Chciałabym mieć więcej sióstr, bo wówczas odejście którejś z nich nie
spowodowałoby takiego bezruchu.
Emily Dickinson
…jesteśmy bliźniakami, dlatego kochamy się mocniej niż inni ludzie.
Louisa May Alcott, Mali mężczyźni
Rozdział 1
Wszędzie ją widzę.
Jest w oknie włoskiej restauracji na rogu mojej ulicy. Trzyma w dłoni
kieliszek wina, zapewne musującego prosecco, i śmiejąc się, odchyla głowę do
tyłu. Jej blond grzywka otula twarz w kształcie serca, a zza przymrużonych powiek
spoglądają szmaragdowe oczy.
Próbuje przejść przez ulicę i w skupieniu zagryza dolną wargę, gdy czeka
cierpliwie na jakąś przerwę w potoku jadących aut. Jej wysłużona brązowa torba
wisi w zgięciu łokcia.
Biegnie do autobusu w czarnych sandałach i obcisłych dżinsach. Okulary
w drucianych oprawkach trzymają jej rozczochrane włosy.
Za każdym razem, gdy ją widzę, zaczynam biec w jej stronę, mimowolnie
podnosząc rękę, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Bo na ułamek sekundy
zapominam o wszystkim. Przez ten króciutki moment ona nadal żyje. A potem
z siłą tsunami zalewa mnie fala wspomnień. Dociera do mnie, że to nie ona, że to
już nigdy nie będzie ona.
Lucy jest wszędzie i nigdzie. Tak wygląda rzeczywistość.
Już nigdy jej nie zobaczę.
Dzisiaj, w ruchliwy piątkowy wczesny wieczór, stoi przed dworcem Bath
Spa i rozdaje ulotki.
Dostrzegam ją, gdy delektuję się cappuccino w kawiarni naprzeciwko
i mimo iż deszcz zachlapał szyby, dziewczyna wydaje się tak podobna do Lucy, że
muszę na nią spojrzeć jeszcze raz. Ma taką samą drobną figurę ukrytą pod
szkarłatnym płaszczem przeciwdeszczowym, takie same jasne włosy do ramion
i zbyt duże usta, dzięki którym zawsze wydaje się w dobrym humorze, nawet jeśli
jest od tego daleka. Trzyma parasolkę w groszki, którą osłania się przed kolejnym
gwałtownym wiosennym deszczem, a uśmiech na jej twarzy nie blednie, nawet
jeśli jest ignorowana przez zaaferowanych ludzi robiących zakupy i wrogich
podróżnych albo gdy przejeżdżający autobus posyła w jej stronę małą falę, która
zalewa jej gołe nogi i delikatne czółenka w lamparci wzór.
Coś mnie ściska w żołądku, gdy grupa biznesmenów w garniturach zasłania
mi widok na kilka długich sekund. Wreszcie idą na dworzec, jakby byli jednym
bytem. Czuję wielką ulgę, kiedy stwierdzam, że tłum jej nie porwał i że nadal stoi
w dokładnie tym samym miejscu i podsuwa ulotki niezainteresowanym nimi
przechodniom. Szpera w za dużej aksamitnej torbie, starając się panować nad
parasolką trzymaną w zgięciu łokcia, i po zmęczeniu wyzierającym zza jej
uśmiechu wnioskuję, że niebawem skończy pracę.
Nie mogę pozwolić jej odejść. Wypijam resztę kawy, parząc sobie przy tym
podniebienie, i wypadam na zewnątrz, na deszcz, w pośpiechu zarzucając parkę na
ramiona. Zapinam ją szybko, naciągam kaptur na włosy, żeby uchronić je przed
nieuniknionym skręceniem się, i przechodzę przez ulicę. Gdy podchodzę bliżej,
widzę, że dziewczyna jest tylko nieznacznie podobna do mojej siostry. Jej włosy są
bardziej kasztanowe w odcieniu, oczy mają kolor akacjowego miodu, nos jest
mały, zadarty i upstrzony piegami. Wydaje się też starsza. Może być trochę po
trzydziestce. Jest jednak tak samo piękna jak Lucy.
– Cześć – mówi.
Dociera do mnie, że stoję tuż obok niej i się na nią gapię. Nie jest tym
zaniepokojona. Widocznie przyzwyczaiła się do tego, że ludzie się jej przypatrują.
Wygląda na zadowoloną, że ktoś był łaskaw się zatrzymać.
– Cześć – udaje mi się wykrztusić, gdy podaje mi ulotkę rozmiękłą od
deszczu.
Biorę ulotkę i rzucam na nią okiem. Czytam napisane jaskrawą czcionką
słowa „Bear Flat Artists” i „Otwarte studio” i pytająco unoszę brwi.
– Jestem artystką – wyjaśnia.
Dwie czerwone plamy, które pojawiają się na jej policzkach po tych
słowach, zdradzają mi, że jest nowicjuszką i jeszcze nie ma odpowiednich
kwalifikacji, by nazywać się artystką; prawdopodobnie jest późną studentką. Mówi,
że ma w domu pracownię, do której zaprasza publikę w ramach weekendu Bear
Flat Artists.
– Robię i sprzedaję biżuterię, ale będą też inni artyści, pokazujący swoje
obrazy i fotografie. Jeśli jesteś zainteresowana, to serdecznie zapraszamy.
Stoję blisko niej i widzę, że ma w uszach dwa kolczyki w różnych kolorach.
Zastanawiam się, czy założyła je celowo, czy też bezwiednie, nie zauważając, że
nie stanowią pary. Podziwiam ją za to.
Lucy zrobiłaby podobnie – moja siostra nie przejmowała się tym, czy
szminka pasuje do koloru topu lub czy torebka pasuje do butów. Jeśli widziała coś,
co się jej podobało, wkładała to i już.
Dziewczyna zauważyła, że spoglądam na jej uszy.
– Sama je zrobiłam – mówi, dotykając nieśmiało delikatnego żółtego
kolczyka w kształcie stokrotki w lewym uchu. – Mam na imię Beatrice.
– Abi. Abi Cavendish.
Czekam na reakcję. Wydaje mi się, że widzę w jej oczach niemal
niedostrzegalny przebłysk rozpoznania, i wiem, że nie kojarzy mojego nazwiska
w związku z lekturą moich artykułów. Potem mówię sobie, że mam paranoję –
nadal pracuję nad tym ze swoją psycholożką Janice. Nawet jeśli Beatrice czytała
wiadomości o Lucy w gazetach lub oglądała je w telewizji, raczej by o tym nie
pamiętała. Minęło blisko osiemnaście miesięcy. Kolejna historia, kolejna
dziewczyna. Powinnam o tym wiedzieć, przecież codziennie opisywałam takie
wydarzenia. Teraz jednak jestem po drugiej stronie. To ja jestem newsem.
Beatrice się uśmiecha, a ja staram się wyprzeć z głowy myśli o mojej
siostrze. Odwracam ulotkę, udając, że rozważam możliwość zajrzenia do pracowni.
Deszcz uderza rytmicznie w parasolkę dziewczyny i tył mojej kurtki.
– Przepraszam, że taka mokra. Rozdawanie ulotek podczas deszczu to chyba
nie najlepszy pomysł. – Nie czeka na moją odpowiedź. – Nie musisz nic kupować.
Możesz po prostu wpaść i się rozejrzeć, przyprowadzić przyjaciół.
Ma jedwabisty głos, słoneczny jak jej uśmiech. Mówi z ledwo słyszalnym
akcentem, którego jednak nie potrafię zidentyfikować. Jakby z północy. Może jest
Szkotką. Nigdy nie radziłam sobie dobrze z rozpoznawaniem akcentów.
– Jestem w Bath od niedawna, więc nie znam wielu ludzi. – Słowa
wyskakują mi z ust, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że chcę je wypowiedzieć.
– Znasz już mnie – odpowiada przyjaźnie. – Wpadnij. Przedstawię ci kilka
osób. To interesujący ludzie. – Pochyla się w moją stronę i dorzuca
konspiracyjnym szeptem: – Poza tym fajnie jest powęszyć w czyimś domu. –
Śmieje się.
Ma wysoki, dźwięczny śmiech. Dokładnie taki jak Lucy. Kupiła mnie.
Gdy idę labiryntem brukowanych bocznych uliczek, kąciki moich ust
wędrują ku górze na wspomnienie jej uśmiechu, jej ciepła. Już wiem, że jutro
zajrzę do jej domu.
Szybko docieram do swojego dwupokojowego mieszkania. Znajduje się ono
w atrakcyjnym georgiańskim budynku przy ciasnej bocznej uliczce w pobliżu
Circus, na której samochody stoją zaparkowane zderzak w zderzak. Wchodzę do
odrapanego holu, w którym leży wytarty szary dywan, a ściany pokrywa łuszcząca
się łososiowa farba. Zatrzymuję się, żeby oderwać szarą kopertę od podeszwy
trampka Converse. Opuszczam wzrok i widzę kilka listów leżących na podłodze;
podnoszę je z nadzieją. Dostrzegam, że są zaadresowane do mnie. Ozdabiają je
błotniste odciski butów pozostawione przez sąsiadów, którzy przeszli po nich
w drodze do swoich mieszkań i nie pofatygowali się, by je podnieść. Przeglądam je
i dopada mnie smutek – same rachunki. Ostatnio już nikt nie pisze listów, a już na
pewno nie do mnie. Na górze, w pudełku na szafie, trzymam plik listów, notatek,
biletów do muzeów i innych pamiątek po Lucy. Uratowałam je z jej pokoju po jej
śmierci. Obydwie przechowywałyśmy swoją korespondencję sprzed ponad dekady,
gdy studiowałyśmy na innych uniwersytetach, zanim mogłyśmy sobie pozwolić na
komputery i laptopy, zanim nauczyłyśmy się wysyłać e-maile.
Przeciskam się obok rowerów górskich należących do wysportowanej pary
zajmującej mieszkanie w suterenie i przeklinam, gdy zarysowuję sobie nogę
o pedał. Wdrapuję się po schodach na ostatnie piętro. Nadal ściskam w dłoni
ulotkę, która zaczęła się rozpadać pod wpływem wody.
Otwieram drzwi i wchodzę do przedpokoju, który wygląda o wiele bardziej
elegancko od zagraconego holu na dole. Wynajmuję to mieszkanie, ale zanim się tu
wprowadziłam, właściciel pomalował ściany na blady odcień szarości i położył na
podłodze dębowe deski stylizowane na stare. Potem szybko przyjechała do mnie
mama i przyozdobiła lokal dywanami, narzutami i zdjęciami w ramkach, żeby
zapanowała w nim bardziej domowa atmosfera i aby jedyne dziecko, które jej
pozostało, miało powód do życia.
Odwieszam mokry płaszcz i zauważam leżącą na fornirowanej szafce
komórkę. Na jej widok ogarnia mnie smutek. Podnoszę ją z lękiem i nadzieją, że
nie mam żadnych nieodebranych połączeń. Niestety, jest ich dziesięć. Aż dziesięć.
Przeglądam listę. Najczęściej dzwoniła mama, ale kilka razy próbowała się ze mną
połączyć Nia. Zostawiły wiadomości, w których proszą, żebym oddzwoniła. W ich
głosach da się wyczuć ledwo dostrzegalną panikę. Wyszłam tylko na dwie godziny,
ale wiem, że boją się, że próbowałam ze sobą skończyć. Minął już prawie rok,
odkąd trafiłam w to miejsce – nadal nie znoszę myśli o nim – ale one wciąż
uważają, iż jestem niestabilna, słaba psychicznie i że nie powinnam zbyt długo
przebywać sama. Obciągam rękawy bluzy, podświadomie starając się ukryć
połyskliwe blizny, które nigdy nie znikną.
Mieszkanie tonie w mroku, mimo że jest dopiero trochę po siedemnastej.
Świat za oknem wygląda tak, jakby ktoś zarzucił na Bath brudnoszare
prześcieradło. Włączam lampę w salonie, pomarańczowy blask natychmiast ociepla
atmosferę, i opadam na kanapę. Telefon do rodziców odkładam na później. Nie
mogę zwlekać zbyt długo, bo tata będzie gnał wściekle swoją zieloną mazdą
i wpadnie do mnie pod pretekstem, że akurat tędy przejeżdżał, podczas gdy tak
naprawdę będzie chciał sprawdzić, czy nie leżę nieprzytomna na łóżku otoczona
pustymi buteleczkami po lekarstwach.
