Burza nad Hawaną
Rok 1898.
Amerykański pancernik „Maine” eksploduje w porcie w Hawanie. Na jego pokładzie było
dwustu sześćdziesięciu marynarzy... i kamienna, przełamana tablica.
Rok 2016.
Kuba: kandydat na prezydenta zostaje zamordowany. Morze Karaibskie: rybacy są świadkami
podwodnego wybuchu. Chwilę później giną zastrzeleni. Wybrzeże Kuby: nurkowie
prowadzący odwierty dostrzegają nieznaną łódź podwodną. Tracą łączność ze swoim statkiem
i zostają uwięzieni na dnie oceanu.
Ratuje ich Dirk Pitt. To początek kolejnej niebezpiecznej przygody Pitta i jego dzieci, Dirka i
Summer.
I wyścigu z czasem o rozwiązanie zagadki zaginionej kamiennej tablicy Azteków oraz
szalonego spisku, który może doprowadzić do globalnej katastrofy...
Clive Cussler
Najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo— sensacyjnych świata.
Jego bestsellery sprzedano w kilkuset milionach egzemplarzy. Są tłumaczone na ponad 60
języków i publikowane w 105 krajach. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich,
poszukiwacz zatopionych wraków słynnych statków i okrętów, autorytet w dziedzinie żeglugi
morskiej, jest uosobieniem przygody — tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt.
Clive Cussler to jedyny autor, który od 40 lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W
każdym tygodniu jego książki są w pierwszej dziesiątce list „New York Timesa”. Na każdą
jego powieść czekają niecierpliwie wierni czytelnicy w każdym wieku. I każda zdobywa
nowych.
Powieści Clive’a Cusslera
z Dirkiem Pittem
AFERA ŚRÓDZIEMNOMORSKA
ATLANTYDA ODNALEZIONA
CERBER CYKLOP
CZARNY WIATR
LODOWA PUŁAPKA
NA DNO NOCY
ODYSEJA TROJAŃSKA
OPERACJA „HF”
POTOP
SAHARA
SKARB
SKARB CZYNGIS-CHANA
SMOK
STRZAŁA POSEJDONA
ŚWIT PÓŁKSIĘŻYCA
VIXEN 03
WIR PACYFIKU
WYDOBYĆ „TITANICA”
ZABÓJCZE WIBRACJE
ZŁOTO INKÓW
Z Archiwów NUMA
ARKTYCZNA MGŁA
BIEGUNY ZAGŁADY
BŁĘKITNE ZŁOTO
DIABELSKIE WROTA
MEDUZA
OGNISTY LÓD
PODWODNY ZABÓJCA
PUNKT ZERO
SZTORM
WĄŻ
ZAGINIONE MIASTO
ŻEGLARZ
z serii Oregon
DŻUNGLA
KORSARZ
MILCZĄCE MORZE
MIRAŻ
STATEK ŚMIERCI
ŚWIĘTY KAMIEŃ
TAJNA STRAŻ
WYBRZEŻE SZKIELETÓW
ZŁOTY BUDDA
z Isaackiem Bellem
POŚCIG
ZAMACHOWIEC
SZPIEG
WYŚCIG
z Samem i Remi Fargo
ZŁOTO SPARTAN
ZAGINIONE IMPERIUM
KRÓLESTWO
SKARBY GROBOWCÓW
oraz
PODWODNI ŁOWCY
PODWODNI ŁOWCY 2
15 lutego 1898
Strugi potu spływały mu po twarzy, perląc się na nieogolonych policzkach. Przyciągnął do
piersi rękojeści ciężkich drewnianych wioseł i pochylił głowę, by otrzeć czoło ubłoconym
rękawem. Mimo dotkliwego bólu ramion nie przerwał powolnego, miarowego wiosłowania.
Jednak to nie wysiłek ani tropikalny upał sprawiał, że pocił się tak obficie. Słońce dopiero
przed chwilą wychynęło zza widnokręgu, a nieruchome powietrze nad hawańskim portem
było chłodne i wilgotne. Główną przyczyną przyspieszonego rytmu jego serca był lęk przed
pościgiem. Wciąż błądził po wodzie nieobecnym spojrzeniem i co chwila dawał głową znaki
siedzącemu za nim mężczyźnie.
Minęły już prawie dwa tygodnie, odkąd hiszpańscy bojówkarze po raz pierwszy
spróbowali przywłaszczyć sobie jego odkrycie, zmuszając go do ucieczki. Trzej jego to-
warzysze zginęli w obronie artefaktu. Hiszpanie nie mieli żadnych skrupułów i jego również
zabiliby bez mrugnięcia okiem, byle tylko dostać to, czego chcieli. Raz już niewiele
brakowało, aby dopięli swego, ale ich zamiary pokrzyżowało przypadkowe spotkanie ze
zbrojnym oddziałem kubańskich rebeliantów. Kubańczycy nie tylko ocalili mu życie, ale i
zadbali o to, by bezpiecznie dotarł do Hawany.
Spojrzał przez ramię na dwa okręty zacumowane do beczek na kotwicowisku portu
handlowego.
— Al estribor— wychrypiał. — W prawo.
— Sí — odparł posłusznie siedzący za nim Kubańczyk, który pracował przy drugiej parze
wioseł. On też miał na sobie brudne i podarte ubranie, a jego twarz ginęła w cieniu
znoszonego słomkowego kapelusza.
Wspólnym wysiłkiem skierowali przeciekającą łajbę w stronę nowoczesnych stalowych
okrętów. Starszy z mężczyzn po raz kolejny zlustrował port w poszukiwaniu potencjalnego
zagrożenia, ale wyglądało na to, że w końcu udało mu się wymknąć prześladowcom. Jeszcze
chwila, a będzie bezpieczny.
Wiosłując wytrwale, minęli mniejszy okręt, z hiszpańską banderą na maszcie, i zbliżyli się
do drugiego. Był to krążownik pancerny, którego dwulufowe wieże działowe dziwacznie
wystawały poza obrys burt. Pokład i nadbudówki barwy słomy odcinały się od śnieżnobiałego
kadłuba. Mimo wstającego dnia na okręcie wciąż jarzyły się latarnie, przez co połyskiwał
niczym oszlifowany bursztyn.
Na dziobie i na rufie rozstawione były straże, co wskazywało na stan podwyższonej
gotowości. Oficer w ciemnym mundurze wyszedł na skrzydło pomostu i przyglądał się
nadpływającej szalupie.
— Zatrzymać się i podać swoje zamiary — powiedział przez uniesioną do ust tubę
głosową.
— Jestem doktor Ellsworth Boyd z Uniwersytetu Yale — przedstawił się drżącym głosem
starszy mężczyzna. — Konsulat amerykański w Hawanie zapewnił mi schronienie na tym
okręcie.
— Proszę czekać.
Oficer zniknął za drzwiami sterówki. Po kilku minutach wrócił na pokład w towarzystwie
kilku marynarzy, którzy rozwinęli na burcie drabinkę sznurową i dali gościom sygnał, aby
podpłynęli bliżej. Gdy łódź zazgrzytała o kadłub krążownika, Boyd wyprostował się i rzucił
marynarzom linę.
— Mam tu skrzynię, którą muszę zabrać ze sobą — oznajmił. — To bardzo ważne.
Strącił nogą kupkę palmowych liści, które osłaniały wciśniętą pod ławkę pękatą drewnianą
skrzynię. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła, a gdy marynarze zrzucili kolejne liny, z pomocą
towarzysza oplótł nimi skrzynię i uważnie przyglądał się wciąganiu pakunku na pokład.
— Musi zostać na pokładzie — powiedział oficer, a dwaj jego ludzie przesunęli ciężką
skrzynię i przymocowali ją do nawiewnika.
Boyd wręczył swojemu towarzyszowi złotą monetę, wymienił z nim pożegnalny uścisk
dłoni i ruszył w górę po sznurowej drabince. Chociaż był po pięćdziesiątce, zachował
doskonałą kondycję fizyczną, a dzięki corocznym zimowym ekspedycjom badawczym na
Karaibach bez problemu aklimatyzował się w wilgotnych tropikach. Miał jednak
świadomość, że młodość już przeminęła, dlatego wspinając się na pokład, starał się
ignorować dotkliwy ból stawów i nękające go od pewnego czasu uczucie ciągłego zmęczenia.
