R. A. Salvatore
Klątwa Chaosu
(The Chaos Curse)
Pięcioksiąg Cadderly’ego
Księga V
Tłumaczenie: Robert Lipski
Dla Ann i Bruce’a,
którzy pokazali mi świat
z innej perspektywy.
Prolog
Dziekan Thobicus zabębnił kościstymi palcami w blat biurka przed sobą. Obrócił fotel tak, że
siedział zwrócony w stronę okna zamiast drzwi, i celowo nie patrzył na zdenerwowanego
chudego mężczyznę, który wszedł do jego gabinetu na pierwszym piętrze biblioteki.
– Pro... prosiłeś mnie... – wykrztusił Vicero Belago, ale dziekan Thobicus wzniósł drżącą
skórzastą dłoń, aby go uciszyć. Czoło Belaga zrosił zimny pot, gdy mężczyzna spojrzał na
łysiejącą potylicę starego dziekana. Zerknął w bok, gdzie stał Bron Turman, jeden z tutejszych
przełożonych i najwyższy w hierarchii kapłanów Oghmy, ale ten potężny, muskularny
mężczyzna tylko wzruszył ramionami, nie potrafił mu bowiem nic wyjaśnić.
– Nie prosiłem – poprawił Belaga dziekan Thobicus. – Rozkazałem ci tu przyjść.. – Obrócił
się na fotelu, a zdenerwowany Belago, który wydawał się mały i nieistotny, mimowolnie cofnął
się do drzwi. – W dalszym ciągu wypełniasz moje polecenia, nieprawdaż, drogi Vicero?
– Oczywiście, dziekanie Thobicusie – odrzekł Belago. Ośmielił się postąpić krok naprzód,
wyłaniając się z cienia. Był tutejszym alchemikiem, profesorem zakonów Oghmy i Deneira, choć
formalnie nie należał do żadnego z nich. Był oddany dziekanowi Thobicusowi zarówno jako
pracownik wobec pracodawcy, jak i owieczka wobec pasterza. – Jesteś dziekanem – zapewnił ze
szczerością w głosie – a ja jedynie sługą.
– Dokładnie! – syknął Thobicus jak rozwścieczony wąż, a Bron Turman zmierzył
wymizerowanego dziekana podejrzliwym spojrzeniem. Jeszcze nigdy starzec nie wydawał się
równie poruszony i ożywiony.
– Jestem DZIEKANEM – podjął, akcentując wyraźnie drugie słowo. – To JA decyduję
o tym, co dzieje się w bibliotece, a nie CA...
Thobicus urwał, ale Belago i Turman zrozumieli, kogo ma na myśli.
Dziekan myślał o Cadderlym.
– Oczywiście, dziekanie – powtórzył Belago bardziej pokornym tonem. Nagle uświadomił
sobie, iż znalazł się w centrum dużo poważniejszej próby sił, w której sam mógł się stać
mimowolną ofiarą.
Przyjaźń Belaga i Cadderly’ego nie była dla nikogo tajemnicą. Podobnie jak fakt, że
alchemik niejednokrotnie wykonywał dla młodego ucznia niezlecone mu z góry i opłacane
z prywatnych funduszy projekty – często tylko za cenę wykorzystanych materiałów.
– Masz spis inwentaryzacyjny ze swojego warsztatu? – spytał Thobicus.
Belago pokiwał głową. Oczywiście, że miał, a Thobicus dobrze o tym wiedział. Warsztat
Belaga został zniszczony niecały rok temu, kiedy biblioteka przeżywała epidemię znaną pod
nazwą klątwy chaosu. Straty pokryto z funduszy biblioteki, a Belago chętnie sporządził listę tego,
co utracił i co było mu potrzebne.
– Ja również – zauważył Thobicus. Bron Turman nadal przyglądał się podejrzliwie
dziekanowi, nie rozumiejąc sensu jego ostatnich słów. – Wiem doskonale, co powinno się tam
znaleźć – ciągnął władczo. – Wiem o tym doskonale, rozumiesz?
Belago, odnajdując siły w honorze, wyprostował się po raz pierwszy, odkąd wszedł do
pokoju.
– Oskarżasz mnie o złodziejstwo? – rzucił ostro. Widząc zuchwałą postawę chudego
alchemika, dziekan zachichotał ironicznie.
– Jeszcze nie – odrzekł jakby od niechcenia – bo nadal tu jesteś, a tym samym wszystko to,
co mógłbyś zapragnąć zabrać, zostanie w bibliotece.
Te słowa zupełnie zbiły Belaga z tropu. Zmarszczył gęste brwi.
– Nie potrzebujemy już twoich usług – wyjaśnił Thobicus, w dalszym ciągu mówiąc tym
przeraźliwym, lodowato zimnym, beznamiętnym tonem.
– Ależ... ależ, dziekanie – wykrztusił Belago. – Przecież ja...
– Wyjdź!
Bron Turman wyprostował się, rozpoznawszy modulację i moc magii w głosie Thobicusa.
Nie zdziwił się, kiedy Belago nagle zesztywniał i wyszedł z pokoju.
Zerknąwszy na Thobicusa, Turman czym prędzej pospieszył, by zamknąć drzwi.
– Był dobrym alchemikiem – rzekł półgłosem, kiedy znów odwrócił się w stronę wielkiego
biurka. Thobicus nadal wyglądał przez okno.
– Miałem powód, by wątpić w jego lojalność – zapewnił dziekan.
Bron Turman, pragmatyk, który nie przepadał za Cadderlym, nie kontynuował tego tematu.
Thobicus był dziekanem i tym samym miał prawo przyjmować i zwalniać świeckich asystentów
wedle własnego uznania.
– Baccio jest tu już ponad dzień – zauważył, aby zmienić temat. Człowiek, o którym mówił –
Baccio – był dowódcą garnizonu z Carradoonu, który przybył do biblioteki, aby przedyskutować
kwestię obrony biblioteki oraz miasta w razie ataku ze strony Zamczyska Trójcy.
– Rozmawiałeś z nim?
– Nie będziemy potrzebować Baccia i jego małej armii – rzekł z przekonaniem w głosie
dziekan Thobicus. – Niebawem go odprawię.
– Jakieś wieści od Cadderly’ego?
– Nie – odparł szczerze Thobicus. Rzeczywiście, dziekan nie miał od niego żadnych wieści,
odkąd Cadderly i jego towarzysze wyruszyli tej zimy w góry. Thobicus wierzył jednak, że
Cadderly’emu udało się pokonać Zamczysko Trójcy. W miarę bowiem jak moc młodego kapłana
przybierała na sile, dziekan czuł się coraz bardziej odpychany od światła Deneira. Niegdyś
władał najpotężniejszą magią kleryków, teraz jednak nawet najprostsze zaklęcie, takie jak to,
którego użył do odprawienia nieszczęsnego Belaga, z trudem przechodziło mu przez
spierzchnięte usta.
Odwrócił się ponownie w stronę pokoju, by ujrzeć przyglądającego mu się sceptycznie Brona
Turmana.
– Doskonale – skonstatował. – Powiedz Bacciowi, że spotkam się z nim dzisiaj wieczorem.
Nalegam jednak, aby jego armia pozostała w defensywie i nie ważyła się wyruszać w góry. Mają
siedzieć tutaj i basta!
Bron Turman wydawał się zadowolony. – Ale wierzysz, że Cadderly’emu i jego
przyjaciołom się udało – mruknął z przekąsem. Thobicus nie odpowiedział.
– Wierzysz, że biblioteka nie jest już zagrożona – oznajmił Bron Turman. Uśmiechnął się,
ale w jego wielkich szarych oczach malował się smutek. – Przynajmniej wierzysz, że to jedno
niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
Thobicus zmierzył go wzrokiem, kurze łapki po obu stronach jego oczu zmieniły się
w podejrzane bruzdy.
– To ciebie nie dotyczy – ostrzegł półgłosem.
Bron Turman skłonił się, rozważając usłyszane przed chwilą słowa.
– Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem – powiedział. – Vicero Belago był dobrym
alchemikiem.
– Bronie Turmanie... – Przełożony wzniósł dłoń w obronnym geście. – Nie należę do
przyjaciół Cadderly’ego – stwierdził – ani nie jestem młody. Widziałem intrygi i przypadki walki
o władzę w obu naszych zakonach. – Wydął wąskie wargi; wydawało się, że jest bliski wybuchu,
więc Bron Turman stwierdził, że chyba już najwyższy czas, aby się oddalić. Ponownie pochylił
głowę w szybkim ukłonie i opuścił gabinet.
Dziekan Thobicus z powrotem zagłębił się w fotelu i odwrócił do okna. Nie mógł zarzucić
Turmanowi zdrady, jego rozumowanie było bowiem jak najbardziej logiczne.
Thobicus żył na tym świecie już od ponad siedmiu dekad; Cadderly nieco ponad dwie,
a jednak z jakiegoś niepojętego dla starego biurokraty powodu zdołał zaskarbić sobie szczególne
łaski Deneira.
Dziekan wszakże osiągnął swą pozycję po licznych trudach i wyrzeczeniach, kosztem wielu
lat żmudnej, samotniczej wręcz nauki. Nie zamierzał rezygnować ze swojego stanowiska.
Oczyści bibliotekę z jawnych sprzymierzeńców Cadderly’ego i umocni swoją pozycję w zakonie.
Zarówno Przełożony na Księgach Avery Schell – mentor i przybrany ojciec Cadderly’ego, jak
i Pertelopa, która była dla niego niczym matka, nie żyją, a wkrótce z biblioteki odejdzie również
stary Belago.
Nie, Thobicus nie zrezygnuje ze swojej pozycji.
Nie bez walki.
1
Obietnica zbawienia
Kierkan Rufo otarł uparte błocko z butów i spodni, po czym jak zawsze wymamrotał pod
nosem kilka niewybrednych przekleństw. Był wyrzutkiem naznaczonym na czole szpetnym
czerwono-niebieskim piętnem w kształcie niezapalonej świecy nad zamkniętym okiem.
– Bene tellemara – wyszeptał Druzil. Nietoperzoskrzydły imp o psim pyszczku, mierzący
ledwie dwie stopy wzrostu, miał w sobie więcej zła niż najgorszy ze znanych rodzajowi
ludzkiemu tyranów.
– Coś ty powiedział? – rzucił Rufo. Spuścił wzrok i spojrzał na swego towarzysza z dolnych
światów. Spędzili wspólnie drugą połowę zimy, ale nie darzyli się wzajemnie sympatią. Ich
znajomość rozpoczęła się w Shilmiście, puszczy leżącej na zachód od Gór Śnieżnych, gdzie
Druzil prośbą i groźbą nakłonił Rufa do pracy na rzecz swych plugawych panów, przywódców
Zamczyska Trójcy, zapoczątkowując jednocześnie zerwanie Kierkana Rufo z zakonem Deneira.
Druzil spojrzał z zaciekawieniem na towarzysza i zmrużył ślepia, bo raził go migocący blask
pochodni, którą trzymał Rufo. Kierkan miał ponad sześć stóp wzrostu, ale był kościsty i chudy
jak tyka. Zawsze się garbił i pochylał na bok, co sprawiało, że on albo świat za jego plecami
wyglądał zwykle absurdalnie. Druzil, który przez ostatnich kilka miesięcy krążył po Górach
Śnieżnych, uznał, że Rufo wygląda jak drzewo na pochyłym skalistym stoku. Prychnął,
a wiecznie skrzywiony Rufo spojrzał nań spode łba.
Imp nadal mu się przyglądał, usiłując dojrzeć tego człowieka w nowym świetle. Z czarnymi
strąkami włosów przylepionymi do głowy, przenikliwymi oczami (czarne punkciki na tle białego
oblicza) i niezwykłą postawą Rufo mógł robić wrażenie. Przedziałek miał teraz pośrodku, a nie
z boku jak niegdyś, zasłonięcie bowiem piętna banity – piętna, na widok którego ludzie schodzili
mu z drogi – mogło mieć nader bolesne skutki, a nawet doprowadzić do jego śmierci.
– Co się tak gapisz? – burknął Rufo.
– Bene tellemara – wycharczał ponownie Druzil w języku niższych światów. Była to
poważna obraza wymierzona w inteligencję Rufa. Druzilowi, jako istocie zła i chaosu, wszyscy
ludzie wydawali się niezdarnymi stworzeniami, zbytnio polegającymi na swych emocjach, aby
mogli okazać się efektywni w tym, co robią. Pod tym względem Rufo był jeszcze bardziej
niezrównoważony od innych. Sytuacja nie przedstawiała się jednak różowo. Aballister,
czarnoksiężnik i pan Druzila, nie żył, zabity przez swojego syna Cadderly’ego, tego samego
kapłana, który napiętnował Rufa. Dorigen zaś, druga w hierarchii magów po Aballisterze, została
wzięta do niewoli albo przeszła na stronę Cadderly’ego. W ten oto sposób Druzil pozostawiony
został na Planie Materialnym samemu sobie. Dysponując wrodzonymi mocami, zdołałby
wprawdzie jakoś znaleźć drogę do niższych światów, nawet bez czarnoksiężnika, któremu
musiałby służyć, ale nie chciał tego robić... jeszcze nie.
Właśnie tu bowiem, na tym planie, w katakumbach pewnej starej budowli spoczywała
Tuanta Quiro Miancay, klątwa chaosu – jedna z najpotężniejszych i najokropniejszych substancji,
jaką kiedykolwiek stworzono. Druzil chciał ją odzyskać i zamierzał tego dokonać przy pomocy
Rufa, swojej marionetki.
– Wiem, co mówisz – skłamał Rufo, po czym rzucił drwiąco pod adresem Druzila: – Bene
tellemara.
Imp prychnął, dając mu jasno do zrozumienia, że nie obchodzi go, czy Rufo zna znaczenie
tych słów, czy nie.
Rufo spojrzał przez ramię w głąb błotnistego tunelu, który doprowadził ich pod piwnicę
w Bibliotece Naukowej.
– No dobrze – powiedział ze zniecierpliwieniem. – Dotarliśmy tak daleko. Prowadź
i wyjdźmy już z tego parszywego miejsca.
Druzil spojrzał na niego sceptycznie. Pomimo iż tyle rozmawiali przez ostatnie tygodnie,
Rufo nadal nie rozumiał. Wyjść stąd? – pomyślał imp. Rufo nie pojmował sensu tego
wszystkiego. Niebawem w ich rękach znajdzie się klątwa chaosu; dlaczego mieliby stąd
odchodzić?
Druzil pokiwał głową i ruszył przed siebie, stwierdziwszy w duchu, iż nie ma możliwości
oświecić głupiego człowieka. Rufo po prostu nie pojmował mocy Tuanta Quiro Miancay. Znalazł
się raz pod jej wpływem – podobnie jak cała biblioteka – i o mało nie stracił przez nią życia,
a jednak ten ignorancki wyrzutek nadal niczego nie rozumiał.
Tacy są ludzie – stwierdził Druzil. Osobiście poprowadzi Rufa ku potędze, tak jak
przeprowadził go przez góry i pola na zachód od Carradoonu. Fałszywymi obietnicami, że
substancja ukryta w lochach usunie jego piętno, namówił Rufa do powrotu do biblioteki, do
której napiętnowany mężczyzna bynajmniej nie miał ochoty się zbliżać.
Przeszli przez kilka długich, wilgotnych komnat, mijając gnijące skrzynie i stare trumny,
pochodzące z czasów, kiedy biblioteka była dużo mniejsza i większość jej pomieszczeń
znajdowała się pod ziemią, a katakumby pełniły rolę magazynów. Druzil nie był tu od dawna, od
czasu walki o Bibliotekę Naukową. Od czasu gdy Barjin, kapłan zła, został zabity... przez
Cadderly’ego.
A potem rozegrały się jeszcze bitwa o Shilmistę i podbój Zamczyska Trójcy. W każdej z nich
kluczową rolę odegrał Cadderly.
– Bene tellemara – wychrypiał imp, rozwścieczony myślą o potężnym młodym kapłanie.
– Zmęczyły mnie twoje obelgi – zaczął protestować Rufo.
– Zamknij się – odciął się Druzil, zbyt pochłonięty myślami o Cadderlym, aby przejmować
się Kierkanem Rufo. Cadderly, młody szczęściarz Cadderly; burzyciel ambicji Druzila, ten, który
zdawał się zawsze wchodzić mu w drogę.
Druzil nadal sarkał, hałaśliwie szurając i plaskając swoimi szerokimi, szponiastymi łapami
po kamiennej posadzce. Przeszedł przez jedne drzwi, pokonał drugi korytarz i otworzył kolejne.
Nagle stanął i umilkł. Dotarli do małej komnaty, tej samej, w której umarł Barjin.
Rufo zmarszczył nos i odwrócił się, gdyż komnata cuchnęła wonią śmierci i rozkładu. Druzil
wziął głęboki oddech i poczuł się zupełnie jak w domu.
Nie ulegało wątpliwości, że w tym miejscu rozegrała się zażarta walka. Pod ścianą po prawej
leżał przewrócony kosz koksowy; wśród popiołów widać było resztki brył węgla i kadzidła.
Znajdowały się tam również nadpalone pasy całunów, którymi owinięte było nieumarłe
monstrum – mumia. Większą część stwora pochłonęły płomienie, ale owinięta płótnem czaszka
ocalała, a spomiędzy postrzępionych gałganów przezierały poczerniałe kości.
Na podłodze i ścianie za koksownikiem widniała szkarłatna plama – jedyne świadectwo
śmierci Barjina. Właśnie pod tą ściana siedział, kiedy Cadderly przypadkowo trafił go
wybuchowym bełtem, a eksplozja wyrwała w klatce piersiowej i plecach kapłana olbrzymią,
ziejącą dziurę.
W całej komnacie widać było ślady walki, która się tu rozegrała. Obok plamy krwi Barjina
ceglany mur został roztrzaskany przez rozjuszonego krasnoluda, a jedna z belek stropowych
zwisała na kołku prostopadle do podłogi. Pośrodku komnaty, otoczona wypalonymi śladami,
leżała czarna rękojeść broni – wszystko, co pozostało z Wrzeszczącej Dziewicy, czarodziejskiej
maczugi Barjina – za nią zaś znajdowały się resztki bluźnierczego ołtarza.