Komórka przerywa mi zadumę brzękliwą aranżacją Waterloo Sunset
Kinksów, a ja, zdumiona, rzucam ją na podłogę i przyglądam się, jak podskakuje.
Panikuję. Nie zauważyłam, kto dzwoni. Serce zaczyna mi łomotać, dłonie robią się
znajomo lepkie, żołądek podchodzi do gardła, które się zaciska. „Uspokój się,
pamiętaj o ćwiczeniach oddechowych. To na pewno ktoś, kogo znasz. Ta piosenka
ma dla ciebie znaczenie”. Waterloo Sunset. „Londyn. Nia. Oczywiście”.
Odczuwam tak silną ulgę, że prawie wybucham śmiechem. To Nia. Tylko
Nia. Serce zwalnia i pochylam się, żeby podnieść telefon. Melodia milknie i imię
Nii wyświetla się w nieodebranych połączeniach.
– Chryste Panie, Abi! Martwiłam się. Próbuję się do ciebie dodzwonić od
kilku godzin – burczy, gdy do niej oddzwaniam.
– Wyszłam tylko na dwie godziny i zapomniałam telefonu.
– Co robiłaś? – Wyczuwam w jej głosie nutkę powątpiewania, jakby
podejrzewała, że szykowałam się do powieszenia się w lesie lub włożenia głowy do
piekarnika gazowego. – Nie masz pracy?
Tłumię westchnienie. Kiedyś pracowałam jako redaktorka prowadząca
połyskliwego czasopisma. Teraz, gdy mam na to ochotę, piszę coś jako
freelancerka, zazwyczaj wtedy, kiedy kończą mi się pieniądze. Wiem, że jeśli nie
będę ostrożna, stracę wszystkie kontakty. Zostało mi już tylko kilka lojalnych osób,
co mnie nie dziwi po tym wszystkim, co się wydarzyło w ciągu minionego roku.
– Miranda twierdzi, że na razie nie ma zbyt dużo pracy – kłamię.
Miranda, moja była szefowa, zalicza się do szczupłego grona lojalnych.
Rzucam ściskaną w dłoni ulotkę w stronę stolika kawowego. Nie trafiam i ciężki
od deszczu papier upada na podłogę. Nie da się jej przeczytać. Zamieniła się
w papier mâché, ale zdążyłam ją skopiować oczami. Zrzucam trampki z nóg
i opieram stopy na aksamitnych poduszkach. Wyglądam przez okno na dachy Bath
i staram się wypatrzyć wśród dachówek iglice Abbey. Deszcz na chwilę przestaje
padać i słońce próbuje wyjrzeć zza czarnych chmur.
Jej głos łagodnieje.
– Wszystko w porządku, Abs? Mieszkasz sama w miejscu, którego prawie
nie znasz…
– Mama i tata mieszkają sześć kilometrów stąd. – Zmuszam się do śmiechu,
ale dostrzegam ironię tej sytuacji.
W wieku osiemnastu lat chciałam za wszelką cenę studiować, żeby uciec od
rodziców i miasteczka Farnham w hrabstwie Surrey, gdzie mieszkaliśmy. A teraz
sami spójrzcie. Dobiegam trzydziestki i podążam za rodzicami jak jakiś maniak,
i przeprowadzam się do miasta, gdzie oni starają się odbudować swoje złamane
życie. Marne mają szanse, jeśli kręcę się w pobliżu i przypominam im o tym, co
stracili.
Nie potrafię powiedzieć Nii o Beatrice. Jeszcze nie teraz. Nie po poprzednim
razie. Tylko by się zmartwiła.
– Wszystko u mnie dobrze, Nia. Spacerowałam po Bath, a że zaczęło padać,
to weszłam do kawiarni. Nie martw się o mnie. Podoba mi się tutaj. Bath jest takie
spokojne.
W przeciwieństwie do mojego umysłu” – dodaję w myślach.
– Spokojne? – prycha. – Myślałam, że roi się w nim od turystów.
– Tylko latem. To znaczy, jest tu spory ruch, ale nie tak gorączkowy jak
w Londynie.
Zapada cisza.
No i proszę. Wszystko to, czego nie ubieramy w słowa, zawarło się w tym
jednym: Londyn. Wiem, że o tym myśli. Jak mogłoby być inaczej? Gdy z nią
rozmawiam, nie myślę o niczym innym. Tylko o ciasnym wiktoriańskim
segmencie, w którym mieszkałyśmy we trzy. O tamtym wieczorze. Ostatnich
godzinach życia Lucy.
– Tęsknię za tobą – mówi słabym głosem, pocieszająco bliskim, z miękką
walijską intonacją.
Na sekundę zamykam oczy i przypominam sobie swoje dawne życie:
zabiegany Londyn, pracę, którą uwielbiałam, błyskotliwe przyjęcia i wspaniałe
wydarzenia, w których uczestniczyłam dzięki temu, że Nia pracowała w PR
w branży modowej, Lucy i Luke’a, Calluma…
Lecz gdy cofam się myślami do czasu sprzed owej nocy, mam wrażenie, że
spoglądam na życie kogoś innego, tak bardzo odbiega ono od tego, jak obecnie
żyję.
– Też za tobą tęsknię – piszczę, po czym zmuszam się do tego, by mówić
radosnym głosem. – Jak ci się mieszka w Muswell Hill? Podobnie jak w Balham?
– Inaczej, a zarazem tak samo. Wiesz, o co mi chodzi… – wzdycha. (Wiem
bardzo dobrze). – Abs, muszę ci coś powiedzieć. Martwi mnie to od dawna. Nadal
nie jestem pewna, czy powinnaś się o tym dowiedzieć.
– Okej… – Czuję się nieswojo.
– Chodzi o Calluma. Kontaktował się ze mną.
Czekam na atak paniki. Ale nic się nie dzieje, czuję tylko lekkie mrowienie
poniżej pępka. Czy to antydepresanty tak mnie urządziły? Osłabiły wrażenia,
wspomnienia o nim? Staram się wyobrazić sobie jego mierzącą metr osiemdziesiąt
pięć sylwetkę, prawie czarne włosy, błękitne oczy za firanką gęstych rzęs, obcisłe
dżinsy i skórzaną kurtkę. Przypomniałam sobie, że go kochałam. On również jest
częścią wspomnień owego wieczoru. I został skalany na zawsze, jak wszystko inne.
– Czego chciał? – Staram się mówić nonszalancko, ale wiem, że Nia nie da
się oszukać. Jest moją najlepszą przyjaciółką i była przy mnie, wie, jak wiele
Callum dla mnie znaczył.
– Poprosił o twój numer. Chce porozmawiać.
– Cholera – rzucam; oddech mi się rwie. – Dałaś mu go? Wie, gdzie
mieszkam? Jeśli wie, powie Luke’owi. Obiecałaś, że im nie powiesz, dokąd się
przeprowadziłam. Dałaś słowo. – Podnoszę głos, gdy przypominam sobie twarz
Luke’a, gdy widziałam go po raz ostatni, zastygłą w bólu; powiedział spokojnie, że
nigdy mi nie wybaczy śmierci Lucy. Jego słowa w połączeniu z dystansem zadały
mi taki sam ból jak ostrze, którym pocięłam sobie nadgarstki.
– Abi, spokojnie – odpowiada szybko. – Nic mu nie powiedziałam. Wydaje
mi się, że nawet nie mieszka już z Lukiem.
– Przepraszam. – Przełykam ciężko ślinę i staram się stłumić lęk. – Nie mogę
z nim rozmawiać. Nie mogę. Już nigdy…
– W porządku. Nie martw się. Nie powiedziałam mu nic o tobie. Mam jego
numer, na wypadek gdybyś jednak postanowiła kiedyś z nim porozmawiać… –
Urywa.
Milczę i wiem, że nigdy nie będę na to gotowa. Bo rozmowa z nim
oznaczałaby powrót do wieczoru, w którym zabiłam swoją siostrę.
Rozdział 2
Dom Beatrice stoi po lewej stronie wysadzanej drzewami ślepej uliczki. Po
obydwu jej stronach ku bezchmurnemu niebu pną się dumnie georgiańskie
szeregowe, wysokie na pięć pięter domy z wapienia z Bath, a w miejscu, gdzie
uliczka się rozszerza, znajdują się ogrodzone korty tenisowe, prawdopodobnie
przeznaczone do prywatnego użytku mieszkańców.
Słońce wreszcie praży, jakby ku czci pierwszego długiego weekendu
majowego. Słyszę dobiegający z oddali warkot kosiarki i ujadanie psa. Zdejmuję
skórzaną kurtkę i wciskam ją, zwiniętą, pod pachę. Jestem na chodniku pod domem
przy Pope’s Avenue – adres zapamiętałam z ulotki. Przed bramą z kutego żelaza
stoi biały fiat 500 z dwoma pasami – zielonym i czerwonym. Szerokie schody
wiodą do masywnych szafirowych drzwi z numerem dziewiętnaście,
umieszczonym na półkolistym okienku nad wejściem. Czy to na pewno to miejsce?
Wydaje się zbyt drogie, zbyt eleganckie. W ogóle nie przypomina studenckiego
lokum, którego się spodziewałam.
Zanim przekonam się do odejścia, otwieram bramę i idę krótkim chodnikiem
wykładanym białymi i czarnymi kafelkami. Mijam po drodze grubego rudego kota,
który się myje na zadbanym trawniku. Waham się, w gardle czuję suchość, ale
ciągnę za mosiężną rączkę staromodnego dzwonka. Zalewa mnie fala mdłości, gdy
dźwięk dzwonka rozbrzmiewa za zdobnymi drzwiami, przez które za chwilę
wkroczę w nowy etap życia.
Czekam z kołaczącym sercem. Słyszę głuchy odgłos kroków. Drzwi się
otwierają i widzę za nimi Beatrice, która wita mnie z szerokim uśmiechem. Stoi
boso, a paznokcie jej stóp zdobi czarny lakier. Cienka antracytowa sukienka sięga
jej do kolan i kontrastuje ze ślicznym srebrnym wisiorem, który wisi między jej
drobnymi piersiami. Delikatny tatuaż w formie kwiatu wije się wokół jej kostki jak
pnącze.
– Tak się cieszę, że przyszłaś. – Wydaje się szczerze uradowana na mój
widok. – Wejdź.
Prowadzi mnie przez długi, szeroki hol wykładany kremowymi wapiennymi
płytami pasującymi do zewnętrznej elewacji budynku. Widzę misternie
pomalowany żyrandol wiszący z sufitu, wieszak na płaszcze, który wygląda tak,
jakby miał się załamać pod ciężarem wiszących na nim okryć, światełka
w kształcie margerytek wijące się wzdłuż balustrady schodów wiodących na
wyższe piętro, chodniki ozdobione wzorem margerytek (chyba ma do nich słabość)
i starodawny żeberkowy kaloryfer pomalowany na różowo. W domu unosi się woń
cukierków Parma Violets przemieszana ze słabym zapachem dymu papierosowego.
– O rety – wymyka mi się, gdy omiatam wzrokiem hol.
Wazon ze świeżymi margerytkami stoi na antycznym stoliku obok małej
szklanej popielniczki, z której wylewają się pęki kluczy. Pantofle w lamparci wzór,
które Beatrice miała na nogach wczoraj, stoją obok kaloryfera.
– Wspaniały dom. Do kogo należy?
Przez chwilę patrzy na mnie, zdumiona, po czym śmieje się tym znanym mi
już dźwięcznym śmiechem.
– Do mnie, rzecz jasna. I do Bena. Chodź. Wszyscy są na dole.
Zostawia otwarte drzwi, żeby nie musieć ich co chwila otwierać. Oczywiście
nie ma pewności, że ktoś przyjdzie.
– Otwieram pracownię po raz pierwszy – mówi. – W ten weekend sporo
ludzi przy mojej ulicy i kilku sąsiednich otwiera swoje domy, więc powinno to
wzbudzić zainteresowanie.
Wydaje się stremowana, podekscytowana. Ma zaróżowione policzki i prawie
skacze po holu. Idę za nią i czekam na wyjaśnienie, kim jest Ben, o którym
wspomniała. Jeśli jest mężatką, wszystko może się zmienić.
Mijamy dwa salony. W jednym na środku stoi duża sztaluga z pochlapanym
farbą płótnem, a w drugim dziwna biała, gładka rzeźba przypominająca kształtem
Cerbera, greckiego mitologicznego trzygłowego psa. Na jego widok przechodzą
mnie ciarki.