— Porucznik Holman — przedstawił się oficer. — Oczekiwaliśmy pana, doktorze Boyd.
Zaprowadzę pana do kabiny gościnnej, gdzie będzie się pan mógł odświeżyć. Ze względów
bezpieczeństwa jestem zmuszony prosić, by chwilowo nie opuszczał pan tego pomieszczenia.
Później, o ile pan zechce, z przyjemnością oprowadzę pana po okręcie, a tymczasem postaram
się jeszcze dziś umówić pana na rozmowę z dowódcą.
— Dziękuję, panie poruczniku. — Boyd wyciągnął rękę w kierunku oficera. —
Doceniam pańską gościnność.
Holman mocno uścisnął podaną mu dłoń i rzekł oficjalnym tonem:
— W imieniu dowódcy i całej załogi witam pana na pokładzie krążownika pancernego
USS „Maine”.
Pod wpływem lekkiego wieczornego pasatu kadłub „Maine” obracał się na cumie, aż
wreszcie jego dziób skierował się ku centrum Hawany. Marynarze pełniący służbę na
pokładzie z ulgą powitali bryzę, która przegoniła nieprzyjemny odór znad brudnych
portowych wód.
Wiatr niósł też od strony miasta dźwięki wieczornej zabawy — skoczne melodie z
nadbrzeżnych barów, śmiech spacerowiczów z pobliskiej promenady Malecón, turkot
konnych wozów przejeżdżających po wąskich bulwarach. Te wesołe odgłosy nie poprawiały
nastroju marynarzy, którzy od trzech tygodni, odkąd przybili do portu, mieli zakaz schodzenia
na ląd. Okręt skierowano tu do ochrony amerykańskiego konsulatu w związku z rozruchami
wywołanymi przez hiszpańskich lojalistów, oburzonych poparciem Stanów Zjednoczonych
dla kubańskich rebeliantów.
Energiczne pukanie wprawiło w drżenie drzwi kabiny Boyda. Doktor otworzył je i
zobaczył porucznika Holmana w wykrochmalonym i idealnie odprasowanym granatowym
mundurze, który najwyraźniej nie poddawał się wpływowi wszechobecnej wilgoci.
Oficer skłonił się lekko i oświadczył:
— Dowódca zaprasza pana na kolację w mesie oficerskiej.
— Dziękuję, panie poruczniku. Proszę iść przodem.
Gorąca kąpiel i długa popołudniowa drzemka wyraźnie odmłodziły Boyda. Szedł pewnym
krokiem, jak ktoś, kto właśnie pokonał przeciwności losu. Miał na sobie tę samą koszulę co
wcześniej, ale świeżo wypraną, i smoking pożyczony od Holmana. Raz po raz nerwowo
naciągał przykrótkie rękawy.
Wkrótce dotarli do niewielkiej mesy oficerskiej znajdującej się w pobliżu rufy. Przy stole
pośrodku pomieszczenia, nakrytym białym obrusem i zastawionym lśniącą chińską porcelaną
i srebrnymi sztućcami, już siedział dowódca krążownika.
Komandor Charles Sigsbee cieszył się powszechnym szacunkiem ze względu na
wyjątkową sumienność oraz wybitne zdolności przywódcze. Okulary z okrągłymi
soczewkami i sumiaste wąsy upodobniały go raczej do księgowego niż komendanta bojowego
okrętu. Na widok przybyłych wstał, a gdy Holman dokonał oficjalnej prezentacji, wymienił z
Boydem uścisk dłoni i zaprosił go do stołu.
Mężczyźni usiedli i po chwili steward podał bulion. Boyd starał się nie zwracać uwagi na
małego pieska, który przycupnął obok komandora.
— Mam nadzieję, że jest pan zadowolony z warunków zakwaterowania na „Maine” —
odezwał się Sigsbee.
— Kabina jest całkiem wygodna — odpowiedział Boyd. — Jestem niezwykle wdzięczny,
że wpuszczono mnie na pokład w tak krótkim czasie. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo
ucieszyłem się dziś rano na widok „Maine”.
— Niestety, nasz okręt nie został zbudowany z myślą o wygodzie pasażerów — rzekł
komandor. — Co prawda skierowano nas na Kubę, by zapewnić powrót do kraju wszystkim
Amerykanom, którym zagrażałoby jakiekolwiek niebezpieczeństwo w związku z rozruchami,
ale odkąd tu jesteśmy, niepokoje nieco przycichły. Dlatego zaskoczyła mnie depesza z
konsulatu w Hawanie, w której bez słowa wyjaśnienia proszono o przyjęcie pana na pokład i
przewiezienie do Stanów.
Boyd westchnął.
— Miejscowy konsul jest zaprzyjaźniony z moją rodziną w Wirginii i wspaniałomyślnie
zaoferował mi pomoc — wyjaśnił. — A proszę mi wierzyć, że naprawdę znalazłem się w
śmiertelnym niebezpieczeństwie.
— Porucznik Holman powiedział mi, że jest pan antropologiem z Uniwersytetu Yale.
— Owszem, zajmuję się badaniem kultur karaibskich ludów tubylczych. Niedawno
zakończyłem zimowy program wykopaliskowy na Jamajce i tylko przypadek sprawił, że
znalazłem się na Kubie.
Steward sprzątnął talerze po zupie i wrócił niebawem z opiekaną rybą.
— Czy skrzynia, którą zabraliśmy na pokład — wtrącił się Holman — pochodzi z
pańskich wykopalisk?
Boyd potwierdził skinieniem głowy.
— Może więc po kolacji pokazałby nam pan swoje znalezisko i wyjaśnił, czemu jest takie
cenne? — zaproponował komandor.
Twarz naukowca stężała.
— Wolałbym z tym zaczekać, aż znajdziemy się na pełnym morzu — powiedział cicho.
— Jak znalazł się pan w Hawanie? — zainteresował się Holman.
— Dwa tygodnie temu opuściłem Montego Bay na pokładzie parowca „Orion”, płynącego
do Nowego Jorku, ale krótko po wyjściu z portu nastąpiła awaria kotła i musieliśmy zawinąć
do Cárdenas, gdzie wyokrętowano wszystkich pasażerów. Powiedziano nam, że naprawa
statku potrwa co najmniej trzy tygodnie. Postanowiłem więc dostać się lądem do Hawany i
złapać statek pocztowy kursujący do Key West. Niestety, wtedy zaczęły się prawdziwe
kłopoty.
Boyd sięgnął po szklankę z wodą i wypił łyk, aby zwilżyć gardło. Sigsbee i Holman
cierpliwie czekali na dalszy ciąg opowieści.
— Wszystko przez Rodrigueza — podjął wreszcie, a jego oczy zapłonęły czystą
nienawiścią.
— Jakiego Rodrigueza? — spytał Holman.
— To hiszpański archeolog. Odwiedził nasz obóz na Jamajce. Musiał się jakoś dowiedzieć
o naszym odkryciu, bo potem widziałem go na „Orionie”. Wyraźnie nas obserwował. To nie
mógł być przypadek. — Głos Boyda drżał z bezsilnej wściekłości. — Nie mam na to
żadnego dowodu, ale jestem pewien, że to on uszkodził statek.
— Co się wydarzyło po dotarciu do Cárdenas? — zapytał kapitan, marszcząc brwi.
— Towarzyszyli mi dwaj studenci i asystent, Roy Burns. Wynajęliśmy muła i wóz, na
który zapakowaliśmy skrzynię i nasze rzeczy. Następnego ranka ruszyliśmy do Hawany, ale
już pierwszej nocy na postoju zostaliśmy napadnięci. — Oczy Boyda zaszkliły się na
wspomnienie bolesnych chwil. — Zaatakowała nas grupa uzbrojonych jeźdźców. Poobijali
Burnsa i mnie i chcieli porwać wóz. Jeden ze studentów dobył noża i próbował ich
powstrzymać. Rozpłatali go ciosem maczety, zabili też jego kolegę. Chłopcy nie mieli
żadnych szans.
— To byli hiszpańscy żołnierze? — spytał Sigsbee.
Naukowiec wzruszył ramionami i pokręcił głową.
— Nie wiem — odparł. — Mieli mundury i broń, ale wyglądali raczej na członków
jakiejś bojówki. Nie zauważyłem u nich żadnych insygniów.
