan. Był dla niej jak brat – pokrewna dusza, towarzysz broni, człowiek z niemal tak samo zawiłą historią jak ona – i strzegł jej tak samo zaciekle jak ona jego. Bradford zerknął na zegarek. Potem sprawdził telefon. Od upadku Munroe

upłynęło najwyżej dziesięć minut. Trochę za wcześnie, żeby zacząć dochodzenie, ale to nie miało znaczenia. Wybrał w komórce prywatny numer, znany niewielu osobom. Ten telefon Logan stale nosił przy sobie i niemal zawsze go odbierał. Po krótkim dzwonku włączyła się poczta głosowa. Przerwał połączenie, nie zostawiając wiadomości. W spisie wyszukał numer Tabithy, starszej siostry Munroe, kciukiem wcisnął klawisz wybierania, ale rozłączył się, zanim usłyszał sygnał. W rodzinie Munroe nikt nie miał pojęcia o jej sekretnym życiu. Chroniła ich i skrzętnie pilnowała, aby nie zostawiać żadnych śladów, które mogłyby do nich prowadzić. Na ten telefon jeszcze było za wcześnie, a wolał nie zapędzać się na grząską ścieżkę wyjaśnień, gdyby Tabitha odebrała. Najpierw musiał obmyślić wiarygodny scenariusz. – Wygląda na to, że te cyfry to część numeru czynnej jednostki Fire-Rescue – odezwał się Jahan. – Nie jestem w stanie stwierdzić tego z całą pewnością, mając tylko połowę, ale raczej są legalne. Bradford odwrócił się plecami do białych tablic. – Wóz został skradziony? – Nic na to nie wskazuje, ale możliwe, że jeszcze tego nie zgłoszono. – A namierzanie z GPS? Da się ustalić, dokąd trafił ambulans… i gdzie był wcześniej? Jahan okręcił się na krześle, żeby spojrzeć na Bradforda. Obrócił się o kilka cali w prawo, potem w lewo i znowu w prawo, jak ktoś, kto nie może usiedzieć w miejscu. – Mógłbym spróbować – przyznał i wreszcie znieruchomiał. – Kiedy powiesz nam, o co chodzi? Bradford westchnął. Podszedł do najbliższego pustego miejsca na białych tablicach, wziął czerwony marker i narysował oś. Na początku napisał: „Michael – straciła przytomność czy została postrzelona?”. Odwrócił się. – Na razie to wszystko, co mam.

Jahan otworzył usta, ale minęła pełna sekunda, zanim się odezwał. – To jakiś żart? – rzucił i natychmiast spytał: – Co widziałeś? – Za mało. Palec wskazujący Jahana wycelował w tablicę. – Ale dość, żeby wysnuć taki wniosek? Bradford przygarbił się i ponownie zerknął na diagram, który zaczął rozrysowywać. Komuś, kto znał styl życia Munroe, tyle wystarczyło, ale nie miał nic na potwierdzenie swoich podejrzeń. Dziewięć miesięcy od infiltracji w Argentynie upłynęło w spokoju. Michael zamierzała zostać w Dallas tylko tydzień, ale wciąż odwlekała wyjazd. Początkowo nocowała u niego sporadycznie, potem coraz częściej, aż w końcu ona – osoba, która nie miała własnego domu – zadomowiła się u niego. Podsuwał jej firmowe zlecenia, aby opóźnić nieuchronne rozstanie, ale były to drobne i dość błahe zadania. Najdłuższe wymagało miesięcznego pobytu w Abudży, stolicy Nigerii, i w zasadzie sprowadzało się do niańczenia jednej dorosłej osoby – słowem, nic nadzwyczajnego. W żaden sposób nie mógł połączyć tamtej roboty z tym, co się właśnie wydarzyło. Rozległ się trzask interkomu. – Znalazłam Michael Munroe na oddziale ratunkowym w Medical City – oznajmiła Walker. Jahan uniósł brwi pytająco, ale Bradford pokręcił głową. – Za szybko – skwitował. Jahan niemal niezauważalnie kiwnął głową, raczej na znak, że ufa ocenie Bradforda, a nie że się z nim zgadza. Z wieszaka na klucze Miles wziął jeden komplet i ruszył do wyjścia. – Pilnuj telefonów, dobrze? Zamknę od frontu. Zabieram Sam ze sobą. Razem z Walker zjechali windą na poziom podziemnego parkingu i skierowali się do forda explorera, jednego z trzech wozów, które Capstone trzymało tu w pogotowiu. Bradford usiadł za kierownicą. Samantha zajęła miejsce pasażera,