A jeszcze dalej...
Wyłupiaste czarne ślepia Druzila rozszerzyły się, kiedy powiódł wzrokiem za ołtarz, na małą
szafkę, którą spowijało białe płótno ozdobione runami i symbolami Deneira i Oghmy będących
bóstwami przewodnimi biblioteki. Już sama obecność tej kapy powiedziała Druzilowi, że jego
poszukiwania dobiegły końca.
Imp zatrzepotał skrzydłami i przysiadł na blacie ołtarza, a w chwilę później usłyszał za sobą
szuranie stóp Rufa. Druzil nie odważył się jednak podejść bliżej, zdając sobie sprawę, że kapłani
obłożyli szafkę potężnymi zaklęciami ochronnymi.
– Glify – potaknął Rufo, rozszyfrowując przyczynę wahania Druzila. – Jeśli podejdziemy
bliżej, zostaniemy spaleni!
– Nie – stwierdził Druzil. Mówił szybko i gwałtownie. Tuanta Quiro Miancay była tak
blisko, że zdesperowany imp czuł jej woń i nie mógł już teraz zawrócić. – Nie ciebie – ciągnął. –
Ty nie jesteś taki jak ja. Byłeś kapłanem tego zakonu. Z całą pewnością możesz się zbliżyć...
– Głupcze! – ryknął Rufo. Była to najgwałtowniejsza reakcja, jaką imp usłyszał z ust tego
załamanego człowieka.
Noszę piętno Deneira! Zaklęcia na tkaninie i szafce wypalą mi ciało do kości.
Druzil podskoczył na ołtarzu; usiłował coś powiedzieć, lecz jego ochrypły głos zmienił się
w niezrozumiały bełkot. Naraz uspokoił się i przywołał wrodzoną magię. Postrzegał i umiał
oszacować wszelką magię – czy to kleryków, magów, czy dweomerów. Gdyby glify nie były
zbyt potężne, Druzil sam zbliżyłby się do szafki. Odniesione przy tym rany szybko by się zagoiły
– a jeszcze szybciej, gdyby dostał w swe pulchne łapki drogocenną Tuanta Quiro Miancay.
Nazwę tę tłumaczyło się jako Najbardziej Zabójcza Zgroza, tytuł, który brzmiał w uszach
zdesperowanego impa jak najsłodsza muzyka.
Aura emanująca z szafki o mało nie zbiła go z nóg – i w pierwszym momencie serce Druzila
przepełniło się rozpaczą. Jednak już po dłuższej chwili upartego namierzania imp poznał prawdę
i spomiędzy jego spiczastych zębów buchnęła fala zjadliwego, rechotliwego śmiechu.
Rufo spojrzał na niego zaciekawiony.
– Podejdź do szafki – rozkazał Druzil.
Rufo tylko się przyglądał, ale nie ruszył się z miejsca.
– Podejdź – powtórzył Druzil. – Nędzne zaklęcia głupich kapłanów zostały pokonane przez
klątwę chaosu. Ich magia utraciła moc.
Była to tylko półprawda. Tuanta Quiro Miancay była czymś więcej aniżeli zwykłym
wywarem: była magią, której cel stanowiło zniszczenie. Tuanta Quiro Miancay chciała zostać
znaleziona, chciała wydostać się z więzienia, do którego wtrącili ją kapłani. W tym celu
czarnoksięska substancja zaczęła atakować glify, nadwerężając przez kilka miesięcy ich moc
i osłabiając działanie.
Rufo (skądinąd słusznie) nie wierzył Druzilowi, ale nie mógł zignorować dziwnego odczucia
w sercu. W tej komnacie piętno na jego czole zdawało się palić żywym ogniem i samo zbliżenie
się do mebla, na którym widniały symbole Deneira, przypłacił upiornym bólem głowy. Nagle
stwierdził, że pragnie uwierzyć słowom Druzila, bezwolnie podszedł do szafki i dotknął ręką
materiału.
Raz i drugi błysnęło oślepiające białe światło, po czym nastąpił ognisty wybuch. Na
szczęście dla Rufa fala pierwszej eksplozji odrzuciła go na drugi koniec komnaty, z dala od
ołtarza, za przewrócony regał leżący opodal drzwi.
Druzil wrzasnął, gdy płomienie objęły szafkę – drewno zapłonęło jasnym ogniem –
najwidoczniej było naoliwione albo obłożone specjalnym zaklęciem. Nie obawiał się o Tuanta
Quiro Miancay, substancji nie można bowiem było zniszczyć, ale gdyby stopiła się butelka,
w której ją zamknięto, płyn zostałby bezpowrotnie stracony!
Płomienie nigdy nie przerażały Druzila, istoty z ognistych niższych światów. Nietoperze
skrzydła zaniosły go w głąb pożogi, a pulchne łapki pospiesznie wydostały z szafki jej zawartość.
Wrzasnął pod wpływem gwałtownego bólu i o mało nie cisnął misy na drugi koniec pokoju.
Pohamował się jednak w ostatniej chwili, delikatnie postawił naczynie na ołtarzu i cofnął się,
zacierając poparzone łapki.
Butelkę zawierającą klątwę chaosu umieszczono w misie wypełnionej najczystszą wodą,
uświęconą mocą nieżyjącego druida i symbolem Silvanusa, boga natury i naturalnego porządku.
Prawdopodobnie żadne z bóstw we wszystkich Krainach nie wzbudzało w plugawym impie
więcej wściekłości niż właśnie Silvanus.
Druzil wpatrywał się w misę i rozmyślał nad swoim dylematem. Odetchnął spokojnie
w chwilę później, kiedy uświadomił sobie, że woda święcona nie jest tak czysta, jak powinna,
a to za sprawą oddziałującej na nią Tuanta Quiro Miancay.
Druzil zbliżył się do misy i zaśpiewał cichutko, używając szponu, by rozciąć środkowy palec
lewej łapki. Na zakończenie klątwy utoczył do wody jedną kroplę swojej krwi. Dał się słyszeć
syk i górną część misy przesłoniła gęsta mgła. Opar rozwiał się po chwili, a wraz z nim
wyparowała również czysta woda; zastąpiła ją czarniawa breja cuchnącego, gnijącego płynu.
Druzil ponownie znalazł się na ołtarzu i włożył obie łapki do misy. W chwilę później,
popiskując z uciechy, tulił już do siebie jak dziecko drogocenną, czarodziejską, ozdobioną
runami butelkę. Spojrzał na Rufa, nie przejmując się zbytnio tym, co się z nim stało, po czym raz
jeszcze wybuchnął śmiechem.
Rufo podparł się na łokciach. Czarne włosy miał zjeżone jak szczotka, wzrok błędny
i zamglony. Jego oczy mrugały i przesuwały się z boku na bok. Po chwili przekręcił się na bok
i chwiejnie podniósł na nogi, po czym rozkołysanym krokiem podszedł do impa, zamierzając
złapać paskudną kreaturę za gardło i udusić jak kurczaka. Druzil zamachał ogonem; widok jego
kolczastego, ociekającego trucizną końca pozbawił Rufa chęci do realizacji morderczego
zamiaru, ale bynajmniej nie uspokoił.
– Powiedziałeś... – zaczął.
– Bene tellemara! – warknął Druzil, a jego wściekłość w mgnieniu oka załagodziła gniew
Rufa i uciszyła go na dobre. – Czy nie wiesz, co mamy w rękach? – Uśmiechając się zjadliwie,
podał Rufowi butelkę, a paciorkowate oczy mężczyzny rozszerzyły się, kiedy ją przyjął i poczuł
pulsującą w niej moc.
Rufo prawie nie słyszał Druzila, gdy imp chrapliwie opowiadał, czego mogą dokonać,
dysponując klątwą chaosu. Z uśmiechem wpatrywał się w wirujący czerwony płyn wewnątrz
butelki i fantazjował – ale nie tak jak Druzil o władzy i potędze, lecz o usunięciu kalającego jego
czoło piętna. Rufo w zupełności na nie zasłużył, ale w jego skrzywionym rozumowaniu nie miało
to większego znaczenia. Jedyne, co pojmował i był w stanie przyjąć, to fakt, że Cadderly go
naznaczył i zmienił w wyrzutka. Teraz cały świat był jego wrogiem.
Druzil nadal bełkotał z ekscytacją w głosie. Ponownie mówił o kontrolowaniu kapłanów,
o zadaniu ciosu całemu regionowi, odkorkowaniu butelki i...
Rufo usłyszał tylko ostatnią z dziesiątek propozycji rzucanych chaotycznie przez impa.
Usłyszał i uwierzył w nią z całego serca. Zupełnie jakby Tuanta Quiro Miancay go przyzywała,
i rzeczywiście tak było – klątwa chaosu, twór podstępnej, diabolicznej inteligencji – była
zbawieniem Rufa, w znacznie większym stopniu niż kiedykolwiek był nim Deneir. Była zarazem
uwolnieniem od parszywego Cadderly’ego.
Ten napój przeznaczono tylko i wyłącznie dla niego. Druzil zamilkł na chwilę,
zauważywszy, że Rufo odkorkował butelkę, a w chwilę później poczuł w nozdrzach woń
wypływających z naczynia czerwonych oparów. Już chciał zapytać mężczyznę, co robi, ale słowa
uwięzły mu w gardle, Rufo bowiem uniósł nagle butelkę do wąskich ust i pociągnął z niej spory
łyk.
Druzil zabulgotał, bezskutecznie usiłując zaprotestować. Rufo odwrócił się do niego; oblicze
byłego kapłana wykrzywił wyraz zaciekawienia.
– Coś ty zrobił? – zapytał Druzil.
Rufo chciał odpowiedzieć, ale nagle coś ścisnęło go w gardle i zaczął się dławić.
– Coś ty zrobił? – powtórzył głośniej Druzil. – Bene tellemara! Głupcze!
Rufo znów chrząknął, chwycił się za gardło i brzuch, po czym gwałtownie zwymiotował.
Ruszył rozkołysanym krokiem przed siebie, kaszląc, prychając i usiłując zaczerpnąć powietrza
poprzez wielką gulę, która zalegała mu w krtani.
– Coś ty zrobił?! – zawołał w ślad za nim Druzil i podreptał po posadzce za swym
towarzyszem. Ogon impa kołysał się złowrogo; gdyby cierpienia Rufa dobiegły końca, Druzil
zamierzał go użądlić i rozpłatać, aby ukarać go za kradzież drogocennej i niezastąpionej
substancji.
Rufo, którego równowaga była mocno zachwiana, wyrżnął z impetem o framugę drzwi,
usiłując wydostać się z komnaty. Wyszedł na korytarz; potknął się i odbił najpierw od jednej,
a potem od drugiej ściany. Zwymiotował ponownie i jeszcze raz, jego brzuch zdawał się płonąć
żywym ogniem, a na dodatek wyprawiał coraz bardziej osobliwe harce.
Jakimś cudem przeszedł przez kolejne komnaty i korytarze, aż w końcu nieomal wyczołgał
się z błotnistego tunelu na światło słoneczne, które boleśnie poraziło jego oczy i skórę.
Spalał się, a jednak czuł chłód, lodowaty śmiertelny chłód.
Druzil, który roztropnie stał się niewidzialny, gdy tylko wyszli na zewnątrz, podążył w ślad
za nim. Rufo zatrzymał się i raz jeszcze zwymiotował na pozostały po zimie zwał niestopionego,
gruzłowatego śniegu; w wymiocinach więcej było krwi aniżeli żółci. Potem chwiejnie przeszedł
za róg wielkiej budowli, raz po raz potykając się i przewracając w błoto, i rozmazując śnieżną
breję. Chciał dotrzeć do głównej bramy biblioteki, do kapłanów posiadających moc uzdrawiania.
Dwaj młodzi akolici w czarno-złotych kamizelkach kapłanów Oghmy stali przy bramie,
rozkoszując się ciepłem późnozimowego dnia; brązowe płaszcze mieli rozpięte i rozchylone do
słońca. Z początku nie zauważyli Rufa – aż do chwili, gdy mężczyzna z pluskiem wylądował
w kałuży błocka o kilka stóp od nich.
Obaj akolici podbiegli do leżącego i podnieśli go, a gdy ujrzeli piętno, wstrzymali oddech
i w mgnieniu oka cofnęli się o kilka kroków. Żaden z nich nie był w bibliotece na tyle długo, aby
osobiście znać Kierkana Rufo, ale słyszeli opowieści o napiętnowanym kapłanie. Spojrzeli po
sobie, wzruszyli ramionami, po czym jeden z nich pognał biegiem do biblioteki, a drugi ukląkł
przy chorym, usiłując mu jakoś pomóc.
Druzil patrzył na to wszystko z narożnika budynku i komentował w duchu, mamrocząc raz
po raz bene tellemara. Nie potrafił pogodzić się z faktem, iż klątwa chaosu i Kierkan Rufo zrobili
mu tak paskudny kawał.
* * *
Percival – biała wiewiórka siedząca wysoko na gałęzi drzewa opodal bramy – obserwował
rozgrywającą się w dole scenę z bardziej niż tylko przelotnym zainteresowaniem. Właśnie w tym
tygodniu Percival obudził się z zimowego snu. Zdumiała go nieobecność Cadderly’ego,
głównego dostawcy jego ulubionych orzechów, a jeszcze bardziej zdziwił się, widząc Kierkana
Rufo, człowieka, za którym ani trochę nie przepadał.
Wiewiórka wiedziała, że Rufo bardzo cierpi, nawet z tej wysokości czuła okropną woń
trawiącej go choroby. Percival zbliżył się nieznacznie do swego gniazda z gałązek,
umieszczonego wysoko wśród konarów drzewa, i obserwował uważnie.
2
Rozstajne drogi
Trzej brodaci członkowie kompanii – krasnoludy Pikel i Ivan Bouldershoulderowie oraz
rudowłosy firbolg Vander – siedzieli z boku przy wejściu do jaskini, grając w kości, śmiejąc się
i rozmawiając. Ivan wygrał kolejną partię – po raz piętnasty z rzędu – a Pikel smagnął niebieskim
szerokoskrzydłym kapeluszem z pomarańczowym piórkiem z boku i świętym symbolem Deneira
przedstawiającym oko nad świecą z przodu, trafiając roześmianego Ivana w głowę.
Na ten widok Cadderly zaczął protestować. Był to, bądź co bądź, jego kapelusz – Pikel tylko
go pożyczył – a hełm Ivana zdobiła para pokaźnych jelenich rogów. Młody kapłan zmienił
jednak zdanie i nie odezwał się słowem, kiedy zobaczył, że kapeluszowi nic się nie stało,
i stwierdził, że Ivanowi należało się to uderzenie.
Po upadku Zamczyska Trójcy przyjaźń między Ivanem, Pikelem i Vanderem rozkwitła na
dobre. Potężny Vander, mierzący dwanaście stóp wzrostu i ważący osiemset funtów, pomógł
Pikelowi, który marzył o zostaniu druidem, raz jeszcze ufarbować włosy i brodę na zielono,
a następnie końce tej gęstej, zaczesywanej do tyłu brody zaplótł mu starannie w długie,
połączone z włosami i sięgające do połowy pleców warkocze.
Jedyne ostrzejsze spięcie miało miejsce wówczas, gdy Vander spróbował pochlapać zieloną
farbą jasnożółtą czuprynę Ivana, tego bowiem szeroki w barach i poważniejszy z braci
Bouldershoulderów otwarcie nie znosił. Spięcia te były jednak niegroźne i ostatnich kilka
tygodni, pomimo paskudnej pogody, upłynęło im w miłej, przyjaznej atmosferze.
Siódemka przyjaciół – włącznie z Cadderlym, Danicą, Dorigen i wojowniczką elfów
Shayleigh – chciała po zwycięstwie w Zamczysku Trójcy niezwłocznie powrócić do Biblioteki
Naukowej. Jednak drugiego dnia ich marszu przez góry nastąpił gwałtowny atak zimy i szlaki
zostały zasypane do tego stopnia, że nawet Cadderly, pomimo swoich kapłańskich mocy, nie
odważył się kontynuować wędrówki. Co gorsza, zachorował, chociaż upierał się, że to jedynie
zwykłe wyczerpanie. Jako kapłan był przekaźnikiem mocy swego boga, a podczas walki
w Zamczysku Trójcy (i wcześniej, podczas wojny o Shilmistę oraz sławetnych wydarzeń
w Carradoonie) zbyt wiele tej energii przepłynęło przez jego ciało.
Danica, która znała Cadderly’ego lepiej niż ktokolwiek inny, nie wątpiła, iż jest on
wyczerpany, ale wiedziała również o doznanych przez kapłana urazach psychicznych.
W Zamczysku Trójcy Cadderly ujrzał swoją przeszłość i prawdę o swej spuściźnie. Musiał stanąć
twarzą w twarz z tym, czym stał się jego ojciec – Aballister.
W Zamczysku Trójcy zabił własnego ojca.
Danicą wierzyła, że uda mu się przezwyciężyć ten uraz, ufała w głębię charakteru
Cadderly’ego. Był oddany swemu bóstwu i przyjaciołom, a oni wszyscy trwali u jego boku.
Kiedy szlaki zostały zablokowane, a młodzieniec zachorował, grupka przyjaciół udała się na
wschód. Opuściwszy masyw górski, ruszyli w kierunku terenów rozciągających się na północ od
Carradoonu, gdzie znajdowały się liczne farmy. Nawet niziny spowijała gruba warstwa śniegu,
jakiej Lśniące Równiny nie widziały od dziesięcioleci. Przyjaciele znaleźli sobie dogodną
kryjówkę – wielokomorową jaskinię – i na wiele dni zmienili ją w swój dom, wykorzystując,
najlepiej jak się dało, umiejętności przetrwania posiadane przez Danicę, Vandera i krasnoludy
oraz magię Dorigen. Cadderly pomagał im, jak mógł, ale jego głównym zadaniem było
odpoczywanie i nabieranie sił.
Wiedział, podobnie jak Danica, że po powrocie do Biblioteki Naukowej może go czekać
najtrudniejsze ze wszystkich wyzwań, jakim musiał stawiać czoło.