— Pewnie wejleryści — orzekł Holman. Było to ekstremistyczne ugrupowanie
paramilitarne, które pozostało wierne hiszpańskiemu gubernatorowi Kuby generałowi
Valeriano Weylerowi, odwołanemu niedawno z tej funkcji z powodu stosowania brutalnych
metod podczas walki z rebeliantami.
— Być może — zgodził się Boyd. — Byli dobrze uzbrojeni, ale nie zachowywali się jak
żołnierze regularnej armii. Ruszyliśmy za nimi, chcąc za wszelką cenę odzyskać artefakt.
Zatrzymali się w wiosce Picadura. Burns zaczął strzelać, żeby odwrócić ich uwagę, a ja
przegoniłem ich konie i przejąłem wóz. Niestety, dostał kulę w pierś i musiałem go tam
zostawić... — zawiesił głos i westchnął ciężko.
— Jechałem co koń wyskoczy przez całą noc, ledwie unikając pościgu — podjął po
dłuższej chwili. — Z nastaniem świtu ukrywałem wóz w lesie i pieszo ruszałem na poszu-
kiwanie jedzenia i furażu. Przez trzy dni udawało mi się unikać patroli. Podróżowałem
wyłącznie nocą, traktami, które miały zaprowadzić mnie do Hawany.
— Niezwykłe, że udało się panu wymknąć — wtrącił z uznaniem Sigsbee.
— Nie udało mi się. — Antropolog pokręcił głową z rezygnacją. — Dopadli mnie
czwartego dnia. Zdradził mnie ryk muła. To był niewielki patrol, zaledwie czterech ludzi.
Kazali mi stanąć przy wozie i już unieśli karabiny, gdy nagle zza drzew padły strzały.
Wszyscy czterej Hiszpanie runęli martwi na ziemię. Okazało się, że z pomocą przyszedł mi
oddział kubańskich partyzantów, którzy obozowali niedaleko i usłyszeli zamieszanie.
— Nie próbowali odebrać panu skrzyni? — spytał Holman.
— Nie, interesowała ich tylko broń zabitych. Traktowali mnie jak swego compadre,
najwyraźniej uznawszy, że również jestem wrogiem Hiszpanów. Odprowadzili mnie aż do
przedmieść Hawany.
— Słyszałem, że Kubańczycy, choć niewyszkoleni, są bardzo dobrymi żołnierzami —
rzekł Sigsbee, wyraźnie zainteresowany opowieścią.
— Mogę to potwierdzić — odparł Boyd. — Gdy Hiszpanie znaleźli swoich zabitych
towarzyszy, zebrali wszystkie siły i ruszyli za nami, pałając żądzą odwetu. Rebelianci
ostrzeliwali ich z zasadzek, spowalniając pościg. Po dotarciu w pobliże Hawany poszli w
rozsypkę, ale wcześniej jeden z nich poinformował naszego konsula o sytuacji, w jakiej się
znalazłem. Najodważniejszy z partyzantów towarzyszył mi w drodze na nabrzeże, załatwił
łódź i pomógł dostać się na „Maine”.
— Ratunek jak z nieba — zauważył z uśmiechem komandor.
— Kubańczycy nienawidzą Hiszpanów i bardzo sobie cenią wsparcie naszego kraju.
Prosili o kolejne dostawy broni.
— Przekażę to, komu trzeba.
Kiedy zamierza pan opuścić Hawanę, panie komandorze? — spytał Boyd.
— Trudno powiedzieć, ale stoimy tu już od trzech tygodni, a zamieszki wygasają. Pod
koniec miesiąca mamy być w Nowym Orleanie i nie sądzę, aby coś się zmieniło w tej kwestii.
Lada dzień spodziewam się rozkazu powrotu do kraju.
Antropolog pokiwał głową.
— Mając na uwadze dobro nas wszystkich, oby jak najprędzej — rzekł.
— Proszę się nie martwić, doktorze Boyd — wtrącił z uśmiechem Holman. — W całej
Hawanie nie ma w tej chwili bezpieczniejszego miejsca niż pokład „Maine”.
Po obiedzie mężczyźni wyszli na pokład rufowy, gdzie wypalili cygara, po czym Boyd
wrócił do swojej kabiny. Nadal dręczył go bliżej nieokreślony niepokój. Wiedział, że nie
poczuje się całkiem bezpieczny, dopóki nie zobaczy, jak Hawana znika w oddali za rufą
„Maine”, i wciąż zdawało mu się, że słyszy głosy Burnsa i zabitych studentów, krzyczących
do niego ostrzegawczo.
Nie mógł zasnąć, więc wyszedł na główny pokład, by zaczerpnąć chłodnego wieczornego
powietrza. Od strony pomostu dobiegł go dźwięk dzwonu wybijającego wpół do dziesiątej. W
całym porcie ludzie szykowali się do hucznego świętowania końca karnawału. Boyd nie
zwracał uwagi na hałasy; patrzył nad relingiem na spokojne czarne wody za burtą.
Do krążownika podpłynęła niewielka łódź, która niebawem została obwołana przez
jednego z oficerów. Niechlujny rybak, jedyna osoba na pokładzie, pomachał mu opróżnioną
do połowy butelką rumu, krzyknął coś niezrozumiale i zawrócił łajbę.
Boyd obserwował, jak łódka lawiruje w pobliżu dziobu krążownika, gdy nagle usłyszał
dobywające się z wody metaliczne brzęknięcie. O kadłub okrętu obijała się niewielka
skrzynka lub tratwa. Przemieszczała się, zupełnie jakby miała własny napęd. Dopiero po
dłuższej chwili antropolog zdał sobie sprawę, że jest holowana przez łódź rybaka.
Poczuł bolesny skurcz żołądka. Spojrzał w stronę mostka i ryknął na cały głos:
— Oficer wachtowy! Oficer wachtowy!
Pod okrętem rozległ się stłumiony huk, a tuż po nim w pobliżu dziobu uniósł się niewielki
gejzer. Zanim minęły dwie sekundy, doszło do gigantycznej eksplozji.
Boyd zawisł na grodzi, podczas gdy przednia część krążownika wybuchła niczym
rozjuszony wulkan. W powietrze trysnęła fontanna stali, dymu i płomieni, niosąc ze sobą
dziesiątki pokiereszowanych ciał marynarzy. Antropolog zacisnął zęby, bo jego ramię
przeszył silny ból. Udało mu się nie zwolnić uchwytu, ale mógł tylko bezradnie patrzeć, jak
wszędzie wokół niego spada deszcz metalowych odłamków. Nagle, jakby znikąd, pojawiło się
bocianie gniazdo, by w ułamku sekundy roztrzaskać się na kupie śmieci tuż przed nim.
Wstał z najwyższym trudem i pokuśtykał wzdłuż pokładu, nie zważając na krzyki
uwięzionych pod nim marynarzy. W tej chwili najważniejszy był artefakt. Chwiejnym
krokiem ruszył w jego stronę. Jakimś cudem skrzynia pozostała nietknięta i leżała bezpiecznie
w pobliżu resztek zgniecionego nawiewnika.
Kątem oka dostrzegł szybko zbliżający się bocznokołowiec. Maleńki parowy stateczek
zrównał się burtą z tonącym okrętem, skręcił i przylgnął mocno do jego kadłuba. Chwilę
później na pokład weszło trzech mężczyzn spowitych w czerń.
Boyd miał nadzieję, że to grupa ratunkowa, ale tylko do momentu, gdy na ich drodze
stanął mechanik w nadpalonym, dymiącym mundurze, jeszcze przed chwilą pełniący wachtę
w maszynowni. Jeden z mężczyzn rzucił się na niego, wbił mu nóż między żebra i wyrzucił
marynarza za burtę.
Zszokowanego antropologa przeszedł dreszcz. Uświadomił sobie, że ci ludzie nie przybyli
tu, by nieść pomoc. To byli pomagierzy Rodrigueza, którzy przyszli po artefakt. Utykając,
dopadł do skrzyni, po czym odwrócił się w stronę napastników. O pobliski właz zaskrobała
poskręcana łopata, którą wybuch przeniósł aż tutaj z jednego ze składów węgla. Boyd chwycił
ją.
Mężczyzna w czerni uniósł zakrwawiony nóż, którego ostrze błyszczało refleksami światła
z wszechobecnych płomieni.