zapięła pas i wlepiła wzrok w przednią szybę. Wiedział, że powstrzymuje się od pytań. Jej milczenie było częścią tego samego tańca uników, który trwał w firmie, odkąd Michael dołączyła do zespołu. Podejrzenia o lepsze traktowanie zepsuły atmosferę. Miles wciągnął Munroe do Capstone, nie robiąc tajemnicy z tego, że z nią sypia. Poza tym już raz rzucił wszystko, żeby ją ubezpieczać. Do momentu zdobycia dowodów Walker i Jahan traktowali ten wypad do szpitala jako prywatną misję Bradforda, rezultat jego paranoi i nadopiekuńczości, krótko mówiąc – marnowanie środków firmy. Oddział ratunkowy szpitala Medical City, tak jak większość tego typu miejsc, był jaskrawo oświetlony i robił przygnębiające wrażenie. Poczekalnię wypełniały krzesła. Historyjka o najbliższej rodzinie pozwoliła Bradfordowi i Walker dostać się za szerokie drzwi wahadłowe oddzielające bezsilnych od tych, którym usiłowano pomóc. W korytarzu uderzył ich zapach środków dezynfekujących. Jaskrawy blask jarzeniówek uwydatniał makabryczność scen, których Bradford wolałby nie oglądać. Odszukał właściwą salę i wszedł za kotarę przesłaniającą wejście, ale błyskawicznie się wycofał. Idąca tuż za nim Walker niemal na niego wpadła. Ledwo zdążyła odskoczyć w bok. – Co jest? – spytała. Zamiast odpowiedzieć, jeszcze raz sprawdził numer sali, więc obrzuciła go tym samym spojrzeniem co wcześniej i wyminęła. Wewnątrz znajdowało się tylko jedno łóżko i arsenał sprzętu medycznego. Miejsca było niewiele. Bradford stanął obok Walker, która z zasępioną miną przypatrywała się obcej kobiecie z mnóstwem sińców i szwów, odurzonej środkami znieczulającymi. – Mam pogadać z pielęgniarkami? – spytała szeptem. – Dowiedzieć się, czy nie

doszło do jakiejś pomyłki? Bradford z powrotem zaciągnął zasłonę i dał Sam znak, żeby pilnowała korytarza. Rzeczy pacjentki leżały przy łóżku. Przeszukał je szybko, obmacał ubranie, sprawdził buty i zajrzał do torebki. W końcu znalazł portfel. Portfel Munroe. W rzeczach nie było poza tym nic, co pozwoliłoby ustalić tożsamość kobiety – żadnego notesu, gadżetów ani nawet telefonu. Tylko ten złożony na pół kawałek skóry, który jeszcze tego ranka tkwił w tylnej kieszeni spodni Munroe. Bradford przejrzał zawartość, wyjął kartę identyfikacyjną i obrócił ją do Walker, żeby mogła się jej przyjrzeć. Potem kiwnął głową w stronę drzwi. Okręciła się na pięcie i wyszła. Bradford sprawdził jeszcze prawo jazdy i karty kredytowe. Wszystkie były na miejscu. Brakowało tylko numerów kontaktowych oraz gotówki. Schował portfel do kieszeni i nieznacznie podniósł prześcieradło, żeby zobaczyć, co się kryje pod spodem. Zdawał sobie sprawę, że narusza prywatność tej kobiety, ale musiał potwierdzić swoje podejrzenia. Gdy to zrobił, dyskretnie opuścił salę. Walker czekała na niego przy fordzie. Stała oparta o maskę, z założonymi rękami. Gdy się zbliżył, oderwała się od wozu. – Tamta kobieta trafiła tu około dziesiątej dwadzieścia – oznajmiła – a Munroe zabrali dopiero o jedenastej trzydzieści. Coś tu nie gra. – Nie zapominaj, że Michael przyszła do firmy tuż po dziesiątej – stwierdził. – Wszystko się zgadza, jeśli czekali, aż ona się zjawi, i mieli już pewność, że ją zgarną. – To znaczy, że musieli obserwować twój dom – zauważyła Walker. – Nie wykluczam tego. Otworzył drzwi i wsiadł za kierownicę. W głowie kłębiła mu się setka pytań i wszystkie po kolei wypierało poczucie winy. Nigdy by nie dopadli Munroe, gdyby nie była w Dallas, a została tu ze względu na niego.