Po kilku tygodniach śniegi zaczęły topnieć. Zima, choć sroga, skończyła się wcześnie
i towarzysze mogli zacząć myśleć o kontynuowaniu wędrówki. Wzbudziło to mieszane uczucia
w Cadderlym, młodym kapłanie, który tak szybko osiągnął niebywale wysoką pozycję w swoim
zakonie. Stanął u wejścia do jaskini i spojrzał na pobliskie pola.
Skąpane w świetle poranka były tak jasne, że aż raniły jego szare oczy. Cadderly miał
wyrzuty sumienia z powodu swojej słabości, uważał bowiem, że powinien był powrócić do
biblioteki już kilka miesięcy temu, pomimo ostrej zimy i ciężkich przejść, jakie miał za sobą –
nawet gdyby musiał pozostawić w górach swoich przyjaciół. Czekało tam na niego
przeznaczenie, ale nawet teraz, czując się ponownie silniejszy i znów słysząc w myślach melodię
pieśni Deneira, nie był pewien, czy ma dość sił, by stawić mu czoło.
– Jestem gotowa, aby się z tobą spotkać – dobiegło z wnętrza jaskini poprzez hałas czyniony
przez Vandera i krasnoludy.
Cadderly odwrócił się i przeszedł obok grupki przyjaciół, a Pikel, domyśliwszy się, co
niebawem nastąpi, wydał z siebie cichy chichot. Zamiótł przed Cadderlym jego
szerokoskrzydłym kapeluszem, jakby salutował wojownikowi wyruszającemu do walki.
Cadderly łypnął nań spode łba i minął go, podchodząc do niewielkiego kamienia, który
zręczny Ivan przerobił na stołek. Stała tam Danica, czekając na Cadderly’ego. W dłoniach
dzierżyła swoje wspaniale sztylety – jeden o złotej rękojeści rzeźbionej w kształcie tygrysa,
a drugi ze srebrną rączką i wizerunkiem smoka. Każdemu, kto nie znał Daniki, sztylety te czy
w ogóle jakakolwiek broń wydawały się w jej zwodniczo delikatnych dłoniach zupełnie nie na
miejscu. Mierzyła zaledwie pięć stóp wzrostu, a jeżeli przez dwa dni pościła, nie ważyła więcej
niż sto funtów, miała gęste, długie do ramion truskawkowoblond włosy i żywe brązowe oczy
o egzotycznym kształcie migdałów. Na pierwszy rzut oka wyglądała na kandydatkę do
południowego haremu – była niczym piękny, delikatny kwiat.
Młody kapłan znał jednak prawdę, podobnie jak każdy, kto spędził pewien czas u boku
Daniki. Te delikatne dłonie potrafiły rozłupać kamień, a piękna twarz była w stanie zadawać
uderzenia miażdżące nosy nieostrożnych przeciwników. Danica była mniszką, zdyscyplinowaną
wojowniczką oddaną swoim studiom nie gorzej od Cadderly’ego i oddającą mądrości prastarych
mistrzów cześć nie mniejszą niż Cadderly swemu bóstwu. Młody kapłan nigdy dotąd nie widział
tak doskonałej wojowniczki; władała każdą bronią, a gołymi rękami oraz stopami potrafiła
pokonać większość wprawnych szermierzy. Jakby tego było mało, swoimi magicznymi
sztyletami mogła z dwudziestu stóp trafić potencjalnego przeciwnika w oko.
Cadderly usiadł, odwracając się ostentacyjnie od hałaśliwych zwolenników hazardu, podczas
gdy Danica zaczęła śpiewać półgłosem. Kapłan odnalazł swą medytacyjną ogniskową; było
sprawą kluczową, aby pozostawał w absolutnym bezruchu.
Nagle Danica zaczęła się poruszać – dłońmi kreśliła płynnie w powietrzu skomplikowane
figury, jej stopy przesuwały się miękko po podłożu. Niewiarygodnie ostre noże zaczęły obracać
się w jej palcach.
Pierwszy przeciął powietrze z głośnym świstem i oślepiającym błyskiem, ale Cadderly,
pogrążony w głębokiej koncentracji, nawet nie mrugnął powieką. Prawie nie poczuł dotknięcia,
gdy ostrze noża musnęło jego policzek, i ledwie miał czas, by poczuć woń naoliwionego metalu,
gdy srebrny smok znalazł się nagle tuż pod jego nosem i opadł w dół, aż do górnej wargi.
Był to rytuał, który przeprowadzali we dwoje każdego dnia. Dzięki niemu Cadderly był stale
gładko ogolony, a sprężyste i silne mięśnie Daniki nie miały możliwości zwiotczeć.
W minutę było po wszystkim – zarost Cadderly’ego zniknął, a na jego opalonej skórze nie
pojawiło się nawet jedno draśnięcie.
– To też powinnam przyciąć – mruknęła z wyrzutem Danica, chwytając garść gęstych,
kędzierzawych brązowych włosów kapłana.
Wyciągnął rękę i chwyciwszy dziewczynę za nadgarstek, okręcił ją i przyciągnął ramieniem
do siebie, tak że ich twarze nieomal się zetknęły. Cadderly i Danica byli kochankami, a uczucie,
które ich łączyło, nie miało sobie równych, jedynym zaś powodem, dla którego do tej pory nie
zostali formalnie zaślubieni, był fakt, iż Cadderly nie uważał kapłanów z Biblioteki Naukowej za
godnych celebrowania tej ceremonii.
Lekko pocałował Danicę i oboje odskoczyli od siebie, gdy pomiędzy nimi przeskoczyła
nagle błękitna iskierka, parząc im usta. Równocześnie odwrócili się w kierunku wejścia do
komory po lewej stronie i w tej samej chwili usłyszeli gromki śmiech Dorigen i Shayleigh.
– To ci dopiero więź! – mruknęła sarkastycznie Dorigen. Iskierka pojawiła się za jej sprawą
– w końcu od czego była czarodziejką? Należąca niegdyś do czołowych postaci Zamczyska
Trójcy i pełniąca rolę specjalnej wysłanniczki Aballistera Bonaduce’a podczas wojny o Shilmistę
Dorigen przeszła na stronę Cadderly’ego, okazała skruchę, a teraz podążała wraz z przyjaciółmi
młodego kapłana do Biblioteki Naukowej, gdzie miała zostać osądzona.
– Nigdy dotąd nie widziałam takiej iskry miłości – dodała Shayleigh, tak energicznie kręcąc
głową, że jej gęste, długie złote loki zafalowały w powietrzu. Nawet w słabym świetle płynącym
ze wschodniego wejścia jaskini fiołkowe oczy wojowniczki elfów migotały jak polerowane
klejnoty.
– Czy mam to dołączyć do listy twoich zbrodni? – spytał Cadderly, zwracając się do
Dorigen.
– Gdyby to było moją największą zbrodnią, nie zadawałabym sobie trudu, aby wrócić z tobą
do biblioteki, młody kapłanie – odparła spokojnie czarodziejka.
Danica przeniosła wzrok z Cadderly’ego na Dorigen, rozpoznając więź, która się między
nimi wytworzyła. Mniszka bez trudu domyśliła się, co było przyczyną jej powstania.
Z czarnymi włosami, przyprószonymi tu i ówdzie nitkami siwizny, i szeroko rozstawionymi
oczami Dorigen przypominała Pertelopę, przełożoną z biblioteki, która do swej niedawnej
śmierci pełniła rolę przybranej matki młodzieńca. Ponadto Pertelopa zdawała się rozumieć
transformację, jakiej podlegał Cadderly, boską pieśń rozbrzmiewającą w jego myślach i dającą
mu dostęp do klerykalnych mocy, dzięki którym mógł równać się z najwyższymi w hierarchii
kapłanami.
Danica dostrzegała w Dorigen podobną wrażliwość. Czarodziejka była roztropna, zanim
cokolwiek zrobiła, zawsze starannie analizowała sytuację i nie lękała się podążać za głosem
serca. W Zamczysku Trójcy wystąpiła przeciwko Aballisterowi i przeszła na stronę
Cadderly’ego, mimo iż zdawała sobie sprawę, że jej zbrodnie nie pójdą w zapomnienie. Zrobiła
to, gdyż tak nakazywało jej sumienie.
Danica w ciągu tygodni ich przymusowej hibernacji nie pokochała ani nawet nie polubiła tej
kobiety, ale szanowała czarodziejkę i do pewnego stopnia jej zaufała.
– No dobrze, rzucasz te aluzje od paru ładnych dni – powiedziała Dorigen do Cadderly’ego.
– Czy już czas, abyśmy wyruszyli w drogę?
Cadderly instynktownie spojrzał w stronę wejścia i pokiwał głową.
– Przełęcze na południe od Carradoonu nie powinny już być zasypane – powiedział. –
Podobnie jak większość innych przełęczy w górach. Śniegi stopniały. – Przerwał, a pozostali, nie
rozumiejąc przyczyny, dla której wspomniał o górskich przełęczach, przyglądali mu się z urazą
w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia. – Aczkolwiek obawiam się, że odwilż mogła spowodować
wiele lawin – dokończył.
– Nie boję się lawin – dobiegł od wejścia gromki głos firbolga. – Przeżyłem w górach całe
życie i doskonale wiem, kiedy szlak jest bezpieczny.
– Nie wrócisz z nami do biblioteki – wtrącił Ivan, spoglądając na olbrzymiego przyjaciela.
– Oo – dodał Pikel, wyraźnie zasmucony.
– Mam swój dom i swoją rodzinę – rzekł Vander. On, Ivan i Pikel wielokrotnie omawiali ten
temat przez ostatnich kilka tygodni, ale Vander dopiero teraz podjął decyzję.
Ivan również nie wyglądał na uradowanego. Zaprzyjaźnił się z firbolgiem, a rozstania nigdy
nie są łatwe. Odważny krasnolud pogodził się jednak z jego decyzją i obiecał, zarówno
wcześniej, jak i teraz, że któregoś dnia odwiedzi góry Grzbietu Świata i klan Vandera.
– Ale dlaczego mówisz o górach? – spytała Shayleigh, zwracając się szorstko do
Cadderly’ego. – Jeżeli nie liczyć Vandera, nie będziemy musieli wstępować na górski szlak,
dopóki nie miniemy Carradoonu, a nim to nastąpi, mamy jeszcze przed sobą tydzień marszu.
– Znajdziemy się w górach wcześniej – odparła Danica za Cadderly’ego. Doszła do wniosku,
że przejrzała jego zamiary. Okazało się, że miała połowiczną rację.
– Owszem, ale nie wszyscy – oznajmił Cadderly. – Nie ma takiej potrzeby.
– Smoczy skarb! – ryknął nagle Ivan, mając na myśli zawartość wielkiej jaskini w górze
Nightglow, gdzie zamieszkiwał stary Fyrentennimar. Przyjaciele uśmiercili w górach starego
czerwonego jaszczura, pozostawiając jego bogactwa niestrzeżone. – Myślisz o tem smoczym
skarbie! – Krasnolud klepnął swego barczystego brata w plecy.
– Niestrzeżony skarb – potaknęła Shayleigh. – Ale, aby go stamtąd wydostać, trzeba byłoby
więcej osób. W siódemkę nie damy rady.
– Nie wiemy nawet, czy uda nam się go odnaleźć – upomniał ich Cadderly. – Burza
wywołana przez Aballistera z całą pewnością zawaliła wejścia do niektórych jaskiń.
– A więc chcesz wrócić i sprawdzić, czy dałoby się wynieść stamtąd smoczy skarb –
skonstatowała Danica.
– Naturalnie kiedy pogoda będzie bardziej sprzyjająca – rzekł Cadderly. – I dlatego nie
musimy odbywać wędrówki na Nightglow całą grupą.
– Co proponujesz? – spytała Danica, ale natychmiast przejrzała jego zamiary.
– Wrócę na Nightglow wraz z Ivanem i Pikelem, jeśli się na to zgodzą. Miałem nadzieję, że
ty również zechcesz nam towarzyszyć – zwrócił się do Vandera.
– Przez pewną część drogi – obiecał rudobrody olbrzym – ale obawiam się...
Cadderly uciszył go uniesieniem dłoni. Rozumiał uczucia firbolga i nie zamierzał dłużej go
zatrzymywać. Vander od dawna przebywał z dala od domu, na dodatek dręczony przez
bezwzględnego asasyna, Ducha.
– Będziemy cieszyć się z każdej chwili spędzonej w twoim towarzystwie – zapewnił
z powagą młodzieniec, a Vander pokiwał głową.
Cadderly zwrócił się do trzech kobiet.
– Wiem, że musisz wrócić do Shilmisty – powiedział do Shayleigh. – Król Elbereth na
pewno z niecierpliwością oczekuje na wieści o wypadkach w Zamczysku Trójcy, aby móc
zluzować rozstawione w Shilmiście posterunki wojenne. Będzie najszybciej, jeżeli udasz się na
południe, mijając Carradoon, a stamtąd bardziej uczęszczanymi szlakami na zachód od Biblioteki
Naukowej.
Shayleigh pokiwała głową.
– A ja mam odstawić Dorigen do biblioteki – stwierdziła Danica. Cadderly skinął głową.
– Nie należysz do żadnego z tamtejszych zakonów – wyjaśnił – a zatem Dorigen jako twój
jeniec nie będzie podlegać jurysdykcji przełożonych.
– Którym nie ufasz – dodała znacząco Danica. Cadderly nie odpowiedział.
– Jeśli na Nightglow wszystko pójdzie dobrze, ja i krasnoludy powinniśmy wrócić do
biblioteki nie później niż w kilka dni po was.
– A ponieważ wrócę tam sama, Dorigen pozostanie moim jeńcem – dodała Danica
i uśmiechnęła się, choć w głębi duszy żałowała, że ominie ją wyprawa na Nightglow, a poza tym
nie miała ochoty rozstawać się z Cadderlym.
– Jestem pewien, że twój osąd będzie uczciwszy. – Cadderly mrugnął do niej
porozumiewawczo. – Tym samym łatwiej przyjdzie ci przekonać przełożonych, aby przyjęli
wydany przez ciebie wyrok, niż gdybym pozwolił, żeby sami wyznaczyli jej sprawiedliwą karę.
Danica doszła do wniosku, że to dobry plan – bez wątpienia mający uchronić Dorigen przed
katowską pętlą.
Czarodziejka uśmiechnęła się, dając do zrozumienia, że ona również zdaje sobie sprawę
z korzyści wynikających z takiego rozwiązania.
– Znów jestem ci wdzięczna – powiedziała. – Jakże chciałabym uważać, że naprawdę jestem
warta tego zachodu.
Cadderly i Danica wymienili znaczące spojrzenia, ale żadne z nich ani trochę nie przejęło się
faktem rozbicia ich małej grupki czy koniecznością eskortowania jeńca. Dorigen była potężną
czarodziejką i gdyby chciała uciec, już dawno by to zrobiła.
Przez ostatnie tygodnie nie związano jej ani razu, a pilnowano tylko w pierwszych dniach po
opuszczeniu Zamczyska Trójcy. Nigdy nie było równie posłusznego jeńca, a Cadderly wierzył,
że Dorigen nie będzie próbowała ucieczki. Co więcej, wiedział, że czarodziejka użyje swojej
mocy, aby pomóc Danice i Shayleigh, gdyby w drodze powrotnej do biblioteki wpadły
w tarapaty.
A zatem klamka zapadła, obyło się bez sprzeciwów. Ivan i Pikel raz po raz zacierali łapska
i głośno klaskali. Nic bowiem tak nie poruszało i nie cieszyło krasnoluda, jak perspektywa
zdobycia części niestrzeżonego smoczego skarbu.
Nieco później tego ranka, podczas gdy inni przygotowywali się do podróży, Danica odbyła
krótką rozmowę z Cadderlym. Młody kapłan prawie nie zauważył, kiedy do niego podeszła – stał
na oczyszczonej ze śniegu kamiennej płycie przed wejściem do jaskini, wpatrując się w strzelisty
masyw Gór Śnieżnych.
Danica objęła go ramieniem, oferując mu wsparcie, którego, jak sądziła, potrzebował. W jej
mniemaniu Cadderly nie był jeszcze gotowy do powrotu do biblioteki. Bez wątpienia wciąż
dręczyły go wspomnienia i wyrzuty sumienia spowodowane ostatnim incydentem z Thobicusem,
kiedy siłą woli zmusił umysł dziekana do posłuszeństwa. Późniejsze wydarzenia, śmierć
Avery’ego i Pertelopy oraz ujawnienie tajemnicy, że zły mag Aballister był w rzeczywistości
jego ojcem, wywróciły cały świat Cadderly’ego do góry nogami. Przez jakiś czas kwestionował
swoją wiarę i pojęcie biblioteki jako domu, i choć w końcu zrozumiał swoje oddanie wobec
Deneira, Danica zastanawiała się, czy w podobny sposób pogodził się z drugą nurtującą go
kwestią.
Milczeli przez kilka minut, Cadderly patrzył na góry, a Danica na Cadderly’ego.
– Obawiasz się oskarżenia o herezję? – spytała w końcu. Cadderly odwrócił się w jej stronę
zaciekawiony.
– Za to, co zrobiłeś z dziekanem Thobicusem – sprecyzowała. – Jeżeli pamięta incydent
i wie, co mu zrobiłeś, możesz być pewien, że nie powita cię z otwartymi ramionami.
– Thobicus nie wystąpi otwarcie przeciwko mnie – odparł Cadderly.
Danica nie przeoczyła faktu, że mówiąc o dziekanie, pomijał jego tytuł, co zgodnie
z regułami zakonu Deneira i biblioteki było niemałym przewinieniem.
– Choć z całą pewnością przypomniał sobie sporo z tego, co się wydarzyło podczas naszej
ostatniej rozmowy – ciągnął młody kapłan – spodziewam się, że zjednoczy swoje siły... i wydali
z biblioteki bądź zdegraduje tych wszystkich, którzy zgodnie z jego przypuszczeniami są wobec
mnie lojalni.
Były to ponure słowa, ale w głosie Cadderly’ego nie dało się wyczuć nuty niepokoju. Danica
stwierdziła to z pewnym zdumieniem.