Boyd zamachnął się łopatą.
Napastnik próbował się cofnąć, ale zalewająca pokład woda spowolniła jego ruch i Boyd
trafił go w policzek. Mężczyzna stęknął i opadł na kolana, ale na jego towarzyszach nie
zrobiło to żadnego wrażenia. Doskoczyli do antropologa, nim zdążył wziąć drugi zamach, i
wytrącili mu łopatę z rąk. W dłoni jednego z nich pojawił się wielki pistolet. Padł strzał.
Kula trafiła Boyda w lewe ramię. Upadł na pokład, a napastnicy odepchnęli go i zaczęli
odwiązywać liny oplatające skrzynię.
— Nie! — krzyknął, widząc, jak taszczą pakunek w kierunku burty tonącego okrętu.
Zdołał się podnieść i na miękkich nogach ruszył za nimi. Zobaczył, jak przechylają
skrzynię przez burtę, prosto w ręce ludzi na bocznokołowcu. Jeden z mężczyzn na parowcu
miał kapelusz z szerokim rondem zakrywającym twarz, mimo to Boyd od razu rozpoznał w
nim Rodrigueza.
Zamroczony od utraty krwi, wpadł na bliższego z napastników w czerni. Ten złapał Boyda
za rękę i już szykował się, by wypchnąć go do wody, gdy nagle spojrzał w górę i jego twarz
przesłonił niewyraźny cień.
Chwilę później zniknął pod walącym się kominem „Maine”, uszkodzonym podczas
wybuchu, a jego ciało zmieniło się w krwawą miazgę. Boyd ocalał, ale noga uwięzia mu pod
masą poskręcanego metalu. Został przygwożdżony do pokładu tonącego okrętu.
Usiłował unieść przygniatający go element, ale ciężar był zbyt wielki. Po chwili woda
zaczęła zalewać mu twarz. Wyprostował się, zaczerpnął głęboko powietrza i ponowił próbę,
ale nie udało mu się uwolnić nogi.
Okręt zadrżał potężnie, gdy stępka uderzyła o dno, a chwilę później płomienie dotarły do
składu amunicji. W powietrzu zagwizdały kule.
Świadomy, że krążownik tonie, Boyd wynurzył głowę, by złapać ostatni oddech. Zdołał
zobaczyć bocznokołowiec odpływający w stronę miasta, ze skrzynią zabezpieczoną na
pokładzie rufowym.
Potem wrak „Maine” pociągnął go na samo dno morskiej otchłani.
Część 1
POWIEW MISTYCYZMU
ROZDZIAŁ 1
Czerwiec 2016
Pękata drewniana łódź rybacka nazywała się „Javina”. Dzięki połączeniu cytrynowej żółci
i błękitu, którymi pomalowano kadłub i sterówkę, kiedyś zapewne wyglądała barwnie i
wesoło. Ale od tamtej pory minęło już prawie dwadzieścia lat. Słońce i słona woda odebrały
kolorom świeżość i teraz łajba prezentowała się blado i anemicznie w zestawieniu z groźnym
morskim żywiołem.
Jednak pracujący na niej dwaj Jamajczycy nie przejmowali się marnym wyglądem swojej
jednostki. Jeżeli czymkolwiek się martwili, to raczej tym, czy kopcący niemiłosiernie silnik
zdoła ich dopchać do macierzystej przystani, zanim pompa zęzowa przestanie nadążać z
usuwaniem wody z przeciekającego kadłuba.
— Pospiesz się z nakładaniem przynęty, póki tuńczyk jeszcze bierze — powiedział stojący
na rufie stary rybak, wydający ręcznie długą linkę za burtę. U jego stóp tłukły się wściekle o
pokład dwie duże srebrzyste ryby.
— Spokojnie, wujku Desmondzie — odrzekł młodszy mężczyzna, który nadziewał
kawałki makreli na zardzewiałe, ręcznie kute haki. — Słońce dopiero wzeszło, więc ryba
wciąż żeruje na stoku piaszczystej ławicy.
— Może i tak, ale to nie słońce czeka na naszą przynętę — burknął Desmond i zgarnął
resztę linki z ponawieszanymi hakami, po czym wyrzucił ją za burtę, mocując jej koniec do
knagi na nadburciu. Ruszył w stronę sterówki, aby zwiększyć obroty silnika, ale zatrzymał się
w pół kroku i nadstawił ucha. Głuche dudnienie, niczym grzmot pioruna, przetoczyło się nad
łodzią, zagłuszając klekotanie starego diesla.
— Co to było, wujku? — spytał młody.
— Nie mam pojęcia. — Desmond pokręcił głową i w tym momencie zauważył okrągłą
ciemną plamę, formującą się na trawersie z lewej burty.
Kadłub „Javiny” stęknął i zadrżał pod ciosem niewidzialnej pięści podwodnej eksplozji. W
niewielkiej odległości od nich wystrzeliła na kilka metrów w górę fontanna spienionej wody.
Na powierzchni morza powstała wysoka, koncentryczna fala, która pochwyciła łódź i uniosła
ją na swym grzbiecie. Desmond złapał za koło sterowe, żeby utrzymać równowagę.
Jego siostrzeniec zachwiał się i spojrzał na wuja wielkimi oczami.
— Co jest? — wykrztusił przerażony.
— Coś się dzieje pod wodą — odparł Desmond, ściskając koło sterowe, aż zbielały mu
kłykcie, bo łódź położyła się mocno na burtę.
„Javina” była przez moment na krawędzi wywrotki, ale potem wyprostowała się i stanęła
na równej stępce. Fala opadła i zanikła, zostawiając po sobie tylko krąg białej piany.
— To nie było normalne — powiedział młodszy rybak, drapiąc się w głowę. — Co tu się
wyprawia?
Ich łódź znajdowała się ponad dwadzieścia mil od ledwie widocznych na horyzoncie
brzegów Jamajki.
Stary wzruszył ramionami i przełożył ster, aby oddalić się od epicentrum podwodnego
wybuchu.
— Popatrz tam, na te statki. — Wskazał kierunek ruchem głowy. — Pewnie szukają ropy.
W odległości około mili widać było wielki statek badawczy i wystający wysoko z wody
kadłub oceanicznej barki. Przed dziób statku wysunęła się duża motorówka do przewozu
ludzi i towarów. Wszystkie trzy jednostki zmierzały w kierunku „Javiny”, a właściwie
miejsca, w którym doszło do eksplozji.
— Kto im pozwolił panoszyć się na naszych wodach? — oburzył się młodszy rybak.
Desmond uśmiechnął się.
— Takim wielkim statkiem mogą sobie pływać, gdzie chcą.
Kiedy mała armada podeszła bliżej, na powierzchnię wokół „Javiny” zaczęły wypływać
jakieś szczątki. Między nimi walały się kawałki ryb i innych morskich stworzeń
porozrywanych wybuchem.
— Tuńczyki! — krzyknął młody. — Zabili nasze tuńczyki!
— Złapiemy więcej w innym miejscu — mruknął Desmond, widząc, że statek badawczy
zmierza prosto na nich. — Lepiej zabierajmy się z tej ławicy.
— Najpierw powiem im parę słów do słuchu — oznajmił bojowo jego siostrzeniec i
energicznie zakręcił kołem sterowym w lewo, kierując dziób łodzi na statek.
Na motorówce zauważono tę zmianę kursu. Niebieski stateczek przyspieszył i po kilku
minutach podszedł do burty „Javiny”. Dwaj ciemnoskórzy mężczyźni na jego pokładzie nie
wyglądali na Jamajczyków.
— Natychmiast opuścić ten akwen! — zawołał sternik, po angielsku, ale z bardzo
dziwnym akcentem.
— To nasze łowisko! — odkrzyknął młody rybak. — A wy zabiliście nasze ryby. Należy
się nam rekompensata za straty.
Sternik spojrzał na Jamajczyków bez cienia współczucia i podniósł do ust mikrofon
radiostacji. Wywołał statek, złożył krótki meldunek, po czym zwiększył obroty silnika i
motorówka odpłynęła.
Wkrótce nad „Javiną” zawisła wysoka czarna burta statku badawczego. Rybacy zaczęli
wykrzykiwać swoje skargi, ale nikt z załogi nie zwracał na nich uwagi. Po chwili przy relingu
pojawili się dwaj mężczyźni w zgniłozielonych mundurach polowych i unieśli do ramion
małogabarytowe automatyczne karabinki.