Rozdział 2 Samantha Walker była niewysoką brunetką z pokaźnym biustem, szerokim uśmiechem i naturalną opalenizną. Bywalcy barów brali ją za taką, którą można bezkarnie obłapiać i nazywać „lalunią”, ale gdy tylko złamała któremuś nos, zaraz padało słowo „suka”. Wychowała się na wojskowym osiedlu. Jedynaczka, córka snajpera amerykańskiej piechoty morskiej i brazylijskiej tancerki egzotycznej, miała podwójne obywatelstwo. Jako dwudziestosześciolatka była najmłodszym członkiem dziewięcioosobowego zespołu Bradforda i jedyną kobietą – jeśli nie liczyć Munroe, która dołączyła do nich tylko na jakiś czas. Niektórzy mogli pomyśleć, że Walker dostała pracę z litości – bo wypadało wprowadzić jakąś kobietę do świata mężczyzn, aby spełnić cywilne normy zatrudnienia – albo że przyjęto ją tylko ze względu na urodę, zwłaszcza kiedy widzieli ją za biurkiem recepcji. Tak jednak mylić się mogli tylko ci, którzy nie znali jej i Bradforda. Praca w Capstone często wiązała się z ogromnym ryzykiem. Nie było tu miejsca na egoizm, seksizm ani rasizm. Jeśli człowiek nadawał się do roboty, to ją dostawał i już. Takie panowały między nimi zwyczaje i dzięki temu w zespole panowała zgoda. Zresztą Bradford zaliczał Walker do swoich najlepszych ludzi – dlatego właśnie ją zabrał ze sobą do szpitala. Teraz siedziała w wozie z zamkniętymi oczami i kciukiem przyciśniętym do nasady nosa, robiąc to, co zwykle: przypominając sobie wszystko, cofając się w myślach, utrwalając szczegóły, które w tej chwili niewiele znaczyły, ale później mogły się okazać ważne. Bradford wyjechał z parkingu. Z futerału przy pasku wyciągnął komórkę i wybrał numer Logana. Ponownie połączył się z pocztą głosową. W zwykły dzień brak odpowiedzi uznałby za przypadek, który można czymś wytłumaczyć, ale dziś milczenie Logana zwiastowało kolejne komplikacje. Cisnął aparat na deskę rozdzielczą i szarpnął kierownicę w lewo, skręcając gwałtownie.

Przeciął dwa pasy i wykonał zwrot o 180 stopni. Kobieta w czerwonej maździe wcisnęła klakson. Mężczyzna za nią miał mniej skrupułów i pokazał Milesowi środkowy palec. Walker złapała się uchwytu w drzwiach. – Dokąd jedziemy? – spytała przez zaciśnięte zęby. Bradford po nawrocie wdepnął pedał gazu. Explorer szarpnął się w przód na tyle szybko, że nikt nie wjechał mu w bagażnik. – Logan nie odbiera komórki – oznajmił. Walker nie do końca rozumiała, jakie to ma znaczenie, ale wiedziała dość, aby nie zadawać zbędnych pytań. – Po co ten cały sobowtór w szpitalu? I dlaczego podrzucili tam portfel? – zaczęła się zastanawiać na głos, gdy znowu trafili w strumień samochodów. Bradford oderwał oczy od drogi i przyjrzał się Samancie. Zatrzymał na niej wzrok o sekundę za długo. W końcu znowu spojrzał przed siebie i mruknął coś w odpowiedzi. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Munroe i po raz drugi pognał w niewłaściwym kierunku. Nie dostrzegał labiryntu, dopóki Walker nie zmusiła go do tego swoim pytaniem. – Wiedzieli, że będziemy jej szukać – odpowiedziała sobie sama – i chcieli odwrócić naszą uwagę. Nie na długo, bo przecież zdawali sobie sprawę, że jak tylko dotrzemy do szpitala, podstęp wyjdzie na jaw. – Na moment umilkła. – Prosiłeś Irka, żeby sprawdził numery? – Aha. – I co? – To legalna rejestracja Dallas Fire-Rescue – odparł Bradford. – Nikt nie zgłosił kradzieży. – Ale instynkt ci podpowiada, że ratownicy nie byli prawdziwi? Instynkt podpowiadał mu wiele rzeczy, jednak wolał nie mówić o nich na głos. – W tym momencie mogę jedynie spekulować. Samantha przez chwilę milczała.

– Jeśli to naprawdę byli ratownicy, w końcu ją znajdziemy. Dlatego na razie załóżmy, że nimi nie byli i że Irek się nie pomylił. Skąd wzięli ambulans? Nie można przecież tak po prostu zgarnąć go z ulicy, bo ktoś by się zorientował i podniósł alarm, który by nam nie umknął. – Na ich miejscu wziąłbym jednostkę z serwisu. Miasto musi gdzieś takie trzymać. – No to mamy trop. Bradford sięgnął po telefon i rzucił go Walker. – Powiedz Irkowi, żeby się tym zajął – polecił i skręcił w prawie pustą drogę do dzielnicy przemysłowej. Po obu stronach ulicy wznosiły się niskie sześciany budynków. Kolejne firmy oddzielone były od siebie wąskimi oknami i zatoczkami rozładunkowymi. Nad jedną z nich widniały metaliczne litery składające się na napis LOGAN’S. Bradford właśnie tam się zatrzymał. Parking był pusty, a w budynku panowała cisza. Wyglądał wręcz na opuszczony. Betonowe stopnie pod daszkiem prowadziły do niemal w całości przeszklonych drzwi. Za nimi nie paliła się żadna lampa, a w świetle dziennym szklana tafla dawała efekt lustra. Zapadka zamka zatrzymała się na framudze, tak jakby ktoś wychodził w pośpiechu i nie zauważył, że pękła sprężyna. Bradford wyciągnął broń z kabury pod pachą i butem pchnął drzwi. Walker również dobyła broni i weszła do środka w ślad za nim. Pusty korytarz biegł prosto piętnaście metrów. W jego końcu były drzwi do magazynu, a po obu stronach znajdowały się cztery pomieszczenia, w których mieściło się całe biuro – dwa od frontu służyły za miejsce pracy, a dwa na tyłach Logan zamienił w kuchnię i sypialnię. Jedyne światło sączyło się do środka przez frontowe drzwi. Wewnątrz panowała cisza. Podłoga zasypana była rozbitym szkłem z dużej ramy, w którą oprawiono plakat. Wcześniej wisiała na ścianie, teraz, w kawałkach,