Schody zakręcają i wiodą na dół do kuchni, w której stoją masywne meble,
ręcznie pomalowane na odcień gołębiej szarości. Blaty zrobiono z jasnego
marmuru poprzecinanego ciemniejszymi żyłkami, który kojarzy mi się ze
stiltonem. W pomieszczeniu dominuje drewniany stół, przy którym siedzą dwie
młode dziewczyny i mężczyzna. Popijają coś i rozmawiają. Pulchna kobieta
o szerokich barkach, z kolczykami w nosie i z pofarbowanymi na czarno
kręconymi włosami ściągniętymi z tyłu tak mocno, że jej brwi unoszą się jakby
w grymasie zdziwienia, stoi przy piecu Aga i ściska w dłoniach kubek z czymś
ciepłym, co sugeruje tańcząca nad nim para. Gdy dostrzega mnie idącą za Beatrice,
uśmiecha się ciepło, błyskając złotym zębem.
– Cześć, jestem Pam – mówi z ciężkim akcentem z zachodniej Anglii. –
Jesteś siostrą Beatrice? Jesteście do siebie podobne jak dwie krople wody.
Beatrice wybucha trochę za głośnym śmiechem.
– Nie mam siostry – odpowiada i odwraca się do mnie. – Chociaż zawsze
chciałam mieć.
W gardle mnie ściska, gdy myślę o Lucy. Już wiem, że nie pomyliłam się co
do Beatrice.
Dziewczyna obejmuje mnie opiekuńczo ramieniem.
– To jest Abi. Jest naszą pierwszą… jak to ująć? Potencjalną klientką? –
Unosi pytająco brew.
Czuję na sobie spojrzenia wszystkich i najchętniej uciekłabym do swojego
bezpiecznego mieszkanka. Nie jestem przyzwyczajona poznawać nowych ludzi.
Już nie. Spędzam życie – moje nowe życie – z opuszczoną głową, kontrolując
emocje, a oto znalazłam się w tym ogromnym, fantazyjnie urządzonym domu
w towarzystwie nieznajomych.
– Przyszłaś obejrzeć naszą sztukę? – pyta Pam. – Wspaniale. Chyba widać,
że nie mamy doświadczenia. – Śmieje się głośno i tubalnie.
Od razu czuję do niej sympatię.
Milczę. Od kiedy to nie potrafię prowadzić grzecznościowej rozmowy?
Właściwie znam odpowiedź. To Lucy była zawsze tą bardziej towarzyską z nas
dwóch. Beatrice ściska mnie za ramię, jakby czytała mi w myślach. Jestem jej za to
wdzięczna. Już wiem, że mnie rozumie.
– Pam maluje niesamowite obrazy. Mieszka w jednym z pokojów na
poddaszu – wyjaśnia. Zdejmuje rękę z mojego ramienia i odwraca się, żeby
wskazać śliczną dziewczynę z rozjaśnionymi włosami ostrzyżonymi na chłopaka,
siedzącą przy stole. – To jest Cass, fantastyczna fotografka. Też tutaj mieszka.
Obok niej siedzi Jodie. Rzeźbiarka.
Kiwam głową do Cass, potem do Jodie, która jest od niej niewiele starsza;
ma włosy w mysim kolorze, uderzająco niebieskie oczy i nadąsane usta. Domyślam
się, że trzygłowy potwór na górze jest jej dziełem.
Beatrice zostawia mnie i w podskokach zbliża się do jedynego mężczyzny
w kuchni, tego, na którego starałam się nie patrzeć, mimo że czułam na sobie jego
spojrzenie od chwili, gdy weszłam do pomieszczenia. Wstaje, gdy Beatrice się
do niego zbliża. Jest szczupły, ale dobrze zbudowany.
– A to jest mój Ben – mówi Beatrice, obejmując go w talii.
Sięga mu zaledwie do ramienia. Chłopak wydaje się w zbliżonym wieku do
niej, ma piegowatą twarz, orzechowe oczy i zmierzwione włosy koloru piasku.
Nagle dociera do mnie, że jest przystojny. Nie w moim typie, niemniej muszę
przyznać, że atrakcyjny. Ma na sobie eleganckie ciemne dżinsy i białą koszulkę
polo Ralpha Laurena. Zerkam na jego lewą dłoń, żeby sprawdzić, czy są
małżeństwem, i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu czuję ulgę, nie widząc
obrączki. Nie potrafię określić, dlaczego mnie to tak bardzo cieszy ani które z nich
chciałabym widzieć singlem – ją czy jego. Ze złością stwierdzam, że się rumienię.
– Cześć – mówię nieśmiało i myślę o tym, jaką są atrakcyjną parą. – Też
jesteś artystą?
Bada wzrokiem moją twarz i odnoszę wrażenie, że stara się mnie jakoś
umiejscowić, że kogoś mu przypominam.
– Zdecydowanie nie. Co poniektórzy mogliby powiedzieć, że jestem artystą
w sikaniu, ale to chyba się nie liczy. – Uśmiecha się. Ma miękki szkocki akcent,
wyraźniejszy niż Beatrice. I brzmi jak David Tennant.
Beatrice daje mu kuksańca w bok.
– Ben – upomina go – nie pomniejszaj się. Mój brat jest tym mądrzejszym.
Zajmuje się informatyką – wyjaśnia, patrząc na niego czule.
Brat. Oczywiście. Gdy to powiedziała, dostrzegam podobieństwo:
identyczne piegi na zadartych nosach i pełne usta. Tylko oczy mają inne. Beatrice
odrywa się od niego niemal niechętnie i klaszcze w dłonie.
– Moi drodzy, zajmijmy stanowiska. Abi, może byś poszła ze mną? Przyda
mi się szczera opinia na temat tego, jak wszystko urządziłam. Zgadzasz się?
Potakuję. Schlebia mi, że mnie o to poprosiła. Wszystkie idziemy za nią
gęsiego, jakbyśmy były jej służącymi. Gdy wspinam się za resztą po schodach,
zerkam za siebie. Ben nadal stoi na środku kuchni. Nasze spojrzenia się spotykają.
Szybko się odwracam i resztę schodów pokonuję biegiem. Palą mnie policzki.
– Na razie nie mam pracowni – mówi Beatrice, wprowadzając mnie do
sypialni. Wsuwa blokadę z kwiecistego materiału pod drzwi, żeby się nie
zamknęły.
Pam, Jodie i Cass zniknęły w swoich pokojach i szykują się do przyjęcia
odwiedzających, chociaż trudno mi sobie wyobrazić, żeby Jodie sprzedała
w najbliższym czasie trzygłową rzeźbę, którą widziałam na dole.
Pokój Beatrice jest ogromny, bardzo wysoki i ozdobiony misternymi
fasetami. Mógłby należeć do gwiazdy filmowej z lat czterdziestych dwudziestego
wieku. Na łóżku leży pikowany zagłówek z soboli i bladoróżowa pościel. Ściany
w kolorze écru. Moje stopy zanurzają się w dywanie w słomkowym kolorze. Przy
otwieranych pionowo oknach Beatrice ustawiła toaletkę w stylu francuskim
i ułożyła na granatowym aksamicie połyskujące kolczyki, dzięki czemu wyglądały
jak gwiazdy migoczące na nocnym niebie. Za kolczykami ustawiła stojak
w kształcie drzewa, z którego gałązek zwisają kusicielsko srebrne naszyjniki.
– Rety – rzucam, podchodząc do biżuterii. – To wszystko twoje dzieło?
Przepiękne!
– Dziękuję – odpowiada nieśmiało.
Stoi tuż za mną, więc nie widzę jej twarzy, ale z tonu głosu wnioskuję, że się
rumieni, słysząc komplement. Urzeka mnie to, że nie uświadamia sobie, jaka jest
utalentowana.
I wtedy go dostrzegam wśród gałązek drzewka. Krótki srebrny łańcuszek
z wisiorkiem w kształcie litery A ułożonej z margerytek. Ten naszyjnik jest dla
mnie stworzony, jestem tego pewna. Jakby Beatrice wiedziała, że w jej życiu
pojawi się dziewczyna z imieniem zaczynającym się na tę literę. Wyciągam rękę
i dotykam wisiorka, muskam palcami margerytki.
– Podoba ci się? – Beatrice jest tak blisko, że jej oddech muska mi kark.
– Cudowny. Ile kosztuje?
Staje przede mną i zdejmuje naszyjnik ze stojaka. Układa go sobie na dłoni
i wyciąga rękę w moją stronę.
– Proszę. Chciałabym, żebyś go wzięła.
– Nie mogę… – zaczynam, ale mnie ucisza i prosi, żebym się odwróciła
i przymierzyła biżuterię.
Odgarniam włosy z szyi, żeby mogła zapiąć łańcuszek. Czuję na skórze jej
chłodne palce.
– Gotowe – mówi. Opiera dłonie na moich ramionach i delikatnie mną
kieruje, tak żebym się odwróciła twarzą do niej. – Idealnie.
– Proszę, pozwól mi za niego zapłacić – odzywam się, zakłopotana jej
hojnością.
Macha bagatelizująco dłonią.
– Niech to będzie podziękowanie za pomoc dzisiaj po południu. – Marszczy
nos, zatroskana. – Bo zostaniesz i mi pomożesz, prawda?
Dotykam wisiorka na szyi.
– Jak mogłabym teraz odmówić? – żartuję, bo nie chcę, żeby wiedziała, że
od samego początku chciałam zostać. I że zrobiłabym to za darmo.
Popołudnie mija szybko, a przez pokój Beatrice przelewa się strumień osób
oglądających jej biżuterię. Niektórzy robią to dla zabicia czasu i z czystej chęci
rozejrzenia się po uroczym domu Beatrice, a kilkoro odwiedzających zagląda tu
w drodze z poddasza, gdzie kupili fotografie Cass lub obrazy Pam. Szybko
wchodzimy w role – Beatrice jest sprzedającą, a ja kasjerką i pomimo dużego
zamieszania stwierdzam, że dobrze się bawię. Mój podziw wzbudza to, jaka
Beatrice jest pewna siebie w kontaktach z ludźmi. Czuję rozczarowanie, gdy
o dziewiętnastej w progu staje Pam i pyta, czy mogłybyśmy kończyć.
– Zdecydowanie. Jestem wykończona. – Beatrice opada na łóżko.
Pam wywraca dobrodusznie oczami. Słyszę jej ciężkie kroki, gdy oddala się
korytarzem i znika.
– Świetna zabawa. Zostaniesz z nami na kieliszek wina? – pyta Beatrice. –
Chyba powinniśmy to uczcić.
– Chętnie – odpowiadam, chociaż wolałabym zostać tu tylko z nią.
Spędziłyśmy takie miłe popołudnie we dwie, a jej towarzystwo sprawiało mi
większą przyjemność, niż się spodziewałam. Stworzyłyśmy zespół i nie chcę, żeby
to się zmieniło. Jeśli pójdziemy na dół, będę musiała prowadzić grzecznościowe
rozmowy z innymi. I dzielić się Beatrice. Mój entuzjazm trochę przygasa, gdy
pomagam jej spakować kilka pozostałych sztuk biżuterii do odpowiednich pudełek.
– Ciekawe, co Ben robił przez całe popołudnie – zastanawia się na głos, gdy
próbuje domknąć wieko od pudełka z bransoletką. – Chyba nie chciał mieć z tym
wszystkim nic wspólnego. – Śmieje się krótko i ostro, ale wyczuwam jej
rozczarowanie, że Ben nie zajrzał sprawdzić, co u niej słychać.
– Jest starszy od ciebie? – pytam, podając jej parę kolczyków.
Bierze je ode mnie i wrzuca do szuflady.
– Tylko o kilka minut. Jesteśmy bliźniętami.
Zdaję sobie sprawę z tego, że krew odpłynęła mi z twarzy. „Bliźnięta”.
Beatrice spogląda na mnie.
– Coś ci jest? Zrobiłaś się blada.
Chrząkam.
– Chodzi o to, że… też jestem bliźniaczką. Byłam. Jestem…
Plączę się, bo nienawidzę opowiadać ludziom o Lucy. Nie znoszę ich
spojrzeń, w których mieszają się litość i zażenowanie, bo są przerażeni tym, że
mogę się rozpłakać. Nieuchronnie zapada między nami niezręczne milczenie,
a potem oni się odwracają, żeby zerknąć na buty, na dłonie, na cokolwiek, byle nie
na mnie. Mruczą pod nosem, jak im przykro, po czym zmieniają temat, a po ich
odejściu zastanawiam się, czy popełniłam jakieś okropne faux pas, wspominając
o zmarłej siostrze. Od czasu jej śmierci unikają mnie niektórzy z moich dawnych
przyjaciół. Nia zapewnia mnie, że to dlatego, iż nie wiedzą, co powiedzieć; ale
dlaczego nie mogą zrozumieć, że powiedzenie czegoś, czegokolwiek, jest lepsze od
milczenia?