Burza nad Hawaną Rok 1898. Amerykański pancernik „Maine” eksploduje w porcie w Hawanie. Na jego pokładzie było dwustu sześćdziesięciu marynarzy... i kamienna, przełamana tablica. Rok 2016. Kuba: kandydat na prezydenta zostaje zamordowany. Morze Karaibskie: rybacy są świadkami podwodnego wybuchu. Chwilę później giną zastrzeleni. Wybrzeże Kuby: nurkowie prowadzący odwierty dostrzegają nieznaną łódź podwodną. Tracą łączność ze swoim statkiem i zostają uwięzieni na dnie oceanu. Ratuje ich Dirk Pitt. To początek kolejnej niebezpiecznej przygody Pitta i jego dzieci, Dirka i Summer. I wyścigu z czasem o rozwiązanie zagadki zaginionej kamiennej tablicy Azteków oraz szalonego spisku, który może doprowadzić do globalnej katastrofy... Clive Cussler Najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo— sensacyjnych świata. Jego bestsellery sprzedano w kilkuset milionach egzemplarzy. Są tłumaczone na ponad 60 języków i publikowane w 105 krajach. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków słynnych statków i okrętów, autorytet w dziedzinie żeglugi morskiej, jest uosobieniem przygody — tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt. Clive Cussler to jedyny autor, który od 40 lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w pierwszej dziesiątce list „New York Timesa”. Na każdą jego powieść czekają niecierpliwie wierni czytelnicy w każdym wieku. I każda zdobywa nowych. Powieści Clive’a Cusslera z Dirkiem Pittem AFERA ŚRÓDZIEMNOMORSKA ATLANTYDA ODNALEZIONA CERBER CYKLOP CZARNY WIATR LODOWA PUŁAPKA NA DNO NOCY ODYSEJA TROJAŃSKA
OPERACJA „HF” POTOP SAHARA SKARB SKARB CZYNGIS-CHANA SMOK STRZAŁA POSEJDONA ŚWIT PÓŁKSIĘŻYCA VIXEN 03 WIR PACYFIKU WYDOBYĆ „TITANICA” ZABÓJCZE WIBRACJE ZŁOTO INKÓW Z Archiwów NUMA ARKTYCZNA MGŁA BIEGUNY ZAGŁADY BŁĘKITNE ZŁOTO DIABELSKIE WROTA MEDUZA OGNISTY LÓD PODWODNY ZABÓJCA PUNKT ZERO SZTORM WĄŻ ZAGINIONE MIASTO ŻEGLARZ z serii Oregon DŻUNGLA KORSARZ MILCZĄCE MORZE
MIRAŻ STATEK ŚMIERCI ŚWIĘTY KAMIEŃ TAJNA STRAŻ WYBRZEŻE SZKIELETÓW ZŁOTY BUDDA z Isaackiem Bellem POŚCIG ZAMACHOWIEC SZPIEG WYŚCIG z Samem i Remi Fargo ZŁOTO SPARTAN ZAGINIONE IMPERIUM KRÓLESTWO SKARBY GROBOWCÓW oraz PODWODNI ŁOWCY PODWODNI ŁOWCY 2
BURZA NAD HAWANĄ Przekład JACEK ZŁOTNICKI
Redakcja stylistyczna Joanna Złotnicka Korekta Hanna Lachowska Magdalena Stachowicz Ilustracja na okładce © Tom Hallman Zdjęcie autorów © Dayna Cussler Ilustracje Richard Dahlquist Tytuł oryginału Havana Storm Copyright © 2014 by Sandecker, RLLLP All rights reserved. By arrangement with Peter Lampack Agency, Inc. 350 Fifth Avenue, Suite 5300 New York, NY 10118 USA. For the Polish edition Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o. o. Druk POZKAL ISBN 978-83-241-5344-2 Warszawa 2015. Wydanie I Wydawnictwo AMBER Sp. z o. o. 02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63 tel. 620 40 13, 620 81 62 www.wydawnictwoamber.pl Wersja elektroniczna:
Prolog ŚCIGANY
15 lutego 1898 Strugi potu spływały mu po twarzy, perląc się na nieogolonych policzkach. Przyciągnął do piersi rękojeści ciężkich drewnianych wioseł i pochylił głowę, by otrzeć czoło ubłoconym rękawem. Mimo dotkliwego bólu ramion nie przerwał powolnego, miarowego wiosłowania. Jednak to nie wysiłek ani tropikalny upał sprawiał, że pocił się tak obficie. Słońce dopiero przed chwilą wychynęło zza widnokręgu, a nieruchome powietrze nad hawańskim portem było chłodne i wilgotne. Główną przyczyną przyspieszonego rytmu jego serca był lęk przed pościgiem. Wciąż błądził po wodzie nieobecnym spojrzeniem i co chwila dawał głową znaki siedzącemu za nim mężczyźnie. Minęły już prawie dwa tygodnie, odkąd hiszpańscy bojówkarze po raz pierwszy spróbowali przywłaszczyć sobie jego odkrycie, zmuszając go do ucieczki. Trzej jego to- warzysze zginęli w obronie artefaktu. Hiszpanie nie mieli żadnych skrupułów i jego również zabiliby bez mrugnięcia okiem, byle tylko dostać to, czego chcieli. Raz już niewiele brakowało, aby dopięli swego, ale ich zamiary pokrzyżowało przypadkowe spotkanie ze zbrojnym oddziałem kubańskich rebeliantów. Kubańczycy nie tylko ocalili mu życie, ale i zadbali o to, by bezpiecznie dotarł do Hawany. Spojrzał przez ramię na dwa okręty zacumowane do beczek na kotwicowisku portu handlowego. — Al estribor— wychrypiał. — W prawo. — Sí — odparł posłusznie siedzący za nim Kubańczyk, który pracował przy drugiej parze wioseł. On też miał na sobie brudne i podarte ubranie, a jego twarz ginęła w cieniu znoszonego słomkowego kapelusza. Wspólnym wysiłkiem skierowali przeciekającą łajbę w stronę nowoczesnych stalowych okrętów. Starszy z mężczyzn po raz kolejny zlustrował port w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia, ale wyglądało na to, że w końcu udało mu się wymknąć prześladowcom. Jeszcze chwila, a będzie bezpieczny. Wiosłując wytrwale, minęli mniejszy okręt, z hiszpańską banderą na maszcie, i zbliżyli się do drugiego. Był to krążownik pancerny, którego dwulufowe wieże działowe dziwacznie wystawały poza obrys burt. Pokład i nadbudówki barwy słomy odcinały się od śnieżnobiałego kadłuba. Mimo wstającego dnia na okręcie wciąż jarzyły się latarnie, przez co połyskiwał niczym oszlifowany bursztyn. Na dziobie i na rufie rozstawione były straże, co wskazywało na stan podwyższonej gotowości. Oficer w ciemnym mundurze wyszedł na skrzydło pomostu i przyglądał się nadpływającej szalupie. — Zatrzymać się i podać swoje zamiary — powiedział przez uniesioną do ust tubę głosową.