stała pod nią. Bradford ominął szklane odłamki i po kolei zajrzał do każdego pomieszczenia, aby upewnić się, czy są puste. Najwięcej śladów walki znalazł w kuchni. Stół był połamany, a wokół walały się potłuczone naczynia. Na kuchennych blatach i podłodze widniały strużki zaschniętej krwi. Odszukał wyłącznik i wcisnął go łokciem, uzupełniając scenografię o jaskrawe światło. Gdy ogarnął wszystko wzrokiem, wycofał się i kiwnął na Walker, żeby też się rozejrzała. Zatrzymała się na granicy chaosu i po chwili odszukała jego wzrok. Bradford zostawił ją i ruszył dalej, w stronę drzwi do magazynu i toalet, choć wiedział, że niczego tam nie znajdzie. Sprawca zjawił się tu po Logana, zastał go w kuchni, zgarnął i odjechał. Magazyn był dwa razy szerszy od biura. Mieścił maszyny, narzędzia oraz części. Bradford zatrzymał się pośrodku ogromnego pomieszczenia i wsłuchał w ciche buczenie elektryczności, która niewidocznymi przewodami płynęła do potężnych lamp. Bez słowa schował broń do kabury i powoli obrócił się wokół własnej osi, próbując poskładać wszystkie fakty w całość. Wydarzenia tego dnia miały ze sobą zbyt wiele wspólnego, aby uznać je za zbieg okoliczności. Ktoś był naprawdę dobrze poinformowany, a to oznaczało, że nie chodzi o świeżą sprawę. Wspólna historia Munroe i Logana spinała wszystkie elementy – chodziło o coś z ich przeszłości, o kogoś, kto doskonale wiedział, dokąd ma iść i kogo zabrać. Tylko dlaczego akurat dziś? Wspomnienia wydarzeń w Argentynie nie dawały Bradfordowi spokoju. Minął Walker, która stała w drzwiach. W sypialni Logana przekopał się przez komody i szuflady, sprawdził ściany i wszystkie powierzchnie, robiąc jeszcze większy bałagan niż ci, którzy byli tu przed nim. Szukał zdjęć, rysunków, osobistych przedmiotów, czegokolwiek, co mogło prowadzić od Logana do Hanny, jego córki, dla której Munroe podjęła się infiltracji sekty w Buenos Aires. Nic nie znalazł. Tak jak Michael, Logan bardzo uważał, aby nie zostawić

żadnego tropu prowadzącego do bliskich mu osób. Bradford na moment poczuł ulgę, ale zaraz zagłuszyła ją nowa fala czarnych scenariuszy. Pogrążony w myślach, dopiero po chwili podniósł głowę i zobaczył, że Walker przygląda mu się uważnie. Wyprostował się, ignorując jej niemy wyrzut. W jej oczach mogło to tak wyglądać, ale naprawdę nie zachowywał się jak mężczyzna, który był świadkiem porwania swojej partnerki. Walker nie znała przeszłości Munroe. Nie rozumiała, jaką rolę odgrywał w tym wszystkim Logan. Skoro nie widziała, nie doświadczyła – nie przetrwała – tego co Bradford, nie mogła pojąć, skąd się brał jego lęk. Vanessa Michael Munroe była zabójczynią obdarzoną naturalnymi instynktami drapieżnika. Dawała sobie radę w każdych okolicznościach. Jego przerażenie – wręcz trwogę – budziła świadomość tego, co mogłaby zrobić doprowadzona do ostateczności. Widział, jakie potrafi siać zniszczenie. Na własnej skórze doświadczył tego, jak mrok wypacza jej umysł. Jeśli ten, kto ją porwał, miał także Logana… Bradford pozwolił niedokończonej myśli zgasnąć i odciął się od ponurych miejsc, do których wiodła. Przez chwilę stał nieruchomo, analizując sytuację. – Monitoring – wyszeptał w końcu. Walker zadarła głowę i rozejrzała się wkoło. – Światłowody – wyjaśnił. Cały system znaleźli w kuchennej szafie. Miniaturowe wentylatory wciąż jeszcze wirowały, a obudowa nosiła ślady pospiesznego majstrowania. Tacka nagrywarki była pusta. Bradford zajrzał za sprzęt. Kępy kabli wychodziły z urządzeń i znikały w ścianie. Zaparł się o boki szafy i podciągnął do miejsca, gdzie widniały nikłe ślady wycięcia. Pchnął panel i część sufitu odsunęła się na specjalnych prowadnicach. Przestrzeń nad kuchnią była czysta. Na belkach sufitowych ułożono deski, a ciągi ogrzewania i wentylacji przekierowano tak, aby obsługiwały również ten niewielki stryszek – zupełne przeciwieństwo zwykłych schowków, do których