Wstrzymuję oddech i spodziewam się podobnej reakcji w przypadku
Beatrice. Ona jednak przerywa wykonywaną przez siebie czynność i patrzy mi
prosto w oczy.
– Co się stało? – pyta, a ja widzę, że ona naprawdę chce się tego dowiedzieć.
Nie odpycha mnie w obawie przed moim żalem. Nie jest zażenowana.
Stawia temu czoło. Czuję tak ogromną ulgę w związku z tym, że jest inna od
pozostałych, że mam ochotę ją uściskać.
– Ona… umarła. – Oczy zachodzą mi łzami.
„I to była moja wina”, mam ochotę dodać. Ale nie robię tego. Prawda na mój
temat wszystko by zrujnowała.
– Abi, tak mi przykro – mówi i kładzie mi dłoń na ramieniu. – Chcesz o tym
porozmawiać?
Milknę, bo wiem, że nie mogę rozmawiać o Lucy. Co miałabym
powiedzieć? Że byłyśmy monozygotycznymi bliźniaczkami, że kochałam ją
bardziej niż kogokolwiek na świecie, że była moją drugą połową – tą lepszą – i że
bez niej jestem zagubiona, żyję w stanie zawieszenia, że życie bez niej wydaje się
niewłaściwe, że to była moja wina i że nigdy sobie tego nie wybaczę, mimo że sąd
oczyścił mnie z zarzutów. Potrząsam tylko głową.
– Rozumiem – mówi łagodnym głosem. – Nasi rodzice zmarli, gdy byliśmy
z Benem mali, ale nadal trudno mi o tym rozmawiać, nawet po tak długim czasie.
Chyba nigdy nie dochodzi się do siebie po stracie kogoś bliskiego.
W tym momencie to czuję – więź między nami. Powstała wokół smutku
i wyjątkowego związku, który potrafią zrozumieć wyłącznie bliźnięta.
O północy nie potrafiłam już określić, ile szampana wypiłam, by uspokoić
nerwy i podbudować pewność siebie na tyle, by móc gawędzić z przyjaciółmi
Beatrice. Przepraszam wszystkich na chwilę i zamykam się w łazience na dole, bo
boję się, że zrobi mi się niedobrze. Powinnam była zjeść więcej. Pochylam się nad
umywalką i głęboko oddycham, aż mdłości ustępują. „Muszę iść do domu” –
myślę, gdy ochlapuję twarz zimną wodą i przyglądam się sobie w lustrze
łazienkowej szafki. Jak zwykle podskakuję na widok swojego odbicia; na widok
ciemnych sińców pod oczami, blond włosów, które zarosły i nie przypominają
schludnej krótkiej fryzury, za dużych ust, przez które zawsze wydaję się radosna,
nawet jeśli nie jest mi do śmiechu.
Wszędzie widzę Lucy, ale nigdy w takim stopniu jak wtedy, gdy patrzę
w lustro.
Rozdział 3
Drzwi frontowe zamykają się z trzaskiem. Beatrice podchodzi do okna
swojej sypialni w samą porę, by spojrzeć na dwie ciemne sylwetki wychodzące
chwiejnym krokiem przez furtkę i idące w stronę przystanku autobusowego przy
końcu ulicy. Oboje chichoczą, potykają się – są oczywiście lekko wstawieni.
Mężczyzna obejmuje wąską talię kobiety, jakby nie chciał jej pozwolić na to, by
złożyła się wpół; wygląda jak lalkarz sterujący marionetką.
Mijają latarnię i zalewa ich światło. Coś ściska Beatrice w żołądku, gdy
zauważa, że to Ben. I Abi.
Autobus numer czternaście przetacza się pod oknem jak staruszek pogrążony
w letargu i hamuje z piskiem na nadal rozgrzanym asfalcie. Beatrice patrzy, jak Abi
znika w środku, a Ben macha jej nawet po tym, jak autobus skręcił za rogiem
i zniknął. Jest za ciemno, by mogła dojrzeć wyraz twarzy brata, ale potrafi go sobie
wyobrazić. Błysk w jego orzechowych oczach, krzywy uśmiech na pełnych ustach.
Tak wygląda mężczyzna, który jest oszołomiony. Coś takiego widziała w jego
przypadku tylko jeden raz.
Gdy Ben odwraca się powoli i niechętnie rusza w stronę domu, Beatrice wie
– w ten wyjątkowy sposób dostępny tylko dla bliźniąt – że coś się właśnie zaczyna.
Zaciąga zasłony tak energicznie, że nadal falują, gdy się od nich oddala
i chodzi po pokoju. Nie włącza światła i woli nasłuchiwać charakterystycznych
dźwięków klucza przekręcanego w zamku, sztybletów Bena stukających o kamień
w holu i dudniących, gdy pokonuje po dwa schodki naraz w drodze do jej pokoju.
Dlaczego myśl o tym, że jej brat być może znalazł kogoś, kto mu się podoba,
sprawia, że chce się jej płakać?
Ben otwiera zamaszyście drzwi i światło ze spocznika schodów zalewa
pokój.
– Dlaczego siedzisz po ciemku, ty szalona krowo? – pyta ze śmiechem,
włączając światło.
Wzrusza ramionami i przysiada na toaletce. Ben siada ciężko na podwójnym
łóżku. Materac wzdycha pod jego ciężarem.
– Cass i Jodie wyszły, a Pam znowu zasnęła przy sztaludze. Jak wam poszło
twoim zdaniem? – Wydaje się szczerze zainteresowany, co chwyta ją za serce.
– Chyba dobrze. – Wyjmuje kolczyki z uszu. – Sprzedałam trochę biżuterii.
Dałam Abi naszyjnik.
Uważnie obserwuje twarz Bena w lustrze w poszukiwaniu jakiegoś znaku.
Zauważa nieśmiały uśmiech na wspomnienie imienia Abi, ale gdy ich spojrzenia
się spotykają, uśmiech nagle znika.
Ben marszczy brwi.
– Nic ci nie jest, Bea?
– Widziałam cię z Abi. – Wie, że nie powinna, ale nie potrafi się
powstrzymać. – Podoba ci się, prawda? Tego nie było w planie, Ben.
– W planie? – Zaczyna mu drgać nerw w okolicy szczęki i Beatrice wie, że
go rozzłościła. – Nie ma żadnego planu. Spędziliśmy wszyscy miło czas, trochę się
wstawiliśmy, pośmialiśmy się i odprowadziłem ją na autobus. Nie ma o czym
mówić.
– Wiesz, o co mi chodzi. Musisz uważać. Wiesz, przez co przeszła.
– Jest dużą dziewczynką.
Ben kładzie się na łóżku z rękami pod głową i wpatruje się w sufit. Beatrice
zauważa, że brat nadal ma na nogach sztyblety i denerwuje ją to.
– Mam być tą, która jej pomoże – warczy. – Nie sądzę, by emocjonalne
zaangażowanie było dla niej w tej chwili korzystne.
– Nieważne, Bea. Najwyraźniej postanowiłaś, że będzie kolejnym z twoich
projektów.
– Projektów? – pyta płaczliwie. – To coś więcej niż zbieg okoliczności,
Ben… To znak.
– Wiem, już to mówiłaś. – Ben siada i wzdycha. – Posłuchaj, sporo wypiłem.
Idę się położyć. – Wstaje i wychodzi z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami.
Beatrice przygląda się sobie w lustrze. Nie chce płakać. Zamiast tego
przeciera oczy bawełnianym płatkiem nasączonym oleistym płynem do
demakijażu, po czym rytmicznymi pociągnięciami oczyszcza twarz i szyję.
Gdy spotkała Abi, od razu wiedziała, kim jest. Wielkie zielone oczy obudziły
wspomnienie, zanim dziewczyna miała szansę się przedstawić. Nazwisko
potwierdziło jej spostrzeżenie, rzecz jasna. Abi Cavendish. Bliźniaczki Cavendish.
Swego czasu ich delikatne twarze w kształcie serc spoglądały wzruszająco
z reportaży w gazetach, nieświadome czekającej je przyszłości. Wróciła wczoraj do
domu – to było zaledwie wczoraj? – i wyciągnęła wycinek z gazety ukryty między
biustonoszami i majtkami w szufladzie z bielizną. Pokazała go Benowi, uderzając
weń energicznie palcem i mówiąc, że to musi coś znaczyć. Czy nie widział, pytała,
czy naprawdę nie widział, że to było przeznaczenie? Wycięła ten artykuł z gazety
ponad rok temu, a teraz, niemal równo rok później, spotyka jego bohaterkę.
Powiedziała mu, że jeśli Abi przyjdzie na dzień otwarty pracowni, będzie to
znaczyło, że jest kobietą, której Beatrice ma pomóc.
I przyszła. Widzisz, Ben? To przeznaczenie.
Beatrice ze złością pociera twarz płatkiem kosmetycznym. Nie powinna
mieć obsesji. To był udany dzień, zwieńczony sukcesem. Uczyniła pierwsze kroki
w kierunku zostania artystką z prawdziwego zdarzenia, a w jej życiu zagościła Abi.
Wie, że zrobiła coś potwornego, niewybaczalnego. Lecz pomagając Abi,
może wszystko naprawić. Może się stać Dobrą Osobą. Karma.
Musi zrobić wszystko, co w jej mocy, by tym razem Ben nie stanął jej na
drodze.
Rozdział 4
Po powrocie do zimnego, pustego mieszkania z ciepła, harmidru i paplaniny
w pełnym życia domu Beatrice czuję się jak pies wyrzucony z domu do budy na
podwórku.
Atakuje mnie przytłaczająca cisza, która przypomina mi, że mieszkam sama,
że Nia nie tłucze się w kuchni, parząc herbatę za herbatą, a Lucy nie siedzi zwinięta
na kanapie i nie stuka palcami w klawiaturę laptopa. Mimo że żadna z nich nie
mieszkała tu ze mną, nadal nie potrafię przywyknąć do przebywania bez nich
i spodziewam się widoku ich duchów za każdym rogiem. To jeden z powodów, dla
których wyjechałam z Londynu.
Zapalam lampkę i gdy przechodzę przez pokój, żeby zaciągnąć zasłony,
dostrzegam coś, kogoś, na ulicy. Serce mi przyspiesza. Przed bramą wejściową stoi
mężczyzna. Jego sylwetka jest ledwie widoczna na tle atramentowej nocy. Ma
postawiony kołnierz, a z ust zwisa mu smutno papieros. Rysy jego twarzy są
niewyraźne, skąpane w cieniu, jakby ktoś wytarł je gumką na rysunku, ale kształt
jego głowy i chuda sylwetka są mi tak dobrze znane, że od razu wiem, że to Luke.
Luke. Znalazł mnie. Nerwowo szukam komórki w kieszeni kurtki, którą nadal mam
na sobie, i rozpaczliwie staram się wybrać numer rodziców trzęsącymi się palcami.
Wtem on spogląda w okno, nasze spojrzenia się spotykają i zamieram. Patrzę,
nadal trzymając w dłoni telefon, jak rzuca niedopałek na chodnik i kroczy
prowadzącą przez ogród ścieżką, by zadzwonić do mieszkania poniżej. To nie
Luke. Oczywiście, że to nie on. Nia nigdy by nie złamała danego mi słowa.
Przypomina mi to jednak w niemiły sposób, że nie jestem jedyną osobą, która nie
potrafi sobie wybaczyć tego, co się stało w ów wieczór Halloween osiemnaście
miesięcy temu.
Biegam gorączkowo po mieszkaniu w nagłym pragnieniu zasłonięcia
wszystkich okien i włączenia świateł. Gdy moje serce w końcu zwalnia i oddech
wraca do normy, siadam na kanapie z filiżanką kawy i dzwonię do mamy. Muszę
usłyszeć jej pocieszający głos po tym napadzie strachu.
Mówi chropawo, jakbym ją obudziła. Dociera do mnie, że jest po północy.
– Abi? Nic ci nie jest?