— Jestem doktor Ellsworth Boyd z Uniwersytetu Yale — przedstawił się drżącym głosem starszy mężczyzna. — Konsulat amerykański w Hawanie zapewnił mi schronienie na tym okręcie. — Proszę czekać. Oficer zniknął za drzwiami sterówki. Po kilku minutach wrócił na pokład w towarzystwie kilku marynarzy, którzy rozwinęli na burcie drabinkę sznurową i dali gościom sygnał, aby podpłynęli bliżej. Gdy łódź zazgrzytała o kadłub krążownika, Boyd wyprostował się i rzucił marynarzom linę. — Mam tu skrzynię, którą muszę zabrać ze sobą — oznajmił. — To bardzo ważne. Strącił nogą kupkę palmowych liści, które osłaniały wciśniętą pod ławkę pękatą drewnianą skrzynię. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła, a gdy marynarze zrzucili kolejne liny, z pomocą towarzysza oplótł nimi skrzynię i uważnie przyglądał się wciąganiu pakunku na pokład. — Musi zostać na pokładzie — powiedział oficer, a dwaj jego ludzie przesunęli ciężką skrzynię i przymocowali ją do nawiewnika. Boyd wręczył swojemu towarzyszowi złotą monetę, wymienił z nim pożegnalny uścisk dłoni i ruszył w górę po sznurowej drabince. Chociaż był po pięćdziesiątce, zachował doskonałą kondycję fizyczną, a dzięki corocznym zimowym ekspedycjom badawczym na Karaibach bez problemu aklimatyzował się w wilgotnych tropikach. Miał jednak świadomość, że młodość już przeminęła, dlatego wspinając się na pokład, starał się ignorować dotkliwy ból stawów i nękające go od pewnego czasu uczucie ciągłego zmęczenia. — Porucznik Holman — przedstawił się oficer. — Oczekiwaliśmy pana, doktorze Boyd. Zaprowadzę pana do kabiny gościnnej, gdzie będzie się pan mógł odświeżyć. Ze względów bezpieczeństwa jestem zmuszony prosić, by chwilowo nie opuszczał pan tego pomieszczenia. Później, o ile pan zechce, z przyjemnością oprowadzę pana po okręcie, a tymczasem postaram się jeszcze dziś umówić pana na rozmowę z dowódcą. — Dziękuję, panie poruczniku. — Boyd wyciągnął rękę w kierunku oficera. — Doceniam pańską gościnność. Holman mocno uścisnął podaną mu dłoń i rzekł oficjalnym tonem: — W imieniu dowódcy i całej załogi witam pana na pokładzie krążownika pancernego USS „Maine”. Pod wpływem lekkiego wieczornego pasatu kadłub „Maine” obracał się na cumie, aż wreszcie jego dziób skierował się ku centrum Hawany. Marynarze pełniący służbę na pokładzie z ulgą powitali bryzę, która przegoniła nieprzyjemny odór znad brudnych portowych wód. Wiatr niósł też od strony miasta dźwięki wieczornej zabawy — skoczne melodie z nadbrzeżnych barów, śmiech spacerowiczów z pobliskiej promenady Malecón, turkot konnych wozów przejeżdżających po wąskich bulwarach. Te wesołe odgłosy nie poprawiały nastroju marynarzy, którzy od trzech tygodni, odkąd przybili do portu, mieli zakaz schodzenia na ląd. Okręt skierowano tu do ochrony amerykańskiego konsulatu w związku z rozruchami
wywołanymi przez hiszpańskich lojalistów, oburzonych poparciem Stanów Zjednoczonych dla kubańskich rebeliantów. Energiczne pukanie wprawiło w drżenie drzwi kabiny Boyda. Doktor otworzył je i zobaczył porucznika Holmana w wykrochmalonym i idealnie odprasowanym granatowym mundurze, który najwyraźniej nie poddawał się wpływowi wszechobecnej wilgoci. Oficer skłonił się lekko i oświadczył: — Dowódca zaprasza pana na kolację w mesie oficerskiej. — Dziękuję, panie poruczniku. Proszę iść przodem. Gorąca kąpiel i długa popołudniowa drzemka wyraźnie odmłodziły Boyda. Szedł pewnym krokiem, jak ktoś, kto właśnie pokonał przeciwności losu. Miał na sobie tę samą koszulę co wcześniej, ale świeżo wypraną, i smoking pożyczony od Holmana. Raz po raz nerwowo naciągał przykrótkie rękawy. Wkrótce dotarli do niewielkiej mesy oficerskiej znajdującej się w pobliżu rufy. Przy stole pośrodku pomieszczenia, nakrytym białym obrusem i zastawionym lśniącą chińską porcelaną i srebrnymi sztućcami, już siedział dowódca krążownika. Komandor Charles Sigsbee cieszył się powszechnym szacunkiem ze względu na wyjątkową sumienność oraz wybitne zdolności przywódcze. Okulary z okrągłymi soczewkami i sumiaste wąsy upodobniały go raczej do księgowego niż komendanta bojowego okrętu. Na widok przybyłych wstał, a gdy Holman dokonał oficjalnej prezentacji, wymienił z Boydem uścisk dłoni i zaprosił go do stołu. Mężczyźni usiedli i po chwili steward podał bulion. Boyd starał się nie zwracać uwagi na małego pieska, który przycupnął obok komandora. — Mam nadzieję, że jest pan zadowolony z warunków zakwaterowania na „Maine” — odezwał się Sigsbee. — Kabina jest całkiem wygodna — odpowiedział Boyd. — Jestem niezwykle wdzięczny, że wpuszczono mnie na pokład w tak krótkim czasie. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo ucieszyłem się dziś rano na widok „Maine”. — Niestety, nasz okręt nie został zbudowany z myślą o wygodzie pasażerów — rzekł komandor. — Co prawda skierowano nas na Kubę, by zapewnić powrót do kraju wszystkim Amerykanom, którym zagrażałoby jakiekolwiek niebezpieczeństwo w związku z rozruchami, ale odkąd tu jesteśmy, niepokoje nieco przycichły. Dlatego zaskoczyła mnie depesza z konsulatu w Hawanie, w której bez słowa wyjaśnienia proszono o przyjęcie pana na pokład i przewiezienie do Stanów. Boyd westchnął. — Miejscowy konsul jest zaprzyjaźniony z moją rodziną w Wirginii i wspaniałomyślnie zaoferował mi pomoc — wyjaśnił. — A proszę mi wierzyć, że naprawdę znalazłem się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. — Porucznik Holman powiedział mi, że jest pan antropologiem z Uniwersytetu Yale.
— Owszem, zajmuję się badaniem kultur karaibskich ludów tubylczych. Niedawno zakończyłem zimowy program wykopaliskowy na Jamajce i tylko przypadek sprawił, że znalazłem się na Kubie. Steward sprzątnął talerze po zupie i wrócił niebawem z opiekaną rybą. — Czy skrzynia, którą zabraliśmy na pokład — wtrącił się Holman — pochodzi z pańskich wykopalisk? Boyd potwierdził skinieniem głowy. — Może więc po kolacji pokazałby nam pan swoje znalezisko i wyjaśnił, czemu jest takie cenne? — zaproponował komandor. Twarz naukowca stężała. — Wolałbym z tym zaczekać, aż znajdziemy się na pełnym morzu — powiedział cicho. — Jak znalazł się pan w Hawanie? — zainteresował się Holman. — Dwa tygodnie temu opuściłem Montego Bay na pokładzie parowca „Orion”, płynącego do Nowego Jorku, ale krótko po wyjściu z portu nastąpiła awaria kotła i musieliśmy zawinąć do Cárdenas, gdzie wyokrętowano wszystkich pasażerów. Powiedziano nam, że naprawa statku potrwa co najmniej trzy tygodnie. Postanowiłem więc dostać się lądem do Hawany i złapać statek pocztowy kursujący do Key West. Niestety, wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty. Boyd sięgnął po szklankę z wodą i wypił łyk, aby zwilżyć gardło. Sigsbee i Holman cierpliwie czekali na dalszy ciąg opowieści. — Wszystko przez Rodrigueza — podjął wreszcie, a jego oczy zapłonęły czystą nienawiścią. — Jakiego Rodrigueza? — spytał Holman. — To hiszpański archeolog. Odwiedził nasz obóz na Jamajce. Musiał się jakoś dowiedzieć o naszym odkryciu, bo potem widziałem go na „Orionie”. Wyraźnie nas obserwował. To nie mógł być przypadek. — Głos Boyda drżał z bezsilnej wściekłości. — Nie mam na to żadnego dowodu, ale jestem pewien, że to on uszkodził statek. — Co się wydarzyło po dotarciu do Cárdenas? — zapytał kapitan, marszcząc brwi. — Towarzyszyli mi dwaj studenci i asystent, Roy Burns. Wynajęliśmy muła i wóz, na który zapakowaliśmy skrzynię i nasze rzeczy. Następnego ranka ruszyliśmy do Hawany, ale już pierwszej nocy na postoju zostaliśmy napadnięci. — Oczy Boyda zaszkliły się na wspomnienie bolesnych chwil. — Zaatakowała nas grupa uzbrojonych jeźdźców. Poobijali Burnsa i mnie i chcieli porwać wóz. Jeden ze studentów dobył noża i próbował ich powstrzymać. Rozpłatali go ciosem maczety, zabili też jego kolegę. Chłopcy nie mieli żadnych szans. — To byli hiszpańscy żołnierze? — spytał Sigsbee. Naukowiec wzruszył ramionami i pokręcił głową.