rzadko się zagląda. Niecałe pół metra od otworu znajdowały się dwa serwery, a obok niewielki stojak z płytami DVD w obwolutach. Bradford wcisnął przycisk otwierający tackę nagrywarki, wyjął nieopisaną płytę, wsunął ją w pustą obwolutę i rzucił do Walker. Z kuchni przeszli z powrotem do pomieszczeń od frontu. Biurowe komputery zniszczono, a twarde dyski zabrano. Zaczęli szukać rejestrów, kalendarzy, notatek – czegoś, co by ich naprowadziło na trop ostatniego gościa Logana. Niestety, jeśli w ogóle istniały jakieś zapiski, prawdopodobnie zostały wyrzucone razem ze śmieciami. W milczeniu wrócili do wozu. Po drodze zatrzymali się przy pierwszej budce telefonicznej i Miles powiadomił policję o włamaniu, nie podając nazwiska. – Co ich łączy? – spytała go Walker, kiedy wrócił. – Munroe i Logana? Bradford patrzył na drogę. Nie odpowiadał. Brakowało mu słów, aby opisać plątaninę fragmentów przeszłości i tego, co podpowiadało mu doświadczenie. Mroczne ścieżki, jakimi poruszała się Munroe, wiodły na grzęzawiska, w które właśnie mieli się zapuścić. Walker westchnęła i spojrzała przez boczną szybę. – Wiesz znacznie więcej ode mnie i nie zdołam ci pomóc, jeśli będziesz odgrywał rolę kochanka w żałobie – powiedziała. Bradford zerknął na nią ukradkiem. – Tym, którzy to zrobili, zależało na Munroe. Logana zgarnęli na wszelki wypadek, jako zakładnika – stwierdził i na moment umilkł. – Istnieje też inna możliwość – dodał. – Zabrali go z zemsty. Chcą, żeby Michael parzyła na jego śmierć, zanim ją także zabiją. Więcej opcji nie widzę. W samochodzie zapadło ciężkie milczenie. – Rany – westchnęła w końcu Walker. – To tylko moje domysły, ale koniecznie chciałaś wiedzieć. Obróciła się na fotelu, tak że teraz siedziała przodem do niego. – Jednego nie rozumiem – przyznała. – Logan jest zawodowym kierowcą.

Bierze udział w wyścigach motocyklowych. Po co mu tak okablowane lokum? – Bo oprócz wyścigów i serwisu silników motocyklowych prowadzi firmę zaopatrzeniową, niemającą nic wspólnego z warsztatem. Logan to gość, który potrafi wszystko załatwić. Jeśli potrzebujesz na przykład jakiegoś sprzętu, którego używa armia i trudno go zdobyć, on się tym zajmie. – I nie ma systemu alarmowego? – Niczego, co ściągnęłoby do niego przedstawicieli prawa. – Ale i tak nie wierzysz, że to, co się dziś stało, ma związek z nim i jego – Walker nakreśliła w powietrzu znaki cudzysłowu – biznesem zaopatrzeniowym? Bradford na moment oderwał wzrok od drogi i zerknął na nią. Munroe została zgarnięta „na czysto”, a siedziba Logana była zdemolowana i pokryta śladami krwi. Nawet ktoś, kto nie znał ich wspólnej przeszłości, mógł wysnuć logiczne wnioski. Zjechali z drogi szybkiego ruchu i zatrzymali się na światłach. Dopiero teraz odpowiedział: – Niewykluczone, że ma to jakiś związek z jego interesami, ale z całą pewnością chodzi o Munroe. – Skąd wiesz? Kolejne przeczucie? – Przestań na mnie warczeć. Przecież wiem, że ty także to dostrzegasz. Ten, kto to zrobił, porwał Michael w publicznym miejscu, w biały dzień. Włożył sporo wysiłku w to, żeby nas zmylić. Nie mamy do czynienia z amatorem, więc możemy z góry założyć, że gdyby zależało mu na śmierci Munroe, Logan byłby tu teraz z nami i ją opłakiwał, a tymczasem on także zniknął. Zabrali go tylko po to, aby móc ją kontrolować. – Niezła teoria. Tylko dlaczego akurat jego? Przyjaźnią się, rozumiem, ale skoro potrzebowali zakładnika, dlaczego nie wzięli ciebie? Albo mnie lub jakiegoś dzieciaka z ulicy? Bradford zwlekał z odpowiedzią. Jak miał wytłumaczyć, kim dla Munroe był Logan? – Logan jako zakładnik jest dla nich najlepszą bronią – odparł w końcu. – Z