Wyobrażam ją sobie, jak siada na łóżku we flanelowej piżamie i serce jej
wali, bo spodziewa się usłyszeć mój płacz, więc szybko wyjaśniam, że nic się nie
stało. I, bez zastanowienia, opowiadam jej o Beatrice. Policzkuję się w myślach,
gdy słyszę w jej głosie lęk.
– Ale to nie jest to samo, co wcześniej, kochanie?
– Oczywiście, że nie – warczę, a policzki pieką mnie na wspomnienie Alicii.
Waha się i wiem, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale moja matka zawsze
wyznawała zasadę, że zanim się coś powie, trzeba pomyśleć. Zauważa, jakie to
Claire Douglas SIOSTRY przełożyła Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginału: The Sisters Copyright © Claire Douglas 2015 Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, MMXVI Wydanie I Warszawa, MMXVI
Spis treści Dedykacja Motto Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17
Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Rozdział 30 Rozdział 31 Rozdział 32 Rozdział 33 Rozdział 34 Rozdział 35 Rozdział 36 Podziękowania Przypisy
Pamięci mojego brata Davida i dla siostry Sam
Chciałabym mieć więcej sióstr, bo wówczas odejście którejś z nich nie spowodowałoby takiego bezruchu. Emily Dickinson …jesteśmy bliźniakami, dlatego kochamy się mocniej niż inni ludzie. Louisa May Alcott, Mali mężczyźni
Rozdział 1 Wszędzie ją widzę. Jest w oknie włoskiej restauracji na rogu mojej ulicy. Trzyma w dłoni kieliszek wina, zapewne musującego prosecco, i śmiejąc się, odchyla głowę do tyłu. Jej blond grzywka otula twarz w kształcie serca, a zza przymrużonych powiek spoglądają szmaragdowe oczy. Próbuje przejść przez ulicę i w skupieniu zagryza dolną wargę, gdy czeka cierpliwie na jakąś przerwę w potoku jadących aut. Jej wysłużona brązowa torba wisi w zgięciu łokcia. Biegnie do autobusu w czarnych sandałach i obcisłych dżinsach. Okulary w drucianych oprawkach trzymają jej rozczochrane włosy. Za każdym razem, gdy ją widzę, zaczynam biec w jej stronę, mimowolnie podnosząc rękę, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Bo na ułamek sekundy zapominam o wszystkim. Przez ten króciutki moment ona nadal żyje. A potem z siłą tsunami zalewa mnie fala wspomnień. Dociera do mnie, że to nie ona, że to już nigdy nie będzie ona. Lucy jest wszędzie i nigdzie. Tak wygląda rzeczywistość. Już nigdy jej nie zobaczę. Dzisiaj, w ruchliwy piątkowy wczesny wieczór, stoi przed dworcem Bath Spa i rozdaje ulotki. Dostrzegam ją, gdy delektuję się cappuccino w kawiarni naprzeciwko i mimo iż deszcz zachlapał szyby, dziewczyna wydaje się tak podobna do Lucy, że muszę na nią spojrzeć jeszcze raz. Ma taką samą drobną figurę ukrytą pod szkarłatnym płaszczem przeciwdeszczowym, takie same jasne włosy do ramion i zbyt duże usta, dzięki którym zawsze wydaje się w dobrym humorze, nawet jeśli jest od tego daleka. Trzyma parasolkę w groszki, którą osłania się przed kolejnym gwałtownym wiosennym deszczem, a uśmiech na jej twarzy nie blednie, nawet jeśli jest ignorowana przez zaaferowanych ludzi robiących zakupy i wrogich podróżnych albo gdy przejeżdżający autobus posyła w jej stronę małą falę, która zalewa jej gołe nogi i delikatne czółenka w lamparci wzór. Coś mnie ściska w żołądku, gdy grupa biznesmenów w garniturach zasłania mi widok na kilka długich sekund. Wreszcie idą na dworzec, jakby byli jednym bytem. Czuję wielką ulgę, kiedy stwierdzam, że tłum jej nie porwał i że nadal stoi w dokładnie tym samym miejscu i podsuwa ulotki niezainteresowanym nimi przechodniom. Szpera w za dużej aksamitnej torbie, starając się panować nad parasolką trzymaną w zgięciu łokcia, i po zmęczeniu wyzierającym zza jej uśmiechu wnioskuję, że niebawem skończy pracę. Nie mogę pozwolić jej odejść. Wypijam resztę kawy, parząc sobie przy tym podniebienie, i wypadam na zewnątrz, na deszcz, w pośpiechu zarzucając parkę na
ramiona. Zapinam ją szybko, naciągam kaptur na włosy, żeby uchronić je przed nieuniknionym skręceniem się, i przechodzę przez ulicę. Gdy podchodzę bliżej, widzę, że dziewczyna jest tylko nieznacznie podobna do mojej siostry. Jej włosy są bardziej kasztanowe w odcieniu, oczy mają kolor akacjowego miodu, nos jest mały, zadarty i upstrzony piegami. Wydaje się też starsza. Może być trochę po trzydziestce. Jest jednak tak samo piękna jak Lucy. – Cześć – mówi. Dociera do mnie, że stoję tuż obok niej i się na nią gapię. Nie jest tym zaniepokojona. Widocznie przyzwyczaiła się do tego, że ludzie się jej przypatrują. Wygląda na zadowoloną, że ktoś był łaskaw się zatrzymać. – Cześć – udaje mi się wykrztusić, gdy podaje mi ulotkę rozmiękłą od deszczu. Biorę ulotkę i rzucam na nią okiem. Czytam napisane jaskrawą czcionką słowa „Bear Flat Artists” i „Otwarte studio” i pytająco unoszę brwi. – Jestem artystką – wyjaśnia. Dwie czerwone plamy, które pojawiają się na jej policzkach po tych słowach, zdradzają mi, że jest nowicjuszką i jeszcze nie ma odpowiednich kwalifikacji, by nazywać się artystką; prawdopodobnie jest późną studentką. Mówi, że ma w domu pracownię, do której zaprasza publikę w ramach weekendu Bear Flat Artists. – Robię i sprzedaję biżuterię, ale będą też inni artyści, pokazujący swoje obrazy i fotografie. Jeśli jesteś zainteresowana, to serdecznie zapraszamy. Stoję blisko niej i widzę, że ma w uszach dwa kolczyki w różnych kolorach. Zastanawiam się, czy założyła je celowo, czy też bezwiednie, nie zauważając, że nie stanowią pary. Podziwiam ją za to. Lucy zrobiłaby podobnie – moja siostra nie przejmowała się tym, czy szminka pasuje do koloru topu lub czy torebka pasuje do butów. Jeśli widziała coś, co się jej podobało, wkładała to i już. Dziewczyna zauważyła, że spoglądam na jej uszy. – Sama je zrobiłam – mówi, dotykając nieśmiało delikatnego żółtego kolczyka w kształcie stokrotki w lewym uchu. – Mam na imię Beatrice. – Abi. Abi Cavendish. Czekam na reakcję. Wydaje mi się, że widzę w jej oczach niemal niedostrzegalny przebłysk rozpoznania, i wiem, że nie kojarzy mojego nazwiska w związku z lekturą moich artykułów. Potem mówię sobie, że mam paranoję – nadal pracuję nad tym ze swoją psycholożką Janice. Nawet jeśli Beatrice czytała wiadomości o Lucy w gazetach lub oglądała je w telewizji, raczej by o tym nie pamiętała. Minęło blisko osiemnaście miesięcy. Kolejna historia, kolejna dziewczyna. Powinnam o tym wiedzieć, przecież codziennie opisywałam takie wydarzenia. Teraz jednak jestem po drugiej stronie. To ja jestem newsem.
Beatrice się uśmiecha, a ja staram się wyprzeć z głowy myśli o mojej siostrze. Odwracam ulotkę, udając, że rozważam możliwość zajrzenia do pracowni. Deszcz uderza rytmicznie w parasolkę dziewczyny i tył mojej kurtki. – Przepraszam, że taka mokra. Rozdawanie ulotek podczas deszczu to chyba nie najlepszy pomysł. – Nie czeka na moją odpowiedź. – Nie musisz nic kupować. Możesz po prostu wpaść i się rozejrzeć, przyprowadzić przyjaciół. Ma jedwabisty głos, słoneczny jak jej uśmiech. Mówi z ledwo słyszalnym akcentem, którego jednak nie potrafię zidentyfikować. Jakby z północy. Może jest Szkotką. Nigdy nie radziłam sobie dobrze z rozpoznawaniem akcentów. – Jestem w Bath od niedawna, więc nie znam wielu ludzi. – Słowa wyskakują mi z ust, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że chcę je wypowiedzieć. – Znasz już mnie – odpowiada przyjaźnie. – Wpadnij. Przedstawię ci kilka osób. To interesujący ludzie. – Pochyla się w moją stronę i dorzuca konspiracyjnym szeptem: – Poza tym fajnie jest powęszyć w czyimś domu. – Śmieje się. Ma wysoki, dźwięczny śmiech. Dokładnie taki jak Lucy. Kupiła mnie. Gdy idę labiryntem brukowanych bocznych uliczek, kąciki moich ust wędrują ku górze na wspomnienie jej uśmiechu, jej ciepła. Już wiem, że jutro zajrzę do jej domu. Szybko docieram do swojego dwupokojowego mieszkania. Znajduje się ono w atrakcyjnym georgiańskim budynku przy ciasnej bocznej uliczce w pobliżu Circus, na której samochody stoją zaparkowane zderzak w zderzak. Wchodzę do odrapanego holu, w którym leży wytarty szary dywan, a ściany pokrywa łuszcząca się łososiowa farba. Zatrzymuję się, żeby oderwać szarą kopertę od podeszwy trampka Converse. Opuszczam wzrok i widzę kilka listów leżących na podłodze; podnoszę je z nadzieją. Dostrzegam, że są zaadresowane do mnie. Ozdabiają je błotniste odciski butów pozostawione przez sąsiadów, którzy przeszli po nich w drodze do swoich mieszkań i nie pofatygowali się, by je podnieść. Przeglądam je i dopada mnie smutek – same rachunki. Ostatnio już nikt nie pisze listów, a już na pewno nie do mnie. Na górze, w pudełku na szafie, trzymam plik listów, notatek, biletów do muzeów i innych pamiątek po Lucy. Uratowałam je z jej pokoju po jej śmierci. Obydwie przechowywałyśmy swoją korespondencję sprzed ponad dekady, gdy studiowałyśmy na innych uniwersytetach, zanim mogłyśmy sobie pozwolić na komputery i laptopy, zanim nauczyłyśmy się wysyłać e-maile. Przeciskam się obok rowerów górskich należących do wysportowanej pary zajmującej mieszkanie w suterenie i przeklinam, gdy zarysowuję sobie nogę o pedał. Wdrapuję się po schodach na ostatnie piętro. Nadal ściskam w dłoni ulotkę, która zaczęła się rozpadać pod wpływem wody. Otwieram drzwi i wchodzę do przedpokoju, który wygląda o wiele bardziej elegancko od zagraconego holu na dole. Wynajmuję to mieszkanie, ale zanim się tu
wprowadziłam, właściciel pomalował ściany na blady odcień szarości i położył na podłodze dębowe deski stylizowane na stare. Potem szybko przyjechała do mnie mama i przyozdobiła lokal dywanami, narzutami i zdjęciami w ramkach, żeby zapanowała w nim bardziej domowa atmosfera i aby jedyne dziecko, które jej pozostało, miało powód do życia. Odwieszam mokry płaszcz i zauważam leżącą na fornirowanej szafce komórkę. Na jej widok ogarnia mnie smutek. Podnoszę ją z lękiem i nadzieją, że nie mam żadnych nieodebranych połączeń. Niestety, jest ich dziesięć. Aż dziesięć. Przeglądam listę. Najczęściej dzwoniła mama, ale kilka razy próbowała się ze mną połączyć Nia. Zostawiły wiadomości, w których proszą, żebym oddzwoniła. W ich głosach da się wyczuć ledwo dostrzegalną panikę. Wyszłam tylko na dwie godziny, ale wiem, że boją się, że próbowałam ze sobą skończyć. Minął już prawie rok, odkąd trafiłam w to miejsce – nadal nie znoszę myśli o nim – ale one wciąż uważają, iż jestem niestabilna, słaba psychicznie i że nie powinnam zbyt długo przebywać sama. Obciągam rękawy bluzy, podświadomie starając się ukryć połyskliwe blizny, które nigdy nie znikną. Mieszkanie tonie w mroku, mimo że jest dopiero trochę po siedemnastej. Świat za oknem wygląda tak, jakby ktoś zarzucił na Bath brudnoszare prześcieradło. Włączam lampę w salonie, pomarańczowy blask natychmiast ociepla atmosferę, i opadam na kanapę. Telefon do rodziców odkładam na później. Nie mogę zwlekać zbyt długo, bo tata będzie gnał wściekle swoją zieloną mazdą i wpadnie do mnie pod pretekstem, że akurat tędy przejeżdżał, podczas gdy tak naprawdę będzie chciał sprawdzić, czy nie leżę nieprzytomna na łóżku otoczona pustymi buteleczkami po lekarstwach. Komórka przerywa mi zadumę brzękliwą aranżacją Waterloo Sunset Kinksów, a ja, zdumiona, rzucam ją na podłogę i przyglądam się, jak podskakuje. Panikuję. Nie zauważyłam, kto dzwoni. Serce zaczyna mi łomotać, dłonie robią się znajomo lepkie, żołądek podchodzi do gardła, które się zaciska. „Uspokój się, pamiętaj o ćwiczeniach oddechowych. To na pewno ktoś, kogo znasz. Ta piosenka ma dla ciebie znaczenie”. Waterloo Sunset. „Londyn. Nia. Oczywiście”. Odczuwam tak silną ulgę, że prawie wybucham śmiechem. To Nia. Tylko Nia. Serce zwalnia i pochylam się, żeby podnieść telefon. Melodia milknie i imię Nii wyświetla się w nieodebranych połączeniach. – Chryste Panie, Abi! Martwiłam się. Próbuję się do ciebie dodzwonić od kilku godzin – burczy, gdy do niej oddzwaniam. – Wyszłam tylko na dwie godziny i zapomniałam telefonu. – Co robiłaś? – Wyczuwam w jej głosie nutkę powątpiewania, jakby podejrzewała, że szykowałam się do powieszenia się w lesie lub włożenia głowy do piekarnika gazowego. – Nie masz pracy? Tłumię westchnienie. Kiedyś pracowałam jako redaktorka prowadząca