– Jakich może pozyskać sprzymierzeńców? – spytał, jakby to wszystko tłumaczyło.
– Jest głową zakonu – odparła Danica. – Ma również wielu przyjaciół w zakonie Oghmy.
Cadderly zachichotał z cicha, wykpiwając tę myśl.
– Już ci mówiłem, że Thobicus jest głową fałszywej hierarchii.
– I zamierzasz, ot tak, wrócić tam i oznajmić to wszem i wobec?
– Tak – odrzekł ze spokojem Cadderly. – Mam sprzymierzeńca, któremu dziekan Thobicus
nie jest w stanie się oprzeć i który skieruje do mnie kapłanów mego wyznania.
Danica nie musiała pytać, kim jest ów sprzymierzeniec.
Cadderly wierzył, że towarzyszy mu sam Deneir, że bóg wyznaczył mu specjalne zadanie.
Zważywszy na moce, jakimi teraz dysponował, Danica nie miała powodu, by wątpić w jego
słowa. Mimo to niepokoił ją fakt, iż Cadderly stał się niezwykle zuchwały, wręcz arogancki.
– Kapłani Oghmy nie będą się do tego mieszać – ciągnął – ponieważ to ich nie dotyczy.
Jedyne kłopoty, jakich mogę oczekiwać z tej strony, ujawnią się, skądinąd słusznie, kiedy usunę
Thobicusa z funkcji głowy zakonu Deneira. Bron Turman będzie rywalizował ze mną o tytuł
dziekana.
– Turman od wielu lat jest w bibliotece liderem – zapewniła Danica.
Cadderly pokiwał głową, ale nie wyglądał na specjalnie przejętego.
– Będzie dla ciebie poważnym wyzwaniem – dokończyła mniszka.
– Nieważne, który z nas uzyska tytuł dziekana – odrzekł. – Mam obowiązki przede
wszystkim względem zakonu Deneira. Kiedy już naprawię, co trzeba, zacznę martwić się
o przyszłość Biblioteki Naukowej.
Danica przyjęła jego słowa i oboje ponownie na dłuższą chwilę pogrążyli się w milczeniu.
Cadderly znów wpatrywał się w majestatyczny masyw Gór Śnieżnych. Danica wierzyła w niego
i słuszność jego rozumowania, ale nie potrafiła pogodzić jego ewidentnego spokoju z faktem, że
zamiast w bibliotece znajdował się teraz tu, przed rozległą jaskinią, i pogrążony w myślach
przyglądał się odległym górom. Zwłoka Cadderly’ego pozwalała się domyślać, że pod maską
spokoju młody kapłan skrywa dręczący go niepokój i niepewność.
– O czym myślisz? – zapytała i delikatnie przyłożyła dłoń do jego policzka, zmuszając go, by
oderwał wzrok od górskiego masywu.
Poruszony jej zatroskaniem, uśmiechnął się promiennie.
– Tam, na Nightglow, znajduje się skarb, który pod względem wartości nie ma sobie
równych w całym regionie – powiedział.
– Nie wiedziałam, że zależy ci na bogactwie – oświadczyła Danica.
Cadderly znów się uśmiechnął.
– Myślałem o Bezimiennym – przyznał, mając na myśli biednego trędowatego, którego
spotkał pewnego dnia na drodze pod Carradoonem. – Myślałem o wszystkich Bezimiennych
w całym Carradoonie i w okolicach Jeziora Impresk. Smocze skarby mogłyby przynieść tej
krainie wiele dobrego. – Spojrzał z ukosa na Danicę. – Skarb mógłby dać tym ludziom imiona.
– To będzie dużo bardziej skomplikowane – zauważyła Danica, oboje bowiem doskonale
wiedzieli, że bogactwo równa się władzy.
Jeśli Cadderly zechce podzielić smocze skarby między biedotę, z całą pewnością spotka się
ze sprzeciwem ze strony notabli z Carradoonu, dla których zamożność oznacza wyższość, władzę
i odpowiednią pozycję w mieście. Ludzie ci wykorzystywali swoje bogactwa, aby czuć się
lepszymi od innych.
– Jest ze mną Deneir – rzekł spokojnie Cadderly, a Danica właśnie w tym momencie zdała
sobie sprawę, że jej ukochany rzeczywiście jest gotowy do stoczenia tej walki i może zmierzyć
się Thobicusem i wszystkimi innymi.
* * *
Kilku kapłanów krzątało się energicznie przy Kierkanie Rufo leżącym na zimnej, wilgotnej
ziemi przed główną bramą Biblioteki Naukowej.
Owinęli go płaszczami, nie zważając na wczesnowieczorny chłód, ale nie przeoczyli piętna
na jego czole, przedstawiającego niezapaloną świecę nad zamkniętym okiem. Nawet kapłani
Oghmy wiedzieli, co to znaczy, i nie mogli wnieść tego człowieka do biblioteki.
Rufo w dalszym ciągu krztusił się i wymiotował. Jego pierś unosiła się gwałtownie,
a żołądek wyprawiał osobliwe harce, przeszywany potwornymi, niewiarygodnie bolesnymi
skurczami. Pod zlaną potem skórą mężczyzny pojawiły się granatowoczarne sińce.
Kapłani Oghmy – było wśród nich kilku potężnych kleryków – usiłowali zrobić użytek ze
swoich uzdrawiających zaklęć, choć kapłani Deneira nie odważyli się przywoływać mocy swego
boga dla ratowania tego mężczyzny.
Żadne z zaklęć nie poskutkowało.
Dziekan Thobicus i Bron Turman zjawili się przy bramie i przedarli przez gęstniejący
z każdą chwilą tłum gapiów. Oczy chudego jak tyka dziekana rozszerzyły się na widok leżącego
na ziemi Kierkana Rufo.
– Musimy go przenieść w jakieś ciepłe miejsce! – zawołał jeden z kapłanów udzielających
pomocy cierpiącemu.
– Nie może przekroczyć bram biblioteki – rzekł z naciskiem Bron Turman. – Nie z takim
piętnem. Kierkan Rufo przez własne czyny został uznany za wyrzutka i musi pozostać banitą!
– Wnieście go do środka! – polecił niespodziewanie dziekan Thobicus, a na dźwięk jego
słów Turman o mało się nie przewrócił. Mimo to nie zaprotestował otwarcie wobec tej decyzji.
Rufo należał wszak do zakonu Thobicusa, a dziekan dzięki swej mocy mógł zezwolić, by go
wpuszczono.
W kilka chwil później, gdy Rufo został przeniesiony poza kordon gapiów, a Thobicus
i kapłani oddalili się, Bron Turman doszedł do niepokojącego wniosku, który wyjaśniał decyzję
dziekana, ale bynajmniej nie przypadł mu do gustu. Kierkan Rufo nie był przyjacielem
Cadderly’ego – bądź co bądź, to właśnie Cadderly go napiętnował. Czy to przesądziło o decyzji
dziekana, aby wpuścić Rufa do wnętrza gmachu?
Bron Turman miał nadzieję, że nie.
W niewielkim pokoiku, gdzie zazwyczaj odbywano prywatne modły, kapłani ustawili ławę,
która miała posłużyć za łóżko, i dokonując heroicznych wysiłków, starali się ulżyć cierpieniom
Rufa. Nic jednak nie pomagało, chociaż nawet sam Thobicus próbował przywołać swe
najpotężniejsze uzdrawiające moce, pochylając się nad Rufem i śpiewając, podczas gdy inni
przytrzymywali z całych sił wijącego się nieszczęśnika.
Zaklęcie dziekana nie zostało jednak wysłuchane lub może choroba Rufa po prostuje
odrzuciła. Tak czy inaczej, okazało się nieskuteczne.
Z ust Rufa wypływała krew i żółć, a jego pierś unosiła się gwałtownie, gdy rozpaczliwie
usiłował nabrać powietrza przez zapchane gardło. Jakiś silny kapłan Oghmy chwycił go
i energicznie obrócił na brzuch, po czym kilkakrotnie walnął nieszczęśnika otwartą dłonią
w plecy, by wydusić zeń dławiące płyny.
Nagle bez ostrzeżenia Rufo targnął całym ciałem i odwrócił się tak gwałtownie, że kapłan
Oghmy wylądował na drugim końcu pokoju. Usiadł na ławie i dziwnie znieruchomiał, wpatrując
się przenikliwym wzrokiem w dziekana Thobicusa. Słabym ruchem ręki dał mu znak, aby
podszedł bliżej, a Thobicus, rozejrzawszy się nerwowo dokoła, nachylił się przytykając niemal
ucho do ust mężczyzny.
– Za... za... zaprosiłeś... mnie – wykrztusił Rufo, a przy każdym słowie z jego ust wypływała
krew zmieszana z żółcią.
Thobicus wyprostował się i wbił wzrok w cierpiącego mężczyznę. Nie rozumiał, o co chodzi.
– Zaprosiłeś mnie – powiedział Rufo dobitnie, resztką sił. I w tej samej chwili wybuchnął
osobliwym, niekontrolowanym śmiechem, który przerodził się w konwulsyjny jęk, a następnie
w ostatni agonalny krzyk.
Żaden z obecnych w pokoju kapłanów nigdy dotąd nie miał okazji widzieć równie potwornej
i przerażającej śmierci.
3
Ostateczna perwersja
Tam ni ma żadny cholerny jaskini! – ryknął Ivan, a łoskot dochodzący z góry, gdzie
znajdowały się zwały niestabilnego śniegu, przypomniał mu, że odrobina ostrożności akurat
w tym przypadku chyba by nie zawadziła.
Jeśli Ivan nic pojął wówczas aluzji, stało się to w sekundę później, kiedy Pikel podbiegł doń
i energicznie klepnął go w tył głowy, strącając mu na oczy hełm ozdobiony parą dorodnych
jelenich rogów. Żółtobrody krasnolud poprawił hełm, po czym łypnął z ukosa na brata, ale Pikel
nie spasował i stojąc sztywno jakby kij połknął, pokiwał Ivanowi przed nosem wyprostowanym
grubym paluchem.
– Bądźcie cicho, obaj – upomniał ich Cadderly.
– Oo – mruknął Pikel. Wyglądał na szczerze urażonego. Podekscytowany Cadderly nie
zauważył jego spojrzenia.
W dalszym ciągu lustrował zniszczoną górę, zdziwiony, że otwór, na tyle duży, by mógł
przezeń wlatywać smok z rozpostartymi szeroko skrzydłami, przestał istnieć.
– Jesteś pewien, że to nie jest tylko śnieg? – spytał Cadderly, na co Ivan tupnął nogą, a z góry
na niego i Pikela spadła pokaźna czapa białego puchu.
Najpierw ukazała się głowa Pikela, śnieg ześlizgnął się z obwisłego ronda kapelusza, który
pożyczył od Cadderly’ego; był gotów do zadania drugiego klepnięcia, gdy obok niego pojawił się
Ivan.
– Jeźli mię nie wierzysz, to sam se sprawdź! – ryknął, wskazując na zwały śniegu. – Tam je
skała, mówię ci, lita skała! Czarnyksiężak zamknął te górę swojom burzom!
Cadderly oparł dłonie na biodrach i wziął głęboki oddech. Przypomniał sobie burzę, którą
Aballister wysłał na Nightglow, sądząc, że Cadderly i jego przyjaciele wciąż jeszcze znajdują się
na jej stokach.
Czarnoksiężnik nie mógł wiedzieć, że Cadderly, dzięki co nieco wymuszonej uprzejmości
pewnego czerwonego smoka, zdołał w tym czasie pokonać wiele mil i znaleźć się nie dalej niż
o dzień drogi od Zamczyska Trójcy.
Widząc ogrom zniszczeń wywołanych przez magiczną moc na zboczach wielkiej góry,
młody kapłan ucieszył się, że Aballister zogniskował swe czary w niewłaściwym miejscu. Nie
zdołało to wszakże poprawić mu humoru. Wewnątrz tej góry czekał smoczy skarb, bogactwo,
którego potrzebował, by zrealizować swoje plany względem Biblioteki Naukowej i całego
regionu. To było, bądź co bądź, główne wejście, otwór, przez który mogli wprowadzić wozy, by
przed następną zimą wydobyć wszystkie skarby z pieczary.
– Cały otwór? – zwrócił się do Ivana.
Żółtobrody krasnolud zaczął odpowiadać typowym dla siebie, tubalnym głosem, ale nagle
umilkł i spojrzawszy na brata (który szykował się już, by ponownie zdzielić go w głowę),
warknął tylko przez zaciśnięte zęby. Przez blisko godzinę rył na ślepo pośród zwałów śniegu, ale
za każdym razem dokopywał się wyłącznie do litej skały.
– Obejdziemy Nightglow z drugiej strony – zdecydował Cadderly. – Dotrzemy do otworu
w południowym zboczu góry, tego samego, którym weszliśmy do środka za pierwszym razem.
– Od tego łotworu do skarbu glizdawca było dość daleko – upomniał go Ivan. – Trza było
przechodzić bez wąskie tunele i jednom ciasnom rynnę. Nie wiem, jak zamiarujesz wydostać
tamtyndy tyn skarb.
– Ja również – przyznał Cadderly. – Wiem tylko, że go potrzebuję i znajdę jakiś sposób, aby
go zdobyć!
To rzekłszy oddalił się wzdłuż szlaku w poszukiwaniu ścieżki, która doprowadziłaby ich na
drugą stronę góry.
– Mówi jak krasnolud – wyszeptał Ivan do Pikela.
Po głośnym: hi, hi, hiii Pikela nastąpiła kolejna minilawina i tym razem to Ivan udzielił
swemu bratu reprymendy, waląc go dłonią po głowie.
Następnego dnia wczesnym rankiem trzech śmiałków dotarło do południowego stoku
Nightglow. Wspinaczka po śliskim, topniejącym śniegu okazała się nader trudna. Ivan dotarł
prawie do otworu w skale (i mógł śmiało potwierdzić, że wejście od tej strony nie zostało
zasypane), gdy nagle poślizgnął się i zmieniony w krasnoludzkiego bałwana pomknął w dół,
zabierając ze sobą po drodze towarzyszy.
– Głupi kapłan! – syknął krasnolud do Cadderly’ego, kiedy jako tako doszli do siebie, daleko
w dole pod miejscem, które było ich zasadniczym celem. – Ni masz jakiego czaru, coby zabrał
nas na szczyt tyj góry?
Cadderly z wahaniem pokiwał głową. Odkąd opuścili Zamczysko Trójcy, starał się zbierać
i oszczędzać siły. Każdego dnia rzucał chroniące przed mrozem zaklęcia na samego siebie
i swoich przyjaciół, ale miał nadzieję, że przed powrotem do biblioteki nie będzie zmuszony
używać żadnych poważniejszych czarów. Był zmęczony jak nigdy dotąd.
Ostatnie starcia – zwłaszcza z Aballisterem i Fyrentennimarem – znacznie nadwerężyły jego
siły, ale jakby nie było, musiał kilkakrotnie odwiedzać nieznane sobie światy i używając tylko
siły woli, tworzyć dweomery, które w zasadzie powinny wykraczać poza jego możliwości. Teraz
zaś płacił słoną cenę za te osiągnięcia. Nawet tygodnie względnego spokoju i hibernacja
w jaskini nie zdołały przywrócić mu sił. Nadal słyszał w myślach pieśń Deneira, ale kiedy
próbował zrobić użytek z wyższej magii, czuł straszliwe pulsowanie w skroniach i miał wrażenie,
że jego głowa rozlatuje się na kawałki.
Pertelopa, droga Pertelopa, jedyna, która rozumiała przeszkody stojące na drodze
Cadderly’ego jako wybrańca boga sztuk, ostrzegała go przed tym potencjalnym efektem
ubocznym, ale nawet ona przyznawała, że w sytuacji, w której się znajdował, nie miał większego
wyboru, przyszło mu bowiem zmierzyć się z wrogami, z jakimi przełożona nigdy nie miała do
czynienia.
Cadderly zamknął oczy i wsłuchał się w tony pieśni Deneira, której nauczyła go Księga
Uniwersalnej Harmonii, najświętsza księga Deneira. W pierwszej chwili poczuł ogromny spokój,
jakby wrócił do domu po długiej, uciążliwej podróży. Harmonijna pieśń Deneira rozbrzmiewała
radośnie w jego myślach, wiodąc go ścieżkami prawdy i zrozumienia. Następnie celowo
otworzył drzwi, odwrócił mentalną stronę z zapamiętanej świętej księgi i odnalazł zaklęcie, które
mogło ich przenieść na szczyt góry.
I wtedy poczuł ból w skroniach. Usłyszał dochodzące jakby z oddali nawoływanie Ivana; na
moment otworzył oczy, aby chwycić Pikela za rękę, a Ivana za brodę, ten bowiem,
zdezorientowany i nieufny, nie ujął wyciągniętej ku niemu dłoni młodzieńca.
Ivan zaprotestował jeszcze głośniej, gdy wszyscy trzej zaczęli się nagle rozpływać, stając się
bezcielesnymi, przypominającymi cienie istotami. W chwilę później podmuch wiatru porwał ich
w powietrze i zaniósł na sam szczyt potężnej góry.
Kiedy Cadderly wyszedł z transu, Pikel zapiszczał wesoło, Ivan zaś przez dłuższą chwilę stał
w kompletnym bezruchu, po czym zaczął obmacywać się po całym ciele, sprawdzając, czy aby
na pewno odzyskał każdy skrawek swego niepokaźnego wzrostem, acz sporego, jeśli chodziło
o masę, ciała. Cadderly usiadł na śniegu obok niewielkiego otworu w skale. Z wolna dochodził
do siebie i rozmasowywał skronie, aby załagodzić upiorne pulsowanie. Tym razem nie było tak
źle jak ostatnio, gdy próbował rzucić jedno z trudniejszych zaklęć. Jeszcze w jaskini usiłował –
bezskutecznie – skontaktować się telepatycznie z dziekanem Thobicusem, aby powiadomić go,
że spodziewana inwazja ze strony Zamczyska Trójcy nie nadejdzie.
Tym razem poszło mu lepiej i był z tego zadowolony. Jeśli szybko uporają się ze swoim
zadaniem i jeśli dopisze pogoda, za dwa tygodnie dotrą do Biblioteki Naukowej.