Munroe łączy go więź silniejsza od więzów krwi. – I ktoś o tym wie? Bradford przytaknął. Ktoś wiedział. Tylko nie miał bladego pojęcia kto.

Rozdział 3 Jahan odwrócił się od monitorów i przez szklane ściany patrzył na nich, kiwając się na krześle, dopóki Miles nie wszedł do centrum operacyjnego. – Udało mi się ustalić numery VIN ambulansu – poinformował, zanim Bradford zdążył się odezwać. – Znalazłem też adres punktu serwisowego i teraz próbuję jakoś to powiązać z rejestrami Dallas Fire-Rescue i danymi z GPS. To nam powie, skąd zabrano wóz i jaką zrobił trasę… Co z Loganem? – spytał po krótkim wahaniu. – Zniknął. – Bradford pokręcił głową. Walker podała Jahanowi płytę. – Nie wiem, czy jest aktualna. Wyciągnęliśmy ją z backupu monitoringu. Jahan przez chwilę przyglądał się dyskowi, a potem odwrócił się do komputera i wsunął płytę w odtwarzacz DVD. Bradford i Walker nachylili się nad nim. Czując na plecach ich oddechy, oparł ręce o biurko i odepchnął się z krzesłem do tyłu. – Bardzo was proszę… – powiedział. Oboje się wyprostowali i cofnęli o krok. Jahan machnięciem ręki dał im do zrozumienia, że potrzebuje więcej przestrzeni. – Zajmijcie się swoją robotą i pozwólcie mi pracować – oznajmił. Kiedy żadne się nie ruszyło, usiadł wygodniej, wyciągnął nogi przed siebie i zadarł głowę. – Czasu mam mnóstwo. Walker zerknęła na Bradforda. Nie odezwał się, więc cofnęła się jeszcze o krok, a potem ruszyła na korytarz. Tuż za progiem zatrzymała się i wsunęła głowę z powrotem do centrum. – Lepiej daj mi znać, kiedy się czegoś dowiesz, Irek… bo jak nie, to przysięgam, że znajdę sposób, aby ci uprzykrzyć resztę chrzanionego życia.

Pół minuty później dobiegło ich kliknięcie ruchomego segmentu ściany. Jahan zrobił z dłoni dziób i poruszył palcami w geście oznaczającym paplanie. – Gada, jakby mi nie ufała! – mruknął pod nosem. Drugi ciekawski nie ruszył się z miejsca, więc Jahan obrzucił go gniewnym spojrzeniem. – Muszę to zobaczyć – uparł się Bradford. – Wcale nie musisz. Myślisz, że dzięki temu lepiej się poczujesz, bo będziesz miał wrażenie, że coś robisz, że jesteś na bieżąco i w ogóle. Ale jak będziesz tu sterczał i sapał mi prosto w ucho, czekając, aż uda mi się coś z tego wyciągnąć, to w końcu puszczą ci nerwy… i mi też. Przy diagramach są nowe informacje. Poza tym masz na głowie całą firmę. – Jahan wskazał białe tablice po drugiej stronie pomieszczenia. – Do roboty. Bradford westchnął. Odwrócił się od monitora i od tego, co – wbrew rozsądkowi – miał nadzieję tam zobaczyć. Nadzieja. Wybór bezradnych. On żył w świecie działania. Polegał na sprycie i sam kreował własne szczęście, dzięki któremu jeszcze nie zginął. Mimo to w chwili słabości stał się żebrakiem, który z nadzieją czeka na jałmużnę. Ustąpił ze względu na przyjaźń, która łączyła go z Paulem od dawna. Prywatnie wciąż zwracali się do siebie ksywami, które przylgnęły do nich w cięższych czasach. Z wywiadu wojskowego Jahan trafił prosto do stadka najemników Bradforda. Miał trzydzieści siedem lat. Jego rodzina od dwóch pokoleń mieszkała w Stanach. Z krewnymi w Mumbaju utrzymywał luźne kontakty. W ciągu ostatnich ośmiu lat często zabezpieczał interesy prywatnych klientów w krajach Bliskiego Wschodu. Mógł z równym powodzeniem uchodzić – przynajmniej z wyglądu – za Pakistańczyka, Saudyjczyka, Persa lub Syryjczyka, jak za Hindusa. Czasem brano go też za Meksykanina albo Kolumbijczyka, w zależności od uprzedzeń rozmówcy – a tych nigdy nie brakowało. Jahan posiadał niezwykłą umiejętność wyciągania ludzkich uprzedzeń na