połyskliwego czasopisma. Teraz, gdy mam na to ochotę, piszę coś jako freelancerka, zazwyczaj wtedy, kiedy kończą mi się pieniądze. Wiem, że jeśli nie będę ostrożna, stracę wszystkie kontakty. Zostało mi już tylko kilka lojalnych osób, co mnie nie dziwi po tym wszystkim, co się wydarzyło w ciągu minionego roku. – Miranda twierdzi, że na razie nie ma zbyt dużo pracy – kłamię. Miranda, moja była szefowa, zalicza się do szczupłego grona lojalnych. Rzucam ściskaną w dłoni ulotkę w stronę stolika kawowego. Nie trafiam i ciężki od deszczu papier upada na podłogę. Nie da się jej przeczytać. Zamieniła się w papier mâché, ale zdążyłam ją skopiować oczami. Zrzucam trampki z nóg i opieram stopy na aksamitnych poduszkach. Wyglądam przez okno na dachy Bath i staram się wypatrzyć wśród dachówek iglice Abbey. Deszcz na chwilę przestaje padać i słońce próbuje wyjrzeć zza czarnych chmur. Jej głos łagodnieje. – Wszystko w porządku, Abs? Mieszkasz sama w miejscu, którego prawie nie znasz… – Mama i tata mieszkają sześć kilometrów stąd. – Zmuszam się do śmiechu, ale dostrzegam ironię tej sytuacji. W wieku osiemnastu lat chciałam za wszelką cenę studiować, żeby uciec od rodziców i miasteczka Farnham w hrabstwie Surrey, gdzie mieszkaliśmy. A teraz sami spójrzcie. Dobiegam trzydziestki i podążam za rodzicami jak jakiś maniak, i przeprowadzam się do miasta, gdzie oni starają się odbudować swoje złamane życie. Marne mają szanse, jeśli kręcę się w pobliżu i przypominam im o tym, co stracili. Nie potrafię powiedzieć Nii o Beatrice. Jeszcze nie teraz. Nie po poprzednim razie. Tylko by się zmartwiła. – Wszystko u mnie dobrze, Nia. Spacerowałam po Bath, a że zaczęło padać, to weszłam do kawiarni. Nie martw się o mnie. Podoba mi się tutaj. Bath jest takie spokojne. W przeciwieństwie do mojego umysłu” – dodaję w myślach. – Spokojne? – prycha. – Myślałam, że roi się w nim od turystów. – Tylko latem. To znaczy, jest tu spory ruch, ale nie tak gorączkowy jak w Londynie. Zapada cisza. No i proszę. Wszystko to, czego nie ubieramy w słowa, zawarło się w tym jednym: Londyn. Wiem, że o tym myśli. Jak mogłoby być inaczej? Gdy z nią rozmawiam, nie myślę o niczym innym. Tylko o ciasnym wiktoriańskim segmencie, w którym mieszkałyśmy we trzy. O tamtym wieczorze. Ostatnich godzinach życia Lucy. – Tęsknię za tobą – mówi słabym głosem, pocieszająco bliskim, z miękką walijską intonacją.
Na sekundę zamykam oczy i przypominam sobie swoje dawne życie: zabiegany Londyn, pracę, którą uwielbiałam, błyskotliwe przyjęcia i wspaniałe wydarzenia, w których uczestniczyłam dzięki temu, że Nia pracowała w PR w branży modowej, Lucy i Luke’a, Calluma… Lecz gdy cofam się myślami do czasu sprzed owej nocy, mam wrażenie, że spoglądam na życie kogoś innego, tak bardzo odbiega ono od tego, jak obecnie żyję. – Też za tobą tęsknię – piszczę, po czym zmuszam się do tego, by mówić radosnym głosem. – Jak ci się mieszka w Muswell Hill? Podobnie jak w Balham? – Inaczej, a zarazem tak samo. Wiesz, o co mi chodzi… – wzdycha. (Wiem bardzo dobrze). – Abs, muszę ci coś powiedzieć. Martwi mnie to od dawna. Nadal nie jestem pewna, czy powinnaś się o tym dowiedzieć. – Okej… – Czuję się nieswojo. – Chodzi o Calluma. Kontaktował się ze mną. Czekam na atak paniki. Ale nic się nie dzieje, czuję tylko lekkie mrowienie poniżej pępka. Czy to antydepresanty tak mnie urządziły? Osłabiły wrażenia, wspomnienia o nim? Staram się wyobrazić sobie jego mierzącą metr osiemdziesiąt pięć sylwetkę, prawie czarne włosy, błękitne oczy za firanką gęstych rzęs, obcisłe dżinsy i skórzaną kurtkę. Przypomniałam sobie, że go kochałam. On również jest częścią wspomnień owego wieczoru. I został skalany na zawsze, jak wszystko inne. – Czego chciał? – Staram się mówić nonszalancko, ale wiem, że Nia nie da się oszukać. Jest moją najlepszą przyjaciółką i była przy mnie, wie, jak wiele Callum dla mnie znaczył. – Poprosił o twój numer. Chce porozmawiać. – Cholera – rzucam; oddech mi się rwie. – Dałaś mu go? Wie, gdzie mieszkam? Jeśli wie, powie Luke’owi. Obiecałaś, że im nie powiesz, dokąd się przeprowadziłam. Dałaś słowo. – Podnoszę głos, gdy przypominam sobie twarz Luke’a, gdy widziałam go po raz ostatni, zastygłą w bólu; powiedział spokojnie, że nigdy mi nie wybaczy śmierci Lucy. Jego słowa w połączeniu z dystansem zadały mi taki sam ból jak ostrze, którym pocięłam sobie nadgarstki. – Abi, spokojnie – odpowiada szybko. – Nic mu nie powiedziałam. Wydaje mi się, że nawet nie mieszka już z Lukiem. – Przepraszam. – Przełykam ciężko ślinę i staram się stłumić lęk. – Nie mogę z nim rozmawiać. Nie mogę. Już nigdy… – W porządku. Nie martw się. Nie powiedziałam mu nic o tobie. Mam jego numer, na wypadek gdybyś jednak postanowiła kiedyś z nim porozmawiać… – Urywa. Milczę i wiem, że nigdy nie będę na to gotowa. Bo rozmowa z nim oznaczałaby powrót do wieczoru, w którym zabiłam swoją siostrę.
Rozdział 2 Dom Beatrice stoi po lewej stronie wysadzanej drzewami ślepej uliczki. Po obydwu jej stronach ku bezchmurnemu niebu pną się dumnie georgiańskie szeregowe, wysokie na pięć pięter domy z wapienia z Bath, a w miejscu, gdzie uliczka się rozszerza, znajdują się ogrodzone korty tenisowe, prawdopodobnie przeznaczone do prywatnego użytku mieszkańców. Słońce wreszcie praży, jakby ku czci pierwszego długiego weekendu majowego. Słyszę dobiegający z oddali warkot kosiarki i ujadanie psa. Zdejmuję skórzaną kurtkę i wciskam ją, zwiniętą, pod pachę. Jestem na chodniku pod domem przy Pope’s Avenue – adres zapamiętałam z ulotki. Przed bramą z kutego żelaza stoi biały fiat 500 z dwoma pasami – zielonym i czerwonym. Szerokie schody wiodą do masywnych szafirowych drzwi z numerem dziewiętnaście, umieszczonym na półkolistym okienku nad wejściem. Czy to na pewno to miejsce? Wydaje się zbyt drogie, zbyt eleganckie. W ogóle nie przypomina studenckiego lokum, którego się spodziewałam. Zanim przekonam się do odejścia, otwieram bramę i idę krótkim chodnikiem wykładanym białymi i czarnymi kafelkami. Mijam po drodze grubego rudego kota, który się myje na zadbanym trawniku. Waham się, w gardle czuję suchość, ale ciągnę za mosiężną rączkę staromodnego dzwonka. Zalewa mnie fala mdłości, gdy dźwięk dzwonka rozbrzmiewa za zdobnymi drzwiami, przez które za chwilę wkroczę w nowy etap życia. Czekam z kołaczącym sercem. Słyszę głuchy odgłos kroków. Drzwi się otwierają i widzę za nimi Beatrice, która wita mnie z szerokim uśmiechem. Stoi boso, a paznokcie jej stóp zdobi czarny lakier. Cienka antracytowa sukienka sięga jej do kolan i kontrastuje ze ślicznym srebrnym wisiorem, który wisi między jej drobnymi piersiami. Delikatny tatuaż w formie kwiatu wije się wokół jej kostki jak pnącze. – Tak się cieszę, że przyszłaś. – Wydaje się szczerze uradowana na mój widok. – Wejdź. Prowadzi mnie przez długi, szeroki hol wykładany kremowymi wapiennymi płytami pasującymi do zewnętrznej elewacji budynku. Widzę misternie pomalowany żyrandol wiszący z sufitu, wieszak na płaszcze, który wygląda tak, jakby miał się załamać pod ciężarem wiszących na nim okryć, światełka w kształcie margerytek wijące się wzdłuż balustrady schodów wiodących na wyższe piętro, chodniki ozdobione wzorem margerytek (chyba ma do nich słabość) i starodawny żeberkowy kaloryfer pomalowany na różowo. W domu unosi się woń cukierków Parma Violets przemieszana ze słabym zapachem dymu papierosowego. – O rety – wymyka mi się, gdy omiatam wzrokiem hol. Wazon ze świeżymi margerytkami stoi na antycznym stoliku obok małej
szklanej popielniczki, z której wylewają się pęki kluczy. Pantofle w lamparci wzór, które Beatrice miała na nogach wczoraj, stoją obok kaloryfera. – Wspaniały dom. Do kogo należy? Przez chwilę patrzy na mnie, zdumiona, po czym śmieje się tym znanym mi już dźwięcznym śmiechem. – Do mnie, rzecz jasna. I do Bena. Chodź. Wszyscy są na dole. Zostawia otwarte drzwi, żeby nie musieć ich co chwila otwierać. Oczywiście nie ma pewności, że ktoś przyjdzie. – Otwieram pracownię po raz pierwszy – mówi. – W ten weekend sporo ludzi przy mojej ulicy i kilku sąsiednich otwiera swoje domy, więc powinno to wzbudzić zainteresowanie. Wydaje się stremowana, podekscytowana. Ma zaróżowione policzki i prawie skacze po holu. Idę za nią i czekam na wyjaśnienie, kim jest Ben, o którym wspomniała. Jeśli jest mężatką, wszystko może się zmienić. Mijamy dwa salony. W jednym na środku stoi duża sztaluga z pochlapanym farbą płótnem, a w drugim dziwna biała, gładka rzeźba przypominająca kształtem Cerbera, greckiego mitologicznego trzygłowego psa. Na jego widok przechodzą mnie ciarki. Schody zakręcają i wiodą na dół do kuchni, w której stoją masywne meble, ręcznie pomalowane na odcień gołębiej szarości. Blaty zrobiono z jasnego marmuru poprzecinanego ciemniejszymi żyłkami, który kojarzy mi się ze stiltonem. W pomieszczeniu dominuje drewniany stół, przy którym siedzą dwie młode dziewczyny i mężczyzna. Popijają coś i rozmawiają. Pulchna kobieta o szerokich barkach, z kolczykami w nosie i z pofarbowanymi na czarno kręconymi włosami ściągniętymi z tyłu tak mocno, że jej brwi unoszą się jakby w grymasie zdziwienia, stoi przy piecu Aga i ściska w dłoniach kubek z czymś ciepłym, co sugeruje tańcząca nad nim para. Gdy dostrzega mnie idącą za Beatrice, uśmiecha się ciepło, błyskając złotym zębem. – Cześć, jestem Pam – mówi z ciężkim akcentem z zachodniej Anglii. – Jesteś siostrą Beatrice? Jesteście do siebie podobne jak dwie krople wody. Beatrice wybucha trochę za głośnym śmiechem. – Nie mam siostry – odpowiada i odwraca się do mnie. – Chociaż zawsze chciałam mieć. W gardle mnie ściska, gdy myślę o Lucy. Już wiem, że nie pomyliłam się co do Beatrice. Dziewczyna obejmuje mnie opiekuńczo ramieniem. – To jest Abi. Jest naszą pierwszą… jak to ująć? Potencjalną klientką? – Unosi pytająco brew. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich i najchętniej uciekłabym do swojego bezpiecznego mieszkanka. Nie jestem przyzwyczajona poznawać nowych ludzi.