Cadderly podejrzewał, że właśnie tam czeka na niego najpoważniejsze wyzwanie, któremu
będzie musiał sprostać, korzystając z mocy pieśni Deneira.
– Przynajmni tą razą nie czeka tam na nas żadyn smok – wysapał Ivan i podszedł do wejścia.
Ostatnio, kiedy znaleźli się w tym miejscu, cały obszar wokół góry otaczała gęsta mgła, a śnieg
wokół otworu był stopiony.
W przejściu wciąż było ciepło, ale nie tak jak wtedy, gdy żył Fyrentennimar.
Pikel usiłował odepchnąć Ivana na bok, lecz żółtobrody krasnolud nie ruszył się z miejsca,
dając do zrozumienia, że wizja smoczego skarbu zrobiła na nim większe wrażenie, niż się
wydawało.
– Ja wchodzę pirwszy – oznajmił z naciskiem. – Wy we w odległości dwudziestu kroków –
R. A. Salvatore Klątwa Chaosu (The Chaos Curse) Pięcioksiąg Cadderly’ego Księga V Tłumaczenie: Robert Lipski
Dla Ann i Bruce’a, którzy pokazali mi świat z innej perspektywy.
Prolog Dziekan Thobicus zabębnił kościstymi palcami w blat biurka przed sobą. Obrócił fotel tak, że siedział zwrócony w stronę okna zamiast drzwi, i celowo nie patrzył na zdenerwowanego chudego mężczyznę, który wszedł do jego gabinetu na pierwszym piętrze biblioteki. – Pro... prosiłeś mnie... – wykrztusił Vicero Belago, ale dziekan Thobicus wzniósł drżącą skórzastą dłoń, aby go uciszyć. Czoło Belaga zrosił zimny pot, gdy mężczyzna spojrzał na łysiejącą potylicę starego dziekana. Zerknął w bok, gdzie stał Bron Turman, jeden z tutejszych przełożonych i najwyższy w hierarchii kapłanów Oghmy, ale ten potężny, muskularny mężczyzna tylko wzruszył ramionami, nie potrafił mu bowiem nic wyjaśnić. – Nie prosiłem – poprawił Belaga dziekan Thobicus. – Rozkazałem ci tu przyjść.. – Obrócił się na fotelu, a zdenerwowany Belago, który wydawał się mały i nieistotny, mimowolnie cofnął się do drzwi. – W dalszym ciągu wypełniasz moje polecenia, nieprawdaż, drogi Vicero? – Oczywiście, dziekanie Thobicusie – odrzekł Belago. Ośmielił się postąpić krok naprzód, wyłaniając się z cienia. Był tutejszym alchemikiem, profesorem zakonów Oghmy i Deneira, choć formalnie nie należał do żadnego z nich. Był oddany dziekanowi Thobicusowi zarówno jako pracownik wobec pracodawcy, jak i owieczka wobec pasterza. – Jesteś dziekanem – zapewnił ze szczerością w głosie – a ja jedynie sługą. – Dokładnie! – syknął Thobicus jak rozwścieczony wąż, a Bron Turman zmierzył wymizerowanego dziekana podejrzliwym spojrzeniem. Jeszcze nigdy starzec nie wydawał się równie poruszony i ożywiony. – Jestem DZIEKANEM – podjął, akcentując wyraźnie drugie słowo. – To JA decyduję o tym, co dzieje się w bibliotece, a nie CA... Thobicus urwał, ale Belago i Turman zrozumieli, kogo ma na myśli. Dziekan myślał o Cadderlym. – Oczywiście, dziekanie – powtórzył Belago bardziej pokornym tonem. Nagle uświadomił sobie, iż znalazł się w centrum dużo poważniejszej próby sił, w której sam mógł się stać mimowolną ofiarą. Przyjaźń Belaga i Cadderly’ego nie była dla nikogo tajemnicą. Podobnie jak fakt, że alchemik niejednokrotnie wykonywał dla młodego ucznia niezlecone mu z góry i opłacane z prywatnych funduszy projekty – często tylko za cenę wykorzystanych materiałów. – Masz spis inwentaryzacyjny ze swojego warsztatu? – spytał Thobicus. Belago pokiwał głową. Oczywiście, że miał, a Thobicus dobrze o tym wiedział. Warsztat Belaga został zniszczony niecały rok temu, kiedy biblioteka przeżywała epidemię znaną pod nazwą klątwy chaosu. Straty pokryto z funduszy biblioteki, a Belago chętnie sporządził listę tego, co utracił i co było mu potrzebne.
– Ja również – zauważył Thobicus. Bron Turman nadal przyglądał się podejrzliwie dziekanowi, nie rozumiejąc sensu jego ostatnich słów. – Wiem doskonale, co powinno się tam znaleźć – ciągnął władczo. – Wiem o tym doskonale, rozumiesz? Belago, odnajdując siły w honorze, wyprostował się po raz pierwszy, odkąd wszedł do pokoju. – Oskarżasz mnie o złodziejstwo? – rzucił ostro. Widząc zuchwałą postawę chudego alchemika, dziekan zachichotał ironicznie. – Jeszcze nie – odrzekł jakby od niechcenia – bo nadal tu jesteś, a tym samym wszystko to, co mógłbyś zapragnąć zabrać, zostanie w bibliotece. Te słowa zupełnie zbiły Belaga z tropu. Zmarszczył gęste brwi. – Nie potrzebujemy już twoich usług – wyjaśnił Thobicus, w dalszym ciągu mówiąc tym przeraźliwym, lodowato zimnym, beznamiętnym tonem. – Ależ... ależ, dziekanie – wykrztusił Belago. – Przecież ja... – Wyjdź! Bron Turman wyprostował się, rozpoznawszy modulację i moc magii w głosie Thobicusa. Nie zdziwił się, kiedy Belago nagle zesztywniał i wyszedł z pokoju. Zerknąwszy na Thobicusa, Turman czym prędzej pospieszył, by zamknąć drzwi. – Był dobrym alchemikiem – rzekł półgłosem, kiedy znów odwrócił się w stronę wielkiego biurka. Thobicus nadal wyglądał przez okno. – Miałem powód, by wątpić w jego lojalność – zapewnił dziekan. Bron Turman, pragmatyk, który nie przepadał za Cadderlym, nie kontynuował tego tematu. Thobicus był dziekanem i tym samym miał prawo przyjmować i zwalniać świeckich asystentów wedle własnego uznania. – Baccio jest tu już ponad dzień – zauważył, aby zmienić temat. Człowiek, o którym mówił – Baccio – był dowódcą garnizonu z Carradoonu, który przybył do biblioteki, aby przedyskutować kwestię obrony biblioteki oraz miasta w razie ataku ze strony Zamczyska Trójcy. – Rozmawiałeś z nim? – Nie będziemy potrzebować Baccia i jego małej armii – rzekł z przekonaniem w głosie dziekan Thobicus. – Niebawem go odprawię. – Jakieś wieści od Cadderly’ego? – Nie – odparł szczerze Thobicus. Rzeczywiście, dziekan nie miał od niego żadnych wieści, odkąd Cadderly i jego towarzysze wyruszyli tej zimy w góry. Thobicus wierzył jednak, że Cadderly’emu udało się pokonać Zamczysko Trójcy. W miarę bowiem jak moc młodego kapłana przybierała na sile, dziekan czuł się coraz bardziej odpychany od światła Deneira. Niegdyś władał najpotężniejszą magią kleryków, teraz jednak nawet najprostsze zaklęcie, takie jak to, którego użył do odprawienia nieszczęsnego Belaga, z trudem przechodziło mu przez
spierzchnięte usta. Odwrócił się ponownie w stronę pokoju, by ujrzeć przyglądającego mu się sceptycznie Brona Turmana. – Doskonale – skonstatował. – Powiedz Bacciowi, że spotkam się z nim dzisiaj wieczorem. Nalegam jednak, aby jego armia pozostała w defensywie i nie ważyła się wyruszać w góry. Mają siedzieć tutaj i basta! Bron Turman wydawał się zadowolony. – Ale wierzysz, że Cadderly’emu i jego przyjaciołom się udało – mruknął z przekąsem. Thobicus nie odpowiedział. – Wierzysz, że biblioteka nie jest już zagrożona – oznajmił Bron Turman. Uśmiechnął się, ale w jego wielkich szarych oczach malował się smutek. – Przynajmniej wierzysz, że to jedno niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Thobicus zmierzył go wzrokiem, kurze łapki po obu stronach jego oczu zmieniły się w podejrzane bruzdy. – To ciebie nie dotyczy – ostrzegł półgłosem. Bron Turman skłonił się, rozważając usłyszane przed chwilą słowa. – Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem – powiedział. – Vicero Belago był dobrym alchemikiem. – Bronie Turmanie... – Przełożony wzniósł dłoń w obronnym geście. – Nie należę do przyjaciół Cadderly’ego – stwierdził – ani nie jestem młody. Widziałem intrygi i przypadki walki o władzę w obu naszych zakonach. – Wydął wąskie wargi; wydawało się, że jest bliski wybuchu, więc Bron Turman stwierdził, że chyba już najwyższy czas, aby się oddalić. Ponownie pochylił głowę w szybkim ukłonie i opuścił gabinet. Dziekan Thobicus z powrotem zagłębił się w fotelu i odwrócił do okna. Nie mógł zarzucić Turmanowi zdrady, jego rozumowanie było bowiem jak najbardziej logiczne. Thobicus żył na tym świecie już od ponad siedmiu dekad; Cadderly nieco ponad dwie, a jednak z jakiegoś niepojętego dla starego biurokraty powodu zdołał zaskarbić sobie szczególne łaski Deneira. Dziekan wszakże osiągnął swą pozycję po licznych trudach i wyrzeczeniach, kosztem wielu lat żmudnej, samotniczej wręcz nauki. Nie zamierzał rezygnować ze swojego stanowiska. Oczyści bibliotekę z jawnych sprzymierzeńców Cadderly’ego i umocni swoją pozycję w zakonie. Zarówno Przełożony na Księgach Avery Schell – mentor i przybrany ojciec Cadderly’ego, jak i Pertelopa, która była dla niego niczym matka, nie żyją, a wkrótce z biblioteki odejdzie również stary Belago. Nie, Thobicus nie zrezygnuje ze swojej pozycji. Nie bez walki.
1 Obietnica zbawienia Kierkan Rufo otarł uparte błocko z butów i spodni, po czym jak zawsze wymamrotał pod nosem kilka niewybrednych przekleństw. Był wyrzutkiem naznaczonym na czole szpetnym czerwono-niebieskim piętnem w kształcie niezapalonej świecy nad zamkniętym okiem. – Bene tellemara – wyszeptał Druzil. Nietoperzoskrzydły imp o psim pyszczku, mierzący ledwie dwie stopy wzrostu, miał w sobie więcej zła niż najgorszy ze znanych rodzajowi ludzkiemu tyranów. – Coś ty powiedział? – rzucił Rufo. Spuścił wzrok i spojrzał na swego towarzysza z dolnych światów. Spędzili wspólnie drugą połowę zimy, ale nie darzyli się wzajemnie sympatią. Ich znajomość rozpoczęła się w Shilmiście, puszczy leżącej na zachód od Gór Śnieżnych, gdzie Druzil prośbą i groźbą nakłonił Rufa do pracy na rzecz swych plugawych panów, przywódców Zamczyska Trójcy, zapoczątkowując jednocześnie zerwanie Kierkana Rufo z zakonem Deneira. Druzil spojrzał z zaciekawieniem na towarzysza i zmrużył ślepia, bo raził go migocący blask pochodni, którą trzymał Rufo. Kierkan miał ponad sześć stóp wzrostu, ale był kościsty i chudy jak tyka. Zawsze się garbił i pochylał na bok, co sprawiało, że on albo świat za jego plecami wyglądał zwykle absurdalnie. Druzil, który przez ostatnich kilka miesięcy krążył po Górach Śnieżnych, uznał, że Rufo wygląda jak drzewo na pochyłym skalistym stoku. Prychnął, a wiecznie skrzywiony Rufo spojrzał nań spode łba. Imp nadal mu się przyglądał, usiłując dojrzeć tego człowieka w nowym świetle. Z czarnymi strąkami włosów przylepionymi do głowy, przenikliwymi oczami (czarne punkciki na tle białego oblicza) i niezwykłą postawą Rufo mógł robić wrażenie. Przedziałek miał teraz pośrodku, a nie z boku jak niegdyś, zasłonięcie bowiem piętna banity – piętna, na widok którego ludzie schodzili mu z drogi – mogło mieć nader bolesne skutki, a nawet doprowadzić do jego śmierci. – Co się tak gapisz? – burknął Rufo. – Bene tellemara – wycharczał ponownie Druzil w języku niższych światów. Była to poważna obraza wymierzona w inteligencję Rufa. Druzilowi, jako istocie zła i chaosu, wszyscy ludzie wydawali się niezdarnymi stworzeniami, zbytnio polegającymi na swych emocjach, aby mogli okazać się efektywni w tym, co robią. Pod tym względem Rufo był jeszcze bardziej niezrównoważony od innych. Sytuacja nie przedstawiała się jednak różowo. Aballister, czarnoksiężnik i pan Druzila, nie żył, zabity przez swojego syna Cadderly’ego, tego samego kapłana, który napiętnował Rufa. Dorigen zaś, druga w hierarchii magów po Aballisterze, została wzięta do niewoli albo przeszła na stronę Cadderly’ego. W ten oto sposób Druzil pozostawiony został na Planie Materialnym samemu sobie. Dysponując wrodzonymi mocami, zdołałby wprawdzie jakoś znaleźć drogę do niższych światów, nawet bez czarnoksiężnika, któremu
musiałby służyć, ale nie chciał tego robić... jeszcze nie. Właśnie tu bowiem, na tym planie, w katakumbach pewnej starej budowli spoczywała Tuanta Quiro Miancay, klątwa chaosu – jedna z najpotężniejszych i najokropniejszych substancji, jaką kiedykolwiek stworzono. Druzil chciał ją odzyskać i zamierzał tego dokonać przy pomocy Rufa, swojej marionetki. – Wiem, co mówisz – skłamał Rufo, po czym rzucił drwiąco pod adresem Druzila: – Bene tellemara. Imp prychnął, dając mu jasno do zrozumienia, że nie obchodzi go, czy Rufo zna znaczenie tych słów, czy nie. Rufo spojrzał przez ramię w głąb błotnistego tunelu, który doprowadził ich pod piwnicę w Bibliotece Naukowej. – No dobrze – powiedział ze zniecierpliwieniem. – Dotarliśmy tak daleko. Prowadź i wyjdźmy już z tego parszywego miejsca. Druzil spojrzał na niego sceptycznie. Pomimo iż tyle rozmawiali przez ostatnie tygodnie, Rufo nadal nie rozumiał. Wyjść stąd? – pomyślał imp. Rufo nie pojmował sensu tego wszystkiego. Niebawem w ich rękach znajdzie się klątwa chaosu; dlaczego mieliby stąd odchodzić? Druzil pokiwał głową i ruszył przed siebie, stwierdziwszy w duchu, iż nie ma możliwości oświecić głupiego człowieka. Rufo po prostu nie pojmował mocy Tuanta Quiro Miancay. Znalazł się raz pod jej wpływem – podobnie jak cała biblioteka – i o mało nie stracił przez nią życia, a jednak ten ignorancki wyrzutek nadal niczego nie rozumiał. Tacy są ludzie – stwierdził Druzil. Osobiście poprowadzi Rufa ku potędze, tak jak przeprowadził go przez góry i pola na zachód od Carradoonu. Fałszywymi obietnicami, że substancja ukryta w lochach usunie jego piętno, namówił Rufa do powrotu do biblioteki, do której napiętnowany mężczyzna bynajmniej nie miał ochoty się zbliżać. Przeszli przez kilka długich, wilgotnych komnat, mijając gnijące skrzynie i stare trumny, pochodzące z czasów, kiedy biblioteka była dużo mniejsza i większość jej pomieszczeń znajdowała się pod ziemią, a katakumby pełniły rolę magazynów. Druzil nie był tu od dawna, od czasu walki o Bibliotekę Naukową. Od czasu gdy Barjin, kapłan zła, został zabity... przez Cadderly’ego. A potem rozegrały się jeszcze bitwa o Shilmistę i podbój Zamczyska Trójcy. W każdej z nich kluczową rolę odegrał Cadderly. – Bene tellemara – wychrypiał imp, rozwścieczony myślą o potężnym młodym kapłanie. – Zmęczyły mnie twoje obelgi – zaczął protestować Rufo. – Zamknij się – odciął się Druzil, zbyt pochłonięty myślami o Cadderlym, aby przejmować się Kierkanem Rufo. Cadderly, młody szczęściarz Cadderly; burzyciel ambicji Druzila, ten, który
zdawał się zawsze wchodzić mu w drogę. Druzil nadal sarkał, hałaśliwie szurając i plaskając swoimi szerokimi, szponiastymi łapami po kamiennej posadzce. Przeszedł przez jedne drzwi, pokonał drugi korytarz i otworzył kolejne. Nagle stanął i umilkł. Dotarli do małej komnaty, tej samej, w której umarł Barjin. Rufo zmarszczył nos i odwrócił się, gdyż komnata cuchnęła wonią śmierci i rozkładu. Druzil wziął głęboki oddech i poczuł się zupełnie jak w domu. Nie ulegało wątpliwości, że w tym miejscu rozegrała się zażarta walka. Pod ścianą po prawej leżał przewrócony kosz koksowy; wśród popiołów widać było resztki brył węgla i kadzidła. Znajdowały się tam również nadpalone pasy całunów, którymi owinięte było nieumarłe monstrum – mumia. Większą część stwora pochłonęły płomienie, ale owinięta płótnem czaszka ocalała, a spomiędzy postrzępionych gałganów przezierały poczerniałe kości. Na podłodze i ścianie za koksownikiem widniała szkarłatna plama – jedyne świadectwo śmierci Barjina. Właśnie pod tą ściana siedział, kiedy Cadderly przypadkowo trafił go wybuchowym bełtem, a eksplozja wyrwała w klatce piersiowej i plecach kapłana olbrzymią, ziejącą dziurę. W całej komnacie widać było ślady walki, która się tu rozegrała. Obok plamy krwi Barjina ceglany mur został roztrzaskany przez rozjuszonego krasnoluda, a jedna z belek stropowych zwisała na kołku prostopadle do podłogi. Pośrodku komnaty, otoczona wypalonymi śladami, leżała czarna rękojeść broni – wszystko, co pozostało z Wrzeszczącej Dziewicy, czarodziejskiej maczugi Barjina – za nią zaś znajdowały się resztki bluźnierczego ołtarza. A jeszcze dalej... Wyłupiaste czarne ślepia Druzila rozszerzyły się, kiedy powiódł wzrokiem za ołtarz, na małą szafkę, którą spowijało białe płótno ozdobione runami i symbolami Deneira i Oghmy będących bóstwami przewodnimi biblioteki. Już sama obecność tej kapy powiedziała Druzilowi, że jego poszukiwania dobiegły końca. Imp zatrzepotał skrzydłami i przysiadł na blacie ołtarza, a w chwilę później usłyszał za sobą szuranie stóp Rufa. Druzil nie odważył się jednak podejść bliżej, zdając sobie sprawę, że kapłani obłożyli szafkę potężnymi zaklęciami ochronnymi. – Glify – potaknął Rufo, rozszyfrowując przyczynę wahania Druzila. – Jeśli podejdziemy bliżej, zostaniemy spaleni! – Nie – stwierdził Druzil. Mówił szybko i gwałtownie. Tuanta Quiro Miancay była tak blisko, że zdesperowany imp czuł jej woń i nie mógł już teraz zawrócić. – Nie ciebie – ciągnął. – Ty nie jesteś taki jak ja. Byłeś kapłanem tego zakonu. Z całą pewnością możesz się zbliżyć... – Głupcze! – ryknął Rufo. Była to najgwałtowniejsza reakcja, jaką imp usłyszał z ust tego załamanego człowieka. Noszę piętno Deneira! Zaklęcia na tkaninie i szafce wypalą mi ciało do kości.