— Nie wiem — odparł. — Mieli mundury i broń, ale wyglądali raczej na członków jakiejś bojówki. Nie zauważyłem u nich żadnych insygniów. — Pewnie wejleryści — orzekł Holman. Było to ekstremistyczne ugrupowanie paramilitarne, które pozostało wierne hiszpańskiemu gubernatorowi Kuby generałowi Valeriano Weylerowi, odwołanemu niedawno z tej funkcji z powodu stosowania brutalnych metod podczas walki z rebeliantami. — Być może — zgodził się Boyd. — Byli dobrze uzbrojeni, ale nie zachowywali się jak żołnierze regularnej armii. Ruszyliśmy za nimi, chcąc za wszelką cenę odzyskać artefakt. Zatrzymali się w wiosce Picadura. Burns zaczął strzelać, żeby odwrócić ich uwagę, a ja przegoniłem ich konie i przejąłem wóz. Niestety, dostał kulę w pierś i musiałem go tam zostawić... — zawiesił głos i westchnął ciężko. — Jechałem co koń wyskoczy przez całą noc, ledwie unikając pościgu — podjął po dłuższej chwili. — Z nastaniem świtu ukrywałem wóz w lesie i pieszo ruszałem na poszu- kiwanie jedzenia i furażu. Przez trzy dni udawało mi się unikać patroli. Podróżowałem wyłącznie nocą, traktami, które miały zaprowadzić mnie do Hawany. — Niezwykłe, że udało się panu wymknąć — wtrącił z uznaniem Sigsbee. — Nie udało mi się. — Antropolog pokręcił głową z rezygnacją. — Dopadli mnie czwartego dnia. Zdradził mnie ryk muła. To był niewielki patrol, zaledwie czterech ludzi. Kazali mi stanąć przy wozie i już unieśli karabiny, gdy nagle zza drzew padły strzały. Wszyscy czterej Hiszpanie runęli martwi na ziemię. Okazało się, że z pomocą przyszedł mi oddział kubańskich partyzantów, którzy obozowali niedaleko i usłyszeli zamieszanie. — Nie próbowali odebrać panu skrzyni? — spytał Holman. — Nie, interesowała ich tylko broń zabitych. Traktowali mnie jak swego compadre, najwyraźniej uznawszy, że również jestem wrogiem Hiszpanów. Odprowadzili mnie aż do przedmieść Hawany. — Słyszałem, że Kubańczycy, choć niewyszkoleni, są bardzo dobrymi żołnierzami — rzekł Sigsbee, wyraźnie zainteresowany opowieścią. — Mogę to potwierdzić — odparł Boyd. — Gdy Hiszpanie znaleźli swoich zabitych towarzyszy, zebrali wszystkie siły i ruszyli za nami, pałając żądzą odwetu. Rebelianci ostrzeliwali ich z zasadzek, spowalniając pościg. Po dotarciu w pobliże Hawany poszli w rozsypkę, ale wcześniej jeden z nich poinformował naszego konsula o sytuacji, w jakiej się znalazłem. Najodważniejszy z partyzantów towarzyszył mi w drodze na nabrzeże, załatwił łódź i pomógł dostać się na „Maine”. — Ratunek jak z nieba — zauważył z uśmiechem komandor. — Kubańczycy nienawidzą Hiszpanów i bardzo sobie cenią wsparcie naszego kraju. Prosili o kolejne dostawy broni. — Przekażę to, komu trzeba. Kiedy zamierza pan opuścić Hawanę, panie komandorze? — spytał Boyd.
— Trudno powiedzieć, ale stoimy tu już od trzech tygodni, a zamieszki wygasają. Pod koniec miesiąca mamy być w Nowym Orleanie i nie sądzę, aby coś się zmieniło w tej kwestii. Lada dzień spodziewam się rozkazu powrotu do kraju. Antropolog pokiwał głową. — Mając na uwadze dobro nas wszystkich, oby jak najprędzej — rzekł. — Proszę się nie martwić, doktorze Boyd — wtrącił z uśmiechem Holman. — W całej Hawanie nie ma w tej chwili bezpieczniejszego miejsca niż pokład „Maine”. Po obiedzie mężczyźni wyszli na pokład rufowy, gdzie wypalili cygara, po czym Boyd wrócił do swojej kabiny. Nadal dręczył go bliżej nieokreślony niepokój. Wiedział, że nie poczuje się całkiem bezpieczny, dopóki nie zobaczy, jak Hawana znika w oddali za rufą „Maine”, i wciąż zdawało mu się, że słyszy głosy Burnsa i zabitych studentów, krzyczących do niego ostrzegawczo. Nie mógł zasnąć, więc wyszedł na główny pokład, by zaczerpnąć chłodnego wieczornego powietrza. Od strony pomostu dobiegł go dźwięk dzwonu wybijającego wpół do dziesiątej. W całym porcie ludzie szykowali się do hucznego świętowania końca karnawału. Boyd nie zwracał uwagi na hałasy; patrzył nad relingiem na spokojne czarne wody za burtą. Do krążownika podpłynęła niewielka łódź, która niebawem została obwołana przez jednego z oficerów. Niechlujny rybak, jedyna osoba na pokładzie, pomachał mu opróżnioną do połowy butelką rumu, krzyknął coś niezrozumiale i zawrócił łajbę. Boyd obserwował, jak łódka lawiruje w pobliżu dziobu krążownika, gdy nagle usłyszał dobywające się z wody metaliczne brzęknięcie. O kadłub okrętu obijała się niewielka skrzynka lub tratwa. Przemieszczała się, zupełnie jakby miała własny napęd. Dopiero po dłuższej chwili antropolog zdał sobie sprawę, że jest holowana przez łódź rybaka. Poczuł bolesny skurcz żołądka. Spojrzał w stronę mostka i ryknął na cały głos: — Oficer wachtowy! Oficer wachtowy! Pod okrętem rozległ się stłumiony huk, a tuż po nim w pobliżu dziobu uniósł się niewielki gejzer. Zanim minęły dwie sekundy, doszło do gigantycznej eksplozji. Boyd zawisł na grodzi, podczas gdy przednia część krążownika wybuchła niczym rozjuszony wulkan. W powietrze trysnęła fontanna stali, dymu i płomieni, niosąc ze sobą dziesiątki pokiereszowanych ciał marynarzy. Antropolog zacisnął zęby, bo jego ramię przeszył silny ból. Udało mu się nie zwolnić uchwytu, ale mógł tylko bezradnie patrzeć, jak wszędzie wokół niego spada deszcz metalowych odłamków. Nagle, jakby znikąd, pojawiło się bocianie gniazdo, by w ułamku sekundy roztrzaskać się na kupie śmieci tuż przed nim. Wstał z najwyższym trudem i pokuśtykał wzdłuż pokładu, nie zważając na krzyki uwięzionych pod nim marynarzy. W tej chwili najważniejszy był artefakt. Chwiejnym krokiem ruszył w jego stronę. Jakimś cudem skrzynia pozostała nietknięta i leżała bezpiecznie w pobliżu resztek zgniecionego nawiewnika.