Już nie. Spędzam życie – moje nowe życie – z opuszczoną głową, kontrolując emocje, a oto znalazłam się w tym ogromnym, fantazyjnie urządzonym domu w towarzystwie nieznajomych. – Przyszłaś obejrzeć naszą sztukę? – pyta Pam. – Wspaniale. Chyba widać, że nie mamy doświadczenia. – Śmieje się głośno i tubalnie. Od razu czuję do niej sympatię. Milczę. Od kiedy to nie potrafię prowadzić grzecznościowej rozmowy? Właściwie znam odpowiedź. To Lucy była zawsze tą bardziej towarzyską z nas dwóch. Beatrice ściska mnie za ramię, jakby czytała mi w myślach. Jestem jej za to wdzięczna. Już wiem, że mnie rozumie. – Pam maluje niesamowite obrazy. Mieszka w jednym z pokojów na poddaszu – wyjaśnia. Zdejmuje rękę z mojego ramienia i odwraca się, żeby wskazać śliczną dziewczynę z rozjaśnionymi włosami ostrzyżonymi na chłopaka, siedzącą przy stole. – To jest Cass, fantastyczna fotografka. Też tutaj mieszka. Obok niej siedzi Jodie. Rzeźbiarka. Kiwam głową do Cass, potem do Jodie, która jest od niej niewiele starsza; ma włosy w mysim kolorze, uderzająco niebieskie oczy i nadąsane usta. Domyślam się, że trzygłowy potwór na górze jest jej dziełem. Beatrice zostawia mnie i w podskokach zbliża się do jedynego mężczyzny w kuchni, tego, na którego starałam się nie patrzeć, mimo że czułam na sobie jego spojrzenie od chwili, gdy weszłam do pomieszczenia. Wstaje, gdy Beatrice się do niego zbliża. Jest szczupły, ale dobrze zbudowany. – A to jest mój Ben – mówi Beatrice, obejmując go w talii. Sięga mu zaledwie do ramienia. Chłopak wydaje się w zbliżonym wieku do niej, ma piegowatą twarz, orzechowe oczy i zmierzwione włosy koloru piasku. Nagle dociera do mnie, że jest przystojny. Nie w moim typie, niemniej muszę przyznać, że atrakcyjny. Ma na sobie eleganckie ciemne dżinsy i białą koszulkę polo Ralpha Laurena. Zerkam na jego lewą dłoń, żeby sprawdzić, czy są małżeństwem, i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu czuję ulgę, nie widząc obrączki. Nie potrafię określić, dlaczego mnie to tak bardzo cieszy ani które z nich chciałabym widzieć singlem – ją czy jego. Ze złością stwierdzam, że się rumienię. – Cześć – mówię nieśmiało i myślę o tym, jaką są atrakcyjną parą. – Też jesteś artystą? Bada wzrokiem moją twarz i odnoszę wrażenie, że stara się mnie jakoś umiejscowić, że kogoś mu przypominam. – Zdecydowanie nie. Co poniektórzy mogliby powiedzieć, że jestem artystą w sikaniu, ale to chyba się nie liczy. – Uśmiecha się. Ma miękki szkocki akcent, wyraźniejszy niż Beatrice. I brzmi jak David Tennant. Beatrice daje mu kuksańca w bok. – Ben – upomina go – nie pomniejszaj się. Mój brat jest tym mądrzejszym.
Zajmuje się informatyką – wyjaśnia, patrząc na niego czule. Brat. Oczywiście. Gdy to powiedziała, dostrzegam podobieństwo: identyczne piegi na zadartych nosach i pełne usta. Tylko oczy mają inne. Beatrice odrywa się od niego niemal niechętnie i klaszcze w dłonie. – Moi drodzy, zajmijmy stanowiska. Abi, może byś poszła ze mną? Przyda mi się szczera opinia na temat tego, jak wszystko urządziłam. Zgadzasz się? Potakuję. Schlebia mi, że mnie o to poprosiła. Wszystkie idziemy za nią gęsiego, jakbyśmy były jej służącymi. Gdy wspinam się za resztą po schodach, zerkam za siebie. Ben nadal stoi na środku kuchni. Nasze spojrzenia się spotykają. Szybko się odwracam i resztę schodów pokonuję biegiem. Palą mnie policzki. – Na razie nie mam pracowni – mówi Beatrice, wprowadzając mnie do sypialni. Wsuwa blokadę z kwiecistego materiału pod drzwi, żeby się nie zamknęły. Pam, Jodie i Cass zniknęły w swoich pokojach i szykują się do przyjęcia odwiedzających, chociaż trudno mi sobie wyobrazić, żeby Jodie sprzedała w najbliższym czasie trzygłową rzeźbę, którą widziałam na dole. Pokój Beatrice jest ogromny, bardzo wysoki i ozdobiony misternymi fasetami. Mógłby należeć do gwiazdy filmowej z lat czterdziestych dwudziestego wieku. Na łóżku leży pikowany zagłówek z soboli i bladoróżowa pościel. Ściany w kolorze écru. Moje stopy zanurzają się w dywanie w słomkowym kolorze. Przy otwieranych pionowo oknach Beatrice ustawiła toaletkę w stylu francuskim i ułożyła na granatowym aksamicie połyskujące kolczyki, dzięki czemu wyglądały jak gwiazdy migoczące na nocnym niebie. Za kolczykami ustawiła stojak w kształcie drzewa, z którego gałązek zwisają kusicielsko srebrne naszyjniki. – Rety – rzucam, podchodząc do biżuterii. – To wszystko twoje dzieło? Przepiękne! – Dziękuję – odpowiada nieśmiało. Stoi tuż za mną, więc nie widzę jej twarzy, ale z tonu głosu wnioskuję, że się rumieni, słysząc komplement. Urzeka mnie to, że nie uświadamia sobie, jaka jest utalentowana. I wtedy go dostrzegam wśród gałązek drzewka. Krótki srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie litery A ułożonej z margerytek. Ten naszyjnik jest dla mnie stworzony, jestem tego pewna. Jakby Beatrice wiedziała, że w jej życiu pojawi się dziewczyna z imieniem zaczynającym się na tę literę. Wyciągam rękę i dotykam wisiorka, muskam palcami margerytki. – Podoba ci się? – Beatrice jest tak blisko, że jej oddech muska mi kark. – Cudowny. Ile kosztuje? Staje przede mną i zdejmuje naszyjnik ze stojaka. Układa go sobie na dłoni i wyciąga rękę w moją stronę. – Proszę. Chciałabym, żebyś go wzięła.
– Nie mogę… – zaczynam, ale mnie ucisza i prosi, żebym się odwróciła i przymierzyła biżuterię. Odgarniam włosy z szyi, żeby mogła zapiąć łańcuszek. Czuję na skórze jej chłodne palce. – Gotowe – mówi. Opiera dłonie na moich ramionach i delikatnie mną kieruje, tak żebym się odwróciła twarzą do niej. – Idealnie. – Proszę, pozwól mi za niego zapłacić – odzywam się, zakłopotana jej hojnością. Macha bagatelizująco dłonią. – Niech to będzie podziękowanie za pomoc dzisiaj po południu. – Marszczy nos, zatroskana. – Bo zostaniesz i mi pomożesz, prawda? Dotykam wisiorka na szyi. – Jak mogłabym teraz odmówić? – żartuję, bo nie chcę, żeby wiedziała, że od samego początku chciałam zostać. I że zrobiłabym to za darmo. Popołudnie mija szybko, a przez pokój Beatrice przelewa się strumień osób oglądających jej biżuterię. Niektórzy robią to dla zabicia czasu i z czystej chęci rozejrzenia się po uroczym domu Beatrice, a kilkoro odwiedzających zagląda tu w drodze z poddasza, gdzie kupili fotografie Cass lub obrazy Pam. Szybko wchodzimy w role – Beatrice jest sprzedającą, a ja kasjerką i pomimo dużego zamieszania stwierdzam, że dobrze się bawię. Mój podziw wzbudza to, jaka Beatrice jest pewna siebie w kontaktach z ludźmi. Czuję rozczarowanie, gdy o dziewiętnastej w progu staje Pam i pyta, czy mogłybyśmy kończyć. – Zdecydowanie. Jestem wykończona. – Beatrice opada na łóżko. Pam wywraca dobrodusznie oczami. Słyszę jej ciężkie kroki, gdy oddala się korytarzem i znika. – Świetna zabawa. Zostaniesz z nami na kieliszek wina? – pyta Beatrice. – Chyba powinniśmy to uczcić. – Chętnie – odpowiadam, chociaż wolałabym zostać tu tylko z nią. Spędziłyśmy takie miłe popołudnie we dwie, a jej towarzystwo sprawiało mi większą przyjemność, niż się spodziewałam. Stworzyłyśmy zespół i nie chcę, żeby to się zmieniło. Jeśli pójdziemy na dół, będę musiała prowadzić grzecznościowe rozmowy z innymi. I dzielić się Beatrice. Mój entuzjazm trochę przygasa, gdy pomagam jej spakować kilka pozostałych sztuk biżuterii do odpowiednich pudełek. – Ciekawe, co Ben robił przez całe popołudnie – zastanawia się na głos, gdy próbuje domknąć wieko od pudełka z bransoletką. – Chyba nie chciał mieć z tym wszystkim nic wspólnego. – Śmieje się krótko i ostro, ale wyczuwam jej rozczarowanie, że Ben nie zajrzał sprawdzić, co u niej słychać. – Jest starszy od ciebie? – pytam, podając jej parę kolczyków. Bierze je ode mnie i wrzuca do szuflady. – Tylko o kilka minut. Jesteśmy bliźniętami.