Druzil podskoczył na ołtarzu; usiłował coś powiedzieć, lecz jego ochrypły głos zmienił się w niezrozumiały bełkot. Naraz uspokoił się i przywołał wrodzoną magię. Postrzegał i umiał oszacować wszelką magię – czy to kleryków, magów, czy dweomerów. Gdyby glify nie były zbyt potężne, Druzil sam zbliżyłby się do szafki. Odniesione przy tym rany szybko by się zagoiły – a jeszcze szybciej, gdyby dostał w swe pulchne łapki drogocenną Tuanta Quiro Miancay. Nazwę tę tłumaczyło się jako Najbardziej Zabójcza Zgroza, tytuł, który brzmiał w uszach zdesperowanego impa jak najsłodsza muzyka. Aura emanująca z szafki o mało nie zbiła go z nóg – i w pierwszym momencie serce Druzila przepełniło się rozpaczą. Jednak już po dłuższej chwili upartego namierzania imp poznał prawdę i spomiędzy jego spiczastych zębów buchnęła fala zjadliwego, rechotliwego śmiechu. Rufo spojrzał na niego zaciekawiony. – Podejdź do szafki – rozkazał Druzil. Rufo tylko się przyglądał, ale nie ruszył się z miejsca. – Podejdź – powtórzył Druzil. – Nędzne zaklęcia głupich kapłanów zostały pokonane przez klątwę chaosu. Ich magia utraciła moc. Była to tylko półprawda. Tuanta Quiro Miancay była czymś więcej aniżeli zwykłym wywarem: była magią, której cel stanowiło zniszczenie. Tuanta Quiro Miancay chciała zostać znaleziona, chciała wydostać się z więzienia, do którego wtrącili ją kapłani. W tym celu czarnoksięska substancja zaczęła atakować glify, nadwerężając przez kilka miesięcy ich moc i osłabiając działanie. Rufo (skądinąd słusznie) nie wierzył Druzilowi, ale nie mógł zignorować dziwnego odczucia w sercu. W tej komnacie piętno na jego czole zdawało się palić żywym ogniem i samo zbliżenie się do mebla, na którym widniały symbole Deneira, przypłacił upiornym bólem głowy. Nagle stwierdził, że pragnie uwierzyć słowom Druzila, bezwolnie podszedł do szafki i dotknął ręką materiału. Raz i drugi błysnęło oślepiające białe światło, po czym nastąpił ognisty wybuch. Na szczęście dla Rufa fala pierwszej eksplozji odrzuciła go na drugi koniec komnaty, z dala od ołtarza, za przewrócony regał leżący opodal drzwi. Druzil wrzasnął, gdy płomienie objęły szafkę – drewno zapłonęło jasnym ogniem – najwidoczniej było naoliwione albo obłożone specjalnym zaklęciem. Nie obawiał się o Tuanta Quiro Miancay, substancji nie można bowiem było zniszczyć, ale gdyby stopiła się butelka, w której ją zamknięto, płyn zostałby bezpowrotnie stracony! Płomienie nigdy nie przerażały Druzila, istoty z ognistych niższych światów. Nietoperze skrzydła zaniosły go w głąb pożogi, a pulchne łapki pospiesznie wydostały z szafki jej zawartość. Wrzasnął pod wpływem gwałtownego bólu i o mało nie cisnął misy na drugi koniec pokoju. Pohamował się jednak w ostatniej chwili, delikatnie postawił naczynie na ołtarzu i cofnął się,
zacierając poparzone łapki. Butelkę zawierającą klątwę chaosu umieszczono w misie wypełnionej najczystszą wodą, uświęconą mocą nieżyjącego druida i symbolem Silvanusa, boga natury i naturalnego porządku. Prawdopodobnie żadne z bóstw we wszystkich Krainach nie wzbudzało w plugawym impie więcej wściekłości niż właśnie Silvanus. Druzil wpatrywał się w misę i rozmyślał nad swoim dylematem. Odetchnął spokojnie w chwilę później, kiedy uświadomił sobie, że woda święcona nie jest tak czysta, jak powinna, a to za sprawą oddziałującej na nią Tuanta Quiro Miancay. Druzil zbliżył się do misy i zaśpiewał cichutko, używając szponu, by rozciąć środkowy palec lewej łapki. Na zakończenie klątwy utoczył do wody jedną kroplę swojej krwi. Dał się słyszeć syk i górną część misy przesłoniła gęsta mgła. Opar rozwiał się po chwili, a wraz z nim wyparowała również czysta woda; zastąpiła ją czarniawa breja cuchnącego, gnijącego płynu. Druzil ponownie znalazł się na ołtarzu i włożył obie łapki do misy. W chwilę później, popiskując z uciechy, tulił już do siebie jak dziecko drogocenną, czarodziejską, ozdobioną runami butelkę. Spojrzał na Rufa, nie przejmując się zbytnio tym, co się z nim stało, po czym raz jeszcze wybuchnął śmiechem. Rufo podparł się na łokciach. Czarne włosy miał zjeżone jak szczotka, wzrok błędny i zamglony. Jego oczy mrugały i przesuwały się z boku na bok. Po chwili przekręcił się na bok i chwiejnie podniósł na nogi, po czym rozkołysanym krokiem podszedł do impa, zamierzając złapać paskudną kreaturę za gardło i udusić jak kurczaka. Druzil zamachał ogonem; widok jego kolczastego, ociekającego trucizną końca pozbawił Rufa chęci do realizacji morderczego zamiaru, ale bynajmniej nie uspokoił. – Powiedziałeś... – zaczął. – Bene tellemara! – warknął Druzil, a jego wściekłość w mgnieniu oka załagodziła gniew Rufa i uciszyła go na dobre. – Czy nie wiesz, co mamy w rękach? – Uśmiechając się zjadliwie, podał Rufowi butelkę, a paciorkowate oczy mężczyzny rozszerzyły się, kiedy ją przyjął i poczuł pulsującą w niej moc. Rufo prawie nie słyszał Druzila, gdy imp chrapliwie opowiadał, czego mogą dokonać, dysponując klątwą chaosu. Z uśmiechem wpatrywał się w wirujący czerwony płyn wewnątrz butelki i fantazjował – ale nie tak jak Druzil o władzy i potędze, lecz o usunięciu kalającego jego czoło piętna. Rufo w zupełności na nie zasłużył, ale w jego skrzywionym rozumowaniu nie miało to większego znaczenia. Jedyne, co pojmował i był w stanie przyjąć, to fakt, że Cadderly go naznaczył i zmienił w wyrzutka. Teraz cały świat był jego wrogiem. Druzil nadal bełkotał z ekscytacją w głosie. Ponownie mówił o kontrolowaniu kapłanów, o zadaniu ciosu całemu regionowi, odkorkowaniu butelki i... Rufo usłyszał tylko ostatnią z dziesiątek propozycji rzucanych chaotycznie przez impa.
Usłyszał i uwierzył w nią z całego serca. Zupełnie jakby Tuanta Quiro Miancay go przyzywała, i rzeczywiście tak było – klątwa chaosu, twór podstępnej, diabolicznej inteligencji – była zbawieniem Rufa, w znacznie większym stopniu niż kiedykolwiek był nim Deneir. Była zarazem uwolnieniem od parszywego Cadderly’ego. Ten napój przeznaczono tylko i wyłącznie dla niego. Druzil zamilkł na chwilę, zauważywszy, że Rufo odkorkował butelkę, a w chwilę później poczuł w nozdrzach woń wypływających z naczynia czerwonych oparów. Już chciał zapytać mężczyznę, co robi, ale słowa uwięzły mu w gardle, Rufo bowiem uniósł nagle butelkę do wąskich ust i pociągnął z niej spory łyk. Druzil zabulgotał, bezskutecznie usiłując zaprotestować. Rufo odwrócił się do niego; oblicze byłego kapłana wykrzywił wyraz zaciekawienia. – Coś ty zrobił? – zapytał Druzil. Rufo chciał odpowiedzieć, ale nagle coś ścisnęło go w gardle i zaczął się dławić. – Coś ty zrobił? – powtórzył głośniej Druzil. – Bene tellemara! Głupcze! Rufo znów chrząknął, chwycił się za gardło i brzuch, po czym gwałtownie zwymiotował. Ruszył rozkołysanym krokiem przed siebie, kaszląc, prychając i usiłując zaczerpnąć powietrza poprzez wielką gulę, która zalegała mu w krtani. – Coś ty zrobił?! – zawołał w ślad za nim Druzil i podreptał po posadzce za swym towarzyszem. Ogon impa kołysał się złowrogo; gdyby cierpienia Rufa dobiegły końca, Druzil zamierzał go użądlić i rozpłatać, aby ukarać go za kradzież drogocennej i niezastąpionej substancji. Rufo, którego równowaga była mocno zachwiana, wyrżnął z impetem o framugę drzwi, usiłując wydostać się z komnaty. Wyszedł na korytarz; potknął się i odbił najpierw od jednej, a potem od drugiej ściany. Zwymiotował ponownie i jeszcze raz, jego brzuch zdawał się płonąć żywym ogniem, a na dodatek wyprawiał coraz bardziej osobliwe harce. Jakimś cudem przeszedł przez kolejne komnaty i korytarze, aż w końcu nieomal wyczołgał się z błotnistego tunelu na światło słoneczne, które boleśnie poraziło jego oczy i skórę. Spalał się, a jednak czuł chłód, lodowaty śmiertelny chłód. Druzil, który roztropnie stał się niewidzialny, gdy tylko wyszli na zewnątrz, podążył w ślad za nim. Rufo zatrzymał się i raz jeszcze zwymiotował na pozostały po zimie zwał niestopionego, gruzłowatego śniegu; w wymiocinach więcej było krwi aniżeli żółci. Potem chwiejnie przeszedł za róg wielkiej budowli, raz po raz potykając się i przewracając w błoto, i rozmazując śnieżną breję. Chciał dotrzeć do głównej bramy biblioteki, do kapłanów posiadających moc uzdrawiania. Dwaj młodzi akolici w czarno-złotych kamizelkach kapłanów Oghmy stali przy bramie, rozkoszując się ciepłem późnozimowego dnia; brązowe płaszcze mieli rozpięte i rozchylone do słońca. Z początku nie zauważyli Rufa – aż do chwili, gdy mężczyzna z pluskiem wylądował
w kałuży błocka o kilka stóp od nich. Obaj akolici podbiegli do leżącego i podnieśli go, a gdy ujrzeli piętno, wstrzymali oddech i w mgnieniu oka cofnęli się o kilka kroków. Żaden z nich nie był w bibliotece na tyle długo, aby osobiście znać Kierkana Rufo, ale słyszeli opowieści o napiętnowanym kapłanie. Spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami, po czym jeden z nich pognał biegiem do biblioteki, a drugi ukląkł przy chorym, usiłując mu jakoś pomóc. Druzil patrzył na to wszystko z narożnika budynku i komentował w duchu, mamrocząc raz po raz bene tellemara. Nie potrafił pogodzić się z faktem, iż klątwa chaosu i Kierkan Rufo zrobili mu tak paskudny kawał. * * * Percival – biała wiewiórka siedząca wysoko na gałęzi drzewa opodal bramy – obserwował rozgrywającą się w dole scenę z bardziej niż tylko przelotnym zainteresowaniem. Właśnie w tym tygodniu Percival obudził się z zimowego snu. Zdumiała go nieobecność Cadderly’ego, głównego dostawcy jego ulubionych orzechów, a jeszcze bardziej zdziwił się, widząc Kierkana Rufo, człowieka, za którym ani trochę nie przepadał. Wiewiórka wiedziała, że Rufo bardzo cierpi, nawet z tej wysokości czuła okropną woń trawiącej go choroby. Percival zbliżył się nieznacznie do swego gniazda z gałązek, umieszczonego wysoko wśród konarów drzewa, i obserwował uważnie.
2 Rozstajne drogi Trzej brodaci członkowie kompanii – krasnoludy Pikel i Ivan Bouldershoulderowie oraz rudowłosy firbolg Vander – siedzieli z boku przy wejściu do jaskini, grając w kości, śmiejąc się i rozmawiając. Ivan wygrał kolejną partię – po raz piętnasty z rzędu – a Pikel smagnął niebieskim szerokoskrzydłym kapeluszem z pomarańczowym piórkiem z boku i świętym symbolem Deneira przedstawiającym oko nad świecą z przodu, trafiając roześmianego Ivana w głowę. Na ten widok Cadderly zaczął protestować. Był to, bądź co bądź, jego kapelusz – Pikel tylko go pożyczył – a hełm Ivana zdobiła para pokaźnych jelenich rogów. Młody kapłan zmienił jednak zdanie i nie odezwał się słowem, kiedy zobaczył, że kapeluszowi nic się nie stało, i stwierdził, że Ivanowi należało się to uderzenie. Po upadku Zamczyska Trójcy przyjaźń między Ivanem, Pikelem i Vanderem rozkwitła na dobre. Potężny Vander, mierzący dwanaście stóp wzrostu i ważący osiemset funtów, pomógł Pikelowi, który marzył o zostaniu druidem, raz jeszcze ufarbować włosy i brodę na zielono, a następnie końce tej gęstej, zaczesywanej do tyłu brody zaplótł mu starannie w długie, połączone z włosami i sięgające do połowy pleców warkocze. Jedyne ostrzejsze spięcie miało miejsce wówczas, gdy Vander spróbował pochlapać zieloną farbą jasnożółtą czuprynę Ivana, tego bowiem szeroki w barach i poważniejszy z braci Bouldershoulderów otwarcie nie znosił. Spięcia te były jednak niegroźne i ostatnich kilka tygodni, pomimo paskudnej pogody, upłynęło im w miłej, przyjaznej atmosferze. Siódemka przyjaciół – włącznie z Cadderlym, Danicą, Dorigen i wojowniczką elfów Shayleigh – chciała po zwycięstwie w Zamczysku Trójcy niezwłocznie powrócić do Biblioteki Naukowej. Jednak drugiego dnia ich marszu przez góry nastąpił gwałtowny atak zimy i szlaki zostały zasypane do tego stopnia, że nawet Cadderly, pomimo swoich kapłańskich mocy, nie odważył się kontynuować wędrówki. Co gorsza, zachorował, chociaż upierał się, że to jedynie zwykłe wyczerpanie. Jako kapłan był przekaźnikiem mocy swego boga, a podczas walki w Zamczysku Trójcy (i wcześniej, podczas wojny o Shilmistę oraz sławetnych wydarzeń w Carradoonie) zbyt wiele tej energii przepłynęło przez jego ciało. Danica, która znała Cadderly’ego lepiej niż ktokolwiek inny, nie wątpiła, iż jest on wyczerpany, ale wiedziała również o doznanych przez kapłana urazach psychicznych. W Zamczysku Trójcy Cadderly ujrzał swoją przeszłość i prawdę o swej spuściźnie. Musiał stanąć twarzą w twarz z tym, czym stał się jego ojciec – Aballister. W Zamczysku Trójcy zabił własnego ojca. Danicą wierzyła, że uda mu się przezwyciężyć ten uraz, ufała w głębię charakteru Cadderly’ego. Był oddany swemu bóstwu i przyjaciołom, a oni wszyscy trwali u jego boku.