pierwszy plan, a ponieważ trudno było przegadać przemądrzalca, który uwielbiał kpiny i miał IQ na poziomie 152, słowami często prowokował ciosy. Król uników i szyderstw, wyśmiewał i drwił, twierdząc, że irytowanie ludzi i wyciąganie z nich nietolerancji jest najlepszą darmową rozrywką. Dlatego w Capstone od razu przylgnęła do niego sympatyczna ksywka Irek. Bradford stanął przed białymi tablicami i wykresem, który zaczął rysować rano, gdy świeżo w pamięci miał obraz Munroe przewracającej się z motocyklem na asfalt. Wtedy jeszcze nie miał poczucia, że nad głową zamyka mu się bagno, odcinając dostęp powietrza. Starł poprzednie notatki i zastąpił je jednym słowem: Michael. Potem mechanicznie zaczął dopisywać to, co dotychczas ustalił. Sprawcy – kimkolwiek byli – wiedzieli, że Michael jest w kraju i jak ją znaleźć. Mieli świadomość, że jest kobietą, kim jest dla niej Logan, gdzie go szukać, a nawet, że w jego lokum są kamery. Przytłoczony ciężarem pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć, odruchowo powędrował wzrokiem na inną tablicę, na której Jahan uzupełnił informacje od teamu w Peszawarze. W tej robocie sam rachunek za telefony satelitarne mógł go zrujnować. Siedmiu członków podstawowego zespołu przebywało w tej chwili za granicą – dwóch w Pakistanie, czterech w Afganistanie i jeden w Sri Lance. Tylko on, jako szef i właściciel, mógł dowolnie ustalać swój grafik. Reszta dostawała zagraniczne misje na przemian z lokalnymi operacjami, w zależności od doświadczenia i dyspozycyjności. W kraju było łatwiej, ale większa kasa wymagała większego ryzyka. Robota, która częściej oznaczała ohydne nory i prymitywne warunki niż gorącą wodę i czystą pościel, wymagała specyficznej mentalności. Wyjazdy negatywnie odbijały się na związkach tych szczęściarzy, którzy kogoś mieli. Czasem Bradford miał wrażenie, że prowadzenie tego biznesu polega w dużej mierze na odsiewaniu szaleńców.

Przez Capstone przewijały się dziesiątki pracowników, zwykli szeregowcy pojawiali się i znikali, ale podstawowa dziewiątka – dziesiątka, jeśli liczyć Munroe – tak jak w kancelarii prawniczej, miała szczególne uprawnienia. Bradford uważał ich za swoich ludzi, sprawdzonych i niezawodnych. Wiedział, że takich jak oni trudno by ze świecą szukać w cywilizowanych i niecywilizowanych kręgach. Każdy trzymał się firmy z innych powodów, ale jedno ich łączyło: byli dobrzy w tym, co robili. Niekompetentni nie żyli długo. Niewiele ujęć zarejestrowanych przez kamery mogło im się do czegoś przydać, jednak z innych powodów, niż Bradford sądził. Intruzi zabrali główną płytę, ale i tak postarali się, aby nie dało się ich rozpoznać. Było ich trzech. Lider otworzył drzwi kluczem. Dwaj pozostali weszli za nim, trzymając kije baseballowe w pogotowiu. Daszki czapek zasłaniały ich twarze, a poza tym cały czas mieli spuszczone głowy. Walka rozegrała się w kuchni, poza zasięgiem kamer, i trwała koszmarne cztery minuty. Trzech na jednego. Cztery minuty. Kiedy wreszcie wyciągnęli Logana na korytarz, jego prawa noga wyglądała na złamaną. Był ranny i krwawił, ale oprawcy wyglądali niewiele lepiej. Wciąż się nie poddawał, wciąż walczył. Stawiał opór, choć napastnicy tłukli go przez całą drogę do frontowych drzwi. Ostatnie obrazy kamera zarejestrowała o 10.13. Kilka minut później Munroe zjawiła się w Capstone. Centrum dowodzenia Capstone na moment otoczył kokon podszytej zdumieniem ciszy, a potem, jak na znak, Bradford puścił wiązankę wyzwisk, a Walker zaklęła w brazylijskiej odmianie portugalskiego. Tylko Jahan siedział w milczeniu, stukając palcami w blat biurka. – Zgarnęli Munroe, żeby dobrać się do Logana, czy zgarnęli Logana, żeby dobrać się do Munroe? – spytał wreszcie. Mniej więcej o to samo pytała Walker w samochodzie. Bradford nie miał ochoty jeszcze raz tego wyjaśniać.