Zdaję sobie sprawę z tego, że krew odpłynęła mi z twarzy. „Bliźnięta”. Beatrice spogląda na mnie. – Coś ci jest? Zrobiłaś się blada. Chrząkam. – Chodzi o to, że… też jestem bliźniaczką. Byłam. Jestem… Plączę się, bo nienawidzę opowiadać ludziom o Lucy. Nie znoszę ich spojrzeń, w których mieszają się litość i zażenowanie, bo są przerażeni tym, że mogę się rozpłakać. Nieuchronnie zapada między nami niezręczne milczenie, a potem oni się odwracają, żeby zerknąć na buty, na dłonie, na cokolwiek, byle nie na mnie. Mruczą pod nosem, jak im przykro, po czym zmieniają temat, a po ich odejściu zastanawiam się, czy popełniłam jakieś okropne faux pas, wspominając o zmarłej siostrze. Od czasu jej śmierci unikają mnie niektórzy z moich dawnych przyjaciół. Nia zapewnia mnie, że to dlatego, iż nie wiedzą, co powiedzieć; ale dlaczego nie mogą zrozumieć, że powiedzenie czegoś, czegokolwiek, jest lepsze od milczenia? Wstrzymuję oddech i spodziewam się podobnej reakcji w przypadku Beatrice. Ona jednak przerywa wykonywaną przez siebie czynność i patrzy mi prosto w oczy. – Co się stało? – pyta, a ja widzę, że ona naprawdę chce się tego dowiedzieć. Nie odpycha mnie w obawie przed moim żalem. Nie jest zażenowana. Stawia temu czoło. Czuję tak ogromną ulgę w związku z tym, że jest inna od pozostałych, że mam ochotę ją uściskać. – Ona… umarła. – Oczy zachodzą mi łzami. „I to była moja wina”, mam ochotę dodać. Ale nie robię tego. Prawda na mój temat wszystko by zrujnowała. – Abi, tak mi przykro – mówi i kładzie mi dłoń na ramieniu. – Chcesz o tym porozmawiać? Milknę, bo wiem, że nie mogę rozmawiać o Lucy. Co miałabym powiedzieć? Że byłyśmy monozygotycznymi bliźniaczkami, że kochałam ją bardziej niż kogokolwiek na świecie, że była moją drugą połową – tą lepszą – i że bez niej jestem zagubiona, żyję w stanie zawieszenia, że życie bez niej wydaje się niewłaściwe, że to była moja wina i że nigdy sobie tego nie wybaczę, mimo że sąd oczyścił mnie z zarzutów. Potrząsam tylko głową. – Rozumiem – mówi łagodnym głosem. – Nasi rodzice zmarli, gdy byliśmy z Benem mali, ale nadal trudno mi o tym rozmawiać, nawet po tak długim czasie. Chyba nigdy nie dochodzi się do siebie po stracie kogoś bliskiego. W tym momencie to czuję – więź między nami. Powstała wokół smutku i wyjątkowego związku, który potrafią zrozumieć wyłącznie bliźnięta. O północy nie potrafiłam już określić, ile szampana wypiłam, by uspokoić nerwy i podbudować pewność siebie na tyle, by móc gawędzić z przyjaciółmi
Beatrice. Przepraszam wszystkich na chwilę i zamykam się w łazience na dole, bo boję się, że zrobi mi się niedobrze. Powinnam była zjeść więcej. Pochylam się nad umywalką i głęboko oddycham, aż mdłości ustępują. „Muszę iść do domu” – myślę, gdy ochlapuję twarz zimną wodą i przyglądam się sobie w lustrze łazienkowej szafki. Jak zwykle podskakuję na widok swojego odbicia; na widok ciemnych sińców pod oczami, blond włosów, które zarosły i nie przypominają schludnej krótkiej fryzury, za dużych ust, przez które zawsze wydaję się radosna, nawet jeśli nie jest mi do śmiechu. Wszędzie widzę Lucy, ale nigdy w takim stopniu jak wtedy, gdy patrzę w lustro.
Rozdział 3 Drzwi frontowe zamykają się z trzaskiem. Beatrice podchodzi do okna swojej sypialni w samą porę, by spojrzeć na dwie ciemne sylwetki wychodzące chwiejnym krokiem przez furtkę i idące w stronę przystanku autobusowego przy końcu ulicy. Oboje chichoczą, potykają się – są oczywiście lekko wstawieni. Mężczyzna obejmuje wąską talię kobiety, jakby nie chciał jej pozwolić na to, by złożyła się wpół; wygląda jak lalkarz sterujący marionetką. Mijają latarnię i zalewa ich światło. Coś ściska Beatrice w żołądku, gdy zauważa, że to Ben. I Abi. Autobus numer czternaście przetacza się pod oknem jak staruszek pogrążony w letargu i hamuje z piskiem na nadal rozgrzanym asfalcie. Beatrice patrzy, jak Abi znika w środku, a Ben macha jej nawet po tym, jak autobus skręcił za rogiem i zniknął. Jest za ciemno, by mogła dojrzeć wyraz twarzy brata, ale potrafi go sobie wyobrazić. Błysk w jego orzechowych oczach, krzywy uśmiech na pełnych ustach. Tak wygląda mężczyzna, który jest oszołomiony. Coś takiego widziała w jego przypadku tylko jeden raz. Gdy Ben odwraca się powoli i niechętnie rusza w stronę domu, Beatrice wie – w ten wyjątkowy sposób dostępny tylko dla bliźniąt – że coś się właśnie zaczyna. Zaciąga zasłony tak energicznie, że nadal falują, gdy się od nich oddala i chodzi po pokoju. Nie włącza światła i woli nasłuchiwać charakterystycznych dźwięków klucza przekręcanego w zamku, sztybletów Bena stukających o kamień w holu i dudniących, gdy pokonuje po dwa schodki naraz w drodze do jej pokoju. Dlaczego myśl o tym, że jej brat być może znalazł kogoś, kto mu się podoba, sprawia, że chce się jej płakać? Ben otwiera zamaszyście drzwi i światło ze spocznika schodów zalewa pokój. – Dlaczego siedzisz po ciemku, ty szalona krowo? – pyta ze śmiechem, włączając światło. Wzrusza ramionami i przysiada na toaletce. Ben siada ciężko na podwójnym łóżku. Materac wzdycha pod jego ciężarem. – Cass i Jodie wyszły, a Pam znowu zasnęła przy sztaludze. Jak wam poszło twoim zdaniem? – Wydaje się szczerze zainteresowany, co chwyta ją za serce. – Chyba dobrze. – Wyjmuje kolczyki z uszu. – Sprzedałam trochę biżuterii. Dałam Abi naszyjnik. Uważnie obserwuje twarz Bena w lustrze w poszukiwaniu jakiegoś znaku. Zauważa nieśmiały uśmiech na wspomnienie imienia Abi, ale gdy ich spojrzenia się spotykają, uśmiech nagle znika. Ben marszczy brwi. – Nic ci nie jest, Bea?
– Widziałam cię z Abi. – Wie, że nie powinna, ale nie potrafi się powstrzymać. – Podoba ci się, prawda? Tego nie było w planie, Ben. – W planie? – Zaczyna mu drgać nerw w okolicy szczęki i Beatrice wie, że go rozzłościła. – Nie ma żadnego planu. Spędziliśmy wszyscy miło czas, trochę się wstawiliśmy, pośmialiśmy się i odprowadziłem ją na autobus. Nie ma o czym mówić. – Wiesz, o co mi chodzi. Musisz uważać. Wiesz, przez co przeszła. – Jest dużą dziewczynką. Ben kładzie się na łóżku z rękami pod głową i wpatruje się w sufit. Beatrice zauważa, że brat nadal ma na nogach sztyblety i denerwuje ją to. – Mam być tą, która jej pomoże – warczy. – Nie sądzę, by emocjonalne zaangażowanie było dla niej w tej chwili korzystne. – Nieważne, Bea. Najwyraźniej postanowiłaś, że będzie kolejnym z twoich projektów. – Projektów? – pyta płaczliwie. – To coś więcej niż zbieg okoliczności, Ben… To znak. – Wiem, już to mówiłaś. – Ben siada i wzdycha. – Posłuchaj, sporo wypiłem. Idę się położyć. – Wstaje i wychodzi z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Beatrice przygląda się sobie w lustrze. Nie chce płakać. Zamiast tego przeciera oczy bawełnianym płatkiem nasączonym oleistym płynem do demakijażu, po czym rytmicznymi pociągnięciami oczyszcza twarz i szyję. Gdy spotkała Abi, od razu wiedziała, kim jest. Wielkie zielone oczy obudziły wspomnienie, zanim dziewczyna miała szansę się przedstawić. Nazwisko potwierdziło jej spostrzeżenie, rzecz jasna. Abi Cavendish. Bliźniaczki Cavendish. Swego czasu ich delikatne twarze w kształcie serc spoglądały wzruszająco z reportaży w gazetach, nieświadome czekającej je przyszłości. Wróciła wczoraj do domu – to było zaledwie wczoraj? – i wyciągnęła wycinek z gazety ukryty między biustonoszami i majtkami w szufladzie z bielizną. Pokazała go Benowi, uderzając weń energicznie palcem i mówiąc, że to musi coś znaczyć. Czy nie widział, pytała, czy naprawdę nie widział, że to było przeznaczenie? Wycięła ten artykuł z gazety ponad rok temu, a teraz, niemal równo rok później, spotyka jego bohaterkę. Powiedziała mu, że jeśli Abi przyjdzie na dzień otwarty pracowni, będzie to znaczyło, że jest kobietą, której Beatrice ma pomóc. I przyszła. Widzisz, Ben? To przeznaczenie. Beatrice ze złością pociera twarz płatkiem kosmetycznym. Nie powinna mieć obsesji. To był udany dzień, zwieńczony sukcesem. Uczyniła pierwsze kroki w kierunku zostania artystką z prawdziwego zdarzenia, a w jej życiu zagościła Abi. Wie, że zrobiła coś potwornego, niewybaczalnego. Lecz pomagając Abi, może wszystko naprawić. Może się stać Dobrą Osobą. Karma. Musi zrobić wszystko, co w jej mocy, by tym razem Ben nie stanął jej na
drodze.
Rozdział 4 Po powrocie do zimnego, pustego mieszkania z ciepła, harmidru i paplaniny w pełnym życia domu Beatrice czuję się jak pies wyrzucony z domu do budy na podwórku. Atakuje mnie przytłaczająca cisza, która przypomina mi, że mieszkam sama, że Nia nie tłucze się w kuchni, parząc herbatę za herbatą, a Lucy nie siedzi zwinięta na kanapie i nie stuka palcami w klawiaturę laptopa. Mimo że żadna z nich nie mieszkała tu ze mną, nadal nie potrafię przywyknąć do przebywania bez nich i spodziewam się widoku ich duchów za każdym rogiem. To jeden z powodów, dla których wyjechałam z Londynu. Zapalam lampkę i gdy przechodzę przez pokój, żeby zaciągnąć zasłony, dostrzegam coś, kogoś, na ulicy. Serce mi przyspiesza. Przed bramą wejściową stoi mężczyzna. Jego sylwetka jest ledwie widoczna na tle atramentowej nocy. Ma postawiony kołnierz, a z ust zwisa mu smutno papieros. Rysy jego twarzy są niewyraźne, skąpane w cieniu, jakby ktoś wytarł je gumką na rysunku, ale kształt jego głowy i chuda sylwetka są mi tak dobrze znane, że od razu wiem, że to Luke. Luke. Znalazł mnie. Nerwowo szukam komórki w kieszeni kurtki, którą nadal mam na sobie, i rozpaczliwie staram się wybrać numer rodziców trzęsącymi się palcami. Wtem on spogląda w okno, nasze spojrzenia się spotykają i zamieram. Patrzę, nadal trzymając w dłoni telefon, jak rzuca niedopałek na chodnik i kroczy prowadzącą przez ogród ścieżką, by zadzwonić do mieszkania poniżej. To nie Luke. Oczywiście, że to nie on. Nia nigdy by nie złamała danego mi słowa. Przypomina mi to jednak w niemiły sposób, że nie jestem jedyną osobą, która nie potrafi sobie wybaczyć tego, co się stało w ów wieczór Halloween osiemnaście miesięcy temu. Biegam gorączkowo po mieszkaniu w nagłym pragnieniu zasłonięcia wszystkich okien i włączenia świateł. Gdy moje serce w końcu zwalnia i oddech wraca do normy, siadam na kanapie z filiżanką kawy i dzwonię do mamy. Muszę usłyszeć jej pocieszający głos po tym napadzie strachu. Mówi chropawo, jakbym ją obudziła. Dociera do mnie, że jest po północy. – Abi? Nic ci nie jest? Wyobrażam ją sobie, jak siada na łóżku we flanelowej piżamie i serce jej wali, bo spodziewa się usłyszeć mój płacz, więc szybko wyjaśniam, że nic się nie stało. I, bez zastanowienia, opowiadam jej o Beatrice. Policzkuję się w myślach, gdy słyszę w jej głosie lęk. – Ale to nie jest to samo, co wcześniej, kochanie? – Oczywiście, że nie – warczę, a policzki pieką mnie na wspomnienie Alicii. Waha się i wiem, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale moja matka zawsze wyznawała zasadę, że zanim się coś powie, trzeba pomyśleć. Zauważa, jakie to