Kiedy szlaki zostały zablokowane, a młodzieniec zachorował, grupka przyjaciół udała się na wschód. Opuściwszy masyw górski, ruszyli w kierunku terenów rozciągających się na północ od Carradoonu, gdzie znajdowały się liczne farmy. Nawet niziny spowijała gruba warstwa śniegu, jakiej Lśniące Równiny nie widziały od dziesięcioleci. Przyjaciele znaleźli sobie dogodną kryjówkę – wielokomorową jaskinię – i na wiele dni zmienili ją w swój dom, wykorzystując, najlepiej jak się dało, umiejętności przetrwania posiadane przez Danicę, Vandera i krasnoludy oraz magię Dorigen. Cadderly pomagał im, jak mógł, ale jego głównym zadaniem było odpoczywanie i nabieranie sił. Wiedział, podobnie jak Danica, że po powrocie do Biblioteki Naukowej może go czekać najtrudniejsze ze wszystkich wyzwań, jakim musiał stawiać czoło. Po kilku tygodniach śniegi zaczęły topnieć. Zima, choć sroga, skończyła się wcześnie i towarzysze mogli zacząć myśleć o kontynuowaniu wędrówki. Wzbudziło to mieszane uczucia w Cadderlym, młodym kapłanie, który tak szybko osiągnął niebywale wysoką pozycję w swoim zakonie. Stanął u wejścia do jaskini i spojrzał na pobliskie pola. Skąpane w świetle poranka były tak jasne, że aż raniły jego szare oczy. Cadderly miał wyrzuty sumienia z powodu swojej słabości, uważał bowiem, że powinien był powrócić do biblioteki już kilka miesięcy temu, pomimo ostrej zimy i ciężkich przejść, jakie miał za sobą – nawet gdyby musiał pozostawić w górach swoich przyjaciół. Czekało tam na niego przeznaczenie, ale nawet teraz, czując się ponownie silniejszy i znów słysząc w myślach melodię pieśni Deneira, nie był pewien, czy ma dość sił, by stawić mu czoło. – Jestem gotowa, aby się z tobą spotkać – dobiegło z wnętrza jaskini poprzez hałas czyniony przez Vandera i krasnoludy. Cadderly odwrócił się i przeszedł obok grupki przyjaciół, a Pikel, domyśliwszy się, co niebawem nastąpi, wydał z siebie cichy chichot. Zamiótł przed Cadderlym jego szerokoskrzydłym kapeluszem, jakby salutował wojownikowi wyruszającemu do walki. Cadderly łypnął nań spode łba i minął go, podchodząc do niewielkiego kamienia, który zręczny Ivan przerobił na stołek. Stała tam Danica, czekając na Cadderly’ego. W dłoniach dzierżyła swoje wspaniale sztylety – jeden o złotej rękojeści rzeźbionej w kształcie tygrysa, a drugi ze srebrną rączką i wizerunkiem smoka. Każdemu, kto nie znał Daniki, sztylety te czy w ogóle jakakolwiek broń wydawały się w jej zwodniczo delikatnych dłoniach zupełnie nie na miejscu. Mierzyła zaledwie pięć stóp wzrostu, a jeżeli przez dwa dni pościła, nie ważyła więcej niż sto funtów, miała gęste, długie do ramion truskawkowoblond włosy i żywe brązowe oczy o egzotycznym kształcie migdałów. Na pierwszy rzut oka wyglądała na kandydatkę do południowego haremu – była niczym piękny, delikatny kwiat. Młody kapłan znał jednak prawdę, podobnie jak każdy, kto spędził pewien czas u boku Daniki. Te delikatne dłonie potrafiły rozłupać kamień, a piękna twarz była w stanie zadawać
uderzenia miażdżące nosy nieostrożnych przeciwników. Danica była mniszką, zdyscyplinowaną wojowniczką oddaną swoim studiom nie gorzej od Cadderly’ego i oddającą mądrości prastarych mistrzów cześć nie mniejszą niż Cadderly swemu bóstwu. Młody kapłan nigdy dotąd nie widział tak doskonałej wojowniczki; władała każdą bronią, a gołymi rękami oraz stopami potrafiła pokonać większość wprawnych szermierzy. Jakby tego było mało, swoimi magicznymi sztyletami mogła z dwudziestu stóp trafić potencjalnego przeciwnika w oko. Cadderly usiadł, odwracając się ostentacyjnie od hałaśliwych zwolenników hazardu, podczas gdy Danica zaczęła śpiewać półgłosem. Kapłan odnalazł swą medytacyjną ogniskową; było sprawą kluczową, aby pozostawał w absolutnym bezruchu. Nagle Danica zaczęła się poruszać – dłońmi kreśliła płynnie w powietrzu skomplikowane figury, jej stopy przesuwały się miękko po podłożu. Niewiarygodnie ostre noże zaczęły obracać się w jej palcach. Pierwszy przeciął powietrze z głośnym świstem i oślepiającym błyskiem, ale Cadderly, pogrążony w głębokiej koncentracji, nawet nie mrugnął powieką. Prawie nie poczuł dotknięcia, gdy ostrze noża musnęło jego policzek, i ledwie miał czas, by poczuć woń naoliwionego metalu, gdy srebrny smok znalazł się nagle tuż pod jego nosem i opadł w dół, aż do górnej wargi. Był to rytuał, który przeprowadzali we dwoje każdego dnia. Dzięki niemu Cadderly był stale gładko ogolony, a sprężyste i silne mięśnie Daniki nie miały możliwości zwiotczeć. W minutę było po wszystkim – zarost Cadderly’ego zniknął, a na jego opalonej skórze nie pojawiło się nawet jedno draśnięcie. – To też powinnam przyciąć – mruknęła z wyrzutem Danica, chwytając garść gęstych, kędzierzawych brązowych włosów kapłana. Wyciągnął rękę i chwyciwszy dziewczynę za nadgarstek, okręcił ją i przyciągnął ramieniem do siebie, tak że ich twarze nieomal się zetknęły. Cadderly i Danica byli kochankami, a uczucie, które ich łączyło, nie miało sobie równych, jedynym zaś powodem, dla którego do tej pory nie zostali formalnie zaślubieni, był fakt, iż Cadderly nie uważał kapłanów z Biblioteki Naukowej za godnych celebrowania tej ceremonii. Lekko pocałował Danicę i oboje odskoczyli od siebie, gdy pomiędzy nimi przeskoczyła nagle błękitna iskierka, parząc im usta. Równocześnie odwrócili się w kierunku wejścia do komory po lewej stronie i w tej samej chwili usłyszeli gromki śmiech Dorigen i Shayleigh. – To ci dopiero więź! – mruknęła sarkastycznie Dorigen. Iskierka pojawiła się za jej sprawą – w końcu od czego była czarodziejką? Należąca niegdyś do czołowych postaci Zamczyska Trójcy i pełniąca rolę specjalnej wysłanniczki Aballistera Bonaduce’a podczas wojny o Shilmistę Dorigen przeszła na stronę Cadderly’ego, okazała skruchę, a teraz podążała wraz z przyjaciółmi młodego kapłana do Biblioteki Naukowej, gdzie miała zostać osądzona. – Nigdy dotąd nie widziałam takiej iskry miłości – dodała Shayleigh, tak energicznie kręcąc
głową, że jej gęste, długie złote loki zafalowały w powietrzu. Nawet w słabym świetle płynącym ze wschodniego wejścia jaskini fiołkowe oczy wojowniczki elfów migotały jak polerowane klejnoty. – Czy mam to dołączyć do listy twoich zbrodni? – spytał Cadderly, zwracając się do Dorigen. – Gdyby to było moją największą zbrodnią, nie zadawałabym sobie trudu, aby wrócić z tobą do biblioteki, młody kapłanie – odparła spokojnie czarodziejka. Danica przeniosła wzrok z Cadderly’ego na Dorigen, rozpoznając więź, która się między nimi wytworzyła. Mniszka bez trudu domyśliła się, co było przyczyną jej powstania. Z czarnymi włosami, przyprószonymi tu i ówdzie nitkami siwizny, i szeroko rozstawionymi oczami Dorigen przypominała Pertelopę, przełożoną z biblioteki, która do swej niedawnej śmierci pełniła rolę przybranej matki młodzieńca. Ponadto Pertelopa zdawała się rozumieć transformację, jakiej podlegał Cadderly, boską pieśń rozbrzmiewającą w jego myślach i dającą mu dostęp do klerykalnych mocy, dzięki którym mógł równać się z najwyższymi w hierarchii kapłanami. Danica dostrzegała w Dorigen podobną wrażliwość. Czarodziejka była roztropna, zanim cokolwiek zrobiła, zawsze starannie analizowała sytuację i nie lękała się podążać za głosem serca. W Zamczysku Trójcy wystąpiła przeciwko Aballisterowi i przeszła na stronę Cadderly’ego, mimo iż zdawała sobie sprawę, że jej zbrodnie nie pójdą w zapomnienie. Zrobiła to, gdyż tak nakazywało jej sumienie. Danica w ciągu tygodni ich przymusowej hibernacji nie pokochała ani nawet nie polubiła tej kobiety, ale szanowała czarodziejkę i do pewnego stopnia jej zaufała. – No dobrze, rzucasz te aluzje od paru ładnych dni – powiedziała Dorigen do Cadderly’ego. – Czy już czas, abyśmy wyruszyli w drogę? Cadderly instynktownie spojrzał w stronę wejścia i pokiwał głową. – Przełęcze na południe od Carradoonu nie powinny już być zasypane – powiedział. – Podobnie jak większość innych przełęczy w górach. Śniegi stopniały. – Przerwał, a pozostali, nie rozumiejąc przyczyny, dla której wspomniał o górskich przełęczach, przyglądali mu się z urazą w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia. – Aczkolwiek obawiam się, że odwilż mogła spowodować wiele lawin – dokończył. – Nie boję się lawin – dobiegł od wejścia gromki głos firbolga. – Przeżyłem w górach całe życie i doskonale wiem, kiedy szlak jest bezpieczny. – Nie wrócisz z nami do biblioteki – wtrącił Ivan, spoglądając na olbrzymiego przyjaciela. – Oo – dodał Pikel, wyraźnie zasmucony. – Mam swój dom i swoją rodzinę – rzekł Vander. On, Ivan i Pikel wielokrotnie omawiali ten temat przez ostatnich kilka tygodni, ale Vander dopiero teraz podjął decyzję.
Ivan również nie wyglądał na uradowanego. Zaprzyjaźnił się z firbolgiem, a rozstania nigdy nie są łatwe. Odważny krasnolud pogodził się jednak z jego decyzją i obiecał, zarówno wcześniej, jak i teraz, że któregoś dnia odwiedzi góry Grzbietu Świata i klan Vandera. – Ale dlaczego mówisz o górach? – spytała Shayleigh, zwracając się szorstko do Cadderly’ego. – Jeżeli nie liczyć Vandera, nie będziemy musieli wstępować na górski szlak, dopóki nie miniemy Carradoonu, a nim to nastąpi, mamy jeszcze przed sobą tydzień marszu. – Znajdziemy się w górach wcześniej – odparła Danica za Cadderly’ego. Doszła do wniosku, że przejrzała jego zamiary. Okazało się, że miała połowiczną rację. – Owszem, ale nie wszyscy – oznajmił Cadderly. – Nie ma takiej potrzeby. – Smoczy skarb! – ryknął nagle Ivan, mając na myśli zawartość wielkiej jaskini w górze Nightglow, gdzie zamieszkiwał stary Fyrentennimar. Przyjaciele uśmiercili w górach starego czerwonego jaszczura, pozostawiając jego bogactwa niestrzeżone. – Myślisz o tem smoczym skarbie! – Krasnolud klepnął swego barczystego brata w plecy. – Niestrzeżony skarb – potaknęła Shayleigh. – Ale, aby go stamtąd wydostać, trzeba byłoby więcej osób. W siódemkę nie damy rady. – Nie wiemy nawet, czy uda nam się go odnaleźć – upomniał ich Cadderly. – Burza wywołana przez Aballistera z całą pewnością zawaliła wejścia do niektórych jaskiń. – A więc chcesz wrócić i sprawdzić, czy dałoby się wynieść stamtąd smoczy skarb – skonstatowała Danica. – Naturalnie kiedy pogoda będzie bardziej sprzyjająca – rzekł Cadderly. – I dlatego nie musimy odbywać wędrówki na Nightglow całą grupą. – Co proponujesz? – spytała Danica, ale natychmiast przejrzała jego zamiary. – Wrócę na Nightglow wraz z Ivanem i Pikelem, jeśli się na to zgodzą. Miałem nadzieję, że ty również zechcesz nam towarzyszyć – zwrócił się do Vandera. – Przez pewną część drogi – obiecał rudobrody olbrzym – ale obawiam się... Cadderly uciszył go uniesieniem dłoni. Rozumiał uczucia firbolga i nie zamierzał dłużej go zatrzymywać. Vander od dawna przebywał z dala od domu, na dodatek dręczony przez bezwzględnego asasyna, Ducha. – Będziemy cieszyć się z każdej chwili spędzonej w twoim towarzystwie – zapewnił z powagą młodzieniec, a Vander pokiwał głową. Cadderly zwrócił się do trzech kobiet. – Wiem, że musisz wrócić do Shilmisty – powiedział do Shayleigh. – Król Elbereth na pewno z niecierpliwością oczekuje na wieści o wypadkach w Zamczysku Trójcy, aby móc zluzować rozstawione w Shilmiście posterunki wojenne. Będzie najszybciej, jeżeli udasz się na południe, mijając Carradoon, a stamtąd bardziej uczęszczanymi szlakami na zachód od Biblioteki Naukowej.
Shayleigh pokiwała głową. – A ja mam odstawić Dorigen do biblioteki – stwierdziła Danica. Cadderly skinął głową. – Nie należysz do żadnego z tamtejszych zakonów – wyjaśnił – a zatem Dorigen jako twój jeniec nie będzie podlegać jurysdykcji przełożonych. – Którym nie ufasz – dodała znacząco Danica. Cadderly nie odpowiedział. – Jeśli na Nightglow wszystko pójdzie dobrze, ja i krasnoludy powinniśmy wrócić do biblioteki nie później niż w kilka dni po was. – A ponieważ wrócę tam sama, Dorigen pozostanie moim jeńcem – dodała Danica i uśmiechnęła się, choć w głębi duszy żałowała, że ominie ją wyprawa na Nightglow, a poza tym nie miała ochoty rozstawać się z Cadderlym. – Jestem pewien, że twój osąd będzie uczciwszy. – Cadderly mrugnął do niej porozumiewawczo. – Tym samym łatwiej przyjdzie ci przekonać przełożonych, aby przyjęli wydany przez ciebie wyrok, niż gdybym pozwolił, żeby sami wyznaczyli jej sprawiedliwą karę. Danica doszła do wniosku, że to dobry plan – bez wątpienia mający uchronić Dorigen przed katowską pętlą. Czarodziejka uśmiechnęła się, dając do zrozumienia, że ona również zdaje sobie sprawę z korzyści wynikających z takiego rozwiązania. – Znów jestem ci wdzięczna – powiedziała. – Jakże chciałabym uważać, że naprawdę jestem warta tego zachodu. Cadderly i Danica wymienili znaczące spojrzenia, ale żadne z nich ani trochę nie przejęło się faktem rozbicia ich małej grupki czy koniecznością eskortowania jeńca. Dorigen była potężną czarodziejką i gdyby chciała uciec, już dawno by to zrobiła. Przez ostatnie tygodnie nie związano jej ani razu, a pilnowano tylko w pierwszych dniach po opuszczeniu Zamczyska Trójcy. Nigdy nie było równie posłusznego jeńca, a Cadderly wierzył, że Dorigen nie będzie próbowała ucieczki. Co więcej, wiedział, że czarodziejka użyje swojej mocy, aby pomóc Danice i Shayleigh, gdyby w drodze powrotnej do biblioteki wpadły w tarapaty. A zatem klamka zapadła, obyło się bez sprzeciwów. Ivan i Pikel raz po raz zacierali łapska i głośno klaskali. Nic bowiem tak nie poruszało i nie cieszyło krasnoluda, jak perspektywa zdobycia części niestrzeżonego smoczego skarbu. Nieco później tego ranka, podczas gdy inni przygotowywali się do podróży, Danica odbyła krótką rozmowę z Cadderlym. Młody kapłan prawie nie zauważył, kiedy do niego podeszła – stał na oczyszczonej ze śniegu kamiennej płycie przed wejściem do jaskini, wpatrując się w strzelisty masyw Gór Śnieżnych. Danica objęła go ramieniem, oferując mu wsparcie, którego, jak sądziła, potrzebował. W jej mniemaniu Cadderly nie był jeszcze gotowy do powrotu do biblioteki. Bez wątpienia wciąż
dręczyły go wspomnienia i wyrzuty sumienia spowodowane ostatnim incydentem z Thobicusem, kiedy siłą woli zmusił umysł dziekana do posłuszeństwa. Późniejsze wydarzenia, śmierć Avery’ego i Pertelopy oraz ujawnienie tajemnicy, że zły mag Aballister był w rzeczywistości jego ojcem, wywróciły cały świat Cadderly’ego do góry nogami. Przez jakiś czas kwestionował swoją wiarę i pojęcie biblioteki jako domu, i choć w końcu zrozumiał swoje oddanie wobec Deneira, Danica zastanawiała się, czy w podobny sposób pogodził się z drugą nurtującą go kwestią. Milczeli przez kilka minut, Cadderly patrzył na góry, a Danica na Cadderly’ego. – Obawiasz się oskarżenia o herezję? – spytała w końcu. Cadderly odwrócił się w jej stronę zaciekawiony. – Za to, co zrobiłeś z dziekanem Thobicusem – sprecyzowała. – Jeżeli pamięta incydent i wie, co mu zrobiłeś, możesz być pewien, że nie powita cię z otwartymi ramionami. – Thobicus nie wystąpi otwarcie przeciwko mnie – odparł Cadderly. Danica nie przeoczyła faktu, że mówiąc o dziekanie, pomijał jego tytuł, co zgodnie z regułami zakonu Deneira i biblioteki było niemałym przewinieniem. – Choć z całą pewnością przypomniał sobie sporo z tego, co się wydarzyło podczas naszej ostatniej rozmowy – ciągnął młody kapłan – spodziewam się, że zjednoczy swoje siły... i wydali z biblioteki bądź zdegraduje tych wszystkich, którzy zgodnie z jego przypuszczeniami są wobec mnie lojalni. Były to ponure słowa, ale w głosie Cadderly’ego nie dało się wyczuć nuty niepokoju. Danica stwierdziła to z pewnym zdumieniem. – Jakich może pozyskać sprzymierzeńców? – spytał, jakby to wszystko tłumaczyło. – Jest głową zakonu – odparła Danica. – Ma również wielu przyjaciół w zakonie Oghmy. Cadderly zachichotał z cicha, wykpiwając tę myśl. – Już ci mówiłem, że Thobicus jest głową fałszywej hierarchii. – I zamierzasz, ot tak, wrócić tam i oznajmić to wszem i wobec? – Tak – odrzekł ze spokojem Cadderly. – Mam sprzymierzeńca, któremu dziekan Thobicus nie jest w stanie się oprzeć i który skieruje do mnie kapłanów mego wyznania. Danica nie musiała pytać, kim jest ów sprzymierzeniec. Cadderly wierzył, że towarzyszy mu sam Deneir, że bóg wyznaczył mu specjalne zadanie. Zważywszy na moce, jakimi teraz dysponował, Danica nie miała powodu, by wątpić w jego słowa. Mimo to niepokoił ją fakt, iż Cadderly stał się niezwykle zuchwały, wręcz arogancki. – Kapłani Oghmy nie będą się do tego mieszać – ciągnął – ponieważ to ich nie dotyczy. Jedyne kłopoty, jakich mogę oczekiwać z tej strony, ujawnią się, skądinąd słusznie, kiedy usunę Thobicusa z funkcji głowy zakonu Deneira. Bron Turman będzie rywalizował ze mną o tytuł dziekana.