– Zacznij szukać informacji – polecił Jahanowi. – Wybadaj, czy Logan ma jakieś długi i czy w grę nie wchodzą żadne zazdrosne kochanki. Zakładam jednak, że jest czysty. Ma zbyt wiele do stracenia. Za bardzo zależy mu na życiu i odbudowaniu więzi z córką. – Tylko że… – zaczął Jahan, ale Bradford mu przerwał. – Celem była Michael. Logan to zabezpieczenie – oznajmił. – Zabezpieczenie czego? Bradford zamknął oczy. Przycisnął dłoń do czoła. Kolejna runda tych samych informacji. – Ich życia. Wolą się asekurować. Dopiero co uprowadzili Munroe… Munroe – powtórzył i dla efektu zrobił pauzę. – Zakładam, że jeszcze jest pod wpływem środków odurzających, ale co będzie, kiedy odzyska przytomność? Logan jest dla niej jak klatka, jak elektryczna obroża, jak kajdany… – Urwał. Tłumaczenie tego nie miało sensu. Niepotrzebnie tracił czas. Kątem oka zauważył, że Walker ucisza Jahana. Później zamierzała mu wszystko wyjaśnić. Sami mogli potem roztrząsać wątpliwości i snuć teorie. W tej chwili motyw nie miał aż takiego znaczenia. Musieli działać szybko w oparciu o bardzo skąpe informacje. Bradford jeszcze chwilę zwlekał, spodziewając się sprzeciwu, ale oboje milczeli. – Poza nami i resztą zespołu, kto jeszcze mógł wiedzieć, jak ważny jest dla niej Logan? – odezwał się w końcu. Walker pokręciła głową. Jahan podniósł ręce w geście, który oznaczał, że nie ma pojęcia. – Raczej niewiele osób – podjął Bradford – i przynajmniej to jedno działa na naszą korzyść… zawęża pole poszukiwań. Jahan podszedł do białej tablicy i zaczął uzupełniać zapiski Bradforda. Po chwili odwrócił się do pozostałych. – Jakie są cele?

– Znaleźć Michael, znaleźć Logana – powiedział Bradford i odwrócił się z powrotem do monitora, na którym widniał zamrożony kadr nagrania: trzech intruzów. Dwaj byli pochyleni, ale ich lider podniósł głowę na tyle, że obiektyw złapał go z profilu. Jego postawa zdradzała bezczelność młokosa. Czas i doświadczenie jeszcze nie przytępiły arogancji. – Ten skurwysyn wie, gdzie jest kamera… spójrzcie na jego uśmieszek. Walker podeszła do Bradforda i pochyliła się w kierunku ekranu, uważnie studiując stop-klatkę. – Może niepotrzebnie zakładamy, że to spece – zauważył Jahan. – Może są tylko nieudolnymi idiotami, którzy działają bez konkretnego planu, improwizują. Bradford i Walker spojrzeli na niego znacząco. – No dobra, może nie – przyznał. – Ale skoro wreszcie mnie słuchacie, mam pytanie. Nie chcę wyjść na gbura ani zmieniać tematu, jednak teraz, kiedy Munroe zniknęła, a my angażujemy wszystkie środki firmy w odnalezienie jej, co mam zrobić ze zleceniem Tisdale’ów? Bradford znieruchomiał. Powoli zamknął i otworzył oczy, tak jakby mrugał w zwolnionym tempie, a potem obrócił się w stronę swojego pokoju, gdzie – choć nie mógł tego widzieć – na biurku leżała dokumentacja sprawy Tisdale’ów, z umową, pod którą Munroe tego ranka złożyła podpis. Wystarczyło tylko przefaksować dokumenty. Tisdale’owie. Właśnie dlatego przyszła dziś do firmy. Tym razem nie chodziło o zapewnienie ochrony ani inne zadanie z rodzaju tych, które Bradford podsuwał Munroe, żeby miała powód zostać z nim dłużej. To było zupełnie inne zlecenie – prośba o pomoc Michael, choć oczywiście nie wymieniono jej konkretnie – które nie trafiło do Capstone zwykłymi kanałami. Dwoje oszalałych z rozpaczy rodziców z Kalifornii zwróciło się bezpośrednio do Bradforda, w nadziei, że pomoże im dotrzeć do Munroe. Wprawdzie nie znali jej z nazwiska, ale każdy, kto coś znaczył w elitach społecznych, słyszał o Emily Burbank, którą przez cztery lata uważano za zaginioną, podejrzewając, że nie żyje. To Munroe odnalazła ją w Afryce. Bradford utrzymywał kontakty z radą nadzorczą