Kątem oka dostrzegł szybko zbliżający się bocznokołowiec. Maleńki parowy stateczek zrównał się burtą z tonącym okrętem, skręcił i przylgnął mocno do jego kadłuba. Chwilę później na pokład weszło trzech mężczyzn spowitych w czerń. Boyd miał nadzieję, że to grupa ratunkowa, ale tylko do momentu, gdy na ich drodze stanął mechanik w nadpalonym, dymiącym mundurze, jeszcze przed chwilą pełniący wachtę w maszynowni. Jeden z mężczyzn rzucił się na niego, wbił mu nóż między żebra i wyrzucił marynarza za burtę. Zszokowanego antropologa przeszedł dreszcz. Uświadomił sobie, że ci ludzie nie przybyli tu, by nieść pomoc. To byli pomagierzy Rodrigueza, którzy przyszli po artefakt. Utykając, dopadł do skrzyni, po czym odwrócił się w stronę napastników. O pobliski właz zaskrobała poskręcana łopata, którą wybuch przeniósł aż tutaj z jednego ze składów węgla. Boyd chwycił ją. Mężczyzna w czerni uniósł zakrwawiony nóż, którego ostrze błyszczało refleksami światła z wszechobecnych płomieni. Boyd zamachnął się łopatą. Napastnik próbował się cofnąć, ale zalewająca pokład woda spowolniła jego ruch i Boyd trafił go w policzek. Mężczyzna stęknął i opadł na kolana, ale na jego towarzyszach nie zrobiło to żadnego wrażenia. Doskoczyli do antropologa, nim zdążył wziąć drugi zamach, i wytrącili mu łopatę z rąk. W dłoni jednego z nich pojawił się wielki pistolet. Padł strzał. Kula trafiła Boyda w lewe ramię. Upadł na pokład, a napastnicy odepchnęli go i zaczęli odwiązywać liny oplatające skrzynię. — Nie! — krzyknął, widząc, jak taszczą pakunek w kierunku burty tonącego okrętu. Zdołał się podnieść i na miękkich nogach ruszył za nimi. Zobaczył, jak przechylają skrzynię przez burtę, prosto w ręce ludzi na bocznokołowcu. Jeden z mężczyzn na parowcu miał kapelusz z szerokim rondem zakrywającym twarz, mimo to Boyd od razu rozpoznał w nim Rodrigueza. Zamroczony od utraty krwi, wpadł na bliższego z napastników w czerni. Ten złapał Boyda za rękę i już szykował się, by wypchnąć go do wody, gdy nagle spojrzał w górę i jego twarz przesłonił niewyraźny cień. Chwilę później zniknął pod walącym się kominem „Maine”, uszkodzonym podczas wybuchu, a jego ciało zmieniło się w krwawą miazgę. Boyd ocalał, ale noga uwięzia mu pod masą poskręcanego metalu. Został przygwożdżony do pokładu tonącego okrętu. Usiłował unieść przygniatający go element, ale ciężar był zbyt wielki. Po chwili woda zaczęła zalewać mu twarz. Wyprostował się, zaczerpnął głęboko powietrza i ponowił próbę, ale nie udało mu się uwolnić nogi. Okręt zadrżał potężnie, gdy stępka uderzyła o dno, a chwilę później płomienie dotarły do składu amunicji. W powietrzu zagwizdały kule.
Świadomy, że krążownik tonie, Boyd wynurzył głowę, by złapać ostatni oddech. Zdołał zobaczyć bocznokołowiec odpływający w stronę miasta, ze skrzynią zabezpieczoną na pokładzie rufowym. Potem wrak „Maine” pociągnął go na samo dno morskiej otchłani.
Część 1 POWIEW MISTYCYZMU
ROZDZIAŁ 1 Czerwiec 2016 Pękata drewniana łódź rybacka nazywała się „Javina”. Dzięki połączeniu cytrynowej żółci i błękitu, którymi pomalowano kadłub i sterówkę, kiedyś zapewne wyglądała barwnie i wesoło. Ale od tamtej pory minęło już prawie dwadzieścia lat. Słońce i słona woda odebrały kolorom świeżość i teraz łajba prezentowała się blado i anemicznie w zestawieniu z groźnym morskim żywiołem. Jednak pracujący na niej dwaj Jamajczycy nie przejmowali się marnym wyglądem swojej jednostki. Jeżeli czymkolwiek się martwili, to raczej tym, czy kopcący niemiłosiernie silnik zdoła ich dopchać do macierzystej przystani, zanim pompa zęzowa przestanie nadążać z usuwaniem wody z przeciekającego kadłuba. — Pospiesz się z nakładaniem przynęty, póki tuńczyk jeszcze bierze — powiedział stojący na rufie stary rybak, wydający ręcznie długą linkę za burtę. U jego stóp tłukły się wściekle o pokład dwie duże srebrzyste ryby. — Spokojnie, wujku Desmondzie — odrzekł młodszy mężczyzna, który nadziewał kawałki makreli na zardzewiałe, ręcznie kute haki. — Słońce dopiero wzeszło, więc ryba wciąż żeruje na stoku piaszczystej ławicy. — Może i tak, ale to nie słońce czeka na naszą przynętę — burknął Desmond i zgarnął resztę linki z ponawieszanymi hakami, po czym wyrzucił ją za burtę, mocując jej koniec do knagi na nadburciu. Ruszył w stronę sterówki, aby zwiększyć obroty silnika, ale zatrzymał się w pół kroku i nadstawił ucha. Głuche dudnienie, niczym grzmot pioruna, przetoczyło się nad łodzią, zagłuszając klekotanie starego diesla. — Co to było, wujku? — spytał młody. — Nie mam pojęcia. — Desmond pokręcił głową i w tym momencie zauważył okrągłą ciemną plamę, formującą się na trawersie z lewej burty. Kadłub „Javiny” stęknął i zadrżał pod ciosem niewidzialnej pięści podwodnej eksplozji. W niewielkiej odległości od nich wystrzeliła na kilka metrów w górę fontanna spienionej wody. Na powierzchni morza powstała wysoka, koncentryczna fala, która pochwyciła łódź i uniosła ją na swym grzbiecie. Desmond złapał za koło sterowe, żeby utrzymać równowagę. Jego siostrzeniec zachwiał się i spojrzał na wuja wielkimi oczami. — Co jest? — wykrztusił przerażony. — Coś się dzieje pod wodą — odparł Desmond, ściskając koło sterowe, aż zbielały mu kłykcie, bo łódź położyła się mocno na burtę. „Javina” była przez moment na krawędzi wywrotki, ale potem wyprostowała się i stanęła na równej stępce. Fala opadła i zanikła, zostawiając po sobie tylko krąg białej piany.
— To nie było normalne — powiedział młodszy rybak, drapiąc się w głowę. — Co tu się wyprawia? Ich łódź znajdowała się ponad dwadzieścia mil od ledwie widocznych na horyzoncie brzegów Jamajki. Stary wzruszył ramionami i przełożył ster, aby oddalić się od epicentrum podwodnego wybuchu. — Popatrz tam, na te statki. — Wskazał kierunek ruchem głowy. — Pewnie szukają ropy. W odległości około mili widać było wielki statek badawczy i wystający wysoko z wody kadłub oceanicznej barki. Przed dziób statku wysunęła się duża motorówka do przewozu ludzi i towarów. Wszystkie trzy jednostki zmierzały w kierunku „Javiny”, a właściwie miejsca, w którym doszło do eksplozji. — Kto im pozwolił panoszyć się na naszych wodach? — oburzył się młodszy rybak. Desmond uśmiechnął się. — Takim wielkim statkiem mogą sobie pływać, gdzie chcą. Kiedy mała armada podeszła bliżej, na powierzchnię wokół „Javiny” zaczęły wypływać jakieś szczątki. Między nimi walały się kawałki ryb i innych morskich stworzeń porozrywanych wybuchem. — Tuńczyki! — krzyknął młody. — Zabili nasze tuńczyki! — Złapiemy więcej w innym miejscu — mruknął Desmond, widząc, że statek badawczy zmierza prosto na nich. — Lepiej zabierajmy się z tej ławicy. — Najpierw powiem im parę słów do słuchu — oznajmił bojowo jego siostrzeniec i energicznie zakręcił kołem sterowym w lewo, kierując dziób łodzi na statek. Na motorówce zauważono tę zmianę kursu. Niebieski stateczek przyspieszył i po kilku minutach podszedł do burty „Javiny”. Dwaj ciemnoskórzy mężczyźni na jego pokładzie nie wyglądali na Jamajczyków. — Natychmiast opuścić ten akwen! — zawołał sternik, po angielsku, ale z bardzo dziwnym akcentem. — To nasze łowisko! — odkrzyknął młody rybak. — A wy zabiliście nasze ryby. Należy się nam rekompensata za straty. Sternik spojrzał na Jamajczyków bez cienia współczucia i podniósł do ust mikrofon radiostacji. Wywołał statek, złożył krótki meldunek, po czym zwiększył obroty silnika i motorówka odpłynęła. Wkrótce nad „Javiną” zawisła wysoka czarna burta statku badawczego. Rybacy zaczęli wykrzykiwać swoje skargi, ale nikt z załogi nie zwracał na nich uwagi. Po chwili przy relingu pojawili się dwaj mężczyźni w zgniłozielonych mundurach polowych i unieśli do ramion małogabarytowe automatyczne karabinki.