– Turman od wielu lat jest w bibliotece liderem – zapewniła Danica. Cadderly pokiwał głową, ale nie wyglądał na specjalnie przejętego. – Będzie dla ciebie poważnym wyzwaniem – dokończyła mniszka. – Nieważne, który z nas uzyska tytuł dziekana – odrzekł. – Mam obowiązki przede wszystkim względem zakonu Deneira. Kiedy już naprawię, co trzeba, zacznę martwić się o przyszłość Biblioteki Naukowej. Danica przyjęła jego słowa i oboje ponownie na dłuższą chwilę pogrążyli się w milczeniu. Cadderly znów wpatrywał się w majestatyczny masyw Gór Śnieżnych. Danica wierzyła w niego i słuszność jego rozumowania, ale nie potrafiła pogodzić jego ewidentnego spokoju z faktem, że zamiast w bibliotece znajdował się teraz tu, przed rozległą jaskinią, i pogrążony w myślach przyglądał się odległym górom. Zwłoka Cadderly’ego pozwalała się domyślać, że pod maską spokoju młody kapłan skrywa dręczący go niepokój i niepewność. – O czym myślisz? – zapytała i delikatnie przyłożyła dłoń do jego policzka, zmuszając go, by oderwał wzrok od górskiego masywu. Poruszony jej zatroskaniem, uśmiechnął się promiennie. – Tam, na Nightglow, znajduje się skarb, który pod względem wartości nie ma sobie równych w całym regionie – powiedział. – Nie wiedziałam, że zależy ci na bogactwie – oświadczyła Danica. Cadderly znów się uśmiechnął. – Myślałem o Bezimiennym – przyznał, mając na myśli biednego trędowatego, którego spotkał pewnego dnia na drodze pod Carradoonem. – Myślałem o wszystkich Bezimiennych w całym Carradoonie i w okolicach Jeziora Impresk. Smocze skarby mogłyby przynieść tej krainie wiele dobrego. – Spojrzał z ukosa na Danicę. – Skarb mógłby dać tym ludziom imiona. – To będzie dużo bardziej skomplikowane – zauważyła Danica, oboje bowiem doskonale wiedzieli, że bogactwo równa się władzy. Jeśli Cadderly zechce podzielić smocze skarby między biedotę, z całą pewnością spotka się ze sprzeciwem ze strony notabli z Carradoonu, dla których zamożność oznacza wyższość, władzę i odpowiednią pozycję w mieście. Ludzie ci wykorzystywali swoje bogactwa, aby czuć się lepszymi od innych. – Jest ze mną Deneir – rzekł spokojnie Cadderly, a Danica właśnie w tym momencie zdała sobie sprawę, że jej ukochany rzeczywiście jest gotowy do stoczenia tej walki i może zmierzyć się Thobicusem i wszystkimi innymi. * * * Kilku kapłanów krzątało się energicznie przy Kierkanie Rufo leżącym na zimnej, wilgotnej
ziemi przed główną bramą Biblioteki Naukowej. Owinęli go płaszczami, nie zważając na wczesnowieczorny chłód, ale nie przeoczyli piętna na jego czole, przedstawiającego niezapaloną świecę nad zamkniętym okiem. Nawet kapłani Oghmy wiedzieli, co to znaczy, i nie mogli wnieść tego człowieka do biblioteki. Rufo w dalszym ciągu krztusił się i wymiotował. Jego pierś unosiła się gwałtownie, a żołądek wyprawiał osobliwe harce, przeszywany potwornymi, niewiarygodnie bolesnymi skurczami. Pod zlaną potem skórą mężczyzny pojawiły się granatowoczarne sińce. Kapłani Oghmy – było wśród nich kilku potężnych kleryków – usiłowali zrobić użytek ze swoich uzdrawiających zaklęć, choć kapłani Deneira nie odważyli się przywoływać mocy swego boga dla ratowania tego mężczyzny. Żadne z zaklęć nie poskutkowało. Dziekan Thobicus i Bron Turman zjawili się przy bramie i przedarli przez gęstniejący z każdą chwilą tłum gapiów. Oczy chudego jak tyka dziekana rozszerzyły się na widok leżącego na ziemi Kierkana Rufo. – Musimy go przenieść w jakieś ciepłe miejsce! – zawołał jeden z kapłanów udzielających pomocy cierpiącemu. – Nie może przekroczyć bram biblioteki – rzekł z naciskiem Bron Turman. – Nie z takim piętnem. Kierkan Rufo przez własne czyny został uznany za wyrzutka i musi pozostać banitą! – Wnieście go do środka! – polecił niespodziewanie dziekan Thobicus, a na dźwięk jego słów Turman o mało się nie przewrócił. Mimo to nie zaprotestował otwarcie wobec tej decyzji. Rufo należał wszak do zakonu Thobicusa, a dziekan dzięki swej mocy mógł zezwolić, by go wpuszczono. W kilka chwil później, gdy Rufo został przeniesiony poza kordon gapiów, a Thobicus i kapłani oddalili się, Bron Turman doszedł do niepokojącego wniosku, który wyjaśniał decyzję dziekana, ale bynajmniej nie przypadł mu do gustu. Kierkan Rufo nie był przyjacielem Cadderly’ego – bądź co bądź, to właśnie Cadderly go napiętnował. Czy to przesądziło o decyzji dziekana, aby wpuścić Rufa do wnętrza gmachu? Bron Turman miał nadzieję, że nie. W niewielkim pokoiku, gdzie zazwyczaj odbywano prywatne modły, kapłani ustawili ławę, która miała posłużyć za łóżko, i dokonując heroicznych wysiłków, starali się ulżyć cierpieniom Rufa. Nic jednak nie pomagało, chociaż nawet sam Thobicus próbował przywołać swe najpotężniejsze uzdrawiające moce, pochylając się nad Rufem i śpiewając, podczas gdy inni przytrzymywali z całych sił wijącego się nieszczęśnika. Zaklęcie dziekana nie zostało jednak wysłuchane lub może choroba Rufa po prostuje odrzuciła. Tak czy inaczej, okazało się nieskuteczne. Z ust Rufa wypływała krew i żółć, a jego pierś unosiła się gwałtownie, gdy rozpaczliwie
usiłował nabrać powietrza przez zapchane gardło. Jakiś silny kapłan Oghmy chwycił go i energicznie obrócił na brzuch, po czym kilkakrotnie walnął nieszczęśnika otwartą dłonią w plecy, by wydusić zeń dławiące płyny. Nagle bez ostrzeżenia Rufo targnął całym ciałem i odwrócił się tak gwałtownie, że kapłan Oghmy wylądował na drugim końcu pokoju. Usiadł na ławie i dziwnie znieruchomiał, wpatrując się przenikliwym wzrokiem w dziekana Thobicusa. Słabym ruchem ręki dał mu znak, aby podszedł bliżej, a Thobicus, rozejrzawszy się nerwowo dokoła, nachylił się przytykając niemal ucho do ust mężczyzny. – Za... za... zaprosiłeś... mnie – wykrztusił Rufo, a przy każdym słowie z jego ust wypływała krew zmieszana z żółcią. Thobicus wyprostował się i wbił wzrok w cierpiącego mężczyznę. Nie rozumiał, o co chodzi. – Zaprosiłeś mnie – powiedział Rufo dobitnie, resztką sił. I w tej samej chwili wybuchnął osobliwym, niekontrolowanym śmiechem, który przerodził się w konwulsyjny jęk, a następnie w ostatni agonalny krzyk. Żaden z obecnych w pokoju kapłanów nigdy dotąd nie miał okazji widzieć równie potwornej i przerażającej śmierci.
3 Ostateczna perwersja Tam ni ma żadny cholerny jaskini! – ryknął Ivan, a łoskot dochodzący z góry, gdzie znajdowały się zwały niestabilnego śniegu, przypomniał mu, że odrobina ostrożności akurat w tym przypadku chyba by nie zawadziła. Jeśli Ivan nic pojął wówczas aluzji, stało się to w sekundę później, kiedy Pikel podbiegł doń i energicznie klepnął go w tył głowy, strącając mu na oczy hełm ozdobiony parą dorodnych jelenich rogów. Żółtobrody krasnolud poprawił hełm, po czym łypnął z ukosa na brata, ale Pikel nie spasował i stojąc sztywno jakby kij połknął, pokiwał Ivanowi przed nosem wyprostowanym grubym paluchem. – Bądźcie cicho, obaj – upomniał ich Cadderly. – Oo – mruknął Pikel. Wyglądał na szczerze urażonego. Podekscytowany Cadderly nie zauważył jego spojrzenia. W dalszym ciągu lustrował zniszczoną górę, zdziwiony, że otwór, na tyle duży, by mógł przezeń wlatywać smok z rozpostartymi szeroko skrzydłami, przestał istnieć. – Jesteś pewien, że to nie jest tylko śnieg? – spytał Cadderly, na co Ivan tupnął nogą, a z góry na niego i Pikela spadła pokaźna czapa białego puchu. Najpierw ukazała się głowa Pikela, śnieg ześlizgnął się z obwisłego ronda kapelusza, który pożyczył od Cadderly’ego; był gotów do zadania drugiego klepnięcia, gdy obok niego pojawił się Ivan. – Jeźli mię nie wierzysz, to sam se sprawdź! – ryknął, wskazując na zwały śniegu. – Tam je skała, mówię ci, lita skała! Czarnyksiężak zamknął te górę swojom burzom! Cadderly oparł dłonie na biodrach i wziął głęboki oddech. Przypomniał sobie burzę, którą Aballister wysłał na Nightglow, sądząc, że Cadderly i jego przyjaciele wciąż jeszcze znajdują się na jej stokach. Czarnoksiężnik nie mógł wiedzieć, że Cadderly, dzięki co nieco wymuszonej uprzejmości pewnego czerwonego smoka, zdołał w tym czasie pokonać wiele mil i znaleźć się nie dalej niż o dzień drogi od Zamczyska Trójcy. Widząc ogrom zniszczeń wywołanych przez magiczną moc na zboczach wielkiej góry, młody kapłan ucieszył się, że Aballister zogniskował swe czary w niewłaściwym miejscu. Nie zdołało to wszakże poprawić mu humoru. Wewnątrz tej góry czekał smoczy skarb, bogactwo, którego potrzebował, by zrealizować swoje plany względem Biblioteki Naukowej i całego regionu. To było, bądź co bądź, główne wejście, otwór, przez który mogli wprowadzić wozy, by przed następną zimą wydobyć wszystkie skarby z pieczary. – Cały otwór? – zwrócił się do Ivana.
Żółtobrody krasnolud zaczął odpowiadać typowym dla siebie, tubalnym głosem, ale nagle umilkł i spojrzawszy na brata (który szykował się już, by ponownie zdzielić go w głowę), warknął tylko przez zaciśnięte zęby. Przez blisko godzinę rył na ślepo pośród zwałów śniegu, ale za każdym razem dokopywał się wyłącznie do litej skały. – Obejdziemy Nightglow z drugiej strony – zdecydował Cadderly. – Dotrzemy do otworu w południowym zboczu góry, tego samego, którym weszliśmy do środka za pierwszym razem. – Od tego łotworu do skarbu glizdawca było dość daleko – upomniał go Ivan. – Trza było przechodzić bez wąskie tunele i jednom ciasnom rynnę. Nie wiem, jak zamiarujesz wydostać tamtyndy tyn skarb. – Ja również – przyznał Cadderly. – Wiem tylko, że go potrzebuję i znajdę jakiś sposób, aby go zdobyć! To rzekłszy oddalił się wzdłuż szlaku w poszukiwaniu ścieżki, która doprowadziłaby ich na drugą stronę góry. – Mówi jak krasnolud – wyszeptał Ivan do Pikela. Po głośnym: hi, hi, hiii Pikela nastąpiła kolejna minilawina i tym razem to Ivan udzielił swemu bratu reprymendy, waląc go dłonią po głowie. Następnego dnia wczesnym rankiem trzech śmiałków dotarło do południowego stoku Nightglow. Wspinaczka po śliskim, topniejącym śniegu okazała się nader trudna. Ivan dotarł prawie do otworu w skale (i mógł śmiało potwierdzić, że wejście od tej strony nie zostało zasypane), gdy nagle poślizgnął się i zmieniony w krasnoludzkiego bałwana pomknął w dół, zabierając ze sobą po drodze towarzyszy. – Głupi kapłan! – syknął krasnolud do Cadderly’ego, kiedy jako tako doszli do siebie, daleko w dole pod miejscem, które było ich zasadniczym celem. – Ni masz jakiego czaru, coby zabrał nas na szczyt tyj góry? Cadderly z wahaniem pokiwał głową. Odkąd opuścili Zamczysko Trójcy, starał się zbierać i oszczędzać siły. Każdego dnia rzucał chroniące przed mrozem zaklęcia na samego siebie i swoich przyjaciół, ale miał nadzieję, że przed powrotem do biblioteki nie będzie zmuszony używać żadnych poważniejszych czarów. Był zmęczony jak nigdy dotąd. Ostatnie starcia – zwłaszcza z Aballisterem i Fyrentennimarem – znacznie nadwerężyły jego siły, ale jakby nie było, musiał kilkakrotnie odwiedzać nieznane sobie światy i używając tylko siły woli, tworzyć dweomery, które w zasadzie powinny wykraczać poza jego możliwości. Teraz zaś płacił słoną cenę za te osiągnięcia. Nawet tygodnie względnego spokoju i hibernacja w jaskini nie zdołały przywrócić mu sił. Nadal słyszał w myślach pieśń Deneira, ale kiedy próbował zrobić użytek z wyższej magii, czuł straszliwe pulsowanie w skroniach i miał wrażenie, że jego głowa rozlatuje się na kawałki. Pertelopa, droga Pertelopa, jedyna, która rozumiała przeszkody stojące na drodze
Cadderly’ego jako wybrańca boga sztuk, ostrzegała go przed tym potencjalnym efektem ubocznym, ale nawet ona przyznawała, że w sytuacji, w której się znajdował, nie miał większego wyboru, przyszło mu bowiem zmierzyć się z wrogami, z jakimi przełożona nigdy nie miała do czynienia. Cadderly zamknął oczy i wsłuchał się w tony pieśni Deneira, której nauczyła go Księga Uniwersalnej Harmonii, najświętsza księga Deneira. W pierwszej chwili poczuł ogromny spokój, jakby wrócił do domu po długiej, uciążliwej podróży. Harmonijna pieśń Deneira rozbrzmiewała radośnie w jego myślach, wiodąc go ścieżkami prawdy i zrozumienia. Następnie celowo otworzył drzwi, odwrócił mentalną stronę z zapamiętanej świętej księgi i odnalazł zaklęcie, które mogło ich przenieść na szczyt góry. I wtedy poczuł ból w skroniach. Usłyszał dochodzące jakby z oddali nawoływanie Ivana; na moment otworzył oczy, aby chwycić Pikela za rękę, a Ivana za brodę, ten bowiem, zdezorientowany i nieufny, nie ujął wyciągniętej ku niemu dłoni młodzieńca. Ivan zaprotestował jeszcze głośniej, gdy wszyscy trzej zaczęli się nagle rozpływać, stając się bezcielesnymi, przypominającymi cienie istotami. W chwilę później podmuch wiatru porwał ich w powietrze i zaniósł na sam szczyt potężnej góry. Kiedy Cadderly wyszedł z transu, Pikel zapiszczał wesoło, Ivan zaś przez dłuższą chwilę stał w kompletnym bezruchu, po czym zaczął obmacywać się po całym ciele, sprawdzając, czy aby na pewno odzyskał każdy skrawek swego niepokaźnego wzrostem, acz sporego, jeśli chodziło o masę, ciała. Cadderly usiadł na śniegu obok niewielkiego otworu w skale. Z wolna dochodził do siebie i rozmasowywał skronie, aby załagodzić upiorne pulsowanie. Tym razem nie było tak źle jak ostatnio, gdy próbował rzucić jedno z trudniejszych zaklęć. Jeszcze w jaskini usiłował – bezskutecznie – skontaktować się telepatycznie z dziekanem Thobicusem, aby powiadomić go, że spodziewana inwazja ze strony Zamczyska Trójcy nie nadejdzie. Tym razem poszło mu lepiej i był z tego zadowolony. Jeśli szybko uporają się ze swoim zadaniem i jeśli dopisze pogoda, za dwa tygodnie dotrą do Biblioteki Naukowej. Cadderly podejrzewał, że właśnie tam czeka na niego najpoważniejsze wyzwanie, któremu będzie musiał sprostać, korzystając z mocy pieśni Deneira. – Przynajmni tą razą nie czeka tam na nas żadyn smok – wysapał Ivan i podszedł do wejścia. Ostatnio, kiedy znaleźli się w tym miejscu, cały obszar wokół góry otaczała gęsta mgła, a śnieg wokół otworu był stopiony. W przejściu wciąż było ciepło, ale nie tak jak wtedy, gdy żył Fyrentennimar. Pikel usiłował odepchnąć Ivana na bok, lecz żółtobrody krasnolud nie ruszył się z miejsca, dając do zrozumienia, że wizja smoczego skarbu zrobiła na nim większe wrażenie, niż się wydawało. – Ja wchodzę pirwszy – oznajmił z naciskiem. – Wy we w odległości dwudziestu kroków –